czwartek, 18 stycznia 2024

Rozdział 22 Więzień

 

- Madame, teraz ja – rzekł starszy Regulus.

- Proszę, mój Lordzie – odparła jego żona i zaczęli się całować.

- Poparz, jak mamusia i tatuś się całują! – wzruszyła się Tracy do Feliksa.

Rozdział dwudziesty drugi

Znowu sowia poczta

Harry! – Hermiona ciągnęła go za rękaw, spoglądając na zegarek – Mamy dokładnie dziesięć minut na powrót do skrzydła szpitalnego, tak żeby nikt nas nie zobaczył... zanim Dumbledore zamknie drzwi na klucz...

Hermiona uśmiechnęła się słodko do Snape'a i Knota.

- Dobra – powiedział Harry, odrywając oczy od nieba – Idziemy... – Prześliznęli się przez małe drzwiczki na szczycie wieży i zeszli po ciasnych, spiralnych schodkach. Kiedy już byli na dole, usłyszeli głosy. Przywarli do ściany i nasłuchiwali. To byli Knot i Snape. Szli szybko korytarzem u stóp schodów.

- ...mam nadzieję, że Dumbledore nie będzie robił żadnych trudności – mówił Snape – Pocałunek zostanie złożony natychmiast?

- A fige z makiem, Snape! – warknął starszy Łapa i pokazywał mu środkowy palec.

- Jak mam się wam odwdzięczyć? – spytała pani Black. Hermiona podeszła do Marlene i przytuliła się do niej mocno, a ta objęła ją do siebie i głaskała jej włosy, po czym pocałowała ją w czoło, wyrażając cioteczne uczucia, jakie do niej żywiła. Lady Weasley westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w cioteczkę jeszcze bardziej, a ta tuliła ją do swojej piersi, mając łzy w oczach. Obie miały na sobie ubrania oraz podkreślały ich seksowne figury i miały buty na wysokim obcasie, które obie chodziły z gracją i wdziękiem.

- Kochasz nas, ciociu Marlene? – zapytała Hermiona z nadzieją w głosie.

- Całym swoim sercem, kochanie – odparła pani Black, pokazując palcami obu dłoni serce.

- Już nam się odwdzięczyłaś, ciociu, bo jesteś naszą ciocią i nas kochasz – mruknęła Hermiona i uśmiechnęła się, a Marlene miala łzy w oczach ze wzruszenia. Przytuliła mocno do siebie również Harry'ego.

- Zawsze będę twoją ciocią, skarbie i to jest dla mnie największy zaszczyt, że mogę być twoją ciocią, Hermiono.

- Bo jesteś moją ciocią i nic tego nie zmień – oświadczyła pani Weasley, a Marlene uśmiechnęła się.

- A ty jesteś potężnym czarodziejem, Harry. To jest największy zaszczyt, że mogę być twoją ciocią, Harry Potterze.

- To nic takiego, cioteczko – odparł skromnie Harry, ale przytulił się do niej, a ona pogłaskała go po włosach z uczuciem i pocałowała w czoło, zupełnie jak małe dziecko.

- Jak tylko Macnair wróci z dementorami. Ta cała afera z Blackiem jest bardzo kłopotliwa. Chciałbym już móc poinformować "Proroka Codziennego", że w końcu złapaliśmy drania... Myślę, że będą chcieli przeprowadzić z panem wywiad, Snape...

- "Snape, profesor, który został gackiem Hogwartu" – wymyślił tytuł wywiadu starszy Rogacz. Większość ludzi ryknęła śmiechem, a Snape zrobił wściekłą minę i wysyczał:

- Zabiję cię, Potter! – warknęli dwie wersje Severusa.

a kiedy ten młody Potter odzyska sprawność umysłu, to na pewno opowie "Prorokowi" ze szczegółami, jak mu pan ocalił życie... – Harry zacisnął zęby. Udało mu się dostrzec głupawy uśmiech na twarzy Snape'a,

- Teraz to ja mam głupawy uśmiech na twarzy – oznajmił starszy Łapa – Dzięki mojemu Rogasiowi i mojej Feminiotka.

kiedy on i Knot przechodzili obok ich kryjówki. Wkrótce kroki ucichły w oddali. Odczekali chwilę i pobiegli w przeciwną stronę. W dół po schodach, potem znowu korytarzem i znowu w dół... i wtedy usłyszeli przed sobą chichot.

- Irytek! – mruknął Harry, łapiąc Hermionę za przegub – Do środka! – Wpadli do jakiejś pustej klasy na lewo. Irytek harcował po korytarzu, zanosząc się śmiechem.

- Och, on jest okropny – szepnęła Hermiona z uchem przy drzwiach – Założę się, że jest tak podniecony, bo dementorzy mają wykończyć Syriusza...

- Skarbie – powiedział młodszy Łapa i pogroził jej palcem – dla Ciebie jestem "wujek Syriusz" albo "wujek Łapa" – ale uśmiech miał szeroki. Puścił oczko, a ta pokiwała głową.

- Oczywiście, wujku Syriuszu – powiedziała Hermiona podnieconym głosem – gdyż etykieta dobrego wychowania wymaga ode mnie zwracać się do brata tatusia per "wujek", a wujek Syriusz jest bratem mojego tatusia, więc moim obowiązkiem jest mówić do niego per "wujek", ponieważ ja jestem damą i lady rodu Weasley i wymaga się ode mnie przestrzegania etykiety dobrego zachowania.

- Słyszałaś, Marlene dla tego skarba – wskazał na przyszłą pani Minister – jestem wujkiem Syriuszem.

- Słyszałam – zachichotała pani Black – a ja jestem dla niej ciocią Marlene, prawda skarbie?

- Tak, ciociu Marlene – rzekła pani Weasley szczęśliwym głosem i przytuliła się do niej  – Oczywiście, że jesteś moją ciocią.

Zerknęła na zegarek – Harry, trzy minuty! – Poczekali, aż chichoty Irytka ucichną w oddali, wymknęli się z klasy i pobiegli dalej.

- Hermiono... co się stanie... jak nie zdążymy wrócić... zanim Dumbledore zamknie drzwi? – wydyszał Harry.

- Nawet nie chcę o tym myśleć! – jęknęła Hermiona, ponownie zerkając na zegarek.

- Będzie to dla Ciebie dramat, Hermiono, bo później zobaczysz swojego mon Rona, a nie od razu – powiedzieli Fred i George rozbawieni.

- Zamknijcie się! – warknął Ron na braci.

- Jedna minuta! – Wbiegli na korytarz wiodący do wejścia do skrzydła szpitalnego – W porządku... słyszę Dumbledore'a – powiedziała z ulgą Hermiona – Idziemy!

- Jesteś wolny, wujku Łapo! – zawołała Ginny.

- Dokładnie tak feminiątko! – odparli z radością młodszy i starszy Łapa.

Zaczęli się skradać korytarzem. Nagle drzwi się otworzyły. Zobaczyli plecy Dumbledore'a.

- A teraz zamknę was na klucz. Jest... – zerknął na zegarek – za pięć dwunasta. Panno Granger, trzy obroty powinny wystarczyć. Powodzenia – Dumbledore wycofał się na korytarz i wyjął różdżkę, żeby zamknąć drzwi na klucz. Harry i Hermiona rzucili się ku niemu w panice. Spojrzał na nich i uśmiechnął się szeroko.

- No i jak? - zapytał cicho.

- Już po wszystkim! – wydyszał Harry – Syriusz odleciał na Hardodziobie...  – Dumbledore rozpromienił się.

Knotowi, Umbridge i Snape'om pokazał środkowy palec.

- Dobra robota. Myślę... – nasłuchiwał przez chwilę przy drzwiach – tak, myślę, że wy też już odeszliście... No to do środka... zaraz was zamknę... – Harry i Hermiona wśliznęli się do sali szpitalnej. Nie było tam nikogo prócz Rona, który nadal leżał nieruchomo w ostatnim łóżku.

Hermiona popatrzyła na męża drapieżnym wzrokiem.

- Wiesz, że te twoje blizny mnie bardzo podniecają – powiedziała erotycznie pani Weasley do ucha mężowi.

- A mnie podnieca jak masz na sobie biżuterie z rodem Weasley'ów i wysokie szpilki i znak na szyi, który teraz mam ochotę pocałować – wyszeptał jej do ucha. Hermiona odrzuciła włosy z jednego skraju szyi i odsłoniła znak i udawała, że musiała poprawić włosy, a chciała, żeby Ron miał dostęp do znaku. Ron przejechał po znaku, a ona cicho westchnęła zadowolonym głosem, a on następnie pocałował ją w znak, a ta głośno westchnęła zadowolonym głosem.

- Możecie przestać!? – zawołał Bill.

- Bill, my nic nie robimy – stwierdziła z niewinną miną, oddychając głęboko.

- Właśnie widzę! – prychnął Charlie, popierając starszego brata.

Kiedy zamek kliknął za nimi, wpełzli do swoich łóżek. Hermiona schowała zmieniacz czasu pod szatę. Zaledwie to zrobiła, pojawiła się pani Pomfrey.

- Dyrektor poszedł sobie wreszcie? Mogę zająć się moimi pacjentami? – Była w bardzo złym nastroju.

- Jak babcia Poppy jest zła, to lepiej się nie odzywać – mruknął Seamus i wystrzeżył się do pielęgniarki, a ona uśmiechnęła się niewinnie.

- No właśnie, kiedy jestem zła, to lepiej uciekać, no chyba że jesteś moim pacjentem – powiedziała słodkim głosem Poppy i popatrzyła na Severusa, Knota i dyrektora – Prawda, panowie? – najbardziej patrzyła na Severusa i Korneliusza mordem w oczach.

- Tak MADAME Pomfrey – powiedzieli starszy Severus i Kordek z lękiem.

- A co wtedy zrobiłeś, Severusie? – spytała pielęgniarka.

- Ja krzyczałem – mruknął – bo Potter...

- Odczep się od Harry'ego! – rzekła Jessica.

- Dla Ciebie to Panie profesorze Snape, Potter! – warknął na Jessicę gacek.

- Otóż nie, panie profesorze Snape, słowa "panie profesorze Snape" – powiedziała z taką ironią, że Snape szlag trafił – Nazywam się pani Creevey i proszę, żeby się do mnie zwracać per "pani Creevey" albo per "Lady Creevey ". Czy wyraziłam się jasno, panie profesorze Snape? – Colin uśmiechnął się do niej – No co? Jestem przecież panią Creevey. Kiedy dałeś mi ten znak – i przejechała po znaku i westchnęła zadowolonym głosem, bo poczuła więcej mocy Colina w sobie – oraz mam biżuterie z rodem Creevey i obrączkę ślubną.

- Wiesz co, wyglądasz w tej biżuterii jeszcze piękniej, niż bez, pani Creevey. I te szpilki, i te ubrania... Hmm...

- Dziękuję, panie Creevey – odparła Jessica i pocałowała go w usta.

- Możecie przestać się całować na moich oczach!? – zawołał zirytowany Harry.

- Teraz wiesz, co czuję, Harry, kiedy widzę, jak całujesz się z moją młodszą siostrą na moich oczach – stwierdził Ron.

- Chyba to jest pan Potter – poprawiła Severusa Poppy – i go wyzywałeś tak samo, jak Hermionę. Teraz to jest pani Weasley. Jesteś dorosłym facetem, a zachowujesz się, jakby ktoś ci ukradł mózg, a teraz powie pan nam ładnie, panie profesorze Snape czego się nie robi w szpitalu?

- Nie krzyczy się w szpitalu – wycedził starszy Severus.

- Madame Pomfrey – dodała Poppy chłodnym głosem – Zapomniał pan dodać "Madame Pomfrey" albo "pani Pomfrey", panie profesorze Snape.

- Przepraszam, że nie dodałem do zdania per "madame Pomfrey", madame Pomfrey! – wycedził z jadem w głosie.

- Severus! – warknęła starsza Lily – Zachowuj się, jak mężczyzna!

- Ty się nie odzywaj, Potter! – wypluł z jadem w głosie słowo "Potter" – bo poślubiłaś tego debila! – warknął na swoją byłą przyjaciółkę – A twoje bachory są takie same, jak twój mężulek!

- Lily nie warto – powiedział starszy Rogacz, kiedy patrzyła na Snape'a wściekła, że obraził jej męża i dzieci. Już miała mu odparować, ale Rogacz przytulił ją i pocałował w czoło. Pani Potter westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w męża jeszcze bardziej.

- Kocham cię, Lordzie Potter – mruknęła zadowolonym głosem – nawet nie wiesz jak bardzo – a dzieci patrzyły na nietoperza z mordem w oczach.

- Jesteś taka piękna, Lady Potter – powiedział. Przytrzymał jej głowę i wbił się w jej usta, a ta westchnęła zadowolonym głosem. Kiedy się od niej oderwał, Lady Potter miała rozmarzona minę i patrzyła na niego z iskierkami miłości – Hmm... Jak ty pięknie pachniesz, jestem uzależniony od twojego zapachu, moja bogini.

- Panie Potter to są specjalne perfumy dla pana, Lordzie Potter – oznajmiła Lady Potter, a jej głos był niezwykle erotyczny – A ja jestem uzależniona od twojego zapachu przytulania się do ciebie i siedzenia ci na kolanach i kiedy mnie przytulasz, to czuję się taka bezpieczna.

Uznali, że trzeba spokojnie przyjąć czekoladę. Pani Pomfrey stała nad nimi, chcąc się upewnić, że wszystko zjedzą. Harry ledwo mógł coś przełknąć. Czekali, nasłuchując w napięciu... W końcu, kiedy oboje wzięli po czwartym kawałku czekolady, usłyszeli daleki ryk wściekłości, odbijający się echem gdzieś nad ich głowami – Co to było? – spytała zaniepokojona pani Pomfrey.

- To tylko pan profesor Snape się przewrócił, bo stanął sobie na swojej sukience, babciu Po – powiedział Harry niewinnym głosem do Poppy. Sala parsknęła głośnym śmiechem. Snape patrzył na niego z jadem w oczach.

Teraz usłyszeli podniecone głosy, które przybliżały się coraz bardziej. Pani Pomfrey spojrzała na drzwi – No nie... wszystkich pobudzą! Co oni sobie myślą! – Harry nastawił uszu, pragnąc za wszelką cenę usłyszeć, co mówią. Teraz głosy były już blisko.

- Musiał się deportować, Severusie, trzeba było zostawić kogoś w gabinecie, żeby go pilnował. Jak to się rozniesie...

- ON SIĘ NIE DEPORTOWAŁ! – ryknął Snape, teraz już bardzo blisko – WEWNĄTRZ TEGO ZAMKU NIE MOŻNA SIĘ TELEPORTOWAĆ, DOBRZE O TYM WIESZ! MUSIAŁ... W TYM... MACZAĆ... PALCE... POTTER!

- Biedny malutki Sevuś, nie dostanie zabawki w postaci Orderu Merlina Pierwszej Klasy? – zadrwiła młodsza Lily I, ocierając oczy, udawała, że płacze. Łapa, Rogacz, Fred I, George, Harry, Ron i Jared opluli się wodą, kiedy to usłyszeli i ryknęli śmiechem. Severusowie patrzyli wściekli na swoją byłą przyjaciółkę. Jednakże większość ludzi parsknęła śmiechem, co jeszcze bardziej ich wkurzyło – Jaka szkoda, Sevusiu.

- EVANS! – ryknął wściekli Snape'owie.

- Nie, panie profesorze Snape, jestem pani Potter albo Lady Potter, tak się nazywam, panie Snape, chyba że woli pan nazywać mnie per szlama! – warknęła na niego.

- Lily...

- Nie mów mi, panie Snape po imieniu, jakbyśmy wciąż byli przyjaciółmi! – wycedziły dwie wersje Lily I oficjalnym tonem – Jestem dla pana "Pani Potter" albo "Lady Potter" i proszę się tak do mnie zwracać oraz per "pani". Rozumiemy się, panie Snape? Obraził mnie pan na piątym roku i ciągle wyżywa się pan na moim dzieciach, którzy nic panu nie zrobili! – Severusy zauważyli, że Lily mówi do niej na per "pan" i "panie profesorze Snape" i wcale nie był szczęśliwy z tego powodu.

- Jak sobie pani życzy, pani Potter – powiedzieli zimnym głosem, a dwie wersje Lily I wtuliły się w swojego męża.

- Jamie jestem teraz taka smutna i zła więc jako mój mąż poprawisz mi humor i zaopiekujesz się mną? Przelecisz mnie? Wiem, że masz na mnie ochotę – wyszeptały im do ucha podnieconym i erotycznym głosem – a ja w nagrodę zaspokoję twoje potrzeby i zrobię Ci takiego lodzika, że będziesz mnie błagał o więcej – dalej jej głos był niezwykle erotyczny i pocałowały swojego Jamesa w policzek. Rogacze przełknęli ślinę, a następnie popatrzyli na swoje żony z bananem na twarzy.

- Severusie... bądź rozsądny... Harry był zamknięty... – ŁUUUP. Drzwi otworzyły się z hukiem. Knot, Snape i Dumbledore wpadli do sali. Tylko Dumbledore był spokojny. Mało tego, wyglądał, jakby coś go ucieszyło. Knot był wyraźnie zdenerwowany. Natomiast Snape całkowicie stracił panowanie nad sobą.

- GADAJ, POTTER! CO ZROBIŁEŚ?

- Jesteś zupełnie niezrównoważony psychicznie, Snape! – warknął na niego Albus II – to, że posiadam twoje imię, nie zmienia faktu, że również jesteś niezrównoważony psychicznie. Człowieku, lecz się na głowę. Samanta, pomóż mu proszę, to jeszcze biedak, padnie na serce.

- POTTER JAK ŚMIESZ MÓWIĆ, ŻE JESTEM NIEZRÓWNOWAŻONY PSYCHICZNIE! – krzyknął na niego Snape. Wyciągnął różdżkę i wycelował w Albusa Severusa.

- Strzelaj – rzekł Lord Potter, a ludzie patrzyli na niego w szoku. Podszedł do niego tak blisko, że jego różdżka dotykała jego brzucha – Jeśli ma Ci to ulżyć strzelaj! Na co czekasz, Severusie? Kazałem ci strzelać! I wtedy sobie na pewno ulżysz. No już, Snape strzelaj i zrób mi krzywdę! NO JUŻ SNAPE ZRÓB MI KRZYWDĘ! – większość wciągnęła powietrze.

- Albus co ty, do choler,y robisz!? – spytała Ginny przerażona. Po chwili Severus opuścił różdżkę i odszedł na swoje miejsce.

- Tak, myślałem – powiedział Albus II – Musisz to przepracować z psychologiem, Severusie, długo nie pociągniesz, zrobiłeś wiele błędów, ale wierzę, że jesteś dobrym człowiekiem tylko się pogubiłeś – i odwrócił się i przytulił do siebie Amelię, którą wciągnął na swoje kolana, a Snape patrzył na niego przez chwilę nie mogąc w to uwierzyć.

- Mój ty bohaterze! – zawołała Amelia II i pocałowała go w usta.

- Albus to było mocne – stwierdził po chwili James II, patrząc na brata z dumą. Większość pokiwała głową.

- Skąd wiedziałeś, że nie strzeli Albusie! – spytała Susan, która ciężko oddychała.

- Mógł ci zrobić krzywdę! – dodała Hanna, która też ciężko oddychała.

- Bo mam oczy po babci Lily – odparł Albus II, patrząc na babcię Lily i uśmiechnął się do niej, a ona przytuliły go mocno do siebie.

- Tatusiu spośród twojej trójki biologicznych dzieci tylko Albus odziedziczył oczy po babci Lily – rzekła Lily II do ojca.

- Panie profesorze! – krzyknęła pani Pomfrey – Proszę się opanować!

- Snape, niech pan będzie rozsądny – powiedział Knot – Te drzwi były zamknięte, przecież sam pan widział...

- ONI POMOGLI MU UCIEC, JESTEM TEGO PEWNY! – ryknął Snape, wskazując na Harry'ego i Hermionę. Straszny grymas zniekształcił mu twarz, na ustach miał pianę.

- FUJ! - ryknęły kobiety z obrazą.

- To jest odrażające! – skomentowała to Victoire, krzywiąc się.

- Masz wściekliznę, Snape? – spytała Domique.

- Wścieklizna jest bardzo niebezpieczna dla człowieka – powiedział Nick – a zwłaszcza przenosząca przez gacki.

- Człowieku, uspokój się – warknął Knot – Wygadujesz bzdury!

- NIE ZNA PAN POTTERA! ON TO ZROBIŁ, WIEM, ŻE TO ON...

- Który jest najpotężniejszym, najgorętszym, najseksowniejszym i najprzystojniejszym Lordem świata. Tak oczywiście mówiła panna Weasley, bo ja nie jestem gejem – oznajmiła Ginny, naśladując głos Severusa, a sala parsknęła śmiechem. Snape zrobił się czerwony – a Ginny... to znaczy... panna Weasley jest w nim na maksa zakochana, będzie panią Potter czy Panu się podoba, czy nie, panie Knot i wezmą ślub i z młodej Lady Weasley stanie się Lady Potter. Mało tego Lord Potter i przyszła Lady Potter naznaczyli się, mają celtycki krąg ochronny otaczający ten obszar. Wewnątrz większości starożytnych run oznaczających jedność. Na skórze u Lorda Pottera widnieje para oczu, jedno czekoladowe, drugie szmaragdowe, a u Lady Potter celtycki krąg ochronny otaczający ten obszar. Wewnątrz większości starożytnych run oznaczających jedność znajduje się jeleń i koń splecione w kształcie yin i yang, więc oni są już małżeństwem, a Ginny Weasley stała się Ginny Potter.

- Severusie, pan Potter może wziąć ślub z panną Weasley i będzie panią Potter –stwierdził Harry głosem Knota.

