sobota, 10 grudnia 2022

Rozdział 5

 

ROZDZIAŁ PIĄTY

Ulica Pokątna

Wreszcie ulica Pokątna - powiedziała Marlena.

Następnego ranka Harry obudził się wcześnie. Chociaż wiedział, że już jest jasno, nie otwierał oczu.

- To był sen - powiedział sobie stanowczo - Śnił mi się olbrzym Hagrid, który przyszedł, żeby mi powie­dzieć, że mam pójść do szkoły czarodziejów.

- To nie był sen Harry - odezwał się Hagrid.

- Kiedy otworzę oczy, będę znów w komórce pod schodami.

Lily warknęła na Dropsa, a Rogacz zacisnął ręce z gniewu.

Nagle usłyszał donośne stukanie. 'No tak, ciotka Petunia już stuka do drzwi'. Pomyślał Harry i zrobiło mu się smutno, ale wciąż nie otwierał oczu. 'To był taki cudowny sen'.

Puk. Puk. Puk.

- No dobra - wymamrotał Harry - Już wstaję - Usiadł i wówczas zsunął się z niego czarny płaszcz Hagrida. Chata była pełna słońca, burza już przeszła, sam Hagrid spał na zapadniętej kanapie, a w okno stukała pa­zurem sowa, trzymając w dziobie gazetę.

- Poczta - powiedziała Luna swoim rozmarzonym głosem

Harry wstał, czując, że szczęście rozpiera go jak wielki balon, który ktoś w nim nadmuchuje. Podszedł do okna i otworzył je szeroko. Sowa wleciała i upuściła gazetę prosto na Hagrida, który nawet nie drgnął, tylko spał dalej. Sowa wylądowała na podłodze i zaczęła atakować czarny płaszcz Hagrida.

- Przestań!

- Sowa nie mówi, Potter - zardwil Draco.

- A freta mówi? - odparował Harry Goście przyszłości popatrzyli się na Scorpiusa i parsneli śmiechem

- Bardzo śmieszne - burknął Scorpius

Harry próbował odpędzić sowę, ale kłapnęła na niego dziobem i dalej szarpała płaszcz.

- Hagrid! - zawołał Harry - Tu jest sowa i...

- Zapłać jej - rzekł Ron.

- Zapłać jej - mruknął Hagrid ze swojej kanapy.

- Co?

- Chce zapłaty za dostarczenie przesyłki. Poszukaj w kieszeniach - Płaszcz Hagrida składał się chyba z samych kieszeni - pęki kluczy, kulki chleba, miętówki, kłębki sznurków, torebki herbaty... w końcu Harry wyciągnął garść dziwnych monet.

- Kaska - powiedział James junior.

- Daj jej pięć knutów - powiedział Hagrid sennym głosem.

- Knutów?

- Małe i brązowe - wytłumaczyła Hermiona.

- To te małe, brązowe - Harry odliczył pięć brązowych monet, a sowa wyciągnęła nogę, do której był przywiązany skórzany woreczek, dając mu do zrozumienia, żeby włożył tam pieniądze, a potem wyleciała przez otwarte okno.

- Narazie sowo - rzekła Domique.

Hagrid ziewnął potężnie, usiadł i przeciągnął się.

- No, Harry, komu w drogę, temu czas, musimy się dostać do Londynu i kupić ci wszystko, czego potrzebujesz do szkoły - Harry obracał w palcach monety. Właśnie pomyślał o czymś, co sprawiło, że poczuł się tak, jakby ktoś przekłuł ten balon.

- Mmm... Hagrid?

- Mmm? - odpowiedział Hagrid, wciągając wysokie buty.

- Ja nie mam pieniędzy...

- Masz kasę w banku - powiedział Rogacz.

a słyszałeś, co mówił w nocy wuj Vernon... nie da ani grosza, żebym się uczył magii.

- Kochanie nie przejmuj sie. Będzie dobrze - oznajmiła Ginny do Harry'ego.

- Kocham Cię Gin - odezwał Harry.

- Nie przejmuj się - rzekł Hagrid, wstając i drapiąc się po głowie - Myślisz, że starzy nic ci nie zostawili?

- Ale skoro ich dom został zniszczony...

- Przecież nie trzymali złota w domu, chłopie!

- Tak banku Gringotta! - krzyknął James junior.

- No więc najpierw do Gringotta. To bank czarodziejów. Zjedz kieł­baskę, wcale nie są takie złe na zimno... a ja nie odmówił­bym też kawałka twojego urodzinowego tortu.

- Czarodzieje mają banki?

- Nie. Chowamy kasę w skarpetkach - powiedział Draco z ironią.

- Nie wiedziałem Fretko - bronił się Harry

- Fretko? - zdziwili się goście z przeszłości. Gryfoni wybuchli śmiechem

- Dowiecie się na naszym czwartym roku - odpowiedział Harry.

- Tylko jeden. Gringotta. Należy do goblinów - Harry upuścił kawałek kiełbasy.

- Goblinów?

- Taaa... więc tylko wariat próbowałby go obrabo­wać, no nie?

- Gobliny są spryciarzami - wytłumaczyl Bill - Trudni w rozmowie trzeba uważać, co się mówi - dodał. Fleur tylko pokiwała głową.

- Czym się zajmujesz? - zapytała się Lily.

- Lily jestem Łamaczem Klątw. Pracowałem w Egipcie, a teraz jestem tutaj - odpowiedział Bill

- Bo nasz... - zaczął Fred.

- Billy się... - ciągnął George.

- Zakochał Fleur - skończyli razem.

- Super. Łamacz Klątw - uśmiechnęła się Lily do Billa .

- Nigdy nie zadzieraj z goblinami, Harry. Bank Gringotta to najbezpieczniejsze miejsce pod słońcem, jeśli masz coś cennego... oczywiście z wyjątkiem Hogwartu.

- Nie zgodziłbym się - stwierdził Ron.

- Ron masz rację - rzekła Hermiona patrząc na Rona

- Dziękuję Kochanie - odezwał się Ron automatycznie.

- "Kochanie"? - zapytała szoku w, duchu się cieszyła

- Mamo, tato jesteście zakochani. Tato weź się garść i pocałuj mamę już - powiedziała Rose.

- Ron całuj, całuj! - krzyczeli bracia i siostra.

- No, na co czekasz? Na zaproszenie? - stwierdziła Hermiona. Ronowi opadła szczęka.

- Ogarnij się szwagier! - jeknal Harry.

- Dobra ogarnąłem się -
stwierdził Ron po chwili i pocałował Hermionę a Hermiona oddala pocałunek taka sama mocą

- Awwwww! - krzyknęli kobiety i dziewczyny

- Kocham Cię Ron - rzekła mu Hermiona do ucha i poparzyła mu w oczy

- Od pewnego czasu patrze na Ciebie inaczej - odezwał się Ron

- Jak? - spytała z nadzieją

- O Tak - odpowiedzial Ron i pocałował namiętnie Hermione gdy przestali się całować - mruknął jej do ucha - kocham Cię zostaniesz moja dziewczyna?

- Tak oczywiście że tak zostanę twoja dziewczyna ! - ucieszyła się Hermiona i usiadła mu na kolanach i się wtuliła

- Tak, Hermiona będzie moja szwagierka - powiedziała szczęśliwa Ginny.

- A moja synową córką - dodała szczęśliwa Molly. Ron i Hermiona się zarumienili. Molly przybiegła do Hermiony i ja mocno przytuliła

- Kocham Cię! Hermiona jesteś mi córka, jak Harry syn - powiedziała Molly.

- Dziękuję pani Weasley - rzekła Hermiona

- Gdzie tam "Pani". Będę zaszczycona, jak będęsz mi mówić po prostu Molly, albo mamo - oznajmiła Molly. - osobiście wolałabym jakbyś zwracała się do mnie per "Mamo" - mruknela do siebie a Hermiona uśmiechnęła się szeroko do niej 

- I tak traktuje cię jako moją mamę - powiedziała uśmiechem na twarzy Hermiona. - Będę się do mamy tak zwracała per "Mamo" dobrze mamo? - postanowiła Hermiona - Kocham Cię mamo

- To będzie dla mnie zaszczytem Hermiono, kocham cię i Artur też cię kocha, prawda Arturze? - zapytała Molly.

- Oczywiście Molly - zgodził Artur - Jesteś mi córka, a Harry jak syn - odpowiedział Artur Hermionie.

- Ja też was kocham - wzruszyła się Hermiona i przytuliła Molly i Artura Następnie Molly I Odgarnęła kosmyk brązowych włosów Hermiony za ucho. Ten gest najpełniej obrazował macierzyńskie uczucia jakie do niej żywiła. I następnie pocałowała ją w czoło Hermiona się tego nie spodziewała ze ten całus w czoło da taki efekt gdyż wydała z siebie głośne westnecia zadowolenia głosem wtulając się w swoją nową matkę jeszcze bardziej nie chcąc jej puścić 

- Moja córeczka - rzekła szczęśliwa Molly tuląc do siebie swoją nową córkę 

- Mamusia - wydobył się dźwięk z ust Hermiony do jej piersi a, później popatrzyła na starsza kobietę z nadzieją w oczach czy może tak się do niej zwracać 

- Tak kochanie oczywiście że jestem twoją mamusią oczywiście że tak - powiedziała szczęśliwa i wzruszona pani Weasley - córciu moim zdaniem "per mamusia" jest cudowniejsze od per "Mamo" 

- mamusiu "Per córeczka czy per córciu " jest jest lepsze od "per córka" - odparła Hermiona a jej nowi rodzice uśmiechnęli się szeroko do niej 

- To co Molly mamy dwie córki i 8 synów - powiedział Artur.

