sobota, 24 lutego 2024

Rozdział 2 Czara

 

Kolejny rozdział czytała Flora

Rozdział drugi

Blizna

- Co jest bliznowaty? – spytał Draco.

- Draco! – warknęła Astoria.

- Siedź na moim kolanach, pani Malfoy – mruknął Draco innym głosem do jej ucha, który działał na wyobraźnię Astorii.

- A dlaczego mam siedzieć na twoim kolanach? – spytała zmysłowym głosem.

- Bo jesteś moja, skarbie.

- Hmm? – zastanawiała się pani Malfoy, a ten pocałował jej szyję – Przekonałeś mnie – i wtuliła się w blondyna. Westchnęła zadowolonym głosem.

- Dracuś! – zawołała Pansy – Niech ta wywłoka zejdzie ci z kolan!

- Nie wolno Lordowi Malfoy'owi przeszkadzać, kiedy opiekuje się swoją lady Malfoy, Parkinson! – skarciła jej zachowanie starsza Narcyza i pogroziła jej palcem – i z tego co wiem nie jesteś lady Malfoy, skarbeńku, więc bądź grzeczną dziewczynką i nie wychodź przed szereg! – Pansy patrzyła na marchiate rodu Malfoy jadowicie, a kiedy Astoria zachichotała głośnym słodkim głosem odrzuciła teatralne włosy do tyłu, a Pansy miała ochotę ją zamordować.

- Mamusiu ta pani krzywo na mnie patrzy! – poskarżyła się pani Malfoy do starszej pani Malfoy, wskazując na Pansy, a jej matka popatrzyła zimnym wzrokiem na Parkinson.

- Córeczko zignoruj tę kobietę – stwierdziła młodsza Cyzia.

Harry leżał na plecach, oddychając z trudem, jakby się zadyszał po biegu. Przebudził się z bardzo realistycznego snu, z dłońmi przyciśniętymi do twarzy.

- To nie był sen – oznajmił Harry.

Stara blizna na czole, o kształcie błyskawicy, paliła go tak, jakby ktoś przed chwilą przyłożył mu do czoła rozgrzany do białości pręt.

Ginny pocałowała go w tą bliznę i go mocno przytuliła.

Usiadł, wciąż dotykając jedną ręką blizny, a drugą sięgając w ciemności po okulary leżące na szafce przy łóżku. Założył je i zobaczył wyraźniej sypialnię, oświetloną mglistym, pomarańczowym blaskiem ulicznej latarni, sączącym się przez zasłony.

- Wadę wzroku odziedziczyłeś po tatusiu – powiedziały Ginny, dwie wersje Lily I, Olivia i Amelia II do swojego męża.

- A ja uwielbiam mieć piękną rudowłosą żonę, jak moja mamusia – powiedzieli dwie wersje Rogacza, Harry ,Albus II i James II.

Jeszcze raz pomacał bliznę. Wciąż czuł ból. Zapaliwszy lampkę, wygramolił się z łóżka, przeszedł przez pokój, otworzył szafę i zerknął w lustro na wewnętrznej stronie drzwi. Zobaczył chudego, czternastoletniego chłopca o zdziwionych, jasnozielonych oczach, spoglądających na niego spod rozczochranej czarnej czupryny. Przyjrzał się uważnie bliźnie w kształcie błyskawicy. Wyglądała tak jak zawsze, ale wciąż piekła.

Ginny wstała z kolan i oznajmiła.

- Skarbie wstań na chwilkę – Harry wstał. Był wyższy od Ginny o 10 cm i wyrobił sobie mięśnie od grania Quidditcha, że niektóre dziewczyny patrzyły na niego rozmarzonym wzrokiem.

- Ja widzę niezwykłego, najseksowniejszego, najprzystojniejszego i najpotężniejszego czarodzieja, w którym jestem zakochana po uszy, a twoje usta są takie gorące! – mówiła podniecona Ginny, bo jej głos był podniecony i przytuliła się do Harry'ego mocno i westchnęła zadowolonym głosem, bo poczuła się bezpiecznie w ramionach swojego męża. Złapał dwoma rękami za jej głowę i pocałował ją namiętnie w usta. Ginny wzdychała zadowolonym głosem, kiedy się oderwała od ust Harry'ego. Miała iskierki w oczach, a minę miała rozmarzoną synowie wywrócili oczami.

- Nic się nie zmieniliście! – usłyszeli głos Albusa II.

- W przyszłości jesteś tak samo zakochana w tacie, jak w tej chwili – oznajmił James II.

- Kochana, ale Ginny i Harry są w sobie zakochani – powiedziały dwie wersje Narcyzy do dwóch wersji Molly z uśmiechem na twarzy.

- Kochanieńka, mam przeczucie, że Astoria zrobi z Draco prawdziwego dżentelmena i będzie wiedział, jak ma się zwracać się do damy – odezwały się dwie wersje Molly do pani Malfoy.

- Mam taką nadzieję skarbie... Nazwałaś mnie per "kochanieńka" – powiedziały wzruszone starsza i młodsza Narcyza. Obie Molly rozłożyły ręce, a te, nie wiele pytając wtuliły się w rudowłosą kobietę i westchnęły zadowolonym głosem wtulając się w Molly jeszcze bardziej. Obie miały wysokie obcasy na nogach i ubrania od Victoire i Domique – Kocham cię bardzo mocno, siostrzyczko.

- Ja ciebie też kocham, skarbie – oznajmiły dwie wersje pani Weasley. Rudowłosa popatrzyła na blondynkę i rzekła – Jesteśmy siostrami. Rozumiemy się? – jej głos był teraz nieznoszący sprzeciwu.

- Tak, siostro – mruknęły pani Malfoy w dwóch wersjach posłuszne.

- Grzeczna dziewczynka – powiedziały pani Weasley z miłością w głosie i dalej tuliła swoją młodszą siostrę do swojej piersi. Dwie wersje Lucka patrzyli na to w szoku, jak blondynka z uśmiechem na twarzy i zamkniętymi oczami tuliła się do piersi zdrajcy krwi – Moja siostrzyczka – i pocałowała ją w czoło, wyrażając siostrzane uczucie, jakie do niej żywiła. Cyzia westchnęła zadowolonym głosem, a Molly patrzyła na męża Cyzii szyderczym wzrokiem i uśmiechem doprowadzać do Lucka do szału – Wiesz, że chciałam mieć młodszą siostrę i teraz ty nią jesteś, kochanie? Mam też inne siostry: Lily, Marlene, Dorcas, Mary, Amelię, Andromedę, Alison oraz starsze Caroline i Euphemię.

- Tak! – krzyknęły wymienione kobiety.

- Spróbuj tylko dotknąć moją rudowłosą starszą siostrzyczkę, a tak ci wykręcę twoje jaja Malfoy, że będziesz mnie błagał, żebym przestała – oznajmiły lady Malfoy w dwóch wersjach słodkim głosem, kiedy oderwała się od piersi pani Weasley.

- Twoja babcia jest ostra, Scorpius – powiedział Seamus.

- Są siostrami, więc się kochają – odpowiedział Scorpius – A dziadek to kwestionuje, więc nie chcę być w jego skórze.

- Kochaneczek mówi prawdę – powiedziała starsza Molly I do Narcyzy – Prawda, siostrzyczko?

- Bo jest taki mądry, siostrzyczko – odpowiedziała starsza Narcyza przesadnie szczęśliwa – po swojej mamusi – Astoria uśmiechnęła się szeroko do Lady Malfoy, która siedziała na kolanach Draco.

Harry spróbował sobie przypomnieć, o czym śnił, zanim się przebudził. To było takie żywe, takie realne... Dwaj znajomi ludzie i jeden, którego nie znał... Zmarszczył brwi, starając się przypomnieć... Nawiedził go niewyraźny obraz jakiegoś pokoju... przypomniał sobie węża zwiniętego na dywaniku przed kominkiem...

Frank II popatrzył na ojca wymownie.

drobnego człowieczka... tak, to Peter o przezwisku Glizdogon…

- Zabije tego idiotę! Jak on śmiał skrzywdzić mojego najukochańszego tatusia! – warknęły Astoria Cassie i Daphne.

- Zabije tego idiotę! Jak on śmiał skrzywdzić mojego najukochańszego wujka Syriusza! – warknęły przyjaciółki córek Łapy.

- Zabiję tego idiotę! Jak on śmiał skrzywdzić mojego najukochańszego dziadziusia! – warknęły wnuczki Łapy.

- Ja, jako wasz najlepszy tatuś, najlepszy wujek i najlepszy dziadziuś na świecie bardzo was kocham, moje księżniczki – odparli dwie wersje Łapy do dziewczyn.

- My ciebie też kocham bardzo mocno tatusiu/wujku/dziadziusiu – odezwały się dziewczyny – Widzisz, Lucek? Tak masz się zwracać do dam i wtedy będziesz prawdziwym dżentelmenem – odezwały się, ociekając słodyczą dziewczyny do pana Malfoy’a. Blondas zrobił wściekłą minę.

i zimny, piskliwy głos... głos Lorda Voldemorta. Na samą myśl o nim Harry poczuł się tak, jakby do żołądka opadła mu bryła lodu... Zacisnął powieki, usiłując sobie przypomnieć, jak wyglądał Voldemort, ale okazało się to niemożliwe... Pamiętał tylko, że w tej samej chwili, kiedy odwrócono fotel Voldemorta i on, Harry, zobaczył, co w nim siedzi, przeszył go spazm przerażenia i obudził się... A może obudził go ten piekący ból? I kim był ten starzec?

- Mugol – mruknął James II.

Bo na pewno był tam jakiś starzec: widział, jak upada na podłogę. Ale wszystko się zacierało... Harry zasłonił twarz dłońmi, odgradzając się od sypialni, by zatrzymać pod powiekami obraz tamtego mrocznego pokoju, ale szczegóły wyciekały z jego pamięci tak szybko jak woda ze stulonych dłoni, tym szybciej, im bardziej starał się je zatrzymać... Voldemort i Glizdogon rozmawiali o kimś, kogo zabili, ale Harry nie mógł sobie przypomnieć jego imienia...

- Frank Bryce, wujku Harry – powiedziała Rose.

i planowali nowe morderstwo... ale kto miał być ofiarą?... zaraz... tak, on sam!

- Merlinie – szepnęły obie wersje Lily I i wtuliły się w syna.

Harry odjął ręce od twarzy, otworzył oczy i rozejrzał się po sypialni, jakby się spodziewał, że ujrzy coś niezwykłego. Tak się złożyło, że w tym pokoju było mnóstwo niezwykłych rzeczy. U stóp łóżka stał wielki, drewniany, otwarty kufer, w którym mieścił się kociołek, miotła, czarne szaty i kilka ksiąg z zaklęciami. Część biurka zajmowała wielka pusta klatka, w której zazwyczaj siedziała jego sowa śnieżna, Hedwiga, a pozostała część zawalona była zwojami pergaminu.

- Jak masz piękną sowę i powinieneś mieć piękną dziewczynę – oznajmiła Cho.

- Mam piękną sowę i piękną, i do tego seksowną, mądrą i mega potężną dziewczynę – rzekł Harry zdziwiony – O co ci chodzi?

- MÓWIŁAM O SOBIE! – ryknęła Cho.

- Aha, no to nie wiedziałem, ale bardzo mi przykro, Cho, ale jestem już żonaty z seksowną mądrą i mega potężną dziewczyną – i pokazał jej obrączkę ślubną.

- Do tego jest przeklęty – dodała Ginny – Potterowie kochają TYLKO naturalne rudowłose dziewczyny, a ty masz czarne włosy. Przykro mi, Cho, ale nie jesteś godna polecenia, aby zaspokoić jego potrzeby – Kiedy Harry usłyszał: "ale nie jesteś godna polecenia, aby zaspokoić jego potrzeby" opluł się wodą i zarumienił się wściekle, a Cho patrzyła na panią Potter z mordem w oczach.

- MAMO!/GINNY!/CIOCIU GINNY! – ryknęli synowie, bracia oraz Zakon braterstwa, a także męska część gości z przyszłości – NIE CHCIAŁEM TEGO SŁYSZEĆ!

Na podłodze obok łóżka leżała otwarta książka, którą czytał przed zaśnięciem. Ilustracje w książce były ruchome: pojawiali się na nich i znikali z pola widzenia ludzie w pomarańczowych szatach, śmigając na miotłach i podają sobie małą czerwoną piłkę. Harry podniósł książkę, by popatrzeć, jak jeden z czarodziejów zdobywa wspaniałego gola, przerzucając piłkę przez obręcz na słupku wysokości pięćdziesięciu stóp. Potem zatrzasnął książkę. Nawet Quidditch – według Harry’ego najlepsza gra sportowa na świecie – nie potrafił go w tym momencie oderwać od ponurych myśli. Odłożył W powietrzu z Armatami na stolik przy łóżku, podszedł do okna i rozchylił zasłony, żeby zobaczyć, co dzieje się na ulicy.

- Trafił się mam prawdziwy diament i talent w czystej postaci. Dziękuję Dracuś, że znalazłeś mi taki diament – odezwał się Oliver.

- Mamy u ciebie dług wdzięczności, Dracuś – dodała pani Wood i zachichotała, po czym wtuliła się Olivera.

- Diament, który kopie dupę Dracusia za każdym razem – powiedziała Angelina i również zachichotała słodkim głosem i przytuliła się do George'a mocno.

- Dziękujemy Dracuś za Harry'ego – powiedziała cała drużyna Gryffindoru. Draco patrzył na nich wzrokiem bazyliszka.

- Ej, nie bądźcie tacy złośliwi dla mojego kochanego Dracusia-blondaska – odpowiedziała Astoria słodkim głosem, całując go w policzek – Ja, jako twoja lady jestem przy tobie, blondasku i skoro cię bronię musisz mi ładnie podziękować, jak na Lorda przystało – i przygryzła wargi, mając iskierki w oczach, a ten pocałował ją usta, a ta westchnęła zadowolonym głosem. Kiedy oderwała się od jego ust, wtuliła się w blondyna jeszcze bardziej – Ja jako Pani Malfoy jestem taka dumna Lordzie – oznajmiła zadowolonym głosem, tuląc się do jego piersi.

- Twoje usta smakują, jak truskawki – oznajmił Draco do jej ucha – i są takie pyszne – a Astorii zrobiło się gorąco – Muszę cię naznaczyć, a wtedy nikt mi cię nie zabierze – powiedział Draco – Będziesz się nazywała Malfoy, pani Malfoy.