- Oni już są małżeństwem, Knot! - poprawiła go Ginny zimnym głosem Severusa. Większość ludzi wybuchła śmiechem.

- I ja się z tego bardzo cieszę – powiedziały dwie wersje Lily I.

 - Kocham cię, mamusiu – mruknęła w pierś pani Potter. Za każdym razem, kiedy jej córki mówią do niej "mamusia" miała łzy w oczach ze wzruszenia.

-Za każdym razem, gdy mówię sobie, że nie będę płakać ze wzruszenia, kiedy moje dzieci mówią do mnie per "mamusia" i za każdym razem się poddaję – powiedziała Lily I – miała śmiech w głosie, wycierając łzy tuląc do swojej piersi Ginny, która wzdychała zadowolonym głosem, kiedy ją tuliła. Lady Potter i pocałowała ją w czoło, a ta westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w matkę jeszcze bardziej, kiedy się oderwała. Rogacze nic nie powiedzieli tylko przytulili mocno Ginny do siebie.

- Tatuś – wyszeptała szczęśliwym głosem, kiedy poczuła pana Pottera, wtulając się w ojca jeszcze bardziej.

- Moja córeczka... Jestem dumny, że mogę mieć taką córkę, jak ty Ginny. Jesteś zabawna, rozsądna, potężna, jesteś też bardzo mądrą rudowłosą kobietą – rzekł.

- Kocham cię, tatusiu – mruknęła do niego, kiedy się do niego przytuliła, a ten objął ją mocno, jakby miał ją chronić przed złem.

- Kocham cię, Ginny, moja córeczko – oznajmił Rogacz i pocałował ją w czoło, wyrażając ojcowskie uczucia, jakie do niej żywił. Młodsza pani Potter westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Rogacza jeszcze bardziej – i nic tego nie zmieni. Zawsze będziesz moją córeczką, kochanie.

- A tatuś zawsze będzie moim tatusiem, tatusiu – mruknęła pani Potter i westchnęła zadowolonym głosem, nie chcąc go puścić.

- Oczywiście, że będę na zawsze twoim tatusiem, skarbie to dla mnie jest najwyższy zaszczyt – mruknął Rogacz.

- Dosyć, Severusie – powiedział spokojnie Dumbledore – Radzę się zastanowić. Te drzwi były zamknięte od chwili, gdy opuściłem skrzydło szpitalne dziesięć minut temu. Pani Pomfrey, czy ci uczniowie wychodzili z łóżek?

- Ależ skąd! – żachnęła się pani Pomfrey – Byłam przy nich od chwili, gdy pan wyszedł!

Hermiona i Harry uśmiechnęli się niewinnie do Severusów.

- Sam widzisz, Severusie. Nie widzę powodu, by ich dalej niepokoić, chyba że chcesz zasugerować, że byli jednocześnie w dwóch miejscach.

- Wtedy pan Profesor Snape musiałby naprawdę się wtedy leczyć na głowę – oznajmiła Fleur – wtedy moja córcia Sami miałaby pacjenta, bo wiecie moja córeczka Sami jest chirurgiem i by na pewno pomogła temu biedakowi przeszczep mózgu by mu zrobiła a później i lekarstwa by przepisała, ale pan profesor Snape nie chce się leczyć. No to trudno, jego sprawa – a jej głos ociekał słodyczą. Niektórzy opluli sie wodą, kiedy to usłyszeli i popatrzyli na nią z niedowierzaniem, a niektórzy parsknęli śmiechem.

- DELACOUR JAK ŚMIESZ MÓWIĆ, ŻE JESTEM CHORY PSYCHICZNIE! – ryknął wściekły Snape. Kipiał ze złości i wpatrywał się w nią morderczym wzrokiem we Fleur. Ta stała z założonymi rękami, robiąc pozę ala Molly Weasley i uśmiechnęła się słodko, a single tylko westchnęli patrząc na Fleur i zaczęli się ślinić, bo jej ubrania była tak dobrane, że eksponowano jej idealną umięśnioną figurę. Na stopach miała wysokie szpilki, odrzuciła włosy do tyłu, po chwili dodała słodkim głosem:

- Ktoś tu ma chyba demencję, bo ja już nie nazywam się Delacour tylko Weasley – i odrzuciła włosy z jednego skraju szyi. Miała runy na szyi. Wilka i łabędzia w kształcie yin i yang – Kocham to znamię – i przejechała, wzdychając zadowolonym głosem, bo poczuła moc Billa, która była w niej cały czas. Bill wyszczerzył się głupkowato i wypiął dumnie pierś, jak to robił Percy – To jest pierwszy dowód. Drugi mam na palcu – i pokazała obrączkę ślubną – a trzeci to jest moja biżuteria z rodem Weasley i wszędzie pisze Lady Weasley, więc ma pan trzy dowody, że nazywam się Weasley, pani Weasley albo Lady Weasley i proszę, żeby pan profesor Snape się tak do mnie zwracać per "pani Weasley" albo per "Lady Weasley" rozumiemy się? A, przypomniałam sobie, że po czwarte moja mamusia Molly i mój tatuś Artur powiedzieli mi, że nazywam się Weasley nie Delacour, tylko Weasley, a ja jestem grzeczną dziewczynką i grzeczną córeczką państwa Weasley i słucham się moich rodziców, skoro moi rodzice powiedzieli, że nazywam się Weasley, to nazywam się Weasley. Prawda, że nazywam się nie Delacour tylko Weasley mamusiu i tatusiu? – zapytała z nadzieją w głosie, patrząc na państwo Weasley z nadzieją w oczach.

- Tak słoneczko, nazywasz się Weasley, Lady Weasley albo Pani Weasley, skarbie – oznajmili Molly i Artur i przytulili Fleur do siebie – Kocham cię, skarbie – a później i dodali do Snape'a – i to jest pani Weasley albo Lady Weasley, panie profesorze Snape. Nam to obojętne, jak będzie pan ją nazywał, ale musi być per "pani Weasley" albo per "Lady Weasley", bo my jako jej rodzice tak sobie życzymy. Rozumiemy się, panie profesorze Snape? – Molly pocałowała ją w czoło. Pani Weasley westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w matkę jeszcze bardziej, wyszeptując do jej piersi "mamusia".

- Tak, pani i panie Weasley! – warknął Snape.

- Słyszałeś, co powiedzieli moi rodzice? – spytała Fleur, kiedy oderwała się od Molly i popatrzyła na Snape'a, który kipiał ze złości i wpatrywając się w blondynkę z jadem w oczach i wycedził:

- Oczywiście, pani Weasley.

- No widzi pan, panie Snape? Jak pan chce, to potrafi się zachować, jak prawdziwy dżentelmen – oznajmiła Fleur słodkim głosem i odwróciła się z gracją i wdziękiem, po czym usiadła na kolanach Billa i przejechała palcem po policzku, a następne pocałowała ten policzek.

- Jesteś taka seksy, pani Weasley – westchnął Bill.

- Chcę się z tobą kochać, panie Weasley – a Bill w odpowiedzi pocałował ją w znak, a ta westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w męża jeszcze bardziej.

 Snape kipiał ze złości i wpatrywał się to w Knota, który zdawał się wstrząśnięty jego zachowaniem, to w Dumbledore'a, któremu oczy błyszczały wesoło znad okularów. Odwrócił się gwałtownie, łopocząc obszerną szatą, i wybiegł z sali szpitalnej.

- Ten facet jest zupełnie niezrównoważony – rzekł Knot, patrząc na drzwi – Na pana miejscu, Dumbledore, uważałbym na niego.

- Och, nie, on wcale nie jest niezrównoważony – powiedział spokojnie Dumbledore – Po prostu spotkał go straszny zawód.

- Nie dostanie zabawki w postaci Orderu Merlina Pierwszej Klasy! – zachichotała starsza Narcyza.

- Nie tylko jego! – prychnął Knot – Ale sobie "Prorok Codzienny" na nas poużywa! Już mieliśmy Blacka, a on znowu nam się wymknął! Jeszcze tylko tego brakuje, żeby się dowiedzieli o ucieczce hipogryfa, a stanę się pośmiewiskiem wszystkich! No dobrze... chyba pójdę powiadomić ministerstwo...

- A dementorzy? – zapytał Dumbledore – Mam nadzieję, że zostaną usunięci z terenu szkoły?

- Od teraz ich obowiązkiem jest całowanie Różowej Ropuchy z ministerstwa – powiedział Teddy głosem Knota. Umbridge zrobiła się czerwona.

- Aa... tak, muszą odejść – rzekł Knot, drapiąc się po głowie – I kto by pomyślał, że spróbują zaaplikować ten ich pocałunek niewinnemu chłopcu... Zupełnie wymknęli się spod kontroli... Nie, jeszcze tego wieczoru każę im wynosić się do Azkabanu. Może by warto pomyśleć o smokach przy wejściach na teren szkoły...

- Hagrid byłby zachwycony – powiedział Dumbledore, mrugając do Harry'ego i Hermiony.

Harry i Hagrid wymienili spojrzenia.

Kiedy on i Knot wyszli z sali, pani Pomfrey podbiegła do drzwi i zamknęła je na klucz. Pomrukując coś gniewnie pod nosem, schroniła się w swoim gabinecie.

- Zdenerwowałam się, bo nie można krzyczeć w szpitalu – powiedziała Madame Pomfrey, patrząc na Snape'a.

Z końca sali dobiegł cichy jęk. Ron się przebudził.

- Mamusia przebudziła tatusia pocałunkiem w usta! To takie słodkie i to był pocałunek prawdziwej miłości – powiedział Scorpius przesadnie szczęśliwy tonem. Hermiona i Ron spalili buraka, a sala parsknęła śmiechem.

Zobaczyli, jak siada na łóżku, rozcierając sobie głowę i rozglądając się nieprzytomnie.

- Co... co się stało? – jękną – Harry! Dlaczego tu jesteśmy? Gdzie jest Syriusz? Gdzie jest Lupin? Co się dzieje? – Harry i Hermiona spojrzeli na siebie.

- Ty mu powiedz – rzekł Harry, biorąc kolejny kawał czekolady.

- Dobrze, Harry, tylko jeszcze raz go pocałuje – stwierdziła Rose głosem matki.

Kiedy następnego dnia w południe Harry, Ron i Hermiona opuścili skrzydło szpitalne, zastali cały zamek prawie opustoszały. Piekielny upał i koniec egzaminów spowodowały, że wszyscy skorzystali z dobrodziejstwa kolejnej wyprawy do Hogsmeade. Ani Ron, ani Hermiona nie mieli jednak na to ochoty, więc włóczyli się z Harrym po błoniach, rozmawiając o niezwykłych wydarzeniach poprzedniej nocy i zastanawiając się, gdzie mogą być teraz Syriusz i Hardodziob.

- Bardzo daleko – rzekł starszy Łapa.

Siedząc nad jeziorem i obserwując olbrzymią kałamarnicę, poruszającą leniwie mackami, Harry stracił nagle wątek rozmowy, gdy spojrzał na przeciwległy brzeg. To stamtąd galopował ku niemu ten jeleń, a było to tak niedawno, ubiegłej nocy...

Ginny, dwie wersje Lily I, Olivia i Amelia II wtuliły się w swoich mężów.

Padł na nich cień, a kiedy podnieśli głowy, zobaczyli Hagrida, ocierającego spoconą twarz chusteczką wielkości obrusa i uśmiechającego się do nich radośnie, choć oczy wciąż miał mocno zaczerwienione.

- Impreza się udała – powiedział Fred II.

- Chyba nie powinienem tak się cieszyć po tym wszystkim, co stało siew nocy... – powiedział – ...znaczy się, Black znowu dał dyla i w ogóle... ale wiecie co?

- Co? – zapytali wszyscy, udając zaciekawienie.

- Co? – zapytali, udając zaciekawienie.

- Dziobek! Nawiał im! Jest wolny! Świętowałem przez całą noc!

- To cudownie! – zawołała Hermiona, patrząc na Rona z wyrzutem, bo sprawiał wrażenie, jakby zamierzał parsknąć śmiechem.

Hermiona pocałowała go w policzek.

- Taaak... musiałem go źle uwiązać – powiedział Hagrid, patrząc na błonia – Ale, wiecie, rano trochę mnie wzięło... bo wpadło mi do głowy, że może nadział się na profesora Lupina, ale Lupin mówi, że ostatniej nocy nie miał niczego w zębach...

- Co takiego? – zapytał szybko Harry.

- Cholibka, to wy nic nie wiecie? – zdziwił się Hagrid, a uśmiech spełzł mu z twarzy. Przyciszył głos, chociaż nikogo nie było w pobliżu – Ee... Snape powiedział dziś wszystkim Ślizgonom... że profesor Lupin jest wilkołakiem, ot co.

Większość uczniów patrzyła jadowicie na Snape'a.

I że ostatniej nocy grasował po błoniach. Teraz się pakuje, rzecz jasna.

- Pakuje się? – zapytał Harry, zaniepokojony – Dlaczego?

- No... wyjeżdża, nie? – powiedział Hagrid, dziwiąc się, że Harry o to pyta – Jak rano wstał, to od razu poszedł i złożył rezygnację. Mówi, że nie może ryzykować... No wiecie, boi się, że jeszcze raz...

Dwie wersje Lunatyka westchnęli.

- Kto będzie nauczycielem następnym obrony? – zapytała Euphemia.

- Inny nauczyciel eee... ciociu – odparł Neville do Euphemii i się krzywił, a Euphemia uśmiechnęła się szeroko do Neville'a, a ten zarumienił się.

- Kochaneczku nie przejmuj się tym – powiedziała i machnęła ręką – mów mi ciocia i się tym nie przejmuj – uśmiechnęła się, a Hanna przytuliła go i pocałowała go w policzek, ten popatrzył na nią – nie wiem co bym bez Ciebie zrobił Hanno.

- Moim obowiązkiem jako twojej żony jest cię kochać, wspierać, pomagać i znajdować rozwiązanie na różne pytania, bo jesteśmy jednością Neville. Ten symbol to potwierdza – i przejechała palcami po znaku, który miała na szyi i westchnęła zadowolonym głosem.

Harry wstał.

- Muszę się z nim zobaczyć – powiedział Ronowi i Hermionie.

- Ale jeśli złożył rezygnację...

- ...to już chyba nic nie możemy zrobić...

- Obojętnie. Chcę z nim porozmawiać. Później do was wrócę.

Łapa i Rogacz mordowali wzrokiem Severusa.

Drzwi do gabinetu Lupina były otwarte. Spakował już większość swoich rzeczy. Tuż obok wyświechtanej walizki stał pusty zbiornik po druzgotkach. Walizka była otwarta i prawie pełna, a Lupin pochylał się nad biurkiem. Kiedy Harry zapukał w drzwi, podniósł głowę.

- Widziałem, jak się zbliżasz – powiedział Lupin, uśmiechając się.

- Jesteś najlepszym nauczycielem, Remusie. Dzięki temu Harry nauczył się zaklęcia patronusa! – krzyknęły dwie wersje Lily I.

Wskazał na pergamin leżący na biurku. Była to Mapa Huncwotów.

- Właśnie widziałem się z Hagridem – rzekł Harry – Powiedział, że pan złożył rezygnację. Czy to prawda?

- Obawiam się, że tak – Lupin zaczął otwierać szuflady i wyjmować ich zawartość.

- Dlaczego? – zapytał Harry – Przecież Ministerstwo Magii nie posądza pana o to, że pomógł pan Syriuszowi, prawda?

Umbridge patrzyła wściekle na Harry'ego.

Lupin podszedł do drzwi i zamknął je.

- Nie. Profesorowi Dumbledore'owi udało się przekonać Knota, że próbowałem uratować wam życie – Westchnął – To był jeszcze jeden cios dla Snape'a. Bardzo przeżył utratę Orderu Merlina.

- Jaka szkoda Sevusiu, nie będziesz miał swojej zabawki, by się nią pobawić i pokazać innym? – zardwiła starsza Lily – bo byłeś bardzo niegrzecznym chłopcem, a niegrzeczne dzieci nie dostają zabawek.

- Lily nie można drwić z Sevusia – skarciła ją Euphemia ze słodyczą w głosie. - Bo to jest teraz szanowny cudowny pan profesor Snape, Lily.

- Przepraszam, mamusiu, nie będę już drwiła z pana profesora Snape'a i będę już grzeczną dziewczynką, mamuś – oznajmiła starsza Lily I, ale głos dalej miała szyderczy i uśmiechała się niewinnie.

- Moje kochanie – powiedziała Euphemia i przytuliła córkę do siebie, a ta bardzo mocno się wtuliła. Obie miały ubrania od Victoire i Domique oraz biżuterię z rodem Potter, a napisane było "Lady szlachetnego starożytnego królewskiego rodu Potterów" i obie miały wysokie szpilki, które pomagały im chodzić z gracją i wdziękiem.

- Proszę bardzo, panie profesorze Snape, to dla pana, profesora – oznajmili Fred I i George z niewinną miną i wyczarowali coś. To był Order Merlina, który zaczął śpiewać:

- Sevus Order Merlina wita cię w tym cudownym dniu! Kilku zasad się nauczymy cię tu! Spokój, ład, dobry ton, wszechobecny bon ton, w Hogwarcie tego trzymaj się, miłym bądź. Słowa waż, glansuj but, wytrzyj... twarz! Order Merlina chce gościć cię, więc wstąp, jeśli masz czas! – śpiewał Order Merlina dziecięcym głosem. Severus zrobił się czerwony, a Wielka Sala spadła ze swoich stołków, nawet nauczyciele (poza Severusem), pielęgniarka i Filch, padając ze śmiechu na podłogę, śmiejąc się wniebogłosy.

- WEASLEY'E, ZAMORDUJĘ WAS!! – ryknął Snape na Freda I i George'a.

- Nie mogę! ha, ha,ha, ha! Nie mogę to było epickie!!! – śmiali się Rogacz i Łapa z podłogi tak samo śmiali się prawie wszyscy na sali, poza Snapem.

- I co Severusie masz Order Merlina Pierwszej Klasy! – parskały śmiechem dwie wersje Marlene. Gdy się wszyscy w miarę uspokoili Regulus dalej czytał.

No więc... dziś rano, przy śniadaniu, wyrwało mu się... ee... przypadkowo, że jestem wilkołakiem.

- Zrobił to specjalnie! – warknął Seamus.

- Ale przecież nie wyjeżdża pan z tego powodu! – Lupin uśmiechnął się krzywo.

- Jutro o tej porze zaczną przylatywać sowy od rodziców, którzy nie zgodzą się na to, żeby ich dzieci nauczał wilkołak. A po ostatniej nocy dobrze ich rozumiem. Mogłem ugryźć każdego z was... To się nie może powtórzyć.

- Wujku Remusie, jesteś najlepszym nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią, jakiego mieliśmy!

- Jest pan najlepszym nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią, jakiego dotąd mieliśmy! Niech pan nie odchodzi! – Lupin pokręcił głową, ale nic nie powiedział. Nadal opróżniał szuflady.

- Zrobiłeś to specjalnie! – krzyknęli Łapa i Rogacz do Severusa.

A potem, kiedy Harry zastanawiał się nad jakimś dobrym argumentem, który by go przekonał, powiedział:

- Z tego, co mówił mi dziś rano dyrektor, wynika, że ubiegłej nocy uratowałeś życie nie jednej osobie, Harry. Jeśli mogę być z czegoś dumny, to właśnie z tego, że tyle się nauczyłeś. Opowiedz mi o swoim patronusie.

- Skąd pan o tym wie? – zapytał Harry.

- A co innego mogło przepędzić dementorów? – Harry opowiedział mu, co się wydarzyło. Kiedy skończył, Lupin znowu się uśmiechnął – Tak, twój ojciec zawsze przemieniał się w jelenia. Bystry z ciebie chłopak. Właśnie dlatego nazwaliśmy go Rogaczem.

- A ty Harry jesteś Rogasiem – powiedzieli dwie wersje Lunatyka i Łapy.

Wrzucił do walizki jeszcze kilka książek, po czym powsuwał szuflady i odwrócił się do Harry'ego – Przyniosłem to zeszłej nocy z Wrzeszczącej Chaty – powiedział, wyciągając w jego stronę pelerynę-niewidkę – I... – zawahał się, a potem podał mu również Mapę Huncwotów – Już nie jestem twoim nauczycielem, więc oddaję ci to bez wyrzutów sumienia. Mnie już się nie przyda, a myślę, że ty, Ron i Hermiona możecie jeszcze zrobić z niej użytek.

- Jesteśmy stworzeni do łamania praw szkolnych – rzekł Ron – a Hermiona najbardziej – wskazał na żonę.

- Jeśli się ją do tego zachęci – dodał szeptem Harry, na co Ron zarumienił się.

Harry wziął mapę i uśmiechnął się.

- Powiedział mi pan, że Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz chcieli mnie wywabić ze szkoły... że uważali to za bardzo zabawne.

- No i udało się! – powiedział Lupin, schylając się, by zamknąć walizkę – Nie waham się twierdzić, że James byłby bardzo rozczarowany, gdyby jego syn nie odnalazł żadnego z tajnych wyjść z zamku.

- Jak ty mnie dobrze znasz, bracie – powiedzieli starszy i młodszy Rogacz. Dwie wersje Lunatyka się wzruszyli.

- Luniek ty płaczesz? – spytali Łapy.

- Tak – oznajmili Lunatykowie.

Rozległo się pukanie do drzwi. Harry szybko wepchnął mapę i pelerynę-niewidkę za pazuchę. Wszedł profesor Dumbledore. Nie okazał zaskoczenia na widok Harry'ego.

- Twój powóz czeka przed bramą, Remusie.

- Dziękuję, dyrektorze – Lupin wziął swoją starą walizkę i pusty zbiornik na druzgotki.

