Oczywiście rzuciły zaklęcie antykoncepcyjne.
- O mój Merlinie! – zawołały dziewczyny i żony
mężczyzn i chłopaków erotycznym wzrokiem, kiedy przez ich ciała (każda para
była w osobnej komnacie – tak tylko mówię – przeszła fala gorąca.
- Kocham Cię – mruknęły zadowolonym
głosem, wtulając się w męża jeszcze bardziej – nie wychodź ze mnie!
- Jesteś taka piękna – pieszcząc językiem ich piersi
schodząc niżej pieścili ich pępek ozdobionym długim kolczykiem.
- Wiesz, że nie mogę tego ściągnąć – powiedziały
zadowolonym głosem.
- Lady szlachetnego i królewskiego mojego rodu.
- Tak, mężu – powiedziały – jestem na zawsze twoja.
- Jesteś moja – powiedzieli, wychodząc z nich – jesteś
mądra – Unieśli jedną jej nogę i ucałowali kostkę – Urocza – kontynuowali,
przechodząc ustami po łydce – Wyjątkowa – ucałowali udo tuż nad kolanem. Żony
wzdychały zadowolonym głosem i polizali łechtaczkę. Kobiety wydały z siebie
głośne westchnięcie.
- Tak kochanie, twoja kobieta tak chce! – krzyknęły,
odchylając głowę do tyłu – żebyś tak robił – mężczyźni mocniej pieścili
łechtaczkę swojej kobiety, które wiły się po całym łóżku. Ich mężowie musieli
je trzymać – MÓJ LORDZIE! TAK! – ryknęły, kiedy osiągnęły orgazm, a
później – O taaak... – Liż sobie, mój Lordzie, tak – mruczały rozmarzone,
pieszcząc jego włosy rękami – twoja lady jest wtedy Niebie. Nie przestawaj,
niech ta chwila trwa wiecznie.
Po chwili...
- Kochanie musimy się pojawić Wielkiej Sali.
- Nie psuj mi tej błogiej chwili! – jęknęły, ale
zaczęły się ubierać. Po chwili się jednak ubrały i oznajmiły: – Jestem gotowa.
- Tak chcesz iść? – zapytali, widząc ich ubrania.
- Tak, kochanie – odparły zdziwione – Coś nie tak?
- Wyglądasz zbyt seksownie i możesz trochę pozmieniać.
Chciałbym, żebyś ubierała się tak tylko dla mnie.
- Jesteś zazdrosny.
- Tak, jestem. Jestem zazdrosny i tracę cierpliwość,
jak ci idioci ślinią się na twój widok i tylko czekają, żeby cię przelecieć!
- Ty jesteś miłością mojego życia. Popatrz tutaj to
znamię to kontrakt małżeński, który mi dałeś, kiedy pierwszy raz się kochaliśmy
i ciągle czuje tę moc i ta moc jest najcudowniejsza. Jesteśmy jednością mężu na
wieki – następnie podniosła bluzkę i pokazała swój kolczyk na pępku – A tu
pisze "Lady szlachetnego i królewskiego rodu". Jestem twoją Lady, a
ty jesteś moim Lordem. To samo pisze na pierścieniu rodowym i na kolczykach.
Żaden z tych idiotów nie ma prawa mnie dotykać, tylko ty masz prawo mnie
dotykać i całować.
- Merlinie, jak ty pięknie pachniesz.
- To są specjalne perfumy dla ciebie, skarbie, a poza
tym mamusia i tatuś mnie kochają. Przytulają mnie i całują w czoło i mówią mi,
że jestem ich córeczką i powiedzieli mi, że jestem odpowiednią osobą na całym
świecie, że to ja jestem twoją żoną, a nie inna laska.
- I mają rację, a ty uwielbiasz zwracać się do moich
rodziców per mamusia i per tatuś.
- Oczywiście – powiedziały, odrzucając włosy do tyłu –
bo są moi rodzice i nie wyobrażam sobie zwracać się do nich po imieniu. Jestem
Lady twojego rodu i weszłam do twojego rodu, kiedy wzięliśmy ślub i tym samym
twoi rodzice stali się moimi rodzicami i będę się do nich tak zwracała, czy ci
się to podoba, czy nie i opinie innych mnie nie interesuje. Nie dość, że ich
bardzo mocno kocham, to obowiązuje mnie etykieta savoir-vivre, czyli etykieta
dobrego zachowania – dodały niewinnym głosem. Mężowie popatrzyli na swoje żony
podejrzliwym wzrokiem.
- A kto...? – zaczęli.
- Nie będę się przebierać! – dodały szybko i
namiętnie, po czym pocałowały swojego męża w policzek.
- Ale ja chcę w usta – powiedzieli z niewinną miną – i
wtedy Ci pozwolę tak iść – więc pocałowały ich namiętnie w usta, mając iskierki
miłości w oczach.
- Gdzie byliście! – warknął Blaise, kiedy weszli do
Wielkiej Sali, patrząc szczególnie na Daphne.
- Nie twój interes! – odparowały.
- Ale laski – mruknął jakiś Puchon, patrząc na
dziewczyny i kobiety, które weszły do Wielkiej Sali, które poruszały się gracja
i wdziękiem.
- Powiem to raz i na zawsze: Nie jesteście w moim
typie, więc dajcie mi spokój! – krzyknęły kobiety i dziewczyny wściekle.
- Ja będę czytać – zgłosił się Rolf.
- Oczywiście, tatusiu – powiedziała Salomomi dając mu
książkę, a Rolf uśmiechnął się do niej szeroko.
Rozdział dwunasty
Patronus
- Patronus! – krzyknął podniecony Harry. Uśmiechnął
się szeroko do Remusa, a ten zrobił to samo.
Harry wiedział, że Hermiona miała najlepsze intencje,
ale mimo to był na nią zły.
- Harry – powiedziały jego matki.
Zaledwie przez kilka godzin miał najlepszą miotłę na
świecie, a teraz, i to właśnie przez nią, zabrano mu ją i nie wiadomo, czy
kiedykolwiek znowu ją zobaczy. Był pewien, że z Błyskawicą wszystko było w
porządku, kiedy ją dostał, ale w jakim stanie mu ją zwrócą po tych wszystkich
antyczarnomagicznych testach? Ron też był wściekły na Hermionę.
- Ron! – warknęły kobiety.
- Dajcie mu już spokój – odparła Hermiona – Chciałam się
tylko upewnić, że jest bezpieczna. Chodziło o dobro Harry'ego.
Uważał, że rozebranie nowiutkiej Błyskawicy na
kawałeczki to po prostu zbrodnia, której skutkiem będzie nieodwracalne
zniszczenie miotły. Hermiona, nadal święcie przekonana, że zrobiła najlepszą
rzecz pod słońcem, zaczęła unikać pokoju wspólnego.
- Mamusiu tak nie można – rzekły Emilly i Rose.
- Moje córcie – powiedziała Hermiona do Emilly i Rose,
po czym je przytuliła.
Harry i Ron przypuszczali, że szukała schronienia w
bibliotece, ale nie próbowali jej stamtąd wyciągać. Biorąc to wszystko pod
uwagę, trudno się dziwić, że ucieszyli się, kiedy tuż po Nowym Roku wróciła
reszta uczniów, a w wieży Gryffindoru znowu zrobiło się tłoczno i hałaśliwie.
- Bo my cię kochamy, Hermiono – odezwali się Lordowie,
Ron i Harry.
W przeddzień nowego semestru odwiedził Harry'ego Wood.
- Jak tam święta? – zapytał, i nie czekając na
odpowiedź, usiadł i zaczął mówić przyciszonym głosem: – Słuchaj, Harry, przez
ferie wszystko sobie przemyślałem. No wiesz, po tym ostatnim meczu. Jeśli
dementorzy pojawią się na następnym... to znaczy... no... nie możemy pozwolić,
żebyś... no wiesz...
- Wujek Remus będzie mnie uczył patronusa, Olivier –
oznajmił Harry.
I urwał z zakłopotaną miną.
- Pracuję nad tym – rzekł szybko Harry – Profesor
Lupin powiedział, że nauczy mnie, jak obronić się przed dementorami. Powinniśmy
zacząć w tym tygodniu, mówił, że po Bożym Narodzeniu znajdzie na to czas.
- Ach... – Nastrój Wooda wyraźnie się poprawił – No,
jeśli tak... wiesz, Harry, że naprawdę nie chciałbym zmieniać Szukającego. A
zamówiłeś już sobie nową miotłę?
- Nie – odrzekł Harry.
- Co?! No to lepiej się pospiesz... przecież nie
możesz latać na tym Meteorze w meczu przeciw Krukonom!
