piątek, 27 stycznia 2023

Rozdział 11 Komnata

 

Bardzo rano grupka dziewcząt i kobiet udali się do pustej komnaty, gdzie dziewczyny urządziły swoją kwaterę swojego Zakonu Sióstr Wojowniczek.

 

- Kandydatki, uklęknijcie na jedno kolano – powiedziała Fleur, więc bliźniaczki posłusznie uklękły – Hestia, Floro czy przysięgacie, że będziecie chronić siebie, swoje siostry, swoich mężczyzn i rodzinę w razie niebezpieczeństwa?

 

- Przysięgamy! – krzyknęła Hestia i Flora i rozbłysło światło, a na ich pierścieniach i bransoletach powstał herb Zakonu Sióstr Wojowniczek.

 

- Od tej chwili jesteście siostrami-wojowniczkami! – zawołała Fleur – i naszymi siostrami – po czym przytuliła je mocno do siebie. Później doszły reszta ich nowych Sióstr i też je przytuliły.


- Mówcie mam "ciocia " albo po imieniu – powiedziały kobiety, czyli Molly I, Lily E, Marlene, Dorcas Narcyza Mary Andromeda Euphemia Carolina – Należycie teraz do naszej rodziny.

 

- Kochane musicie się przyzwyczaić, że jestem teraz waszą siostrą, a wy moim – powiedziała Hermiona.

 

- Mamy ciocie! – i przytuliły się do każdej kobiety – i mamy siostry.

 

- Oczywiście, że tak, kochane – odezwała się starsza Dorcas.

 

~~*~~

 

W międzyczasie grupka mężczyzn i chłopaków udali się do pokoju życzeń, gdzie mężczyźni mieli uczyć dalej chłopaków grać na instrumentach, ale wcześniej była uroczystość, ponieważ Rolf chciał wstąpić do Zakonu Braterstwa.

 

- Rolf uklęknij na jedno kolano – powiedział Bill. Rolf posłusznie uklęknął – Rolf, czy przysięgasz, że będziesz chronić siebie, swoich braci, swoją kobietę, swoje siostry i rodzinę w razie niebezpieczeństwa?

 

- Przysięgam! – powiedział Rolf i rozbłysło światło. Na jego naszyjniku powstał herb Zakonu Braterstwa.

 

- Od tej chwili jesteś w Zakonie Braterstwa – oznajmił Bill, a później dalej uczyli ich grać na instrumentach.

 

Po kilku godzinach oba zakony udali się do Wielkiej Sali i zaczęli czytać nowy rozdział.

 

- Ja chce czytać – odezwała się Olivia.

 

Rozdział jedenasty


Klub pojedynków


Większość młodszych uczniów jęknęła.

 

Harry obudził się w niedzielny poranek i stwierdził, że dormitorium zalane jest zimowym słońcem, a jego ręka, choć wciąż jeszcze sztywna, odzyskała utracone kości.

 

- Zabiję go – mruknęła Susan.

 

Usiadł szybko i spojrzał na łóżko Colina, ale było zasłonięte wysokim parawanem, za którym sam się wczoraj przebierał. Pani Pomfrey natychmiast spostrzegła, że się obudził i podeszła, niosąc tacę ze śniadaniem. Postawiła ją na stoliku i zaczęła mu zginać i prostować rękę i palce.

 

- Wszystko było porządku – zapewniła wszystkich pani Pomfrey.

 

- Wszystko w porządku – oświadczyła, kiedy niezdarnie zabrał się lewą ręką do owsianki – Kiedy skończysz jeść, możesz wracać do swojej wieży – Harry ubrał się tak szybko, jak potrafił, i pobiegł na wieżę Gryffindoru, pragnąc opowiedzieć Ronowi i Hermionie o Colinie i Zgredku, ale ich tam nie zastał.

 

- Schadzka – powiedział młodszy Łapa i poruszył brwiami.

 

- Syriusz mieliśmy po 12 lat! – zawołała Hermiona.

 

- My to już wtedy zachowywaliśmy się jak małżeństwo – stwierdził Ron.

 

- Owszem. Kłóciliście się i godziliście cały czas – mruknął Harry – Jak stare dobre małżeństwo – oboje prychnęli.