- Tak Arturze - rzekła Molly szczęśliwa - mamy dwie córeczki córeczkę Ginny i córeczke Hermione 

- A ja mamusie Molly i tatusia Artura - powiedziała ich nowa córka 

- Teraz mi się przypomniało, że i tak muszę odwiedzić Grin­gotta. Dumbledore mi kazał. No wiesz, sprawy szkoły - Wypiął dumnie pierś - Zwykle daje mi do załatwienia różne ważne sprawy. Sprowadzenie ciebie... zabranie cze­goś u Gringotta... wie, że na mnie może polegać. No, mamy już wszystko? To idziemy.

- Gobliny... Same z nimi problemy - rzekł Harry.

- Tak - odpowiedziała Fleur .

Harry wyszedł za nim z chaty. Niebo było już czyste, a morze migotało w blasku słońca. Przy brzegu kołysała się łódź, którą wynajął wuj Vernon. Na dnie było pełno wody.

- Jak się tu dostałeś? - zapytał Harry, rozglądając się za jakąś inną łodzią.

- Przyleciałem.

- Przyleciałeś

- Czym - zapytała się Audrey.

- Taaa... ale wrócimy tą łajbą. Nie wolno mi używać czarów, kiedy nie muszę - Wleźli do łodzi. Harry gapił się na Hagrida, próbując go sobie wyobrazić, jak fruwa - Chociaż... wstyd by było wiosłować - powiedział Hagrid, spoglądając na Harry'ego z ukosa - Gdybym tak... tego... trochę przyspieszył... to chyba mogę liczyć na ciebie, że nie będziesz o tym gadał w Hogwarcie, co?

- To będzie nasza słodka tajemnica - wystrzezyl się Harry.

- Oczywiście - odpowiedział Harry, rad, że zoba­czy nowe czary. Hagrid wyciągnął swój różowy parasol, stuknął nim dwa razy w burtę łodzi i pomknęli w stronę lądu - Dlaczego tylko wariat chciałby obrabować bank Gringotta? - zapytał Harry.

- Zaklęcia... czary - odrzekł Hagrid, rozkładając gazetę - Mówią, że skarbca strzegą tam smoki.

- Uwielbiam smoki - powiedział Charlie.

- Czym się zajmujesz? - zapytał się Łapa.

- Jestem smokologiem - odpowiedział Charlie dumnie wypiął pierś, jak to zwykle robił Percy.

- Smokologiem - odezwała blada Alicja, matka Neville'a.

- Tak - rzekł Charlie.

- Super - krzyknęli Huncwoci.

- No i mu­siałby znać drogę, a to nie takie proste. Gringott leży setki mil pod Londynem, głęboko pod ziemią. Zdechłbyś z głodu, próbując tam się dostać, zanim byś coś stamtąd zwędził - Harry siedział i rozmyślał nad tym, a Hagrid zabrał się do swojej gazety. Był to "Prorok Codzienny". Wuj Vernon nauczył Harry'ego, że nie wolno przeszkadzać ludziom, kiedy czytają gazetę, ale tyle było pytań... Harry z trudem się powstrzymywał, by nie zadać pierwszych dziesięciu.

- Zadawaj, ile chcesz - uśmiechnął się Hagrid.

- Ministerstwo Magii jak zwykle robi okropny bałagan - mruknął Hagrid, przewracając stronę.

- Więc jest Ministerstwo Magii? - zapytał Harry, zanim zdołał ugryźć się w język.

- Jasne. Byli tacy kretyni, jak Knot i Różowa Ropucha - powiedział Ron.

- Różowa Ropucha? - zdziwili sie przybysze z przeszłości.

- Dowiecie się na naszym piątym roku - odparli jednocześnie Ron i Harry.

- Jasne - odrzekł Hagrid - Oczywiście chcieli, żeby Dumbledore został ministrem, ale on nigdy by nie opuścił Hogwartu, więc zrobili nim starego Korneliusza Knota. W rzeczy samej straszny z niego partacz, co weźmie, to sknoci. Więc co rano przysyła Dumbledore'owi sowy, pytając o radę.

- Kretyn, jak Percy - stwierdził głośno Ron

- Co wy tak zajeżdżacie na Percy'ego? - pytał się Łapa.

- Bo sobie zasłużył. Zdrajca jeden - odpowiedziała Ginny.

- Ale co to Ministerstwo Magii robi?

- No... ich główne zajęcie polega na ukrywaniu przed mugolami, że są jeszcze w tym kraju czarownice i czaro­dzieje.

- Dlaczego?

- Dlaczego? Sam pomyśl, Harry, co by to było! Przecież każdy ma jakieś problemy i chciałby je załatwić za pomocą czarów. Nie, lepiej niech nas zostawią w spokoju - W tym momencie łódka uderzyła łagodnie w ścianę przystani. Hagrid złożył gazetę i obaj wspięli się po kamien­nych schodkach na nadbrzeże.

W drodze na dworzec Hagrid wzbudzał spore zaintere­sowanie wśród przechodniów, a Harry'emu trudno było mieć do nich o to pretensję.

- Idziemy na Pokątna - poinformował wszystkich Harry.

Hagrid był nie tylko dwa razy wyższy od normalnych ludzi, ale nieustannie wskazywał palcem na różne zwykłe rzeczy, takie jak parkomaty, i mówił na głos:

- Widzisz to, Harry? Widzisz, co wymyślili ci mugole, co?

Artur aż słuchał podekscytowany.

- Czemu Artur tak dziwnie siedzi? - zapytał się Rogacz.

- Tato, tata Artur jara się mugolami i wszystko, co mugolskie - odpowiedział Harry.

- Arturze jak chcesz mogę ci pomóc? jak wiadomo sama jestem mugolakiem zaproponowała swoją pomoc Lily.

- I ja też - powiedziały Marlena i Olivia.

- Będę zaszczycony - ucieszył się Artur.

- Hagridzie - powiedział Harry, lekko zadyszany, bo musiał dotrzymywać olbrzymowi kroku - więc w banku Gringotta są smoki?

- No, tak mówią - odpowiedział Hagrid - Cholibka, chciałbym mieć smoka.

Złote Trio wymienili tylko spojrzenia między sobą.

- Chciałbyś mieć smoka?

- Ja też chciałbym mieć smoka w domu - odezwał rozmarzonym głosem Charlie.

- Wy obaj jesteście walnięci - odparła Dorcas.

- Wcale nie - odpowiedzieli zgodnie Hagrid i Charlie.

- Zawsze chciałem mieć smoka, jeszcze jak byłem dzieckiem. No, jesteśmy - Doszli do stacji. Pociąg do Londynu odchodził za pięć minut. Hagrid, który nie znał się na "pieniądzach mugoli", jak je nazywał, dał kilka banknotów Harry'emu, żeby kupił im bilety.

- Jedziemy - powiedział Harry.

W pociągu ludzie jeszcze bardziej wybałuszali na nich oczy. Hagrid zajął dwa miejsca i zajął się robieniem na drutach czegoś, co wyglądało jak kanarkowożółty namiot cyrkowy.

- Masz ten list, Harry? - zapytał, nie przerywając robótki. Harry wyjął z kieszeni pergaminową kopertę - Dobra - rzekł Hagrid - Tam jest lista wszy­stkiego, co ci będzie potrzebne - Harry rozłożył drugi arkusz papieru, którego uprzednio nie zauważył, i przeczytał:

HOGWART

SZKOŁA MAGII i CZARODZIEJSTWA

UMUNDUROWANIE

Studenci pierwszego roku muszą mieć:

1. Trzy komplety szat roboczych (czarnych)

2. Jedną zwykłą spiczastą tiarę dzienną (czarną)

3. Jedną parę rękawic ochronnych (ze smoczej skóry albo podobnego rodzaju)

4. Jeden płaszcz zimowy (czarny, zapinki srebrne)

Uwaga: wszystkie stroje uczniów powinny być zaopa­trzone w naszywki z imieniem.

PODRĘCZNIKI

Wszyscy studenci powinni mieć po jednym egzemplarzu następujących dzieł:

Standardowa księga zaklęć (l stopień) Mirandy Goshawk

Dzieje magii Bathildy Bagshot

Teoria magii Adalberta Wafflinga

Wprowadzenie do transmutacji (dla początkujących) Emerika Switcha

Tysiąc magicznych ziół i grzybów Phyllidy Spore

Magiczne wzory i napoje Arseniusa Jiggera

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć Newta Scamandera

- To nasz pradziadek - oznajmił dumni bliźniaki Scamaner.