- No to... do widzenia, Harry – powiedział z uśmiechem – To wielka przyjemność uczyć kogoś takiego jak ty.

- Oj przestań, bo się zarumienię – powiedział Harry.

Czuję, że jeszcze się kiedyś spotkamy. Dyrektorze, nie musi mnie pan odprowadzać do bramy. Dam sobie radę... – Harry odniósł wrażenie, że Lupin pragnie odejść stąd jak najszybciej.

- A więc do widzenia, Remusie – powiedział spokojnie Dumbledore. Lupin uniósł nieco zbiornik na druzgotki, żeby móc uścisnąć dłoń Dumbledore'owi. A potem kiwnął głową Harry'emu i szybko opuścił gabinet.

- Jesteś naprawdę świetnym profesorem, bo nauczyłeś Harry'ego zaklęcia patronusa – rzekła starsza Alicja.

Harry usiadł w jego fotelu, patrząc smętnie w podłogę. Usłyszał trzaśniecie drzwi i podniósł głowę. Dumbledore wciąż był w gabinecie.

- Skąd taka ponura mina, Harry? – zapytał cicho – Po tym, co zrobiłeś ostatniej nocy, powinieneś być z siebie dumny.

- Pettigrew uciekł – mruknął Harry.

- To wszystko nie ma znaczenia – powiedział z goryczą Harry – Pettigrew uciekł.

- To nie ma znaczenia? To ma wielkie znaczenie, Harry. Przyczyniłeś się do ujawnienia prawdy. Uratowałeś życie niewinnemu człowiekowi. Uchroniłeś go przed strasznym losem.

- A sam nie mogłem nic zrobić, bo kocham ćpać w tym samym czasie dropsy – oburzyła się Hermiona.

- Licz się ze słowami, młoda panno! – warknął Drops.

- Zostawiłeś Harry'ego u Dursley'ów i wolałeś ćpać Dropsy niż sprawdzić osobiście, czy traktują go dobrze przez 10 lat! – warknęła Hermiona tracąc nerwy. Miała ochotę mu przywalić – Jak widać traktowali go, jak śmiecia. Mojego braciszka, jak śmiecia i ty Albusie Dumbledore jesteś za to odpowiedzialny! Nigdy Ci tego nie wybaczę, dyrektorze!

- Ani ja – dodali członkowie rodziny Harry'ego.

- Byłeś moim autorytetem, ale teraz nie mogę na ciebie patrzeć, dyrektorze! – warknęła Ginny.

- Nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na ty – warknął Albus I – Nie jesteście moimi kolegami i trochę szacunku do starszych!

- Trochę podminowany odrobiną konstruktywnej krytyki? Może powinien pan pomyśleć o emeryturze? Nie jest pan już młodzieniaszkiem – powiedziała Jessica ociekając słodyczą. Większości ludzi opadły szczęki.

- Jessica! – skarciła ją pani Potter – Nie możesz mówić tak do pana dyrektora! – następnie musiała ukryć twarz za zasłoną swoich włosów. Zakryła usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem na głos tak samo, jak Siostry Wojowniczki i Zakon Braterstwa.

- Od tej pory będzie pan dyrektor Dumbledore się zwracał do mnie "pani" albo "Lady" z moim nazwiskiem, a do mojego mężczyzny "pan" albo "Lordzie" z jego nazwiskiem, rozumiemy się panie dyrektorze? – oświadczyły kobiety i dziewczyny z Zakonu Sióstr Wojowniczek. Dyrektor nic nie odpowiedział.

- Mam rozumieć, że pan dyrektor sie zgadza – stwierdziła Euphemia – i przyjął pan tą wiadomość do swojej głowy.

Strasznym losem. Coś drgnęło mu w pamięci. Jeszcze bardziej potężny i straszny niż przedtem... Przepowiednia profesor Trelawney!

- Panie profesorze... wczoraj, podczas egzaminu z Wróżbiarstwa profesor Trelawney zrobiła się taka... bardzo... bardzo dziwna...

- Taaak? Ee... dziwniejsza niż zwykle, to chciałeś powiedzieć?

- Tak... głos jej zgrubiał, oczy stanęły w słup... i powiedziała... powiedziała, że sługa Voldemorta wyruszy do niego przed północą... i że ten sługa pomoże mu odzyskać dawną moc – Spojrzał na Dumbledore'a – A potem zrobiła się z powrotem normalna i niczego nie pamiętała. Czy to była... prawdziwa przepowiednia? – Na profesorze Dumbledorze nie zrobiło to zbyt wielkiego wrażenia.

- Wiesz co, Harry?

- Lordzie Potter – wycedziła Ginny, patrząc na Dumbledore'a, a jej oczy strzelały piorunami.

Myślę, że mogło tak być – powiedział z namysłem – Kto by pomyślał? To by była jej druga prawdziwa przepowiednia. Chyba powinienem podnieść jej pensję...

- Zgłupiał na starość – mruknęła profesor McGonagall.

- Ale... – Harry wpatrywał się w niego, zaskoczony. Jak Dumbledore mógł przyjąć to z takim spokojem? – Ale... to przecież ja powstrzymałem Syriusza i profesora Lupina od zabicia Petera Pettigrew! Z tego by wynikało, że jeśli Voldemort wróci, to przeze mnie!

- A cmentarz? Mówi to coś panu, dyrektorze?! – krzyknął Harry na Dumbledore'a, nie mogąc się powstrzymać.

- Jaki cmentarz!!!! – pisnęły Euphemia, Caroline, dwie wersje Lily I, Marlene, Dorcas, Alicja, Mary, Nicole i Jessica.

- Dowiecie się pod koniec następnej części – odpowiedział zakłopotany Harry.

- Mylisz się – powiedział spokojnie Dumbledore – Czy doświadczenie z cofaniem czasu niczego cię nie nauczyło? Konsekwencje naszych działań są zawsze tak złożone, tak różnorodne, czasem wręcz sprzeczne, że przewidywanie przyszłości jest naprawdę bardzo trudnym zajęciem... Profesor Trelawney jest tego żywym dowodem. A ty, ratując Peterowi życie, dokonałeś bardzo szlachetnego czynu.

- Ale jeśli on pomoże Voldemortowi odzyskać moc...

- Pettigrew zawdzięcza ci życie. Posłałeś Voldemortowi kogoś, kto ma wobec ciebie wielki dług. Kiedy jeden czarodziej ratuje życie drugiemu czarodziejowi, tworzy się między nimi pewna więź... Bardzo bym się omylił, gdyby Voldemort zechciał, żeby jego sługa miał dług wobec Harry'ego Pottera.

- Nie chcę żadnej więzi z Peterem Pettigrew! – warknął Harry.

- Nie chcę żadnej więzi z Peterem Pettigrew! On zdradził moich rodziców!

- To jest magia w swoim najgłębszym, najbardziej nieprzeniknionym aspekcie, Harry. Ale wierz mi... może nadejść czas, kiedy będziesz bardzo rad, że uratowałeś mu życie.

Goście z przyszłości wymienili spojrzenia.

Harry nie potrafił sobie tego wyobrazić. Dumbledore sprawiał wrażenie, jakby wiedział, o czym Harry myśli – Znałem dobrze twojego ojca, Harry, tu, w Hogwarcie, i później – powiedział łagodnie – On by też ocalił Petera Pettigrew. Jestem tego pewny.

- Co takiego!? – zawoli dwie wersje Rogacza i pokazali środkowy palec.

Harry spojrzał na niego. Dumbledore nie będzie się śmiał, pomyślał. Może mu to powiedzieć...

- Zeszłej nocy... myślałem, że to mój tata wyczarował mojego patronusa. To znaczy... kiedy zobaczyłem samego siebie za jeziorem... pomyślałem, że to on.

- Nietrudno było się pomylić. Pewnie dość już się tego nasłuchałeś, ale ty naprawdę jesteś niezwykle podobny do Jamesa. Z wyjątkiem oczu... te masz po matce.

- Najpiękniejsze oczy świata – powiedziała Ginny i pocałowała go namiętnie w usta.

- Wiesz, że mam z tobą więź, Gin – oznajmił Harry do Ginny, mając iskierki w oczach.

- Więź na wieczność – odparła Ginny zmysłowym głosem.

Harry pokręcił głową.

- Byłem głupi, myśląc, że to on – mruknął – Przecież wiedziałem, że nie żyje.

- Myślisz, że umarli, których kochaliśmy, naprawdę nas opuszczają? Myślisz, że nie przypominamy sobie ich najdokładniej w momentach wielkiego zagrożenia? Twój ojciec żyje w tobie, Harry, i ujawnia się najwyraźniej, kiedy go potrzebujesz. Bo jak inaczej mógłbyś wyczarować tego właśnie patronusa? To był przecież Rogacz.

- Expecto Patronum! – zawołał Harry i z różdżki wyskoczył jeleń.

- Expecto Patronum! – krzyknęli dwie wersje Rogacza oraz James II i Albus II i różdżki wyskoczyli cztery jelenie. Pięć jeleni biegało po całej sali, a później zniknęły.

- Rogacz, Rogaś, Kopyto i Bambi powinniście założyć klub jelenia! – parsknęli śmiechem Łapy.

- Wujek, Potterowie już należą do innego klubu i pradziadek Fleomont też należy do klubu pt. "mam rudą żonę" – odparł James II Potterowie wyszczerzyli się, a Ladys Potter zarumieniły się.

Do Harry'ego dopiero po chwili dotarło, co Dumbledore powiedział.

- Zeszłej nocy Syriusz opowiedział mi o tym, jak stali się animagami – powiedział Dumbledore, uśmiechając się lekko – Niezwykły wyczyn... tym bardziej, że zdołali to utrzymać w tajemnicy przede mną. A potem sobie przypomniałem, jak niezwykłą formę przybrał twój patronus, kiedy natarł na pana Malfoy'a podczas waszego meczu z Krukonami. Tak, Harry, naprawdę zobaczyłeś swojego ojca... odnalazłeś go w sobie.

- Ja ciągle słyszałem, że wyglądam jak Harry Potter – stwierdził Albus II.

- A ja, że wyglądam jak Ginny Potter – dodała Lily II – Expecto Patronum! – i z różdżki wyskoczył koń.

- Expecto Patronum! – krzyknęła Ginny i z różdżki wyskoczył także koń. Dwa konie biegały po sali, a później zniknęły, a później matka i córka uśmiechnęły się do siebie szeroko. Albus II i James II wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się do siebie.

- Mamo, czy ja bym nie mogła... – zaczął Albus II głosem swojej matki.

- Jesteś jeszcze za mała, Ginny, przestań marudzić – przerwał James II głosem babci Molly.

- Lily już niedługo i ty pójdziesz do szkoły – oznajmił Albus II głosem swojego ojca.

- Tak, za dwa lata – jęknął James II głosem Lily II – Ja chcę teraz! – Ginny i Lily II zarumieniły się mocno, a sala parsknęła śmiechem.

- Zamorduję was! – warknęła Lily II na braci czerwona na twarzy.

- Pa, pa, siostrzyczko! – zawołali rozbawieni i zmienili się w jelenie i uciekli. Co chwilę wracali i zmienili się w Albusa II i Jamesa II i kontynuowali czytanie.

Po tych słowach Dumbledore opuścił gabinet, pozostawiając Harry'ego z mętlikiem w głowie. Prócz Harry'ego, Rona, Hermiony i profesora Dumbledore'a nikt w Hogwarcie nie wiedział, co się naprawdę wydarzyło tej nocy, kiedy zniknęli Syriusz, Hardodziob i Pettigrew.

Kiedy nadszedł koniec semestru, Harry usłyszał wiele różnych hipotez na ten temat, ale żadna nie była bliska prawdy.

- Teraz wiemy – oznajmiła Daphne – Harry i Hermiona uratowali mojego tatusia – i przytuliła ich mocno i pocałowała w ich policzki.

- Wiesz o tym, że stałaś się moją siostrą a tym samym kuzynką – powiedział Harry.

- Tak, Harry – oznajmiła radośnie Daphne – bo nasi tatusiowie są braćmi.

- Dokładnie tak, skarbie – rzekł pan Potter i ją przytulił, po czym pocałował ją w czoło, a Daphne westchnęła zadowolonym głosem.

Malfoy wściekał się z powodu Hardodzioba. Był przekonany, że Hagrid znalazł sposób, żeby zapewnić mu wolność, a to oznaczało, że on i jego ojciec zostali wystrychnięci na dudka przez jakiegoś gajowego.

- Dracuś bądź grzecznym chłopcem – powiedziała Ginny szyderczo. Narcyzy za to podeszły z gracją i wdziękiem do obu wersji Łapy i się do nich przytuliły.

- A to za co? – spytali.

- Za to, że jesteś przy mnie Syri i mi wybaczyłeś – odparły, po chwili zaczęły łkać, a oni przytulili ich do swojej piersi.

- No już Cyzia uspokój się – mruknęli i pocałowali je w czoło, wyrażając swoje uczucie, jakie to niej żywili. Cyzia westchnęła zadowolonym głosem wtulając się w kuzyna jeszcze bardziej.

- Narcyza co ty robisz! – zawołali wściekli Lucjusze.

- Zamknij mordę, Malfoy! – wycedzili dwie wersje Łapy do dwóch wersji Lucka, tuląc do siebie swoją kuzynkę.

- Nie będziesz mi mówił, Black, co mam robić. W tej chwili masz odejść od tego zdrajcy, ale już jesteś moją żoną i masz się mnie słuchać! – Draco popatrzył na ojca w szoku. Dwie wersje Marlene przytuliły dwie wersje Cyzi, a one do niej w nią wtuliły, i pani Black pocalowaly je w czoło a te wesnely zadowolonym głosem wtulając się w Marlene jeszcze bardziej wyszeptujac "nie zasłużyłam" a ona odpowiedziała "mylisz się Cyziu jesteś moja rodziną i nic skarbie tego nie zmieni i mówię to jako twoja przyjaciółka i jako Lady Black rozumiemy się pani Malfoy ?" "Tak pani Black" i wtuliły sie nie chciały jej puścić bo te glaskaly jej blond włosy Łapy byli tak szybcy, że nim Luckowie się zorientowali, leżeli na podłodze jęcząc z bólu, trzymając się za nos, z którego leciała krew.

- Narcyza nie będzie nikogo słuchać, zwłaszcza takiego imbecyla, jak ty! - warknęli dwie wersje Regulusa.

Natomiast Percy Weasley miał wiele do powiedzenia na temat ucieczki Syriusza Blacka.

- Jeśli uda mi się dostać do ministerstwa, mam w zanadrzu mnóstwo propozycji ulepszenia przepisów dotyczących egzekwowania prawa! – oświadczył jedynej osobie, która chciała go słuchać, swojej dziewczynie, Penelopie.

- OCH, ZAMKNIJ SIĘ! – warknęło większość ludzi na sali.

Choć pogoda była wspaniała, a atmosfera radosna, choć Harry wiedział, że udało mu się dokonać rzeczy prawie niemożliwej, jeszcze nigdy nie przeżywał końca roku szkolnego w tak podłym nastroju. Nie był jedyną osobą, która odczuwała głęboki żal z powodu odejścia profesora Lupina. Cała klasa, która w tym roku brała udział w lekcjach Obrony Przed Czarną Magią, rozpaczała z powodu jego rezygnacji.

- Ciekaw jestem, kogo nam dadzą w przyszłym roku – powiedział ponuro Seamus Finnigan.

- Gościa bez oka nosa i nogi – mruknęła Susan.

- Może wampira – podsunął Dean Thomas z nadzieją w głosie.

- Wampira to już mamy, Dean – rzekł Seamus – I siedzi tam – wskazał na Snape'a.

Ale Harry'emu ciążyło na sercu nie tylko odejście profesora Lupina. Wciąż rozmyślał nad przepowiednią profesor Trelawney. Zastanawiał się, gdzie teraz może być Pettigrew, czy już znalazł schronienie przy boku Voldemorta. Jednak najbardziej przygnębiała go coraz bliższa perspektywa powrotu do Dursley'ów. Przez blisko pół godziny – cudowne pół godziny – wierzył, że odtąd zamieszka z Syriuszem, najlepszym przyjacielem jego ojca... Cieszył się z tego prawie tak, jakby znowu miał mieć ojca. I choć brak wiadomości o Syriuszu był niewątpliwie dobrą wiadomością, bo oznaczał, że udało mu się znaleźć gdzieś kryjówkę, Harry nie mógł się pozbyć dojmującego żalu, kiedy pomyślał, jak wspaniały dom mógłby mieć.

- Jestem twoim domem, Harry – mruknęła Ginny.

Wyniki egzaminów ogłoszono w ostatni dzień roku szkolnego. Harry, Ron i Hermiona zdali z wszystkich przedmiotów. Harry dziwił się, że jednak udało mu się jakoś zaliczyć eliksiry. Podejrzewał, że to Dumbledore powstrzymał Snape'a od postawienia mu pały. W ciągu ostatniego tygodnia stosunek Snape'a do Harry'ego był naprawdę karygodny. Do tej pory wydawało mu się niemożliwe, by niechęć Snape'a do niego mogła się jeszcze pogłębić, ale teraz okazało się, że jest to jednak możliwe.

- Mi się podobał ten Order Merlina, chłopaki! – krzyknęli dwie wersje Łapy i Rogacza.

Na jego widok kącik warg drgał Snape'owi nieprzyjemnie, a długie palce zginały się i prostowały drapieżnie, jakby marzył o zaciśnięciu ich wokół jego szyi. Percy zdobył najwyższe oceny z owutemów,

- Kto by pomyślał – odezwali się Sebastian i Patrick.

a Fred i George zgarnęli po kilka sumów. Gryffindor, głównie dzięki spektakularnemu zdobyciu Pucharu Quidditcha, znowu zajął pierwsze miejsce w klasyfikacji domów Hogwartu.

- TAK! – ryknął cały Gryffindor.

Tak więc uczta kończąca rok szkolny odbyła się w dekoracjach szkarłatno-złotych, a stół Gryffindoru był stołem najbardziej hałaśliwym, bo wszyscy Gryfoni świętowali podwójne zwycięstwo. Nawet Harry'emu udało się zapomnieć o czekającej go następnego dnia podróży do domu Dursley'ów, kiedy jadł, pił, rozmawiał i śmiał się z resztą koleżanek i kolegów.

- I przyszłą żoną – oznajmił Harry, patrząc na Ginny, która popatrzyła na niego z miłością.

Kiedy następnego ranka ekspres Hogwart-Londyn opuścił stację w Hogsmeade, Hermiona przekazała Harry'emu i Ronowi zaskakującą nowinę.

- Byłam dziś rano u profesor McGonagall. Postanowiłam zrezygnować z Mugoloznawstwa.

- Ale przecież zdałaś egzamin na trzysta dwadzieścia procent! – zdziwił się Ron.

- Wiem – westchnęła Hermiona.

- Ale chce pobyć z moim Ronaldziem sam na sam – mruknęła Hermiona do ucha Rona podnieconym głosem, a Ron wyszczerzył się głupkowato.

- ale nie wytrzymałabym jeszcze jednego roku takiej harówki. Od tego zmieniacza czasu dostawałam już świra. Oddalam go. Bez Mugoloznawstwa i wróżbiarstwa będę znowu miała normalny rozkład zajęć.

- Nadal trudno mi uwierzyć, że nam o tym nie powiedziałaś - oznajmił Ron z wyrzutem – A myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi.

- Teraz to jesteśmy państwem Weasley, moja droga – oznajmił Ron i przejechał jej po znaku, a ta westchnęła zadowolonym głosem.

- Kocham być panią Weasley – rzekła Hermiona z rozmarzona miną.

- Ja też kocham być panią Weasley, mamuś – zgodziła się Emilly.

 - Obiecałam, że nie powiem nikomu – Hermiona spojrzała na Harry'ego, który patrzył na znikający za wysoką górą Hogwart. Upłyną całe dwa miesiące, zanim go znowu zobaczy...

- Och, Harry, głowa do góry! – zawołała niezbyt radosnym tonem.

- Nic mi nie jest – odrzekł szybko Harry – Po prostu myślę o wakacjach.

- Taak, ja też o tym myślę – powiedział Ron – Harry, musisz przyjechać do nas. Załatwię to z rodzicami i dam ci znać. Już wiem, jak posługiwać się feletonem...

- Telefonem – wtrąciła Hermiona – Wiesz co, w przyszłym roku powinieneś zapisać się na Mugoloznawstwo – Ron zignorował ją.

- Tego lata są Mistrzostwa Świata w Quidditchu! Co ty na to, Harry? Przyjedź do nas, będziemy razem kibicować! Tata zawsze dostaje bilety z ministerstwa.

- Przyjadę, bo muszę zobaczyć się z moją żonką, Ron – stwierdził Harry.

- Tak, Harry – odparła z uśmiechem na twarzy Ginny.

Ta propozycja bardzo poprawiła Harry'emu nastrój.

- Taak... Założę się, że Dursley'owie chętnie się mnie pozbędą... zwłaszcza po tym, co zrobiłem ciotce Marge...

- Byłeś bardzo niegrzecznym chłopcem, Harry – powiedziała Ginny i po groziła mu palcem – Dostaniesz karę.

- A jaką karę dostanę, pani Potter?

- Masz wielbić swoją Lady, panie Potter.

- Zrobię to z przyjemnością, pani Potter.

- Możecie przestać! – zawołała Nicole.

Czując się o wiele lepiej, Harry zagrał z nimi kilka partii eksplodującego durnia, a kiedy pojawiła się czarownica z bufetem na kółkach, kupił sobie obfite drugie śniadanie, choć tym razem nie było w nim nic czekoladowego. Ale dopiero po południu stało się coś, co spowodowało, że naprawdę poczuł się szczęśliwy...