- Blondasku ja nazywam się Malfoy, pani Malfoy albo Lady Malfoy, bo tak powiedziała mamusia Narcyza, a ja jestem grzeczną dziewczynką i słucham to, co moja mamusia powiedziała – odezwała się pani Malfoy, całując go w policzek.

- Nie pozwolę na to! – warknęli Luckowie.

- Ty za to nie jesteś moim tatusiem, więc mam gdzieś co tam mówisz – rzekła Astoria.

- Narcyza nigdy nie będzie twoją mamusią, dziewucho! – krzyknęli Roszpunki.

- JAK ŚMIESZ MÓWIĆ TAK DO MOJEJ CÓRKI! – ryknęły wściekle lady Malfoy – ASTORIA JEST MOJĄ CÓRECZKĄ I PANIĄ MALFOY, A JA JESTEM JEJ MAMUSIĄ, ZA TO TY JESTEŚ KRETYNEM, NARCYZEM I IDIOTYCZNYM FANATYKIEM FILOZOFII CZYSTOŚCI KRWI!!! – dalej wydzierały się na męża, a później podeszły do Astorii i przyciągnęły ją do swojej piersi i przytuliły mocno – Nie słuchaj tego imbecyla i narcyza, kochanie. W ogóle, jak on śmie mówić, że nie jesteś moją córeczką. Jesteś moją najukochańszą córcią, bo lepszej córki, jak ty nie mogłam sobie wymarzyć i mamusia bardzo Cię kocha, skarbie i nie pozwoli, żeby ktoś cię skrzywdził. Jak on w ogóle śmie mówić, ze nie jesteś panią Malfoy, ty jesteś lady i dama tego rodu i nic tego nie zmieni – i dalej tuliła córkę.

- Narcyza... – zaczęli w szoku obie wersje panów Malfoy'ów.

- NIE ODZYWAJ SIĘ DO MNIE, IDIOTO!! – fuknęły na niego i dalej przytulały dziewczynę. Ta miała zamknięte oczy i zadowoloną minę, a Rose rzuciła zaklęcie na Lucka.

Uliczka Privet Drive wyglądała dokładnie tak, jak powinna wyglądać porządna uliczka podmiejskiego osiedla we wczesnych godzinach sobotniego poranka.
Zasłony we wszystkich oknach były zaciągnięte. Było co prawda ciemno, ale nigdzie nie dostrzegł żywej duszy, ba, nawet żadnego kota.
A jednak... a jednak... Harry usiadł na łózku, ponownie dotykając palcem
blizny na czole.

Ginny pocałowała bliznę Harry'ego z uczuciem.

Nadal odczuwał niepokój, ale wcale nie z powodu bólu. Do bólu i kontuzji był przyzwyczajony.

- Lockhart.

- Jak ja mogłam się w nim podkochiwać! – jęknęły, niektóre dziewczyny.

- Też się dziwię. Jestem od tego pajaca przystojniejszy... – Ale dziewczyny pocałowały swojego mężczyznę namiętnie w usta.

- Zamknij się – powiedziały dziewczyny, kiedy odkleiły się od ich ust.

Kiedyś stracił wszystkie kości w prawej ręce i przez cała noc znosił ból towarzyszący ich czarodziejskiemu odrastaniu. Wkrótce potem to samo ramię przebił jadowity, długi na stopę kieł. W ubiegłym roku spadł z latającej miotły z wysokości pięćdziesięciu stóp.

Większość uczniów i dorosłych patrzyła jadowicie na nauczycieli.

Był przyzwyczajony do dziwnych wypadków i urazów; trudno ich było uniknąć, jeśli się uczęszczało do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart i miało się dużą skłonność do wpadania w kłopoty.

- U Potterów to rodzinne – mruknęła Euphemia.

- Ale żaden Potter nie był ścigany przez psychicznego mordercę zachowującego się jak napalona nastolatka? – spytał retorycznie Harry. Sens tych słów dopiero po minucie dotarła do głów wokół siedzących osób. Nagle zaczęli się nieopętanie śmiać. Śmiali może z piętnaście minut. Gdy skończyli, czytali dalej.

Tym, co niepokoiło Harry'ego, była świadomość, że kiedy ostatnio rozbolała go blizna na czole, stało się tak z powodu bliskości Voldemorta... Ale przecież
Voldemorta nie mogło tu teraz być... Voldemort czający sie w ciemnościach na
Privet Drive? To absurdalne, to niemożliwe...

Siostry przytuliły brata mocno.

- Nie mogę oddychać! – jęknął Harry.

Harry wsłuchał się w otaczającą go ciszę. Czyżby jednak spodziewał się usłyszeć trzeszczenie schodów albo szelest płaszcza? Aż podskoczył, gdy w sąsiednim pokoju zachrapał głośno jego kuzyn Dudley.

- Prosiak! – warknęła Olivia.

Otrząsnął się i skarcił w duchu: co za głupota, przecież w tym domu nie ma
nikogo poza wujem Vernonem, ciotką Petunią i Dudley'em, którzy wciąż smacznie śpią i z całą pewnością nie dręczą ich żadne senne koszmary. Harry lubił Dursley'ów najbardziej, kiedy spali;

- Nic się nie martw, tatusiu, damy im nauczkę na przyszłość – oznajmiła Amelia II – Prawda?

- Tak – odpowiedziały dziewczyny z rodziny Harry'ego.

kiedy nie spali i tak nie było z nich żadnego pożytku.

Nicole i Jessica patrzyły na Dropsa wzrokiem bazyliszka.

- NAWET SIĘ NIE ODZYWAJ! – warknęły pani Weasley i pani Creevey do dyrektora – BO NIE WIEM, CZY MAM CIĘ ZABIĆ TERAZ, CZY PÓŹNIEJ!

byli mugolami (zwykłymi, niemagicznymi ludźmi). Nie tolerowali magii pod żadną postacią, co oznaczało, że w swoim domu traktowali Harry'ego jak trędowatego. Od trzech lat spędzał z nimi tylko wakacje, bo przez resztę roku mieszkał w jednym z domów uczniowskich w Hogwarcie. Ukrywali ten fakt, opowiadając wszystkim, że ich siostrzeniec przebywa w "Świętym Brutusie", czyli w Ośrodku Wychowawczym dla Młodocianych Recydywistów.

- Zabiję ich zaraz – powiedziały dwie wersje Lily I.

Dobrze wiedzieli, że jako niepełnoletniemu czarodziejowi nie wolno mu używać czarów poza Hogwartem, ale mimo to obwiniali go o wszystkie wypadki i awarie w domu. Harry nie miał do nich za grosz zaufania i nigdy im nie opowiadał o swoim życiu w świecie czarodziejów. Już sama myśl, by pójść do nich, kiedy się obudzą, i oznajmić, że boli go blizna i że lęka się Voldemorta, wydawała się po prostu śmieszna.

- Potterkowi blizna boli? Ojejku! – drwili Luckowie.

- Zamknij się Roszpunko! – warknęła Astoria.

- Jak śmiesz....! – i nagle uderzył się sam twarz – Ja jestem pan Malfoy, a ty jesteś nikim, dziewucho – gdy powiedział "a ty jesteś nikim, dziewucho" uderzał się w twarz tak mocno, że jęknął z bólu, bo jego policzek stał się czerwony od uderzaniem samego siebie. Ludzie byli zdziwieni, gdy uderzał się obrażając kobietę, a Rose puściła oczko Astorii.

- Co mu jest? – spytała Hermiona.

- Ja znam odpowiedź na twój bolący policzek – odpowiedziała córka Hermiony i Rona, ociekając słodyczą – Żeby nie uderzać się twarz musisz zachować etykietę dobrego zachowania – oznajmiła Rose słodkim głosem (savoir-vivre) – Czyli dla Ciebie jesteśmy per "pani i nasze nazwisko" np. do mojej mamusi Astorii mówisz per "pani Malfoy", a do mojej drugiej mamusi mówisz pani Weasley i nawet do swojej żony mówisz pani Malfoy i tak dalej.

- Nie będę...! – i znów uderzyli się bardzo mocno w policzek i jęknęli z bólu kobiety zachichotały.

- Mówiłam przecież, jak to działa, dziadziusiu Lucku. To cię nauczy szacunku do kobiet, a zwłaszcza do mojej mamusi Astorii i do mojej mamusi Hermiony i do kobiet urodzone jako mugolaki, a twój głos nie może być szyderczy, tylko szczęśliwy, że możesz wykazywać nam należyty szacunek. Będziesz akcentować słowa "Pani" i "Lady " oraz "Madame".

- Kocham cię moja córeczko! – zawołały szczęśliwie Hermiona i Astoria, a inne kobiety uśmiechnęły się szyderczo do Malfoy'a, który patrzył na to z wielkimi oczami i otwartą szczęka i był blady.

- Nie usłyszałam odpowiedzi! – warknęła Rose.

- Dobrze, PANI Malfoy! – warknął i znów uderzył się w policzek tak mocno, że jęknął z bólu większość ludzi opadły szczęki.

- Spróbuj jeszcze raz, twój głos musi być zadowolony, że wyrażasz mi należyty szacunek, dziadziusiu! – zachichotała złośliwie – No, dalej, dziadziusiu bądź szczęśliwy, że wyrażasz mi należyty szacunek.

- Dobrze, PANI Malfoy – powiedzieli szczęśliwym głosem, że mógli wyrazić żonie wnuka należyty szacunek i nic się nie stało.

- No widzisz, jak dziadziu chce, to potrafi – powiedziała Rose słodko.

- Dziękuję Ros... – i uderzył się w policzek, bo nie powiedział do niej per "pani Malfoy" tylko chciał powiedzieć "Rose", więc szybko oprzytomniał i krzyknął to – znaczy PANI Malfoy!

- Grzeczny dziadziuś, a teraz ładnie dziadziuś przeprosi moją mamusię Astorie, która jest PANIĄ MALFOY i LADY I DAMĄ rodu Malfoy'ów.

- Czekam! – jego synowa popatrzyła na nich z wyczekiwaniem i stukała wysokim obcasem o podłogę.

- Przepraszam, PANI Malfoy, że obraziłam PANIĄ i powiedziałem, że nie jest PANI córką PANI Narcyzy Malfoy. Wiem, że moja żona, PANI Malfoy kocha PANIĄ bardzo mocno i przepraszam jeszcze raz, proszę PANI – mówili to zadowolonym głosem, że mogli wyrazić swojej synowej należyty szacunek i nic się nie stało. Ludzie patrzyli na nich w szoku, a Astoria zachichotała.

- Dziękuję bardzo, Malfoy, że jednak zdecydowałeś przeprosić mnie i dziękuję też, że powiedziałeś, że jestem CÓRKĄ Narcyzy Malfoy, i że jestem PANIĄ Malfoy. Przeprosiny przyjęte – powiedziała Astoria, próbując zachować powagę. Większość dziewczyn parsknęła śmiechem, a mężczyźni śmiali się głośno.

- Bardzo dziękuję, PANI Malfoy, że taka piękna i mądrą LADY, jak PANI przyjęła moje szczere przeprosiny i jestem szczęśliwy, że PANI jest DAMĄ i LADY mojego rodu. Poza tym jestem bardzo szczęśliwy, że mogę wyrazić PANI należyty szacunek, PANI Malfoy – odparli dwie wersje Lucka, mówiąc to szczęśliwym głosem. Astoria rzuciła się na szyję Rose i pocałowała ją w czoło, wyrażając matczyne uczucia, jakie do niej żywiła. Rose westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w matkę jeszcze bardziej. Obie miały wysokie szpilki i ubrania dopasowane do ich ciał oraz miały biżuterię rodu Malfoy'ów.

- Kocham cię, mamusiu – mruknęła do jej piersi zadowolonym głosem, że Astoria pocałowała ją w czoło.

- Ja cię kocham, córeczko sto razy mocniej – odparła z miłością w głosie, tuląc swoją córkę – Codzienne dziękuję za dzień, w którym cię poznałam. Skarbie mam taką wspaniałą córkę, jak ty, żadna inna matka nie jest tak dumna z córki, jak ja jestem dumna z ciebie, Rose. Mamusia bardzo, ale to bardzo mocno cię kocha.

- Nie pozwolę, żeby ktoś mamusię obrażał, zwłaszcza ojciec tatusia. Ten blond idiota, który myśli, że jest arystokratą, a jest dupkiem, bo obraża kobiety, które nie są czystej krwi albo przyjaźnią się z mugolakami i lubią mugolaków. Dlatego dałam mu nauczkę, bo mamusia jest panią i lady Malfoy oraz damą – powiedziała z mocą stali pani Malfoy – Prawda dziadziusiu, że nie będziesz już obrażał mojej mamusi Astori, damę i lady rodu Malfoy'ów?

 - Tak, MADAME Malfoy – powiedzieli Luckowie – Nie będę obrażał MADAME Astori Malfoy. PANI mamusię, która jest DAMĄ i LADY rodu Malfoy'ów, PANI Malfoy – Astoria uśmiechnęła się szeroko do córki.

- Dziękuję, że wiesz, jak się masz zwracać do damy i lady Malfoy – rzekła, ociekając słodyczą Astoria, całując Rose w czoło, która ponownie westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w matkę.

 - Dziękuję, LADY Malfoy!

- Mamusiu, córeczko podoba mi się to – powiedziała Lady Malfoy, uśmiechając się szeroko do matki i córki – Jak tatuś mówi mi, pani Malfoy, albo Lady Malfoy, albo Madame Malfoy z taką radością, że może wyrazić mi należyty szacunek!

- Mi też się to podoba kochanie/mamuś – odparły dwie wersje Lady Malfoy i pani Malfoy, po czym zachichotały, patrząc na Lucka szyderczym wzrokiem.

- Staniesz się prawdziwym dżentelmenem, Lucjuszu – oznajmiły Narcyze.

- Ależ bardzo dziękuję, PANI Malfoy chcę być dżentelmen, jak oni PANI Malfoy – wskazał na mężczyzn.

- Grzeczny jest z ciebie chłopczyk – powiedziały wszystkie Lady Malfoy.

- To jest dla mnie zaszczyt drogie LADYS Malfoy, że drogie PANIE są zadowolone ze mnie – powiedzieli Lucekowie szczęśliwym głosem. Wszystkim kobietom z rodu Malfoy, że mógł wyrazić im należyty szacunek. Większość ludzi parsknęła śmiechem, jak Roszpunka się kompromituje.

- To się nie dzieje naprawdę – mruknął z szoku Draco.