- A mój dziadek - powiedział Rolf również dumny.

Ciemne moce: Poradnik samoobrony Quentina Trimble'a

POZOSTAŁE WYPOSAŻENIE

1 różdżka

1 kociołek (cynowy, rozmiar 2) l zestaw szklanych lub kryształowych fiolek l teleskop

1 miedziana waga z odważnikami

Studenci mogą także mieć jedną sowę ALBO jednego kota, ALBO jedną ropuchę.

PRZYPOMINA SIĘ RODZICOM, ŻE STUDEN­TOM PIERWSZYCH LAT NIE ZEZWALA SIĘ NA POSIADANIE WŁASNYCH MIOTEŁ

- Cały czas tak samo piszą. Nie wolno mieć własnych mioteł na pierwszym roku - powiedział oburzony Łapa .

- Nimbus. Harry Szukający - zakaszlał Oliver. Przyjaciele Harry'ego tylko się uśmiechnęli.

- I to wszystko można kupić w Londynie? - zdziwił się na głos Harry.

- Jak wiesz, gdzie szukać - odrzekł Hagrid. Harry jeszcze nigdy nie był w Londynie. Natomiast Hagrid, choć sprawiał wrażenie, że wie, dokąd zmierza, najwidocz­niej nie był przyzwyczajony do normalnych środków trans­portu. Ugrzązł w bramce do metra i uskarżał się głośno, że siedzenia są za wąskie, a pociąg za powolny.

- Jedziemy metrem - zakomunikował Harry.

- Fascynujące - powiedział zachwycony Artur.

- Dziadek Artur nic się nie zmienił -   parskał śmiechem Albus II.

- Nie mam pojęcia, jak ci mugole radzą sobie bez czarów - oświadczył, kiedy wspinali się po zepsutych ru­chomych schodach, które ich wyprowadziły na ruchliwą ulicę pełną sklepów. Hagrid był tak wielki, że pruł przez tłum jak lodołamacz; Harry'emu pozostawało tylko podążać za nim.

- Musiałem biec - rzekł Harry i się uśmiechnął się do Hagrida.

Mijali księ­garnie i sklepy muzyczne, kina i restauracje z hamburgera­mi, ale żaden sklep nie wyglądał na taki, w którym można by kupić różdżkę. Była to po prostu zwykła ulica zatłoczona zwykłymi ludźmi. Czy to możliwe, by setki mil pod nimi spoczywały stosy złota czarodziejów?

- Tak! - krzyknęli uczniowie.

Czy naprawdę są skle­py, w których sprzedaje się księgi z zaklęciami i latające miotły? Czy to wszystko nie jest jakimś jednym wielkim żartem wysmażonym przez Dursley'ów? Gdyby Harry nie wiedział, że Dursley'owie nie mają poczucia humoru, mógł­by tak pomyśleć.

- Nie mają, ale za to my mamy - powiedzieli bliźniacy. Harry, Ron, Charlie, Bill parsknęli śmiechem.

A jednak, choć wszystko, co mu dotąd powiedział Hagrid, było zupełnie niewiarygodne, jakoś czuł do niego zaufanie.

- No i jest - oznajmił Hagrid, zatrzymując się - Dziurawy Kocioł. To słynne miejsce.

Harry jęknął.

- O co chodzi Harry - zapytała się jego matka.

- Zaraz zobaczysz - odpowiedział Harry

Był to mały, brudny pub. Gdyby Hagrid nie wskazał palcem, Harry w ogóle by nie zauważył, że w tym miejscu jest pub. Ludzie mijali go, nawet nie zaszczycając spojrze­niem. Ich wzrok ślizgał się od wielkiej księgarni po jednej stronie pubu do sklepu z płytami gramofonowymi z drugiej strony, jakby w ogóle Dziurawego Kotła nie dostrzegali. Prawdę mówiąc, Harry miał dziwne wrażenie, że widzi go tylko on i Hagrid. Zanim zdążył zrobić na ten temat uwagę, Hagrid wepchnął go do środka.

- Dobrze, że mama go trochę odświeżyła - mruknęła Alicja II

Jak na słynne miejsce, było ciemne i obskurne. W kącie siedziało kilka staruszek, popijających sherry z maleńkich szklaneczek. Jedna paliła długą fajkę. Jakiś człeczyna w spi­czastym kapeluszu rozmawiał z barmanem, który był cał­kowicie łysy, bezzębny i pomarszczony niczym orzech włoski.

- Tom - oznajmił Harry

Kiedy weszli, rozmowy ucichły. Wszyscy musieli dobrze znać Hagrida: machali do niego i uśmiechali się, a barman sięgnął po szklankę, mówiąc:

- To, co zwykle, Hagrid?

- Nie mogę, Tom, mam na głowie sprawy Hogwartu - odpowiedział Hagrid i klepnął po ramieniu Harry'ego, pod którym ugięły się kolana.

- I się zacznie - jęknął Harry.

- Dobry Boże - rzekł barman, zerkając na Harry'ego - Czy to... czy to może być... - W Dziurawym Kotle zrobiło się nagle zupełnie cicho, a wszyscy zamarli bez ruchu.

- Czy to wielki Harry Potter? Bla, bla, bla - Draco przewrócił oczami. Astoria walnęła go tył głowy.

- Na mą duszę - wyszeptał stary barman - Harry Potter... cóż za zaszczyt.

Widzisz mamo dlatego jęknąłem - odpowiedział Harry.

Wyszedł pospiesznie zza baru, podszedł do Harry'ego i ze łzami w oczach uścisnął mu rękę.

- Witamy, panie Potter! Cieszymy się z pana powrotu.

Harry przewrócił oczami.

Harry nie wiedział, co odpowiedzieć. Wszyscy się na niego gapili. Staruszka pykała fajkę, nie zdając sobie sprawy, że zgasła. Hagrid promieniał. Potem rozległo się ogólne szuranie krzesłami i wszyscy rzucili się do Harry'ego, żeby mu uścisnąć rękę.

- Doris Crockford, panie Potter. Nie mogę uwierzyć, że w końcu pana spotkałam.

- Taki jestem dumny, panie Potter, taki jestem dumny.

- Bla, bla - powiedział Blaise. Tym razem to Daphne walnęła kolegę w głowę.

- Zawsze marzyłam, żeby uścisnąć pańską dłoń... je­stem cała w nerwach.

- Jestem tak wzruszony, panie Potter, że trudno mi znaleźć słowa. Jestem Diggle, Dedalus Diggle.

- Harry ty go już spotkałeś - przypomniala sobie Ginny.

- Ja już pana spotkałem! - powiedział Harry, kiedy Dedalusowi Diggle z emocji spadł spiczasty kapelusz - Kłaniał mi się pan w sklepie.

- Pamięta! - krzyknął Dedalus Diggle, rozglądając się z dumą - Słyszeliście? On mnie pamięta! - Harry ściskał mnóstwo rąk. Doris Crockford pode­szła po raz drugi.

- On nie jest okazem zoo - krzyknęła Olivia.

- Harry to dziwne stwierdziła Ginny - patrząc podejrzliwie na Olivie -

- Nasze dzieci coś ukrywają - zakomunikował Harry.

Przez tłum przecisnął się jakiś blady młodzieniec, bardzo zdenerwowany. Jedno oko drgało mu gwałtownie.

- Profesor Quirrell! - powiedział Hagrid.

Wszyscy powyżej rocznika Harry'ego z nim włącznie, jęknęli.

- Harry, profesor Quirrell będzie jednym z twoich nauczycieli w Hogwarcie.

Na słowo "Quirrell" Złota Trójca wymienili spojrzenia.

- P-P-Potter - wyjąkał profesor Quirrell, chwyta­jąc dłoń Harry'ego - t-t-trudno mi w-wypowiedzieć, jak b-bardzo m-miło mi pana p-p-poznać.

- Jakiego rodzaju magii pan naucza, panie profesorze?

- Ob-b-rony p-przeciw cie-e-emnym m-m-mocom - wymamrotał profesor Quirrell takim tonem, jakby nie warto było o tym wspominać.

- Ten jąkała jest nauczycielem obrony? - zapytali zdumieli Huncwoci 1.0.

- Tak - odpowiedziała Złota Trójca.

- N-nie m-mówię, że p-pan t-tego p-potrzebuje, P-P-Potter... - Zaśmiał się nerwowo - B-b-będzie p-pan nabywał w-wyposa­żenie, co, P-P-Potter? S-s-sam muszę z-z-z-znaleźć ja-jakąś nową k-książkę o wampirach... - Wyglądał na przerażonego samą tą myślą.

- I Dumby zatrudnił tego gościa? - zapytała zdumiona Lily.

- Tak - powiedział z naciskiem Harry, patrząc groźnie na Dumby'ego.

Ale inni nie pozwolili profesorowi tak długo absorbować Harry'ego swoją osobą. Upłynęło z dziesięć minut, zanim się wszystkich pozbyli. W końcu Hagridowi udało się prze­krzyczeć podniecony gwar.

