Rona nie było cały poranek.
- Gdzieś ty był? – spytała Hermiona.
- Musiałem coś załatwić – odpowiedział Ron.
- Co? – spytała Hermiona – Proszę, powiedz mi – i wtuliła się w jego ramiona.
- Swoim czasie – odpowiedział tajemniczo.
- Czy ty chcesz ze mną zerwać? – spytała Hermiona płaczliwie.
- Nigdy w życiu z tobą nie zerwę. Jesteś najinteligentniejszą i najpiękniejszą kobietą na świecie i Kocham Cię bardzo.
- To dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, gdzie byłeś?
- Bo to niespodzianka – rzekł Ron.
Rano Harry poprosił Euphemie o pierścionek zaręczynowy dla Ginny. Wyczarowała pojemnik, gdzie znajdowała się pełno takich pierścionków dała mu z radością pierścionek.
- Teraz ja – stwierdziła Daphne.
- Proszę – odpowiedziała Jessica.
Rozdział trzeci
Nora
- Ron! – wydyszał Harry, podchodząc na palcach do okna i otwierając je, żeby mogli porozmawiać przez kraty – Ron, jak ci się udało... Co to...?!
- Latający samochód – odezwał się Ron.
- Super! – zawołali Huncwoci.
Rozdziawił usta, bo to, co zobaczył, zupełnie go zatkało. Ron wychylał się z tylnego okna starego turkusowego samochodu, zaparkowanego w powietrzu. Z przednich siedzeń szczerzyli do niego zęby Fred i George, dwaj bracia bliźniacy Rona.
- Nic ci nie jest, Harry?
- Co się dzieje, Harry? – zapytał Ron – Dlaczego nie odpowiadałeś na moje listy? Zapraszałem cię ze dwanaście razy, a potem ojciec wrócił do domu i powiedział, że dostałeś oficjalne ostrzeżenie za użycie czarów w obecności mugoli...
- To nie ja – powiedział Harry.
- To nie ja... Ale skąd on się o tym dowiedział?
- Pracuję w ministerstwie – oznajmił Artur.
- Pracuje w ministerstwie – odrzekł Ron – Przecież dobrze wiesz, że nie wolno nam używać zaklęć poza szkołą...
- A wy to niby co? – powiedział Harry, gapiąc się na latający samochód.
- To się nie liczy – powiedzieli Fred i George wyszczerzem na twarzach.
- Och, nie, to się nie liczy... Tylko go pożyczyliśmy, to wóz ojca, wcale go nie zaczarowaliśmy.
- To sprawka tatusia – odezwał się Harry. Artur się zarumienił.
- Ja chyba wiem, dlaczego dziadek go zaczarował – rzekł Fred II.
- No jasne, ja też wiem – stwierdził Louis.
- Żeby zabierać babcię Molly na romantyczne latanie w świetle księżyca – odezwał się James II – prawda dziadku?
- Eeee – Artur się zarumienił tak samo, jak jego żona.
- Czyli to prawda – wyszeptała Ginny szokowana.
Ale używać czarów na oczach tych mugoli, u których mieszkasz...
- Już ci mówiłem, to nie ja... ale musiałbym ci za długo tłumaczyć. Słuchaj, mógłbyś wyjaśnić w Hogwarcie, że Dursley'owie mnie zamknęli i nie pozwalają mi wrócić do szkoły i, że oczywiście nie mogę się sam uwolnić za pomocą czarów, bo w ministerstwie pomyślą, że to już drugie zaklęcie użyte przeze mnie w ciągu trzech dni, więc...
- Mamy lepszy pomysł! – krzyknęli Fred i George radośnie.
- Przestań nawijać – przerwał mu Ron – Zabieramy cię do naszego domu.
- Ale przecież wy też nie możecie używać czarów...
- Nie musimy – rzekł Ron, wskazując głową na przednie siedzenia i szczerząc zęby – Zapomniałeś, kto mi towarzyszy.
- Przywiąż to do kraty – powiedział Fred, rzucając Harry'emu koniec liny.
- Jeśli Dursley'owie się obudzą, już mnie więcej nie zobaczycie – powiedział Harry, przywiązując linę do kraty.
- Zamieszkasz z nami, kochanie – powiedziała Ginny.
- Mdli mnie! – warknął Michael.
- Mnie też! – dodała Cho.
- No to nie patrzcie i odczepcie się! – odpowiedziała Ginny.
- Nie łam się – mruknął Fred, uruchamiając silnik – i odejdź od okna. Harry cofnął się w głąb, tuż obok klatki z Hedwigą, która zdawała się rozumieć, że chodzi o coś ważnego, i siedziała cicho. Fred dodał gazu, silnik zaryczał, a potem nagle coś okropnie chrupnęło i krata runęła w dół, kiedy samochód ruszył prosto w powietrze.
- Krata runęła w dół, Harry jest wolny! – zawołała Hermiona.
Harry podbiegł do okna i zobaczył kratę dyndającą na linie parę stóp nad ziemią. Ron, dysząc ciężko, wciągał ją do samochodu. Harry nasłuchiwał z niepokojem, ale z sypialni Dursley'ów nie dochodził żaden dźwięk.
- Pewnie liczą prosiaki! - parsknął śmiechem Fleamont.
Kiedy krata spoczywała już bezpiecznie na tylnym siedzeniu obok Rona, Fred cofnął samochód i ustawił go tak blisko okna, jak to było możliwe.
- Właź – powiedział Ron.
- Ale... moje przybory szkolne... różdżka... miotła...
- Gdzie one są?
- Zamknięte w komórce pod schodami, a ja nie mogę stąd wyjść...
- Nie ma problemu – odezwał się George – Harry, odsuń się.
- Fred i George fajni agencji wywiadu – odezwał się rozbawiona Emilly.
Fred i George wleźli przez okno do pokoju Harry'ego. Harry z powątpiewaniem patrzył, jak George wyjmuje z kieszeni zwykłą spinkę do włosów i zaczyna nią grzebać w zamku.
- Na pewno moja spinka – powiedziała Ginny – Grzebaliście mi w rzeczach.
- Dzięki temu uratowaliśmy twojego księcia z bajki, siostrzyczko! – oburzyli się jej bracia.
- No dobra, wybaczam.
- Wielu czarodziejów uważa, że takie sztuczki mugoli to strata czasu – powiedział Fred – ale my sądzimy, że warto je znać, nawet jeśli rzeczywiście zajmują trochę czasu – W zamku coś kliknęło i drzwi się otworzyły.
- Bohaterowie – rzekła Nicole.
- Dzięki, ruda – odparli bliźniaki.
- No więc... my pójdziemy po twój kufer... a ty zbierz, co ci będzie potrzebne, i podaj Ronowi – szepnął George.
- Uważajcie na dolny stopień, skrzypi – szepnął za nimi Harry, kiedy zniknęli w ciemnym korytarzu. Zaczął krążyć po pokoju, zbierając swoje rzeczy i podając je przez okno Ronowi. Potem poszedł pomóc bliźniakom wciągnąć po schodach ciężki kufer. Z sypialni Dursley'ów dobiegł kaszel wuja Vernona.
- Och zapomniałem kupić wujaszkowi wielorybowi tabletki na kaszel – odezwał się Harry.
W końcu, dysząc i sapiąc, wtaszczyli kufer i ustawili w otwartym oknie. Fred i Ron ciągnęli go z samochodu, a Harry i George pchali od strony sypialni. Kufer przeciskał się przez okno cal po calu. Wuj Vernon zakaszlał po raz drugi.