- On dostał na Gwiazdkę Błyskawicę – powiedział Ron.
- A taka jedna poskarżyła się drugiej, a ta druga mi
wzięła i nie mam miotły – powiedział Hugo, patrząc na matkę i profesorkę.
- Hugo mamusia chciała dobrze! – warknęła Emilly na
męża.
- Błyskawicę? Nie! Naprawdę? Prawdziwą Błyskawicę?
- Nie podniecaj się – mruknął ponuro Harry – Już jej
nie mam. Została skonfiskowana – I opowiedział mu wszystko.
- Ktoś miałby ją zaczarować? W jaki sposób?
- Syriusz Black – odpowiedział krótko Harry.
- Czy z łaskiej swojej możecie odwalić się od mojego
tatusia! – warknęła Daphne.
- To moja córcia – odparł dumny starszy Łapa.
- Moja córcia – powiedziała Daphne – Jak to
pięknie brzmi, tatusiu.
- Chodź do mnie – rzekł Łapa, a Daphne z uśmiechem na
twarzy przytuliła się do Łapy mocno i poczuła się bezpieczne.
- Ale z niej niezła dupa jest, ale bym ją ostro
wyruch... – rozmarzył jakiś chłopak. Nie skończył, bo Łapa mu przywalił, że ten
jęknął z bólu następnie go podniósł.
- Syriusz! – krzyknęła jego żona – Puść go!
- Tatusiu! – zawołała Daphne.
- Ten gówniarz chciał ostro wyruchać naszą córeczkę,
Marlene! – warknął Łapa, patrząc na chłopaka z mordem w oczach, a ten zbladł.
- Co takiego? – spytała Marlene – Chciałeś skrzywdzisz
moją córkę?! W tej chwili przepraszaj Daphne, to zamrożę Ci tego twojego małego
kikuta, co masz pomiędzy nogami – dodała słodkim głosem, że zbladł jeszcze
bardziej.
- Panie Black proszę go puścić! – zawołał Drops.
- Nie puszcze go, dopóki nie przeprosi, że chciał
skrzywdzić naszą córeczkę, dyrektorze, bo Daphne jest Blackiem i naszą córką.
Ja jestem jej ojcem, a Marlene matką. Rozumiesz to!?
- To są moi rodzice. To jest mój tatuś i to moja
mamusia, dyrektorze. Kocham ich z całego serca – oświadczyła blondynka.
- Przepraszam panią, pani Black. Czy mogę prosić, żeby
pani ojciec mnie puścił? – wycedził.
- Tatusiu puść go – powiedziała Daphne – Po co tatuś
ma brudzić sobie ręce tym gównem – Łapa go puścił, że walnął o podłogę, a ten
skrzywił się z bólu. Łapa przytulił do siebie blondynkę i pocałował ją w czoło.
- Kocham cię tatusiu – mruknęła Daphne i westchnęła
zadowolonym głosem, wtulając się w ojca jeszcze bardziej, a Barbara oraz Iola i
Cedrella strzeliły go zaklęciem, że ten po raz kolejny jęknął z bólu.
- Córeczki – powiedziała Daphne.
- Mamusiu, ale to nie ja – rzekły z niewinną miną.
- Uważają, że chce mnie dopaść. McGonagall podejrzewa,
że to on przysłał mi Błyskawicę – Wood jakoś nie przejął się wiadomością, że
słynny morderca pragnie dopaść jego Szukającego.
- Ale przecież Black nie mógł kupić Błyskawicy! Jest
zbiegiem! Wszyscy go szukają! I co, wszedł sobie do sklepu z markowym sprzętem
do Quidditcha i poprosił o miotłę?
- Dzień dobry. W tej chwili daj mi miotłę Błyskawice
dla mojego chrześniaka, bo inaczej strzelę cię Avadą – oznajmił młodszy Łapa, a
niektórzy parsknęli śmiechem.
- Wiem – powiedział Harry – ale profesor McGonagall
chce ją rozebrać na części... – Wood pobladł.
- Pójdę z nią porozmawiać, Harry – obiecał – Przekonam
ją... Błyskawica... prawdziwa Błyskawica w naszej drużynie... Przecież jej tak
samo zależy na naszym zwycięstwie jak nam... Przekonam ją... żeby pomyślała
rozsądnie... Błyskawica...
Oliver się zarumienił.
Następnego dnia rozpoczęły się lekcje. Na samą myśl o
spędzeniu na błoniach dwóch godzin w mroźny styczniowy poranek wszyscy
dostawali dreszczy, ale Hagrid rozpalił im ognisko pełne salamander i urządził
wspaniałą lekcję, polegającą głównie na zbieraniu suchych gałęzi i liści,
podczas gdy żarolubne jaszczurki pełzały zwinnie po trzaskających, białych od
żaru bierwionach.
- Później to było jeszcze gorzej – mruknął Ron.
Pierwsza w semestrze lekcja Wróżbiarstwa była o wiele
mniej zabawna: profesor Trelawney zaczęła ich nauczać wróżenia z rąk i na samym
wstępie nie omieszkała poinformować Harry'ego, że ma najkrótszą linię życia,
jaką kiedykolwiek widziała.
- Sybillo, ale nasz tatuś, czyli mój, Amelii i Lily w
naszych czasach ma już 46 lat – powiedziała Olivia.
- Twoje oko się pomyliło, co za nieszczęście – rzekła
Amelia II.
- To nie było oko, Amelio, to było wróżenie z rąk –
oznajmiła Lily II.
- Jeden huj – stwierdziła Amelia II.
- Amelia! – zawołała Susan. Zszokowane Lavender i
Parvati były wściekle na żonę Albusa Pottera.
Harry z utęsknieniem wyczekiwał Obrony Przed Czarną
Magią, bo po rozmowie z Woodem chciał jak najszybciej poznać sztukę
uodporniania się na zgubne działanie dementorów.
- Ach, tak – powiedział Lupin, kiedy po lekcji Harry
przypomniał mu o tej obietnicy – Zaraz, niech pomyślę... Może w czwartek, o
ósmej wieczorem?
- Dlaczego nie teraz? – spytał młodszy Łapa.
- Myślę, że klasa Historii Magii jest dostatecznie
duża... Będę się musiał dobrze zastanowić, jak to zrobimy... przecież nie
możemy sprowadzić do zamku prawdziwego dementora, żeby na nim ćwiczyć...
- Nadal marnie wygląda, co? – zagadnął Harry'ego Ron,
kiedy szli na obiad – Jak myślisz, co mu jest?
- Właśnie Remusie, co ci jest? – spytała młodsza
Dorcas.
Za ich plecami rozległo się pogardliwe prychnięcie.
Okazało się, że to Hermiona, która siedziała u stóp jakiejś zbroi i
przepakowywała swoją torbę, tak pełną książek, że nie mogła jej zapiąć.
- No i co tak na nas prychasz? – zapytał ze złością
Ron.
- Chyba ci się przyśniło – odpowiedziała wyniośle
Hermiona, zarzucając ciężką torbę na ramię.
- Tak, prychnęłaś. Powiedziałem, że zastanawiam się,
co jest Lupinowi, a ty...
- No, bo czy to nie jest oczywiste? – powiedziała
Hermiona z taką miną, jakby miała przed sobą wyjątkowych tępaków.
- Jak nie chcesz nam powiedzieć, to nie mów – warknął
Ron.
- Świetnie – prychnęła Hermiona i odeszła.
- Nic nie wie – burknął Ron, patrząc z żalem na jej
plecy.
- Tak u was wygląda gra wstępna? – chichotała Nicole.
- Bardzo pomysłowe – dodała Jessica, również
chichocząc.
- Oni to grają w grę wstępną od pierwszego roku! –
parsknęła śmiechem Ginny. Ron i Hermiona założyli ręce i patrzyli na trójkę
dziewcząt z mordem w oczach.
- Dziewczynki – powiedziały dwie wersje Molly –
najważniejsze, że doszli do wniosku, że są w sobie zakochani.
- Jestem szczęśliwa, mamusiu – oświadczyła Hermiona,
tuląc się do Rona.
- Po prostu próbuje nas nakłonić do tego, żebyśmy
znowu zaczęli z nią rozmawiać.
- Ron! – warknęły dwie wersje Lily.
O ósmej wieczorem w czwartek Harry opuścił wieżę
Gryffindoru i powędrował do klasy Historii Magii. W klasie było ciemno, ale
pozapalał różdżką lampy i czekał zaledwie pięć minut, po czym pojawił się
profesor Lupin z wielką skrzynką, którą postawił na biurku profesora Binnsa.
- Co to jest? – zapytał Harry.
- Twój stary! – zadrwił Blaise.
- Masz jakiś problem ze mną, Zabini? – spytał starszy
Rogacz.