- Harry – powiedziała nagle Hermiona, zerkając przez ramię – co to jest... tam, za oknem? – Harry odwrócił się, by spojrzeć przez okno. Coś małego i szarego to pojawiało się, to znikało za szybą. Wstał, żeby lepiej się przyjrzeć i zobaczył maleńką sówkę, trzymającą w dziobie list, który był dla niej o wiele za duży. Sówka była tak mała, że trzepotała rozpaczliwie skrzydełkami, bo pęd powietrza miotał nią jak piórkiem. Harry szybko otworzył okno, wyciągnął rękę i złapał ją. W dotyku bardzo przypominała puszystego znicza..

- Szukający – oznajmił Oliver dumnie.

Gdy tylko znalazła się w środku, upuściła list na jego miejsce i zaczęła śmigać po przedziale, najwyraźniej zachwycona, że udało się jej wykonać zadanie. Hedwiga kłapnęła parę razy dziobem z pełną godności dezaprobatą. Krzywołap usiadł i śledził sówkę szeroko otwartymi żółtymi ślepiami. Ron, widząc to, szybko ją złapał, żeby zapobiec nowemu nieszczęściu. Harry chwycił list. Był zaadresowany do niego. Rozerwał kopertę i krzyknął:

- To od Syriusza!

- Jej list ode mnie! – krzyknęli dwie wersje Łapy.

- Co?! – zawołali jednocześnie Ron i Hermiona – Przeczytaj na głos!

Kochany Harry,

mam nadzieję, że dostaniesz ten list, zanim znajdziesz się w domu ciotki i wuja. Nie wiem, czy są przyzwyczajeni do sowiej poczty. Ukrywam się razem z Hardodziobem. Nie powiem ci gdzie, na wypadek gdyby ten list dostał się w niepowołane ręce. Miałem trochę wątpliwości co do tej sowy, ale lepszej nie mogłem znaleźć, a sprawiała wrażenie, że bardzo jej zależy na wykonaniu tego zadania. Jestem pewny, że dementorzy wciąż mnie szukają, ale nie mają żadnych szans na odnalezienie mnie tu, gdzie się ukrywam. Zamierzam wkrótce pokazać się paru mugolom, bardzo daleko od Hogwartu, aby w zamku znieśli te wszystkie środki bezpieczeństwa. Jest coś, o czym nie zdążyłem ci powiedzieć podczas naszego krótkiego spotkania. To ja przysłałem ci Błyskawicę...

Harry uśmiechnął się szeroko do Łapy.

- Ha! – zawołała triumfalnie Hermiona – Widzisz? Mówiłam wam, że to od niego!

- Tak, ale jej nie zaczarował, prawda? – odezwał się Ron – Auu!

- Hermiona nie bij męża – powiedzieli rozbawiony Jared.

- To nie ja! – oburzyła się Hermiona.

Maleńka sówka, pohukując ze szczęścia w jego dłoni, uszczypnęła go w palec, co najwyraźniej miało być wyrazem namiętnych uczuć.

Krzywołap zaniósł zamówienie na sowią pocztę. Użyłem twojego nazwiska, ale powiedziałem im, żeby wzięli złoto ze skrytki u Gringotta – skrytka numer siedemset jedenaście, moja własna. Uznaj to za prezent od ojca chrzestnego – za te wszystkie dotychczasowe urodziny.

- Dzięki Łapciu – rzekł Harry.

Chciałbym również cię przeprosić za niespodziewane pojawienie się tej nocy, kiedy uciekłeś z domu wuja. Chciałem wtedy tylko rzucić na ciebie okiem przed podróżą na północ, ale mój widok chyba cię przestraszył. Załączam również coś, co może ci się przydać w przyszłym roku w Hogwarcie. Jeśli będziesz mnie potrzebował, przyślij słówko. Twoja sowa mnie znajdzie. Jeszcze do ciebie napiszę, i to niebawem.

Syriusz

Dwie wersje Lily rzuciły się na szyję dwóch wersji Łapy i ich mocno przytuliły.

Harry zajrzał niecierpliwie do koperty. Był tam jeszcze jeden kawałek pergaminu. Przeczytał go szybko i nagle poczuł się tak, jakby wypił całą butelkę grzanego piwa kremowego za jednym zamachem.

Ja, Syriusz Black, ojciec chrzestny Harry'ego Pottera, niniejszym udzielam mu pozwolenia na odwiedzanie Hogsmeade w soboty i niedziele.

- Lily dokonaliśmy najlepszego wyboru – oznajmili dwie wersje Rogacza.

- Tak, kochanie – odpowiedziały.

- To na pewno wystarczy Dumbledore'owi! – zawołał z radością. Spojrzał jeszcze raz na list od Syriusza – Słuchajcie, tu jest jeszcze postscriptum...

Ron uśmiechnął się szeroko do Łapy.

Pomyślałem sobie, że może twój przyjaciel Ron chciałby zatrzymać sobie tę sówkę, jako że przeze mnie nie ma już szczura.

- Znajdziemy tego szczura – powiedzieli Łapa i Rogacz jadowitym głosem – i zakopiemy żywcem.

Ron wytrzeszczył oczy. Sówka wciąż pohukiwała jak opętana.

- Zatrzymać ją? – powtórzył niepewnie. Przyjrzał jej się uważnie, a potem, ku wielkiemu zaskoczeniu Harry'ego i Hermiony, podsunął ją Krzywołapowi pod nos do powąchania.

- Jak uważasz? – zapytał kota – Czy to jest na pewno sowa?

- No co? Chciałem się upewnić czy to nie jakieś animag – rzekł Ron, kiedy damska część zachitotała, a męska parsknęła śmiechem.

Krzywołap zamruczał przyjaźnie – To mi wystarczy – oświadczył uradowany Ron – Jest moja.

Przez resztę podróży Harry raz po raz odczytywał list od Syriusza. Ściskał go wciąż w dłoni, kiedy on, Ron i Hermiona przeszli przez barierkę peronu numer dziewięć i trzy czwarte. Od razu dostrzegł wuja Vernona. Stał w odpowiedniej odległości od państwa Weasley'ów, łypiąc na nich podejrzliwie,

- Nie patrz tak na moją mamusię i mojego tatusia, Vernon albo strzele cię zaklęciem między oczy, że będziesz jęczał z bólu! – warknęła Hermiona i przytuliła się do państwa Weasley, a oni ją objęli z radością.

- Moja droga córeczko stanowisz piękny i mądry dodatek do naszego rodu, Hermiono – powiedział Artur.

- Tak, tatusiu, bo ja jestem piękną i mądrą kobietą i do tego jestem Weasley'em i noszę to nazwisko z dumą – odparła dumnie młoda pani Weasley, a Molly pocałowała ją w czoło, a ta westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w nią jeszcze bardziej.

- Hermiona jesteś Lady i to tego Weasley'em i naszą córeczką i nic tego nie zmieni.

- Tak, mamuś i kocham cię, mamuś – powiedziała – Mamusia też jest Lady i zawsze będzie Lady, a tatuś jest Lordem i zawsze będzie Lordem.

a kiedy pani Weasley uścisnęła Harry'ego na powitanie, zrobił minę, jakby potwierdziły się jego najgorsze podejrzenia.

- Zadzwonię do ciebie w sprawie finału mistrzostw! – krzyknął Ron. Harry pożegnał się z nim i Hermioną, a potem złożył swój kufer i klatkę Hedwigi na wózku i ruszył w kierunku wuja Vernona, który powitał go w zwykły sposób.

- Co to jest? – warknął, patrząc na kopertę, którą Harry wciąż ściskał w ręku.

- A może tak "dzień dobry", Dursley? – powiedziała młodsza Lily.

- Wiesz co, babciu może nauczymy tego debila trochę kultury – stwierdziła Olivia słodkim głosem – żeby wiedział jak ma się zwracać do Lorda?

- Świetny pomysł, kochanie – powiedziała starsza Lily i klasnęła.

- Mamusiu, ja też mogę? – spytały z nadzieją w głosie Ginny, Nicole, Jessica, Luna i Hermiona.

- Im nas będzie więcej tym on będzie się bardziej bał – rzekła Amelia II.

- Dokładnie – powiedziały Daphne, Astoria, Cassiopepia i Phoebe.

- Co wy chcecie zrobić? – spytał z Harry lekiem.

- Zamienić jego życie w piekło, tatusiu – odparła Lily II słodkim głosem.

- Jeśli to jeszcze jeden formularz do podpisania, to...

- To nie jest formularz – powiedział Harry – To list od mojego ojca chrzestnego.

- Ojca chrzestnego? – prychnął wuj Vernon – Ty nie masz żadnego ojca chrzestnego!

- A właśnie że ma ty wielki wielorybie! – warkneli dwie wersje Łapy.

- A właśnie że mam – rzekł z satysfakcją Harry – Był najlepszym przyjacielem mojego taty i mojej mamy. Został skazany za morderstwo, ale uciekł z więzienia dla czarodziejów i ukrywa się. Ale chce być ze mną w kontakcie... wiedzieć, co się ze mną dzieje... czy jestem szczęśliwy...

- Teraz jestem bardzo szczęśliwy – powiedział Harry, patrząc na Ginny.

- Merlinie, jakie ty masz piękne oczy – wydyszała podniecona pani Potter.

- Nie to ty jesteś piękna, pani Potter.

- Uwielbiam, jak mówisz do mnie "pani Potter" – wyszeptała Ginny.

- Jesteśmy złączeni na wieczność, Lady Potter – powiedział Harry i przejechał jej po znaku, a ona zamknęła oczy i westchnęła zadowolonym głosem – więc moim obowiązkiem jest ciebie wielbić, gdyż pani jest moją boginią – dodał jej do ucha.

- No to chodź, mój Lordzie i mnie wielb – oznajmiła mu do ucha Ginny i zeszła z niego, ciągnąc go stronę drzwi.

- Chwilę, jeszcze nie skończyłem czytać! – zawołał Regulus.

I szczerząc zęby na widok przerażenia na twarzy wuja Vernona, ruszył w kierunku wyjścia, pchając przed sobą wózek, na którym Hedwiga robiła trochę hałasu. Wierzył, że to lato będzie o wiele lepsze od ostatniego.

- Koniec rozdziału i książki – oznajmił Regulus. Kobiety pociągnęły ze sobą swoich mężczyzn. (Pewnie się domyślacie, co będą robić).


piątek, 12 stycznia 2024

Rozdział 21 Więzień

 

- Teraz ja – powiedziała starsza Dorcas.

- Proszę mamusiu – oznajmiła Tracy, a Dorcas przytuliła ją do siebie i pocałowała w czoło, wyrażając macierzyńskie uczucia, jakie do niej żywiła. Pani Black westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w matkę jeszcze bardziej.

- Jestem twoją mamusią, kochanie i ty córciu jesteś dla mnie córką w takim samym stopniu co Pheobe i nic tego nie zmieni – oznajmiła pani Black.

- Powiem ci jedno, mamusiu: Kocham cię, mamusiu – mruknęła jej do piersi i westchnęła zadowolonym głosem, a później usiadła na kolanach Feliksa i przytuliła się do niego, a Dorcas zaczęła czytać.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Tajemnica Hermiony

- To wstrząsająca sprawa... wstrząsająca... cud, że żadne z nich nie zginęło... W życiu o czymś takim nie słyszałem... niech to dunder świśnie, jakie to szczęście, że pan tam był, Snape...

- Dziękuję, panie ministrze.

- Dziękuję, panie idioto – powiedział młodszy Łapa.

- Order Merlina drugiej klasy! Może nawet pierwszej, jak mi się uda...

- Nie szalej tak, Kordek, bo pierdolniesz – stwierdził starszy Łapa i rzucił zaklęcie na Knota i Kordek leżał teraz na ziemi – i pierdolnol – większość ludzi parsknęła śmiechem.

- Bardzo dziękuję, panie ministrze.

- Ma pan paskudne rozcięcie... To robota Blacka, co?

- Prawdę mówiąc, to robota Pottera, Weasley'a i Granger, panie ministrze...

- Co złego to nie my! – zawołali Złota Trójca – Sam się potknął i przewrócił!

- To wasza sprawka! – warknęły dwie wersje Severusa.

- Panie Knot obiecuje panu Severusowi Snape'owi Order Merlina? Przecież może sam sobie dać, jak ten pan sobie dał, i co panie Knot co pan takiego zrobił niezwykłego, że ma pan ten Order Merlina pierwszej klasy? – spytała z ciekawości Madame Bones. Knot zrobił się czerwony.

- Z pana jest tchórz, jak z Pettigrew – dodała Madame Bones – Jesteś tylko oszustem, Knot, a masz coś na swoją obronę?

- Nie, MADAME Bones!

- Dałeś sobie sam Order Merlina? – spytał starszy Rogacz z niedowierzaniem.

- No Kordek odpowiedz ładnie panu Potterowi – powiedziała młodsza Amelia I.

- Tak, PANIE Potter!

- Jesteś imbecylem, Knot – stwierdził starszy Frank.

- Dziękuję, PANIE Longbottom – powiedział Frank II, naśladując głos Knota. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

- Masz rację, tatusiu. On sobie dał Order Merlina za nic, to z jego głową jest coś nie tak – odezwała się Hanna.

- Jak śmiesz! – warknął Knot na córkę Franka Longbottoma I.

- Chyba się zapomniałeś, Knot! – wycedziły dwie wersje Alicji I – Masz sekundę, żeby przeprosić moją córeczkę pani Longbottom, że nie okazałeś mojej córeczce należyty szacunek i nie zwróciłeś się do niej per "proszę PANI " i "PANI Longbottom" albo "LADY Longbottom"!

- No słucham, panie Knot, czekam na twoje przeprosiny – powiedziała Lady Longbottom i założyła ręce. Stukała wysoką szpilką o podłogę, a później podeszła do matki – Mamusiu, kocham cię – po czym wtuliła się w matkę.

- Mamusia też cię kocha, skarbie i zawsze będę cię kochać.

- Ja dalej czekam! – warknęła Hanna na Knota.

- Bardzo PANIĄ Longbottom przepraszam, że nie okazałem PANI należyty szacunek, proszę PANI.

- Ja, jako pani Longbottom przyjmuje twoje przeprosiny, Knot – a później pocałowała Neville'a w policzek.

- Uwielbiasz kiedy zwracają się do ciebie "pani Longbottom" – stwierdził Neville.

- Kocham to – mruknęła Hanna, mając iskierki w oczach – Będziesz się ze mną kochać, prawda panie Longbottom? – wyszeptała mu do ucha.

- Pani Longbottom dla mnie to, jak prezenty na święta – odparł Neville do ucha i pocałował ją w znak, a ta wydała z siebie głośne westchnienie zadowolenia.

- Nie!

- Black ich omamił, od razu to spostrzegłem. Zaklęcie Confundus, sądząc po ich zachowaniu. Chyba myśleli, że jest niewinny. Nie można ich za to obarczać odpowiedzialnością. Z drugiej strony, ich wmieszanie się w całą sprawę mogło pomóc Blackowi w ucieczce. Najwidoczniej od samego początku uważali, że sami go złapią. Do tej pory wiele im się udawało i obawiam się, że mieli o sobie zbyt wysokie mniemanie... No i, oczywiście, dyrektor zbyt często pozwalał na wszystko temu Porterowi...

Lily patrzyły wściekle na Snape'a.

- Ach, Snape... No cóż, to przecież Harry Porter, sam pan rozumie... wszyscy przymykamy oko na jego wybryki...

- A jednak... czy to dobre dla niego, żeby go traktować w wyjątkowy sposób? Ja osobiście traktuję go tak samo jak innych uczniów.

- A tu mi jedzie czołg – oznajmił Harry.

A każdy uczeń zostałby zawieszony... przynajmniej zawieszony... gdyby wciągnął swoich kolegów w tak groźną sytuację. Niech pan się zastanowi, panie ministrze: wbrew wszystkim szkolnym przepisom... po tych wszystkich środkach ostrożności zastosowanych przecież dla jego bezpieczeństwa... wymknąć się w nocy, zadawać się z wilkołakiem i mordercą...

- TATUŚ NIE JEST MORDERCĄ, SNAPE! – ryknęła Daphne.

a mam powody, by sądzić, że odwiedzał też nielegalnie Hogsmeade...

- No, no... Snape... zobaczymy, zobaczymy... niewątpliwie chłopiec popełnił wiele głupstw...

- Tak samo, jak ty – powiedział James II.

Harry leżał, słuchając tego i zaciskając powieki. Czuł się bardzo słaby i oszołomiony. Słowa zdawały się wędrować bardzo powoli z uszu do mózgu, tak że trudno je było zrozumieć. Członki miał jak z ołowiu, powieki zbyt ciężkie, by je unieść... chciał tylko leżeć, leżeć na tym wygodnym łóżku, leżeć już tak zawsze...

- Najbardziej zdumiewa mnie zachowanie dementorów... Naprawdę pan nie wie, Snape, co spowodowało ich ucieczkę?

- Nie, panie ministrze.

- My za to wiemy, panie profesorze – powiedziała słodko Hermiona.

Kiedy przyszedłem do siebie, wracali już na swoje posterunki przy bramach...

- Niezwykłe. A jednak Black, Harry... i ta dziewczyna...

- Po pierwsze: dla ciebie to jest PAN Black i PAN Potter. Po drugie: Ta dziewczyna, jak to nazwałeś, to jest PANI Weasley, Korneliuszu i proszę ich tak tytułować – rzekła Molly I słodkim głosem, patrząc na niego z wyczekiwaniemn, a Hermiona przytuliła się do Molly radośnie.

- Dobrze, PANI Weasley – oznajmił posłusznie Knot.

- Kocham cię, mamusiu – rzekła Hermiona, tuląc się do jej piersi.

- Ja też cię kocham, skarbie i zawsze będziesz moją córeczką, kochaniutka.

- Słyszał pan, co powiedziała moja mamusia?

- Tak, PANI Weasley! – Łapa i Harry wyszczerzyli się do Molly I.

- Tylko to mogę teraz dla ciebie zrobić, Syriuszu: Że ci nie wierzyłam – rzekła Molly I, a Syriusz ją przytulił.

- Dziękuję, Molly – oznajmił Łapa.

- Wszyscy byli nieprzytomni. Oczywiście związałem i zakneblowałem Blacka, wyczarowałem nosze i ściągnąłem ich prosto do zamku.

- To nie Syriusz był zdrajcą, idioto! – warknęła młodsza Marlene.

Zapadła cisza. Mózg Harry'ego pracował teraz nieco szybciej, a wówczas coś zaczęło go nękać w żołądku. Otworzył oczy. Wszystko było lekko zamazane. Ktoś musiał mu zdjąć okulary. Leżał w ciemnym skrzydle szpitalnym. Na końcu sali zobaczył odwróconą do niego plecami panią Pomfrey, pochyloną nad łóżkiem. Wytężył wzrok i wydało mu się, że pod jej ramieniem dostrzegł rude włosy Rona.

Hermiona pocałowała go w policzek.

Przekręcił głowę na poduszce. Na prawo od niego leżała Hermiona.

Ron patrzył na nią z miłością.

Światło księżyca padało na jej łóżko. Oczy miała otwarte. Wyglądała jak spetryfikowana, ale kiedy zobaczyła, że Harry się przebudził, przyłożyła palec do ust i wskazała na drzwi. Były otwarte, a głosy Korneliusza Knota i Severusa Snape'a dobiegały z korytarza.

- Rozmowa dwóch idiotów – stwierdził młodszy Łapa.

Pani Pomfrey podeszła żwawym krokiem do łóżka Harry'ego. Odwrócił się, żeby na nią spojrzeć. Niosła największy blok czekolady, jaki widział w życiu. Wyglądał jak mała cegła.

- Ach, obudziłeś się! – powiedziała raźnym głosem. Położyła czekoladę na stoliku obok łóżka i zaczęła rozbijać blok małym młoteczkiem.

- To musiał być niezły kawał czekolady – powiedział Seamus.

- Co z Ronem? – zapytali jednocześnie Harry i Hermiona.

- Jest bardzo szczęśliwy, gdyż moja żona siedzi mi na kolanach – oznajmił Ron, patrząc na Hermionę, która zarumieniła się.

- I nigdzie się nie wybiera – dodała podniecona i przejechała palcami po policzku męża.

- I tak bym jej nigdzie nie puścił – stwierdził Ron.

- A nam mówiłeś, że jesteśmy nienormalni, Ron – wywróciła oczami Ginny.

- A sami nie jesteście lepsi – dodał Harry.

- Przeżyje – odpowiedziała ponuro pani Pomfrey – A wy... wy zostaniecie tu, póki nie będę zadowolona z waszego stanu... Potter, co ty wyprawiasz?

- Siedzę! – burknął Harry.

Harry usiadł, założył okulary i wziął do ręki różdżkę.

- Muszę się zobaczyć z dyrektorem – oświadczył.

- Potter – powiedziała pani Pomfery łagodnym tonem – już wszystko w porządku. Złapali Blacka. Zamknęli go na górze. Lada chwila dementorzy złożą swój pocałunek...

- CO?!

- Ja nie chce żadnego pocałunku! – zawołali dwie wersje Łapy.

- I nie dostaniesz od nich pocałunku, wujku Syriuszu – odświadczyła Hermiona.

- W usta tylko ja mogę go całować! – zawołały dwie wersje Marlene.

- No właśnie! – krzyknęli starszy i młodszy Łapa – Tylko pani Black może mnie całować w usta!

Harry wyskoczył z łóżka, Hermiona zrobiła to samo. Jego okrzyk usłyszano jednak na korytarzu i w następnej sekundzie Knot i Snape wpadli na salę.

- Harry, Harry, co to znaczy?! – zawołał Knot, wyraźnie poruszony – Powinieneś być w łóżku...

- Nie będziesz mi mówił, co mam robić, Kordek – oznajmił Harry.

- Dostał czekolady? – zapytał z lękiem panią Pomfrey.