- Jeszcze trochę – wysapał Fred – jeszcze jedno mocne pchnięcie... – Harry i George naprężyli mięśnie i kufer wylądował na tylnym siedzeniu samochodu.
- Dobra, zmywamy się stąd – szepnął George. Lecz kiedy Harry wspiął się już na parapet, usłyszał za sobą donośny skrzek, a po chwili grzmot głosu wuja Vernona:
- TA PIEKIELNA SOWA!
- TA PRZEPIĘKNA SOWA! – poprawił go James II.
- Zapomniałem o Hedwidze! – Harry przebiegł przez pokój, słysząc pstryknięcie kontaktu na korytarzu. Chwycił klatkę z Hedwigą, rzucił się do okna i podał ją Ronowi. Wspinał się już na parapet, kiedy wuj Vernon załomotał w drzwi, które otworzyły się i rąbnęły o ścianę.
- Niedobrze, wieloryb na horyzoncie! – zawołał Łapa.
- Houston mamy problem! – krzyczał Colin.
- Jaki znowu Houston? – spytała Daphne.
- Załoga misji Apollo 13, która leciała na Księżyc oznajmiła problem z kapsułą załodze kontrolującej lot na Ziemi – odpowiedziała Hermiona.
Przez ułamek sekundy wuj Vernon stał w drzwiach jak zamurowany,
- Harry wcale nie ucieka, ty masz omamy wielorybie! – wolał Lee.
a potem zaryczał jak rozwścieczony byk i rzucił się ku Harry'emu, chwytając go za kostkę. Ron, Fred i George złapali Harry'ego za ramiona i ciągnęli ze wszystkich sił.
- Petunio! – ryczał wuj Vernon – Petunio, on ucieka! ON UCIEKA! – Weasley'owie szarpnęli mocno i noga Harry'ego wyśliznęła się z uścisku wuja Vernona. Gdy tylko Harry znalazł się w samochodzie i zatrzasnął drzwiczki, Ron ryknął:
- Fred, gazu! – Samochód wystrzelił ku księżycowi. Harry nie mógł uwierzyć – był wolny! Opuścił szybę, nocne powietrze zmierzwiło mu włosy. Spojrzał za siebie, na szybko malejące dachy Privet Drive. Wuj Vernon, ciotka Petunia i Dudley tkwili w oknie sypialni Harry'ego, jakby ich zamurowało.
- Będziemy mogli ich zamurować, mamo? – zapytał Fred II.
- Do zobaczenia w następne wakacje! – krzyknął Harry. Weasley'owie ryknęli śmiechem, a Harry opadł na oparcie fotela, szczerząc zęby – Wypuśćmy Hedwigę – powiedział do Rona – Może lecieć za nami. Już dawno nie miała okazji do wyprostowania skrzydeł – George wręczył Ronowi spinkę do włosów i po chwili uradowana Hedwiga wyleciała przez okno i pomknęła za nimi jak duch.
- Mon-Ron uratował przyjaciela – powiedziała Lavender, patrząc na Rona i zatrzepotała rzęsami.
- Ona jest taka piękna! – wtórowała jej Cho, patrząc na Harry'ego – prawda Harry! - i również zatrzepotała rzęsami. Ginny i Hermiona patrzyły na nie z mordem w oczach.
- Spokojnie, kochanie – mruknęli im Ron i Harry.
- Jak mam być spokojna? Ta idiotka Cię podrywa – mruknęły do nich.
- No więc opowiadaj, Harry – powiedział niecierpliwie Ron – Co się stało? – Harry opowiedział im o Zgredku, o jego ostrzeżeniu oraz smętnym końcu leguminy z fiołkami. Kiedy skończył, zapadła głucha cisza.
- Podejrzana sprawa – oświadczył w końcu Fred.
- Śmierdzi z daleka – zgodził się George – Więc nie mówił ci nawet, kto coś knuje?
- Chyba nie mógł – powiedział Harry – Za każdym razem, kiedy już mi się zdawało, że zaraz powie coś konkretnego, zaczynał walić głową w ścianę.
- Skrzaty takie są – mruknął Fleamont.
Fred i George spojrzeli po sobie.
- Co, myślicie, że robił mnie w konia? – zapytał Harry.
- No cóż – rzekł Fred – można to tak ująć... Te domowe skrzaty dysponują dość dużą mocą magiczną, ale zwykle nie mogą jej użyć bez pozwolenia swoich panów. Założę się, że ktoś wysłał tego starego zgreda, żeby cię powstrzymać od powrotu do Hogwartu. Coś w rodzaju dowcipu. Nie przychodzi ci do głowy, komu w szkole mogłeś podpaść?
- Tak – powiedzieli razem Harry i Ron.
- Draco Malfoy – wyjaśnił Harry – On mnie nienawidzi.
- Wzajemne – mruknął Harry.
- Draco Malfoy? – powtórzył George, obracając się do niego – Ale chyba nie syn Lucjusza Malfoy'a?
- Syn białej Roszpunki – odezwał się Łapa. Sala ryknęła śmiechem. Lucek zrobił się czerwony.
- Może on, przecież to bardzo rzadkie nazwisko, no nie? A co?
- Słyszałem, jak tata o nim mówił, że to zagorzały sprzymierzeniec Sami-Wiecie-Kogo.
- A kiedy Sami-Wiecie-Kto zniknął – rzekł Fred, wykręcając szyję, żeby spojrzeć na Harry'ego – Lucjusz Malfoy wrócił, przekonując wszystkich, że nie miał z nim nic wspólnego. Wciskał kit... Tata uważa, że Lucjusz należał do ścisłego grona zwolenników Sami-Wiecie-Kogo.
- To prawda – oznajmił Harry – Prawda, co blondi?
- O czym ty mówisz Harry? – zapytał syna Rogacz.
- Dowiesz się w czwartej części, tato – rzekł Harry.
Harry słyszał już te pogłoski o rodzinie Malfoy'a, więc nie był tym zaskoczony. Draco Malfoy mógł sprawić, że nawet Dudley Dursley wyglądałby jak grzeczny, myślący i wrażliwy chłopiec.
- Nie porównuj mnie do tego prosiaka! – warknął Draco.
- Między wami jest tylko jedną zasadnicza różnica: Otóż taka, że ty jesteś fretką a on prosiakiem w peruce – oznajmił Ron.
- Mon-Ron jest taki mądry! – rozmarzyła się Lavender.
- Zaraz jej jebnę – wysyczała Hermiona.
- Hermiona, co to jest za słownictwo! - skarcił jej zachowanie Ron.
- Bo mnie szklak trafia – mruknęła Hermiona i wtuliła się w Rona.
- Przecież nie wiemy, czy Malfoy'owie mają domowego skrzata... – powiedział.
- To jest możliwe. Takie skrzaty służą zwykle w bogatych domach starych czarodziejskich rodzin – zauważył Fred.
- Tak, mama zawsze marzyła o tym, żeby mieć skrzata... żeby za nią prasował – dodał George.
- Poczekajcie. Mam pomysł – powiedział Harry – Mrużka! – Z cichym pyknięciem pojawiła się skrzatka Mrużka. Była bardzo mała, jak wszystkie skrzaty. Miała długie, nietoperzowe uszy, olbrzymie brązowe oczy oraz nos wielkości i kształtu młodego pomidora. Miała w ręku alkohol.