- Bogin – odpowiedział Lupin, zdejmując pelerynę – Przeczesywałem
zamek od wtorku i udało mi się znaleźć go w kartotece pana Filcha. Zupełnie
nieźle zastąpi nam prawdziwego dementora. Zamieni się w niego, kiedy ciebie
zobaczy, więc będziemy mogli na nim ćwiczyć. W przerwach między ćwiczeniami
mogę go przechowywać w swoim gabinecie; pod biurkiem mam dużą szafkę, która na
pewno będzie mu odpowiadać.
- Tatuś będzie uczył wujka Harry'ego – uśmiechnęła się
Hope.
- Okej – powiedział Harry, starając się, by jego głos
zabrzmiał tak, jakby nie tylko się nie bał, ale wręcz cieszył z tego, że Lupin
znalazł tak dobry odpowiednik prawdziwego dementora.
- Będzie dobrze, Harry. Jesteś potężnym czarodziejem –
powiedział starszy Lunatyk.
- No więc... – Profesor Lupin wyjął różdżkę i zachęcił
Harry'ego gestem, by zrobił to samo – Zaklęcie, którego zamierzam cię nauczyć,
Harry, należy do bardzo zaawansowanych czarów... znacznie wykracza poza
przeciętny zakres wiedzy czarodziejskiej. Nazywa się Zaklęciem Patronusa.
- Jak ono działa? – zapytał niespokojnie Harry.
- Kiedy działa poprawnie, wyczarowuje patronusa, czyli
coś w rodzaju antydementora, strażnika, który będzie tarczą między tobą a
dementorem.
- Wiem, że tatuś da radę to ogarnąć – stwierdziła
Olivia – bo jest potężnym czarodziejem.
Harry'ego nawiedziła nagle wizja
samego siebie kulącego się za postacią wielkości Hagrida, trzymającą olbrzymią
maczugę – Patronus to rodzaj pozytywnej siły – ciągnął profesor Lupin – Jest
projekcją tego, czym dementor się żywi... nadziei, szczęścia, woli przeżycia...
ale nie może odczuwać rozpaczy jak prawdziwy człowiek, więc dementor nic mu nie
może zrobić. Muszę cię jednak ostrzec, Harry, że to zaklęcie może się okazać
dla ciebie zbyt skomplikowane. Wielu wykwalifikowanych czarodziejów ma z nim
trudności.
- Rogaś da sobie radę, Luniek, bo to jest mój
chrześniak – oznajmiły dwie wersje Łapy.
- A jak taki patronus wygląda?
- Każdy jest inny, to zależy od czarodzieja, który go
wyczarowuje.
- A jak się go wyczarowuje?
- Specjalnym zaklęciem, które działa tylko wtedy,
jeśli czarodziej skupi się całą siłą woli na jednym, bardzo szczęśliwym wspomnieniu.
Harry popatrzył na Ginny, a ta zarumieniła się.
- Wiesz, jakie jest moje szczęśliwe wspomnienie? –
zapytał takim głosem, że Ginny zrobiło się gorąco.
- Jakie? – spytała.
- Ty jesteś całym moim szczęśliwym wspomnieniem, Lady
Potter – mruknął Harry – Byłbym nieszczęśliwy, gdyby nie ty. Ty mówisz, że ja
uzdrowiłem twoją duszę, a ty uzdrowiłaś moją – Ginny pocałowała go namiętnie w
usta.
- Dobrze zrobiłaś, że nie próbowałaś ich rozdzielić –
wyszeptali Rogacze do swojej Lily.
- Ginny jest moją córeczką. James kocham ją, bo jest
moją córką i jest Lady Potter, a jej Lordem jest Harry, a jego Lady jest
właśnie Ginny i należy szlachetnego i królewskiego rodu Potterów.
- Jestem z Ciebie taki dumny, Lily – powiedzieli i
pocałowali je w znaki, a te westchnęły zadowolonym głosem.
- Uwielbiam, gdy to robisz – powiedziała, oddychając
głęboko.
Harry zaczął szukać w pamięci jakiegoś szczęśliwego
wspomnienia. Wiedział jedno: pobyt w domu Dursley'ów trzeba odrzucić. W końcu
skupił się na chwili, w której po raz pierwszy dosiadł miotły.
- Gotów – powiedział, starając się przywołać to
cudowne uczucie w żołądku, towarzyszące wzbijaniu się w powietrze.
- A oto zaklęcie... – Lupin odchrząknął – Expecto
Patronum.
- Expecto Patronum – powtórzył szeptem
Harry – Expecto Patronum.
- Tak, Expecto Patronum – uśmiechnął się Teddy.
- Koncentrujesz się na swoim szczęśliwym wspomnieniu?
- Och... tak... – odpowiedział Harry, szybko
powracając myślami do pierwszego lotu na miotle – Expecto patrona... nie,
patronum... przepraszam... Expecto Patronum, Expecto Patronum...
– Coś wystrzeliło z końca jego różdżki; wyglądało jak strzęp srebrzystego gazu.
- Tatuś to załapie – rzekła Lily II.
- Widział pan? – zapytał podniecony Harry – Coś się
dzieje!
- Bardzo dobrze – rzekł Lupin z uśmiechem – No to,
co... jesteś gotów wypróbować to na dementorze?
- Tak – powiedział Harry, ściskając mocno różdżkę i
wychodząc na środek klasy. Starał się skupić na lataniu, ale coś mu w tym
przeszkadzało... Za sekundę może znowu usłyszeć glos swojej matki... ale nie powinien
o tym myśleć, bo naprawdę ją usłyszy, a przecież nie chce... a może chce?
- Merlinie – wyszeptały dwie wersje Lily.
Lupin uniósł wieko skrzyni. Ze skrzyni wyłonił się
powoli dementor. Zakapturzona twarz zwrócona była ku Harry'emu, błyszcząca,
okryta liszajami ręka przytrzymywała pelerynę. Lampy w klasie zamrugały i
pogasły. Dementor wyszedł ze skrzyni, wziął ze świstem głęboki oddech i ruszył
ku Harry'emu, który poczuł falę przenikliwego zimna...
- Tatusiu dasz radę! – krzyczały córki
Harry'ego.
- Expecto patronum! – ryknął Harry – Expecto
patronum! Expecto... – Lecz klasa i dementor rozpływały się już
w gęstej białej mgle.
Nie przyjaciele uśmiechnęli się z drwiną.
- Potter boisz się starego dementora! – zadrwiła
Pansy.
- Bo Potter jest małym czarodziejem – dodał Crabbe.
- I ma małego! – kpił Goyle.
Harry usłyszał głos swojej matki, jeszcze wyraźniejszy
niż zwykle, tłukący się echem po jego czaszce...
- Mamusia/Lily/ciocia Lily/babcia! – krzyknęła rodzina
Harry'ego.
- Nie Harry! Nie Harry! Błagam... zrobię
wszystko...
Dziewczyny i kobiety przyłożyły ręce do ust
przerażone. Lily zalały się łzami.
- Odsuń się... odsuń się, głupia dziewczyno...
Większość patrzyła na panią Potter wielkimi oczami.
Dwie matki Lily przytuliły ją mocno do siebie i płakały, a późnej zrobili to
jej ojcowie.
- Harry! – Harry ocknął się. Leżał na plecach na
podłodze. Lampy znowu się paliły. Nie musiał pytać, co się stało.
- Przepraszam – mruknął, siadając i czując zimny pot
spływający mu za okulary.
- Nie musisz przepraszać – mruknął starszy Lunatyk.
- Nic ci nie jest? – zapytał Lupin.
- Nie... – Harry złapał się najbliższej ławki i oparł
o nią plecami.
- Masz... – Lupin wręczył mu czekoladową żabę – Zjedz
to, zanim spróbujemy po raz drugi. Nie oczekiwałem, że uda ci się za pierwszym
razem. Prawdę mówiąc, byłbym bardzo zdumiony, gdyby ci się udało.
- Jest coraz gorzej – mruknął Harry, odgryzając żabie
głowę – Tym razem było jeszcze głośniej... mama... i on... Voldemort...
- Zabije sukinsyna! – warknęli ojcowie Lily I.
- Tatusiu – powiedziały dwie wersje Lily i przytuliły
ich do siebie.
Lupin był bledszy niż zazwyczaj.
- Harry, jeśli nie chcesz, żebyśmy kontynuowali,
zrozumiem cię doskonale...
- Chcę! – krzyknął zapalczywie Harry, wpychając do ust
resztę czekoladowej żaby – Muszę! Co będzie, jak dementorzy pojawią się na
naszym meczu z Krukonami? Nie mogę spaść po raz drugi. Jeśli przegramy ten
mecz, możemy się pożegnać z Pucharem Quidditcha!