- Działo się naprawdę, tatusiu – stwierdziła Rose.

A jednak to właśnie z powodu Voldemorta Harry znalazł się w domu Dursley'ów. Gdyby nie Voldemort, nie miałby na czole tej blizny w kształcie błyskawicy.

Kobiety popatrzyły na Dumbledore'a morderczym wzrokiem.

Gdyby nie Voldemort, nadal miałby rodziców... Harry miał zaledwie rok tamtej nocy, kiedy Voldemort – najpotężniejszy czarnoksiężnik w tym stuleciu, przez jedenaście lat stopniowo rosnący w siłę i moc – przybył do domu jego rodziców, by ich zamordować.

Dwie wersje Lily, Carolina Nicola, Jessica, Hermiona i Euphemia zaczęły płakać, wtulając się w swojego męża.

Kiedy tego dokonał, skierował różdżkę na Harry'ego i wypowiedział zaklęcie, którym pozbył się już wielu dorosłych czarodziejów i czarownic na drodze do pełni władzy. Trudno w to uwierzyć, ale zaklęcie nie podziałało. Zamiast uśmiercić maleńkiego chłopczyka, ugodziło samego Voldemorta. Harry przeżył, i z tego strasznego spotkania pozostała mu tylko na czole blizna w kształcie błyskawicy,

Harry westchnął.

podczas gdy Voldemort uszedł z tego starcia ledwie żywy, pozbawiony mocy. Zaszył się gdzieś, a tajna społeczność czarodziejów i czarownic przestała wreszcie żyć w nieustannym strachu; poplecznicy Voldemorta rozpierzchli się po świecie, a Harry Potter zyskał powszechną sławę.

- Nigdy nie chciałem być sławny – mruknął Harry.

Harry przeżył głęboki wstrząs, kiedy w swoje jedenaste urodziny dowiedział się, że jest czarodziejem, a poczuł jeszcze większe zakłopotanie, kiedy odkrył, że w czarodziejskim świecie każdy zna jego imię i nazwisko.

- Najważniejsze jest, że taka rudowłosa dziewczynka kochała się we mnie od małego, a teraz jest moją żoną, z którą mam piękne i mądre dzieci – powiedział Harry, patrząc na Ginny z bananem na twarzy, a ona miała iskierki w oczach.

Harry przyjechał do Hogwartu i zastał głowy zwrócone w jego stronę i szepty rozlegające się po kątach, gdziekolwiek poszedł. Teraz już się do tego przyzwyczaił. Pod koniec tych wakacji zacznie swój czwarty rok w Hogwarcie; już liczył dni do powrotu do zamku.

- Tam mam prawdziwym przyjaciół – oznajmił Lord Potter.

Ale od upragnionego wyjazdu do szkoły dzieliły go jeszcze dwa tygodnie. Rozejrzał się z rozpaczą po pokoju i jego wzrok spoczął na kartkach urodzinowych, które przystała mu pod koniec lipca dwójka jego najlepszych przyjaciół.

Państwo Weasley uśmiechnęli się do pana Pottera.

Co by powiedzieli, gdyby im napisał, że znowu rozbolała go blizna. Natychmiast usłyszał w głowie głos Hermiony Granger, piskliwy i pełen przerażenia:

- Boli cię blizna? Harry, to bardzo poważna sprawa... Napisz do profesora Dumbledore'a! A ja zaraz sprawdzę w Najczęstszych magicznych dolegliwościach i schorzeniach... Może tam jest coś o bliznach spowodowanych zaklęciami...

- Napisz do szanownego pana dyrektora Dumbledore'a i się zapytaj, czy dalej ćpa dropsy – powiedziała głośno Hermiona do Harry'ego. Dumbledore zrobił się czerwony.

- Her...

- Nie, panie dyrektorze Dumbledore! LADY Weasley jestem – przerwała mu Hermiona – Dla moich przyjaciół i rodziny jestem Hermiona, ale dla pana jestem PANI Weasley albo LADY Weasley oraz per "PANI " i proszę się do tego dostosować, bo co pan zrobił mnie, Harry'emu, Nicole i Jessice jest do niedoprzyjęcia i nie jesteśmy na TY!

- Oczywiście PANI Weasley i bardzo PANIĄ przepraszam MADAME, że zwróciłem się do PANI na TY – mruknął Drops, który zrobił się czerwony.

Tak, Hermiona na pewno doradziłaby mu zwrócenie się do dyrektora Hogwartu

- Uzależnionego od Dropsów – odparła Ginny bezczelnie.

i, oczywiście, przewertowanie kilku książek. Harry spojrzał przez okno na atramentowe, prawie czarne niebo. Wątpił, by mogła mu teraz pomóc jakakolwiek książka. Z tego, co wiedział, był jedyną żyjącą osobą, której udało się przeżyć tak silne, złowrogie zaklęcie; odnalezienie nękających go objawów w Najczęstszych magicznych dolegliwościach i schorzeniach było więc bardzo mało prawdopodobne.

- Nie ma po co go informować, kochaneczku – rzekła starsza Moll.

- Molly, ty też! – jęknął Drops.

 - Chciałabym poinformować pana dyrektora... A, przepraszam przypomnieć panu szanownemu dyrektorowi Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, że jestem dla pana per "PANI", a nie per "Molly". Tak, przypominam, bo pan dyrektor mógł sobie zapomnieć, bo jest pan dyrektor w takim wieku, jaki pan jest – rzekła formalnym głosem. Jej synowie patrzyli na swoją matkę w szoku, że ona tak mu powiedziała. Drops patrzył na nią w szoku.

- Bardzo przepraszam, PANI Weasley, że powiedziałem do PANI na "TY" – wystękał Drops, który był dalej w szoku wyzwania Molly.

- Dziękuję, że pan dyrektor Dumbledore przyjął to do wiadomości i na przyszłość na pewno będzie się pan dyrektor stosował się do tego. I chciałam jeszcze przypomnieć panu dyrektorowi, że cały Zakon Sióstr Wojowniczek oraz Zakon Braterstwa chce, żeby pan dyrektor zwracał się do nich na per "PAN" i per "PANI".

- Zgadzam się z moja mamusia/żona/babcią/ciocia /Molly – powiedzieli osoby z Zakonu Braterstwa i Sióstr Wojowniczek. Kobiety Sióstr Wojowniczek patrzyły na Dropsa morderczym wzrokiem, bo nie mogły mu wybaczyć, że zostawił Harry'ego u Dursley'ów i nie interesował się nim przez całe dzieciństwo.

- Jak sobie PANI życzy, LADY Weasley – wystękał dyrektor.

- Panie Dumbledore polecam Panu tabletki IQ, żeby mógł pan zapamiętać o takich ważnych sprawach – oznajmiła Emilly.

A jeśli chodzi o zwrócenie się o radę do dyrektora, to i tak nie miał pojęcia, gdzie Albus Dumbledore spędza tegoroczne letnie wakacje. Uśmiechnął się w duchu, kiedy sobie wyobraził Dumbledore'a, z jego długą srebrną brodą, w sięgającej stóp szacie czarodzieja i spiczastym kapeluszu, wyciągniętego gdzieś na plaży i wcierającego sobie krem do opalania w długi, haczykowaty nos.

- Nie chce tego widzieć! – krzywiły się kobiety.

Co prawda, gdziekolwiek by Dumbledore przebywał, Hedwiga na pewno by go odnalazła – jeszcze nigdy, nikogo nie zawiodła, nawet kiedy nie znała adresu... Ale co by miał mu napisać?

Szanowny Panie profesorze, proszę mi wybaczyć, że pana niepokoję, ale dziś rano rozbolała mnie blizna.

Z wyrazami szacunku,

Harry Potter.

- To by było głupie – powiedziała Angelina.

Zabrzmiało to bardzo głupio, nawet w jego głowie. Spróbował więc wyobrazić sobie reakcję swojego najlepszego przyjaciela, Rona Weasley'a i natychmiast ujrzał długą, piegowatą, przerażoną twarz Rona.

- Boli cię blizna? Ale... ale chyba Sam-Wiesz-Kogo nie ma gdzieś w pobliżu, co? To znaczy... wiedziałbyś o tym, prawda? Chyba nie próbuje zrobić tego
jeszcze raz?

- Bo jestem jego bratem – odezwał się z mocą stali Ron.

No, nie wiem, Harry... ale może takie blizny po zaklęciach zawsze trochę bolą... Zapytam tatę...

Pan Weasley był wykwalifikowanym czarodziejem pracującym w Ministerstwie Magii, w Departamencie Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli, ale chyba nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w zakresie złowrogich zaklęć. W każdym razie Harry'emu niezbyt podobał się pomysł, by cała rodzina Weasley'ów dowiedziała się, że on, Harry, wpada w histerię, bo coś go rozbolało.

Weasley'e popatrzyli na niego ostro.

- To nie było kilka sekund bólu! – warknęła Ginny na męża.

Pani Weasley przeraziłaby się jeszcze bardziej od Hermiony,

- Bo jesteś moim synem i boję się o ciebie, czy to trudno zrozumieć! – krzyknęły ze łzami w oczach Lady Weasley.

a bliźniacy, Fred i George, bracia Rona, którzy mieli już po szesnaście lat, mogliby pomyśleć, że ma pietra. Weasley'owie byli rodziną, którą Harry uwielbiał;

Ginny pocałowała go w namiętnie w usta.

miał też nadzieję, że lada dzień zaproszą go do siebie na resztę wakacji (Ron wspominał o mistrzostwach świata w quidditchu) i jakoś nie miał ochoty na to, by w czasie jego wizyty wciąż wypytywano go o tę bliznę.

- Ojej blizna cię boli, ale z ciebie też mięczak, Potter! – zadrwił Crabbe.

- Goyle ty to daj lepiej loda Crabbe'owi, bo jego po minie wnioskuję, że chce – odparł Jared. Crabbe i Goyle chcieli ich zamordować, ale Zakon Braterstwa byli szybcy i im się goryle zorientowali już leżeli na plecach.

Postukał knykciami w czoło. Naprawdę pragnął kogoś (choć z trudem się do tego przyznawał nawet przed samym sobą), kto by był jak... jak ojciec: dorosły czarodziej, którego mógłby zapytać o radę, nie czując się przy tym głupio, ktoś, kto by się nim zaopiekował, ktoś mający doświadczenie w walce z czarną magią...

Dwie wersje Artura patrzyli na Dumbledore'a morderczym wzrokiem, późnej zrobili coś, co zszokowało nawet siebie: Przywalili Dumbledore'owi w nos. Ten był w takim szoku, że nie zareagował. Z nosa leciała krew i nagle jęknął z bólu. Wszystkim opadły szczęki i patrzyli na pana Weasley z otwartą szczęka i wielkimi oczami, późnej sami syknęli z bólu, gdyż dłoń ich bolała.

- Arturze! – zawołały dwie wersje Molly I w szoku, bo jej mąż był spokojny i opanowany, a tu nagle przywalił dyrektorowi w nos – Kochanie, bardzo cię boli ręka?

- A zaopiekujesz się mną? – spytali do ucha swojej Lady głupkowatym uśmiechem.

- Tak – odparły podnieconym głosem.

- To mnie bardzo boli – oznajmili to, a Molly zaczęły leczyć rękę Artura, rumieniąc się głęboko – A wiesz, co jeszcze mnie wyleczy?

- Co? – jęknęły.

- Jak będziesz mi wyznawała miłość. Wiesz, co mam na myśli? To na pewno szybciej wrócę do zdrowia – Dwie wersje Molly I były teraz czerwone i podniecone, że Artur chce, żeby uprawiała z nim seks.

- Harry zawsze możesz się pytać, a ja jak będę wiedział, to zawsze ci odpowiem. A, jeszcze jedno: Mi na to zawsze zależy – oznajmili starszy i młodszy Artur do Harry'ego, a Molly I patrzyła na męża z pożądaniem.

- Chce cię mieć w środku – mruknęły erotyczne dwie Molly I do ucha. Ci w odpowiedzi pocałowali ją w znak, a ta westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w męża jeszcze bardziej. Synowie i wnukowie stwierdzili, że Molly I i Arturowi już totalnie odbiło.

- Zrobię ci najlepszego loda, o którym będziesz marzył o więcej, a ty będziesz mnie najlepiej, jak mógł bzykał – oznajmiła mu do ucha, podnieconym i erotyczne robiąc sobie wiatr, a Artur uśmiechnął się szeroko do żony – Podobam Ci się teraz? – stała i pokazała się w całej okazałości.

- Tak, bo jesteś moja – powiedział Artur, a ta usiadła mu na kolanach podniecona, że Artur dalej ją pożądał – Wiesz, o czym teraz marzę? Wziąć cię do sypialni i rzucić z ciebie te szmatki i podziwiać, jak ciebie natura stworzyła – Molly robiła wiatr dłonią po tym co usłyszała.

I nagle wpadło mu do głowy rozwiązanie. Proste i tak oczywiste! Aż trudno mu było uwierzyć, że wcześniej o tym nie pomyślał. Syriusz!

- I tata też – dodał szybko.

Harry zeskoczył z łóżka, przebiegł przez pokój i usiadł przy biurku. Przysunął sobie kawałek pergaminu, umaczał orle pióro w atramencie, napisał:

Drogi Syriuszu...

 i przerwał, zastanawiając się, jak tu ująć swój problem, i wciąż dziwiąc się, że od razu nie pomyślał o Syriuszu. No, ale moe jednak nie było to aż tak
dziwne, bo w końcu o tym, że Syriusz jest jego ojcem chrzestnym, dowiedział się zaledwie dwa miesiące temu.

- Najlepszy wybór świata – powiedziała starsza Lily.

Przyczyna, dla której ojciec chrzestny Harry'ego uprzednio zniknął z jego życia, była prosta – Syriusz przez wiele lat przebywał w Azkabanie, przerażającym więzieniu dla czarodziejów, strzeżonym przez istoty zwane dementorami, ślepe demony, wysysające z ludzi dusze. Kiedy w końcu udało mu się uciec, podążyły za nim do Hogwartu, by go schwytać.

Knot przełknął ślinę

- Kochankowie Ropuchy – powiedział głośno Hugo.

Syriusz był niewinny – morderstwa, za które został skazany, popełnił Glizdogon, poplecznik Voldemorta, którego prawie wszyscy uważali za zmarłego. Harry, Ron i Hermiona znali prawdę, bo w ubiegłym roku sami spotkali Glizdogona, choć prócz profesora Dumbledore'a nikt nie chciał im uwierzyć.