- Tak, panie – spytała – Czym Mrużka może służyć?
- Mrużko co byś powiedziała, żebyś pracowała i mieszkała u Weasley'ów? Mama chciałaby mieć taką pomocnicę, jak ty?
- Dlaczego akurat Mrużka? – zapytała cicho Molly I Harry'ego.
- Ona ciągle pije i ma depresję, że nikt jej nie chce. Może, gdy zobaczy, że jest potrzebna, to się zmieni.
- Ja jestem Molly Weasley, a to jest mój mąż Artur, a to są nasze dzieci Bill, a to jest Fleur, żona Billa i moja trzecia córeczka – Fleur zrobiła wielkie oczy – Co tak patrzysz? – spytała Molly – Fleur, proszę Cię, zakończmy topór wojenny. Ja Cię bardzo przepraszam za moje zachowanie, że chciałam zeswatać Billa i Nimfadorą. Myliłam się co do Ciebie, proszę, wybacz mi.
- Ja też przepraszam – mruknęła Ginny – Nie jesteś zła, to ja byłam podła w stosunku do Ciebie. Chciałam tylko...
- Chronić swojego brata, żeby nie miał złamanego serca? – zakończyła jej wypowiedź Fleur.
- No coś w stylu – mruknęła cicho.
- Wybaczam wam – oznajmiła Fleur i przytuliła Molly, Ginny i Hermionę, która też patrzyła na nią z błagalną miną.
- Może ja przejmę prowadzenie. Kobiety mogą tak cały dzień Mrużko – stwierdził Artur – to jest Charlie, Percy, Audrey, Fred, George i Angelina. Ron i Harry'ego już znasz, a tam co Fleur je przytula to Hermiona i Ginny moje córeczki
- To, co Mrużko chcesz być moją pomocnicą? – zapytała Molly I.
- Decyzja należy do Ciebie Mrużko. Ja nie mam nic przeciwko temu – oznajmił Artur.
- Jest tylko jedna wada mieszkania z naszą mamą Mrużko – oznajmili jej Fred i George.
- A jaka, panowie? – spytała.
- Uwielbia Celestynę Warbeck, wiesz tę piosenkarkę, która zamiast śpiewać, to wyje do księżyca – odpowiedzieli Fred i George.
- Zgadzam się – powiedziała Mrużka.
- Z-zgadzasz, że Celestyna wyje do księżyca, czy chcesz zamieszkać z nami? – spytał Ron.
- Jesteście moją rodziną. Zgadzam się dla was pracować – odezwała się Mrużka.
- Świetnie! – ucieszył się Artur – Jak chcesz, możesz zacząć od razu. Na pewno znajdziesz sobie miejsce do spania, tylko uważaj na pokój bliźniaków, tam są niespodzianki – Mrużka ukłoniła się i chciała zniknąć – Mrużko, poczekaj! – krzyknęła Victoire.
- Tak, pani? – zapytała Mrużka.
- Mam dla Ciebie prezent! – uśmiechnęła się.
- Pani ma dla Mrużki prezent? - powiedziała w szoku Mrużka.
- To Victoire, moja wnuczka – odezwał się Artur – Pochodzi z przyszłości.
- Mrużko to ten prezent! – i rzuciła zaklęcia na Mrużkę i pojawiła się nowiutka sukienka.
- Mrużko wyglądasz pięknie – odparła Hermiona.
- Mrużka jest szczęśliwa, że dostała od Pani sukienkę! – mówiła wzruszona skrzatka.
- Nie ma za co Mrużko – odpowiedziała Victoire z uśmiechem.
- Skrzaty nie powinny dostawać żadnych prezentów, ty głupia dziewczyno! – krzyknął Lucek zszokowany. Teddy stał i chciał się rzucić na starszego Malfoy'a.
- Nie zrobisz krzywdy wnuczce mojego Pana! – warknęła Mrużka w stronę Malfoy'a. Rozległ się głośny huk i pana Malfoy'a odrzuciło do tyłu, po czym wylądował na plecach. Wstał i natychmiast wyjął różdżkę, ale Mrużka znowu podniosła rękę, grożąc mu palcem – Teraz się uspokoisz – powiedziała, celując palec w Roszpunkę – Nie tkniesz pani Victoire – A teraz się uspokoisz. Lucjusz Malfoy nie miał wyboru. Obrzucił ich jadowitym spojrzeniem i usiadł na swoim miejscu.
- Dziękuję Mrużko za pomoc, nie musiałaś mnie ratować.
- Mrużka jest szczęśliwa, że mogła ratować panią Victoire! – oświadczyła Mrużka i ukłoniła się, po czym znikła.
- Dziękuję, Harry – rzekła Molly i przytuliła Harry'ego mocno.
- Ale mamy tylko parszywego ghula na strychu i pełno gnomów w ogrodzie. Domowe skrzaty bywają zwykle w wielkich starych dworach i zamkach, u nas się takiego nie spotka... – Harry milczał. Sądząc po tym, że Draco Malfoy miał wszystko w najlepszym gatunku, jego rodzina musiała mieć mnóstwo złota. Tak, Malfoy bardzo dobrze pasował do bogatego dworu. Wysłanie domowego sługi, by powstrzymał Harry'ego od powrotu do Hogwartu, też do niego znakomicie pasowało.
- Idioto, to nie ja! – warknął Draco.
Czyżby rzeczywiście palnął głupstwo, traktując Zgredka poważnie?
- W każdym razie cieszę się, że wpadliśmy na pomysł, żeby cię odwiedzić – powiedział Ron – Zacząłem się poważnie martwić, kiedy nie odpowiedziałeś na żaden z moich listów. Z początku myślałem, że to wina Errola...
- Jakiego Errola?
- To imię naszego ptaka, jest stary – mruknął Ron.
- To nasz puchacz. Bardzo stary. Już nie raz zdarzyło mu się nawalić. Więc próbowałem pożyczyć Hermesa...
- Kogo?
- To puchacz, którego mama i tata kupili Percy'emu, kiedy został prefektem – wyjaśnił Fred.
- Ale Percy nie chciał mi go pożyczyć – ciągnął Ron – Powiedział, że będzie mu potrzebny.
- Do pisania listów miłosnych! – parsknęła Ginny.
- Ginny, zamknij się! – warknął Percy.
- Tego lata Percy bardzo dziwnie się zachowywał – zauważył George, marszcząc czoło – I rzeczywiście wciąż wysyłał listy... I często przesiadywał w swoim pokoju, zamykając się na klucz...
- Cimcirimcim! – krzyknęli Fred i George. Percy zrobił się czerwony.
- Fred, George uspokójcie się! – zawołała Molly I.
Pewnie polerował odznakę prefekta... Fred, trochę za bardzo na zachód – dodał, wskazując na kompas na tablicy rozdzielczej.
- Powiedzieliście tacie, że wzięliście jego samochód? – zapytał Harry, dobrze wiedząc, jaką usłyszy odpowiedź.
- Nie – powiedzieli Fred i George z bananem na twarzy.
- Eee... no... nie – odrzekł Ron – Musiał iść na noc do pracy. Ale mam nadzieję, że odstawimy go do garażu, zanim mama zauważy, że go wzięliśmy.
- A co właściwie wasz tata robi w Ministerstwie Magii?
- Urząd Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli – odezwał się Artur.
- Pracuje w najnudniejszym wydziale – odpowiedział Ron – Urząd Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli.