Oliver patrzył dumny na Harry'ego.
- No dobrze... – powiedział Lupin – Może wybierzesz
jakieś inne, bardziej szczęśliwe wspomnienie... bo tamto nie wydaje się dość
silne... – Harry zamyślił się głęboko i w końcu uznał, że uczucie, jakie
towarzyszyło zdobyciu przez Gryfonów pierwszego miejsca w ubiegłorocznej
rywalizacji domów z całą pewnością było bardzo szczęśliwe. Uchwycił więc znowu
mocno różdżkę i zajął pozycję pośrodku klasy – Gotów? – zapytał Lupin, łapiąc
za pokrywę skrzynki.
- Gotów – odpowiedział Harry, starając się za wszelką
cenę przywołać poczucie szczęścia z wygranej Gryffindoru i zapomnieć o
oczekiwaniu na to, co się stanie, gdy waliza znowu zostanie otwarta.
- Śmiało! – zawołał Lupin, podnosząc wieko.
- Dasz radę, tatusiu! – wolały córki Harry'ego.
W pokoju znowu zrobiło się zimno i ciemno. Dementor
wciągnął chrapliwie powietrze i poszybował ku Harry'emu, wyciągając trupią
rękę...
- Expecto patronum! – zawył Harry – Expecto
patronum! Expecto pat... – Oszołomiła go biała mgła... jakieś
wielkie, zamazane kształty tłoczyły się wokół niego... a potem usłyszał nowy
głos, tym razem mężczyzny... jego przerażony krzyk...
- James/Rogacz/Tatuś/Wujek
James/Dziadek! – krzyknęła rodzina.
- Lily, bierz Harry’ego i uciekaj! To on! Idź!
Uciekaj! Ja go zatrzymam...
Większość patrzyła na pana Pottera z wielkimi oczami.
Dwie matki Rogacza przytuliły go mocno do siebie i płakały a późnej zrobili to
jego ojcowie.
Ktoś wybiega z pokoju... drzwi otwierają się z
hukiem... przeraźliwy chichot...
- Harry! Harry... obudź się... – Lupin klepał go mocno
po twarzy. Tym razem dopiero po minucie Harry zrozumiał, dlaczego leży na
zakurzonej podłodze w jakiejś klasie.
- Sorki nie mogłem cię dobudzić – mruknął starszy
Remus przepraszającym tonem do Harry'ego.
- Nie szkodzi.
- Usłyszałem swojego tatę – wyjąkał – Po raz pierwszy
w życiu... Próbował ściągnąć Voldemorta na siebie, żeby moja mama mogła
uciec...
Dwie wersje Lily desperacko wtuliły się w swojego
męża.
Nagle zdał sobie sprawę, że z potem ściekającym mu po
twarzy mieszają się łzy. Pochylił się nisko, udając, że zawiązuje sznurowadła i
otarł twarz skrajem szaty, żeby Lupin ich nie zauważył.
- Wiem co czujesz, wujku – mruknął Teddy cicho, a
Victoire go mocno przytuliła.
- Słyszałeś Jamesa? – zapytał Lupin dziwnym głosem.
- Tak... – Harry wyprostował się i spojrzał na niego
zaskoczony – To... to pan znał mojego tatę?
- Oczywiście – powiedzieli dwie wersje Lunatyka.
- Znałem go – odrzekł Lupin – Byliśmy przyjaciółmi w
Hogwarcie.
- I nie tylko przyjaciółmi – oznajmili starszy i
młodszy Rogacz.
- Byliście kochankami? – spytała Mariette z nadzieją.
- Nie, idiotko! – warknęli Łapy – Byliśmy i jesteśmy
braćmi w każdym tego słowa znaczeniu, poza krwią.
- Czy tylko mnie ona irytuje? – zapytała Mary.
- Panna Mariette wszystkich irytuje – stwierdziła
Daphne.
- Cho uspokój swoją dziewczynę, bo nie ręczę za siebie
– powiedziały pani Potter, pani Black i pani Lupin.
- To nie jest moja dziewczyna, wy kretyńskie idiotki!
– warknęły. Nimfadora Lily oraz Marlene puściły to mimo uszu.
- Słuchaj, Harry... może już dosyć na dzisiaj. To
bardzo trudne zaklęcie... w ogóle nie powinienem ci proponować, żebyś przez to
przechodził...
- Nie! – Harry znowu wstał – Spróbuję jeszcze raz!
Widocznie to, o czym pomyślałem, nie było dość szczęśliwe... to dlatego...
Zaraz coś sobie przypomnę... – Zaczął gorączkowo myśleć.
- Harry – powiedziała słodkim głosem Ginny i
pocałowała go namiętnie w usta, a później zeszła z jego kolan i pokazała się w
całej okazałości. Miała na sobie ubrania, które pokazywały jej krągłości i jej
wyrzeźbioną sylwetkę i długie nogi, a na stopach miała wysokie szpilki, więc
nie dziwiła się, że przyciąga wzrok singlów – i co Panie Potter, czy znalazłeś
szczęśliwe wspomnienie?
- Tak – odparł i patrzył na Ginny wygłodniałym
wzrokiem. Synowie jęknęli, a córki chichotały. Ginny uśmiechnęła się promiennie
do rodziny.
- To dobrze, że pan znalazł, panie Potter – i usiadła
mu na kolanach.
Naprawdę szczęśliwe wspomnienie... takie, które
zamieni się w dobrego, silnego patronusa... Chwila, w której po raz pierwszy
dowiedział się, że jest czarodziejem i opuści dom Dursley'ów, udając się do
Hogwartu! Jeśli to nie jest szczęśliwe wspomnienie, to czy w ogóle ma jakieś
szczęśliwe wspomnienia?
- Myślę, że szczęśliwe wspomnienie mam takie, jak
mamusia próbowała mnie udusić swoim matczynym uścisku – rzekł Harry, patrząc na
Molly I. Molly I zarumieniła się.
I skupiwszy się bardzo mocno na tym, jak się wówczas
czuł, dźwignął się na nogi i jeszcze raz stanął przed skrzynią.
- Gotów? – zapytał Lupin, który sprawiał wrażenie,
jakby robił coś wbrew rozsądkowi – Skupiasz się mocno? A więc... naprzód! – Po
raz trzeci otworzył wieko, a ze skrzyni wynurzył się dementor; pociemniało i
powiało lodowatym chłodem...
- EXPECTO PATRONUM! – ryknął Harry – EXPECTO
PATRONUM! EXPECTO PATRONUM! – W jego głowie ponownie rozległ się krzyk...
ale tym razem brzmiał tak, jakby wydobywał się ze źle dostrojonego radia.
- Na pewno słyszałeś, jak Percy śpiewa pod prysznicem
o Crouchu – stwierdzili Fred i George – To istny dramat był. Tak
fałszował, że nie dało się go słuchać – Percy wycedził:
- Nie śpiewałem pod prysznicem o Crouchu.
- Tatusiu chyba chciałeś powiedzieć "nie
śpiewałem pod prysznicem o PANU Crouchu" – poprawiła go Molly II, a słowa
Pana Croucha zrobiła w nawiasy.
Ciszej, potem nieco głośniej i znowu ciszej... i wciąż
widział dementora... zatrzymał się... Z jego różdżki wystrzelił wielki srebrny
cień.
- Doskonale synku!/Harry!/tato!/tatusiu!/wujku Harry!
– krzyknęła jego rodzina, a Harry wypiął dumnie pierś.
i zawisł między nim a dementorem, a Harry, chociaż
nogi miał jak z galarety, nadal stał... tylko nie wiedział, jak długo wytrzyma...
- Riddikulus! – krzyknął Lupin, wyskakując
do przodu. Rozległ się głośny trzask i mglisty patronus rozpłynął się w
powietrzu razem z dementorem. Harry opadł na krzesło, czując się tak
wyczerpany, jakby właśnie przebiegł milę. Nogi mu się trzęsły. Kątem oka
zobaczył, jak profesor Lupin zapędza z powrotem do skrzyni bogina, który teraz
zamienił się już w srebrzystą kulę – Wspaniale! – powiedział Lupin, podchodząc
do Harry'ego – Wspaniale, Harry! Znakomity początek!
- Harry jesteś potężnym czarodziejem – powiedziały
dwie wersje Lily.
- Po kimś to odziedziczyłem – stwierdził Harry,
patrząc na rodziców.
- A James, Albus i Lily odziedziczyli to was –
oznajmiły Olivia, Amelia, II i Frank II.
- Bez przesady, bo się zarumienię – mruknęły dzieci
Harry'ego i Ginny.