- To dlaczego nie wyciągnął go z Azkabanu? – spytał James II. To co powiedział James II, ludziom opadły szczęki, a niektórzy popatrzyli na dyrektora jeszcze bardziej w szoku.

- Ja... – zająknął się Drops.

- Zrobiłeś wszytko, żeby tata był u Dursley'ów, a że Łapa poszedł do Azkabanu, to było ci na rękę. Podobno jesteś Naczelnym Magiem Wizengamotu Najwyższą Szycha Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów Kawaler Orderu Merlina Pierwszej Klasy i bla bla i bla i na pewno umiesz czytać w myślach oraz masz dostęp do Azkabanu, więc wystarczyło iść do Łapy i użyć Veritaserum i dowiedzieć się prawdy, ale ty nie. Tobie to było na rękę, bo chciałeś, żeby Harry Potter trafił do Dursley'ów – mówił to spokojnym głosem James II, a sala robiła coraz większe oczy. Albus Dumbledore był w takim szoku, że go zatkało

– UWAŻAŁEM CIĘ ZA MOJEGO MENTORA! – teraz już wrzeszczał jego ojciec – BYŁEŚ DLA MNIE DUŻYM AUTORYTETEM, A TERAZ SIĘ DOWIADUJĘ, ŻE ROBISZ WSZYSTKO, ŻEBYM NIE BYŁ SZCZĘŚLIWY, TYLKO ZABIŁ VOLDEMORTA! JESTEŚ TAK SAMO ZŁY JAK ON, A UDAJESZ TYLKO WESOŁEGO STARUSZKA, A TAK NAPRAWDĘ JESTEŚ WREDNYM MANIPULATOREM! – ryczał na niego Lord Potter. Gdy się uspokoił wraz z resztą osób na sali, słuchali dalej opowieści.

Wtedy, w ubiegłym roku, przez jedną cudowną godzinę Harry był przekonany, że opuści na zawsze dom Dursley'ów, ponieważ Syriusz zaproponował mu, by zamieszkali razem, kiedy już zostanie oczyszczony z zarzutu zbrodni. Szansy tej został jednak wkrótce pozbawiony, bo Glizdogon zniknął, zanim zdołali go oddać w ręce przedstawicieli Ministerstwa Magii, a Syriusz musiał znowu uciekać, by ratować życie.

- Tatuś był niewinny! – warknęła Daphne.

Harry pomógł mu uciec na grzbiecie hipogryfa zwanego Hardodziobem i odtąd Syriusz ukrywał się gdzieś, wiodąc żałosne życie ściganego zbiega. Myśl o domu, który mógł wreszcie mieć, gdyby Glizdogon nie uciekł, nawiedzała Harry’ego przez całe lato.

Dwie wersje Lily oraz jego siostry przytuliły mocno syna do swojej piersi, mając łzy w oczach.

Było mu bardzo ciężko powrócić do Dursley'ów ze świadomością, że tak mało brakowało, a opuściłby ich dom na zawsze. A jednak, mimo że nie udało im się zamieszkać razem, Syriusz zdołał mu już trochę pomóc. To dzięki niemu Harry miał teraz w sypialni swoje podręczniki i inne przybory szkolne. W poprzednich latach Dursley'owie nigdy mu na to nie
pozwalali, bo po pierwsze, od samego początku traktowali go podle, znęcając się nad nim i odmawiając mu wszelkich przyjemności, a po drugie, po prostu bali się jego niezwykłych mocy czarodziejskich. Dlatego za każdym razem, kiedy wracał na letnie wakacje, zamykali jego szkolny kufer w komórce pod schodami.

- Zabije ich! – krzyknęli dwie wersje Łapy i Rogacza.

Zmieniło się to dopiero tego lata, kiedy się dowiedzieli, że ojcem chrzestnym Harry'ego jest niebezpieczny morderca – a Harry sprytnie zapomniał im powiedzieć, że Syriusz jest niewinny.

- Harry, ty mały Huncwocie! – parsknął śmiechem starszy Łapa.

Od czasu powrotu na Privet Drive dostał dwa listy od Syriusza. Oba zostały dostarczone nie przez sowy (jak było przyjęte w świecie czarodziejów), ale przez wielkie, barwnie upierzone ptaki tropikalne. Hedwiga nie była zachwycona pojawieniem się tych pstrych intruzów; z najwyższą niechęcią pozwoliła im napić się wody ze swojej miseczki, zanim odleciały z powrotem. Natomiast Harry'emu bardzo się podobały: przywodziły na myśl palmy i biały piasek, co pozwalało mu mieć nadzieję, że gdziekolwiek Syriusz teraz się znajduje

- Kocha ciebie i myśli o tobie cały czas – skoczył Łapa.

- A mnie kochasz wujku Syriuszu/tatusiu? – zapytały siostry wojowniczki.

- Oczywiście, że tak, kochaniutkie – powiedział młodszy i starszy Łapa, a te uśmiechnęły się szeroko.

(nigdy o tym nie wspominał, obawiając się, że listy mogą wpaść w ręce jego prześladowców), czuje się tam dobrze i bezpiecznie. Harry'emu jakoś trudno było wyobrazić sobie dementorów przebywających zbyt długo w jasnym słońcu – może właśnie dlatego Syriusz uciekł gdzie na południe?

- Umbridge też nie lubisz słoneczka? – spytała Fleur – Nie odpowiadaj, bo wiesz w miłości trzeba czasem się poświęcić.

Listy od Syriusza, ukryte w bardzo użytecznej skrytce pod obluzowaną deską podłogi pod łóżkiem Harry'ego, pełne były otuchy i w obu Syriusz przypominał, że Harry może go wezwać, gdyby tylko potrzebował jego rady czy pomocy. A przecież właśnie teraz tego potrzebuje... Lampa jakby przygasła, bo zimne szare światło poprzedzające wschód słońca powoli wpełzło do pokoju. Kiedy w końcu wzeszło słońce i całą sypialnię wypełniła złota poświata, a z pokojów wuja Vernona i ciotki Petunii dały się słyszeć zwykłe poranne odgłosy,

- Jęczenia, czy Vernon bzykał Petunie?! – zawołał przerażony Lee – Nie! Nie chce tego wiedzieć!!

- A może Petunia robiła mu dobrze – dodali Fred i George. Większość ludzi skrzywiła się z odrazą.

- O fuj! – krzyknęły dwie wersje Lily I.

- Vernon miał jeden strzał w dziesiątkę i tak powstał Dudley – powiedzieli Lord Potter – A tak to pewnie strzela ślepakami.

- Jeszcze większą fujka! – jęknęły kobiety i dziewczyny.

Harry uprzątnął z biurka pomięte kawałki pergaminu i ponownie przeczytał swój list.

Drogi Syriuszu,

Dziękuję ci za twój ostatni list. Ten ptak był ogromny, ledwo się przecisnął przez okno. Tutaj wszystko po staremu. Dudley źle znosi dietę. Wczoraj ciotka wykryła, że przemycał do swojego pokoju pączki. Zagrozili, że obetną mu kieszonkowe, jeśli będzie to robił, więc okropnie się rozzłościł i wyrzucił przez okno swoją konsolę do gier.

- Co to jest? – spytali podnieceni dwie wersje Artura.

To takie komputerowe urządzenie, którym gra się w różne gry. Zrobił głupio, bo teraz nie ma nawet swojej Super-Rozwalanki III, żeby czymś się zająć i zapomnieć o głodzie.

U mnie wszystko w porządku, głównie dlatego, że Dursley'owie bardzo się boją, że nagle się pojawisz i zamienisz ich w nietoperze, jak cię o to poproszę.

Większość ludzi parsknęła śmiechem.

Dziś rano wydarzyło się coś dziwnego. Moja blizna znowu mnie rozbolała.
Ostatnim razem bolała mnie, kiedy Voldemort wdarł się do Hogwartu. Ale przecież to niemożliwe, żeby był w pobliżu, prawda? Jak sądzisz, czy blizny po złowrogich zaklęciach mogą czasem boleć po tylu latach? Wyślę ten list przez Hedwię, kiedy wróci, bo akurat gdzieś poleciała.

Pozdrów ode mnie Hardodzioba.

Harry

- Nie podoba mi się to – oznajmiły przerażonym głosem Lady Potter.

'Tak'. Pomyślał. 'Chyba całkiem nie źle'. Nie ma sensu wspominać o tym śnie; nie chciał sprawiać wrażenia, że zbytnio się boi. Zwinął pergamin i odłożył na biurko, żeby mieć go pod ręką, kiedy Hedwiga wróci. Potem wstał, przeciągnął się i ponownie otworzył szafę. Tym razem nie spojrzał na swoje odbicie, tylko zaczął się ubierać, by zejść na dół na śniadanie.

- Koniec rozdziału – oznajmiła Flora.


poniedziałek, 12 lutego 2024

Rozdział 1 Czara

- Następna książka jest to "Harry Potter i czara ognia" – oznajmiła Minerwa.

- Jaka czara ognia? Mam złe przeczucia! – jęknęły dwie wersje pani Potter. Harry, Gabriele i Fleur uśmiechnęli się do siebie, bo doskonale wiedzieli, że wtedy się poznali. To samo zrobili dziewczyny i chłopaki do Fleur i Gabriele. Hermiona i Ginny podeszły do pół will i je mocno przytuliły.

- No już dobrze, kochanie – mruknęły i wtuliła Fleur Ginny do swojej piersi.

- Przepraszam, że zachowywałam się jak smarkula w stosunku do ciebie Fleur – mruknęła Ginny do Fleur – Nie powinnam się tak zachowywać.

- A ja przepraszam, że traktowałam cię jak małą dziewczynkę, Ginny – odpowiedziała Fleur – To nie było miłe.

- Fleur, ale chcesz być dalej moją siostrą? – spytała z nadzieją Ginny, patrząc na nią również z nadzieją.

- Skarbie oczywiście, że chcę być twoją siostrą – mruknęła Fleur – i jestem twoją starszą siostrą, Ginny.

- Tak – powiedziała z radością pani Potter i wtuliła się w blondynkę, ta pocałowała ją w czoło, wyrażając siostrzane uczucie, jakie to niej żywiła. Ginny westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Fleur jeszcze bardziej – kocham cię, siostrzyczko. Mój brat wybrał mądrze wybierając ciebie na swoją żonę.

- Ja Ciebie też kocham, skarbie – oznajmiła pani Weasley – Jesteśmy siostrami. Rozumiemy się? – jej głos był teraz nieznoszący sprzeciwu.

- Tak – mruknęła Ginny posłuszne.

- Grzeczna dziewczynka – powiedziała Fleur z miłością w głosie i dalej tuliła swoją młodszą siostrę do swojej piersi.

- Hermiono? – odezwała się Gabriele.

- Tak, skarbie?... oczywiście, że jestem twoją siostrą – odpowiedziała, widząc jej spojrzenie.

- Naprawdę jesteś?

- Naprawdę, kochanie – i pocałowała ją w czoło, a ta westchnęła zadowolonym głosem –  to była moja odpowiedź, skarbie – a ta jeszcze bardziej się przytuliła w nią – Jesteśmy siostrami, rozumiesz? – jej głos był teraz nieznoszący sprzeciwu.

- Tak – mruknęła Gabriele posłuszne.

- Grzeczna dziewczynka – powiedziała Hermiona z miłością w głosie i dalej tuliła swoja młodszą siostrę do swojej piersi  kiedy dziewczynka puściła Hermionę, popatrzyła na Ginny i odetchnęła głęboko.

- Ginny, ja byłam zakochana w Harrym – mruknęła Gabriele, patrząc jej w oczy – Wiesz, musiałam ci to powiedzieć i mi ulżyło na sercu, że Ci powiedziałam, ale teraz moje serce wybrało Denisa i teraz Harry jest moim przyjacielem i starszym bratem. Nie jesteś na mnie zła, prawda? – Ginny nic nie odpowiedziała, tylko ją przytuliła.

- Cieszę, że mi to powiedziałaś, Gabriele i nie jestem na ciebie zła, i wiesz co?

- Co?

- Zawsze chciałam mieć młodszą siostrzyczkę, kochanie. Więc my, jako siostry musimy trzymać się razem – mruknęła z uśmiechem na twarzy – bo przecież to oczywiste, że jesteś moją młodszą siostrzyczką, Gabriele – oświadczyła, całując ją w czoło, wyrażając siostrzane uczucie, jakie to niej żywiła. Gabriele westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w siostrę jeszcze bardziej – Jesteśmy siostrami i nie ma żadnego "ale".

- Kocham cię, siostrzyczko – mruknęła Gabriele do piersi Ginny zadowolonym głosem, gdy Ginny dalej ją tuliła do swojej piersi.

- Więc ja dalej jestem twoją siostrą, Fleur? – spytała z nadzieją Hermiona.

- Tak, Hermiono – i przytuliła Hermionę mocno go siebie – Jestem twoją starszą siostrą.

- Zawsze chciałam mieć starszą siostrę – mruknęła Hermiona do jej piersi, a Fleur uśmiechnęła się delikatnie i pocałowała ją w czoło, a ta westchnęła zadowolonym głosem, jeszcze bardziej się przytulając.

- Jesteś moją młodsza siostra kochanie i nie ma żadnego "ale" – rzekła Fleur.

- Tak, Fleur, jestem twoją siostrą – oznajmiła posłusznie Hermiona z uśmiechem na twarzy.

- Grzeczna dziewczynka – mruknęła z miłością w głosie i dalej tuliła swoją młodszą siostrę do swojej piersi.

- Kochaniutkie jesteście paniami Weasley – oznajmiła Lady Weasley.

- To oczywiste, że jestem panią Weasley, mamuś – stwierdziły synowe monarchini rodu z Weasley – poza tym to oczywiste jest, że jesteś moją mamusią, a tatuś Arturze jest moim tatusiem na wieki – Molly i Artur uśmiech mieli szeroko.

- Moje kochane dziewczynki – powiedziały dwie wersje Molly I i przytuliła swoje synowe, które teraz uważała za swoje córki, a te odwzajemniły uściski i uśmiechy. Milicenta zaczęła czytać

Rozdział pierwszy

Dom Riddle'ów

- Rodzinny dom wężogębego – powiedział James II.  Ci, którzy nie znali tego przezwiska spojrzeli na niego z zaciekawionymi minami, a reszta parsknęła śmiechem.