- Czego?
- No wiesz, chodzi o różne rzeczy produkowane przez mugoli, które zostają zaczarowane, a potem trafiają do któregoś z ich sklepów lub domów. Na przykład w zeszłym roku zmarła pewna starsza wiedźma, a jej komplet do herbaty sprzedano do sklepu z antykami. No i kupiła go jakaś mugolka, przyniosła do domu i próbowała podać w nim herbatę gościom. To był koszmar... Tata pracował nad tym całymi tygodniami.
- Co się stało? – spytał Denis.
- Co się stało?
- Dzbanek dostał świra i porozlewał gorącą herbatę po całym pokoju, a jednego faceta musieli zabrać do szpitala, bo szczypce do cukru zakleszczyły mu nos i nie chciały się oderwać. Tata miał kupę roboty, w tym urzędzie jest tylko on i jeden stary czarodziej, musieli użyć kilku silnych zaklęć utraty pamięci i wielu innych sztuczek, żeby to jakoś zatuszować...
- Bycie aurorem jest lepsze – mruknął cicho James II do Huga, Freda II, Franka II i Teddy'ego, a ci pokiwali głowami.
- Ale twój tata... to auto... – Fred roześmiał się.
- Wiesz, ojciec ma fioła na punkcie rzeczy produkowanych przez mugoli, w szopie mamy kupę tych śmieci. Rozkłada je na części, zaczarowuje i składa z powrotem. Gdyby dokonał rewizji w naszym domu, musiałby się sam aresztować. Mama dostaje szału.
Molly I się zarumieniła.
- O, tam jest główna droga – odezwał się George, wyglądając przez okno – Będziemy w domu za dziesięć minut... W sam raz, bo już się robi jasno... – Na wschodzie widać już było bladoróżową poświatę. Fred obniżył lot samochodu i Harry zobaczył ciemną szachownicę pól i plamy drzew.
- Jesteśmy tuż za wioską – oznajmił George. Samochód zniżał się coraz bardziej. Krawędź jasnoczerwonego słońca przeświecała przez drzewa.
- Lądujemy! – zawołał Fred, a koła podskoczyły na gruncie. Wylądowali na małym podwórku koło walącego się garażu i Harry po raz pierwszy zobaczył dom Weasley'ów.
- Szału nie ma – mruknął Ron.
- Przecież to jest chlew! – drwił Draco. Gang fretki i Lucek uśmiechnęli się szyderczo.
- Nie słuchaj go Ron, jest super – oznajmił Harry.
Wyglądał, jakby kiedyś był dużym kamiennym chlewem, do którego tu i tam dobudowano dodatkowe pomieszczenia, aż urósł na kilka pięter i tak się przechylił, że przed zawaleniem musiały go chyba chronić czary. Z czerwonego dachu wyrastały cztery albo i pięć kominów. Na koślawej tabliczce tuż przy wejściu widniał napis: NORA. Wokół drzwi leżał stos gumowych butów i bardzo zardzewiały kocioł. Po podwórku wałęsało się kilkanaście brązowych kurczaków.
- A gdzie jest ich kogut z oznaką? – pytali rozbawieni Fred i George, patrząc na Percy'ego. Ich bracia i siostry ryknęli śmiechem. Percy był wściekły i czerwony.
- Dowiecie się w trzeciej części – powiedziała Ginny ze śmiechu.
- Nic specjalnego – bąknął Ron.
- Jest wspaniały! – zawołał Harry, wspominając Privet Drive. Wysiedli z samochodu.
- No dobra, idziemy na górę, tylko po cichu – powiedział Fred – i czekamy, aż mama zawoła nas na śniadanie. Wtedy ty, Ron, zbiegniesz na dół i zawołasz: "Mamo, zobacz, kto tu się w nocy zjawił!", a ona ucieszy się na widok Harry'ego i nikt się nie dowie, że braliśmy auto.
- Już to widzę, wujku Fredzie – odezwał się Albus II.
- Dobra – zgodził się Ron – Chodź, Harry, ja śpię na... – Ron pozieleniał na twarzy, utkwiwszy wzrok w domu. Wszyscy odwrócili się w tamtą stronę. Przez podwórko kroczyła pani Weasley, a kurczaki umykały spod jej stóp. Zadziwiające, jak ta niska, pulchna, o miłej twarzy kobieta mogła w tej chwili tak bardzo przypominać tygrysa szablastego.
- A... – westchnął Fred.
- niech to... – ciągnął George, który też westchnął.
- Szlag – skoczyli i razem westchnęli.
- Ach... - westchnął Fred.
- A niech to szlag – powiedział George. Pani Weasley zatrzymała się przed nimi, wsparła ręce na biodrach i przyjrzała się po kolei ich twarzom. Miała na sobie szlafrok w kwiatki; z jednej kieszeni wystawała różdżka.
- No tak – powiedziała.
- Cześć mamo! – zawołali beztroskim tonem Fred i George.
- Dzień dobry, mamo – rzekł George tonem, który tylko jemu wydawał się beztroski.
- Czy wy w ogóle macie pojęcie, jak ja się o was martwiłam? – zapytała pani Weasley groźnym szeptem.
- Przepraszamy, mamo, ale... zrozum... musieliśmy... – Wszyscy trzej synowie pani Weasley byli od niej wyżsi, ale teraz skulili się tak, że patrzyła na nich z góry.
- Znam ten ból – mruknęli synowie Ginny, Hermiony, Astorii, Fleur Angeliny, Hanna i Susan.
- Puste łóżka! Żadnej kartki! Samochód zniknął... przecież mogliście się gdzieś rozbić... Ja się zamartwiam przez całą noc... a wy? Pomyśleliście o tym? No nie, jak długo żyję...
- Uwierz mi, babciu, że nasze matki mają gorzej – powiedział James II.
- Co to znaczy? – spytała Molly I.
- Opowiemy wam, ale jeszcze nie teraz – oznajmił Fred II.
Poczekajcie, aż wróci wasz ojciec... Ani Bili, ani Charlie, ani Percy nigdy nam czegoś takiego nie zrobili...
- Percy Perfekt – mruknął Fred.
- MÓGŁBYŚ SIĘ OD NIEGO CZEGOŚ NAUCZYĆ! – ryknęła pani Weasley, celując palcem w jego pierś.
- Nie pomyślałam, że za niedługo Percy nam to zrobi – mruknęła cicho Molly I.
- Mogliście się pozabijać, mogli was zobaczyć, wasz ojciec mógł przez was stracić pracę... – Trwało to bardzo długo. Pani Weasley zupełnie ochrypła, zanim zwróciła się do Harry'ego, który trzymał się z boku.
- Bardzo się cieszę, że cię widzę, Harry – powiedziała – Wchodź, kochaneczku, zaraz ci coś zrobię na śniadanie.
- Głodny jestem – stwierdził Hugo i zaczął jeść.
Odwróciła się i weszła z powrotem do domu, a Harry, zerknąwszy nerwowo na Rona, który kiwnął zachęcająco głową, poszedł za nią. Kuchnia była mała i zagracona. Pośrodku stał wyszorowany drewniany stół otoczony krzesłami i Harry usiadł na brzegu jednego z nich, rozglądając się dokoła. Jeszcze nigdy nie był w domu czarodziejów.
- Zawsze musi ten pierwszy raz, kochaneczku – rzekła Molly I.