- A ja bym chciała/chciał, żebyś się
zarumienił/zarumieniła – stwierdzili synowe i zięć państwa Potterów mając
iskierki w oczach.
- Awww! – zawołały dziewczyny i
kobiety wzruszone.
- Może spróbujemy jeszcze raz? Tylko
raz!
- Nie dzisiaj – odpowiedział stanowczo Lupin –
Przeżyłeś dość jak na jeden wieczór. Masz... – Wręczył mu dużą tabliczkę
najlepszej czekolady z Miodowego Królestwa.
- Dajesz komuś swoją ulubioną czekoladę? – spytał
w szoku młodszy Łapa – Marlene mam zawał.
- Ale z Ciebie jest kretyn! – jęknęła młodsza Marlene.
- Ale Lady Black, ja jestem kretynem, ale twoim
kretynem, skarbie – i pogłaskał ją po policzku, a Marlene westchnęła
zadowolonym głosem.
- Patrz jak mamusia i tatuś się kochają – oznajmiła
Daphne do Jareda, a ten bez żadnego mówienia namiętne ją pocałował. Kiedy się
oderwał, zapytał:
- Jesteś teraz w Niebie, skarbie?
- Tak Jared. Jestem w Niebie – oznajmiła rozmarzonym
głosem, wtulając się w męża jeszcze bardziej i westchnęła zadowolonym głosem, a
Jared i Łapa przybili piąteczkę, a Marlene chichotała.
- Zjedz wszystko, bo pani Pomfrey mnie zabije. To co,
może w przyszłym tygodniu?
- Dobrze – zgodził się Harry. Ugryzł czekoladę i
patrzył, jak Lupin gasi lampy, które rozjarzyły się po zniknięciu dementora.
Nagle coś mu przyszło do głowy – Panie profesorze... Skoro znał pan mojego
tatę, to musiał pan również znać Syriusza Blacka – Lupin odwrócił się szybko.
- Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytał ostro.
- No, nie wiem... to znaczy... ja po prostu się dowiedziałem,
że oni też byli przyjaciółmi w Hogwarcie... – Lupin odetchnął z ulgą.
- Tak, znałem go – odpowiedział krótko – A raczej
myślałem, że go znam.
- Dzięki, Remus! – warknęły dwie wersje Łapy – Super!
Po prostu świetnie!
- Ty zawsze lubiłeś się wpakować kłopoty i jesteś w
gorącej wodzie kąpany! – odparowali starszy i młodszy Lunatyk.
- Ale nigdy bym nie zdradził Jamesa i Lily, głupolu! –
krzyknęli obaj starsi Blackowie.
- USPOKÓJCIE SIĘ OBAJ! NATYCHMIAST! – ryknęły
Victoire i Daphne, że obaj podskoczyli. I kiedy zobaczyli wściekłe córki –
Jesteście braćmi, prawda?
- Przepraszam, córeczko, będziemy już grzeczni –
mruknęli – Jesteś taka sama jak twoja matka.
- Jestem z tego dumna, tatusiu – odparły blondynki,
odrzucając włosy do tyłu. Fleur, Nimfadora oraz dwie wersje Marlene chichotały
i przytuliły swoje córki do siebie.
- A teraz lepiej już idź, Harry, robi się późno –
Harry opuścił klasę, powędrował pustym korytarzem, skręcił za jego róg, a potem
zobaczył jakąś zbroję i przysiadł na jej cokole, żeby dokończyć czekoladę i
pomyśleć. Żałował, że wspomniał o Blacku, bo Lupin najwyraźniej unikat tego
tematu. A potem znowu pomyślał o swoich rodzicach...
- Dziękuję Molly, że Harry... – zaczęła ruda. Miała
łzy w oczach.
- Harry jest członkiem rodziny, Lily – oznajmiła ruda
z piegami i przytuliła swoją bratową.
Poczuł się okropnie zmęczony i dziwnie pusty, choć
zjadł już tyle czekolady. Straszne było słyszeć w swojej głowie przedśmiertne
krzyki rodziców, a jednak... Przecież ich nie znał, nie pamiętał, bo stracił ich,
gdy był niemowlęciem, więc dopiero teraz, w tych strasznych momentach, po raz
pierwszy usłyszał ich głosy... I natychmiast odrzucił od siebie tę myśl. Nie
uda mu się wyczarować patronusa, jeśli będzie półświadomie pragnął znowu
usłyszeć matkę i ojca.
- Oni nie żyją – powiedział sobie stanowczo – Umarli i
słuchanie echa ich głosów nie przywróci im życia.
Lily tak przytuliła syna, że ten jęknął z bólu, bo
chciała go mocno przytulić, ale nie zdawała sobie sprawy, że go dusi.
- Mamo... puść... mnie... nie... mogę... oddychać! –
jęczał Harry.
- Lily puść go, bo go udusisz! – krzyknął Regulus.
Lily puściła syna.
- Czy wszystkie matki są takie, że chcą udusić przy
przytulaniu synów? – spytał Harry, który czuł, że jest cały połamany.
- Tak – odparli synowie, a matki zarumieniły się.
- Lepiej weź się w garść, Harry, jeśli chcesz zdobyć
puchar – Wstał, włożył do ust ostatni kawałek czekolady i powędrował z powrotem
do wieży Gryffindoru.
***
Krukoni zagrali ze Ślizgonami w tydzień po rozpoczęciu
semestru. Ślizgoni zwyciężyli, choć nieznaczną liczbą punktów. Wood uznał to za
dobrą okoliczność dla Gryfonów, bo jeśli wygrają z Krukonami, zajmą drugie
miejsce w tabeli. Dlatego zwiększył liczbę treningów do pięciu na tydzień.
Oznaczało to, że Harry, który prócz tego ćwiczył jeszcze z Lupinem Zaklęcie
Patronusa (jedna sesja była bardziej wyczerpująca niż sześć treningów
quidditcha).
- Ten twój patronus jest imponujący, Harry – oznajmił
Colin I.
- Dzięki, szwagier – stwierdził Harry.
- Harry – zaczęła słodkim głosem Jessica i wymieniła
spojrzenia z Nicolą.
- Tak?
- Jako że jestem twoją ulubioną siostrzyczką, nauczysz
mnie Zaklęcia Patronusa?
- Ciotka, nie wiem, czy jesteś godna – rzekł James II.
- Zaprawdę powiadam ci, James jestem godna –
odpowiedziała Jessica i wywróciła oczami.
Miał tylko jeden wieczór w tygodniu na odrabianie
lekcji. Mimo to nie zamęczał się tak jak Hermiona, której napięty do granic
możliwości plan zajęć zaczął wreszcie dawać się we znaki. Co wieczór widywano
ją w kącie pokoju wspólnego przy kilku stolikach zawalonych książkami, kartami
numerologicznymi, słownikami runów, tabelami ukazującymi zdolność mugoli do
podnoszenia ciężarów i stosami notatek. Nie odzywała się do nikogo i warczała,
kiedy ją ktoś zagadnął.
- Wzięłam sobie za dużo – mruknęła Hermiona.
- Mamo, Rose, która jest ambitna, ale też dba o swoje
zdrowie – oznajmił Scorpius.
- Widzisz, kochanie, Scorpius ma rację – odezwał się
Ron – Dobrze, że późnej się opamiętałaś, Hermiono. Nie rób takiej miny –
powiedział, widząc Hermionę, która popatrzyła na niego z założonymi rękoma.
Pogłaskał ją po policzku, a jego wzrok był czuły. Przytulił ją, a Hermiona
westchnęła i wtuliła się w tors swojego męża – Kocham cię, Lady Weasley.
- Ja też cię kocham, Lordzie Weasley – rzekła Hermiona
i pogłaskała go po policzku, po czym pocałowała go w policzek.
- To mon-Ron powinien mnie tak przytulać! – warknęła
Lavender – I tak całować!
- Nie, Lavender, to Hermiona jest odpowiednią
kobietą dla mojego syna, Rona – odezwały się Molly, a Hermiona rzuciła się na
szyję Molly I i się wtuliła – Zawsze będzie dla niego odpowiednia i nic z tym
nie zrobisz, na zawsze będzie Weasley'em, a ja mam córkę.
- Mamusia ma rację, Lavender nic nie możesz zrobić –
rzekła pani Weasley uśmiechem na twarzy – i zawsze będę twoją córką, mamusiu.
- Więc myślimy o tym samym, kochanie – powiedziała Lady Weasley i pocałowała ją w czoło, a Hermiona westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w swoją drugą mamę jeszcze bardziej.
- Na szczęście dla nas, że nie musimy na to patrzeć – odparł Hugo wycierając pot z czoła. Hermiona popatrzyła na Lavender z wyższością.