Mieszkańcy wioski Little Hangleton nadal nazywali go "Domem Riddle'ów", choć upłynęło już wiele lat, odkąd mieszkała w nim rodzina o tym nazwisku. Stał na wzgórzu ponad wioską. Część okien zabito deskami, w dachu ziały dziury, a na fasadzie rozplenił się bluszcz.

- Kompletna ruina – mruknął George II.

Kiedyś piękny dwór, największy i najbardziej okazały budynek w całej okolicy – teraz był ponurą, opuszczoną ruiną. Mieszkańcy Little Hangleton byli przekonani, że w tym starym domu straszy.

- Tam są duchy, które straszą. To te osoby, które są niegrzeczne – oznajmił Frank II, patrząc na niektóre osoby.

Pół wieku temu wydarzyło się w nim coś strasznego, coś, o czym starsi lubili rozpowiadać, kiedy już nie było o kim plotkować. Opowieść tę powtarzano tyle razy i w tak wielu domach, że nikt już nie był pewny, co naprawdę tam się wydarzyło. Każda wersja zaczynała się jednak w tym samym czasie i miejscu:

- Dawno, dawno temu, żył sobie Tom Riddle z nosem i włosami... – zaczął bajkę Hugo.

- Cicho bądź! – warknęła Rose.

Tego ranka służąca weszła do salonu i zastała wszystkich troje Riddle'ów martwych.

Większość ludzi zbladła.

- Służąca krzyczała i wszystkich obudziła – rzekł Teddy.

Dziewczyna pobiegła z krzykiem do wioski i pobudziła tylu ludzi, ilu zdołała:

- Leżą tam z otwartymi szeroko oczami! Zimni jak lód! Nadal w strojach do kolacji!

- Ciekawe co było na kolację? – spytał Hugo, a Emilly wywróciła oczami.

Wezwano policję, a w całym Little Hangleton zawrzało. Wszyscy wychodzili ze skóry, żeby się czegoś dowiedzieć. Nikt nawet nie próbował udawać, że żałuje Riddle'ów, bo w wiosce nie darzono ich sympatią. Państwo Riddle'owie  byli bogatymi, zarozumiałymi snobami, a ich syn, Tom, był jeszcze gorszy.

- Też nie lubię niektórych ludzi – stwierdził Fleomont.

 – było bowiem oczywiste, że troje zdrowych ludzi nie mogło umrzeć śmiercią naturalną w ciągu jednej nocy.

- Wystarczy, żeby dostali Avadą – mruknął Harry.

Tego wieczoru w miejscowej gospodzie Pod Wisielcem utarg był wyjątkowo wysoki: Zeszła tu cała wioska, by podyskutować o potrójnym morderstwie. Porzucenie wygodnych foteli przed kominkiem zostało wynagrodzone, kiedy w gospodzie pojawiła się kucharka Riddle'ów, i w ciszy, która zapadła na jej widok, oznajmiła, że właśnie aresztowano Franka Bryce'a.

- Co to jest za koleś? – spytała Ginny.

- Mugolski ogrodnik – rzekł dyrektor.

- Zapomniał pan dyrektor Dumbledore dodać "pani Potter" albo "Lady Potter". Jak się pan zwraca do kobiet z rodu Potterów? – powiedziały dwie wersje Lily oraz Ginny i popatrzyli na siebie i rzuciły się na szyję, po czym przytuliły, a później patrzyły z mordem w oczach na starego dyrektora.

- Czekam, panie dyrektorze Dumbledore – oznajmiła Euphemia. Dumbledore westchnął.

- Mugolski ogrodnik, PANI Potter – rzekł Dumbledore z naciskiem na słowo "Pani" – czy LADYS Potter są teraz zadowolone? – a jego głos był niezadowolony.

- Grzeczny jest z Pana chłopiec, panie dyrektorze Dumbledore i tylko niech lepiej pan o tym na przyszłość pamięta – odezwały się ze słodyczą kobiety z rodu Potterów.

- Frank! – zawołało kilka osób – To niemożliwe! – Frank Bryce był ogrodnikiem Riddle'ów. Mieszkał samotnie w zrujnowanym domku na terenie ich posiadłości. Wrócił z wojny ze sztywną i ogromną niechęcią do tłumu i hałasu, i od tego czasu pracował u Riddle'ów. W gospodzie zrobił się ruch, bo wszyscy zaczęli stawiać kucharce drinki, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.

- Ploteczki są najfajniejsze. Ciekawe co tym razem ludzie wymyślili? – zaintrygował się Fred II.

- Ja tam zawsze uważałam, że on jest jakiś dziwny – oświadczyła po czwartym kieliszku sherry – Taki odludek.

 - Filch idziesz do paki, bo jesteś nietowarzyski – rzekł Fineas rozbawiony, a Angus zrobił się czerwony.

  - Jestem pewna, że jeżeli kiedykolwiek zaproponowałam mu kawę, musiałam powtórzyć to ze sto razy.

  - Ach, teraz – powiedziała kobieta przy barze – przeżył ciężką wojnę, ten Frank, lubi spokojne ciche życie. To nie jest powód do...

  - A niby kto prócz niego miał klucz od tylnych drzwi? – warknęła kucharka – Od kiedy pamiętam, zapasowy klucz zawsze wisiał w domku ogrodnika! Drzwi nie były wyważone! Wszystkie szyby całe! Wystarczyło, że wślizgnął się do środka, kiedy wszyscy spali...

 - Wampir Frank wyssał im krew – powiedział zimnym głosem Nick, że Domique mu przywaliła, bo niektóre dziewczyny pisnęły przerażone.

 - On był wampirem!? – pisnęła Lisa przerażona.

 - Nie był żadnym wampirem. Mój mąż lubi straszyć ludzi – odezwała się pani Jordan, a Nick uśmiechnął się niewinne.

  Zebrani w gospodzie mieszkańcy wioski wymienili ponure spojrzenia.

 - Zawsze uważałem, że jemu źle z oczu patrzy, no i proszę  – mruknął mężczyzna przy barze.

 - Ta wojna pomieszała mu w głowie, jakby mnie kto pytał – stwierdził właściciel gospody.

 - Pamiętasz, Dot, jak ci mówiłam, że co jak co, ale Frankowi to bym nie chciała podpaść? – odezwała się podekscytowana kobieta w kącie.

 - Umbridge powiedz nam, skarbie ładnie, czy chciałabyś znaleźć się po przeciwnej stronie, niż my? – zapytała ociekające słodyczą dwie wersje Andromedy.

 - Nie, PANI Tonks!! – pisnęła Umbridge.

 - Grzeczna dziewczynka – oznajmiły Andromedy ze słodyczą w głosie.

 - Dziękuję, PANI Tonks, jestem grzeczną dziewczynką, proszę PANI!

 - Charakterek to on ma – przyznał Dot, potakując skwapliwie – Pamiętam, kiedy był chłopcem...

 Następnego ranka prawie wszyscy mieszkańcy Little Hangleton byli już przekonani, że to Frank Bryce zamordował Riddle’ów.

Tymczasem w pobliskim miasteczku Great Hangleton, na ponurym i obskurnym posterunku policji, Frank uparcie powtarzał, że jest niewinny i że jedyną osobą, którą widział tamtego dnia w pobliżu domu, był jakiś nieznany mu wyrostek, czarnowłosy i blady.

  - Tom – mruknął Drops.

 Nikt poza nim jednak nie widział chłopaka odpowiadającego rysopisowi, więc policjanci byli przekonani, że Frank po prostu go wymyślił. I kiedy sytuacja Franka wyglądała już bardzo poważnie, nadszedł protokół oględzin zwłok Riddle’ów, protokół, który zmienił wszystko. Policjanci jeszcze nigdy nie czytali tak dziwnego orzeczenia. Po zbadaniu ciał zespół lekarzy orzekł, że żadna z ofiar nie została otruta, pchnięta nożem, zastrzelona, zadławiona, uduszona, nie stwierdzono też (przynajmniej w świetle dokonanych przez nich oględzin) żadnych innych uszkodzeń ciał.

 - Dostali Avadą – powiedział Harry, a Ginny wtuliła się w męża jeszcze bardziej.

 Wręcz przeciwnie, lekarze z ogromnym zdumieniem stwierdzili, że wszyscy Riddle’owie sprawiali wrażenie całkowicie zdrowych — oczywiście pomijając fakt, że byli martwi.

 - To tylko szczegół – rzekł Ron. Hermiona przytuliła się do Rona.

 Odnotowali tylko (jakby chcąc za wszelką cenę znaleźć jakąś anomalię), że twarze ofiar zastygły w wyrazie przerażenia. Oczywiście takie stwierdzenie niewiele dało policji, bo czy kto kiedykolwiek słyszał, żeby trzy osoby umarły ze strachu?

 Ponieważ nie stwierdzono niczego, co by wskazywało na to, że Riddle’owie zostali zamordowani, policja była zmuszona Franka wypuścić. Riddle’ów pochowano na cmentarzu w Little Hangleton, a ich groby przez jakiś czas były obiektem powszechnego zainteresowania.

 'Ja też tam byłem, kiedy zamordowano Cedrika'. Pomyślał Harry, a Ginny przytuliła go.

  Ku ogólnemu zdziwieniu, Frank Bryce wrócił do swojej komórki na terenach Riddle'ów. Ku zaskoczeniu wszystkich i w atmosferze podejrzeń Frank Bryce wrócił do domku ogrodnika na terenie posiadłości Riddle’ów.

 - Jeśli o mnie chodzi, to mogę się założyć, że to Frank ich zamordował i guzik mnie obchodzi, co na ten temat mówi policja - oświadczył Dot w gospodzie Pod Wisielcem – I gdyby miał choć odrobinę przyzwoitości, to wyniósłby się stąd, wiedząc, że my o tym wiemy.

 Ale Frank nie opuścił wioski. Został, by nadal zajmować się ogrodem, najpierw dla nowej rodziny, która zamieszkała w Domu Riddle’ów, potem dla następnych — bo nikt nie wytrzymywał tam długo. Być może częściowo z powodu obecności Franka,

 - Tragicznie się to dla niego skoczyło – mruknął Harry.

 - O czym ty mówisz, Harry? – spytała przerażona Nicole. Zielonooki nie odpowiedział, tylko wtulił się w żonę ze smutnym wzrokiem.

 każdy nowy właściciel stwierdzał, że w tym domu wyczuwa się coś paskudnego. Opustoszała posiadłość wkrótce zaczęła popadać w ruinę.

 

 

* * *

 

Ostatni właściciel Domu Riddle’ów ani w nim nie mieszkał, ani go nie wynajmował, a był na tyle bogaty, że mógł sobie na to pozwolić. W wiosce mówiono, że trzyma dom „ze względu na podatki”, choć nikt nie wiedział, na czym to właściwie polega. Płacił jednak Frankowi za doglądanie ogrodu. Frank zbliżał się do swoich siedemdziesiątych siódmych urodzin, przygłuchł,

- Tak samo głuchy jest również nasz pan dyrektor Dumbledore – oznajmiła sucho Minerwa  formalnym głosem.

 - Brrrr... Powiało chłodem – stwierdził Filius.

  noga mu jeszcze bardziej zesztywniała,

 - A Panu dyrektorowi Dumbledore'owi to doskwiera złamany nosek? – rzekła słodkim głosem profesor McGonagall.

 - Pani Profesor McGonagall proszę się uspokoić! – skarcił ją Drops.

 - I bardzo dobrze zrobił, że panu dyrektorowi Dumbledore przywalił, ale widocznie nie wystarczająco mocno, żeby wbić trochę rozumu do głowy – odezwała się Rolanda, patrząc na niego chłodno.

 - A kto Panu dyrektorowi przywalił? – spytała Susan.

  - Jego braciszek, Aberforth – powiedziała Rolanda – widoczne niewystarczająco mocno.

 ale nadal, przynajmniej w ładną pogodę, widywano go przy rabatach kwiatów, które zaczęły już zarastać chwastami.

 Walczył nie tylko z chwastami. Jego prawdziwym utrapieniem byli chłopcy z wioski. Wybijali szyby w oknach Domu Riddle'ów, jeździli rowerami po trawnikach, których utrzymanie kosztowało Franka tyle trudu. Raz czy dwa włamali się do starego domu, żeby zrobić mu na złość. Wiedzieli, ˙ze jest bardzo przywiązany do posiadłości, i sprawiało im uciechę, kiedy kuśtykał przez ogród, wymachując laską i pomstując na nich ochrypłym głosem.

 - Nie jest to przypadkiem twój krewny Angus? – spytał Matt.

 Jeśli chodzi o samego Franka, to był przekonany, że chłopcy dręczą go złośliwie, bo podobnie jak ich rodzice i dziadkowie uważają go za mordercę. Tak więc, kiedy pewnej sierpniowej nocy obudził się i zobaczył, że w starym domu dzieje się coś dziwnego, uznał to za jakiś nowy wybryk łobuziaków, pragnących go ukarać za domniemaną zbrodnię.

 Obudził go rwący ból w nodze, tak silny, że podobnego jeszcze nie doznał w swym podeszłym wieku. Wstał i zszedł na dół do kuchni, zamierzając zmienić wodę w butelce, którą ogrzewał kolano, by złagodzić bolesną sztywność. Stojąc przy zlewie i napełniając czajnik, spojrzał na Dom Riddle’ów i zobaczył migające na piętrze światło.

 - Pewnie jakieś dzieciaki – oznajmiła młodsza Narcyza.

 Od razu pomyślał, że to ci nieznośni chłopcy włamali się znowu do domu, a sądząc po migotaniu światła, na pewno go podpalili. Frank nie miał telefonu, a zresztą i tak nie ufał policji od czasu, gdy go aresztowano i przesłuchiwano w sprawie śmierci Riddle’ów. Natychmiast odstawił czajnik, wdrapał się po schodach na górę tak szybko, jak mu na to pozwalała sztywna noga, ubrał się i wrócił na dół. Zdjął z haka przy drzwiach zardzewiały klucz, chwycił opartą o ścianę laskę i wyszedł w ciemną noc.

 - Robi się coraz ciekawiej – stwierdził Bill.

 Na frontowych drzwiach Domu Riddle’ów nie odkrył śladów włamania, podobnie jak na żadnym z okien. Pokuśtykał na tył domu i dotarł do drugich drzwi, prawie całkowicie ukrytych pod bluszczem, wyjął stary klucz, wsunął go w dziurkę i cicho je otworzył. Wszedł do dużej, mrocznej kuchni. Było bardzo ciemno, ale choć nie zaglądał tu od lat, pamiętał, gdzie są drzwi do przedpokoju, więc ruszył ku nim, czując wstrętną woń rozkładu, i wytężając słuch, by wyłowić jakikolwiek dźwięk dochodzący z góry. W przedpokoju było nieco jaśniej, ponieważ po obu stronach drzwi frontowych były duże okna przedzielone w środku kamiennymi słupkami. Zaczął się wspinać po schodach, błogosławiąc grubą warstwę kurzu pokrywającego kamienne stopnie, bo tłumiła jego kroki i postukiwanie laski.