Zegar na ścianie miał tylko jedną wskazówkę. Zamiast cyfr na tarczy widniały różne napisy, na przykład: "Czas zaparzyć herbatę", "Czas nakarmić kurczaki", "Jesteś już spóźniona". Gzyms kominka zawalony był książkami o tytułach takich, jak: Zaczaruj swój ser, Czary przy pieczeniu i Uczta w jedną minutę. I jeśli Harry'ego nie zawodził słuch, stare radio stojące tuż przy zlewie właśnie oznajmiło: "A teraz Godzina Czarów, a w niej wasza ulubiona śpiewająca czarownica Celestyna Warbeck".
Rodzina Molly jęknęła.
Pani Weasley zaczęła krzątać się po kuchni, przygotowując śniadanie w nieco chaotyczny sposób i rzucając znad patelni wściekłe spojrzenia na swoich synów. Co jakiś czas mruczała pod nosem: "Nie mam pojęcia, co wy sobie myśleliście", "Nigdy bym w to nie uwierzyła" i tym podobnie.
- Nie mam pretensji do ciebie, kochanie – zapewniła Harry'ego, nakładając mu na talerz z osiem albo dziewięć parówek – Artur i ja bardzo się o ciebie martwiliśmy. Właśnie zeszłego wieczoru powiedzieliśmy sobie, że jeśli nie odpiszesz Ronowi do piątku, pojedziemy tam i sami cię zabierzemy.
Pani Weasley przytuliła pana Pottera i popatrzyła na dyrektora, jakby miała go rozszarpać.
- Nigdy więcej nie pozwolę Ci skrzywdzić mojego synka! – jej głos zaryczał, że dyrektor przełknął ślinę.
Ale... naprawdę – teraz zsuwała mu na talerz trzy jajka sadzone – latanie nielegalnym autem po całym kraju... przecież ktoś mógł was zobaczyć... – Machnęła od niechcenia różdżką w stronę zlewu i spoczywające w nim brudne naczynia zaczęły się same zmywać, poszczekując delikatnie.
- Były chmury, mamo! – odezwał się Fred.
- Nie gadaj, kiedy jesz! – warknęła pani Weasley.
- Głodzili go, mamo! Chcieli go zagłodzić na śmierć – powiedział George.
- Ty też siedź cicho! – fuknęła pani Weasley, ale twarz jej złagodniała, kiedy zaczęła kroić Harry'emu chleb i smarować kromki masłem.
- Nigdy sobie tego nie wybaczę, że im nie uwierzyłam – mruknęła Molly I.
W tym momencie pojawiła się mała, rudowłosa osóbka w nocnej koszuli, która pisnęła cicho i natychmiast wybiegła z kuchni.
- O matko! – jęknęła Ginny i zarumieniła się mocno. Jej synowie parskali śmiechem.
- To Ginny – szepnął Ron do Harry'ego – Moja siostra. Gadała o tobie przez całe lato.
- Buzia jej się nie zamykała – powiedzieli Fred i George rozbawieni. Pani Potter patrzyła na Ginny z bananem na twarzy, na co ruda rumieniła się jeszcze bardziej.
- Tak, marzy o twoim autografie, Harry – dodał Fred, szczerząc zęby,
- Ja myślę, że marzysz o czym innym, pani Potter! – wypalił nagle Harry.
- A o czym tak marzę, Panie Potter? – spytała Ginny ciekawa.
- Wyjdź za mnie! – wypalił po raz drugi Harry. Wszystkim opadły szczęki.
- Dobrze – odpowiedziała beztroskim tonem. Nagle uświadomiła sobie, o co Harry zapytał – Ty nie żartujesz! – widząc jego minę.
- Czy ja wyglądam, jakbym żartował! – oburzył się Harry i uklęknął przed nią na jedno kolano – Zgodzisz zostać moją żoną? Ginny wyjdziesz za mnie? Proszę! Proszę! Proszę!
- TAK! TAK! TAK! – ryknęła Ginny – Wyjdę za Ciebie, Harry! – i włożył jej pierścionek zaręczynowy na palec, a Ginny pocałowała go namiętnie w jego usta.
- Awwwwwwww! – zawołały kobiety i dziewczyny wzruszone. Molly zalała się łzami tak mocno, że Artur miał mokrą koszulę.
- Brawo Rogaś! – krzyknął Łapa.
- Moja krew! – zawołał Rogacz.
- Świetnie braciszku! - krzyknęły siostry Harry'ego – Pokaż pierścionek! – i Ginny pokazała pierścionek zaręczynowy na palcu.
- Jest piękny! – rozmarzyły się dziewczyny. Lily przytuliła mocno Harry'ego do siebie – To wspaniała wiadomość synku. Kocham Cię najbardziej na świecie! – W tym czasie Molly opanowała emocje i przytuliła córkę do siebie.
- Mamusiu, wiesz, jestem teraz taka szczęśliwa! – wyszeptała jej do piersi Ginny.
- Ginny – mruknęła Molly. Jej córka spojrzała jej oczy – Wiem, co czujesz. Ginny byłam tak samo szczęśliwa, kiedy twój tata mi się oświadczył. Jesteś moją małą córeczką, która wyrosła na piękną kobietę – odgarnęła kosmyk rudych włosów pani Potter za ucho – Kocham Cię bezwarunkowo skarbie i nic tego nie zmieni!
- Ron – mruknął Harry - Ja... – Ron uściskał go.
- Nie dość, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i braćmi, to będziemy szwagrami!
- Bracia na zawsze! – odparli na zawsze razem.
- Harry nikt oprócz jednej osoby nie jest godzien być mężem naszej małej siostrzyczki. Jedna osoba jest tutaj. Taki w okularach i bliźnie na czole o zielonych oczach i czarnowłosy – rzekli bracia Ginny i uściskali go mocno.
- Dzięki, chłopaki – powiedział Harry.
- Tatusiu! Tatusiu! – krzyczała Ginny do Artura – Zaręczyłam się! – i rzuciła się na Artura i przytuliła go mocno.
- Opiekuj się moją małą córeczką, Harry, bo jak nie, to inaczej porozmawiamy – powiedział Artur i puścił do niego oczko i pogroził palcem.
- To będzie mój obowiązek, tato – oznajmił Harry. Ginny następnie przytuliła się do Lily, a ona objęła ją.
- Jesteś mi córką w takim samym stopniu, jak Nicole, Jessica, Luna i Hermiona. Mój syn wybrał mądrze, a moja rodzina gwałtownie się rozrasta – powiedziała jej Lily z pełnym akceptacji uśmiechem. Odgarnęła kosmyk rudych włosów młodszej kobiety za ucho. Ten gest najpełniej obrazował macierzyńskie uczucia, jakie do niej żywiła. Wiele dla niej znaczyło, że Ginny je odwzajemniała.
- Odkąd się tu pojawiłaś mamusiu , czuję więź z tobą i od tego czasu jeszcze się wzmocniła. Uwielbiam spędzać z tobą czas mamuś i świetnie się bawiłam, kiedy swataliśmy Syriusza i Marlenę, kiedy ich zamknęliśmy w pokoju Minne i to, że akceptujesz mnie jako mnie. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy mamuś – wyjaśniła Ginny, składając głowę na ramieniu Lily.
- To dlatego, że wszystko z tobą w porządku, skarbie, a każdy, kto powie inaczej, będzie za to odpowiadał przede mną – oznajmiła Lily, przytulając ją mocno.