 

Wyszedł, żeby ich poszukać, nie mając pojęcia, gdzie mogli pójść, i czując się trochę urażony tym, że nie zainteresowało ich, czy odzyskał kości, czy nie. Kiedy mijał bibliotekę, wyszedł z niej Percy Weasley, w o wiele lepszym nastroju niż wówczas, gdy się widzieli po raz ostatni.

 

- O Percy jak tam Peni? – spytali Fred i George.

 

- O, cześć, Harry! – przywitał go dziarskim tonem – Wspaniale wczoraj latałeś, naprawdę super. Gryffindor objął prowadzenie w rozgrywkach o Puchar Domów... Zarobiłeś dla nas pięćdziesiąt punktów!

 

- To mój Rogaś – powiedział dumny starszy Łapa.

 

- Może widziałeś gdzieś Rona i Hermionę, co? – zapytał Harry.

 

- Nie, nie widziałem ich – odrzekł Percy, a uśmiech spełzł mu z twarzy – Mam nadzieję, że Ron nie polazł do jakiejś toalety dla dziewczyn...

 

- Polazłem i co mi teraz zrobisz!? – warknął Ron – Poskarżysz się Knotowi czy tej cudownej Umbrigde?

 

- Nie tym tonem! – odparował Percy – Tak w ogóle Hermiona zejdź z niego.

 

- Nie! – pisnęła jak mała dziewczynka, wtulając się mocniej w Rona – Zajmij się swoim życiem w ministerstwie i daj nam spokój! – powiedziała, całując Rona w policzek.

 

- Daj nam spokój, dopóki nas nie przeprosisz – powiedziała Ginny w stronę Percy'ego – i nie mam zamiaru schodzić z kolan Harry'ego! Rozumiesz? Moje siostry mają takie samo zdanie! Zajmij się swoim cudownym ministerstwem! Kapujesz czy nie?

 

- Tato, ogarnij się – odezwały się Lucy i Molly II.

 

Harry zmusił się do śmiechu, poczekał, aż Percy zniknie za rogiem korytarza i pomknął prosto do łazienki Jęczącej Marty. Właściwie nie miał powodu, by sądzić, że zastanie tam Rona i Hermionę, ale kiedy po upewnieniu się, że w pobliżu nie ma ani Filcha, ani żadnego z prefektów, otworzył drzwi, usłyszał ich głosy dochodzące z zamkniętej kabiny.

 

- To ja – powiedział, zamykając za sobą drzwi. Z kabiny dobiegł szczęk metalu, plusk i zduszony okrzyk.

 

- To nie tak jak myślisz! – pisnął James II głosem Hermiony – ja i Ron... my tylko...

 

- Się całowaliście namiętnie – dokończył tę wypowiedź Fred II.

 

- Aua! - zawołali James II i Fred II, gdy ich żony im przyłożyły tył głowy, a Ron i Hermiona spalili buraka, a większość parsknęła śmiechem.

 

- Mieliśmy tylko 12 lat! – krzyknął Ron.

 

W dziurce od klucza mignęło oko Hermiony.

 

- Harry! Ale nas przestraszyłeś... Wchodź... Jak twoja ręka?

 

- Świetnie – odpowiedział Harry, wciskając się do kabiny. Na sedesie stał stary kociołek, a po dochodzących spod niego trzaskach poznał, że w muszli rozpalili ognisko. Wzniecanie przenośnych, wodoodpornych ognisk było specjalnością Hermiony.


Hermiona patrzyła na Horacego z uśmiechem na twarzy, a ten próbował unikać jej wzroku.

 

- Panie Profesorze czy coś się stało? – zapytała niewinnie Hermiona.

 

- Yyy nie pani Weasley. Ja tylko... – zaczął się tłumaczyć.

 

- Muszę dać Hermionie wybitny z eliksirów – powiedziała Ginny niewinnym głosem, a ten mordował ją wzrokiem. Ginny odpowiedziała tym samym.

 

- Wybitny jest mój! – zawołała szczęśliwa Hermiona.

 

- Powinniśmy cię odwiedzić, ale w końcu postanowiliśmy zacząć warzyć ten Eliksir Wielosokowy – wyjaśnił Ron, kiedy Harry, nie bez trudności, zamknął drzwi od kabiny – Uznaliśmy, że to najbezpieczniejsze miejsce.