 - Jak ninja – rzekł Hugo.

- A co to jest? – spytała Tracy.

- Ninja to tajni agenci kochana – odpowiedziała Hermiona – najemnicy w feudalnej Japonii, którzy specjalizowali się w działaniach specjalnych, wywiadzie, rozpoznaniu, przenikaniu i skrytobójstwach, ale także w walce wręcz i bronią białą. Ich skryte, podstępne metody były sprzeczne z zasadami samurajów, którzy przestrzegali surowych zasad dotyczących honoru i walki.

- A to drugie to słowo samuraj? – spytały Flora i Hestia.

- Samuraj to japoński wojownik, ciociu Hestia i ciociu Floro – mówiła Emilly – pierwotnie świta służąca najwyższym dostojnikom japońskim, także gwardia cesarska; dziedziczna szlachta wojskowa. Samuraje byli wojownikami w okresie od XII wieku aż do początków współczesnej Japonii, tzn. połowy wieku XIX. Podobnie jak średniowieczni rycerze europejscy, honor cenili sobie ponad wszystko. Swój kodeks honorowy nazywali bushido, co oznacza "droga wojownika".

- Kochanie jak ty mnie zaimponowałaś w tej chwili – powiedział Hugo do Franka II, naśladując głos matki.

- Dziękuję, mamusiu – odpowiedział Frank II głosem Emilly. Hermiona przytuliła Emilly do siebie.

- Mój synek wybrał sobie damę, która jest bardzo mądra i piękna, i która stała się panią Weasley, a ja jestem z jego wyboru bardzo szczęśliwa – powiedziała pani Weasley, a Emilly westchnęła zadowolonym głosem, kiedy Hermiona ją przytulała – Bardzo cię kocham, skarbie, bo jesteś damą i lady mojego rodu oraz naszą córeczką i nic tego nie zmieni.

- Ja ciebie też kocham, mamusiu – szepnęła do piersi Hermiony, a pani Weasley uśmiechnęła się do siebie delikatnie – Kocham być Lady Weasley albo Panią Weasley i być waszą córką, mamusiu. Mamusia też jest Lady i zawsze będzie Lady, a tatuś jest Lordem i zawsze będzie Lordem.

- Tak, skarbie, ja jako twoja mamusia jestem Lady Weasley twój tatuś, Ron jest Lordem Weasley’em, a ty jesteś Lady Weasley i naszą córeczką na wieki, skarbie – mruknęła Lady Weasley, całując ją w czoło, a Emilly westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w matkę jeszcze bardziej – A dlaczego?

- Bo mam znamię na szyi i biżuterię rodu Weasley, na której jest napisane "Lady szlachetnego i królewskiego rodu Weasley". Połączyła się ona z moim ciałem i nie mogę tego zdjąć – odparła z uśmiechem na twarzy .

- I, jako że jesteś i należysz do rodu Weasley życzę sobie, żeby niektórzy mówili do Ciebie per "pani Weasley" albo "Lady Weasley" – powiedziała, patrząc nie na przyjaciół, lecz dyrektora, Ropuchę, Knota i Snape'a – Panie Knot czy wyraziłam się jasno?

- Tak, PANI Weasley. PANI córka, PANI Emilia Weasley jest PANIĄ Weasley, proszę PANI – wystękał Knot. Hermiona uśmiechnęła się szeroko.

- Widzisz, kochanie? Twoja mamusia już działa – powiedziała Hermiona rozbawiona do córki, a ta uśmiechnęła się szeroko do matki.

Na podeście zwrócił się w prawo i natychmiast zlokalizował intruzów: drzwi na samym końcu korytarza były uchylone, a przez szparę wylewała się na czarną posadzkę długa smuga złotego, rozmigotanego światła. Frank zaczął się skradać powoli w tym kierunku, zaciskając palce na lasce. Znalazłszy się kilka stóp od drzwi, zobaczył przez szparę kawałek pokoju. Na kominku palił się ogień. To go zaskoczyło. Zamarł w bezruchu i nasłuchiwał uważnie, bo z pokoju dobiegł go męski głos, pokorny i zalękniony.

- Kto to jest? – spytała Jessica.

- Jeśli mój pan i mistrz wciąż jest głodny, to w butelce jeszcze trochę zostało.

Dyrektor zaczął się uważniej przysłuchiwać tej rozmowie. Zaczynał się domyślać, kim są ci ludzie.

- Później – odpowiedział drugi głos. Też należał do mężczyzny, ale był dziwnie wysoki i zimny, jak nagły powiew lodowatego wiatru. Było w nim coś, co sprawiło, że rzadkie włosy na karku Franka stanęły dęba – Przysuń mnie bliżej kominka, Glizdogonie.

- GLIZDOGON!!! – ryknęło większość ludzi na sali, a najbardziej to osoby z rodów Potterów, Blacków i Longbottomów w szoku i byli wściekli. Dumbledore tylko zmarszczył brwi. Teraz się dowie, jak Tom Riddle Junior przywrócił sobie ciało i moc.

- Mieliśmy go za przyjaciela! – krzyknęli Huncwoci w dwóch wersjach.

- A ta druga osoba to...??? – spytała Fleur z przerażeniem.

- Voldemort! – nie wytrzymał Harry, a większość ludzi zbladła.

- Jak to Sami-Wiecie-Kto? – zapytała Lavender.

Frank zwrócił ku drzwiom prawe ucho, żeby lepiej słyszeć. Rozległ się stuk butelki stawianej na jakiejś twardej powierzchni, a później szuranie, jakby po podłodze przesuwano ciężkie krzesło. Frank uchwycił spojrzeniem drobnego mężczyznę, odwróconego plecami do drzwi i popychającego fotel. Miał na sobie długi czarny płaszcz, a na czubku jego głowy bielała łysina. Po chwili zniknął z pola widzenia.

- Gdzie jest Nagini? – zapytał zimny głos.

- A cóż to znowu!! – jęknęła Carolina.

- Wielki czarny wąż – odparł starszy Artur, a jego żona wtuliła się w niego.

- Skąd to wiesz? – spytał Fleomont.

- Będzie opisane później, Fleomont – mruknął starszy Artur. 'Kiedyś była kobietą'. Pomyślał Dumbledore. Frank II popatrzył się na ojca.

- Ja... ja nie wiem, panie – odpowiedział lękliwie pierwszy głos – Chyba wybrała się na zwiedzanie domu...

- Musisz ją wydoić, zanim udamy się na spoczynek, Glizdogonie – rzekł drugi głos.

- To samica? – spytał w szoku Neville.

- Doić to można krowę – oznajmiła z ironią Rose.

- Tu chodziło o jad, Rose – powiedział Scorpius.

- Niech Nagini ugryzie Pettigrew, a później siebie – prosił młodszy Łapa.

- Voldek, jest źle! – syknął Fred – Jestem jadowita, oczywiście ugryzłam tego śmierdziela, Glizdogona, ale przez przypadek ugryzłam się w język!

- Żegnaj moja jedyna przyjaciółko! – zawołał James II dmuchając w chusteczkę.

- Nie możesz mnie zostawić! – jęknął Fred II.

- Mam nadzieję, że w wężowym niebie będziesz szczęśliwa – powiedział James II.

- Mamusiu czy ja naprawdę należę do tych rodzin? – spytała Sofia Nicole.

- Tak, kuzyneczko – oznajmił beztrosko Louis.

- Niestety, słońce, ale tak, jesteś Weasley'em tak samo jak ja. Kiedy wyszłam za mąż za twojego ojca, który uwielbia robić żarty – stwierdziła Nicole – ale też Potterem, bo ja się urodziłam w tej rodzinie. Twój dziadek, James też robi sobie żarty, więc my to mamy charakter raczej po babci Lily, kochanie.

- I macie wybuchowy charakterek – mruknął mąż Sofii.

- W nocy będziesz musiał mnie nakarmić. Ta podróż bardzo mnie zmęczyła – Zmarszczywszy brwi, Frank przybliżył swoje dobre ucho jeszcze bardziej do drzwi, wytężając słuch. Po chwili ciszy znowu zabrzmiał głos Glizdogona.

- Panie mój, czy mogę zapytać, jak długo tu zostaniemy?

- Tydzień – odrzekł zimny głos – Może dłużej. To dość wygodne miejsce, a na razie musimy powstrzymać się od działania.

- Oho!! Szykuje się orgia! – wypalił Lee. Córki i narzeczona popatrzyli na niego z niedowierzaniem, tak samo, jak większość ludzi na sali.

Byłoby głupio zabrać się do urzeczywistnienia naszego planu przed zakończeniem mistrzostw świata w Quidditchu – Frank wsadził do ucha sękaty palec i mocno nim pokręcił. 'Pewno nagromadziło się sporo woskowiny'. Pomyślał. 'Bo usłyszałem "Quidditch", a przecież nie ma takiego słowa...'

- Mistrzostw świata w Quidditchu? – powtórzył Glizdogon. (Frank jeszcze gorliwiej pogrzebał w uchu) – Wybacz mi, panie, ale... nie rozumiem... dlaczego mielibyśmy czekać na zakończenie mistrzostw świata?

- Ponieważ idioto maryśka strasznie długo trzyma, ale o tym jest taki odlot – powiedział George II – Tak słyszałem mamusie, kochane – dodał szybko, widząc wściekłe miny Nicole i Nimfadory.

- Dlatego, głupcze, że właśnie w tej chwili zjeżdżają się do kraju czarodzieje z całego świata i każdy tajniak z Ministerstwa Magii jest na służbie, wypatrując jakichkolwiek oznak niezwykłości i sprawdzając tożsamość każdego, kto mu się nawinie. Będą wariować na punkcie bezpieczeństwa, żeby mugole czegoś nie zauważyli.

- Barty Crouch Junior – mruknął cicho Harry.

Dlatego musimy czekać – Frank przestał sobie czyścić ucho. Wyraźnie usłyszał słowa: "Ministerstwo Magii", "czarodzieje" i "mugole". Nie ulegało wątpliwości, że te wyrażenia mają jakieś tajne znaczenie, a Frankowi przychodziły do głowy tylko dwa rodzaje ludzi, którzy mogliby mówić szyfrem: szpiedzy i przestępcy.

- Terroryści – dodał Albus II – zapomniałeś dodać.

Zacisnął dłoń na lasce i wytężył słuch.

- A więc wasza lordowska mość jest zdecydowany? – zapytał cicho Glizdogon.

- Tak, Glizdogonie, jestem zdecydowany – W zimnym głosie zabrzmiała nuta groźby. Nastąpiła chwila milczenia, a później przemówił Glizdogon, wyrzucając z siebie szybko słowa, jakby się bał, że straci odwagę, zanim je wypowie.

- Panie mój, to można zrobić bez Harry'ego Pottera.

- O nie! – pisnęły kobiety i dziewczyny z rodziny i przyjaciółki Harry'ego

- Zajebie go! – krzyknęli Łapa i Rogacz.

Znowu pauza, tym razem dłuższa, a potem...

- Bez Harry'ego Pottera, powiadasz? – powtórzył drugi głos z jadowitą łagodnością – Ach tak, rozumiem...

- Panie, nie mówię tego ze względu na chłopaka! – zawołał piskliwym głosem Glizdogon.

Ginny wtuliła się w męża jeszcze bardziej.

- Wszystko przez tę cholerną przepowiednię! – warknęła Nicole i popatrzyła przerażona na brata.

- Nic dla mnie nie znaczy, nic a nic! Uważam tylko, że gdybyśmy wykorzystali innego czarodzieja albo czarownicę... kogokolwiek... to moglibyśmy dokonać tego o wiele szybciej! Gdybyś mi pozwolił, panie, oddalić się na jakiś czas... a wiesz, że potrafię zmienić się tak, że nikt mnie nie rozpozna... wróciłbym tu za dwa dni z jakąś odpowiednią osobą...

- Tak, to prawda... – powiedział cicho pierwszy głos – Mógłbym użyć innego czarodzieja...

- Panie mój, to naprawdę rozsądne wyjście – W głosie Glizdogona dało się wyczuć wyraźną ulgę – Trudno by było porwać Pottera, jest tak dobrze strzeżony...

- Łapy precz od mojego męża, wy skurwysyny! – warknęła Ginny.

— A ty chciałbyś pójść na ochotnika po kogoś innego? Zastanawiam się, Glizdogonie... czy nie zmęczyło cię już pielęgnowanie mojej osoby... czy ta propozycja nie jest czasem próbą porzucenia mnie na zawsze?

- Panie mogę zrobić ci za to loda? – powiedział młodszy Łapa.

- Syriusz tu są dzieci! – krzyknęła młodsza Marlene.

- Śmietankowy, czekoladowy i truskawkowy – wymieniał młodszy Łapa.

- Panie! Mistrzu! Ja... ja wcale nie chcę cię opuścić, ależ skąd...

- Nie kłam! – zasyczał drugi głos – Przede mną nie można kłamać, zawsze to wykryję! Żałujesz, że w ogóle do mnie wróciłeś, Glizdogonie! Czujesz do mnie odrazę! Widzę, jak się wzdrygasz, gdy na mnie spojrzysz, czuję, jak drżysz, kiedy mnie dotykasz...

- Oni się bzykają? – spytał w szoku Lee – O fuj!

- Nie widziałem, że Pettigrew jest gejem – mruknął w szoku starszy Remus.

- Widocznie Peter to lubi, jak Tomuś go bzyka – stwierdził młodszy Łapa.

- Nie! Moje przywiązanie do waszej lordowskiej mości...

- Twoje przywiązanie to zwykłe tchórzostwo. Nie byłoby cię tu, gdybyś miał dokąd pójść. Jak mam tu przetrwać bez ciebie, skoro muszę być karmiony co kilka godzin? Kto wydoi Nagini?

- Panie, Bella lubi bawić się w dojenie – oznajmiła ze słodyczą starsza Narcyza – Z tego co słyszałem od Narcyzy i Andromedy to Bella była zawsze najbardziej narwana i chora na umyśle, że kocha się w tobie wężogęby.