- Tak, bój się, Madame Pomfrey – powiedziała słodkim głosem Poppy, a Rolanda parsknęła śmiechem.

- Powiem Ci w sekrecie, panie były ministrze – oznajmiła Minerwa – ale nawet dyrektor się jej boi, bo to bardzo niebezpieczna kobieta. Obie uwielbiamy pilates i jak będziesz niegrzecznym chłopczykiem to Madame Pomfrey Ci pokaże, ale uwiesz mi będzie cię to bolało i to bardzo.

- Potwierdzam – oznajmiła Rolanda.

- Będę grzecznym chłopcem, MADAME McGonagall, bo nie chcę dostać od MADAME Pomfrey.

- Życzę szczęścia! – parsknęła śmiechem Rolanda.

- Oj nie śmiej się z naszego małego dżentelmena! – skarciła ją Pomona, a później zachichotała – Widzisz Korneliuszu, jak cię bronię od tych niedobrych pań, więc jako nasz mały dżentelmenem musisz mi pięknie podziękować.

- To się dzieje naprawdę? – spytał Draco Astorii.

- Dzieje się naprawę Dracuś – odpowiedziała Astoria, całując go w policzek.

- Dziękuję MADAME Sprout, że PANI mnie broni. Bardzo PANI dziękuję, proszę PANI.

- Nie ma za co, skarbie – oznajmiła Pomona.

- To się tyczy również ciebie, Dolores – dodała Poppy – Czy wyraziłam się jasno, skarbeńku?

- Tak, MADAME Pomfrey, wyraziła się PANI jasno, proszę PANI – kobiety uśmiechnęły się szeroko do siebie, a uczniowie patrzyli na nauczycielki z otwartą szczęką.

- Od tego są profesorowie. Żeby uczyć szacunku, drogie dzieci – odezwała się Euphemia – Prawda, Dolores?

- Tak, LADY Potter.

- Grzeczna dziewczynka – powiedziała Caroline słodkim głosem.

- Dziękuję bardzo, PANI Evans.

- Panie ministrze, proszę mnie wysłuchać! – powiedział Harry – Syriusz Black jest niewinny! Peter Pettigrew udał własną śmierć! Widzieliśmy go! Nie może pan pozwolić dementorom, żeby zrobili to Syriuszowi, on jest... – Ale Knot kręcił głową i uśmiechał się wyrozumiale.

- Harry, Harry, wszystko ci się pomieszało, przeszedłeś ciężkie chwile, połóż się z powrotem, proszę, nie martw się niczym, panujemy nad wszystkim...

- Nad niczym nie panujesz, Knot! – warknął Harry.

- NIEPRAWDA! – ryknął Harry – ZŁAPALIŚCIE NIEWŁAŚCIWĄ OSOBĘ!

- Bardzo przepraszam, Lordzie Potter – mruknął Knot.

- Panie ministrze, niech pan posłucha – odezwała się Hermiona, która stanęła obok Harry'ego i wpatrywała się żarliwie w twarz Knota – Ja też go widziałam. To był szczur Rona, on jest animagiem, to znaczy... chodzi mi o Petera Pettigrew, i...

- Sam pan widzi, panie ministrze – powiedział Snape – Black obojgu pomieszał w głowach... Wiedział, co robi...

- Zamknij się! – warknęła Hermiona na Snape'a – Byłeś nieprzytomny, więc nie wypowiadaj się na ten temat, jak nie wiesz, co się działo, a wujek Syriusz jest niewinny!

- TY MAŁA DZIEWUCHO! – ryknął starszy Severus – JAK ŚMIESZ SIĘ TAK DO MNIE ODZY... ! – nie skończył, bo starszy Rogacz uderzył go w szczękę, że aż go przymroczyło mu przed oczami.

- James! – krzyknęły Euphemia, dwie wersje Lily i Carolina.

- Tatuś – mruknęła Hermiona przytuląc się do niego – tatusiu nie musiałeś go uderzać.

- Niezły cios, dziadku – oznajmił Hugo.

- Nie pozwolę nikomu nazywać mojej córeczki dziewuchą! – syknął Rogacz, a Hermiona wtuliła się w niego.

- A poza tym Hermiona nie jest dziewucha, tylko Lady Weasley, tak samo, jak ja jestem Lady Potter – stwierdziła Ginny.

- Harry, kochanie weź rzuć tę rudą idiotkę – powiedziała Cho erotycznym głosem – bo za bardzo sobie pozwala.

- Niech się zastanowię... Hmmm... Odpowiedź brzmi nie, i zostaw moją żonę w spokoju, Cho.

- Ale, Harry!

- Żadne "ale" – wtrąciły się dwie wersje Lily – to Ginny ma tytuł Lady Potter, ona ma znamię na szyi, ona ma biżuterie z rodem Potterów i ona jest matką moich wnucząt, a poza tym była mu przeznaczona, a ja, osobiście bardzo ją kocham, całym swoim sercem, panno Chang – Ginny była tak wzruszona, że miała łzy w oczach, że Lily musiała wytrzeć jej łzy z oczu i mocno przytuliła, a ta wtuliła się w nią – Nie płacz, bo rozmażesz sobie makijaż.

- Ja też cię kocham, mamusiu całym swoim sercem – wyszeptała do jej piersi nie chcąc jej puścić.

- Byłaś bardzo niegrzeczną dziewczynką, panno Chang – rzekł srogo starszy Łapa, a późnej zwrocił się do Ginny – Kochanieńka powiedz wujkowi Łapie, co się robi z niegrzecznymi dziewczynkami?

- Niegrzeczne dziewczynki się każe, wujku Syriuszu – oznajmiła Ginny, która dalej była przytulana przez panią Potter.

- No właśnie! – klasnął Łapa, a Cho przeknela ślinę.

- NIKT NAM NIE POMIESZAŁ W GŁOWACH! – wrzasnął Harry.

- Panie ministrze! Panie profesorze! – fuknęła pani Pomfrey ze złością – Nalegam, żeby panowie natychmiast stąd wyszli. Potter jest moim pacjentem i nie pozwolę go denerwować!

- Już się boisz Korneliuszku? – wyszeptała mu do ucha rozbawiona Rolanda.

- Nie boję się, głupia babo! - warknął Knot na Hooch.

- Słuchaj ty, nie pozwalaj sobie! Straszne szczeniacki jesteś! – wycedziła Rolanda.

- Knot nie wolno ci tak mówić do kobiety – powiedział Fleomont – A teraz ładnie ją przeproś – Rolanda strzeliła go zaklęciem.

- Przestań! – warknął Knot.

- Nigdy cię nie lubiłam, Knot – powiedziała słodkim głosem Rolanda i znowu go strzeliła.

- Rolanda możesz nie strzelać w biednego Korneliusza? – spytał dyrektor.

- Ten gówniarz mnie nie przeprosił i nie zwrócił się do mnie per "proszę PANI " i per "MADAME Hooch," PANIE dyrektorze!

- Nie przesadzacie już z tą etykietą? – spytał Dumbledore.

- NIE! A POZA TYM I NIE BĘDZIESZ MI MÓWIŁ, CO MAM ROBIĆ! – warknęły profesorki na dyrektora.

- Kiedy mówiłem "Snape" sam mówiłeś, cytuję: "Harry, to jest PROFESOR Snape" – powiedział Harry.

- TY I KNOT ORAZ UMBRIDGE JESTEŚCIE IDIOTAMI! – wycedziła Minerwa – ZAWIODŁAM SIĘ NA PANU DYREKTORZE!

- Ja nie jestem idiotą i dobrze o tym wiesz. Nie pozwalaj sobie za dużo, Minerwo! – krzyknął Drops, zaczynając tracić panowanie nad sobą.

- A kto zostawił Harry'ego Pottera u tych mugoli! – warknęła Minne – Ty! Sprawiłeś, że był wychowany bez miłości, a tyle ci mówiłam, że to zły pomysł!

- Podziwiałem cię, a kiedy się dowiedziałam, co ten chłopak miał za dzieciństwo, to mam ochotę cię strzelić zaklęciem! – dodała Poppy, a głos miała wściekły. Snape patrzył na to wielkimi oczami.

- Minerwo, Poppy musicie zrozumieć...

- Nie mów mi po imieniu, jakbyśmy wciąż byli przyjaciółmi! – wycedziły Poppy i Minerwa. Były wściekłe, jak osy. Obie podeszły do Harry'ego i obie go przytuliły.

- Jestem dumna, że jesteś w moim domu, Lordzie Potter – powiedziała Minne przytulając go do swojej piersi.

- Jestem Harry, tylko Harry – oznajmił Harry – Babciu Mini.

- Kocham cię, Harry – mruknęła, mając łzy w oczach – Kiedy przybyłeś do Hogwartu czułam, jakbym miała wnuka. Jesteś taki podobny do ojca, tylko oczy masz po matce.

- Ja też cię kocham, Babciu Mini – mruknął. Kiedy usłyszała, jak ją nazwał, zarzuciła mu ramiona na szyję i nie próbowała nawet ukryć, jak łka ze szczęścia. Niegdyś by to kwestionowała, ale teraz pragnęła jedynie trzymać w ramionach osobę, która była dla niej, jak wnuk. Większość miało łzy w oczach, widząc tę wzruszająca scenę.

- Twoje łóżko jest już gotowe w skrzydle szpitalnym – zażartowała Poppy i też go przytuliła.

- Ha! Ha! Ha! Bardzo śmieszne! - burknął Harry, a Poppy przytuliła go do siebie jeszcze mocniej.

- Też cię kocham, babciu Po – mruknął do niej. Poppy też zalała się łzami słysząc, jak Harry ją pieszczotliwie nazywa, a Dumbledore patrzył na nią z wielkimi oczami, bo go zatkało. Kobiety nagle popatrzyły na dyrektora stukaj ac swoim wysokim obcasem i założyły ręce.

- Jak sobie życzycie, drogie MADAMES– wydukał w końcu.

- Gin mam cztery babcie – powiedział radosnym głosem.

- A ty chcesz coś powiedzieć, panie Profesorze? – zapytała Rolanda Snape'a.

- Nie – odparł w szoku starszy Severus – Znaczy się tak. Możecie zmienić te ubrania i te cholerne szpilki, bo wyglądacie jak rozpuszczone panienki.

- Severus teraz to przesadziłeś – oznajmiła Lily I – Nie chcę być w twojej skórze. Teraz wiem, że jesteś bucem, Snape.

- Jak śmiesz, Snape! – warknęły nauczycielki – Nie jestem rozpuszczoną panienką – i strzeliły go zaklęciami – Nie pozwalaj sobie! Strasznie szczeniacki jesteś!

- Przepraszam, MADAMES! – zawołał Snape w lekkiej panice.

- Drogie panie, powinno być "nie pozwalaj sobie straszny Nietoperzu z lochów" – powiedział James II. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

- Nie jestem zdenerwowany, ja tylko próbuję im uzmysłowić, co się naprawdę wydarzyło! – powiedział ze złością Harry – Gdyby mnie tylko wysłuchali... – Ale pani Pomfrey nagle wepchnęła mu do ust wielki kawał czekolady. Zakrztusił się, a ona skorzystała ze sposobności i wsadziła go z powrotem do łóżka.

- A teraz, bardzo proszę, panie ministrze... Te dzieci wymagają opieki medycznej. Proszę opuścić szpital.

- Też cię nigdy nie lubiłam, Knot – odezwała się Poppy.

Drzwi ponownie się otworzyły i stanął w nich Dumbledore. Harry z trudem przełknął bryłę czekolady i znowu się podniósł.

- Panie profesorze, Syriusz Black...

- Na miłość boską! – krzyknęła pani Pomfrey histerycznym głosem – Czy to jest szpital, czy może mi się tylko tak wydaje? Panie dyrektorze, muszę stanowczo...

- Wybacz mi, Poppy,

- Dla Ciebie to MADAME Pomfrey – wyszeptała Poppy patrząc na niego groźnie tak samo jak inne kobiety .

ale muszę zamienić słówko z panem Potterem i panną Granger – oświadczył spokojnie Dumbledore – Właśnie rozmawiałem z Syriuszem Blackiem...

- Założę się, że opowiedział panu tę samą bajeczkę, którą zagnieździł w mózgu Pottera – prychnął Snape.

- Wara od mojego synka, Snape! – zawołała Euphemia.

- Coś o szczurze... i o zmartwychwstaniu Petera Pettigrew...

- Zgadza się, mówił mi o tym – rzekł Dumbledore, przyglądając się bacznie Snape'owi znad swoich okularów-połówek.

- A więc moje słowo już nic nie jest warte? – warknął Snape – Petera Pettigrew nie było we Wrzeszczącej Chacie i nie widziałem go na błoniach.

- Bo był pan nieprzytomny, panie profesorze! – wtrąciła Hermiona – Przybył pan za późno, żeby usłyszeć...

- Panno Granger, PROSZĘ LICZYĆ SIĘ ZE SŁOWAMI!

- Bo boisz się przyznać, że dwójka dzieci cię zniszczyła – zadrwiła Hermiona.

- Zabolało cię twoje wielkie ego – dodał Harry.

- Spokojnie, Snape – powiedział Knot, wyraźnie przerażony rozwojem wypadków – ta młoda dama wiele przeżyła, musimy brać pod uwagę stan, w jakim się znajduje...

- Właśnie. Dobrze mówisz, Knot jestem damą – oznajmiła Hermiona i odrzuciła włosy do tyłu.

- Oczywiście, że jesteś damą i do tego Lady naszego rodu i moją córeczką, kochaniutka – powiedziała Molly.

- A mamusia jest moją mamusią – odparła pani Weasley do Molly I.

- Oczywiście, że jestem twoją mamusią, kochanie – mruknęła i tuliła swoją córkę a ta westchnęła zadowolonym głosem kiedy pani Weasley ją przytulała.

- Chciałbym porozmawiać z Harrym i Hermioną na osobności – oświadczył nagle Dumbledore – Korneliuszu, Severusie, Poppy... proszę nas zostawić.

- Dla Ciebie to jesteśmy PANI Weasley i PAN Potter, dyrektorze – mruknęła jadowicie Hermiona, patrząc na niego z jadem w oczach. Dumbledore patrzył na Hermionę w szoku, że ta dziewczyna tak się zmieniła, nie poznawał jej i tylko westchnął. 'Większość mnie nienawidzi, że zostawiłem Harry'ego u Dursley'ów'.

- Dyrektorze! – wybełkotała pani Pomfrey – Oni wymagają opieki medycznej, potrzebują odpoczynku...

- To nie może czekać – przerwał jej Dumbledore.

- Jestem zmuszony nalegać – Pani Pomfrey ściągnęła wargi, odeszła do swojego gabinetu na końcu sali i zatrzasnęła drzwi. Knot spojrzał na wielki złoty zegarek, zwisający mu z kamizelki.

- Dementorzy pewnie już przybyli – powiedział.

- Spokojnie, skarbie, twój tatuś będzie uratowany – powiedział Harry do Daphne, kiedy przymierzała się do zabicia Knota.

- Pójdę z nimi pomówić. Dumbledore, spotkamy się na górze – Otworzył drzwi i przytrzymał je dla Snape'a, ale ten nie ruszył się z miejsca.

- Chyba pan nie wierzy w to wszystko, co opowiada Black? – szepnął, wpatrując się w twarz Dumbledore'a.

- Zamknij się wreszcie! – krzyknęły dwie wersje Marlene

- Chcę porozmawiać z Harrym i Hermioną na osobności – powtórzył Dumbledore. Snape zrobił krok w jego stronę.

- Syriusz Black wykazał, że jest zdolny do morderstwa, kiedy miał szesnaście lat. Zapomniał pan o tym, dyrektorze? Zapomniał pan, że kiedyś chciał zabić mnie?

- Jak śmiesz sprzeciwiać się panu Dumbledore'owi, Snape – wycedzila Mary.

- Mam nadal znakomitą pamięć, Severusie – odpowiedział spokojnie Dumbledore. Snape obrócił się na pięcie i wyszedł przez drzwi, które Knot wciąż przytrzymywał. Kiedy zamknęły się za nimi, Dumbledore zwrócił się do Harry'ego i Hermiony. Oboje zaczęli mówić jednocześnie.

- Panie profesorze, Black mówi prawdę... widzieliśmy Petera Pettigrew...

- ...on uciekł, kiedy profesor Lupin zamienił się w wilkołaka...

- ...on jest szczurem...

- ...jego przednia łapa... to znaczy palec... on go sobie odciął, kiedy...

- ...to Pettigrew zaatakował Rona, nie Syriusz... – Ale Dumbledore podniósł rękę, żeby powstrzymać ten potok wyjaśnień.

- Gadacie, jak my – oznajmili rozbawieni Fred i George.

- Uczyliśmy się od mistrzów – zaśmiał się Harry.

- Teraz wy musicie mnie wysłuchać i proszę mi nie przerywać, bo czasu mamy niewiele. Nie ma ani cienia dowodu na to, o czym opowiada Black, poza waszym świadectwem... a słowa dwojga trzynastolatków nie przekonają nikogo. Cała ulica widziała, jak Syriusz zamordował Petera Pettigrew. Ja sam potwierdziłem w ministerstwie, że Syriusz był Strażnikiem Tajemnicy Potterów.

- Bo nie wiedziałem, że zamieniliście – mruknął Drops.

- Profesor Lupin może panu powiedzieć... – zaczął Harry, nie mogąc się powstrzymać.

- Profesor Lupin jest teraz w Zakazanym Lesie i nie sądzę, by był w stanie komukolwiek coś powiedzieć. Kiedy odzyska ludzką postać, będzie już za późno, Syriusza spotka coś gorszego od śmierci. Poza tym wilkołaki nie budzą zaufania w naszym społeczeństwie, więc jego świadectwo nie na wiele się zda... a fakt, że on i Syriusz byli kiedyś przyjaciółmi...

- To prawda – mruknęły dwie wersje Lunatyka.

- Ale...

- Wysłuchaj mnie, Harry. Jest za późno, nie rozumiesz? Nie dotarło do ciebie, że wersja profesora Snape'a jest o wiele bardziej przekonująca od twojej?

- On nienawidzi Syriusza – powiedziała z rozpaczą Hermiona – A wszystko przez ten głupi żart...

- Syriusz nie zachowywał się jak niewinny człowiek. Napaść na Grubą Danię... wtargnięcie do Gryffindoru z nożem... bez Pettigrew, żywego czy umarłego, nie mamy szans na podważenie wyroku.

- Ja wierzę – powiedziała Amelia I.

- Dziękuję mad...

- Mówiłem ci, że jestem dla ciebie ciocią Amelią, Harry – oznajmiła Amelia I. Kiedy podeszła do Harry'ego z gracją i wdziękiem przytuliła go – i nie ma żadnego "ale". Madame Bones jestem dla kretynów, takich jak Knot czy Umbridge, czy Dumbledore, Snape i Lucek i nie przyjaciół. Dla ciebie i dla twoich przyjaciół z Zakonu Braterstwa i Zakonu Sióstr Wojowniczek jestem ciocią Amelią. Czy wyraziłam się jasno, Harry?

- Tak, ciociu Amelio – odparł Harry.

- Grzeczny chłopczyk – rzekła Amelia I, całując go w policzek.

- Ostatnio wszyscy mnie przytulają i całują w policzek! – Tym razem to Harry pocałował ją w policzek.

- Ale pan nam wierzy.

- Tak, wierzę wam – odpowiedział cicho Dumbledore – Nie potrafię jednak zmusić innych, by zrozumieli, jak było naprawdę, nie mam też władzy nad Ministrem Magii...

- Niech zje swój welonik – mruknął Patrick.

Harry wpatrywał się w tę smutną, zatroskaną twarz i czuł się tak, jakby grunt usuwał mu się spod nóg. Od lat przywykł do myśli, że Dumbledore potrafi wszystko. Był pewny, że znajdzie jakieś zdumiewające, cudowne rozwiązanie. A teraz... ich ostatnia nadzieja zawiodła – Potrzebujemy więcej czasu – powiedział powoli Dumbledore, a jego bladoniebieskie oczy powędrowały od Harry'ego do Hermiony.

- Ale... – zaczęła Hermiona i nagle jej oczy zrobiły się okrągłe – OCH!

- Będzie fajnie – powiedział Harry.

- Posłuchajcie mnie teraz uważnie – rzekł Dumbledore bardzo cicho i bardzo wyraźnie – Syriusz Black jest zamknięty w gabinecie profesora Flitwicka na siódmym piętrze. Trzynaste okno na prawo, licząc od Wieży Zachodniej. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, dziś w nocy będziecie mogli uratować więcej niż jedno niewinne życie. Ale zapamiętajcie: nikt nie może was zobaczyć. Panna Granger dobrze zna prawo... więc wie, o co toczy się gra... NIKT NIE MOŻE WAS ZOBACZYĆ.

- Będzie akcja! – podniecił się Colin I.

Harry nie miał pojęcia, o co chodzi. Dumbledore odwrócił się, a kiedy doszedł do drzwi, spojrzał na nich przez ramię – A teraz zamknę was na klucz. Jest... – zerknął na zegarek – za pięć dwunasta. Panno Granger, trzy obroty powinny wystarczyć. Powodzenia.

- Cofnięcie się w czasie! – krzyknęły nagle dwie wersje Molly I.

- Tak, mamusiu – oznajmiła Hermiona.

- To tak mnie uratowaliście – odezwał się starszy Łapa.

- Nie mogłam zostawić mojego ukochanego wujka na pewną śmierć – powiedziała Hermiona.

- Dziękuję! – wyszeptali członkowie z rodu Blacków.

- Powodzenia? – powtórzył Harry, kiedy drzwi zamknęły się za dyrektorem – Trzy obroty? O czym on mówił? Co mamy zrobić? – Hermiona wyciągnęła spod szaty bardzo długi, misterny złoty łańcuszek, oplatający jej szyję.