- Dzięki, mamusiu – wyksztusiła Ginny, przytulając ją mocno.
- W porządku, w takim razie wszystko ustalone. Będziemy miały pełne ręce roboty z tymi dwoma, wskazała na Rogacza i Harry'ego – więc jako kobiety z rodziny Potterów musimy trzymać się razem – ostrzegła ją Lily, witając tym samym synową, która stała się jej córką .
- Bardzo się cieszę twoim szczęściem, mamusiu – powiedziały jej córki, przytulając mocno pani Potter.
- Świetna robota, tato! – zawołali jej synowie – Mama promienieje! – Cho i Michael patrzyli na to zszokowani.
- Nie, to nie może być prawda! – krzyknęli razem.
- To jednak prawda – oznajmiła Ginny, patrząc na Cho i Michaela z góry.
ale uchwycił spojrzenie matki i zamilkł, pochylając się nad talerzem.
Nikt już nic nie powiedział do czasu, kiedy wszystkie talerze były puste, a trwało to zaskakująco krótko.
- A niech to, ale jestem skonany – ziewnął Fred, odkładając nóż i widelec – Chyba pójdę do łóżka i...
- Nie ma mowy – warknęła pani Weasley – Włóczyłeś się przez całą noc na własne życzenie. Masz mi odgnomić ogród. Nie mogę sobie dać z nimi rady.
- Ale... mamo...
- A wy mu pomożecie – powiedziała, rzucając gniewne spojrzenie na Rona i George'a – Ty możesz się położyć, kochaneczku – dodała, patrząc na Harry'ego.
- Mamo, ja poszukam lepiej Ginny, bo gdzieś mi uciekła – odezwał się Harry.
- Nie prosiłeś ich, żeby cię wozili tym przeklętym samochodem – Harry'emu wcale nie chciało się spać.
- Pomogę Ronowi. Jeszcze nigdy nie widziałem odgnomiania...
- To bardzo miłe z twojej strony, kochanie, ale to nudne zajęcie – powiedziała pani Weasley.
Dzieci pani Weasley wymienili spojrzenia, aż się krzywili.
- Co tak się krzywicie? – spytał Łapa.
- Zaraz usłyszysz – odpowiedziała Hermiona i również się krzywiła. 'Jak ja mogłam być taka idiota i kochałam się w tym idiota Lockharta'. Pomyślała.
- No dobrze, zaraz zobaczymy, co Lockhart ma na ten temat do powiedzenia.
Łapa, Rogacz oraz młodszy Remus i Frank I gdy to usłyszeli pili i opluli się siebie, Regulusa i młodszego Severusa.
- KTO!? – ryknęli Huncwoci i Frank z wielkimi oczami i otwartą szczęką.
- Lockhart! – jęknął Ron.
- Powiedzcie, że jaja sobie robicie! – prosił Łapa.
- Niestety nie, Syriuszu – odpowiedziała Ginny.
I ze stosu książek nad kominkiem wzięła opasły tom. George jęknął.
- Mamo, przecież wiemy, jak odgnomić ogród. Harry zerknął na okładkę książki. Wymyślnymi złotymi literami było tam napisane: Poradnik zwalczania szkodników domowych Gilderoy'a Lockharta.
- Ten idiota pisze książki? – spytała Lily z niedowierzaniem.
Była tam również wielka fotografia dobrze odżywionego czarodzieja z pofalowanymi jasnymi włosami i bystrymi oczami. Jak zawsze w świecie czarodziejów, fotografia poruszała się: czarodziej, zapewne ów Gilderoy Lockhart, mrugał do nich łobuzersko.
- Zaraz się zrzygam! – jęknął Łapa.
Pani Weasley uśmiechnęła się do niego.
- Ach, on jest naprawdę nadzwyczajny... Wie wszystko o szkodnikach domowych... w każdym razie to wspaniała książka...
Remus wyczarował Huncwotom i Frankowi wiadro, bo zaczęli wymiotować.
- Mama się w nim podkochuje – oznajmił Fred teatralnym szeptem.
- Nie bądź śmieszny, Fred – powiedziała pani Weasley, ale się zarumieniła – No dobrze, jeśli uważacie, że jesteście mądrzejsi od Lockharta, idźcie i sami zróbcie z nimi porządek. I radzę wam, żeby w ogrodzie nie było ani jednego gnoma, kiedy przyjdę na inspekcję.
- Oni SĄ mądrzejsi od Lockharta, Molly! – zawołała zszokowana Marlena – Mało kto jest głupszy od tego idioty!
Ziewając i gderając, Weasley'owie wyszli na zewnątrz, a Harry za nimi. Ogród był duży i wyglądał tak, jak powinien wyglądać ogród. Dursley'om na pewno by się nie spodobał – było w nim pełno chwastów, a trawy dawno nikt nie strzygł – ale przy murach rosły powykrzywiane drzewa, z każdej grządki wyrastały rośliny, jakich Harry nigdy w życiu nie widział, a w wielkiej zielonej sadzawce gęsto było od żab.
- Przydałby się wam ogrodnik! – zadrwił Draco – A nie, wy nie macie kasy!
- Wiesz, mugole też mają gnomy w ogrodach – powiedział Ronowi, kiedy szli przez trawnik.
- Aha, widziałem te ich podróbki, które nazywają gnomami – odpowiedział Ron, pochylając się i zaglądając pod krzak peonii – Podobne do małych grubych świętych Mikołajów z wędkami...
- Dumbledore wygląda mi na Mikołaja – mruknął Teddy.
Krzak zadygotał, coś się pod nim gwałtownie zaczęło szamotać i Ron wyprostował się.
- To jest gnom – oznajmił mściwym tonem. Gnom z całą pewnością nie przypominał świętego Mikołaja. Był mały, skórzasty, z dużą łysą głową pokrytą guzami, bardzo przypominającą kartofel. Ron trzymał go z daleka od siebie, a gnom wyrywał się i wierzgał zrogowaciałymi nóżkami. Ron złapał go za kostki u nóg, głową w dół – Oto co się z nimi robi – Ron uniósł gnoma i zaczął nim wywijać nad głową jak lassem.
- Bawimy się w dziki zachód! – zawołał Hugo.
- My też mieliśmy takie zawody – powiedział Fred II.
Widząc przerażoną minę Harry'ego, dodał:
- Nic mu się nie stanie... Trzeba je po prostu skołować, żeby nie mogły odnaleźć drogi do swoich dziur – I puścił kostki gnoma, który poszybował ze dwadzieścia stóp w powietrzu i z głuchym łupnięciem wylądował na polu za żywopłotem.
- Żałosne – mruknął Fred – Założę się, że mój wyląduje za tamtym pniakiem.
- A ja założę się, że Hermiona zgodzi się teraz zostań moją żoną – powiedział Ron. Hermiona zakrztusiła się wodą. Wszystkim opadły szczęki – Wyjdziesz za mnie? – spytał Ron, który wcześniej uklęknął na jedno kolano.
- TAK! OCZYWIŚCIE, ŻE TAK! – ryknęła szczęśliwa Hermiona. Ron włożył pierścionek na jej palec i pocałowała namiętnie w usta.
- Awwwwwwww! – krzyknęły kobiety i dziewczyny wzruszone. Bracia Rona patrzyli na to z niedorozwiniętym wyrazem twarzy.
- Hermiona pokaż pierścionek! – i Hermiona pokazała go.