- Musimy iść... Mamy mnóstwo do kupienia. Chodź, Harry - Doris Crockford po raz ostatni uścisnęła Harry'emu rękę i Hagrid wyprowadził go tylnymi drzwiami na małe, zam­knięte podwórko, gdzie stał tylko pojemnik na śmieci i rosło parę chwastów. Hagrid wyszczerzył do Harry'ego zęby - A nie mówiłem? Powiedziałem ci, że jesteś sławny, chłopie. Nawet profesor Quirrell rozdygotał się na twój widok... no, prawdę mówiąc, to on zawsze dygoce.

'Bo miał Voldzia bez nosa, jako drugą głowę'. Pomyślał Harry.

- Zawsze jest taki zdenerwowany?

- Nie. Tylko miał druga głowę - powiedział cicho Harry żeby nikt nie usłyszał.

- Przeważnie. Biedny facet. Ma naprawdę wielki łeb. Wszystko było dobrze, póki studiował z książek, ale później sam się wziął za eksperymentowanie... Mówią, że miał przykre spotkanie z wampirami w Czarnej Puszczy, a póź­niej trochę kłopotów z pewną wiedźmą... Już nigdy nie był taki, jak przedtem. Boi się studentów, boi się tego, czego naucza... Zaraz, gdzie jest mój parasol? Wampiry? Wiedźmy? Harry miał już zamęt w głowie. Tymczasem Hagrid liczył cegły w murze nad śmietnikiem.

- Trzy do góry... dwie w bok... - mruczał pod no­sem - Dobra, odsuń się, Harry.

- Zaraz będzie na ulicy - ucieszyla się Amelia.

Zastukał trzy razy w mur końcem parasola. Cegła, w którą zastukał, drgnęła - przekręciła się - ukazała się mała dziura - dziura robiła się coraz większa - w chwilę później stali przed sklepionym przejściem do­statecznie wysokim nawet dla Hagrida, przejściem wiodą­cym na brukowaną ulicę, która ginęła za pobliskim za­krętem.

- Witaj - rzekł Hagrid - na ulicy Pokątnej.

- Ta-dam! - krzyknął Ron.

- Zajebiste miejsce - powiedzieli uczniowie.

Uśmiechnął się, widząc zdumienie na twarzy Harry'ego. Przeszli pod kamiennym łukiem. Harry obejrzał się przez ramię i zobaczył za sobą ceglany mur. Wejście znikło. Słońce połyskiwało w stosie kotłów przed najbliższym sklepem.

KOTŁY - WSZYSTKIE ROZMIARY - MIE­DZIANE, MOSIĘŻNE, CYNOWE, SREBRNE - SAMOMIESZALNE - SKŁADANE.

Głosił szyld nad skle­pem.

- Taaa... kociołek będzie ci potrzebny - rzekł Ha­grid - ale najpierw musimy dostać twoją forsę - Harry marzył, żeby mieć dodatkowe cztery pary oczu. Obracał głowę we wszystkie strony, starając się zobaczyć wszystko: sklepy, wystawione przed nimi towary, ludzi robiących zakupy. Przed apteką jakaś pulchna kobieta krę­ciła głową, mrucząc do siebie:

- Siedemnaście syklów za smoczą wątrobę, oni chyba powariowali...

- To ja - powiedziała Molly.

Ciche pohukiwanie dobiegało z ciemnego sklepu z szyl­dem, na którym było napisane:

CENTRUM HANDLOWE EEYLOPA - SOWY - PUCHACZE, SYCZKI, WŁOCHATKI, USZATKI ŚNIEŻNE.

Kilku chłopców w wieku Harry'ego przyciskało nosy do witryny z miotłami.

- Zobaczcie - usłyszał Harry jednego z nich - Nowe Nimbusy Dwa Tysiące... są najszybsze...

- Super! - krzyknęli Huncwoci i Frank I.

- Faceci + Quidditch = zachwyt - powiedziały dziewczyny z przeszłości przewrócili oczami.

Były też sklepy z szatami, sklepy z teleskopami i dziw­nymi srebrnymi instrumentami, które Harry widział po raz pierwszy w życiu, witryny pełne beczułek ze śledzionami nietoperzy i oczkami węgorzy, stosy ksiąg z zaklęciami, pióra, zwoje pergaminu, butelki z magicznymi napojami, globusy księżyca...

- Bank Gringotta - powiedział Hagrid. Doszli do śnieżnobiałego budynku, który wyrastał ponad okoliczne sklepy. A obok potężnych drzwi z brązu, w szkarłatno-złotej liberii, stał...

- Tak... to jest goblin - powiedział cicho Hagrid.

Gobliny... Nie lubię ich - oświadczyła swoje niezadowolenie Fleur.

- Wiemy mamo - rzekli Louis, Dom i Victioire.

Kiedy kroczyli ku niemu po białych, kamiennych schodach. Goblin był prawie o głowę niższy od Harry'ego. Miał śniadą, chytrą twarz, spiczastą bródkę i, jak zauważył Harry, bardzo długie palce i stopy. Ukłonił się, kiedy podeszli bliżej. We­szli do środka. Były tam drugie drzwi, tym razem srebrne, z wygrawerowanymi słowami:

Wejdź tu, przybyszu, lecz pomnij na los,

Tych, którzy dybią na cudzy trzos.

Bo ci, którzy biorą, co nie jest ich,

Wnet pożałują żądz niskich swych.

Więc jeśli wchodzisz, by zwiedzić loch

I wykraść złoto, obrócisz się w proch.

Złodzieju, strzeż się, usłyszałeś dzwon

Co ci zwiastuje pewny, szybki zgon.

Jeśli zagarniesz cudzy trzos,

Znajdziesz nie złoto, lecz marny los.

- Czyli ciągle to samo - powiedzieli wszyscy.

- Jak mówiłem, trzeba być wariatem, żeby próbować tu się włamać - powiedział Hagrid.

Przybysze z przyszłości uśmiechnęła się tajemniczo do Złotej Trójki.

Po przejściu przez srebrne drzwi znaleźli się w wielkiej marmurowej sali. Na wysokich stołkach, za długim kontu­arem, siedziało ze stu goblinów, skrobiąc piórami w wiel­kich księgach rachunkowych, odważając monety na mosięż­nych wagach, badając drogie kamienie przez lupy. W ścia­nach było mnóstwo drzwi, a przy każdych stało dwóch goblinów, którzy wskazywali drogę wchodzącym i wychodzącym klientom, kłaniając im się uprzejmie. Hagrid i Harry podeszli do kontuaru.

- Oni tylko udają, że są uprzejmi. Tak naprawdę są złośliwi -
odparł Bill.

- Dzień dobry - powiedział Hagrid do jakiegoś wolnego goblina - Przyszliśmy, żeby wziąć trochę pieniędzy z sejfu pana Harry'ego Pottera.

- Czy szanowny pan ma swój klucz?

- Gdzieś go muszę mieć - odrzekł Hagrid i zaczął wykładać na kontuar zawartość swoich kieszeni, wysypując przy tym na otwartą księgę rachunkową garść rozmiękłych sucharów dla psów.

- Pewnie dla Puszka - powiedział Harry do Rona i Hermiony.

- Kogo? - padło pytanie.

- Dowiecie się, jak będzie Noc Duchów w tej części - stwierdził Ron.

Goblin zmarszczył nos. Harry obserwo­wał drugiego goblina, po prawej stronie, który ważył stosik rubinów rozmiarów węgli w kominku.

- Mam - oznajmił w końcu Hagrid, podnosząc rękę z maleńkim złotym kluczykiem. Goblin obejrzał kluczyk z bliska.

- Chyba jest w porządku.

- No ba - powiedział Hagrid.

- I mam też list od profesora Dumbledore'a - dodał Hagrid, wypinając pierś - Na temat Sam Wiesz Czego w krypcie siedemset trzynaście.

- Kamień Filozoficzny - powiedział cicho do Rona i Hermiony. Ta kiwnęła na potwierdzenie głową.

Goblin uważnie przeczytał list.

- W porządku - powiedział, oddając list Hagridowi - Zaraz ktoś panów zaprowadzi do obu krypt. Gryfek! - Gryfek okazał się kolejnym goblinem. Kiedy Hagrid zgarnął z powrotem swoje suchary dla psów i wsypał je do kieszeni, poszli za Gryfkiem ku jednym z wielu drzwi.

- Co to jest Sam Wiesz Co w krypcie siedemset trzy­naście? - zapytał Harry.

- Nie mogę ci powiedzieć - odparł tajemniczo Ha­grid - Ściśle tajne. Sprawy Hogwartu.

Golden Trio uśmiechnęli się do wszystkich, a najbardziej do Hagrida.

- Dumbledore mi zaufał. Gdybym ci powiedział, straciłbym nie tylko posadę - Gryfek otworzył przed nimi drzwi. Harry spodziewał się jakichś nowych marmurów, więc był zaskoczony tym, co zobaczył. Znaleźli się w wąskim, kamiennym korytarzu, oświetlonym płonącymi pochodniami. Korytarz biegł nieco w dół, a w posadzce widniały wąskie szyny. Gryfek gwizdnął i po szynach potoczył się ku nim mały wózek. Wsiedli do niego - Hagrid z pewną trudnością - i pojechali.