- Super! – krzyknęli większość ludzi na sali.

- Harry, chodź tutaj – wyszeptała – Szybko! – Harry podszedł do niej, kompletnie ogłupiały. Wyciągnęła ku niemu łańcuszek. Zobaczył, że zwiesza się z niego maleńka, błyszcząca klepsydra – Poczekaj... – Zarzuciła łańcuszek również na jego szyję – Gotów? – zapytała, prawie bez tchu.

- Co my robimy? – zdziwił się Harry, zupełnie nie rozumiejąc, o co chodzi.

- Hermiona jest od myślenia, a ja od czarnej roboty – oznajmił Harry.

Hermiona obróciła klepsydrę trzy razy. Ciemna sala szpitalna rozpłynęła się. Harry doznał uczucia, jakby leciał bardzo szybko do tyłu. Migały mu przed oczami jakieś zamazane kształty i barwy, w uszach mu łomotało. Próbował krzyknąć, ale nie usłyszał własnego głosu...

- Czy chcesz coś powiedzieć, Lucyna? – spytał Harry, który otwierał usta.

- Dla Ciebie jestem "pan Malfoy" albo "Lord Malfoy"!

- Otwierałeś już usta, Malfoy, więc? – powiedział Ron.

A potem poczuł twardy grunt pod stopami i obraz nagle się wyostrzył. Stał obok Hermiony w opustoszałej sali wejściowej Hogwartu. Na kamienną posadzkę padał z otwartych drzwi strumień złotego słonecznego światła. Spojrzał nieprzytomnie na Hermionę, a cienki łańcuszek wpił mu się w szyję.

- Hermiono, co...

- Szybko! – Hermiona złapała go za rękę i pociągnęła do drzwiczek komórki na miotły, otworzyła je, wepchnęła go między kubełki i mopy, potem sama wcisnęła się do środka i szybko zatrzasnęła za sobą drzwi.

- Co... jak... Hermiono, co się dzieje?

- Jesteśmy w przeszłości – rzekła Hermiona.

- Powrót do przeszłości – wyszeptała Hermiona, zdejmując mu z szyi łańcuszek – Jest o trzy godziny wcześniej... – Harry wymacał w ciemności własną nogę i mocno się uszczypnął. Zabolało, więc uznał, że nie może to być dziwaczny sen.

- Ale...

- Ciiicho! Słuchaj! Ktoś idzie! Myślę... myślę, że to MY! – Przycisnęła ucho do drzwi – Kroki... tak, myślę, że to my schodzimy, żeby zobaczyć się z Hagridem!

- Chcesz mi powiedzieć – szepnął Harry – że jesteśmy tutaj, w komórce, i jednocześnie tam?

- Tak – powiedziała Hermiona, wciąż nasłuchując – Jestem pewna, że to my... tak, idzie troje ludzi... powoli, bo przecież chowamy się razem pod peleryną-niewidką... – Urwała, nadal nasłuchując uważnie – Zeszliśmy po zewnętrznych schodach... – Hermiona usiadła na odwróconym do góry dnem kubełku. Harry uznał, że powinien zażądać odpowiedzi na kilka pytań.

- Skąd wytrzasnęłaś tę klepsydrę?

- To jest zmieniacz czasu – szepnęła Hermiona – a dostałam go od profesor McGonagall w pierwszym dniu po powrocie z wakacji. Używałam go przez cały rok, no wiesz, żeby być na tych wszystkich lekcjach.

- To tak zaliczałaś wszystkie przedmioty – szepnęła Angelina.

- Tak – odpowiedziała Hermiona.

Profesor McGonagall kazała mi przysiąc, że nikomu nie powiem. Musiała napisać mnóstwo listów do Ministerstwa Magii, żebym mogła to mieć. Napisała im, że jestem wzorową uczennicą i że będę tego używać wyłącznie w celach naukowych... to znaczy... żeby uczyć się tych wszystkich przedmiotów naraz... No i tak robiłam, cofałam się w czasie, żeby być na kilku lekcjach rozpoczynających się o tej samej godzinie, rozumiesz?

- Nie będę już tego robić – rzekła Hermiona – Wolę robić coś innego – powiedziała, patrząc wymownie na Rona.

Ale... Harry, ja nie wiem, czego od nas oczekuje Dumbledore. Dlaczego powiedział mi, żeby cofnąć się o trzy godziny? W jaki sposób to może pomóc Syriuszowi? – Harry spojrzał w jej twarz, ukrytą w cieniu.

- Musi być coś, co tu się gdzieś wydarzyło, a on chce, żebyśmy to teraz zmienili – powiedział powoli – Ale co się wydarzyło? Trzy godziny temu szliśmy do chatki Hagrida...

- A tam moja seksowna i inteligentna żonka dała z liścia ulizanej fretce! – parsknął śmiechem Ron. Hermiona się zarumieniła, a Draco patrzył mordem w oczach.

- To jest teraz... I my właśnie idziemy do chatki Hagrida. Przecież słyszałeś, jak wychodzimy... – Harry zmarszczył czoło. Poczuł się tak, jakby mózg skręcał mu się w próbie koncentracji.

- Dumbledore powiedział... powiedział, że możemy uratować więcej niż jedno niewinne życie... Hermiono, uratujemy Hardodzioba!

- Ale... jak to może pomóc Syriuszowi?

- Dumbledore powiedział... powiedział nam, gdzie jest to okno... okno gabinetu Flitwicka! Gdzie zamknęli Syriusza! Musimy tam polecieć na Hardodziobie i uwolnić Syriusza! Syriusz ucieknie na hipogryfie... obaj uciekną! – Ledwo widział w mroku twarz Hermiony, ale dostrzegł, że jest przerażona.

- Jeśli uda nam się zrobić to tak, żeby nikt nas nie zobaczył, to będzie prawdziwy cud!

- Cudem to są moje dzieci – powiedziała z miłością w głosie dwie wersje Molly I, patrząc na swoje dzieci i przytuliła swoich synów i zięcia, a późnej córkę i synowe, które szepnęły do niej:

- Mamusia – a Molly miała łzy w oczach ze szczęścia, że córki ją tak nazywają.

- Ale przecież musimy spróbować, prawda? – Harry wyprostował się i przycisnął ucho do drzwi.

- Nic nie słychać, chyba nie ma nikogo... Idziemy... – Pchnął drzwi. Sala wejściowa była pusta. Wymknęli się na palcach z komórki i zbiegli po kamiennych schodach. Cienie już się wydłużały, szczyty drzew w Zakazanym Lesie zabarwiła złota poświata.

- Jak ktoś wyjrzy przez okno... – pisnęła Hermiona, oglądając się na ścianę zamku.

- Pobiegniemy – powiedział stanowczo Harry – Prosto do Zakazanego Lasu, dobrze? Ukryjemy się za jakimś drzewem i będziemy stamtąd wypatrywać...

- Dobra, ale naokoło cieplarni! Musimy trzymać się z dala od frontowych drzwi chatki Hagrida, bo się zobaczymy! Chyba jesteśmy już blisko!

- To bardzo niebezpieczna akcja – powiedziała Jessica.

Zastanawiając się wciąż, co Hermiona miała na myśli, Harry puścił się biegiem, Hermiona za nim. Przebiegli przez ogród warzywny do cieplarni, zatrzymali się na chwilę, a potem popędzili dalej, okrążając Wierzbę Bijącą i kierując się do Zakazanego Lasu... Bezpieczny w cieniu drzew, Harry odwrócił się; Hermiona przybiegła po chwili, dysząc ciężko.

- Dobrze, że namówiliście mnie na siłownię i trening – stwierdziła Hermiona – Czuję się zdrowiej, a moje ciało wygląda dobrze. Podoba mi się teraz moja figura.

- Jestem chętny popatrzyć na twoje ciało bez tych ubrań, moja bogini – mruknął Ron a Hermiona tylko się zarumieniła.

- Dobra... teraz musimy podkraść się do chatki Hagrida. Tylko uważaj, żeby cię nikt nie zobaczył, Harry... – Ruszyli skrajem lasu, aż zobaczyli front chatki Hagrida. Po chwili usłyszeli pukanie do drzwi. Schowali się szybko za pniem dębu i wyjrzeli zza niego, żeby zobaczyć, co się dzieje. W otwartych drzwiach pojawił się Hagrid, blady i drżący, rozglądając się, kto pukał. I nagle Harry usłyszał własny głos.

- To my. Mamy na sobie pelerynę-niewidkę. Wpuść nas, to ją zdejmiemy.

- Nie powinniście tu przychodzić! – wyszeptał Hagrid, ale cofnął się, a oni weszli do środka. Szybko zamknął drzwi.

- To najdziwaczniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiliśmy – powiedział Harry z przejęciem.

- Teraz jest jeszcze dziwniej, bo wiemy, że mamy dzieci, Harry – mruknęła Ginny.

- Podejdźmy trochę bliżej – szepnęła Hermiona – Musimy się znaleźć bliżej Hardodzioba! – Zaczęli się skradać między drzewami, aż zobaczyli Hardodzioba uwiązanego do płotu wokół grządki z dyniami.

- Teraz? – szepnął Harry.

- Nie! Jak wykradniemy go teraz, ci faceci z komisji pomyślą, że to Hagrid go uwolnił! Musimy poczekać, aż go zobaczą uwiązanego do płotu!

- Będziemy na to mieli tylko sześćdziesiąt sekund – powiedział Harry. Coraz mniej wierzył w powodzenie tej akcji.

- Musicie uratować tatusia! – krzyknęła Cassie.

W tym momencie z chatki Hagrida dobiegł ich brzęk tłuczonej porcelany.

- To Hagrid rozbił dzbanek z mlekiem – szepnęła Hermiona – Zaraz znajdę Parszywka...

Większość ludzi zacisnęło ręce.

I rzeczywiście, kilka minut później usłyszeli wrzask Hermiony.

- Hermiono – powiedział nagle Harry – a jakby tak... po prostu wpaść tam, złapać Petera Pettigrew i...

- Nie! Nie rozumiesz? Łamiemy jedno z najważniejszych praw obowiązujących w świecie czarodziejów! Nikomu nie wolno zmieniać czasu! Nikomu! Słyszałeś, co mówił Dumbledore... Jak nas zobaczą...

- Kto nas zobaczy? Tylko my sami i Hagrid!

- Harry, a co byś pomyślał, gdybyś nagle zobaczył samego siebie wpadającego do chatki Hagrida?

- Przecież jesteśmy z przyszłości oni z przeszłości i nikt się nie pozabijał – rzekł Hugo – i teraźniejszości.

- Pomyślałbym, że... że zwariowałem... albo że to jakaś czarna magia...

- No właśnie! W ogóle byś nie rozumiał, co się dzieje, mógłbyś zaatakować samego siebie! Profesor McGonagall opowiadała mi o strasznych rzeczach, jakie się wydarzyły, kiedy czarodzieje eksperymentowali z czasem... Wielu pozabijało swoje przyszłe lub przeszłe ja... właśnie w taki sposób, przez omyłkę!

- Nie dobra, Minne – mruknął Scorpius.

- W porządku! Tak sobie tylko pomyślałem, nie ma sprawy... – Hermiona szturchnęła go i wskazała w kierunku zamku. Harry wysunął głowę o parę cali, żeby lepiej widzieć frontowe drzwi. Po stopniach wiodących do zamku schodzili Dumbledore, Knot, staruszek z komisji i kat Macnair.

- I jest nasz wielki Minister Magii, który sika w pory! – zawołał Fineas.

- Fineas nie wolno obrażać wielkiego pana Ministra Magii Knota! – skarciła jego zachowanie Barbara – To, że sika w portki to wina jego wieku i nie trzymania moczu. Polecam pieluchy, panie Knot – zadrwiła z niego, a Knot zrobił się czerwony.

- Zaraz wyjdziemy z chaty! – szepnęła Hermiona. I rzeczywiście, w chwilę później drzwi chatki się otworzyły i Harry zobaczył samego siebie, Rona i Hermionę wychodzących z Hagridem. Było to niewątpliwie najdziwniejsze uczucie w jego życiu: stał sobie za drzewem na skraju Zakazanego Lasu i patrzył na samego siebie stojącego przy grządce z dyniami w ogródku Hagrida.

- Spokojnie, Dziobku – powiedział Hagrid do hipogryfa – Spokojnie... – Odwrócił się do Harry'ego, Rona i Hermiony – Wiejcie. I to migiem.

- Te bachory powinny być ukarane! – warknęła Dolores. Kobiety były wściekle, że śmiała się tak odezwać. Już miały strzelić w ją zaklęciami, gdy usłyszeli.

- Jadem ulicą, opony asfalt drą, Voldek bez nosa i jego przydupasy jak zobaczą łysego Lucka, to na zawał umrą – śpiewał James II głosem Knota. Sala ryknęła śmiechem, większość z nich leżała na podłodze śmiejąc się wniebogłosy. Dwie wersje Lucka zrobili wściekłą minę – Hej! Kordek, Kordek on twardy jest jak głaz – dalej śpiewał James II, naśladując głos Knota.

- Jedziemy panie ciut za wolno, trzeba wcisnąć gaazz! – krzyknął Louis, głosem Ropuchy. Sala dalej się śmiała.

- O, gonią nas z dużą prędkością! – zakomunikował James II.

- O, poważnie to wcisnę sprzęgło! – palnął Louis. Knot i Ropucha patrzyli na nich wściekle.

- Jesteście świetni! – krzyknął Lee ze śmiechu.

- Hagridzie, nie możemy...

- Powiemy im, co naprawdę się stało...

- Nie mogą go zabić...

- Zjeżdżajcie mi stąd! – prawie krzyknął Hagrid – Jeszcze tylko tego brakuje, żebyście wpakowali się w kłopoty!

- Hagrid, wpakowanie się kłopoty to nasze drugie imię – stwierdził Ron – Łamaliśmy szkolne przepisy, ignorowaliśmy zakazy nauczycieli i w sumie kilka razy zdarzyło nam się złamać prawo...

- Ale to nie była nasza wina! – oburzył się zabawnie Harry, a Ginny wtuliła się w męża – To Hermiona...

- Właśnie to ona! – przytaknął Ron, a Hermiona popatrzyła na niego zdziwiona – Zawsze chciała dobrze postępować, więc... oczywiście za każdym razem musieliśmy jej pomagać!

- Tak! – Harry pokiwał głową – Czy wyobrażacie sobie nas Państwo łamiących własnowolnie jakiś przepis?

- Jesteśmy zawsze uczynni i grzeczni! – zawołał rudzielec, a Hermiona wtuliła się w Rona.

- A ona?! – Harry wskazał na roześmianą Hermionę, która tuliła się do męża.

- Myślisz, że ktoś nam uwierzy, że ta niewinnie wyglądająca kobieta, znaczy się, nasza Hermiona jest zdolna do tego wszystkiego? – spytał szwagra Ron, w tym samym czasie przytulał swoją żonę.

- Oczywiście, bo czy nasze oczy mogą kłamać? – zapytali w tym samym momencie, patrząc na wszystkich maślanymi oczami. Większość ludzi wybuchnęła śmiechem i zaczęli bić brawa, a Hermiona całowała Rona w usta, a Ginny całowała Harry'ego.

- No tak chłopcy zawsze pozostają chłopcami – oznajmiły rozbawione dwie wersje Andromedy.

Harry patrzył, jak Hermiona zarzuca pelerynę-niewidkę na niego i Rona.

- Wiejcie szybko... Nie słuchajcie... – Rozległo się pukanie do drzwi. Hagrid odwrócił się szybko i zniknął w swojej chatce, pozostawiając tylne drzwi otwarte. Harry widział wygniecenia pojawiające się w trawie wokół chatki i słyszał stłumiony tupot nóg. On, Ron i Hermiona uciekli... ale teraz on i Hermiona, ukryci w cieniu drzew, mogli słyszeć przez tylne drzwi, co się dzieje wewnątrz chatki.

- Gdzie jest to zwierzę? – rozległ się twardy głos Macnaira.

Młodszy Lucek uśmiechnął się drwiną.

- Na... na zewnątrz – wychrypiał Hagrid. Harry szybko cofnął głowę za pień, kiedy w oknie pojawiła się twarz Macnaira. Potem usłyszeli Knota.

- Musimy... ee... odczytać ci oficjalne zarządzenie o egzekucji, Hagridzie. Zrobię to szybko. A potem ty i Macnair złożycie na nim podpisy. Macnair, ty też słuchaj, taka jest procedura... – Twarz Macnaira znikła z okna. Teraz albo nigdy.

- Poczekaj tu – szepnął Harry do Hermiony – Ja to zrobię.

- Mój ty bohaterze – stwierdziła z miłością w głosie Ginny, a Harry ją przytulił i pocałował ją w znamię a ta westchnęła zadowolonym głosem.

Kiedy znów rozległ się głos Knota, Harry wyskoczył zza drzewa, przesadził płot otaczający grządkę z dyniami i podbiegł do Hardodzioba.

- Decyzją Komisji Likwidacji Niebezpiecznych Stworzeń hipogryf Hardodziob, zwany dalej skazanym, zostanie uśmiercony szóstego czerwca o zachodzie słońca...

- W twoich snach Knot – powiedział Harry.

Uważając, żeby nie mrugnąć, Harry raz jeszcze spojrzał w pomarańczowe oko hipogryfa i ukłonił się. Hardodziob opadł na zrogowaciałe kolana, ale po chwili znowu się podniósł. Harry zaczął walczyć ze sznurem, którym hipogryf był przywiązany do płotu – ...Wyrok ma być wykonany przez ścięcie, a dokonać tego ma wyznaczony przez komisję kat, Walden Macnair...

- Z poważaniem, imbecyl ministerstwa Kordek sikający w portki – skoczył jego wypowiedź Hugo, a większość ludzi parsknęła śmiechem.

- No chodź, Hardodziobie – mruknął Harry – Chodź, chcemy ci pomóc. Spokojnie... spokojnie...

- ...świadkami są... Hagridzie, podpisz tutaj... – Harry z całej siły pociągnął za sznur, ale Hardodziob zaparł się przednimi nogami.

- No, skończmy już z tym – odezwał się z chatki piskliwy głos członka komisji – Hagridzie, może będzie lepiej, jak zostaniesz tutaj...

- Nie, chcę być z nim... nie zostawię go samego... – Rozległy się kroki.

- Będzie dobrze, Hagridzie – uśmiechnął się Harry.

- Hardodziobie, rusz się! – syknął Harry. Jeszcze raz pociągnął za sznur. Hipogryf ruszył za nim, trzepocząc nerwowo skrzydłami. Byli nadal z dziesięć stóp od krawędzi lasu; gdyby teraz ktoś wyjrzał przez tylne drzwi chatki, z pewnością by ich zobaczył.

- Jedną chwilkę, Macnair, pozwól tu – usłyszał głos Dumbledore'a – Ty również musisz się podpisać.

- Podpisem Idiota ministerstwa Macnair – rzekł Nick.

Kroki umilkły. Harry uwiesił się na sznurze. Hardodziob kłapnął dziobem i zaczął iść nieco szybciej. Zza drzewa wyjrzała pobladła twarz Hermiony.

- Harry, szybciej!

- Bo chce zobaczyć mojego Ronaldzia! – pisnęli Fred i George. Ron patrzył na braci mordem w oczach. Hermiona zarumieniła się, a chłopaki w spokoju parsknęli śmiechem.

Harry wciąż słyszał głos Dumbledore'a dochodzący z chatki. Jeszcze raz szarpnął sznurem. Hardodziob pobiegł lekkim truchtem. Dotarli do drzew... – Szybko! Szybko! – jęknęła Hermiona, wyskakując zza drzewa, chwytając za linę i ciągnąc ją, żeby zmusić hipogryfa do szybszego biegu.

- Spokojnie Miona jeszcze zdążysz zobaczyć Ronaldzia – powiedział rozbawiony Jared, a niektórzy wybuchli śmiechem.

- Jared zamknij się! – warknęła czerwona Hermiona.

Harry spojrzał przez ramię: już nic nie było widać, nawet ogrodu Hagrida.

- Stój! – szepnął do Hermiony – Mogą nas usłyszeć... – Drzwi otworzyły się z hukiem. Harry, Hermiona i Hardodziob stanęli bez ruchu; nawet hipogryf zdawał się nasłuchiwać uważnie. Cisza... a potem...

- Gdzie on jest? – dobiegł ich piskliwy głos członka komisji – Gdzie jest to zwierzę?

- Wy małe wstrętne bachory! – warknęli Knot i Ropucha, nagle zobaczyli pełno różdżek, wycelowane w nich i rzucili zaklęcie w Knota i Ropuchę. Zmienił w żółtego ogra i tak samo wyglądała Umbridge, jako damska wersja ogra. Kiedy to zobaczyli cała sala ryknęła śmiechem i spadli ze śmiechu na podłogę, śmiejąc się wniebogłosy, a oboje patrzyli na siebie wielkimi oczami.

- Drodzy panie i panowie, Lady’s i Lordowie oraz Madame’s przed wami państwo ogrowie. Pan ogr Korneliusz Knot oraz pani ogrzyca Dolores Umbridge! – zawołał Nick.

- Nie mogę! – krzyczała ze śmiechu cała sala.

- Colin zdjęcia! – rzekła Jessica i Colin robił im zdjęcia z wielu stron.

- Jeszcze osła brakuje – odezwał się ze śmiechu Frank II.

- Odczarujcie nas!! – pisnęli.

- A dlaczego miałybyśmy was odczarować? – spytały dziewczyny z przyszłości.

- Nie chce być ogrem! – zawołali przerażonym głosem.

- A wiecie co, nie obchodzi mnie to, czy chcecie, czy nie – stwierdziły dziewczyny.