 

- Jesteście niesamowici – stwierdziły Hestia i Flora.

 

- I tak się czujemy – odparł dumny Ron.

 

- Za chwilę zobaczycie, co Hermiona potrafi – odezwał się Harry, patrząc na siostrę i puścił jej oczko ta podeszła i go pocałowała w policzek.

 

Harry zaczął im opowiadać o Colinie, ale Hermiona mu przerwała:

 

- Już wiemy, rano podsłuchaliśmy, jak profesor McGonagall mówiła o tym profesorowi Flitwickowi. Właśnie dlatego uznaliśmy, że lepiej od razu zabrać się do...

 

- Im wcześniej wyciągniemy coś z Malfoy'a, tym lepiej – burknął Ron – Wiecie, co ja myślę? Tak się wściekł po meczu, że musiał się na kimś wyładować i wybrał sobie na ofiarę Colina.

 

- TO NIE JA! – ryknął panicz Malfoy.

 

- Teraz już to wiemy – powiedziała Angelina – Nie musisz się tak wydzierać.

 

- Masz strasznie irytujący głos, Smoku – stwierdziła Astoria – Żadnej dziewczyny nie poderwiesz.

 

- Astoria przypomnij sobie, że jesteś matka Scorpiusa Malfoy'a – oznajmiła Fleur.

 

- Ach, no tak! – westchnęła Astoria.

 

- Jest coś jeszcze – powiedział Harry, obserwując, jak Hermiona rozciera pęki rdestu ptasiego i wrzuca je do kociołka – W środku nocy odwiedził mnie Zgredek – Ron i Hermiona wybałuszyli oczy. Harry przekazał im, co powiedział mu skrzat – a raczej czego mu nie powiedział. Słuchali go z otwartymi ustami.

 

- Komnata Tajemnic już kiedyś została otwarta? – zdumiała się Hermiona.

 

- Tak – rzekł Dumbledore – została otwarta.

 

- To nie jest bezpieczna szkoła! – zawołała Carolina.

 

- Wiesz mi, babciu będzie tylko gorzej – rzekł Harry, patrząc na profesorów i mordując ich wzrokiem.

 

- To się trzyma kupy – oznajmił Ron triumfalnym głosem – Lucjusz Malfoy musiał otworzyć Komnatę, kiedy był uczniem, a teraz powiedział swojemu kochanemu synalkowi, jak to zrobić.

 

- Weasley, co ty pierdolisz! – warknął Lucek – To się wydarzyło przed moimi narodzinami! – wszyscy popatrzyli na niego podejrzanie.

 

No jasne! Ale szkoda, że Zgredek nie powiedział ci, co za potwór tam siedzi. Bardzo jestem ciekaw, jak mu się udało wśliznąć do szkoły, żeby nikt tego nie zauważył.

 

- Może potrafi robić się niewidzialny – powiedziała Hermiona, wpychając pijawki na dno kotła – Albo może potrafi się w coś zmienić... na przykład udaje, że jest zbroją albo czymś takim. Czytałam o ghulach kameleonowych...

 

- Za dużo czytasz, Hermiono – przerwał jej Ron, dodając utarte muchy siatkoskrzydłe do pijawek.

 

- Za dużo jesz! – odparowała Hermiona i założyła ręce. Ron spojrzał na swoją żonę i stwierdził.

 

- Jesteś piękną kobietą.

 

- A ty przystojnym mężczyzną.

 

- A ty seksowną kobietą.

 

- A ty seksownym mężczyzną.

 

- Jesteś moją boginią.

 

- A ty moim rycerzem.

 

- Możecie przestać!? – krzyknął Hugo – Gra wstępna to wieczorem, a nie teraz! – Ron i Hermiona zarumienili się. Ron pocałował ją w goły bark, a ta westchnęła.

 

Zmiął pustą torebkę po muchach i spojrzał na Harry'ego.

 

- Więc to Zgredek przeszkodził nam wsiąść do pociągu i złamał ci rękę... – Pokręcił głową – Wiesz co, Harry? Jeśli on będzie wciąż próbował ratować ci życie, to cię w końcu załatwi na dobre.