- Jedziemy po kasę - powiedział Łapa.

Z początku pędzili labiryntem krętych korytarzy. Harry próbował zapamiętać kolejne skręty: w lewo, w prawo, w prawo, w środkowy, w prawo, w lewo, ale było to niemo­żliwe. Grzechoczący wózek zdawał się sam znać drogę, bo Gryfek wcale nim nie kierował.

- Tak jest - powiedziała Amelia.

Pęd powietrza sprawiał, że piekło w oczach, ale Harry starał się ich nie zamykać. Raz wydawało mu się, że zobaczył wybuch ognia na końcu któregoś z korytarzy i wykręcił się, żeby zobaczyć, czy to nie smok, ale już było za późno - zagłębiali się coraz niżej, mijając podziemne jezioro, gdzie ze sklepienia i posadzki wyrastały olbrzymie stalaktyty i sta­lagmity.

- Nigdy nie wiem - zawołał Harry do Hagrida, przekrzykując hałasujący wózek - jaka jest różnica między stalagmitami a stalaktytami?

- Stalaktyt zwisa z góry, a Stalagmit wyrasta z dołu. Połączony stalaktyt ze stalagmitem - powiedziały Hermiona i Marlena i popatrzyli na siebie w szoku;

- Mamo, Emilly jest równie mądra, co ty - powiedział Hugo.

- Stalagmity mają w środku "m" - odpowiedział mu Hagrid - I nie pytaj mnie teraz o nic, bo chyba trochę mnie zemdliło - Rzeczywiście pozieleniał na twarzy, a kiedy w końcu wózek zatrzymał się przed małymi drzwiczkami w ścianie korytarza, wysiadł i oparł się o nią, żeby opanować dygota­nie kolan. Gryfek otworzył drzwiczki. Ze środka buchnęły kłęby zielonego dymu, a kiedy się rozwiały, Harry'ego aż zatkało.

- Jesteśmy bogaci, Harry - rzekł Rogacz.

Wewnątrz były góry złotych monet. Kolumny srebrnych. Stosy małych brązowych knutów.

- To wszystko twoje - oświadczył z uśmiechem Hagrid. Naprawdę, trudno było w to uwierzyć. Dursleyowie z pewnością o tym nie wiedzieli, bo już dawno odebraliby mu wszystko w mgnieniu oka.

- Nie zrobią tego - odezwała się Lily.

Jak często wypominali, ile kosztuje jego utrzymanie! A przez cały czas, głęboko pod Londynem, leżała ukryta ta mała fortuna, należąca do niego - do Harry'ego Pottera! Hagrid pomógł mu zgarnąć trochę monet do torby.

- Hagrid to jest mój pierwszy przyjaciel - powiedział Harry - a ty Ron jesteś moim pierwszym przyjacielem, który jest moim wieku i traktuje cię, jak brata. Wasz też chłopaki - powiedział Harry do pozostałych rudzielcow oprócz Percego -Aa ciebie Hermiona traktuje jak siostrę, a ty jesteś moją miłością życia Ginny - dodał.

- Och Harry - zawołała Ginny i go pocałowała.

- Masz braciszek... - zaczął Fred.

- Został wycalowany... - ciągnął George

- Przez Ginny - ciągnął Fred.

- To jest... - ciągnął George.

- Takie słodkie - skończyli razem.

- Macie rację chłopaki - powiedział Rogacz i przyciągnął do siebie Lily.

- Te złote to galeony - wyjaśnił - Siedemnaście srebrnych syklów to jeden galeon, a dwadzieścia jeden knu­tów to syki. To łatwe. No dobra, wystarczy tego na parę semestrów, reszta przyda ci się później - Odwrócił się do Gryfka - A teraz krypta siedemset trzynaście, tylko tro­chę wolniej, dobrze?

- Wózki mają tylko jedną prędkość - odrzekł Gryfek.

- Ciekawa informacja - stwierdził Hugo.

Teraz pędzili coraz niżej i coraz szybciej, a kiedy tak mknęli ciasnymi korytarzami, robiło się coraz zimniej. Prze­jechali z hałasem nad podziemną przepaścią i Harry wychy­lił się, by zobaczyć, co jest na jej ciemnym dnie, ale Hagrid jęknął i wciągnął go z powrotem za kołnierz. W drzwiczkach krypty siedemset trzynaście nie było dziurki od klucza.

- A co - zapytała Marlena.

- Cofnijcie się - powiedział Gryfek ważnym tonem. Pogładził drzwiczki jednym ze swoich długich palców, a drzwiczki po prostu się rozpłynęły - Gdyby spróbował to zrobić ktokolwiek poza goblinami Gringotta, wciągnęłoby go przez otwór do środka i znalazłby się w pułapce - rzekł Gryfek.

- Super zabezpieczenia - odezwał się Bill.

- Jak często sprawdzacie, czy w środku kogoś nie ma? - zapytał Harry.

- Raz na dziesięć lat - odpowiedział Gryfek z pa­skudnym uśmiechem.

- To musi być drogocenne - odparł Seamus.

Harry był pewny, że wewnątrz tej supertajnej skrytki musi być coś naprawdę niezwykłego. Zajrzał do środka niecierpliwie, spodziewając się, że w końcu zobaczy te słyn­ne klejnoty, ale w pierwszej chwili wydało mu się, że sejf jest pusty. Dopiero po chwili dostrzegł leżącą na podłodze pa­czkę owiniętą zwykłym brązowym papierem.

- Nie oceniaj książki po okładce - powiedział James Syriusz , patrząc uważnie na Severusa.

Hagrid wyjął ją ze skrytki i schował w swym przepastnym płaszczu. Harry bardzo chciał się dowiedzieć, co jest w środku, ale wolał nie pytać.

- No dobra, ładujemy się na ten piekielny wózek i nie mów do mnie nic po drodze, bo mi trochę lepiej, jak zaci­skam zęby - powiedział Hagrid.

- Dobrze Hagridzie - rzekł Harry

Po kolejnej dzikiej przejażdżce wózkiem stanęli przed ban­kiem Gringotta, mrużąc oczy w słońcu. Teraz, mając torbę pełną pieniędzy, Harry nie wiedział, dokąd najpierw pójść. Nie miał pojęcia, ile galeonów przypada na funta lub od­wrotnie, więc nie wiedział też, że ma w tej torbie więcej pieniędzy, niż miał w całym życiu - więcej nawet, niż miał kiedykolwiek Dudley.

- Prosiak w peruce - dodał Fred Junior.

- No, to możemy kupić ci mundurek - rzekł Hagrid, wskazując na szyld: MADAME MALKIN - SZATY NA WSZYSTKIE OKAZJE - Posłuchaj, Harry, chyba nie masz nic naprzeciw, żebym skoczył sobie do Dziurawego Kotła na szklaneczkę czegoś mocniejszego? Nie znoszę tych wózków u Gringotta. - Wciąż wyglądał nie najlepiej, więc Harry wszedł do sklepu madame Malkin sam, nie czując się zbyt pewnie. Madame Malkin była przysadzistą, uśmiechniętą cza­rownicą ubraną na fiołkoworóżowo.

- Czy ona ma tylko jeden kolor? - spytali jednocześnie Rogacz i James Junior.

- Hogwart, tak, kochasiu? - powiedziała, zaledwie Harry otworzył usta - Ostatnio wielu was mnie odwie­dza... właśnie dopasowujemy szatę innemu młodzieńcowi, który też tam się wybiera. W głębi sklepu stał na stołku chłopiec o bladej, chudej twarzy, a inna czarownica upinała na nim długą czarną szatę.

- Wreszcie ja Draco Malfoy - powiedział z ironią Ron.

- Wielki i boski, które wszystkie dziewczyny miękły kolana. Król Ślizgonow - dopowiedzial Harry z ironią

- Dracuś kochanie - rzekła Pansy do fretki

- Nie jesteśmy razem Pansy! - krzyknął Draco.

Madame Malkin kazała Harry'emu wejść na drugi stołek, włożyła mu przez głowę szatę i zaczęła zaznaczać szpilkami właściwą długość.

- Cześć - powiedział chłopiec - Też do Hogwartu?

- Tak.

- Ojciec kupuje mi książki w sąsiedniej księgarni, a matka szuka różdżki - oznajmił chłopiec.

- To nie poszedłeś po różdżkę, tato? - zapytał zdumiony Scorpius - Tylko wysłałeś babcie

Miał nudny głos i pretensjonalnie przeciągał sylaby.

- Ja nie mam nudnego głosu - burknal Draco.

- Masz nudny - odpowiedział Harry.

- A potem na­mówię starych, żebyśmy odwiedzili sklep z miotłami wyścigowymi. Nie rozumiem, dlaczego na pierwszym roku nie można mieć własnych mioteł.

Harry uśmiechnął się wyższością do Dracona.

- Będę musiał naciągnąć ojca, na któryś z najnowszych modeli, a potem jakoś ją przemycę do Hogwartu - Harry'emu nagle przypomniał się Dudley.