- Jak ona to robi? – mruknął pewnego wieczoru Ron do
Harry'ego, kiedy ten męczył się nad wyjątkowo paskudnym wypracowaniem na temat
niewykrywalnych trucizn.
- Tajemnica zawodowa, Ronaldzie – odezwała się pani
Weasley i uśmiechnęła się delikatnie.
Harry podniósł głowę i spojrzał w jej stronę. Hermionę
ledwo było widać zza stosu książek.
- Co robi?
- No, zalicza, te wszystkie przedmioty! Dziś rano
słyszałem, jak rozmawiała z profesor Vector, tą czarownicą od Numerologii.
Rozmawiały o wczorajszej lekcji, a przecież Hermiony nie mogło na niej być, bo
siedziała z nami na Opiece Nad Magicznymi Stworzeniami! Ernie MacMillan
przysięgał, że nie opuściła żadnej lekcji Mugoloznawstwa, a przecież polowa
tych lekcji odbywa się w tym samym czasie co wróżbiarstwo, na które zawsze z
nami chodzi!
- Kocham ten pierścień z rodu Weasley'ów oraz tę
obrączkę ślubną i to znamię na szyi, a i te ubrania oraz szpilki. Kocham
chodzić szpilkach – mówiła Hermiona, próbując zmienić temat.
- Nie zmieniaj tematu, córciu, tylko powiedz, jak to
zrobiłaś? – spytała młodsza Molly.
- Wszystko będzie opisane, mamusiu – powiedziała
Hermiona promiennie.
- Czyli nie powiesz mamusi?
- Nie, mamuś, bo wtedy nie będzie niespodzianki –
odparła, kręcąc głową – a zapomniałam dodać, że uwielbiam i kocham być waszą
córeczką – dodała do państwa Weasley. Molly tak się wzruszyła, że przytuliła ją
mocno do siebie.
- Ja też kocham mieć taką córcię, jak ty –
oświadczyła, całując ją w czoło. Hermiona wtuliła się w matkę i westchnęła
zadowolonym głosem.
Harry nie miał czasu, żeby zastanawiać się nad
tajemnicą niemożliwego do zrealizowania planu zajęć Hermiony, bo chciał
wreszcie skończyć wypracowanie dla Snape'a. W chwilę później znowu mu jednak w
tym przeszkodzono. Tym razem był to Wood.
- Złe wiadomości, Harry. Właśnie rozmawiałem z
profesor McGonagall na temat Błyskawicy. Trochę się na mnie wściekła.
- Niech zgadnę: wścieka się bardzo? – spytał Louis.
- Tak, a ja chciałem tylko odzyskać Błyskawicę!
- Jeśli chodzi o Quidditch jesteś męczący – oznajmiła
Katie, patrząc na Oliviera.
- Całe szczęście brałem quidditcha, bo tata nie dałby
mi żyć – stwierdził Louis i uśmiechnął się do Oliviera, a Samanta chichotała.
- Olivier! – zawołała Katie.
- Ja nic nie zrobiłem, a mogę zrobić tobie...?
- Co takiego?
- Mogę sprawić, że poczujesz się, jak Niebie –
powiedział jej do ucha, a Katie zrobiło się gorąco.
- Jestem za panie Wood – odezwała się podniecona pani
Wood, machając rękami robiąc wiatr.
- Ktoś tu miał i będzie miał upojna noc – powiedziała
niewinnie Angelina, a Katie zarumieniła się jeszcze bardziej. Fred, George i
Lee gwizdnęli, patrząc na parę.
- Powiedziała, że mam w głowie poprzestawiane, że
bardziej mi zależy na zdobyciu pucharu niż na twoim życiu. A wszystko dlatego,
bo powiedziałem jej, że nie obchodzi mnie, czy spadniesz z miotły, bylebyś
pierwszy złapał znicza.
- Olivier/Tatusiu/Wujku Olivierze! – zawołały kobiety
i dziewczyny z niedowierzaniem.
- Pokręcił głową z niedowierzaniem –
Mówię ci, naskoczyła na mnie, jakbym... jakbym powiedział coś okropnego. Potem
ją spytałem, jak długo ma zamiar trzymać Błyskawicę...
- Tak długo, jak to będzie
konieczne, Wood – odpowiedziała Minerwa rozbawionym głosem. Wood jęknął, a większość
ludzi parsknęła śmiechem.
- Skrzywił się i powiedział surowym tonem profesor
McGonagall: - "Tak długo, jak to będzie konieczne, Wood"...
- Wiesz, że byłeś męczący – rzekła profesorka
Transmutacji.
- Myślę, że już czas, żebyś zamówił nową miotłę, Harry.
Na ostatniej stronie tego poradnika Jak wybrać miotłę jest kupon...
możesz zamówić Nimbusa Dwa Tysiące Jeden, takiego samego, jakiego dostał
Malfoy.
- Nie kupię niczego, co Malfoy uważa za dobre –
odrzekł sucho Harry.
- Wtedy nie wiedziałem, że moja chrześnica wyjdzie za
mąż za syna białej fretki.
- Scorpiusie, a Draco twoich czasach jest Fretką czy
niestety człowiekiem? – zapytał Ron. Gdy to powiedział, większość ludzi ryknęła
śmiechem. Draco chciał go zamordować.
- Niestety człowiekiem, tato – odparł ze śmiechem
Scorpius.
- Szkoda, miałem nadzieję, że będzie Fretką – mruknął
Ron.
- Weasley, zamknij się! – warknął Draco.
- Tatusiu, nie wolno brzydko mówić – rzekła Rose i
pogroziła palcem w stronę Draco – i tak będę zwracała się do tatusia per "tatuś"
albo "tatusiu" i nic nie może tatuś z tym zrobić, bo jak już mówiłam
Scorpius i ja jesteśmy jednością – i przyjechała palcami po znaku i westchnęła
zadowolonym głosem. Następnie wtuliła się w swojego Scorpiusa, a ten pocałował
ją w czoło.
Minął styczeń, zaczął się luty, a pogoda nadal była
pod psem. Termin meczu z Krukonami zbliżał się coraz bardziej, a Harry wciąż
nie zamawiał nowej miotły. Teraz po każdej lekcji transmutacji pytał profesor
McGonagall o Błyskawicę, podczas gdy Ron stał za nim, z nadzieją oczekując
odpowiedzi, a Hermiona przechodziła obok z twarzą odwróconą do ściany.
- Ech, te kobiece humory – mruknął Patrick.
- Nie, Potter, jeszcze nie możemy oddać ci miotły –
powiedziała profesor McGonagall za dwunastym razem, zanim otworzył usta –
Sprawdziliśmy ją już pod kątem najczęściej spotykanych zaklęć, ale profesor
Flitwick uważa, że może być zarażona Urokiem Narowistości. Powiadomię cię, jak
zakończymy testy. I przestań mnie już męczyć.
- Pani profesor, powinna pani sobie to nagrać i mu
odtwarzać – powiedzieli rozbawieni Frank I.
Na domiar złego ćwiczenia obronne z profesorem Lupinem
też nie przebiegały tak pomyślnie, jakby sobie tego życzył. Po kilkunastu
sesjach potrafił wyczarować niewyraźny srebrny cień za każdym razem, gdy bogin
zamieniał się w dementora, ale jego patronus wciąż był zbyt słaby, by dementora
odpędzić. Półprzeźroczysty, srebrzysty obłoczek unosił się między nim a
boginem-dementorem, a Harry zużywał całą energię, by go tam utrzymać. Był na
siebie zły, bo oskarżał się o skryte pragnienie usłyszenia głosu rodziców.
- Za wiele od siebie wymagasz – oświadczył surowo
starszy Lunatyk – i osiągnąłeś wtedy bardzo dużo.
- Bo miałem świetnego nauczyciela – powiedział Harry.
- Za wiele od siebie wymagasz – oświadczył surowo profesor
Lupin w czwartym tygodniu ćwiczeń – Dla trzynastoletniego czarodzieja nawet
niezbyt wyraźny patronus to bardzo duże osiągnięcie. I już nie mdlejesz,
prawda?
- Myślałem, że patronus przepędzi dementorów... albo
coś w tym rodzaju. Sprawi, że znikną... ja wiem...
- Prawdziwy patronus rzeczywiście to sprawia –
powiedział Lupin – Pamiętaj jednak, że osiągnąłeś bardzo dużo w bardzo krótkim
czasie. Jeśli dementorzy pojawią się na następnym meczu, będziesz w stanie
bronić się przed ich zgubnym wpływem dostatecznie długo, by wrócić na ziemię.
- Mówił pan, że to trudniejsze, kiedy jest ich więcej.