- To jest twoja siostra – rzekł w szoku starszy Lucek.

- Może z krwi tak, ale to one są moimi siostrami, lecz to one są moimi przyjaciółkami – powiedziała, pokazując na Lily I, Marlene, Dorcas, Alice I, Molly I, Andromedę, Amelie I, Alison, Apolonię, Euphemia i Caroline. Wskazane kobiety uśmiechnęły się szeroko – Jesteście moimi przyjaciółkami, prawda? – spytała cicho.

- Oo, skarbie! – wzruszyła się pani Potter. Podeszła do niej z gracją i wdziękiem. Przyciągnęła ją do siebie, całując ją w czoło. Cyzia zamknęła oczy i westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Lily jeszcze bardziej – Jesteś kimś więcej, niż tylko przyjaciółką. Jesteś moją siostrą, a dlaczego?

- Ponieważ należę do Zakonu Sióstr Wojowniczek.

- Dokładnie, skarbie – zgodziła się Lily I, a po chwili przytuliły się również pozostałe siostry wojowniczki, które podeszły do nich z gracją i wdziękiem.

- Jesteś naszą siostrą, Narcyza na wieczność – powiedziała Molly I całując ją w czoło, wyrażając siostrzane uczucie, jakie do niej żywiła. Cyzia westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Molly jeszcze bardziej.

- Na wieczność? – mruknęła z nadzieją Narcyza do piersi Molly II.

- Na wieczność! – zawołały siostry wojowniczki. Wszystkie miały na sobie ubrania, które podkreślają ich wysportowaną sylwetkę. Miały na stopach wysokie szpilki, biżuterię swojego rodu i pierścień Zakonu. Zachwyciła ich największa metamorfoza. Była to Molly Weasley i była z siebie dumna, a Artur patrzył i się skulił na widok swojej żony, a ta na niego mrugnęła. Córki i wnuczki patrzyły na nie z uśmiechem.

- Molly kochana muszę to powiedzieć na głos, ale ty świetnie wyglądasz – powiedziała starsza Narcyza, patrząc na panią Weasley z zachwytem – ale masz figurę, kochana, twoja metamorfoza jest spektakularna!

- Mam zamiar jeszcze pracować nad moją figurą, ale muszę przyznać, że lepiej się czuję. Jestem pewniejsza siebie i nie wiedziałam, że będę umiała chodzić na wysokich szpilkach – mruknęła zawstydzona.

- Skarbie, byłaś, jesteś i będziesz lady, a lady mają to we krwi chodząc z gracją i wdziękiem i do tego jesteś moją siostrą, kochanie i nic, ani nikt tego nie zmieni, kochana – powiedziała starsza Narcyza, przytulając ją i całując w czoło, wyrażając siostrzane uczucie, jakie do niej żywiła. Molly I westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Cyzię jeszcze bardziej, a później usłyszeli ryk wściekłości.

- Spróbuj tylko dotknąć moją siostrę, a nie będę taka miłosierna! – krzyknęła starsza Narcyza wściekła.

- Atakując jedną z nas, atakujesz wszystkie! – warknęła starsza Andromeda.

- Bądź grzecznym chłopcem i się uspokój – dodała starsza Molly I.

- Merlinie, ale mam seksy żonę! – westchnął starszy Artur, patrząc na Molly z uwielbieniem. Synowie popatrzyli na siebie, a później na ojca z niedowierzaniem, a ta podeszła do męża jak modelka na wybiegu, kręcąc biodrami i usiadła mu na kolanach i wyszeptała mu coś do ucha.

- Jako że jestem najstarszym waszym synem – stwierdził Bill – Muszę powiedzieć, że jesteście nienormalni – a reszta synów pokiwała twierdząco głową.

 - Bill, mamusia świetnie wygląda i zdrowiej. Powinieneś się cieszyć, że promieniuje szczęściem, a nie mówić, że są nienormalni! – skarciła Fleur męża – Ma biżuterię rodu Weasley.

- Właśnie, Bill, słuchaj się żony – odpowiedziała Molly – a ty młoda panno, dziękuję – uśmiechnęła się do blondynki. Fleur popatrzyła na Molly, a ta rozłożyła ręce i w jednym momencie była przy niej i przytuliła się do rudowłosej kobiety. Obie kobiety miały na sobie wysokie szpilki i ubrania z kolekcji Victoire i Domique oraz biżuterię rodu Weasley, na których było napisane "Lady szlachetnego i królewskiego rodu Weasley".

- Mój syn wybrał mądrze, teraz to wiem. Przepraszam, że w to wątpiłam. Teraz jesteś Fleur Weasley naszą córeczką, kochanieńka.

- Mamusia – Fleur wtuliła się w Molly I jeszcze bardziej.

- Oczywiście, że tak kochanie. Jestem twoją mamusią, a ty nazywasz się Fleur Weasley – mruknęła i tuliła swoją najstarszą córkę i pocałowała ją w czoło – Przytulaj się do mnie, kiedy tylko chcesz, Fleur – puściła jej oczko – Fleur jest dla ciebie Panią Weasley, zrozumiałaś Umbridge?

- Tak PANI Weasley – mruknęła posłusznie – LADY Fleur Weasley jest PANIĄ Weasley i jest PANI córką, proszę PANI.

- Grzeczna dziewczynka – mruknęła zadowolonym głosem Molly I, tym samym przytuliła do swojej piersi Fleur.

- Dobrze to mamusia ujęła. Jestem panią Weasley na wieki – westchnęła zadowolonym głosem Fleur i puściła jej oczko, a po chwili obie parsknęły śmiechem. Bill i Artur popatrzyli na siebie zdziwieni, a kobiety z rodu Weasley, czyli Angelina, Nicole, Hermiona i Ginny chichotały.

- Nigdy nie zrozumiem kobiet – stwierdzili mężczyźni.

- Mamusia naprawdę świetnie wygląda – powiedziała Angelina, patrząc na Molly I z zachwytem.

- Dziękuję kochanieńka, to dzięki odpowiednim ćwiczeniom – tu popatrzyła się wymownie na Artura – i diecie schudłam 10 kg – dodała dumnym głosem.

- Dlatego mamusia promieniuje szczęściem! – stwierdziła Nicole zachwycona.

- Kochanie, mam teraz więcej czasu dla siebie – oznajmiła starsza Molly I radośnie – a poza tym, moje kochane córeczki ja na początku miałam jedną córkę teraz moja rodzina się powiększyła o kolejne córki – dodała zachwycona i przytuliła resztę córek mocno do siebie – Kocham was bardzo mocno, kochane i nie przestanę – reszta córek się przytulały z uśmiechem na twarzy.

- Mamuś, tatuś daje radę? – spytała Hermiona psotnie, a Molly I zarumieniła się mocno – po mamusi minie mam rozumieć, że tatuś daje radę?

- Hermiono, z tego co wiem twoja mamusia nie protestowała, kiedy ja, czyli twój tatuś wyznawał jej najlepiej jak mógł miłość. Powiem więcej: Twoja mamusia była mega zadowolona – stwierdził starszy Artur.

- Cicho bądź! – jęknęła czerwona, jak jej włosy, a Hermiona i inne jego córki i wnuczki tylko zachichotały. Synowie i wnuki mieli takie miny, że większość ludzi parsknęła śmiechem widząc ich miny, a Artur pocałował Molly I w znak, a ta westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w męża jeszcze bardziej.

- Był pan nieziemski, panie Weasley i nie mogę się doczekać powtórki – westchnęła zadowolonym głosem Molly I.

- Ja też się nie mogę tego doczekać, pani Weasley – mruknął Artur.

- Jesteś już o wiele silniejszy, mój panie...

- Kłamiesz – wycedził zimny głos – Wcale nie jestem silniejszy, a jak ciebie nie będzie przez parę dni, to utracę i tę odrobinę zdrowia, którą odzyskałem pod twoją niezdarną opieką. Zamilcz!

- Nie ładnie, Peter, nie zostaniesz pielęgniarka miesiąca – powiedział ze śmiechu Fineas.

Glizdogon, który bełkotał coś niewyraźnie, natychmiast umilkł. Przez kilka sekund Frank słyszał tylko trzaskanie ognia w kominku.

- Myślę, w domu było za zimno. Powinienem zrobić cieplej, ale jak ja mam to zrobić? To zawsze robił Lestrange – mówił ze łzami w oczach Teddy.

- To zawsze robił to on? – wtrącił przejęciem Nick.

- To zawsze robił to Lestrange. Wie pan, mój panie ja dzisiaj jak do niego poszedłem to się zapytałem, jak mam zwiększyć temperaturę różdżką, żeby zrobiło się odrobinę cieplej i wytłumaczył mi – relacjonował z przejęciem Teddy. Większość ludzi parsknęła śmiechem – a teraz mamy, jak u mamusi.

- Moja krew! – krzyknęli dwie wersje Lunatyka i oraz Lee ze śmiechu. Victoire i Domique pocałowały swojego męża w policzek.

- Ale i tak najgorszy jest wiatr – stwierdził Frank II – bo jak jest zimno, a nie ma wiatru, to jest ciepło – Większość ludzi parsknęła śmiechem.

- A jak jest ciepło, a jest wiatr, to jest zimno.

 - To nie na moją głowę, panie! – jęknął Hugo. Sala wybuchła śmiechem.

 - Ja wole jak jest minus 10 bez wiatru niż 10 z wiatrem. A dlaczego?

- Bo jest cieplej! – wtrącił się Hugo podnieconym głosem.

- Bo jest cieplej – zgodził się Frank II.

- Mądrego to aż miło posłuchać – stwierdził Hugo, a Wielka Sala ryknęła śmiechem.

- Wy myślicie, że Voldemort i Pettigrew gadają sobie o pogodzie? – spytały Alicia II i Rose z niedowierzaniem.

Potem drugi mężczyzna znowu przemówił, tym razem szeptem przywodzącym na myśl syk węża.

- Jak już ci wyjaśniałem, mam swoje powody, dla których chcę użyć właśnie tego chłopca. Chcę jego i tylko jego. Czekałem na to trzynaście lat. Parę miesięcy więcej nie stanowi różnicy. Wiem, że chłopiec będzie wyjątkowo dobrze chroniony, ale wszystko dokładnie zaplanowałem. Potrzebna mi jest tylko twoja odwaga, Glizdogonie, i tę odwagę musisz w sobie znaleźć, jeśli nie chcesz odczuć pełni gniewu Lorda Voldemorta...

- Jak Voldek się odrodził? – spytała Mary przerażonym głosem.

- Będzie wszystko opisane, ciociu Mary – mruknęła Ginny i wtuliła się w męża, a Harry zbladł, bo na jego oczach stanął teraz obraz śmierci Cedrika i zmartwychwstanie Voldemorta.

- Panie, pozwól coś powiedzieć swemu wiernemu słudze! – przerwał mu Glizdogon, a w jego głosie zabrzmiało prawdziwe przerażenie – Przez całą naszą podróż rozmyślałem nad tym planem... Panie mój, przecież wkrótce zauważą, że Berta Jorkins zniknęła, a jeśli posuniemy się dalej, jeśli rzucę zaklęcie...

- Berta zniknęła? – spytały przerażone dwie wersje Lily I.

- Tak, mamuś – mruknęła Ginny i miała łzy w oczach – i niestety nie żyje.

- NIE ŻYJE?! – ryknęła ta część sali, którzy nie widzieli.

- Nie żyje – powiedziała płaczliwie Hermiona.

- Berta była straszną niezdarą i plotkarą, nie miała za grosz rozumu i zupełnie nie potrafiła trzymać języka za zębami – powiedział młodszy Łapa.

- Tak – zgodził się młodszy Rogacz – Gdyby ona się dowiedziała, że no wiecie jesteśmy animagami, to cały kraj by wiedział.

- Ale nikomu nie życzyłbym śmierci – oznajmił młodszy Remus.

- Nawet Voldemortowi, tato? – spytał Harry.

- No cóż... No, to jest problem, ale myślę, że także jemu nie życzyłbym śmierci – odpowiedział starszy James I.

- Jeśli? – zasyczał pierwszy głos – Jeśli? Jeśli będziesz postępował zgodnie z planem, Glizdogonie, ministerstwo nigdy się nie dowie, że ktoś jeszcze zniknął. Zrobisz to po cichu, bez zamieszania... Bardzo bym chciał zrobić to sam, ale w moim obecnym stanie... Pomyśl, Glizdogonie, trzeba tylko pokonać jeszcze jedną przeszkodę i droga do Harry'go Pottera stanie przed nami otworem.

- Jeśli tylko go dotkniesz, to nogi ci z dupy powyrywam! – warknęła starsza Lily, a Rogacz ją przytulił.

- Nie żądam od ciebie, żebyś zrobił to sam. Wkrótce pojawi się mój wierny sługa...

- Ja jestem twoim wiernym sługą – rzekł Glizdogon, a w jego głosie zabrzmiała nuta ponurego rozżalenia.

- Byłeś naszym przyjacielem, Glizdogonie – jęknął starszy Łapa.

- Glizdogonie, potrzebny mi jest ktoś z tęgą głową, godny zaufania i do końca mi oddany, a ty nie spełniasz żadnego z tych warunków.

- Zadaje sobie pytanie: Dlaczego my się z nim przyjaźniliśmy? – spytał starszy Rogacz.

- Ponieważ był naszym sługą? – stwierdził starszy Łapa.

- Czyli coś w stylu goryli, którzy są sługami Draco – rzekła Astoria – Prawda, tatusiu?

- Dokładnie tak, słoneczko – odparł starszy Łapa uśmiechem na twarzy.

 - A skoro jestem z Dracusiem i mamusia powiedziała, że jestem panią Malfoy – rzekła młoda pani Malfoy podnieconym głosem – to by oznaczało...

- Tak, skarbie, jesteś ich panią – skoczył jego wypowiedź starszy Łapa – Mają cię słuchać, mówiąc do ciebie "pani Malfoy".

 - Dobrze, tatusiu – uśmiechnęła się Astoria i podeszła do niego z gracją i wdziękiem i przytuliła się do niego mocno – Jestem grzeczną dziewczynką i słucham się mojego tatusia i lubię być panią Malfoy.

 - Tatuś bardzo cię kocha, skarbie – mruknął Łapa, całując ją w czoło.

 - Dobrze powiedziane, Syriuszu – powiedziała starsza Narcyza.

 - Ależ dziękuję, Cyziu – odpowiedział starszy Łapa, przytulając do siebie Astorię. Ci patrzyli na Łapę, Narcyzę i Astorię wściekli.