- Potter porównujesz mnie do tego mugola? - oburzyl się Malfroy.

- Właśnie tak - odpowiedział Harry

- A ty masz własną miotłę? - zapytał chłopiec.

- Nie.

- W ogóle grasz w quidditcha?

- Nie - wyznał Harry, zastanawiając się, co to może być.

- Bo ja gram... Ojciec uważa, że byłoby hańbą, gdyby mnie nie wybrano do drużyny, a ja się z nim zgadzam.

- Draco, po co mu to mówisz? - oburzył się Lucek.

- Lucek lepiej przytnij te kudły - stwierdził Łapa.

- Wiesz już, w jakim będziesz domu?

- Nie - powtórzył po raz trzeci Harry, czując się coraz głupiej.

- No, nikt tego nie wie, zanim się tam nie znajdzie, ale ja na pewno będę w Slytherinie. Jak wszyscy z naszej rodzi­ny...

- Właśnie, że nie. To Gryffindor jest fajniejszy - powiedział Łapa.

- Wyobraź sobie, że trafiasz do Hufflepuffu... ja bym chyba rzucił budę, a ty?

- Fretko! - oburzyli się Puchoni.

- Mmm - mruknął Harry, żałując, że nie potrafi powiedzieć nic ciekawszego.

- Patrz, ale facet! - zawołał nagle chłopiec, wskazu­jąc na frontowe okno. Stał tam Hagrid, uśmiechając się do Harry'ego, pokazu­jąc mu dwa wielkie lody i dając do zrozumienia, że nie może z nimi wejść.

- To Hagrid - powiedział Harry, uradowany, że wie o czymś, o czym nie wie ten chłopiec - Pracuje w Hogwarcie.

- Och, tak, słyszałem o nim. Jest czymś w rodzaju służącego, no nie?

- Malfoy ty tlenowa fretko - oburzył się Hagrid.

- Hagrid nie jest żadnym służącym - powiedział Harry.

- Jest - powiedział Draco

- Nie - oburzył się Harry.

- Tak! - krzyknął Draco.

- Nie! - zawołał Harry.

- Tak - powiedział Draco.

- Jest służącym Dropsa - powiedział Blaise. Harry'ego zatkało tak samo, jak Hermionę i Rona

- Zatkało kakao - odparł Draco wyraźnie zadowolony z siebie.

- Jest gajowym - odpowiedział Harry. Czuł, że co­raz mniej lubi tego chłopca.

- Tak, teraz sobie przypominam. Słyszałem, że jest... no, dzikusem... mieszka w chacie na skraju parku i wciąż się zalewa w trupa, próbuje coś wyczarować, ale zwykle udaje mu się tylko podpalić swoje łóżko.

- JA CI DAM DZIKUSA!! - ryknął Hagrid.

- Uważam, że to równy gość - rzekł chłodno Harry.

- Naprawdę? - zdziwił się chłopiec nieco kpiącym tonem - Dlaczego jest z tobą? Gdzie są twoi rodzice?

- Nie żyją - odrzekł krótko Harry. Nie miał ochoty zwierzać się temu chłopcu.

- Och, bardzo mi przykro - powiedział chłopiec, choć ton jego głosu wcale na to nie wskazywał - Ale byli jednymi z nas, prawda?

- Draco trochę szacunku! - krzyknęła Astoria i walnęła go tył głowy.

- Właśnie nie tak cię z ojcem wychowaliśmy - dodała Narcyza.

- Matka była czarodziejką, a ojciec czarodziejem, jeśli ci o to chodzi.

- Bo ja uważam, że obcych nie powinno się w ogóle wpu­szczać do Hogwartu, a ty? Oni są zupełnie inni i nigdy nie staną się tacy jak my. Niektórzy z nich nie wiedzą nic o Hogwarcie, dopóki nie dostaną listu, masz pojęcie? Uwa­żam, że te sprawy powinny być zarezerwowane tylko dla starych czarodziejskich rodów. A ty jaki masz przydomek rodowy?

- Potter - powiedział Rogacz.

Na szczęście, zanim Harry zdążył coś odpowiedzieć, madame Maklin oznajmiła:

- Gotowe, kochasiu - Harry, rad, że znalazł się pretekst, by przerwać tę głupią rozmowę, zeskoczył ze stołka.

- No to cześć, chyba się zobaczymy w Hogwarcie - pożegnał się z nim ten okropny nudziarz.

- Ja wcale nie jestem nudziarzem, Potter - oburzył się Malfoy.

- Jednak jesteś i jesteś Fretka - odpowiedział Harry.

Harry był trochę nieswój, kiedy jadł lody, które kupił mu Hagrid (czekoladowe i truskawkowe, posypane wiórkami orzechowymi).

- Coś się stało? - zapytał Hagrid.

- Nie, nic - skłamał Harry.

- Nie można kłamać Harry - powiedzieli bliźniacy, poruszając palec wskazujący w lewo i prawo

Wstąpili do jakiegoś sklepu, żeby kupić pergamin i pió­ra. Harry odzyskał nieco humor, kiedy znalazł butelkę atra­mentu zmieniającego kolor podczas pisania. Wyszli ze skle­pu, a Harry zapytał:

- Hagridzie, co to jest quidditch?

- Cholibka, Harry, wciąż zapominam, że ty tak mało wiesz... Nie wiesz, co to jest quidditch?

- Quidditch to najlepsza gra na świecie! - ucieszył się Oliver.

- No dobra, nie wiem, ale nie musisz mi jeszcze bar­dziej dokładać - I opowiedział mu o bladym chłopcu, którego poznał u madame Maklin.

- ...i mówił, że ludzi z rodzin mugoli w ogóle nie powinno się tam wpuszczać...

- Ale ty nie jesteś z rodziny mugoli. Gdyby wiedział, kim ty jesteś... Harry, jeśli jego rodzice są z naszych, to on zna twoje imię od urodzenia!

- Nie jest z naszych - powiedział Ron.

- Widziałeś, co się działo w Dziurawym Kotle, nie? W każdym razie wiem jedno: niektórzy z najlepszych w tej branży byli jedynymi czaro­dziejami w swojej rodzinie, a nawet w ciągu kilku pokoleń mugoli... Wystarczy wspomnieć twoją matkę! I wystarczy popatrzyć, kim jest jej siostra!

- Więc co to jest quidditch?

- To zajebisty w naszym świecie sport - odpowiedział na pytanie Rogacz.

- To nasza gra. Gra czarodziejów. To coś jak... jak piłka nożna w świecie mugoli... no, każdy wie, co to jest quidditch... w to się gra w powietrzu, na miotłach, i są cztery piłki... Cholibka, nie jest tak łatwo wyjaśnić zasady.

- Bardzo prosto - powiedział Oliver.

- A co to jest Slytherin i Hufflepuff?

- Szkolne Domy. Są cztery. Wszyscy mówią, że w Hufflepuffie są same niezdary, ale...

- Wcale nie - oburzyli się Puchoni.

- Założę się, że trafię do Hufflepuffu - powiedział ponuro Harry.

- Lepszy Hufflepuff niż Slytherin - rzekł Hagrid złowieszczym tonem - Z tych, co zeszli na złą drogę, każdy był w Slytherinie. Sam Wiesz Kto też tam był.

- To Vol... przepraszam... Sam-Wiesz-Kto był w Hogwarcie?

- Tak Voldek wtedy z nosem i włosami był w Hogwarcie - oznajmił Harry

- Wiele lat temu - Weszli do księgarni. Wzdłuż ścian były tam półki od podłogi do sufitu, a na nich księgi oprawione w skórę, wielkie jak płyty chodnikowe, maleńkie książeczki oprawio­ne w jedwab, rozmiarów znaczków pocztowych, książki pełne dziwnych symboli i kilka książek, w których nic nie było. Chyba nawet Dudley, który nigdy nic nie czytał, chciałby wziąć niektóre z nich do rąk. Hagrid musiał prawie siłą odciągać Harry'ego od grubego dzieła pod tytułem: Zaklęcia i przeciwzaklęcia (oczaruj swoich przyjaciół i pognęb swoich wrogów ostatnimi nowościami:

- Dlaczego Hagridzie? - jęknęli bliźniacy i Huncwoci.

Nagła Utrata Włosów, Galaretowate Nogi, Język w Supeł i wiele, wiele, wiele innych) pióra profesora Vindictusa Viridiana.

- Chciałem znaleźć coś na Dudley'a.

- Nie twierdzę, że to zły pomysł, ale nie wolno ci uży­wać czarów w świecie mugoli, chyba że w bardzo szczegól­nych okolicznościach - powiedział Hagrid - A zresztą i tak by ci nic nie wyszło, chłopie, trzeba się długo uczyć, żeby osiągnąć taki poziom.

- Ja bym próbował, żeby zmienić Dudley'a w prawdziwego prosiaka - odparł Harry. Bliźniacy z Huncwotami wybuchła śmiechem.

- To nasz braciszek - powiedzieli bliźniacy Weasley.