- Wierzę w ciebie, Harry – rzekł Lupin z uśmiechem –
Masz... zasłużyłeś na coś do picia. Coś z Trzech Mioteł, jeszcze tego nie
próbowałeś... – Wyciągnął z nesesera dwie butelki.
- Kremowe piwo! – zawołał Harry, nie zastanawiając
się, co mówi – O, tak, bardzo je lubię! – Lupin uniósł brwi.
- No... bo Ron i Hermiona przynieśli mi trochę z
Hogsmeade – skłamał szybko Harry.
- Proszę ukarać Pottera! – warknęła Umbridge.
- Nie – odparła Minne – Jak chcesz to ciebie mogę
ukarać za bycie Ropuchą. A widzisz te dziewczyny? One mogą cię zabić, że
grozisz mojemu wychowankowi.
- Dolores byłaś bardzo niegrzeczną dziewczynką, a
skoro byłaś niegrzeczną dziewczynką należy ci się kara – powiedziała słodkim
głosem Lily II.
- Może wtedy oduczysz się grożeniem
mojemu tatusiowi – dodała Olivia i założyła ręce.
- Ach, tak – rzekł Lupin, choć nadal przyglądał mu się
podejrzliwie – No, wypijmy za wygraną Gryfonów! Oczywiście jako nauczyciel nie
kibicuję żadnej drużynie – dodał szybko.
- Ale kłamiesz, Remus! – parsknęli śmiechem Łapa i
Rogacz.
Popijali kremowe piwo w milczeniu, aż w końcu Harry
zdobył się na zapytanie o coś, nad czym zastanawiał się od dłuższego czasu.
- Co jest pod kapturem dementora? – Profesor Lupin
opuścił butelkę.
- Hm... no cóż, ci, którzy znają odpowiedź na to
pytanie, nie są w stanie nam tego powiedzieć. Bo, widzisz, dementor zrzuca
kaptur tylko wtedy, kiedy sięga po swoją ostateczną i najgroźniejszą broń.
- Co to takiego?
- Nazywają to Pocałunkiem Dementora – powiedział
Lupin, krzywiąc się lekko.
- Coś podobnego to pocałunku Ropuchy – stwierdził Fred
II, krzywiąc się.
- Dementorzy stosują to wobec tych, których pragną
zniszczyć. Przypuszczam, że pod kapturem musi być coś w rodzaju ust, bo
przywierają do warg ofiary i... wysysają z niej duszę.
- Tak podobnie działa pocałunek Ropuchy –
oznajmił George II.
- Wiesz, co, Dolores nie mam ochoty cię całować – rzekł Filius – bo wiesz jeszcze chcę pożyć – a Dolores wychodziła z siebie.
- No, chyba że Kordek chce cię pocałować? – spytał
Teddy.
Harry zakrztusił się i wypluł trochę kremowego piwa.
- Co?... Zabijają?...
- Och, nie. O wiele gorzej. Widzisz, można istnieć bez
duszy, jak długo działa mózg i serce. Ale nie ma się świadomości samego siebie,
żadnych wspomnień... nic. I nie ma żadnej szansy na ozdrowienie. Po prostu
się... istnieje i tyle. Jak pusta muszla. A duszy nie ma... jest stracona na
zawsze.
- O mój Merlinie! – zawołały dziewczyny i kobiety przestraszone.
Wypił nieco kremowego piwa i dodał:
- Taki właśnie los czeka Syriusza Blacka. Piszą o tym
w dzisiejszym "Proroku Codziennym". Ministerstwo dało na to
dementorom pozwolenie, jeśli go dopadną – Harry milczał, oszołomiony tym, co
usłyszał. Dusza wysysana przez usta... A potem pomyślał o Blacku.
- Zasługuje na to – powiedział nagle.
- Przestań tak mówić! – warknęły córki i wnuczki Łapy
– bo strzelę cię zaklęciami i będziesz jęczeć z bólu!
- Ja wtedy nie wiedziałem! – krzyknął obronnie Harry.
- Synku Syriusz nie zdradził nas – powiedziała ze
łzami w oczach starsza Lily.
- Tak myślisz? – zapytał Lupin – Naprawdę myślisz, że
ktokolwiek na to zasługuje?
- Tak – odrzekł Harry buntowniczym tonem – Za... za
pewne rzeczy... – Miał wielką ochotę opowiedzieć Lupinowi o rozmowie
podsłuchanej w Trzech Miotłach, ale wówczas wydałoby się, że odwiedził
Hogsmeade bez pozwolenia, a wiedział, że Lupin nie byłby tym zachwycony.
- Remus by ci po groził palcem, Harry – stwierdziła
Nimfadora.
- Żebym ja nie po groził tobie, Nimfadora – odparł
starszy Remus.
- Nie mów do mnie... – zaczęła wściekła Nimfadora, ale
nie skończyła, bo westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w męża jeszcze
bardziej, bo pocałował ją w znak na szyi.
- Tak bardzo cię kocham, Nimfadora – oznajmił starszy
Remus, tuląc ją do siebie.
- Ja Ciebie też kocham, Lupin. Nawet nie wiesz, jak
bardzo cię kocham – mruknęła pani Lupin, wtulając się w męża jeszcze bardziej,
nawet się nie wściekała, że nazwał ją jej imieniem.
- Teddy popatrz, jak tatuś przytula mamusie z takim
uczuciem – powiedziała Victoire do męża.
Wypił więc do końca kremowe piwo, podziękował Lupinowi
i opuścił klasę Historii Magii. Wkrótce pożałował, że zapytał, co kryje się pod
kapturem dementora, bo odpowiedź była tak przerażająca, a on sam tak pogrążony
w posępnych myślach, że w połowie schodów wpadł na profesor McGonagall...
- Uważaj, jak idziesz, Potter!
- Przepraszam, pani profesor...
- Właśnie szukałam cię w Gryffindorze.
- A ja byłem u wujka Remusa na piwie – oznajmił Harry.
- Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy i wygląda na
to, że twoja miotła jest w porządku... Musisz mieć jakiegoś bardzo dobrego
przyjaciela, Potter...
Harry i Łapa wymienili spojrzenia i uśmiechy.
Harry nie posiadał się ze szczęścia. Profesor McGonagall
trzymała w ręku jego Błyskawicę, która wyglądała tak wspaniale jak zawsze.
- I dostanę ją z powrotem? – wyjąkał – Poważnie?
- Poważnie – odpowiedziała profesor McGonagall i
naprawdę się uśmiechnęła.
- Czy to takie dziwne, że mam uczucia i emocje? –
powiedziała Minerwa - Nie jestem robotem.
- Chyba powinieneś oswoić się z nią przed sobotnim
meczem, co? I... Potter, postaraj się wygrać, dobrze? Bo byłby to już ósmy rok
z rzędu bez pucharu dla Gryfonów, o czym profesor Snape był łaskaw przypomnieć
mi wczoraj wieczorem...
Niektórzy Ślizgoni uśmiechnęli się szyderczo.
Harry, oniemiały, wziął Błyskawicę i ruszył schodami
na górę. Kiedy minął załamanie korytarza, zobaczył biegnącego ku niemu Rona,
roześmianego od ucha do ucha.
- Oddała ci? Wspaniale! Słuchaj, dasz mi się
przelecieć? Jutro?
- Ja chcę, żebyś przeleciał mnie dzisiaj – wyszeptała
Hermiona mu do ucha podnieconym i erotycznym głosem – Lordzie mogę na ciebie
liczyć, żeby twoja Lady była szczęśliwa i zadowolona?
- Kim jesteś, co zrobiłeś z Hermioną Granger? – palnął
Ron.
- Nie chcesz, żebym była szczęśliwa? – miała łzy w
oczach i smutną minę.
- Oczywiście, że chcę – powiedział Ron i przytulił ją
do siebie, a ona pocałowała go namiętnie w policzek, mając iskierki w oczach.
- Jasne... Kiedy tylko zechcesz... - odpowiedział
Harry, czując w sercu lekkość, jakiej nie czuł od miesiąca. - Wiesz, co...
powinniśmy się pogodzić z Hermioną. Przecież chciała dobrze...
- W porządku.
- Tylko tyle?! – warknęła Hermiona na męża – W
porządku?
- Proszę o wybaczenie, moja Lady – powiedział – Lady
Hermiono, miłościwej panującej, oby żyła wiecznie, Afrodyty – Hermiona
zarumieniła się mocno. Hugo i Scorpius patrzyli na swojego ojca z
niedowierzaniem, tak samo, jak większość ludzi na sali. Po chwili Łapa parsknął
śmiechem, a za nim poszli jego bracia, siostrzeńcy i bratankowie. Lavender
prychnęła głośno.