 

W poniedziałek rano cała szkoła wiedziała już, że Colin Creevey został zaatakowany i teraz leży w skrzydle szpitalnym. Atmosfera była gęsta od pogłosek i podejrzeń. Pierwszoroczniacy chodzili po zamku w zbitych grupkach, jakby się bali, że staną się łupem złych mocy, jeśli wyprawią się gdzieś samotnie.

 

Luna siedziała na kolanach Rolfa i się do niego przytuliła, a ten uśmiechnął się i pocałował ją w czoło.

 

Ginny Weasley, która na zaklęciach siedziała obok Colina Creeveya, była jakaś roztargniona, ale sposób, w jaki Fred i George usiłowali ją rozweselić, nie wydawał się Harry emu zbyt szczęśliwy. Na zmianę chowali się za zbrojami lub posągami, okryci jakimś futrem albo pomalowani na twarzy w czarne kropki i wyskakiwali na nią znienacka.

 

- To mi nie pomagało – stwierdziła Ginny.

 

- Wybacz, Gin – mruknęli Fred i George.

 

Przestali ją dręczyć dopiero wtedy, gdy Percy, siny z wściekłości, zagroził, że napisze do pani Weasley, donosząc jej, że Ginny ma nocne koszmary.

 

- Dlaczego mi nie powiedziałaś? – spytała, patrząc na córkę.

 

- Nie chciałam cię martwić – mruknęła Ginny.

 

Jednocześnie za plecami nauczycieli odbywał się w całej szkole ożywiony handel talizmanami, amuletami i innymi środkami ochronnymi. Neville Longbottom kupił sobie wielką, cuchnącą, zieloną cebulę, ostro zakończony purpurowy kryształ i nadgniły ogon fraszki, zanim mu koledzy nie wyjaśnili, że jemu nic nie grozi: jest czarodziejem czystej krwi i nikt go nie zaatakuje.

 

- Najpierw zabrali się za Filcha – powiedział Neville, blady jak kreda ze strachu – a przecież wszyscy wiedzą, że ja jestem prawie charłakiem.

 

- Nie jesteś żadnym charłakiem! – zawołał Albus II – tylko potężnym czarodziejem i moim ojcem chrzestnym!

 

- Ojej! – krzyknęły Alicja I Hanna – Neville jesteś ojcem chrzestnym.

 

- Jestem twoim ojcem chrzestnym? – spytał wielkimi oczami Neville.

 

- A co w tym dziwnego, wujek – odezwał się Albus II – Jesteś przyjacielem moich rodziców.

 

- Jesteś naszym przyjacielem, Nev, a teraz też naszym bratem – powiedziała Ginny i uciskała go i dała mu całusa w policzek, a ten zarumienił się mocno.

 

- Ej, bo będę zazdrosny! – prychnął Harry, udając oburzonego.

 

W drugim tygodniu grudnia profesor McGonagall jak zwykle obeszła domy, zbierając nazwiska tych uczniów, którzy na Boże Narodzenie pozostaną w Hogwarcie. Harry, Ron i Hermiona wpisali się na jej listę; dowiedzieli się, że Malfoy zostaje, co wydało im się bardzo podejrzane. Święta byłyby idealnym okresem do użycia Eliksiru Wielosokowego i naciągnięcia go na zwierzenia.

 

- Na pewno się pani uda – powiedział lekką kpiną Horacy.

 

- Panie profesorze moja córka to zrobi – odezwały się dwie wersje Lily i Molly.

 

- Pan nawet nie wie, do czego jest zdolna moja mamusia – oznajmiła Emilly, a Hermiona ją przytuliła.

 

Niestety, eliksir wciąż nie był gotowy. Nadal brakowało im rogu dwurożca i skóry afrykańskiego węża, a jedynym miejscem, gdzie te ingrediencje mogli znaleźć, był gabinet Snape'a.

 

Starszy Severus mordował całą trójkę, a oni z uśmiechem na twarzy patrzyli na niego.

 

- Jak śmieliście! – wycedził starszy Severus.

 

- To się już wydarzyło, panie profesorze, więc nie można karać za to, co już było – stwierdziła Hermiona, kiedy Snape chciał dokończyć wypowiedź.

 

Harry w duchu uważał, że wolałby spotkać się oko w oko z legendarnym potworem Slytherina, niż zostać przyłapany przez Snape'a w jego gabinecie.