- To mój syn! - krzyknął dumny Rogacz.

- A mój chrześniak! - dodał również dumny Łapa.

Hagrid nie pozwolił kupić Harry'emu kociołka ze szcze­rego złota („Napisane jest, że ma być cynowy"). Kupili też bardzo ładną wagę do odważania składników eliksirów i składany mosiężny teleskop. Potem odwiedzili aptekę, gdzie aż zatykało od okropnego zapachu, który najbar­dziej przypominał zepsute jajka i zgniłą kapustę. Na podło­dze stały beczułki pełne jakiejś galaretowatej masy, na pół­kach puszki i kosze z ziołami, ususzonymi korzeniami i kolorowymi proszkami, z sufitu zwieszały się pęczki piór, sznurki kłów i pazurów. Hagrid zamawiał u aptekarza podstawowe składniki eliksirów, a Harry oglądał z wypiekami na twarzy srebrne rogi jednorożca (po dwadzieścia jeden galeonów każdy) i maleńkie, połyskujące oczy żuków (pięć knutów szufelka).

- Eliksiry. Nie lubię ich - jeknal Harry.

Kiedy wyszli z apteki, Hagrid jeszcze raz przejrzał listę Harry'ego.

- No, to brakuje nam tylko różdżki... tak... no i wciąż nie kupiłem ci prezentu urodzinowego - Harry poczuł, że się rumieni.

- Ale przecież nie musisz...

- Wiem, że nie muszę. Wiesz co, kupię ci zwierzątko. Nie ropuchę... ropuchy już dawno wyszły z mody, wyśmia­liby cię... i osobiście nie lubię kotów, zawsze przy nich kicham.

- Hagridzie mam pytanie - powiedział Harry

- Słucham - odpowiedział Hagrid.

- Kiedy Minne zmienia się w kota to też kichasz? - zapytał się Harry.

- Minne? - krzyknęli bliźniaki w szoku.

- Harry skąd ty to wiesz? Kto ci to powiedział? No jasne Remus, albo Syriusz, który to? - pytała Minerwa.

- Obaj - odpowiedział uśmiechając się szeroko do profesorki.

- Bo Cię kochamy. Bardzo jesteś dla nas, jak babcia - powiedzieli Huncwoci.

- Ja też was kocham - odpowiedziała Minne

- Kupię ci sowę. Wszystkie chłopaki chcą mieć sowy, są bardzo pożyteczne, zaniosą ci list, co zechcesz...

Dwadzieścia minut później opuścili Centrum Handlowe Eeylopa, mroczny sklep pełen szelestów, łopotów i oczu jarzą­cych się jak klejnoty. Harry dźwigał wielką klatkę z piękną śnieżną sową, która spała z głową schowaną pod skrzydłem, i raz po raz dziękował Hagridowi, jąkając się prawie tak, jak profesor Quirrell.

- Harry, jak ją nazwałeś? - spytała Dorcas.

- Hedwiga - odpowiedział Harry.

- Ależ daj spokój - burknął Hagrid - Nie spo­dziewaj się wielu prezentów od Dursley'ów. No, został nam już tylko Ollivander... jedyne miejsce, gdzie sprzedają róż­dżki, a ty musisz mieć najlepszą - Różdżka magiczna... To było coś, co wprawiło Harry'ego w prawdziwe podniecenie.

- Miałeś orgazm? - spytał żartem Draco. Astoria ponownie strzeliła go z całej siły jak to zrobiła Hermiona na koniec 3 roku.

- Astoria, dlaczego mnie bijesz? Masz okres, czy co? - zapytał się Draco.

- MALFOY NIE MAM ŻADNEGO OKRESU! JA NIE WIEM, CO JA ZROBIŁAM, ŻE WYSZŁAM ZA CIEBIE ZA MĄŻ I DO TEGO MAMY SYNA!!! - krzyczała Astoria.

- Astoria mogę cię nauczyć, jak rzucić upiorogacka w tego kretyna - stwierdziła Ginny

- Jasne dzięki Ginny - odpowiedziała Astoria.

Ten ostatni sklep był wąski i wyglądał dość nędznie. Złuszczone złote litery nad drzwiami układały się w napis:

OLLIVANDEROWIE: WYTWÓRCY NAJLEPSZYCH

RÓŻDŻEK OD 382 R. PRZED NOWĄ ERĄ.

Na zaku­rzonej wystawie leżała na wyblakłej poduszce jedna jedyna różdżka. Kiedy przekroczyli próg, gdzieś w głębi sklepu zabrzmiał dzwoneczek. Był to maleńki sklep, zupełnie pusty, jeśli nie liczyć jednego krzesła z wysokim oparciem, na którym usiadł Hagrid, i wąskich pudełek piętrzących się od podłogi do sufitu. Harry miał wrażenie, jakby się znalazł w jakiejś tajnej bibliotece. W głowie kłębiło mu się mnóstwo pytań, czuł też dziwne mrowienie w karku. W tym wnętrzu nawet kurz i cisza zdawały się przesycone magią.

- Dobry wieczór - rozległ się cichy głos. Harry aż podskoczył.

- Olivander - powiedzieli uczniowie.

Hagrid też musiał podskoczyć, bo coś trzasnęło i olbrzym szybko poderwał się z krzesła. Jak spod ziemi wyrósł przed nimi staruszek o wielkich oczach, które w półmroku płonęły blado jak dwa księżyce.

- Stary Olivander, który ma lekkiego bzika na punkcie różdżek - uśmiechnął się Harry.

- Dobry wieczór - wyjąkał Harry.

- Ach, tak... Tak, tak. Tak sobie myślałem, że wkrót­ce cię zobaczę, Harry Potterze. Masz oczy swojej matki.

- Każdy mi to mówi - mruknal Harry.

- Wydaje mi się, jakby była tu zaledwie wczoraj, żeby kupić swoją pierwszą różdżkę. Dziesięć i ćwierć cala, wierzba, bardzo elegancka. Znakomita do rzucania uroków.

Lily opadła szczęka.

- On to pamięta? - zapytała szoku Lily. Harry uśmiechnął się do matki.

Pan Ollivander zbliżył się do Harry'ego. Harry poczuł, że ma wielką ochotę zamrugać powiekami. Te srebrzyste oczy były trochę zbyt przenikliwe.

- Natomiast twój ojciec wybrał mahoń. Jedenaście cali. Bardzo poręczna. Trochę więcej mocy, znakomita do transmutacji. Tak, tak, twój ojciec wiedział, co robi, to różdżka dla prawdziwego czarodzieja.

Tym razem to Rogaczowi opadła szczęka.

- On to pamięta? - zapytał również zdumiony Rogacz.

- On wszystko pamięta - oznajmiła Lucy.

- Niesamowite - powiedzieli przybysze z przeszłości.

Pan Ollivander podszedł do Harry'ego tak blisko, że prawie stykali się nosami. Harry zobaczył swoje odbicie w tych tajemniczych, srebrnych oczach.

- Ach, to tutaj... - Pan Ollivander dotknął białym, długim palcem blizny na czole Harry'ego - Muszę z przykrością stwierdzić, że różdżka, która do tego posłużyła, została zakupiona w moim sklepie - po­wiedział cicho.

- Voldka - mruknął Harry.

- Trzynaście i pół cala. Cisowa. Duża moc, naprawdę duża moc, a w złych rękach... No cóż, gdybym wiedział, czyje to będą ręce i do czego posłuży... - Pokręcił głową i wówczas, ku uldze Harry'ego, dostrzegł Hagrida - Rubeus! Rubeus Hagrid! Jakże miło znowu pana zobaczyć... Dąb, szesnaście cali, nieco wygięta, prawda?

- Ja nie wiem, jak on to robi, że wszystko pamięta - odezwała się Dorcas.

- Zgadza się, szanowny panie - odpowiedział Hagrid.

- Całkiem niezła. Sądzę, że przełamali ją na pół, kiedy pana wyrzucali? - zapytał Ollivander surowym tonem.

- Ee... tak zrobili, szanowny panie - odrzekł Hagrid, szurając butami - Ale wciąż mam te kawałki - dodał.

- Ale chyba ich pan nie używa? - zapytał ostro Ollivander.

- Ale nie, skądże znowu - odpowiedział szybko Ha­grid.

Złota trójca parsknęła śmiechem.

Harry spostrzegł, że olbrzym zacisnął palce na swoim różowym parasolu.

- Hmm - mruknął pan Ollivander, przeszywając Hagrida wzrokiem - No dobrze... Teraz pan Potter. Popatrzmy - Wyciągnął z kieszeni długą taśmę ze srebrną podziałką - Która ręka ma moc?

- Ee... jestem praworęczny - powiedział Harry.

- Wyciągnij ją. O, tak - Zmierzył Harry'emu rękę od ramienia do palca wskazu­jącego, potem od nadgarstka do łokcia, a następnie odległo­ści od ramienia do podłogi i od kolana do pachy, a wreszcie obwód głowy.

- Ja tam nie wiem, po co on tak mierzy wszystko - stwierdził Hugo.