- Jest piękny! – rozmarzyły się dziewczyny. Molly przytuliła mocno Rona do siebie.
- To wspaniała wiadomość, synku. Kocham Cię najbardziej na świecie! – Hermionę przytuliła Lily I – jesteś szczęśliwa? – spytała Lily.
- Bardzo – odpowiedziała Hermiona.
- Bardzo się cieszę twoim szczęściem – powiedziały jej córki, przytulając mocno pani Weasley. Molly następnie przytuliła Hermionę.
- Jesteś mi córką w takim samym stopniu jak Ginny, Fleur i mam nadzieję, że Angelina, Audrey i może Nicole. Mój syn wybrał mądrze, a moja rodzina gwałtownie się rozrasta – powiedziała jej Molly z pełnym akceptacji uśmiechem. Odgarnęła kosmyk brązowych włosów młodszej kobiety za ucho. Ten gest najpełniej obrazował macierzyńskie uczucia, jakie do niej żywiła. Wiele dla niej znaczyło, że Hermiona je odwzajemniała.
- Odkąd się tu pojawiłaś mamuś , czuję więź z tobą i od tego czasu jeszcze się wzmocniła. Uwielbiam spędzić czas w Norze i świetnie tam się czuję i to, że akceptujesz mnie jako mnie. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy mamusiu – wyjaśniła Hermiona, składając głowę na ramieniu pani Weasley.
- To dlatego, że wszystko z tobą w porządku, skarbie, a każdy, kto powie inaczej, będzie za to odpowiadał przede mną – oznajmiła Molly I, przytulając ją mocno.
- Dzięki, mamusiu – wyksztusiła młodsza pani Weasley, przytulając ją mocno.
- W porządku, w takim razie wszystko ustalone. Będziemy miały pełne ręce roboty z tymi tu – wskazała na braci Rona, samego Rona i Harry'ego – więc jako kobiety z rodziny Weasley musimy trzymać się razem – ostrzegła Molly I, witając tym samym swoją nową córkę do rodu Weasleyow .
- Ron, dobra robota – stwierdził Harry. Lavender i Cormac patrzyli na to zszokowani.
- To nie może być prawda! – zawołali razem.
- A jednak jest to prawda – oznajmiła Hermiona, patrząc na nich z góry.
Harry szybko nauczył się nie żałować gnomów. Postanowił sam przerzucić jednego poza żywopłot, ale gnom, wyczuwając słabość, zatopił ostre jak brzytwa zęby w jego palcu, tak że Harry strząsnął go z wielkim trudem, a wówczas...
- Uau, Harry, to był rzut... Chyba z pięćdziesiąt metrów! – W powietrzu zaroiło się od latających gnomów.
- Jak widzisz, nie są zbyt inteligentne – powiedział George, łapiąc z pięć albo sześć gnomów za jednym razem – Jak tylko się połapią, że zaczyna się odgnomianie, wszystkie wyłażą, żeby popatrzeć. Głupole, powinny już dawno skumać, że trzeba się chować.
Wkrótce tłum gnomów na polu zaczął oddalać się od ogrodu.
- Wrócą – rzekł Ron, kiedy patrzyli, jak gnomy znikają pod żywopłotem na drugim końcu pola – Uwielbiają nasz ogród. Tata jest dla nich za miękki, uważa, że są takie śmieszne...
- Weasley sam jest śmieszny! – drwił Lucek.
W tym momencie rozległ się łoskot frontowych drzwi.
- Wrócił! – krzyknął George – Tata wrócił!
Artur wymienił uśmiech z Harrym.
- Wtedy poznałem tatę Artura – oznajmił Harry.
Pobiegli w stronę domu. Pan Weasley siedział już na kuchennym krześle; zdjął okulary, a oczy miał zamknięte. Był to chudy mężczyzna zaczynający łysieć, ale resztka włosów, jaka mu jeszcze pozostała, była ruda jak włosy jego dzieci. Miał na sobie długą zieloną szatę, zakurzoną i bardzo znoszoną.
- Co za noc – wymamrotał, sięgając po kubek z herbatą, kiedy wszyscy usiedli wokół niego – Dziewięć interwencji. Dziewięć! A stary Mundungus Fletcher próbował rzucić na mnie urok, kiedy się odwróciłem...
- Kretyn – mruknęła Molly I.
- Mamusia nie za bardzo lubi tego typka – stwierdził Harry.
Wypił wielki łyk herbaty i westchnął.
- Znalazłeś coś, tato? – zapytał z przejęciem Fred.
- Parę samokurczących się kluczy i gryzący kociołek – odpowiedział pan Weasley – Ale było też trochę naprawdę wrednych świństw, tyle że nie podpadających pod mój wydział. Zabrali Mortlake'a na przesłuchanie w sprawie jakichś wyjątkowo dziwnych fretek, ale to problem Komisji do spraw Eksperymentalnych Zaklęć... na szczęście...
- A po co właściwie czarować klucze, żeby się kurczyły? – zapytał George.
- A, to takie żarty z mugoli... – westchnął pan Weasley.
- Żarty powiadasz – powiedział Claus.
- Sprzedaje im się klucz, który kurczy się tak, że właściwie znika, więc nie mogą go znaleźć, jak im jest potrzebny... Oczywiście, bardzo trudno kogoś o to oskarżyć, bo żaden mugol za nic w świecie nie przyzna, że jego klucze kurczą się do zera... Będzie przysięgał, że wciąż je gubi. Mugole zrobią wszystko, żeby tylko nie uwierzyć w istnienie magii, nawet jak spotkają się z nią twarzą w twarz... Ale nigdy byście nie uwierzyli, co się nieraz trafia do odczarowania...
- Na przykład SAMOCHODY?
- Właśnie dziadku, na przykład samochody – odezwała się Roxanna.
Pojawiła się pani Weasley z długim pogrzebaczem w ręku. Pan Weasley gwałtownie otworzył oczy i spojrzał z lękiem na żonę.
- S-samochody, kochanie?
- Tak, Arturze, samochody – odpowiedziała pani Weasley, a jej oczy miotały groźne iskry.
- Jestem ciekawy, jak ten nasz biedny dziadziu wyjdzie z tej trudnej sytuacji? – zastanawiał się Louis rozbawiony.
- Wyobraź sobie czarodzieja, który kupuje stary pordzewiały samochód i mówi swojej żonie, że chce tylko zobaczyć, jak takie auto działa, a tak naprawdę zaczarowuje je po cichu, żeby latało – Pan Weasley zamrugał nerwowo.
- Nie przejmuj się dziadku, moja żona jest taka sama, jak Twoja – oznajmili James II i Albus II.
- Czyli jakie? – zapytały groźnie.
- No... ee... no jesteście obie rudymi furiami, kiedy jesteście zdenerwowane – stwierdzili synowie Ginny.
- No cóż, kochanie, myślę, że miałby do tego prawo, nawet gdyby... ee... no, na pewno lepiej by zrobił... tego... no, mówiąc swojej żonie prawdę... Widzisz, w prawie jest pewna luka... dopóki nie zamierza latać samochodem, to sam fakt, że jego samochód lata, nie...
- Arturze Weasley, dobrze wiedziałeś, że będzie taka luka, kiedy tworzyłeś to prawo! – zagrzmiała pani Weasley – A zrobiłeś to, żeby swobodnie majstrować przy tych wszystkich rupieciach mugoli, które znosisz do swojej szopy! I dowiedz się, że Harry przybył tu dziś rano samochodem, którym ty nie zamierzałeś latać!