- Afrodyta była piękna, a Hermiona jest zwyczajna –
oznajmiła Lavender i popatrzyła na Hermionę z wyższością – Nie to, co ja. Ja
jestem piękna.
- Tak, tak – mruknął Hugo.
- Ja jestem innego zdania, Lavender – stwierdził Ron,
patrząc na Hermionę z iskierkami miłości.
- Mój ty rycerzu – oznajmiła pani Weasley erotycznym
głosem.
- Jest teraz w pokoju wspólnym... uczy się, dla
odmiany... – Skręcili w korytarz do wieży Gryffindoru i zobaczyli Neville'a
Longbottoma targującego się z Sir Cadoganem, który najwyraźniej nie chciał go
wpuścić.
- Zapisałem je – mówił Neville przez łzy – ale
musiałem gdzieś zapodziać!
- Neville! – jęknęli rodzice. Neville zarumienił się.
- Longbottom, jak ty zostałeś profesorem? – spytał
Zachariasz z niedowierzaniem.
- A ty, fajnie było być osłem? – spytał ciekawy Frank
II – Jak chcesz mogę zrobić to ponownie z radością.
- Banialuki! – ryknął Sir Cadogan i w tym momencie
dostrzegł Harry'ego i Rona – Witajcie, moi młodzi druhowie! Połechtajcie tego
młokosa żelazem, próbuje bezczelnie wedrzeć się do środka!
- Zamknij się! – warknęła rodzina Longbottomów.
- Och, przymknij się – rzekł Ron, kiedy stanęli obok
Neville'a.
- Zgubiłem hasła! – jęknął Neville – Namówiłem go,
żeby mi powiedział, jakie hasła będą obowiązywać w tym tygodniu, bo wciąż je
zmienia, a teraz nie wiem, co zrobiłem z tą listą!
- Tatusiu – mruknęła Alicja II.
- Olabogarety – powiedział Ron do Sir
Cadogana, który zrobił bardzo zawiedzioną minę i niechętnie odsłonił dziurę,
aby ich wpuścić do wspólnego pokoju. Kiedy weszli, powitał ich szmer
podnieconych głosów i wszystkie głowy zwróciły się w ich stronę. Po chwili
wokół Harry'ego zrobiło się tłoczno: każdy chciał z bliska obejrzeć Błyskawicę.
- Skąd ją masz, Harry?
- Dasz się przelecieć?
Kilka osób spojrzało na Seamusa.
- Dla mnie to zabrzmiało dwuznacznie - powiedział
Frank II. Ci, którzy byli gejami zarumienili się. Susan popatrzyła w oczy
Seamusa i wyszeptała mu do ucha podniecona:
- Panie Finnigan najpierw obowiązki małżeństwie, a
później przyjemność z Błyskawicy – a Seamus wyszczerzył się głupkowato
wystawiła mu policzek, a ten ją pocałował,
- Latałeś już na niej, Harry?
- Krukoni są bez szans, wszyscy mają Zmiatacze Siódemki!
- Tylko ją potrzymam, co, Harry? – Błyskawica przechodziła z rąk do rąk wśród okrzyków zachwytu, podziwiana ze wszystkich stron. Po dziesięciu minutach tłum się rozszedł, a Harry i Ron zobaczyli Hermionę – jedyną osobę, która do nich nie podbiegła – pochyloną nad książką i wyraźnie unikającą ich spojrzeń.
- Obraziła się – powiedział Fay.
Podeszli do jej stolika i w końcu podniosła głowę.
- No widzisz, Hermiono? Okazało się, że wszystko jest w porządku! – zawołał triumfalnie Ron.
- No... ale mogło nie być! – odpowiedziała Hermiona – W każdym razie teraz już wiesz, że jest
bezpieczna!
- Taak, myślę, że tak. Lepiej zaniosę ją do sypialni...
- Ja ją zaniosę! – powiedział szybko Ron – I tak muszę dać Parszywkowi lekarstwo.
- Teraz to bym dał truciznę! – warknął Ron i przytulił do siebie Hermionę.
- To jest zwykły szczur. Jak możesz dać biednemu truciznę? – zapytała zszokowana Lisa.
- Dowiesz się na końcu książki – odparła Hermiona.
Ujął miotłę delikatnie, jakby była z kruchego szkła i
zniknął na schodach prowadzących do dormitorium chłopców.
- Mogę usiąść? – zapytał Harry.
- No chyba – odpowiedziała Hermiona, zdejmując stos
pergaminu z krzesła. Harry spojrzał na zawalony książkami stół, na długie
wypracowanie z Numerologii,
Profesor Numerologii uśmiechnęła się delikatnie.
połyskujące świeżym atramentem, na jeszcze dłuższe
wypracowanie z Mugoloznawstwa ("Wyjaśnij, dlaczego mugole nie mogą się
obejść bez elektryczności")
- Dlaczego nie mogą obejść się bez elektryczności? –
spytały podniecone dwie wersje Artura.
i na tłumaczenie runów, które Hermiona właśnie robiła.
- Jak ci się udaje to wszystko zaliczać? – zapytał.
- No, wiesz... ciężko pracuję.
- Wiem, że jesteś ambitna, ale nie możesz się tak
przemęczać – rzekła młodsza Molly.
Dopiero teraz Harry spostrzegł, że Hermiona wygląda na
prawie tak zmęczoną jak Lupin.
- Przecież możesz po prostu zrezygnować z paru
przedmiotów – powiedział Harry, obserwując, jak grzebie wśród książek, szukając
słownika runów.
- No wiesz! Nigdy w życiu! – Hermiona zrobiła
zgorszoną minę.
- Kochaniutka, Harry ma rację, najważniejsze jest
zdrowie – oznajmiła starsza Molly.
- Ta Numerologia wygląda okropnie – zauważył Harry,
biorąc do ręki jakąś wyjątkowo skomplikowaną tabelę z cyframi.
- Och, nie, jest super! – zawołały Hermiona, Emilly i
Rose – To jest mój ulubiony przedmiot! – i popatrzyły na siebie i pisnęły.
Córki przytuliły się o matki.
- Wiecie co, jesteście nienormalne – stwierdzili Ron, Hugo i
Scorpius. Te popatrzyły na nich morderczym wzrokiem. Założyły ręce i zrobiły
pozę Molly Weasley.
- Macie jakiś problem? – zapytały. Ci przełknęli
ślinę.
- Och, nie, jest super! – zawołała Hermiona – To mój
ulubiony przedmiot! Jest... – Ale Harry nigdy się nie dowiedział, dlaczego
Numerologia jest tak wspaniała. W tym samym momencie ze schodów wiodących do
sypialni chłopców dobiegł zduszony okrzyk.
- Co się stało? – spytała Lily II.
We wspólnym pokoju zrobiło się cicho, wszyscy zamarli,
wpatrując się w wejście na klatkę schodową. Usłyszeli pospieszne kroki, coraz
głośniejsze i głośniejsze, i po chwili pojawił się Ron, wlokąc za sobą
prześcieradło.
- Weasley, po co Ci prześcieradło? – zapytał się Lucek
z drwiną.
- Jak to być Roszpunką? Fajnie? – odparowała Emilly.
- Ty mała smarkulo! – warknął Lucek.
- Ty blond idioto! – krzyknęła Emilly.
- PATRZ! – ryknął, podchodząc do stolika Hermiony –
PATRZ! – Podsunął jej prześcieradło pod nos.
- Ron, co to...?
- PARSZYWEK! PATRZ! PARSZYWEK!
- Czyli kot zjadł Parszywka – odezwała się Parvati.
Hermiona cofnęła się gwałtownie z przerażoną miną.
Harry spojrzał na prześcieradło i zobaczył jakieś czerwone plamy. Straszne
plamy, wyglądające jak... – KREW! – krzyknął Ron w głuchej ciszy – A JEGO NIE
MA! I WIESZ, CO ZNALAZŁEM NA PODŁODZE?
- N-nie – wyjąkała Hermiona.
- Sierść kota – mruknęła Hermiona.
- Przepraszam, że na Ciebie nakrzyczałem i Cie
zraniłem – rzekł Ron.
- Przytul mnie – odezwała się Hermiona, a Ron ją
przytulił i pocałował w czoło. Westchnęła zadowolona – a teraz mnie pocałuj w
usta – Ron zrobił, co kazała – przeprosiny przyjęte – i wtuliła się w męża.
Ron rzucił coś na jej tłumaczenie runów. Hermiona i
Harry pochylili się, żeby to zobaczyć. Na pergaminie, pokrytym rzędami
dziwacznych, krzaczastych znaków, leżało kilka długich, brązowożółtych włosów.
Nie ulegało wątpliwości, że są to włosy kota.
- Koniec rozdziału – powiedział Rolf.