- Każda różdżka od Ollivandera ma rdzeń z jakiejś potężnej substancji magicznej, panie Potter. Używamy ro­gów jednorożca, piór z ogona feniksa i smoczych serc. Nie ma dwóch jednakowych różdżek, podobnie jak nie ma dwóch jednakowych jednorożców, smoków czy feniksów.

- No do brzegu - powiedział Łapa.

- No i, oczywiście, nigdy się nie osiągnie równie pomyślnych rezultatów, używając różdżki innego czarodzieja - Harry nagle zdał sobie sprawę, że taśma sama mierzy mu szerokość nosa;

- A po co mu szerokość nosa - spytał Louis.

Pan Ollivander w tym czasie kręcił się przy półkach, zdejmując z nich różne pudła.

- Dość - powiedział, a taśma opadła na podłogę, gdzie zwinęła się w kłębek - No dobrze, panie Potter. Proszę spróbować tej. Drewno brzozowe i serce smoka. Dziewięć cali. Ładna i dopasowująca się do ręki. Proszę wziąć i machnąć.

- Może ta? - spytał Łapa.

- Nie - odpowiedział Harry.

Harry wziął różdżkę i machnął nią lekko (czując się bardzo głupio), ale pan Ollivander prawie natychmiast wy­rwał mu ją z ręki.

- Kasztanowiec i pióro feniksa. Siedem cali. Dość gięt­ka. Proszę spróbować... - Harry spróbował, ale zanim zdążył podnieść różdżkę, pan Ollivander znowu wyrwał mu ją z ręki.

- Czemu on ci wyrywa różdżkę? - zapytała zdumiona Marlena. Harry tylko wzruszył ramionami.

- Nie, nie... proszę, heban i róg jednorożca, osiem i pół cala, bardzo elastyczna. No, proszę spróbować... - Harry próbował i próbował. Nie miał pojęcia, o co panu Ollivanderowi chodzi.

- Ile próbowałeś? - zapytała Tonks.

- Ciotuniu Nimfuś, po 20 już nie liczyłem - odpowiedział uśmiechając się wesoło i niewinnie do Tonks.

- Nimfuś? - powiedzieli zdumieni bliźniaki. Tonks zmieniła swoje naturalne włosy na czerwony kolor.

- Lepiej uciekaj Harry, bo jak się dorwę, to mnie popamiętasz!!! - krzyknęła Tonks.

- Ja też cię kocham ciotuniu!!! - zawołał Harry.

- Ech... Co ja mam z tobą zrobić - powiedziała zrezygnowana Tonks.

- Kochać mnie - stwierdził Harry.

- Ach gdybym cię nie kochała, to byś dostał lanie za nazwanie mnie Nimfuś - burknęła Tonks.

Stos wypróbowanych różdżek rósł coraz wyżej na krześle, pan Ollivander wyciągał coraz to nowe różdżki, ale wydawał się coraz bardziej uradowany.

- A to mi się trafił klient, nie ma co! Proszę się nie martwić, znajdziemy odpowiednią... zaraz... tak sobie my­ślę... właściwie, dlaczego nie?

- Ale co? - zapytał się Rogacz.

- Niezwykła kombinacja... ostrokrzew i pióro feniksa, jedenaście cali, ładna i giętka - Harry wziął różdżkę i nagle poczuł uderzenie gorąca w palcach. Wzniósł różdżkę nad głowę, machnął nią ze świstem w dół, a snop czerwonych i złotych iskier wystrzelił z jej końca, jak z laseczki zimnego ognia, rzucając na ściany roztańczone plamki światła.

- Wreszcie różdżka cię wybrała - +ucieszyla się Lily.

Hagrid wydał okrzyk radości i zaklaskał w dłonie, a pan Ollivander zawołał:

- Brawo! Bardzo dobrze, świetnie! No, no, no, to ciekawe... zaiste, niezmiernie ciekawe...

- Co jest jakie ciekawe? - pytał Frank I.

Włożył z powrotem różdżkę do pudełka i owinął ją brązowym papierem, mrucząc pod nosem:

- Ciekawe... bardzo ciekawe...

- Ale co? - zapytał się Matt.

- Przepraszam - powiedział Harry - co jest ta­kie ciekawe? - Pan Ollivander utkwił w nim blade spojrzenie.

- Widzi pan, panie Potter, pamiętam każdą różdżkę, którą sprzedałem. Co do jednej. I tak się składa, że feniks, którego pióro jest w pańskiej różdżce, uronił jeszcze jedno pióro... ale tylko jedno. To bardzo ciekawe, bo to drugie znajduje się w różdżce, za pomocą której zrobiono panu tę bliznę.

Wszystkim opadły szczęki.

Harry przełknął ślinę.

- Tak, tak, trzynaście i pół cala. Cis. To naprawdę ciekawe, jak do tego doszło. Bo, widzi pan, różdżka sama sobie wybiera czarodzieja... Myślę, że możemy się po panu spodziewać wielkich rzeczy, panie Potter... Ostatecznie Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać dokonywał wielkich rzeczy... strasznych, to prawda, ale wielkich.

Wszystkim obecnym na sali opadły szczęki jeszcze bardziej.

- Różdżka Harrego i Voldka są bliźniaczymi siostrami - powiedziała blada Lily.

Harry'emu dreszcz przebiegł po plecach. Wcale nie był pewny, czy polubił pana Ollivandera. Zapłacił za różdżkę siedem złotych galeonów, a pan Ollivander w ukłonach odprowadził ich do drzwi.

Słońce wisiało już dość nisko na niebie, kiedy Harry i Hagrid wrócili ulicą Pokątną na ciemne podwórko i przeszli przez mur do Dziurawego Kotła, teraz już opustoszałego. Harry nie odzywał się, kiedy szli ulicą, nie zauważał też, że ludzie gapią się na nich w metrze, bo rzeczywiście wyglądali dość dziwacznie z tymi różnymi pakunkami o niespotykanych kształtach i białą sową śpiącą sobie w klatce na kolanach chłopca.

- Mugole byli ciekawi i się dziwnie patrzyli - mruknął Harry

Wjechali na górę, na stację Paddington, a Harry zorientował się, gdzie są, dopiero wtedy, gdy Hagrid pokle­pał go po ramieniu.

- Mamy czas, żeby coś przekąsić przed odjazdem two­jego pociągu - Kupił sobie i Harry'emu po hamburgerze i usiedli na plastikowej ławce, żeby je zjeść. Harry rozglądał się dooko­ła. Wszystko było jakieś dziwne.

- To jest chore - odparła Marlena.

- Dobrze się czujesz, Harry? - zapytał Hagrid - Jesteś taki spokojny - Harry nie bardzo wiedział, czy potrafi to wyjaśnić. Właś­nie przeżył najwspanialsze urodziny w swoim życiu, a jed­nak... Żuł hamburgera, starając się znaleźć właściwe słowa.

- Wszyscy uważają mnie za kogoś niezwykłego - powiedział w końcu - Wszyscy w Dziurawym Kotle, profesor Quirrell, pan Ollivander... a przecież ja nie mam pojęcia o magii. Jak mogą ode mnie oczekiwać jakichś wielkich czynów? Jestem słynny, a nawet nie pamiętam, z jakiego powodu. Nie wiem, co się stało, kiedy Vol... przepraszam... to znaczy w tę noc, kiedy zginęli moi rodzice.

- Jesteś potężnym czarodziejem Harry - powiedział Drops. Harry, jego rodzina i przyjaciele spojrzeli na starca z ukosa, więc ten milczał.

Hagrid nachylił się do niego ponad plastikowym stoli­kiem. Pod zmierzwioną brodą i nastroszonymi brwiami czaił się miły uśmiech.

- Nie martw się, Harry. Szybko się nauczysz. W Hogwarcie wszyscy zaczynają od zera, dasz sobie radę. Wystarczy, jak będziesz sobą. Wiem, że jest ciężko. Zostałeś sam na świecie, a wtedy zawsze jest ciężko, cholibka. Ale w Hogwarcie przeżyjesz wspaniałe chwile... ja też je miałem... i wciąż miewam, prawdę mówiąc.

- Miałeś rację Hagridzie - stwierdził Harry.

- Poznałeś przyjaciół - dodała Hermiona. Harry jej przytaknął.

Hagrid pomógł Harry'emu wejść do wagonu, a potem wręczył mu kopertę.

- To twój bilet do Hogwartu. Pierwszego września... stacja King's Cross... wszystko jest na bilecie. A jakbyś miał jakieś problemy z Dursley'ami, daj mi znać przez sowę, już ona mnie znajdzie... Do szybkiego zobaczenia, Harry - Pociąg wyjechał ze stacji. Harry chciał popatrzyć na Hagrida, zanim zniknie mu z oczu, więc wstał i przycisnął nos do szyby, mrugnął, a kiedy otworzył oczy, Hagrida już nie było.

- Koniec rozdziału - powiedział Łapa.

- Hagridzie nic mu nie powiedziałeś, gdzie znajduje się peron 9 i 3/4 - oburzyła się Hermiona

- Cholibka tak jakoś wyszło - odpowiedział Hagridi zarumienił się

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...