- Po razy kolejny obraziliście Lorda i Lady i nie byliście grzecznymi dziećmi, a niegrzeczne dzieci się każe, bo powiedzieliście do mojej mamusi/mojego tatusia, że jest małym wstrętnym bachorem, więc jesteście brzydkimi i wstrętnymi ogrami! – warknęły córki z rodziny Potter i Weasley.

- Tak wyglądacie o wiele lepiej niż wcześniej! – parsknęła śmiechem Rolanda.

- Będą małe ogrzątka? – zapytała Poppy rozbawiona.

- Będą, MADAME Pomfrey!! – pisnął szczęśliwy Matt głosem Ropuchy.

- I żyli długo i szczęśliwie! – krzyknął przesadnie szczęśliwy Lee.

- Nasz Kordek jest taki opiekuńczy! – zawołał przesadnie szczęśliwy Fred.

- To takie słodkie! – wykrzyknął przesadnie zachwycony George.

- Proszę o wybaczenie, LADY Weasley oraz LORDZIE Potter! – zawołali przerażeni, że aż klęczeli.

- Wiesz co, siostrzyczko podoba mi się to, jak proszą ładnie o wybaczenie – stwierdził Harry do Hermiony.

- Zgadzam się – oznajmiła Hermiona, a głos ociekał słodyczą, że niektórzy mieli gęsią skórkę i popatrzyli na Hermionę w szoku – klęczą ładnie jak grzecznie pieski. A będziecie grzecznymi chłopczykiem i dziewczynką?

- Tak, PANI Weasley, będziemy grzeczni i nie zawiodę PANI, proszę PANI!

- Drogie panie odczarujcie ich – powiedział Harry.

- Dziękuję PANIE Potter, obiecuje, że będziemy grzeczni i nie zawiodę PANA, proszę PANA! – Dziewczyny westchnęły, bo chciały, żeby Umbridge i Knot byli ogrami, ale odczarowały ich. Knot i Umbridge wrócili do ludzkiej postaci.

- Bardzo PANI Weasley i PANU Potterowi dziękuję, że wstawiliście się za nami. Jeszcze raz bardzo dziękuję, proszę PANI i proszę PANA.

- Było tu przywiązane! – powiedział ze złością kat – Sam widziałem! O, tutaj!

- To bardzo dziwne – rzekł Dumbledore, a w jego głosie pobrzmiewała nuta rozbawienia.

- Dziobku! – zawołał ochryple Hagrid. Rozległ się świst, a potem głuche uderzenie topora. Wyglądało na to, że kat ze złości rąbnął toporem w płot. Najpierw usłyszeli wycie, a potem słowa Hagrida przerywane szlochem:

- Uciekł! Uciekł! A to mi dopiero mały Dziobek, uciekł! Musiał się zerwać! Dziobku, ty mały spryciarzu!

- Dziękuję! – zawołał Hagrid i przytulił Harry'ego i Hermionę.

- Nie ma za co dziękować – odparł Ron.

Hardodziob zaczął szarpać sznur, wyrywając się do Hagrida. Harry i Hermiona zaryli się stopami w ziemi, żeby go utrzymać.

- Ktoś go odwiązał! – warknął kat – Trzeba przeszukać błonia, las...

- Ty tam się zamknij, bo nie wiesz, co mówisz – odparła Ginny.

- Macnair, czy naprawdę sądzisz, że gdyby ktoś rzeczywiście ukradł hipogryfa, to prowadziłby go po ziemi? – zapytał Dumbledore, nadal lekko rozbawionym tonem – Przeszukaj niebo, jeśli potrafisz...

- Ale mu pocisnął! – parsknął śmiechem Patrick.

Hagridzie, napiłbym się herbaty. Albo brandy.

- O... o-oczywiście, panie profesorze – odrzekł Hagrid takim głosem, jakby miał za chwilę zemdleć ze szczęścia. - Proszę do środka... – Harry i Hermiona nasłuchiwali w napięciu. Usłyszeli kroki, ciche przekleństwo kata, trzaśniecie drzwi, a potem zapadła cisza.

- Co teraz? – zapytał szeptem Harry, rozglądając się niespokojnie.

- Będziemy musieli ukryć się tutaj – powiedziała Hermiona, która wyglądała na bardzo wstrząśniętą – Trzeba poczekać, aż wrócą do zamku. Potem znajdziemy moment, aż będzie można bezpiecznie podlecieć na Hardodziobie pod okno Syriusza. Tylko... on tam będzie dopiero za parę godzin... och, to się robi coraz trudniejsze...

- Pomasuje ci kark, od razu zrobi ci się lepiej, pani Weasley – mruknął Ron. Na jego słowa pani Weasley uśmiechnęła się szeroko.

- O tak, Lordzie – westchnęła zadowolonym głosem, kiedy zaczął masować jej kark.

- Jesteś strasznie spięta.

- Masuj mnie nie nadaj, Ron.

Spojrzała nerwowo przez ramię w mroczną puszczę. Słońce już zachodziło.

- Trzeba iść – powiedział Harry, myśląc gorączkowo – Musimy znaleźć takie miejsce, z którego widać Wierzbę Bijącą, bo inaczej nie będziemy wiedzieli, co się dzieje.

- Dobra – zgodziła się Hermiona, wzmacniając uchwyt na sznurze – Ale pamiętaj, Harry, nikt nie może nas zobaczyć.

- Ty tu jesteś szefem, Hermiono – odezwał się Harry.

Ruszyli skrajem lasu. Robiło się coraz ciemniej. W końcu ukryli się w kępie drzew – w oddali majaczyła Wierzba.

- Jest Ron! – szepnął nagle Harry. Ciemna postać biegła przez błonie, a jej krzyk odbijał się echem od ściany lasu.

- Zostaw go... odczep się od niego... Parszywku, chodź tutaaa...! – I wówczas pojawiły się dwie inne postacie, które zmaterializowały się znikąd. Harry zobaczył samego siebie i Hermionę, biegnących za Ronem. Po chwili Ron rzucił się na ziemię – Mam cię! Uciekaj, ty śmierdzący kocurze...

- Nie jesteś śmierdzącym kocurem – powiedział Ron do kota.

- Miau, miau, miau, miau, miau – powiedział Krzywołap. Hugo zmienił się w psa i szczeknął na kota.

- Miau, miau, miau, miau, miau – odparł do Huga, który był psem. Hugo zmienił się w człowieka – Cytuję: "Już dawno Ci wybaczyłem, Rudy, ale tylko spróbuj krzywdzić moją Hermionę, to mnie popamiętasz.

- Kocham ją – powiedział Ron do kocura, a Hermiona przytuliła Krzywołapa do siebie, a ten mruczał zadowolonym głosem.

- Dalej jestem w szoku, że jesteście animagami – mruknęły kobiety.

- I dzięki temu, że są to żyjemy – powiedziały ich żony, cały czas siedząc im na kolanach i wyszeptały im coś do ucha.

- Dziewczyny zejdźcie z nich wreszcie! – warknął Percy.

- Moje miejsce jest przy mężu – odparły dziewczyny – A ty drogi, Weatherby nic z tym nie zrobisz, więc siedź cicho.

- Jest Syriusz! – mruknął Harry. Spod Wierzby wyskoczył wielki czarny pies. Zobaczyli, jak przewraca Harry'ego, chwyta zębami Rona... – Z zewnątrz to wygląda jeszcze gorzej, nie? – szepnął Harry, obserwując, jak pies wciąga Rona między korzenie – Auuu... zobacz, ale mnie rąbnęło to drzewo... i ciebie... nie, to jest niesamowite... – Wierzba Bijąca trzeszczała i chlastała dolnymi gałęziami; widzieli siebie, miotających się to tu, to tam, żeby dostać się do pnia. A potem drzewo zamarło.

- To Krzywołap nacisnął tę narośl – powiedziała Hermiona.

- Krzywołap przyjacielem Syriusza – powiedział młodszy Regulus.

- A my wchodzimy... Już weszliśmy – Gdy tylko znikli, drzewo znowu ożyło. W chwilę później gdzieś blisko usłyszeli kroki. Dumbledore, Macnair, Knot i staruszek z komisji wracali do zamku.

- Ledwo zdążyliśmy wejść do tunelu! – powiedziała Hermiona – Och, gdyby Dumbledore z nami poszedł...

- Tak, ale wtedy poszedłby również Macnair... i Knot. Założę się, że Knot kazałby Macnairowi uśmiercić Syriusza na miejscu.

- Czy ty chciałeś uśmiercić mojego tatusia/męża/dziadziusia, Knot!?

- Nie MADAME'S. Black!! – pisnął przerażony Knot, kiedy dwie wersje Marlene, Daphne, Cassiopeja, Barbara, Iola i Cedrella popatrzyły na niego z mordem w oczach.

- KŁAMIESZ! – ryknęły wściekle.

- Nie chcę być teraz w twojej skórze, Knot – stwierdził starsza Dorcas.

Patrzyli, jak czterej mężczyźni wspinają się po schodach wiodących do zamku i znikają. Na kilka minut scena opustoszała. A potem...

- Idzie Lupin! – powiedział Harry, kiedy zobaczyli jeszcze jedną postać zbiegającą po kamiennych stopniach i pędzącą ku Wierzbie.

- Tatuś – powiedziała uradowana Hope.

- Hope masz znak na szyi? – spytała Nimfadora – bo jeszcze nie pokazałaś.

- Oczywiście, że mam, mamuś – odparła i odrzuciła włosy z jednego skraju szyi i machnięciem różdżki rozproszyła maskowanie. Znak zalśnił. Miała runy i dwa jastrzębie w kształcie yin i yang, a George II oczy zielone i różne w kształcie yin i yang. Nicole pisnęła z radością i przytuliła Hope do swojej piersi, a ta wtuliła się w panią Weasley jeszcze bardziej. Westchnęła zadowolonym głosem, kiedy Nicole pocałowała ją w czoło.

- Zapomnieliśmy, że mamy ukryty – powiedziała Hope, kiedy Nicole przytulała ją do swojej piersi.

- Tak, widać, że to córka Nimfadory, zapominalska i potyka się o wszytko, jak jej mamusia – stwierdził starszy Lunatyk rozbawionym głosem, a pani Lupin prychnęła.

- Tak, tato Hope to cała mamusia! – parsknął śmiechem George II.

- Nie jestem zapominalska i nie potykam się o wszytko! – prychnęły Lady Lupin i Lady Weasley. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

Spojrzał na niebo. Chmury całkowicie przysłoniły księżyc. Lupin podniósł jakąś gałąź i szturchnął nią w pień. Drzewo znieruchomiało, a Lupin zniknął w jamie między korzeniami.

- Och, gdyby tylko Lupin znalazł pelerynę! – szepnął Harry – Ona tam przecież leży... – Odwrócił się do Hermiony – Słuchaj, jakbym teraz wyskoczył i porwał ją, Snape by jej nie znalazł i...

- Harry, nikt nie może nas zobaczyć!

- Jak ty to możesz wytrzymać! Siedzieć tutaj i patrzyć, co się stanie! – Zawahał się – Idę po pelerynę.

- Harry, NIE!

- Ja bym tam poszedł – mruknął młodszy Rogacz.

Hermiona złapała go z tyłu za szatę. W ostatniej chwili, bo nagle usłyszeli śpiew. To Hagrid szedł powoli do zamku, podśpiewując i zataczając się lekko. W ręku miał wielką butlę.

McGonagall popatrzyła na niego sucho.

- Widzisz? – szepnęła Hermiona – Widzisz teraz, co by się stało? Musimy się schować! Hardodziobie, nie! – Na widok Hagrida hipogryf zaczął się znowu szarpać. Harry też złapał mocno sznur, żeby go powstrzymać. Patrzyli, jak Hagrid idzie zakosami po zboczu wzgórza, a potem znika. Hardodziob przestał się wyrywać. Zwiesił smętnie głowę.

- Ktoś tu miał niezłą imprezę – oznajmił rozbawiony młodszy Łapa – Hagrid gdzie masz dziewczynę?

- On jej jeszcze nie zna, wujku Syriuszu – powiedziała Gabriela. Zachichotała, kiedy zobaczyła, jak Hagrid się rumieni. Łapa uśmiechnął się do młodej willi, kiedy powiedziała do niego "wujek Syriusz". Rozłożył ręce, a Gabriela przybiegła z gracją i wdziękiem do Łapy, po czym przytuliła się do niego.

- To kiedy ją poznamy? – spytał młodszy Łapa, kiedy przytulał przyszłą pani Creevey i pocałował ją w czoło, wyrażając ojcowskie uczucia, jakie do niej żywił. Pani Creevey westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Łapę jeszcze bardziej.

- W następnym tomie, wujku Syriuszu – powiedziała Fleur z uśmiechem na twarzy i podeszła do niego z gracją i wdziękiem, po czym przytuliła się do niego również i też ją pocałował. Ona też westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w niego jeszcze bardziej.

- Wiecie, co dziewczynki uwielbiam być waszym wujkiem! – wyszczerzył się młodszy Łapa.

- Bo jesteś naszym wujkiem i koniec dyskusji na ten temat, że jest inaczej – i dwie wille pocałowały go jednocześnie w policzki i następnie usiadły na kolanach swojego mężczyzny.

Ze dwie minuty później brama zamku znowu się otworzyła i wyszedł Snape, który również pobiegł do Wierzby. Harry zacisnął pięści, kiedy Snape zatrzymał się przy drzewie, rozglądając się dookoła. Podniósł z ziemi pelerynę.

- Nie dotykaj jej swoimi brudnymi łapami – warknął cicho Harry.

- Właśnie! – zawołali Huncwoci w dwóch wersjach.

- Ciii... – Snape chwycił gałąź, której użył Lupin, szturchnął nią w narośl i nagle zniknął – A więc to by było na tyle – powiedziała Hermiona – Wszyscy jesteśmy tam w środku... a teraz musimy czekać, aż znowu wyjdziemy... – Przywiązała koniec sznura do najbliższego drzewa i usiadła na suchej ziemi, oplatając ramionami kolana – Harry, czegoś nie rozumiem... Dlaczego dementorzy nie porwali Syriusza? Pamiętam, jak nadchodzili, a potem chyba zemdlałam... Tylu ich było...

Hermiona wtuliła się w Rona. W męskich ramionach czuła się bezpiecznie, jej drobna postać schowała się w objęciach wysokiego mężczyzny.

- Przytulaj się do mnie, kiedy tylko chcesz, kochanie – mruknął jej do ucha.

- Wejdziesz we mnie? – spytała cichutko.

- Oczywiście, pani Weasley.

Harry też usiadł. Opowiedział jej, co zobaczył, kiedy najbliższy dementor pochylił się nad nim, sięgając ustami do jego ust: jakieś wielkie srebrzyste zwierzę galopujące przez jezioro. To ono zmusiło dementorów do ucieczki. Kiedy skończył, Hermiona gapiła się w niego z buzią otwartą ze zdumienia – Ale co to było?

- Patronus, skarbie – powiedziała starsza Lily I.

- Tylko jedno mogło powstrzymać dementorów i zmusić ich do ucieczki. Prawdziwy patronus. Potężny.

- Ale kto go wyczarował?

- Taki jeden bardzo potężny czarodziej – rzekła Hermiona.

- Czyli kto? – spytała Nicole.

- Zobaczysz – odpowiedziała Hermiona.

Harry milczał. Myślał o osobie, którą zobaczył na drugim brzegu jeziora. Pamiętał, co wtedy pomyślał... kim mogła być... ale jak... w jaki sposób... – I nie widziałeś, kto to mógł być? Do kogo był podobny? – zapytała Hermiona – Może to był jeden z nauczycieli?

- Nie. To nie był nauczyciel.

- To kto? – zastawiała się młodsza Narcyza.

- Ale to musiał być naprawdę potężny czarodziej, jeśli przepędził tych wszystkich dementorów... Mówiłeś, że ten patronus świecił tak mocno... i co, nie oświetlił go? Nic nie widziałeś?

- Taak, widziałem go – odpowiedział powoli Harry – Ale... może ja to sobie wyobraziłem... no wiesz, umysł miałem zaćmiony... zaraz potem straciłem przytomność...

- Harry, myślisz, że kto to mógł być?

- Myślę... – Harry przełknął ślinę, wiedząc, jak dziwnie zabrzmi to, co zamierzał powiedzieć – Myślę, że to był mój tata.

Wszyscy nagle popatrzyli ma dwie wersje Rogacza.

- To się da jakoś wytłumaczyć – rzekli Rogacze.

Spojrzał na Hermionę i zobaczył, że teraz jej usta są szeroko otwarte. Wpatrywała się w niego z mieszaniną strachu i współczucia.

- Harry, twój tata... no wiesz... przecież on nie żyje...

Większość miało łzy w oczach.

- Wiem – odpowiedział szybko Harry.

- Myślisz, że zobaczyłeś ducha?

- Zobaczyłem siebie – mruknął cicho Harry.

- Nie wiem... nie... nie wyglądał jak duch...

- Ale przecież...

- Może miałem majaki. Ale... to, co widziałem... wyglądało jak on... mam jego zdjęcia... – Hermiona wciąż patrzyła na niego tak, jakby bała się, że zwariował.

- Potter ty naprawdę zwariowałeś! – zadrwiła Mariette.

- Potter jest idiotą – dodali dwie wersje Lucka.

- Lucek jesteś niegrzecznym chłopcem! – skarciły jego zachowanie dwie wersje Narcyzy.

- Ja wiem, że to czysty obłęd – powiedział chłodno Harry. Odwrócił się i spojrzał na hipogryfa, który grzebał dziobem w ziemi, najwyraźniej szukając robaków. Ale tak naprawdę nie patrzył na niego. Myślał o swoim ojcu i o jego trzech przyjaciołach... Myślał o Lunatyku, Glizdogonie, Łapie i Rogaczu... Czy to możliwe, że wszyscy byli tej nocy na błoniach?

- Tam, w czasie pełni dowiedziałam się, że jesteś animagiem – powiedziały, mając iskierki w oczach – Jesteś taki pięknym jeleniem.

- Tak, mój mąż też jest pięknym jeleniem – zgodziły się z Lily I, Olivia i Amelia II, patrząc na Jamesa II i Albusa II z iskierkami miłości i wtuliły się w nich.

Glizdogon pojawił się tego wieczoru, choć wszyscy myśleli, że dawno umarł... Czy to możliwe, by jego ojciec zrobił to samo? A może mu się wydawało? Ta postać była za daleko, żeby ją widzieć wyraźnie... ale jednak wtedy, przez tę jedną chwilę, zanim stracił świadomość, był pewny, że to on...

- Harry, jaki to był potężny czarodziej? – spytała Astoria – który uratował ciebie, Hermionę i tatusia?

- Zobaczysz – odezwał się Harry.

Liście drzew szumiały cicho. Księżyc to pojawiał się, to znikał za chmurami. Hermiona siedziała z twarzą zwróconą w stronę Wierzby, czekając. I w końcu, po godzinie...

- Zobacz, wychodzimy! – szepnęła Hermiona. Zerwali się na nogi. Hardodziob podniósł głowę. Zobaczyli Lupina, Rona i Pettigrew wyłażących niezgrabnie z dziury między korzeniami. Potem wyszła Hermiona... następnie wysunął się pogrążony w letargu Snape, unoszący się dziwacznie w powietrzu. Potem Harry i Black. Wszyscy zaczęli iść w stronę zamku.

- Zabije tego Pettigrew własnymi rękami! – warknęła Daphne.

- Najpierw musisz go znaleźć Gree...

- Nazywam się Black! – krzyknęła pani Black.

- Może po prostu go zabiję – spytał Jared.

- Pocałuj mnie tylko – szepnęła Lady Black, więc Lord Black ją pocałował, a ta westchnęła zadowolonym głosem.

Harry'emu zabiło mocno serce. Spojrzał na niebo. Za chwilę ta chmura przepłynie i ukaże się księżyc...

- Harry – szepnęła Hermiona, jakby dokładnie wiedziała, o czym on teraz myśli – musimy siedzieć w ukryciu. Nikt nie może nas zobaczyć. Nic nie możemy zrobić...

- Więc mamy pozwolić, żeby Pettigrew znowu uciekł...

- A co, myślisz, że złapiesz szczura w ciemności? – prychnęła Hermiona – Nic nie możemy zrobić! Wróciliśmy, żeby pomóc Syriuszowi! Tylko po to!

Harry, Ron, Huncwoci, Jared i chłopaki z przyszłości zawarli pakt, że znajdą Pettigrew i wsadzą go do Azkabanu i załatwią mu izolatkę. Był jeden problem: Nie są jeszcze. Harry, Ron i Jared nie są jeszcze animagami.

- Dobra. W porządku – Księżyc wyjrzał zza chmury. Zobaczyli, jak maleńkie postacie, idące przez błonie, zatrzymały się. A potem jakieś zamieszanie...

- Lupin się przemienia – szepnęła Hermiona.

- Dla mnie jesteś wujkiem Remim – powiedziała, a głos miała nieznoszący sprzeciwu, a Remus uśmiechnęli się lekko.

- Tak, pani Weasley – odparli Remusowie z niewinną miną.

- Bardzo śmieszne! – burknęła pani Weasley, a następnie się do niego przytuliła – Kocham cię, wujku Remusie.

- Ja ciebie też kocham, skarbie – odparli.

- Ja też chcę się przytulić, wujku Remusie!

- No to chodźcie do wujka Remusa! – a te przybiegły i przytuliły się do niego mocno.

- Spokojnie dziewczyny, bo mnie udusicie! – zaśmiał się głośno Remus, kiedy się do niego tuliły. Następne go wycałowały w policzki, że aż się przewrócił, a niektóre osoby parsknęły śmiechem, za to Nimfadora patrzyła na tę scenę ze wzruszeniem.

- Dziewczyny, uspokójcie się – powiedziała Minerwa.

- Ja tylko kocham mojego wujka Lunatyka! – broniły się dziewczyny.

- Właśnie, one mnie tylko kochają, bo jestem fajny wujkiem – odparł Lunatyk, a Minerwa przewróciła oczami.

- Hermiono! – powiedział nagle Harry – Musimy stąd iść!

- Nie możemy, ile razy mam ci powtarzać...

- Nie po to, żeby się wtrącić! Lupin ucieknie do lasu... wpadnie prosto na nas! – Hermiona jęknęła cicho.

- Szybko! – Rzuciła się, żeby odwiązać Hardodzioba – Szybko! Ale dokąd? Gdzie się schowamy? W każdej chwili mogą się pojawić dementorzy...

- Uspokój swoich kochanków, Ropucho! – warknęła Ginny.

- Do chatki Hagrida! Teraz nie ma tam nikogo! Szybko... – Pobiegli ile sił w nogach. Hardodziob galopował za nimi. Za plecami słyszeli wycie wilkołaka...

Dwie wersje Lunatyka westchnęli.

Harry pierwszy dobiegł do drzwi chatki, otworzył je, a Hermiona i Hardodziob wpadli za nim do środka. Pospiesznie zamknął i zaryglował drzwi. Kieł zaczął ujadać.

- Ciicho, Kieł, to my! – zawołała Hermiona, podbiegając do psa i drapiąc go za uszami – Mało brakowało! – powiedziała do Harry'ego.

- Taak... – Harry patrzył przez okno. Teraz było o wiele trudniej zobaczyć, co się dzieje. Hardodziob sprawiał wrażenie, jakby bardzo się ucieszył z powrotu do chatki Hagrida. Położył się przed kominkiem, zwinął schludnie skrzydła i wyglądał, jakby się szykował do błogiej drzemki.

- Ten to ma życie – rzekł Fred II.

- Chyba lepiej będzie, jak wyjdę – powiedział powoli Harry – Stąd zupełnie nie widać, co się dzieje... nie będziemy wiedzieć, kiedy nadejdzie czas... – Hermiona spojrzała na niego podejrzliwie – Nie zamierzam się w nic wtrącać – uspokoił ją szybko Harry – Ale jeśli nie będziemy wiedzieć, co się dzieje, to jak poznamy, że już czas, by uwolnić Syriusza?

- Kto wyczarował patronusa? – spytała Augusta.

- Zobaczysz – odpowiedzieli jednocześnie starszy Lunatyk, Harry, Ron, Hermiona i Dumbledore.

- No... dobrze... poczekam tutaj z Hardodziobem... ale Harry, bądź ostrożny... tam jest wilkołak... no i dementorzy... – Harry wyszedł i ostrożnie okrążył chatkę. Z oddali dobiegł skowyt. A więc dementorzy byli już blisko Syriusza... on i Hermiona zaraz ku niemu pobiegną... Spojrzał w stronę jeziora, czując, jak serce łomocze mu w piersi. Kimkolwiek był ten, kto wyczarował patronusa, za chwilę się pojawi.

- Kto wyczarował patronusa? – ponowiła pytanie Euphemia. Ci, którzy wiedzieli, odpowiedzieli ponownie: "Zobaczysz".

Przez moment zawahał się. Nikt nie może was zobaczyć. Ale on przecież nie chce, żeby ktoś go zobaczył. On chce sam zobaczyć... musi wiedzieć... Pojawili się dementorzy. Wyłaniali się z ciemności ze wszystkich stron, sunąc skrajem jeziora... oddalając się od miejsca, w którym Harry stał, ku przeciwległemu brzegowi... Nie będzie musiał zbliżać się do nich...

Dziewczyny pisnęły, Hermiona wtuliła się w Rona jeszcze bardziej.

Harry zaczął biec. W głowie kołatała mu tylko jedna myśl: ojciec... A jeśli to jest on... jeśli to naprawdę jest on... Musi wiedzieć, musi to sprawdzić... Jezioro było coraz bliżej, ale nikogo nie dostrzegał. Na drugim brzegu zamajaczyła jakaś srebrna mgiełka... to on sam próbuje wyczarować patronusa... Na samym skraju jeziora rósł rozłożysty krzak. Harry schował się za nim, wypatrując przez liście. Na drugim brzegu srebrne migotanie nagle zgasło. Ogarnęła go fala straszliwego podniecenia... teraz... w każdej chwili...

- Jakie to jest ekscytujące! – podniecił się Colin II.

- No dalej! – szepnął do siebie, rozglądając się rozpaczliwie – Gdzie jesteś? Tato, proszę cię...

Dziewczynki i kobiety miały łzy w oczach.

Ale nikt się nie pojawiał. Harry wystawił głowę, żeby poprzez jezioro spojrzeć na pierścień dementorów. Jeden zrzucił kaptur. Już czas, by pojawił się wybawca... Ale tym razem nie było nikogo...

Dziewczyny pisnęły.

I nagle zrozumiał. To nie ojca wówczas zobaczył... Zobaczył siebie...

- CO! – krzyknęło większość ludzi na sali.

Wyskoczył zza krzaka i wyciągnął różdżkę – EXPECTO PATRONUM! – ryknął. Tym razem z końca różdżki nie wystrzelił bezkształtny obłok srebrzystej mgiełki. Tym razem wystrzeliło z niej oślepiająco srebrzyste zwierzę.

Wszystkim opadły szczęki. Większość ludzi patrzyła na Harry'ego wielkimi oczami i otwartą szczęką.

- To mój tatuś! – krzyknęła Olivia dumna – Tatusiu jesteś potężnym czarodziejem!

- Harry wyczarował cielesnego patronusa! – zawołały Nicole i Jessica na siebie nawzajem.

Zmrużył oczy, by je zobaczyć. Przypominało konia. Pogalopowało cicho po czarnej powierzchni jeziora. Zniżyło łeb i natarło na dementorów... teraz krążyło wokół ciemnych kształtów na ziemi, a dementorzy pierzchali w popłochu, ginąc w ciemnościach...

- James nasz synek pierwszy raz wyczarował patronusa na trzecim roku! – powiedziały dwie wersje Lily, patrząc na męża wielkimi zielonymi oczami.

- Niesamowite – wykukali dwie wersje Rogacza pod wrażeniem umiejętności Harry'ego – Mi się udało na piątym roku, a naszemu synowi udało się na trzecim.

- Tato zostałeś animagiem na 5 roku, a ja nie – stwierdził Harry.

- Rogaś, jestem z ciebie taki dumny, uratowałeś mi życie – powiedział starszy Łapa.

- Wasz syn to potężny czarodziej – oznajmił starszy Remus do małżeństwa Potterów – i nie dziwię się, że został najpierw Szefem Aurorów, a później Szefem Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.

Patronus zawrócił. Teraz mknął chyżo przez jezioro z powrotem ku Harry'emu. To nie był koń. Nie był to też jednorożec. To był jeleń. Lśnił tak jasno jak księżyc... wracał do niego...

Harry uśmiechnął się szeroko.

Zatrzymał się na brzegu. Jego kopyta nie pozostawiały żadnego śladu na miękkiej ziemi. Wpatrywał się w Harry'ego wielkimi srebrnymi oczami. Powoli zniżył rogaty łeb. A Harry zrozumiał...

- Rogacz... – szepnął.

- Dlatego jesteś Rogasiem, Harry – powiedział dwie wersje Łapy.

Lecz kiedy wyciągnął drżące ręce do jelenia, ten zniknął.

- Mój ty potężny czarodzieju! – krzyknęła Ginny, pocałowała go namiętnie i wtuliła się w Harry'ego jeszcze bardziej.

- Jesteś miłością mojego życia, Gin – mruknął Harry i pocałował ją w znak, a na westchnęła zadowolonym głosem.

Harry stał przez chwilę z wyciągniętymi rękami. A potem serce mu podskoczyło, bo usłyszał za sobą tętent kopyt... obrócił się szybko i zobaczył biegnącą ku niemu Hermionę ciągnącą za sobą Hardodzioba.

- Coś ty zrobił? – zapytała wzburzona – Powiedziałeś, że wychodzisz tylko po to, żeby popatrzeć!

- Ciotka, tata właśnie ocalił im życie – stwierdził Frank II.

- Wiem, kochanie – oznajmiła Hermiona.

- Właśnie ocaliłem nam życie... – powiedział Harry – Schowaj się tu... za ten krzak... wszystko ci wyjaśnię – Hermiona wysłuchała jego opowieści z otwartymi ustami.

- Nikt cię nie widział?

- Ja sam siebie widziałem – powiedział Harry.

- Widział, widział, nie słuchasz tego, co mówię! JA SAM siebie widziałem, ale myślałem, że to mój tata! Wszystko jest w porządku!

- Harry, jestem z ciebie taki dumny – rzekli Rogacze i przytulili go, a Lily przytuliły go, jak Molly.

- Mamo nie mogę oddychać – wychrypiał jej syn.

- Mój mały synek – mruknęły z miłością głosie.

- Mamo nie przy ludziach! – jęknął Harry, kiedy usłyszeli chichoty i parsknięcia śmiechem.

- Harry, nie mogę w to uwierzyć... to ty wyczarowałeś patronusa, który przepędził tych wszystkich dementorów? Naprawdę... to jest bardzo, bardzo zaawansowana magia...

- Dziękuję, siostrzyczko – i przytulił siostrę do siebie, a ta uśmiechnęła się szeroko do niego.

- Wiedziałem, że tym razem mi się uda – powiedział Harry – ponieważ już to zrobiłem... Potrafisz to zrozumieć?

- No... nie wiem...

- Bo Granger nie zawsze rozumie! – zadrwiła Lavender.

- Znowu zaczynasz? – spytała Fleur.

- Ron jest mój! – krzyknęła Lavender.

- Jesteś strasznie niegrzeczną dziewczynką, Brown – mruknęła Fleur – Hermiona jest z Ronem.

- Cicho siedź, Delacour! – wycedziła Brown.

- Dziewczynko, Fleur jest panią Weasley – rzekł Bill – i tak masz do niej mówić – Lavender prychnęła.

- Harry, spójrz na Snape'a! – Razem spojrzeli na drugi brzeg. Snape odzyskał przytomność. Wyczarował nosze i złożył na nich nieruchome ciała Harry'ego, Hermiony i Blacka. Czwarte nosze, na których musiał spoczywać Ron, unosiły się już w powietrzu u jego boku.

- To ty nas zabrałeś – odezwał się młodszy Łapa.

- Powinieneś mi dziękować na kolanach, Black! – wycedził młodszy Severus.

Potem wyciągnął przed siebie różdżkę i ruszył w kierunku zamku, sterując szybującymi w powietrzu noszami – Dobra, zbliża się pora – powiedziała Hermiona, patrząc na zegarek – Mamy około czterdziestu pięciu minut, zanim Dumbledore zamknie drzwi skrzydła szpitalnego. Musimy uwolnić Syriusza i wrócić do łóżek na sali szpitalnej, zanim ktokolwiek zorientuje się, że zniknęliśmy –  Czekali, patrząc na odbicia chmur sunące po jeziorze. Liście krzaka szeptały coś w lekkim wietrze. Hardodziob, znudzony, zabrał się do wyszukiwania robaków.

- Biedak musiał coś robić – powiedział Hagrid.

- Myślisz, że on już tam jest? – szepnął Harry, patrząc na zegarek – Spojrzał na zamek i zaczął liczyć okna na prawo od Wieży Zachodniej.

- Zobacz! – szepnęła Hermiona – Kto to? Ktoś wychodzi z zamku! – Harry wbił wzrok w ciemność. Przez błonia szedł spiesznie jakiś mężczyzna. Za pasem coś mu połyskiwało.

- To Macnair! – powiedział Harry – Kat! Idzie po dementorów! Już czas, Hermiono...

- Będziemy cię ratować, wujku Syriuszu – oznajmiła Hermiona i uśmiechnęła się szyderczo do Knota.

- Widzisz, Knot, ta piękna Lady i ten przystojny Lord będą mnie ratować – odezwał się starszy Łapa – A ty nic z tym nie zrobisz.

- Naprawdę tak myślisz, że jestem piękną Lady, wujku Syriuszu? – spytała Hermiona, patrząc na niego z nadzieją w oczach.

- Jesteś nie tylko piękna, jesteś też bardzo mądra i potężna, Hermiono – odpowiedział Łapa.

- Kocham cię, wujku – mruknęła do niego, kiedy się do niego przytuliła, a ten objął ją mocno, jakby miał ją chronić przed złem.

- Wiem o tym, bo mnie każdy kocha! – zażartowali dwie wersje Łapy. Hermiona zachichotała i pocałowała go w policzek.

- Kocham cię, Hermiono – oznajmił Łapa i pocałował ją w czoło, wyrażając ojcowskie uczucia, jakie do niej żywił. Pani Weasley westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Łapę jeszcze bardziej – i nic tego nie zmieni. Zawsze będziesz moją bratanicą, kochanie.

- A ty zawsze będziesz moim ukochanym wujkiem, wujku Syriuszu – mruknęła pani Weasley i westchnęła zadowolonym głosem, nie chcąc go puścić.

Hermiona położyła ręce na grzbiecie Hardodzioba, a Harry ją podsadził. Potem oparł jedną nogę na dolnych gałęziach krzewu i sam wspiął się na grzbiet hipogryfa, siadając przed nią. Przeciągnął sznur pod szyją Hardodzioba i przywiązał go do obroży z drugiej strony, tworząc coś w rodzaju wodzy – Gotowa? – szepnął do Hermiony – Lepiej złap się mnie... – I uderzył piętami w boki hipogryfa. Hardodziob poszybował w ciemną noc. Harry ściskał kolana, czując pod nimi podnoszenie się i opadanie potężnych skrzydeł. Hermiona obejmowała go mocno w pasie. Słyszał, jak pomrukuje:

- Och, nie... to mi się wcale nie podoba... och, nie... naprawdę... nie...

- Moje dzieci – wyszeptały dwie wersje Molly I.

Harry przynaglił hipogryfa. Szybowali spokojnie ku górnym piętrom zamku. Pociągnął mocno za sznur z lewej strony i Hardodziob skręcił w lewo. Harry liczył okna, które migały obok nich... – Prrr! – zawołał, z całej siły pociągając za sznur. Hardodziob zatrzymał się, jeśli tak można powiedzieć, bo co chwila wznosił się i opadał o kilka stóp, bijąc skrzydłami powietrze – Jest! – krzyknął Harry zduszonym głosem, patrząc w oświetlone okno.

Harry i Hermiona uśmiechnęli się szyderczo do Knota.

Przechylił się, wyciągnął rękę i kiedy skrzydła Hardodzioba opadły, zastukał mocno w szybę. Black spojrzał w okno. Był kompletnie zaskoczony. Zerwał się z krzesła, podbiegł do okna i chciał je otworzyć, ale nie zdołał.

- Odsuń się! – zawołała Hermiona i wyciągnęła różdżkę, lewą ręką wciąż trzymając się szaty Harry'ego – Alohomora!

- Nie mogliśmy zostawić naszego wujka – stwierdziła Hermiona – Knot powiedz nam proszę, czy zgadzasz się ze mną, że dobrze zrobiliśmy ratując mojego ukochanego wujka Syriusza, a dla Daphne, Astorii i Cassiopeji tatusia?

- Oczywiście, PANI Weasley, PANI i PAN Potter dobrze zrobiliście, ratując PANA Blacka z rąk Ministerstwa Magii, proszę PANI! – wystękał Knot. Hermiona poczuła, że ktoś ją przytula. To była Daphne.

- A to za co, Daphne?

- Za to, że jesteś moją przyjaciółką, Hermiono – wtulając się w dziewczynę.

- Oo, skarbie! – wzruszyła się przyszła pani minister. Przyciągnęła ją do siebie, całując ją w czoło. Daphne zamknęła oczy i westchnęła zadowolonym głosem – Jesteś kimś więcej, niż tylko przyjaciółką, jesteś moją siostrą i kuzynką, a dlaczego?

- Ponieważ mój tatuś i wujek James są braćmi pod każdym względem, poza krwią, Hermiono – odpowiedziała Daphne – I należę do Zakonu Sióstr Wojowniczek.

- Dokładnie, skarbie – zgodziła się Hermiona, a po chwili przytuliły się również pozostałe siostry wojowniczki, które podeszły do nich z gracją i wdziękiem.

- Jesteś naszą siostrą, Daphne na wieczność – powiedziała Ginny, całując ją w czoło, wyrażając siostrzane uczucie, jakie do niej żywiła. Daphne westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Ginny jeszcze bardziej.

- Na wieczność? – mruknęła Daphne do piersi Ginny.

- Na wieczność! – zawołały siostry wojowniczki. Wszystkie miały na sobie ubrania, które podkreślają ich wysportowaną sylwetkę i wysokie szpilki, które miały na stopach, patrząc na pierścień Zakonu. Matki patrzyły na nie z uśmiechem.

Okno otworzyło się z trzaskiem.

- Jak... jak... – wybełkotał Syriusz, gapiąc się na hipogryfa.

- Wyłaź... nie mamy wiele czasu... – powiedział Harry, trzymając mocno Hardodzioba za wysmukłą szyję, aby go uspokoić – Musisz wyjść przez okno... dementorzy już idą. Macnair po nich poszedł – Black złapał się ramy okna i wychylił przez nie głowę i barki. Mieli szczęście, że był tak chudy. Kiedy już udało mu się przerzucić jedną nogę przez grzbiet hipogryfa, wciągnął się na niego tuż za Hermioną.

- Bo damy mają zawsze pierwszeństwo – powiedzieli dwie wersje Łapy – a Hermiona ma tytuł Lady.

- Ucz się od Syriusza, jak być dżentelmenem, a nie Roszpunką, jak Lucek – oznajmiła Narcyza, a Lucek zrobił się czerwony.

- Dobra, Hardodziobie, teraz w górę! – zawołał Harry, potrząsając sznurem – W górę, na wieżę! Wioo! – Hipogryf machnął potężnymi skrzydłami i poszybowali w górę, ku szczytowi Wieży Zachodniej, gdzie wylądował na blankach. Harry i Hermiona natychmiast ześliznęli się z jego grzbietu – Syriuszu, musisz uciekać, i to szybko – wydyszał Harry – W każdej chwili mogą wpaść do gabinetu Flitwicka.

Hermiona miała łzy w oczach.

- Jesteś Hermiono prawdziwą damą i Lady – rzekł Łapa – Jesteś bardzo mądra i piękną kobietą. Stałaś się prawdziwą Lady.

- Kocham ten mój nowy image – wskazała na swoje ubranie – Kocham wysokie obcasy, kocham moje wysportowane ciało i nie jestem molem książkowym, już nie. Dziękuję, dziewczyny, że się pojawiłyście i zmieniłyście moje życie na lepsze.

- Hermiona chodzi teraz w takim wdziękiem i gracją, a jej figura jest tak idealna, że nie mogę w to dalej uwierzyć – oznajmiła Padma, patrząc na Hermionę.

- Nie ma za co mamusiu/ciociu – powiedziały dziewczyny z przyszłości, a Hermiona przytuliła wszystkie dziewczyny z przyszłości. Pocałowała je w czoło, a te westchnęły zadowolonym głosem, wtulając się w Lady Weasley jeszcze bardziej, a późnej odwróciła się z gracją i wdziękiem. Single tylko westchnęli, jak chodzi teraz Hermiona, która podeszła do Rona z taką samą gracją i wdziękiem i usiadła mu na kolanach. Przejechała mu po policzku palcem i następnie ten policzek pocałowała, doprowadzając Lavender i Cormaca do szału.

- Będziesz świetnym Ministrem Magii, a ty Harry będzie świetnym Szefem Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów – odezwał się Łapa.

- Dziękuję, wujku Łapo! – uśmiechnęli się Harry i Hermiona.

- Zobaczą, że uciekłeś – Hardodziob skrobał kopytem po kamiennym licu obmurowania, potrząsając łbem.

- Co się stało z tym drugim chłopcem, Ronem? – zapytał Syriusz z niepokojem.

- Nic mi nie będzie, Łapo – powiedział wzruszony Ron, że się Syriusz o niego martwił.

- Sorki za nogę – powiedział Łapa.

- Nie ma o czym mówić – stwierdził Ron.

- Wyjdzie z tego... wciąż jest nieprzytomny, ale pani Pomfrey mówi, że go wyleczy. Szybko... leć! – Ale Black wciąż wpatrywał się w Harry'ego.

- Jak mam ci dziękować...

- Ja, tata, Fred, George oraz Ron zrobiliśmy mały kawał Dursley'om, Łapo, prawda chłopaki? – spytał Harry i uśmiechnął - odpowiedział się do Artura, Freda, George i Rona.

- TAK! – ryknęli śmiechem, przypominając sobie, jak rozwalili salon u Dursley'ów. Molly mordowała ich wzrokiem, a ci uśmiechnęli się szeroko do matki i żony.

- Co zrobicie? – spytali podnieceni Huncwoci w dwóch wersjach.

- Dowiecie się w następnej książce – odpowiedział Harry.

- Aż się boję! – jęknęły starsza i młodsza Lily.

- UCIEKAJ! – krzyknęli jednocześnie Harry i Hermiona. Black zawrócił hipogryfa, patrząc w ciemne niebo.

- Jeszcze się zobaczymy – powiedział – Jesteś... jesteś prawdziwym synem swojego ojca, Harry...

- A oczy mam po mamie – oznajmił Harry.

Ścisnął obcasami boki Hardodzioba. Harry i Hermiona odskoczyli do tyłu, gdy potężne skrzydła wzniosły się ponownie... Hipogryf poderwał się w powietrze... On i jego jeździec robili się coraz mniejsi i mniejsi... a potem chmura zasłoniła księżyc... i zniknęli.

- Koniec rozdziału – oznajmiła starsza Dorcas.

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...