- Słyszałyście, co mój tatuś powiedział? – odezwała się pani Malfoy do Goryli Dracona i założyła ręce, po czym zaczęła stukać wysokim obcasem, zirytowana.

- Malfoy! – warknęli na Draco.

- Jak już to Lordzie Malfoy! – poprawiła go starsza pani Malfoy – a ta kobieta, co siedziała na kolanach mojemu synowi, a teraz przytula się do Lorda Blacka, to jest Lady Malfoy.

- Tak, mamusiu – zgodziła się Astoria i podeszła z gracja i wdziękiem do Draco, wtulając się w niego jeszcze bardziej, a Draco gdy poczuł perfumy damskie Astorii westchnął.

- Kocham być panią Malfoy. Draco myślę, że musimy coś z tym zrobić, nie uważasz, panie Malfoy? – spytała zmysłowo Astoria.

- Myślę, że to doskonały pomysł, pani Malfoy – mruknął Draco, a Astorii zrobiło się gorąco.

- Na to liczę, Dracuś – powiedziała i zaczęła trzepać rzęsami.

- A wy i tak jesteście gorylami i mówię otwarcie, że uważam was za głupich i traktuje was bardziej jako lokajów – oznajmił Draco, całując ją w czoło. Pani Malfoy westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Malfoy'a jeszcze bardziej. Później zachichotała słodkich głosem i pocałowała go w policzek, a ci patrzyli na nich morderczym wzrokiem.

- Tak się śmieją damy, ciociu Astorio – stwierdził Patrick – Jak się śmiejemy grzecznie i wytwórnie – powiedział Patrick, przykładając ręce do ust – Ho! Ho! Ho! – Mężczyźni i chłopaki parsknęli śmiechem, a dziewczyny i kobiety popatrzyli na niego z niedowierzaniem.

- A tak się śmieją chłopy! – odezwał się Hugo – Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! – zaczął się śmiać.

- Odnalazłem cię, panie – powiedział Glizdogon, teraz już wyraźnie nadąsany – To ja ciebie odnalazłem. To ja ci sprowadziłem Bertę Jorkins.

- To prawda – rzekł drugi mężczyzna z lekkim rozbawieniem – To wy-czyn, którego się po tobie nie spodziewałem, Glizdogonie...

- Nawet Voldemort z niego kpi – powiedział z odrazą Ron.

- Chociaż, prawdę mówiąc, kiedy ją złapałeś, na pewno nie wiedziałeś, jak bardzo okaże się pożyteczna, co?

- Ja... ja myślałem, że ona może się przydać, panie...

- Kłamiesz – powtórzył pierwszy głos jeszcze wyraźniej szyderczym tonem – Nie przeczę jednak, że jej informacje okazały się bardzo cenne. Bez niej nie obmyśliłbym naszego planu. Otrzymasz za to nagrodę, Glizdogonie. Pozwolę ci wykonać dla mnie bardzo ważne zadanie, tak ważne, że każdy z moich zwolenników dałby sobie odrąbać prawą rękę, byle je otrzymać...

- Żeby mieć odszkodowanie? – spytał Fineas.

- Taaaa... Pettigrew przydałaby się grupa na głowę – mruknął Albus II.

 - N-naprawdę, mój panie? Co... – Teraz w głosie Glizdogona ponownie zabrzmiało przerażenie.

- Ach, Glizdogonie, chyba nie chcesz, żebym ci zepsuł niespodziankę?

- Będzie orgia? – spytali podnieceni Fred i George – Aua! – zawołali jednocześnie, masując obolałe miejsce – Mniej kawy Angus!/Nickuś! – warknęli na swojej żony.

- Jak będziesz grzecznym chłopcem to... – a Ci pocałowali je namiętnie w usta.

Swoją rolę odegrasz na samym końcu... ale przyrzekam ci, będziesz miał zaszczyt okazania się równie użytecznym, jak Berta Jorkins.

- A więc... a więc... – wyjąkał Glizdogon ochrypłym głosem, jakby nagle zaschło mu w ustach – zamierzasz... mnie również... zabić?

- Och, Glizdogonie, Glizdogonie – rzekł łagodnie zimny głos – czemu miałbym cię zabijać? Zabiłem Bertę, bo musiałem to zrobić. Po przesłuchaniu nie nadawała się już do niczego.

Kobiety i dziewczyny zbladły i przyłożyły dłonie do ust.

- A zresztą mogłyby paść niewygodne pytania, gdyby wróciła do Ministerstwa Magii i oznajmiła, że podczas urlopu spotkała właśnie ciebie. Czarodzieje uważani za zmarłych chyba nie powinni spotykać w przydrożnej gospodzie czarownic z Ministerstwa Magii, prawda? – Glizdogon mruknął coś tak cicho, że Frank nie dosłyszał słów, ale drugi mężczyzna roześmiał się – a był to śmiech zimny jak jego mowa, całkowicie pozbawiony wesołości – Powiadasz, że mogliśmy zmodyfikować jej pamięć? Potężny czarodziej potrafi przełamać każde zaklęcie zapomnienia, co udowodniłem, kiedy ją przesłuchiwałem. Byłoby ujmą dla jej pamięci, gdybyśmy nie wykorzystali informacji, które z niej wydarłem, Glizdogonie.

- Powinieneś o tym wiedzieć, idioto! – zadrwił starszy Kingsley.

Frank, przyczajony za drzwiami, poczuł nagle, że jego ręka ściskająca laskę zrobiła się śliska od potu. Ten człowiek o lodowatym głosie zabił jakąś kobietę. Mówi o tym bez żadnych skrupułów – z rozbawieniem. To groźny szaleniec! Szaleniec, który planuje nowy mord... Ten chłopiec, Harry Potter, kimkolwiek jest... znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie...

- Bo Sybilla wygłosiła przepowiednię – mruknął Harry.

Wiedział, co powinien zrobić. Nadszedł czas, aby iść na policję. Wykradnie się z domu i pospieszy ile sił w nogach do budki telefonicznej w wiosce... Ale zimny głos ponownie przemówił i Frank zamarł, zamieniając się w słuch.

- Jeszcze jedno zaklęcie... wierny sługa w Hogwarcie... i Harry Potter jest mój, Glizdogonie.

- Nie wężogęby! – warknęła Ginny – Harry jest mój i tylko mój!

- To już postanowione. Nie życzę sobie żadnych sprzeciwów. Ale cicho... chyba słyszę Nagini... – I nagle jego głos się zmienił. Zaczął wydawać z siebie takie dźwięki, jakich Frank jeszcze nigdy nie słyszał: syczał i prychał bez zaczerpnięcia oddechu. Frank pomyślał, że to jakiś atak apopleksji.

- Gościu uciekaj z tamtego miejsca szybko, jeśli ci życie miłe! – krzyknął młodszy Łapa.

A później usłyszał coś za sobą w ciemnym korytarzu. Odwrócił się i sparaliżowało go ze strachu. Coś pełzło ku niemu po podłodze mrocznego korytarza, a kiedy zbliżyło się do pasma światła padającego przez szparę, przeszył go dreszcz przerażenia. Miał przed sobą olbrzymiego węża, mierzącego co najmniej dwanaście stóp.

- Nagini!!!!! – pisnęła Daphne, że mocno wtuliła się w Jareda.

Frank, skamieniały z przerażenia, wpatrywał się w wijące się cielsko, które zbliżało się coraz bardziej i bardziej, pozostawiając szeroki, kręty ślad na zakurzonej posadzce... Co robić? Dokąd uciec? Jedyne miejsce ucieczki to pokój, w którym dwaj mężczyźni planują morderstwo... ale jeśli nie ruszy się z miejsca, wąż z pewnością go uśmierci...

- Już po nim – mruknął Ron.

Zanim jednak zdążył podjąć decyzję, wąż już się z nim zrównał, a potem – nie do wiary! – minął go, wabiony sykiem wydobywającym się z ust tamtego mężczyzny, i po chwili w szparze drzwi zniknął koniec jego ogona, nakrapiany lśniącymi jak diamenty plamkami.

- Nie lubię węży! – krzyknęli niektóre osoby.

- Dobrze, że to nie pająki, bo to by było już przegięcie – powiedział Scorpius słabym głosem, a Ron mu wtórował.

 Po czole Franka spływały stróżki potu, a ręka dzierżąca laskę dygotała. W pokoju wciąż rozlegało się syczenie i prychanie, a Franka nawiedziła dziwna, zupełnie niewiarygodna myśl... 'Ten człowiek potrafi rozmawiać z wężami'.

Wszyscy nagle popatrzyli się na Harry'ego.

- Dlaczego wszyscy się na mnie tak patrzą? – spytał Harry.

- No nie wiem stary, ale tylko ty potrafisz gadać z wężami – powiedział Ron.

- Chętnie bym odwiedził Komnatę Tajemnic – stwierdzili podnieceni Fred i George – Weatherby to będzie idealna pierwsza randka z panem Crouchem. Wypijecie sobie angielską herbatkę z martwym bazyliszkiem, a później weźmiecie ślub.

- A my zagramy dla was kawałek! – dodali Fred II i George II.

Frank nic z tego nie rozumiał. W tej chwili pragnął tylko jednego: znaleźć się z powrotem w łóżku z butelką gorącej wody pod kołdrą. Kłopot w tym, że nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Za nic nie chciały si poruszyć. I kiedy tak stał, próbując opanować dygotanie, zimny głos przemówił, znowu po angielsku:

- Nagini przyniosła interesującą wiadomość, Glizdogonie.

- Nagini wygadała się – mruknął Harry.

- Czy on... – zaczęła młodsza Lily.

- On za chwilę będzie martwy, mamo – powiedział Harry. Kobiety i dziewczyny przyłożyły dłonie do ust.

- N-naprawdę, mój panie?

- Naprawdę – rzekł zimny głos – Nagini twierdzi, że za drzwiami stoi jakiś stary mugol i podsłuchuje, co tu mówimy – Frank nie miał żadnych szans na ucieczkę. Usłyszał zbliżające się kroki i drzwi otworzyły się gwałtownie na całą szerokość. Stał przed nim niski, łysiejący mężczyzna z resztką siwych włosów, długim, spiczastym nosem i wodnistymi oczkami; na jego twarzy malowała się mieszanina czujności i strachu.

- Zabiję tego szczura! – warknęła Daphne.

— Zaproś go do środka, Glizdogonie. Gdzie się podziały twoje dobre maniery? – Zimny głos dobiegał ze starego fotela stojącego przed kominkiem, ale Frank nie widział tego, kto w nim siedzi. Wąż zwinął się na przegniłym dywaniku przed kominkiem, jak jakaś straszna parodia domowego psa.

- Przyszedł mi do głowy Puszek – stwierdził Ron.

Glizdogon gestem zaprosił Franka do pokoju. Choć Frank wciąż był okropnie wstrząśnięty, ścisnął mocniej laskę i przykuśtykał przez próg. Jedynym  źródłem światła był ogień z kominka, który rzucał na ściany długie, pająkowate cienie. Frank wlepił oczy w oparcie fotela. Siedzący w nim mężczyzna musiał być jeszcze niższy od swojego sługi, bo Frank nie widział czubka jego głowy.

- Słyszałeś wszystko, mugolu? – odezwał się zimny głos.

- Nie, głuchy byłem – powiedział Fineas.

- Jak mnie nazwałeś? – zapytał Frank wyzywającym tonem, bo teraz, kiedy już znalazł się w środku i nadszedł czas, by działać, poczuł przypływ odwagi. Na wojnie było tak samo.

- Nazwałem ciebie mugolem – odrzekł chłodno głos – To oznacza, że nie jesteś czarodziejem.

- Nie wiem, co przez to rozumiesz – powiedział Frank nieco pewniejszym tonem – Wiem tylko, że usłyszałem dość, aby zainteresować tym policję. Tak, mój panie. Popełniłeś jakieś morderstwo i planujesz następne! I powiem ci coś jeszcze – dodał, bo nagle przyszło mu to do głowy – Moja żona wie, że tu jestem, i jeśli nie wrócę...

- Nie masz żony – przerwał mu spokojnie zimny głos – Nikt nie wie, że tu jesteś. Nie powiedziałeś nikomu, dokąd idziesz. Nie kłam przed Lordem Voldemortem, mugolu, bo on to pozna... zawsze poznaje...

- Jego ego to top – powiedział James II.

- Wy sami nie jesteście lepsi! – warknęła Mariette.

- Czyżby? – zapytał szorstko Frank – A więc mamy do czynienia z lordem? Jakoś nie widzę, żebyś miał lordowskie maniery. Bo niby dlaczego nie odwrócisz się i nie spojrzysz mi w oczy jak człowiek?

- Bo ja nie jestem człowiekiem, mugolu – zasyczał zimny głos, a Frank ledwo go dosłyszał wśród trzasku szczap płonących w kominku – Jestem kimś o wiele, wiele większym.

- Jestem trans, byłem człowiekiem, a teraz jestem wężem – mruknął Hugo.

- Ale... dlaczego nie? Pokażę ci swoją twarz... Glizdogonie, odwróć mój fotel – Sługa jęknął cicho – Słyszałeś, co powiedziałem? – Powoli, z takim grymasem na twarzy, jakby wolał zrobić wszystko, tylko nie zbliżać się do swojego pana i do dywanika, na którym spoczywał wąż, drobny człowieczek podszedł do fotela i zaczął go odwracać.

 Większość ludzi zbladła.

Wąż uniósł swój ohydny, trójkątny łeb i zasyczał cicho, kiedy nogi fotela zawadziły o dywanik. Sługa odwrócił fotel i Frank wtedy zobaczył, kto, albo raczej co w nim siedzi. Laska wypadła mu z ręki i z łoskotem wylądowała na podłodze. Otworzył usta i krzyknął. Krzyczał tak głośno, że nie słyszał słów, które wypowiedziało to coś w fotelu, kiedy podniosło różdżkę.

 - Wiadomo jakie – rzekł Seamus, a Susan wtuliła się w jego pierś.

Błysnęło zielone światło, huknęło i Frank Bryce zgiął się wpół. Kiedy upadł na podłogę, był już martwy.

- O Merlinie! – zawołały dziewczyny i kobiety, przykładając dłoń to ust.

 Dwieście mil od tego miejsca pewien chłopiec, który nazywał się Harry Potter, przebudził się nagle, dygocąc ze strachu.

- O Merlinie! – zawołały przerażone kobiety o dziewczyny.

- Koniec! – warknęła Milicenta.



Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...