- To była super przejażdżka – powiedział Harry.
- Harry? – zapytał pan Weasley – Jaki Harry?
- Twój zięć – odrzekł rozbawiony Harry.
Rozejrzał się, zobaczył Harry'ego i podskoczył.
- O Boże, to przecież Harry Potter! Bardzo mi miło cię poznać, Harry, Ron wiele o tobie opowiadał...
- O Boże, to przecież Harry Potter! Bliznowaty, który trenuje balet! – pisnął podniecony Draco.
- Zamknij się! – warknęła Astoria.
- TWOI SYNOWIE POLECIELI TYM SAMOCHODEM DO DOMU HARRY'EGO I Z POWROTEM! – wrzasnęła pani Weasley – Co masz na ten temat do powiedzenia, no?
- Co masz na ten temat do powiedzenia, dziadku? – spytała Molly II.
- Naprawdę? – Pan Weasley był wyraźnie podekscytowany – I co, wszystko działało? To z-znaczy – dodał szybko, widząc iskry sypiące się z oczu pani Weasley – t-to bardzo brzydko, chłopcy... naprawdę bardzo nieładnie....
Wnuki ryknęli śmiechem.
- Zostawmy ich, niech to załatwią między sobą – mruknął Ron do Harry'ego – Chodź, pokażę ci moją sypialnię – Wymknęli się z kuchni, a potem poszli wąskim korytarzem w stronę niezbyt pewnie wyglądających schodów, które biegły zygzakiem przez całą wysokość domu. Na trzecim piętrze były otwarte na oścież drzwi. Harry zdążył uchwycić spojrzeniem parę brązowych, wpatrzonych w niego oczu, zanim drzwi zamknęły się z hukiem.
- Byłam wariatką! – jęknęła Ginny. Harry mnie tak onieśmielał, że tak właśnie się zachowywałam!
- Oj, wiesz mi, ja też taka byłam – oznajmiła Olivia.
- Naprawdę? – spytała Ginny.
- Tak – odpowiedziała Olivia – Byłam jeszcze gorsza. Może kiedyś wam to opowiem – James II zacisnął ręce.
- Ginny – wyjaśnił Ron – Nie masz pojęcia, jakie to dziwne, że jest taka nieśmiała, normalnie usta jej się nie zamykają... – Wspięli się jeszcze wyżej, aż stanęli przed drzwiami pokrytymi złuszczoną farbą, z małą tabliczką, na której było napisane: pokój Ronalda. Harry wszedł do środka, prawie dotykając głową pochyłego sufitu, i gwałtownie zamrugał. Wydawało mu się, że wszedł do pieca – niemal wszystko było tu pomarańczowe: narzuta na łóżku, ściany, nawet sufit. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Ron pokrył wszystko plakatami przedstawiającymi siedem postaci w pomarańczowych szatach, trzymających miotły i wymachujących nimi energicznie.
- W naszym domu też masz tyle tych plakatów, że cały pokój jest zawalony, Patrick! – parsknęła śmiechem Lucy.
- Oj nie przesadzaj Lucy! – burknął Patrick – Jak już to połowę pokoju.
- Chwila, chwila! Proszę o czas! – krzyknął Seamus – Czy wy jesteście razem?
- Tak – oznajmił Patrick.
- Jesteście? – pytał Percy.
- Jesteśmy – powiedziała Lucy – małżeństwem. Nie, tato Patrick nie był prefektem ani prefektem naczelnym – odezwała się Lucy. Większość prasnęła śmiechem, widząc minę Percy'ego. Matki przytuliły swoje dzieci.
- Czy wy też, no macie te znaki? – spytał Seamus powoli.
- Tak, tato – odpowiedziała Lucy. Odrzuciła włosy z jednego skraju szyi i machnięciem różdżki rozproszyły maskowanie. Znak zalśnił. Miała runy i dwie wiewiórki w kształcie yin i yang, a Patrick oczy granatowe i niebieskie w kształcie yin i yang.
- Jak macie dwie wiewiórki to by oznaczało – wyszeptała Susan zszokowana.
- Że mamy takie patronusy, tak mamo, masz rację – odpowiedział Patrick.
- Bratnie dusze – powiedziała beztrosko Lucy.
- Lucy w młodości lubiła mnie przedrzeźniać, a zwłaszcza Ciebie tato lubiła naśladować Twoją mowę i gesty. Świetnie jej to wychodziło, ja byłam tą poważną, ona jest moim przeciwieństwem – rzekła Molly II.
- Weź powiedz coś po Weatherby'emu! – krzyknęli Fred i George z nadzieją w głosie.
- Jak będzie na to odpowiednia sytuacja. Hmm opowiadaliście nam, że ojciec był wpatrzony w, jak mu było, Crouch i nazywał go Weatherby. Kochanie pozwolisz?
- Jasne – rzekł Patrick.
- Panie Crouch lubię pana takim, jakim pan jest – powiedziała, naśladując głos Percy'ego i jego gesty.
- Serio Weatherby? – zapytał nadzieją Patrick.
- Serio – odpowiedziała Lucy, naśladując głos Percy'ego.
- Och, Weatherby! – krzyknął Patrick.
- Panie Crouch! – odkrzyknęła Lucy, naśladując głos ojca i rzucili się sobie w ramiona. Rodzina i przyjaciele ryknęli śmiechem. Leżeli ze śmiechu, śmiejąc się wniebogłosy trzymając się za brzuch, a Percy nie wiedział, co powiedzieć, tak go zatkało.
- Nie mogę! – wołali ze śmiechu – to było genialne!
- Twoja drużyna quidditcha? – zapytał Harry.
- Armaty Chudley'a – odrzekł z dumą Ron, wskazując na pomarańczową narzutę na łóżku, na której były wyhaftowane olbrzymie czarne litery AC i kula armatnia – Dziewiąte miejsce w lidze.
- Ta twoja drużyna amatorów! – zadrwił Blaise.
W kącie leżał bezładny stos podręczników szkolnych, tuż obok stosu komiksów z serii Przygody Martina Miggsa, szalonego mugola. Na parapecie stało akwarium pełne żabiego skrzeku, a na nim leżała różdżka Rona. Obok drzemał w plamie słońca jego tłusty szczur Parszywek.
Złota trójka zacisnęła ręce. Ci, którzy to zauważyli, nie wiedzieli, czemu tak zareagowali, no poza Remusem, Jamesem i Syriuszem. Mieli pewne podejrzenia.
Harry przeszedł ostrożnie nad talią samotasujących się kart, rozrzuconych na podłodze, i wyjrzał przez małe okno. Na polu zobaczył grupę gnomów, przemykających jeden po drugim przez żywopłot ogrodu Weasley'ów. Odwrócił się, żeby spojrzeć na Rona, który wpatrywał się w niego z niepokojem, jakby na coś czekał.
- Jest trochę ciasno – powiedział szybko Ron – Twój pokój u mugoli jest o wiele większy. No i tuż nade mną, na strychu, mieszka ghul, bez przerwy wali w rury i jęczy... – Ale Harry uśmiechnął się od ucha do ucha i powiedział:
- To najwspanialszy dom, jaki widziałem w życiu... – Ronowi zapłonęły uszy.
- Palisz się Weasley? – spytał z drwiną Zachariasz.
- Koniec rozdziału – odezwała się Daphne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz