poniedziałek, 18 września 2023

Rozdział 12 Więzień

 

Oczywiście rzuciły zaklęcie antykoncepcyjne.

- O mój Merlinie! – zawołały dziewczyny i żony mężczyzn i chłopaków erotycznym wzrokiem, kiedy przez ich ciała (każda para była w osobnej komnacie – tak tylko mówię – przeszła fala gorąca.


- Kocham Cię – mruknęły zadowolonym głosem, wtulając się w męża jeszcze bardziej – nie wychodź ze mnie!

- Jesteś taka piękna – pieszcząc językiem ich piersi schodząc niżej pieścili ich pępek ozdobionym długim kolczykiem.

- Wiesz, że nie mogę tego ściągnąć – powiedziały zadowolonym głosem.

- Lady szlachetnego i królewskiego mojego rodu.

- Tak, mężu – powiedziały – jestem na zawsze twoja.

- Jesteś moja – powiedzieli, wychodząc z nich – jesteś mądra – Unieśli jedną jej nogę i ucałowali kostkę – Urocza – kontynuowali, przechodząc ustami po łydce – Wyjątkowa – ucałowali udo tuż nad kolanem. Żony wzdychały zadowolonym głosem i polizali łechtaczkę. Kobiety wydały z siebie głośne westchnięcie.

- Tak kochanie, twoja kobieta tak chce! – krzyknęły, odchylając głowę do tyłu – żebyś tak robił – mężczyźni mocniej pieścili łechtaczkę swojej kobiety, które wiły się po całym łóżku. Ich mężowie musieli je trzymać – MÓJ LORDZIE! TAK! – ryknęły, kiedy osiągnęły orgazm, a później – O taaak... – Liż sobie, mój Lordzie, tak – mruczały rozmarzone, pieszcząc jego włosy rękami – twoja lady jest wtedy Niebie. Nie przestawaj, niech ta chwila trwa wiecznie.

Po chwili...

- Kochanie musimy się pojawić Wielkiej Sali.

- Nie psuj mi tej błogiej chwili! – jęknęły, ale zaczęły się ubierać. Po chwili się jednak ubrały i oznajmiły: – Jestem gotowa.

- Tak chcesz iść? – zapytali, widząc ich ubrania.

- Tak, kochanie – odparły zdziwione – Coś nie tak?

- Wyglądasz zbyt seksownie i możesz trochę pozmieniać. Chciałbym, żebyś ubierała się tak tylko dla mnie.

- Jesteś zazdrosny.

- Tak, jestem. Jestem zazdrosny i tracę cierpliwość, jak ci idioci ślinią się na twój widok i tylko czekają, żeby cię przelecieć!

- Ty jesteś miłością mojego życia. Popatrz tutaj to znamię to kontrakt małżeński, który mi dałeś, kiedy pierwszy raz się kochaliśmy i ciągle czuje tę moc i ta moc jest najcudowniejsza. Jesteśmy jednością mężu na wieki – następnie podniosła bluzkę i pokazała swój kolczyk na pępku – A tu pisze "Lady szlachetnego i królewskiego rodu". Jestem twoją Lady, a ty jesteś moim Lordem. To samo pisze na pierścieniu rodowym i na kolczykach. Żaden z tych idiotów nie ma prawa mnie dotykać, tylko ty masz prawo mnie dotykać i całować.

- Merlinie, jak ty pięknie pachniesz.

- To są specjalne perfumy dla ciebie, skarbie, a poza tym mamusia i tatuś mnie kochają. Przytulają mnie i całują w czoło i mówią mi, że jestem ich córeczką i powiedzieli mi, że jestem odpowiednią osobą na całym świecie, że to ja jestem twoją żoną, a nie inna laska.

- I mają rację, a ty uwielbiasz zwracać się do moich rodziców per mamusia i per tatuś.

- Oczywiście – powiedziały, odrzucając włosy do tyłu – bo są moi rodzice i nie wyobrażam sobie zwracać się do nich po imieniu. Jestem Lady twojego rodu i weszłam do twojego rodu, kiedy wzięliśmy ślub i tym samym twoi rodzice stali się moimi rodzicami i będę się do nich tak zwracała, czy ci się to podoba, czy nie i opinie innych mnie nie interesuje. Nie dość, że ich bardzo mocno kocham, to obowiązuje mnie etykieta savoir-vivre, czyli etykieta dobrego zachowania – dodały niewinnym głosem. Mężowie popatrzyli na swoje żony podejrzliwym wzrokiem.

- A kto...? – zaczęli.

- Nie będę się przebierać! – dodały szybko i namiętnie, po czym pocałowały swojego męża w policzek.

- Ale ja chcę w usta – powiedzieli z niewinną miną – i wtedy Ci pozwolę tak iść – więc pocałowały ich namiętnie w usta, mając iskierki miłości w oczach.

- Gdzie byliście! – warknął Blaise, kiedy weszli do Wielkiej Sali, patrząc szczególnie na Daphne.

- Nie twój interes! – odparowały.

- Ale laski – mruknął jakiś Puchon, patrząc na dziewczyny i kobiety, które weszły do Wielkiej Sali, które poruszały się gracja i wdziękiem.

- Powiem to raz i na zawsze: Nie jesteście w moim typie, więc dajcie mi spokój! – krzyknęły kobiety i dziewczyny wściekle.

- Ja będę czytać – zgłosił się Rolf.

- Oczywiście, tatusiu – powiedziała Salomomi dając mu książkę, a Rolf uśmiechnął się do niej szeroko.

Rozdział dwunasty

Patronus

- Patronus! – krzyknął podniecony Harry. Uśmiechnął się szeroko do Remusa, a ten zrobił to samo.

Harry wiedział, że Hermiona miała najlepsze intencje, ale mimo to był na nią zły.

- Harry – powiedziały jego matki.

Zaledwie przez kilka godzin miał najlepszą miotłę na świecie, a teraz, i to właśnie przez nią, zabrano mu ją i nie wiadomo, czy kiedykolwiek znowu ją zobaczy. Był pewien, że z Błyskawicą wszystko było w porządku, kiedy ją dostał, ale w jakim stanie mu ją zwrócą po tych wszystkich antyczarnomagicznych testach? Ron też był wściekły na Hermionę.

- Ron! – warknęły kobiety.

- Dajcie mu już spokój – odparła Hermiona – Chciałam się tylko upewnić, że jest bezpieczna. Chodziło o dobro Harry'ego.

Uważał, że rozebranie nowiutkiej Błyskawicy na kawałeczki to po prostu zbrodnia, której skutkiem będzie nieodwracalne zniszczenie miotły. Hermiona, nadal święcie przekonana, że zrobiła najlepszą rzecz pod słońcem, zaczęła unikać pokoju wspólnego.

- Mamusiu tak nie można – rzekły Emilly i Rose.

- Moje córcie – powiedziała Hermiona do Emilly i Rose, po czym je przytuliła.

Harry i Ron przypuszczali, że szukała schronienia w bibliotece, ale nie próbowali jej stamtąd wyciągać. Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno się dziwić, że ucieszyli się, kiedy tuż po Nowym Roku wróciła reszta uczniów, a w wieży Gryffindoru znowu zrobiło się tłoczno i hałaśliwie.

- Bo my cię kochamy, Hermiono – odezwali się Lordowie, Ron i Harry.

W przeddzień nowego semestru odwiedził Harry'ego Wood.

- Jak tam święta? – zapytał, i nie czekając na odpowiedź, usiadł i zaczął mówić przyciszonym głosem: – Słuchaj, Harry, przez ferie wszystko sobie przemyślałem. No wiesz, po tym ostatnim meczu. Jeśli dementorzy pojawią się na następnym... to znaczy... no... nie możemy pozwolić, żebyś... no wiesz...

- Wujek Remus będzie mnie uczył patronusa, Olivier – oznajmił Harry.

I urwał z zakłopotaną miną.

- Pracuję nad tym – rzekł szybko Harry – Profesor Lupin powiedział, że nauczy mnie, jak obronić się przed dementorami. Powinniśmy zacząć w tym tygodniu, mówił, że po Bożym Narodzeniu znajdzie na to czas.

- Ach... – Nastrój Wooda wyraźnie się poprawił – No, jeśli tak... wiesz, Harry, że naprawdę nie chciałbym zmieniać Szukającego. A zamówiłeś już sobie nową miotłę?

- Nie – odrzekł Harry.

- Co?! No to lepiej się pospiesz... przecież nie możesz latać na tym Meteorze w meczu przeciw Krukonom!

- On dostał na Gwiazdkę Błyskawicę – powiedział Ron.

- A taka jedna poskarżyła się drugiej, a ta druga mi wzięła i nie mam miotły – powiedział Hugo, patrząc na matkę i profesorkę.

- Hugo mamusia chciała dobrze! – warknęła Emilly na męża.

- Błyskawicę? Nie! Naprawdę? Prawdziwą Błyskawicę?

- Nie podniecaj się – mruknął ponuro Harry – Już jej nie mam. Została skonfiskowana – I opowiedział mu wszystko.

- Ktoś miałby ją zaczarować? W jaki sposób?

- Syriusz Black – odpowiedział krótko Harry.

- Czy z łaskiej swojej możecie odwalić się od mojego tatusia! – warknęła Daphne.

- To moja córcia – odparł dumny starszy Łapa.

- Moja córcia – powiedziała Daphne – Jak to pięknie brzmi, tatusiu.

- Chodź do mnie – rzekł Łapa, a Daphne z uśmiechem na twarzy przytuliła się do Łapy mocno i poczuła się bezpieczne.

- Ale z niej niezła dupa jest, ale bym ją ostro wyruch... – rozmarzył jakiś chłopak. Nie skończył, bo Łapa mu przywalił, że ten jęknął z bólu następnie go podniósł.

- Syriusz! – krzyknęła jego żona – Puść go!

- Tatusiu! – zawołała Daphne.

- Ten gówniarz chciał ostro wyruchać naszą córeczkę, Marlene! – warknął Łapa, patrząc na chłopaka z mordem w oczach, a ten zbladł.

- Co takiego? – spytała Marlene – Chciałeś skrzywdzisz moją córkę?! W tej chwili przepraszaj Daphne, to zamrożę Ci tego twojego małego kikuta, co masz pomiędzy nogami – dodała słodkim głosem, że zbladł jeszcze bardziej.

- Panie Black proszę go puścić! – zawołał Drops.

- Nie puszcze go, dopóki nie przeprosi, że chciał skrzywdzić naszą córeczkę, dyrektorze, bo Daphne jest Blackiem i naszą córką. Ja jestem jej ojcem, a Marlene matką. Rozumiesz to!?

- To są moi rodzice. To jest mój tatuś i to moja mamusia, dyrektorze. Kocham ich z całego serca – oświadczyła blondynka.

- Przepraszam panią, pani Black. Czy mogę prosić, żeby pani ojciec mnie puścił? – wycedził.

- Tatusiu puść go – powiedziała Daphne – Po co tatuś ma brudzić sobie ręce tym gównem – Łapa go puścił, że walnął o podłogę, a ten skrzywił się z bólu. Łapa przytulił do siebie blondynkę i pocałował ją w czoło.

- Kocham cię tatusiu – mruknęła Daphne i westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w ojca jeszcze bardziej, a Barbara oraz Iola i Cedrella strzeliły go zaklęciem, że ten po raz kolejny jęknął z bólu.

- Córeczki – powiedziała Daphne.

- Mamusiu, ale to nie ja – rzekły z niewinną miną.

- Uważają, że chce mnie dopaść. McGonagall podejrzewa, że to on przysłał mi Błyskawicę – Wood jakoś nie przejął się wiadomością, że słynny morderca pragnie dopaść jego Szukającego.

- Ale przecież Black nie mógł kupić Błyskawicy! Jest zbiegiem! Wszyscy go szukają! I co, wszedł sobie do sklepu z markowym sprzętem do Quidditcha i poprosił o miotłę?

- Dzień dobry. W tej chwili daj mi miotłę Błyskawice dla mojego chrześniaka, bo inaczej strzelę cię Avadą – oznajmił młodszy Łapa, a niektórzy parsknęli śmiechem.

- Wiem – powiedział Harry – ale profesor McGonagall chce ją rozebrać na części... – Wood pobladł.

- Pójdę z nią porozmawiać, Harry – obiecał – Przekonam ją... Błyskawica... prawdziwa Błyskawica w naszej drużynie... Przecież jej tak samo zależy na naszym zwycięstwie jak nam... Przekonam ją... żeby pomyślała rozsądnie... Błyskawica...

Oliver się zarumienił.

Następnego dnia rozpoczęły się lekcje. Na samą myśl o spędzeniu na błoniach dwóch godzin w mroźny styczniowy poranek wszyscy dostawali dreszczy, ale Hagrid rozpalił im ognisko pełne salamander i urządził wspaniałą lekcję, polegającą głównie na zbieraniu suchych gałęzi i liści, podczas gdy żarolubne jaszczurki pełzały zwinnie po trzaskających, białych od żaru bierwionach.

- Później to było jeszcze gorzej – mruknął Ron.

Pierwsza w semestrze lekcja Wróżbiarstwa była o wiele mniej zabawna: profesor Trelawney zaczęła ich nauczać wróżenia z rąk i na samym wstępie nie omieszkała poinformować Harry'ego, że ma najkrótszą linię życia, jaką kiedykolwiek widziała.

- Sybillo, ale nasz tatuś, czyli mój, Amelii i Lily w naszych czasach ma już 46 lat – powiedziała Olivia.

- Twoje oko się pomyliło, co za nieszczęście – rzekła Amelia II.

- To nie było oko, Amelio, to było wróżenie z rąk – oznajmiła Lily II.

- Jeden huj – stwierdziła Amelia II.

- Amelia! – zawołała Susan. Zszokowane Lavender i Parvati były wściekle na żonę Albusa Pottera.

Harry z utęsknieniem wyczekiwał Obrony Przed Czarną Magią, bo po rozmowie z Woodem chciał jak najszybciej poznać sztukę uodporniania się na zgubne działanie dementorów.

- Ach, tak – powiedział Lupin, kiedy po lekcji Harry przypomniał mu o tej obietnicy – Zaraz, niech pomyślę... Może w czwartek, o ósmej wieczorem?

- Dlaczego nie teraz? – spytał młodszy Łapa.

- Myślę, że klasa Historii Magii jest dostatecznie duża... Będę się musiał dobrze zastanowić, jak to zrobimy... przecież nie możemy sprowadzić do zamku prawdziwego dementora, żeby na nim ćwiczyć...

- Nadal marnie wygląda, co? – zagadnął Harry'ego Ron, kiedy szli na obiad – Jak myślisz, co mu jest?

- Właśnie Remusie, co ci jest? – spytała młodsza Dorcas.

Za ich plecami rozległo się pogardliwe prychnięcie. Okazało się, że to Hermiona, która siedziała u stóp jakiejś zbroi i przepakowywała swoją torbę, tak pełną książek, że nie mogła jej zapiąć.

- No i co tak na nas prychasz? – zapytał ze złością Ron.

- Chyba ci się przyśniło – odpowiedziała wyniośle Hermiona, zarzucając ciężką torbę na ramię.

- Tak, prychnęłaś. Powiedziałem, że zastanawiam się, co jest Lupinowi, a ty...

- No, bo czy to nie jest oczywiste? – powiedziała Hermiona z taką miną, jakby miała przed sobą wyjątkowych tępaków.

- Jak nie chcesz nam powiedzieć, to nie mów – warknął Ron.

- Świetnie – prychnęła Hermiona i odeszła.

- Nic nie wie – burknął Ron, patrząc z żalem na jej plecy.

- Tak u was wygląda gra wstępna? – chichotała Nicole.

- Bardzo pomysłowe – dodała Jessica, również chichocząc.

- Oni to grają w grę wstępną od pierwszego roku! – parsknęła śmiechem Ginny. Ron i Hermiona założyli ręce i patrzyli na trójkę dziewcząt z mordem w oczach.

- Dziewczynki – powiedziały dwie wersje Molly – najważniejsze, że doszli do wniosku, że są w sobie zakochani.

- Jestem szczęśliwa, mamusiu – oświadczyła Hermiona, tuląc się do Rona.

- Po prostu próbuje nas nakłonić do tego, żebyśmy znowu zaczęli z nią rozmawiać.

- Ron! – warknęły dwie wersje Lily.

O ósmej wieczorem w czwartek Harry opuścił wieżę Gryffindoru i powędrował do klasy Historii Magii. W klasie było ciemno, ale pozapalał różdżką lampy i czekał zaledwie pięć minut, po czym pojawił się profesor Lupin z wielką skrzynką, którą postawił na biurku profesora Binnsa.

- Co to jest? – zapytał Harry.

- Twój stary! – zadrwił Blaise.

- Masz jakiś problem ze mną, Zabini? – spytał starszy Rogacz.

- Bogin – odpowiedział Lupin, zdejmując pelerynę – Przeczesywałem zamek od wtorku i udało mi się znaleźć go w kartotece pana Filcha. Zupełnie nieźle zastąpi nam prawdziwego dementora. Zamieni się w niego, kiedy ciebie zobaczy, więc będziemy mogli na nim ćwiczyć. W przerwach między ćwiczeniami mogę go przechowywać w swoim gabinecie; pod biurkiem mam dużą szafkę, która na pewno będzie mu odpowiadać.

- Tatuś będzie uczył wujka Harry'ego – uśmiechnęła się Hope.

- Okej – powiedział Harry, starając się, by jego głos zabrzmiał tak, jakby nie tylko się nie bał, ale wręcz cieszył z tego, że Lupin znalazł tak dobry odpowiednik prawdziwego dementora.

- Będzie dobrze, Harry. Jesteś potężnym czarodziejem – powiedział starszy Lunatyk.

- No więc... – Profesor Lupin wyjął różdżkę i zachęcił Harry'ego gestem, by zrobił to samo – Zaklęcie, którego zamierzam cię nauczyć, Harry, należy do bardzo zaawansowanych czarów... znacznie wykracza poza przeciętny zakres wiedzy czarodziejskiej. Nazywa się Zaklęciem Patronusa.

- Jak ono działa? – zapytał niespokojnie Harry.

- Kiedy działa poprawnie, wyczarowuje patronusa, czyli coś w rodzaju antydementora, strażnika, który będzie tarczą między tobą a dementorem.

- Wiem, że tatuś da radę to ogarnąć – stwierdziła Olivia – bo jest potężnym czarodziejem.

Harry'ego nawiedziła nagle wizja samego siebie kulącego się za postacią wielkości Hagrida, trzymającą olbrzymią maczugę – Patronus to rodzaj pozytywnej siły – ciągnął profesor Lupin – Jest projekcją tego, czym dementor się żywi... nadziei, szczęścia, woli przeżycia... ale nie może odczuwać rozpaczy jak prawdziwy człowiek, więc dementor nic mu nie może zrobić. Muszę cię jednak ostrzec, Harry, że to zaklęcie może się okazać dla ciebie zbyt skomplikowane. Wielu wykwalifikowanych czarodziejów ma z nim trudności.

- Rogaś da sobie radę, Luniek, bo to jest mój chrześniak – oznajmiły dwie wersje Łapy.

- A jak taki patronus wygląda?

- Każdy jest inny, to zależy od czarodzieja, który go wyczarowuje.

- A jak się go wyczarowuje?

- Specjalnym zaklęciem, które działa tylko wtedy, jeśli czarodziej skupi się całą siłą woli na jednym, bardzo szczęśliwym wspomnieniu.

Harry popatrzył na Ginny, a ta zarumieniła się.

- Wiesz, jakie jest moje szczęśliwe wspomnienie? – zapytał takim głosem, że Ginny zrobiło się gorąco.

- Jakie? – spytała.

- Ty jesteś całym moim szczęśliwym wspomnieniem, Lady Potter – mruknął Harry – Byłbym nieszczęśliwy, gdyby nie ty. Ty mówisz, że ja uzdrowiłem twoją duszę, a ty uzdrowiłaś moją – Ginny pocałowała go namiętnie w usta.

- Dobrze zrobiłaś, że nie próbowałaś ich rozdzielić – wyszeptali Rogacze do swojej Lily.

- Ginny jest moją córeczką. James kocham ją, bo jest moją córką i jest Lady Potter, a jej Lordem jest Harry, a jego Lady jest właśnie Ginny i należy szlachetnego i królewskiego rodu Potterów.

- Jestem z Ciebie taki dumny, Lily – powiedzieli i pocałowali je w znaki, a te westchnęły zadowolonym głosem.

- Uwielbiam, gdy to robisz – powiedziała, oddychając głęboko.

Harry zaczął szukać w pamięci jakiegoś szczęśliwego wspomnienia. Wiedział jedno: pobyt w domu Dursley'ów trzeba odrzucić. W końcu skupił się na chwili, w której po raz pierwszy dosiadł miotły.

- Gotów – powiedział, starając się przywołać to cudowne uczucie w żołądku, towarzyszące wzbijaniu się w powietrze.

- A oto zaklęcie... – Lupin odchrząknął – Expecto Patronum.

- Expecto Patronum – powtórzył szeptem Harry – Expecto Patronum.

- Tak, Expecto Patronum – uśmiechnął się Teddy.

- Koncentrujesz się na swoim szczęśliwym wspomnieniu?

- Och... tak... – odpowiedział Harry, szybko powracając myślami do pierwszego lotu na miotle – Expecto patrona... nie, patronum... przepraszam... Expecto Patronum, Expecto Patronum... – Coś wystrzeliło z końca jego różdżki; wyglądało jak strzęp srebrzystego gazu.

- Tatuś to załapie – rzekła Lily II.

- Widział pan? – zapytał podniecony Harry – Coś się dzieje!

- Bardzo dobrze – rzekł Lupin z uśmiechem – No to, co... jesteś gotów wypróbować to na dementorze?

- Tak – powiedział Harry, ściskając mocno różdżkę i wychodząc na środek klasy. Starał się skupić na lataniu, ale coś mu w tym przeszkadzało... Za sekundę może znowu usłyszeć glos swojej matki... ale nie powinien o tym myśleć, bo naprawdę ją usłyszy, a przecież nie chce... a może chce?

- Merlinie – wyszeptały dwie wersje Lily.

Lupin uniósł wieko skrzyni. Ze skrzyni wyłonił się powoli dementor. Zakapturzona twarz zwrócona była ku Harry'emu, błyszcząca, okryta liszajami ręka przytrzymywała pelerynę. Lampy w klasie zamrugały i pogasły. Dementor wyszedł ze skrzyni, wziął ze świstem głęboki oddech i ruszył ku Harry'emu, który poczuł falę przenikliwego zimna...

- Tatusiu dasz radę! – krzyczały córki Harry'ego.

- Expecto patronum! – ryknął Harry – Expecto patronum! Expecto... – Lecz klasa i dementor rozpływały się już w gęstej białej mgle.

Nie przyjaciele uśmiechnęli się z drwiną.

- Potter boisz się starego dementora! – zadrwiła Pansy.

- Bo Potter jest małym czarodziejem – dodał Crabbe.

- I ma małego! – kpił Goyle.

Harry usłyszał głos swojej matki, jeszcze wyraźniejszy niż zwykle, tłukący się echem po jego czaszce...

- Mamusia/Lily/ciocia Lily/babcia! – krzyknęła rodzina Harry'ego.

- Nie Harry! Nie Harry! Błagam... zrobię wszystko...

Dziewczyny i kobiety przyłożyły ręce do ust przerażone. Lily zalały się łzami.

- Odsuń się... odsuń się, głupia dziewczyno...

Większość patrzyła na panią Potter wielkimi oczami. Dwie matki Lily przytuliły ją mocno do siebie i płakały, a późnej zrobili to jej ojcowie.

- Harry! – Harry ocknął się. Leżał na plecach na podłodze. Lampy znowu się paliły. Nie musiał pytać, co się stało.

- Przepraszam – mruknął, siadając i czując zimny pot spływający mu za okulary.

- Nie musisz przepraszać – mruknął starszy Lunatyk.

- Nic ci nie jest? – zapytał Lupin.

- Nie... – Harry złapał się najbliższej ławki i oparł o nią plecami.

- Masz... – Lupin wręczył mu czekoladową żabę – Zjedz to, zanim spróbujemy po raz drugi. Nie oczekiwałem, że uda ci się za pierwszym razem. Prawdę mówiąc, byłbym bardzo zdumiony, gdyby ci się udało.

- Jest coraz gorzej – mruknął Harry, odgryzając żabie głowę – Tym razem było jeszcze głośniej... mama... i on... Voldemort...

- Zabije sukinsyna! – warknęli ojcowie Lily I.

- Tatusiu – powiedziały dwie wersje Lily i przytuliły ich do siebie.

Lupin był bledszy niż zazwyczaj.

- Harry, jeśli nie chcesz, żebyśmy kontynuowali, zrozumiem cię doskonale...

- Chcę! – krzyknął zapalczywie Harry, wpychając do ust resztę czekoladowej żaby – Muszę! Co będzie, jak dementorzy pojawią się na naszym meczu z Krukonami? Nie mogę spaść po raz drugi. Jeśli przegramy ten mecz, możemy się pożegnać z Pucharem Quidditcha!

Oliver patrzył dumny na Harry'ego.

- No dobrze... – powiedział Lupin – Może wybierzesz jakieś inne, bardziej szczęśliwe wspomnienie... bo tamto nie wydaje się dość silne... – Harry zamyślił się głęboko i w końcu uznał, że uczucie, jakie towarzyszyło zdobyciu przez Gryfonów pierwszego miejsca w ubiegłorocznej rywalizacji domów z całą pewnością było bardzo szczęśliwe. Uchwycił więc znowu mocno różdżkę i zajął pozycję pośrodku klasy – Gotów? – zapytał Lupin, łapiąc za pokrywę skrzynki.

- Gotów – odpowiedział Harry, starając się za wszelką cenę przywołać poczucie szczęścia z wygranej Gryffindoru i zapomnieć o oczekiwaniu na to, co się stanie, gdy waliza znowu zostanie otwarta.

- Śmiało! – zawołał Lupin, podnosząc wieko.

- Dasz radę, tatusiu! – wolały córki Harry'ego.

W pokoju znowu zrobiło się zimno i ciemno. Dementor wciągnął chrapliwie powietrze i poszybował ku Harry'emu, wyciągając trupią rękę...

- Expecto patronum! – zawył Harry – Expecto patronum! Expecto pat... – Oszołomiła go biała mgła... jakieś wielkie, zamazane kształty tłoczyły się wokół niego... a potem usłyszał nowy głos, tym razem mężczyzny... jego przerażony krzyk...

- James/Rogacz/Tatuś/Wujek James/Dziadek! – krzyknęła rodzina.

- Lily, bierz Harry’ego i uciekaj! To on! Idź! Uciekaj! Ja go zatrzymam...

Większość patrzyła na pana Pottera z wielkimi oczami. Dwie matki Rogacza przytuliły go mocno do siebie i płakały a późnej zrobili to jego ojcowie.

Ktoś wybiega z pokoju... drzwi otwierają się z hukiem... przeraźliwy chichot...

- Harry! Harry... obudź się... – Lupin klepał go mocno po twarzy. Tym razem dopiero po minucie Harry zrozumiał, dlaczego leży na zakurzonej podłodze w jakiejś klasie.

- Sorki nie mogłem cię dobudzić – mruknął starszy Remus przepraszającym tonem do Harry'ego.

- Nie szkodzi.

- Usłyszałem swojego tatę – wyjąkał – Po raz pierwszy w życiu... Próbował ściągnąć Voldemorta na siebie, żeby moja mama mogła uciec...

Dwie wersje Lily desperacko wtuliły się w swojego męża.

Nagle zdał sobie sprawę, że z potem ściekającym mu po twarzy mieszają się łzy. Pochylił się nisko, udając, że zawiązuje sznurowadła i otarł twarz skrajem szaty, żeby Lupin ich nie zauważył.

- Wiem co czujesz, wujku – mruknął Teddy cicho, a Victoire go mocno przytuliła.

- Słyszałeś Jamesa? – zapytał Lupin dziwnym głosem.

- Tak... – Harry wyprostował się i spojrzał na niego zaskoczony – To... to pan znał mojego tatę?

- Oczywiście – powiedzieli dwie wersje Lunatyka.

- Znałem go – odrzekł Lupin – Byliśmy przyjaciółmi w Hogwarcie.

- I nie tylko przyjaciółmi – oznajmili starszy i młodszy Rogacz.

- Byliście kochankami? – spytała Mariette z nadzieją.

- Nie, idiotko! – warknęli Łapy – Byliśmy i jesteśmy braćmi w każdym tego słowa znaczeniu, poza krwią.

- Czy tylko mnie ona irytuje? – zapytała Mary.

- Panna Mariette wszystkich irytuje – stwierdziła Daphne.

- Cho uspokój swoją dziewczynę, bo nie ręczę za siebie – powiedziały pani Potter, pani Black i pani Lupin.

- To nie jest moja dziewczyna, wy kretyńskie idiotki! – warknęły. Nimfadora Lily oraz Marlene puściły to mimo uszu.

- Słuchaj, Harry... może już dosyć na dzisiaj. To bardzo trudne zaklęcie... w ogóle nie powinienem ci proponować, żebyś przez to przechodził...

- Nie! – Harry znowu wstał – Spróbuję jeszcze raz! Widocznie to, o czym pomyślałem, nie było dość szczęśliwe... to dlatego... Zaraz coś sobie przypomnę... – Zaczął gorączkowo myśleć.

- Harry – powiedziała słodkim głosem Ginny i pocałowała go namiętnie w usta, a później zeszła z jego kolan i pokazała się w całej okazałości. Miała na sobie ubrania, które pokazywały jej krągłości i jej wyrzeźbioną sylwetkę i długie nogi, a na stopach miała wysokie szpilki, więc nie dziwiła się, że przyciąga wzrok singlów – i co Panie Potter, czy znalazłeś szczęśliwe wspomnienie?

- Tak – odparł i patrzył na Ginny wygłodniałym wzrokiem. Synowie jęknęli, a córki chichotały. Ginny uśmiechnęła się promiennie do rodziny.

- To dobrze, że pan znalazł, panie Potter – i usiadła mu na kolanach.

Naprawdę szczęśliwe wspomnienie... takie, które zamieni się w dobrego, silnego patronusa... Chwila, w której po raz pierwszy dowiedział się, że jest czarodziejem i opuści dom Dursley'ów, udając się do Hogwartu! Jeśli to nie jest szczęśliwe wspomnienie, to czy w ogóle ma jakieś szczęśliwe wspomnienia?

- Myślę, że szczęśliwe wspomnienie mam takie, jak mamusia próbowała mnie udusić swoim matczynym uścisku – rzekł Harry, patrząc na Molly I. Molly I zarumieniła się.

I skupiwszy się bardzo mocno na tym, jak się wówczas czuł, dźwignął się na nogi i jeszcze raz stanął przed skrzynią.

- Gotów? – zapytał Lupin, który sprawiał wrażenie, jakby robił coś wbrew rozsądkowi – Skupiasz się mocno? A więc... naprzód! – Po raz trzeci otworzył wieko, a ze skrzyni wynurzył się dementor; pociemniało i powiało lodowatym chłodem...

- EXPECTO PATRONUM! – ryknął Harry – EXPECTO PATRONUM! EXPECTO PATRONUM! – W jego głowie ponownie rozległ się krzyk... ale tym razem brzmiał tak, jakby wydobywał się ze źle dostrojonego radia.

- Na pewno słyszałeś, jak Percy śpiewa pod prysznicem o Crouchu – stwierdzili Fred i George – To istny dramat był. Tak fałszował, że nie dało się go słuchać – Percy wycedził:

- Nie śpiewałem pod prysznicem o Crouchu.

- Tatusiu chyba chciałeś powiedzieć "nie śpiewałem pod prysznicem o PANU Crouchu" – poprawiła go Molly II, a słowa Pana Croucha zrobiła w nawiasy.

Ciszej, potem nieco głośniej i znowu ciszej... i wciąż widział dementora... zatrzymał się... Z jego różdżki wystrzelił wielki srebrny cień.

- Doskonale synku!/Harry!/tato!/tatusiu!/wujku Harry! – krzyknęła jego rodzina, a Harry wypiął dumnie pierś.

i zawisł między nim a dementorem, a Harry, chociaż nogi miał jak z galarety, nadal stał... tylko nie wiedział, jak długo wytrzyma...

- Riddikulus! – krzyknął Lupin, wyskakując do przodu. Rozległ się głośny trzask i mglisty patronus rozpłynął się w powietrzu razem z dementorem. Harry opadł na krzesło, czując się tak wyczerpany, jakby właśnie przebiegł milę. Nogi mu się trzęsły. Kątem oka zobaczył, jak profesor Lupin zapędza z powrotem do skrzyni bogina, który teraz zamienił się już w srebrzystą kulę – Wspaniale! – powiedział Lupin, podchodząc do Harry'ego – Wspaniale, Harry! Znakomity początek!

- Harry jesteś potężnym czarodziejem – powiedziały dwie wersje Lily.

- Po kimś to odziedziczyłem – stwierdził Harry, patrząc na rodziców.

- A James, Albus i Lily odziedziczyli to was – oznajmiły Olivia, Amelia, II i Frank II.

- Bez przesady, bo się zarumienię – mruknęły dzieci Harry'ego i Ginny.

- A ja bym chciała/chciał, żebyś się zarumienił/zarumieniła – stwierdzili synowe i zięć państwa Potterów mając iskierki w oczach.

- Awww! – zawołały dziewczyny i kobiety wzruszone.

 

- Może spróbujemy jeszcze raz? Tylko raz!

- Nie dzisiaj – odpowiedział stanowczo Lupin – Przeżyłeś dość jak na jeden wieczór. Masz... – Wręczył mu dużą tabliczkę najlepszej czekolady z Miodowego Królestwa.

- Dajesz komuś swoją ulubioną czekoladę? – spytał w szoku młodszy Łapa – Marlene mam zawał.

- Ale z Ciebie jest kretyn! – jęknęła młodsza Marlene.

- Ale Lady Black, ja jestem kretynem, ale twoim kretynem, skarbie – i pogłaskał ją po policzku, a Marlene westchnęła zadowolonym głosem.

- Patrz jak mamusia i tatuś się kochają – oznajmiła Daphne do Jareda, a ten bez żadnego mówienia namiętne ją pocałował. Kiedy się oderwał, zapytał:

- Jesteś teraz w Niebie, skarbie?

- Tak Jared. Jestem w Niebie – oznajmiła rozmarzonym głosem, wtulając się w męża jeszcze bardziej i westchnęła zadowolonym głosem, a Jared i Łapa przybili piąteczkę, a Marlene chichotała.

- Zjedz wszystko, bo pani Pomfrey mnie zabije. To co, może w przyszłym tygodniu?

- Dobrze – zgodził się Harry. Ugryzł czekoladę i patrzył, jak Lupin gasi lampy, które rozjarzyły się po zniknięciu dementora. Nagle coś mu przyszło do głowy – Panie profesorze... Skoro znał pan mojego tatę, to musiał pan również znać Syriusza Blacka – Lupin odwrócił się szybko.

- Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytał ostro.

- No, nie wiem... to znaczy... ja po prostu się dowiedziałem, że oni też byli przyjaciółmi w Hogwarcie... – Lupin odetchnął z ulgą.

- Tak, znałem go – odpowiedział krótko – A raczej myślałem, że go znam.

- Dzięki, Remus! – warknęły dwie wersje Łapy – Super! Po prostu świetnie!

- Ty zawsze lubiłeś się wpakować kłopoty i jesteś w gorącej wodzie kąpany! – odparowali starszy i młodszy Lunatyk.

- Ale nigdy bym nie zdradził Jamesa i Lily, głupolu! – krzyknęli obaj starsi Blackowie.

- USPOKÓJCIE SIĘ OBAJ! NATYCHMIAST! – ryknęły Victoire i Daphne, że obaj podskoczyli. I kiedy zobaczyli wściekłe córki – Jesteście braćmi, prawda?

- Przepraszam, córeczko, będziemy już grzeczni – mruknęli – Jesteś taka sama jak twoja matka.

- Jestem z tego dumna, tatusiu – odparły blondynki, odrzucając włosy do tyłu. Fleur, Nimfadora oraz dwie wersje Marlene chichotały i przytuliły swoje córki do siebie.

- A teraz lepiej już idź, Harry, robi się późno – Harry opuścił klasę, powędrował pustym korytarzem, skręcił za jego róg, a potem zobaczył jakąś zbroję i przysiadł na jej cokole, żeby dokończyć czekoladę i pomyśleć. Żałował, że wspomniał o Blacku, bo Lupin najwyraźniej unikat tego tematu. A potem znowu pomyślał o swoich rodzicach...

- Dziękuję Molly, że Harry... – zaczęła ruda. Miała łzy w oczach.

- Harry jest członkiem rodziny, Lily – oznajmiła ruda z piegami i przytuliła swoją bratową.

Poczuł się okropnie zmęczony i dziwnie pusty, choć zjadł już tyle czekolady. Straszne było słyszeć w swojej głowie przedśmiertne krzyki rodziców, a jednak... Przecież ich nie znał, nie pamiętał, bo stracił ich, gdy był niemowlęciem, więc dopiero teraz, w tych strasznych momentach, po raz pierwszy usłyszał ich głosy... I natychmiast odrzucił od siebie tę myśl. Nie uda mu się wyczarować patronusa, jeśli będzie półświadomie pragnął znowu usłyszeć matkę i ojca.

- Oni nie żyją – powiedział sobie stanowczo – Umarli i słuchanie echa ich głosów nie przywróci im życia.

Lily tak przytuliła syna, że ten jęknął z bólu, bo chciała go mocno przytulić, ale nie zdawała sobie sprawy, że go dusi.

- Mamo... puść... mnie... nie... mogę... oddychać! – jęczał Harry.

- Lily puść go, bo go udusisz! – krzyknął Regulus. Lily puściła syna.

- Czy wszystkie matki są takie, że chcą udusić przy przytulaniu synów? – spytał Harry, który czuł, że jest cały połamany.

- Tak – odparli synowie, a matki zarumieniły się.

- Lepiej weź się w garść, Harry, jeśli chcesz zdobyć puchar – Wstał, włożył do ust ostatni kawałek czekolady i powędrował z powrotem do wieży Gryffindoru.

***

Krukoni zagrali ze Ślizgonami w tydzień po rozpoczęciu semestru. Ślizgoni zwyciężyli, choć nieznaczną liczbą punktów. Wood uznał to za dobrą okoliczność dla Gryfonów, bo jeśli wygrają z Krukonami, zajmą drugie miejsce w tabeli. Dlatego zwiększył liczbę treningów do pięciu na tydzień. Oznaczało to, że Harry, który prócz tego ćwiczył jeszcze z Lupinem Zaklęcie Patronusa (jedna sesja była bardziej wyczerpująca niż sześć treningów quidditcha).

- Ten twój patronus jest imponujący, Harry – oznajmił Colin I.

- Dzięki, szwagier – stwierdził Harry.

- Harry – zaczęła słodkim głosem Jessica i wymieniła spojrzenia z Nicolą.

- Tak?

- Jako że jestem twoją ulubioną siostrzyczką, nauczysz mnie Zaklęcia Patronusa?

- Ciotka, nie wiem, czy jesteś godna – rzekł James II.

- Zaprawdę powiadam ci, James jestem godna – odpowiedziała Jessica i wywróciła oczami.

Miał tylko jeden wieczór w tygodniu na odrabianie lekcji. Mimo to nie zamęczał się tak jak Hermiona, której napięty do granic możliwości plan zajęć zaczął wreszcie dawać się we znaki. Co wieczór widywano ją w kącie pokoju wspólnego przy kilku stolikach zawalonych książkami, kartami numerologicznymi, słownikami runów, tabelami ukazującymi zdolność mugoli do podnoszenia ciężarów i stosami notatek. Nie odzywała się do nikogo i warczała, kiedy ją ktoś zagadnął.

- Wzięłam sobie za dużo – mruknęła Hermiona.

- Mamo, Rose, która jest ambitna, ale też dba o swoje zdrowie – oznajmił Scorpius.

- Widzisz, kochanie, Scorpius ma rację – odezwał się Ron – Dobrze, że późnej się opamiętałaś, Hermiono. Nie rób takiej miny – powiedział, widząc Hermionę, która popatrzyła na niego z założonymi rękoma. Pogłaskał ją po policzku, a jego wzrok był czuły. Przytulił ją, a Hermiona westchnęła i wtuliła się w tors swojego męża – Kocham cię, Lady Weasley.

- Ja też cię kocham, Lordzie Weasley – rzekła Hermiona i pogłaskała go po policzku, po czym pocałowała go w policzek.

- To mon-Ron powinien mnie tak przytulać! – warknęła Lavender – I tak całować!

- Nie, Lavender, to Hermiona jest odpowiednią kobietą dla mojego syna, Rona – odezwały się Molly, a Hermiona rzuciła się na szyję Molly I i się wtuliła – Zawsze będzie dla niego odpowiednia i nic z tym nie zrobisz, na zawsze będzie Weasley'em, a ja mam córkę.

- Mamusia ma rację, Lavender nic nie możesz zrobić – rzekła pani Weasley uśmiechem na twarzy – i zawsze będę twoją córką, mamusiu.

- Więc myślimy o tym samym, kochanie – powiedziała Lady Weasley i pocałowała ją w czoło, a Hermiona westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w swoją drugą mamę jeszcze bardziej.

- Na szczęście dla nas, że nie musimy na to patrzeć – odparł Hugo wycierając pot z czoła. Hermiona popatrzyła na Lavender z wyższością.

- Jak ona to robi? – mruknął pewnego wieczoru Ron do Harry'ego, kiedy ten męczył się nad wyjątkowo paskudnym wypracowaniem na temat niewykrywalnych trucizn.

- Tajemnica zawodowa, Ronaldzie – odezwała się pani Weasley i uśmiechnęła się delikatnie.

Harry podniósł głowę i spojrzał w jej stronę. Hermionę ledwo było widać zza stosu książek.

- Co robi?

- No, zalicza, te wszystkie przedmioty! Dziś rano słyszałem, jak rozmawiała z profesor Vector, tą czarownicą od Numerologii. Rozmawiały o wczorajszej lekcji, a przecież Hermiony nie mogło na niej być, bo siedziała z nami na Opiece Nad Magicznymi Stworzeniami! Ernie MacMillan przysięgał, że nie opuściła żadnej lekcji Mugoloznawstwa, a przecież polowa tych lekcji odbywa się w tym samym czasie co wróżbiarstwo, na które zawsze z nami chodzi!

- Kocham ten pierścień z rodu Weasley'ów oraz tę obrączkę ślubną i to znamię na szyi, a i te ubrania oraz szpilki. Kocham chodzić szpilkach – mówiła Hermiona, próbując zmienić temat.

- Nie zmieniaj tematu, córciu, tylko powiedz, jak to zrobiłaś? – spytała młodsza Molly.

- Wszystko będzie opisane, mamusiu – powiedziała Hermiona promiennie.

- Czyli nie powiesz mamusi?

- Nie, mamuś, bo wtedy nie będzie niespodzianki – odparła, kręcąc głową – a zapomniałam dodać, że uwielbiam i kocham być waszą córeczką – dodała do państwa Weasley. Molly tak się wzruszyła, że przytuliła ją mocno do siebie.

- Ja też kocham mieć taką córcię, jak ty – oświadczyła, całując ją w czoło. Hermiona wtuliła się w matkę i westchnęła zadowolonym głosem.

Harry nie miał czasu, żeby zastanawiać się nad tajemnicą niemożliwego do zrealizowania planu zajęć Hermiony, bo chciał wreszcie skończyć wypracowanie dla Snape'a. W chwilę później znowu mu jednak w tym przeszkodzono. Tym razem był to Wood.

- Złe wiadomości, Harry. Właśnie rozmawiałem z profesor McGonagall na temat Błyskawicy. Trochę się na mnie wściekła.

- Niech zgadnę: wścieka się bardzo? – spytał Louis.

- Tak, a ja chciałem tylko odzyskać Błyskawicę!

- Jeśli chodzi o Quidditch jesteś męczący – oznajmiła Katie, patrząc na Oliviera.

- Całe szczęście brałem quidditcha, bo tata nie dałby mi żyć – stwierdził Louis i uśmiechnął się do Oliviera, a Samanta chichotała.

- Olivier! – zawołała Katie.

- Ja nic nie zrobiłem, a mogę zrobić tobie...?

- Co takiego?

- Mogę sprawić, że poczujesz się, jak Niebie – powiedział jej do ucha, a Katie zrobiło się gorąco.

- Jestem za panie Wood – odezwała się podniecona pani Wood, machając rękami robiąc wiatr.

- Ktoś tu miał i będzie miał upojna noc – powiedziała niewinnie Angelina, a Katie zarumieniła się jeszcze bardziej. Fred, George i Lee gwizdnęli, patrząc na parę.

- Powiedziała, że mam w głowie poprzestawiane, że bardziej mi zależy na zdobyciu pucharu niż na twoim życiu. A wszystko dlatego, bo powiedziałem jej, że nie obchodzi mnie, czy spadniesz z miotły, bylebyś pierwszy złapał znicza.

- Olivier/Tatusiu/Wujku Olivierze! – zawołały kobiety i dziewczyny z niedowierzaniem.

- Pokręcił głową z niedowierzaniem – Mówię ci, naskoczyła na mnie, jakbym... jakbym powiedział coś okropnego. Potem ją spytałem, jak długo ma zamiar trzymać Błyskawicę...

- Tak długo, jak to będzie konieczne, Wood – odpowiedziała Minerwa rozbawionym głosem. Wood jęknął, a większość ludzi parsknęła śmiechem.

- Skrzywił się i powiedział surowym tonem profesor McGonagall: - "Tak długo, jak to będzie konieczne, Wood"...

- Wiesz, że byłeś męczący – rzekła profesorka Transmutacji.

- Myślę, że już czas, żebyś zamówił nową miotłę, Harry. Na ostatniej stronie tego poradnika Jak wybrać miotłę jest kupon... możesz zamówić Nimbusa Dwa Tysiące Jeden, takiego samego, jakiego dostał Malfoy.

- Nie kupię niczego, co Malfoy uważa za dobre – odrzekł sucho Harry.

- Wtedy nie wiedziałem, że moja chrześnica wyjdzie za mąż za syna białej fretki.

- Scorpiusie, a Draco twoich czasach jest Fretką czy niestety człowiekiem? – zapytał Ron. Gdy to powiedział, większość ludzi ryknęła śmiechem. Draco chciał go zamordować.

- Niestety człowiekiem, tato – odparł ze śmiechem Scorpius.

- Szkoda, miałem nadzieję, że będzie Fretką – mruknął Ron.

- Weasley, zamknij się! – warknął Draco.

- Tatusiu, nie wolno brzydko mówić – rzekła Rose i pogroziła palcem w stronę Draco – i tak będę zwracała się do tatusia per "tatuś" albo "tatusiu" i nic nie może tatuś z tym zrobić, bo jak już mówiłam Scorpius i ja jesteśmy jednością – i przyjechała palcami po znaku i westchnęła zadowolonym głosem. Następnie wtuliła się w swojego Scorpiusa, a ten pocałował ją w czoło.

Minął styczeń, zaczął się luty, a pogoda nadal była pod psem. Termin meczu z Krukonami zbliżał się coraz bardziej, a Harry wciąż nie zamawiał nowej miotły. Teraz po każdej lekcji transmutacji pytał profesor McGonagall o Błyskawicę, podczas gdy Ron stał za nim, z nadzieją oczekując odpowiedzi, a Hermiona przechodziła obok z twarzą odwróconą do ściany.

- Ech, te kobiece humory – mruknął Patrick.

- Nie, Potter, jeszcze nie możemy oddać ci miotły – powiedziała profesor McGonagall za dwunastym razem, zanim otworzył usta – Sprawdziliśmy ją już pod kątem najczęściej spotykanych zaklęć, ale profesor Flitwick uważa, że może być zarażona Urokiem Narowistości. Powiadomię cię, jak zakończymy testy. I przestań mnie już męczyć.

- Pani profesor, powinna pani sobie to nagrać i mu odtwarzać – powiedzieli rozbawieni Frank I.

Na domiar złego ćwiczenia obronne z profesorem Lupinem też nie przebiegały tak pomyślnie, jakby sobie tego życzył. Po kilkunastu sesjach potrafił wyczarować niewyraźny srebrny cień za każdym razem, gdy bogin zamieniał się w dementora, ale jego patronus wciąż był zbyt słaby, by dementora odpędzić. Półprzeźroczysty, srebrzysty obłoczek unosił się między nim a boginem-dementorem, a Harry zużywał całą energię, by go tam utrzymać. Był na siebie zły, bo oskarżał się o skryte pragnienie usłyszenia głosu rodziców.

- Za wiele od siebie wymagasz – oświadczył surowo starszy Lunatyk – i osiągnąłeś wtedy bardzo dużo.

- Bo miałem świetnego nauczyciela – powiedział Harry.

- Za wiele od siebie wymagasz – oświadczył surowo profesor Lupin w czwartym tygodniu ćwiczeń – Dla trzynastoletniego czarodzieja nawet niezbyt wyraźny patronus to bardzo duże osiągnięcie. I już nie mdlejesz, prawda?

- Myślałem, że patronus przepędzi dementorów... albo coś w tym rodzaju. Sprawi, że znikną... ja wiem...

- Prawdziwy patronus rzeczywiście to sprawia – powiedział Lupin – Pamiętaj jednak, że osiągnąłeś bardzo dużo w bardzo krótkim czasie. Jeśli dementorzy pojawią się na następnym meczu, będziesz w stanie bronić się przed ich zgubnym wpływem dostatecznie długo, by wrócić na ziemię.

- Mówił pan, że to trudniejsze, kiedy jest ich więcej.

- Wierzę w ciebie, Harry – rzekł Lupin z uśmiechem – Masz... zasłużyłeś na coś do picia. Coś z Trzech Mioteł, jeszcze tego nie próbowałeś... – Wyciągnął z nesesera dwie butelki.

- Kremowe piwo! – zawołał Harry, nie zastanawiając się, co mówi – O, tak, bardzo je lubię! – Lupin uniósł brwi.

- No... bo Ron i Hermiona przynieśli mi trochę z Hogsmeade – skłamał szybko Harry.

- Proszę ukarać Pottera! – warknęła Umbridge.

- Nie – odparła Minne – Jak chcesz to ciebie mogę ukarać za bycie Ropuchą. A widzisz te dziewczyny? One mogą cię zabić, że grozisz mojemu wychowankowi.

- Dolores byłaś bardzo niegrzeczną dziewczynką, a skoro byłaś niegrzeczną dziewczynką należy ci się kara – powiedziała słodkim głosem Lily II.

- Może wtedy oduczysz się grożeniem mojemu tatusiowi – dodała Olivia i założyła ręce.

- Ach, tak – rzekł Lupin, choć nadal przyglądał mu się podejrzliwie – No, wypijmy za wygraną Gryfonów! Oczywiście jako nauczyciel nie kibicuję żadnej drużynie – dodał szybko.

- Ale kłamiesz, Remus! – parsknęli śmiechem Łapa i Rogacz.

Popijali kremowe piwo w milczeniu, aż w końcu Harry zdobył się na zapytanie o coś, nad czym zastanawiał się od dłuższego czasu.

- Co jest pod kapturem dementora? – Profesor Lupin opuścił butelkę.

- Hm... no cóż, ci, którzy znają odpowiedź na to pytanie, nie są w stanie nam tego powiedzieć. Bo, widzisz, dementor zrzuca kaptur tylko wtedy, kiedy sięga po swoją ostateczną i najgroźniejszą broń.

- Co to takiego?

- Nazywają to Pocałunkiem Dementora – powiedział Lupin, krzywiąc się lekko.

- Coś podobnego to pocałunku Ropuchy – stwierdził Fred II, krzywiąc się.

- Dementorzy stosują to wobec tych, których pragną zniszczyć. Przypuszczam, że pod kapturem musi być coś w rodzaju ust, bo przywierają do warg ofiary i... wysysają z niej duszę.

- Tak podobnie działa pocałunek Ropuchy – oznajmił George II.


- Wiesz, co, Dolores nie mam ochoty cię całować – rzekł Filius – bo wiesz jeszcze chcę pożyć – a Dolores wychodziła z siebie.

- No, chyba że Kordek chce cię pocałować? – spytał Teddy.

Harry zakrztusił się i wypluł trochę kremowego piwa.

- Co?... Zabijają?...

- Och, nie. O wiele gorzej. Widzisz, można istnieć bez duszy, jak długo działa mózg i serce. Ale nie ma się świadomości samego siebie, żadnych wspomnień... nic. I nie ma żadnej szansy na ozdrowienie. Po prostu się... istnieje i tyle. Jak pusta muszla. A duszy nie ma... jest stracona na zawsze.

- O mój Merlinie! – zawołały dziewczyny i kobiety przestraszone.

Wypił nieco kremowego piwa i dodał:

- Taki właśnie los czeka Syriusza Blacka. Piszą o tym w dzisiejszym "Proroku Codziennym". Ministerstwo dało na to dementorom pozwolenie, jeśli go dopadną – Harry milczał, oszołomiony tym, co usłyszał. Dusza wysysana przez usta... A potem pomyślał o Blacku.

- Zasługuje na to – powiedział nagle.

- Przestań tak mówić! – warknęły córki i wnuczki Łapy – bo strzelę cię zaklęciami i będziesz jęczeć z bólu!

- Ja wtedy nie wiedziałem! – krzyknął obronnie Harry.

- Synku Syriusz nie zdradził nas – powiedziała ze łzami w oczach starsza Lily.

- Tak myślisz? – zapytał Lupin – Naprawdę myślisz, że ktokolwiek na to zasługuje?

- Tak – odrzekł Harry buntowniczym tonem – Za... za pewne rzeczy... – Miał wielką ochotę opowiedzieć Lupinowi o rozmowie podsłuchanej w Trzech Miotłach, ale wówczas wydałoby się, że odwiedził Hogsmeade bez pozwolenia, a wiedział, że Lupin nie byłby tym zachwycony.

- Remus by ci po groził palcem, Harry – stwierdziła Nimfadora.

- Żebym ja nie po groził tobie, Nimfadora – odparł starszy Remus.

- Nie mów do mnie... – zaczęła wściekła Nimfadora, ale nie skończyła, bo westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w męża jeszcze bardziej, bo pocałował ją w znak na szyi.

- Tak bardzo cię kocham, Nimfadora – oznajmił starszy Remus, tuląc ją do siebie.

- Ja Ciebie też kocham, Lupin. Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham – mruknęła pani Lupin, wtulając się w męża jeszcze bardziej, nawet się nie wściekała, że nazwał ją jej imieniem.

- Teddy popatrz, jak tatuś przytula mamusie z takim uczuciem – powiedziała Victoire do męża.

Wypił więc do końca kremowe piwo, podziękował Lupinowi i opuścił klasę Historii Magii. Wkrótce pożałował, że zapytał, co kryje się pod kapturem dementora, bo odpowiedź była tak przerażająca, a on sam tak pogrążony w posępnych myślach, że w połowie schodów wpadł na profesor McGonagall...

- Uważaj, jak idziesz, Potter!

- Przepraszam, pani profesor...

- Właśnie szukałam cię w Gryffindorze.

- A ja byłem u wujka Remusa na piwie – oznajmił Harry.

- Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy i wygląda na to, że twoja miotła jest w porządku... Musisz mieć jakiegoś bardzo dobrego przyjaciela, Potter...

Harry i Łapa wymienili spojrzenia i uśmiechy.

Harry nie posiadał się ze szczęścia. Profesor McGonagall trzymała w ręku jego Błyskawicę, która wyglądała tak wspaniale jak zawsze.

- I dostanę ją z powrotem? – wyjąkał – Poważnie?

- Poważnie – odpowiedziała profesor McGonagall i naprawdę się uśmiechnęła.

- Czy to takie dziwne, że mam uczucia i emocje? – powiedziała Minerwa - Nie jestem robotem.

- Chyba powinieneś oswoić się z nią przed sobotnim meczem, co? I... Potter, postaraj się wygrać, dobrze? Bo byłby to już ósmy rok z rzędu bez pucharu dla Gryfonów, o czym profesor Snape był łaskaw przypomnieć mi wczoraj wieczorem...

Niektórzy Ślizgoni uśmiechnęli się szyderczo.

Harry, oniemiały, wziął Błyskawicę i ruszył schodami na górę. Kiedy minął załamanie korytarza, zobaczył biegnącego ku niemu Rona, roześmianego od ucha do ucha.

- Oddała ci? Wspaniale! Słuchaj, dasz mi się przelecieć? Jutro?

- Ja chcę, żebyś przeleciał mnie dzisiaj – wyszeptała Hermiona mu do ucha podnieconym i erotycznym głosem – Lordzie mogę na ciebie liczyć, żeby twoja Lady była szczęśliwa i zadowolona?

- Kim jesteś, co zrobiłeś z Hermioną Granger? – palnął Ron.

- Nie chcesz, żebym była szczęśliwa? – miała łzy w oczach i smutną minę.

- Oczywiście, że chcę – powiedział Ron i przytulił ją do siebie, a ona pocałowała go namiętnie w policzek, mając iskierki w oczach.

- Jasne... Kiedy tylko zechcesz... - odpowiedział Harry, czując w sercu lekkość, jakiej nie czuł od miesiąca. - Wiesz, co... powinniśmy się pogodzić z Hermioną. Przecież chciała dobrze...

- W porządku.

- Tylko tyle?! – warknęła Hermiona na męża – W porządku?

- Proszę o wybaczenie, moja Lady – powiedział – Lady Hermiono, miłościwej panującej, oby żyła wiecznie, Afrodyty – Hermiona zarumieniła się mocno. Hugo i Scorpius patrzyli na swojego ojca z niedowierzaniem, tak samo, jak większość ludzi na sali. Po chwili Łapa parsknął śmiechem, a za nim poszli jego bracia, siostrzeńcy i bratankowie. Lavender prychnęła głośno.

- Afrodyta była piękna, a Hermiona jest zwyczajna – oznajmiła Lavender i popatrzyła na Hermionę z wyższością – Nie to, co ja. Ja jestem piękna.

- Tak, tak – mruknął Hugo.

- Ja jestem innego zdania, Lavender – stwierdził Ron, patrząc na Hermionę z iskierkami miłości.

- Mój ty rycerzu – oznajmiła pani Weasley erotycznym głosem.

- Jest teraz w pokoju wspólnym... uczy się, dla odmiany... – Skręcili w korytarz do wieży Gryffindoru i zobaczyli Neville'a Longbottoma targującego się z Sir Cadoganem, który najwyraźniej nie chciał go wpuścić.

- Zapisałem je – mówił Neville przez łzy – ale musiałem gdzieś zapodziać!

- Neville! – jęknęli rodzice. Neville zarumienił się.

- Longbottom, jak ty zostałeś profesorem? – spytał Zachariasz z niedowierzaniem.

- A ty, fajnie było być osłem? – spytał ciekawy Frank II – Jak chcesz mogę zrobić to ponownie z radością.

- Banialuki! – ryknął Sir Cadogan i w tym momencie dostrzegł Harry'ego i Rona – Witajcie, moi młodzi druhowie! Połechtajcie tego młokosa żelazem, próbuje bezczelnie wedrzeć się do środka!

- Zamknij się! – warknęła rodzina Longbottomów.

- Och, przymknij się – rzekł Ron, kiedy stanęli obok Neville'a.

- Zgubiłem hasła! – jęknął Neville – Namówiłem go, żeby mi powiedział, jakie hasła będą obowiązywać w tym tygodniu, bo wciąż je zmienia, a teraz nie wiem, co zrobiłem z tą listą!

- Tatusiu – mruknęła Alicja II.

- Olabogarety – powiedział Ron do Sir Cadogana, który zrobił bardzo zawiedzioną minę i niechętnie odsłonił dziurę, aby ich wpuścić do wspólnego pokoju. Kiedy weszli, powitał ich szmer podnieconych głosów i wszystkie głowy zwróciły się w ich stronę. Po chwili wokół Harry'ego zrobiło się tłoczno: każdy chciał z bliska obejrzeć Błyskawicę.

- Skąd ją masz, Harry?

- Dasz się przelecieć?

Kilka osób spojrzało na Seamusa.

- Dla mnie to zabrzmiało dwuznacznie - powiedział Frank II. Ci, którzy byli gejami zarumienili się. Susan popatrzyła w oczy Seamusa i wyszeptała mu do ucha podniecona:

- Panie Finnigan najpierw obowiązki małżeństwie, a później przyjemność z Błyskawicy – a Seamus wyszczerzył się głupkowato wystawiła mu policzek, a ten ją pocałował,

- Latałeś już na niej, Harry?


- Krukoni są bez szans, wszyscy mają Zmiatacze Siódemki!


- Tylko ją potrzymam, co, Harry? – Błyskawica przechodziła z rąk do rąk wśród okrzyków zachwytu, podziwiana ze wszystkich stron. Po dziesięciu minutach tłum się rozszedł, a Harry i Ron zobaczyli Hermionę – jedyną osobę, która do nich nie podbiegła – pochyloną nad książką i wyraźnie unikającą ich spojrzeń.


- Obraziła się – powiedział Fay.


Podeszli do jej stolika i w końcu podniosła głowę.


 - Oddali mi ją – powiedział Harry z uśmiechem, unosząc Błyskawicę.


- No widzisz, Hermiono? Okazało się, że wszystko jest w porządku! – zawołał triumfalnie Ron.


- No... ale mogło nie być! – odpowiedziała Hermiona – W każdym razie teraz już wiesz, że jest 

bezpieczna!


- Taak, myślę, że tak. Lepiej zaniosę ją do sypialni...


- Ja ją zaniosę! – powiedział szybko Ron – I tak muszę dać Parszywkowi lekarstwo.


- Teraz to bym dał truciznę! – warknął Ron i przytulił do siebie Hermionę.


- To jest zwykły szczur. Jak możesz dać biednemu truciznę? – zapytała zszokowana Lisa.


- Dowiesz się na końcu książki – odparła Hermiona.

Ujął miotłę delikatnie, jakby była z kruchego szkła i zniknął na schodach prowadzących do dormitorium chłopców.

- Mogę usiąść? – zapytał Harry.

- No chyba – odpowiedziała Hermiona, zdejmując stos pergaminu z krzesła. Harry spojrzał na zawalony książkami stół, na długie wypracowanie z Numerologii,

Profesor Numerologii uśmiechnęła się delikatnie.

połyskujące świeżym atramentem, na jeszcze dłuższe wypracowanie z Mugoloznawstwa ("Wyjaśnij, dlaczego mugole nie mogą się obejść bez elektryczności")

- Dlaczego nie mogą obejść się bez elektryczności? – spytały podniecone dwie wersje Artura.

i na tłumaczenie runów, które Hermiona właśnie robiła.

- Jak ci się udaje to wszystko zaliczać? – zapytał.

- No, wiesz... ciężko pracuję.

- Wiem, że jesteś ambitna, ale nie możesz się tak przemęczać – rzekła młodsza Molly.

Dopiero teraz Harry spostrzegł, że Hermiona wygląda na prawie tak zmęczoną jak Lupin.

- Przecież możesz po prostu zrezygnować z paru przedmiotów – powiedział Harry, obserwując, jak grzebie wśród książek, szukając słownika runów.

- No wiesz! Nigdy w życiu! – Hermiona zrobiła zgorszoną minę.

- Kochaniutka, Harry ma rację, najważniejsze jest zdrowie – oznajmiła starsza Molly.

- Ta Numerologia wygląda okropnie – zauważył Harry, biorąc do ręki jakąś wyjątkowo skomplikowaną tabelę z cyframi.

- Och, nie, jest super! – zawołały Hermiona, Emilly i Rose – To jest mój ulubiony przedmiot! – i popatrzyły na siebie i pisnęły. Córki przytuliły się o matki.

- Wiecie co, jesteście nienormalne – stwierdzili Ron, Hugo i Scorpius. Te popatrzyły na nich morderczym wzrokiem. Założyły ręce i zrobiły pozę Molly Weasley.

- Macie jakiś problem? – zapytały. Ci przełknęli ślinę.

- Och, nie, jest super! – zawołała Hermiona – To mój ulubiony przedmiot! Jest... – Ale Harry nigdy się nie dowiedział, dlaczego Numerologia jest tak wspaniała. W tym samym momencie ze schodów wiodących do sypialni chłopców dobiegł zduszony okrzyk.

- Co się stało? – spytała Lily II.

We wspólnym pokoju zrobiło się cicho, wszyscy zamarli, wpatrując się w wejście na klatkę schodową. Usłyszeli pospieszne kroki, coraz głośniejsze i głośniejsze, i po chwili pojawił się Ron, wlokąc za sobą prześcieradło.

- Weasley, po co Ci prześcieradło? – zapytał się Lucek z drwiną.

- Jak to być Roszpunką? Fajnie? – odparowała Emilly.

- Ty mała smarkulo! – warknął Lucek.

- Ty blond idioto! – krzyknęła Emilly.

- PATRZ! – ryknął, podchodząc do stolika Hermiony – PATRZ! – Podsunął jej prześcieradło pod nos.

- Ron, co to...?

- PARSZYWEK! PATRZ! PARSZYWEK!

- Czyli kot zjadł Parszywka – odezwała się Parvati.

Hermiona cofnęła się gwałtownie z przerażoną miną. Harry spojrzał na prześcieradło i zobaczył jakieś czerwone plamy. Straszne plamy, wyglądające jak... – KREW! – krzyknął Ron w głuchej ciszy – A JEGO NIE MA! I WIESZ, CO ZNALAZŁEM NA PODŁODZE?

- N-nie – wyjąkała Hermiona.

- Sierść kota – mruknęła Hermiona.

- Przepraszam, że na Ciebie nakrzyczałem i Cie zraniłem – rzekł Ron.

- Przytul mnie – odezwała się Hermiona, a Ron ją przytulił i pocałował w czoło. Westchnęła zadowolona – a teraz mnie pocałuj w usta – Ron zrobił, co kazała – przeprosiny przyjęte – i wtuliła się w męża.

Ron rzucił coś na jej tłumaczenie runów. Hermiona i Harry pochylili się, żeby to zobaczyć. Na pergaminie, pokrytym rzędami dziwacznych, krzaczastych znaków, leżało kilka długich, brązowożółtych włosów. Nie ulegało wątpliwości, że są to włosy kota.

- Koniec rozdziału – powiedział Rolf.

 


Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...