 

- Wiesz co Harry – odezwały się Hestia i Flora – jesteś nienormalny – powiedziały, patrząc na niego z niedowierzaniem.

 

- Musimy przeprowadzić akcję dywersyjną – oświadczyła wojowniczo Hermiona w pewien czwartek, gdy zbliżała się popołudniowa lekcja eliksirów.

 

- Już mi się to podoba. Dajesz, Feminiotko. Pokaż, co córka Rogacza potrafi wymyślić! – zawołał młodszy Łapa.

 

- Zajmiemy czymś Snape'a, a w tym czasie jedno z nas wśliźnie się do jego gabinetu i zdobędzie to, czego nam brakuje.

 

Hermiona patrzyła na swoje paznokcie i na swoje pierścienie na palcach, prezentując je teatralnie.

 

Harry i Ron popatrzyli na nią z lekkim niepokojem.

 

- Uważam, że ja się do tego najlepiej nadaję – ciągnęła Hermiona rzeczowym tonem – Was dwóch wyleją, jak wpadniecie w jakieś kłopoty, a ja mam czyste konto.

 

Lily i Marlene popatrzyły wymownie na Syriusza i Jamesa I.

 

- Jaka matka – zaczął Łapa.

 

- Taka córka – skończył Rogacz.

 

Musicie tylko zrobić jakąś drakę, żeby Snape był zajęty przez co najmniej pięć minut.

 

- No, no nie wiedziałem, że moja chrzestna lubi się tak bawić – powiedział James II – i wykorzystuje biednego ojca i mojego ojca chrzestnego. Jestem taki dumny!

 

- Jestem twoim ojcem chrzestnym? – spytał Ron.

 

- Oj, dajcie spokój – odezwała się Rose – Przecież to było wiadomo od początku, że tak Harry i Ginny się chajtną. Więc wiadomo, że ich pierwsze dziecko będzie miało za rodziców Rona i Hermionę tak samo jak Harry i Ginny są moimi rodzicami chrzestnymi. To tak samo jak z wujem Syriuszem i dziadkiem Jamesem.

 

- Najlepsi przyjaciele i te sprawy – odezwała się Molly II.

 

Harry uśmiechnął się blado. Zrobienie draki na lekcji eliksirów było równie bezpieczne, jak dziobnięcie śpiącego smoka ołówkiem prosto w oko.

 

Lekcje eliksirów odbywały się w jednym z wielkich lochów. Czwartkowa lekcja nie różniła się niczym od innych. Dwadzieścia parujących kociołków bulgotało między drewnianymi stołami, na których stały mosiężne wagi i słoje z ingrediencjami.

 

Albusowi II aż oczka się zaświeciły.

 

Snape krążył wśród obłoków pary, robiąc jadowite uwagi na temat pracy Gryfonów, co Ślizgoni kwitowali szyderczymi chichotami. Draco Malfoy, ulubiony uczeń Snape'a, co jakiś czas ciskał w Rona i Harry'ego oczami diabła morskiego, a oni wiedzieli, że jeśli mu oddadzą, dostaną szlaban szybciej, niż zdążą powiedzieć: "To niesprawiedliwe".

 

Narcyza podeszła do Draco uśmiechnęła się słodko do niego. Usiadła koło syna i z całej siły przywaliła mu w tył głowy, po chwili odeszła i usiadła koło siostry.

 

- Zasłużyłeś – powiedziała Astoria.

 

Harry'emu daleko było jeszcze do zakończenia pracy nad sporządzeniem Eliksiru Rozdymającego, ale myślami był zupełnie gdzie indziej. Czekał na znak Hermiony i wcale się nie przejął, kiedy Snape zatrzymał się przy nim i głośno zakpił z wodnistej zawartości jego kociołka. Kiedy Snape odwrócił się i odszedł, żeby trochę podręczyć Neville'a, Hermiona upewniła się, że Harry na nią patrzy i kiwnęła głową.

 

- Oni to naprawdę robią – oznajmiła Lisa, patrząc na ich.

 

- Moja krew! – krzyknęli dwie wersje Rogacza i Łapy.

 

Harry szybko kucnął za swoim kotłem, wyciągnął z kieszeni jeden ze sztucznych ogni Filibustera, który zwędził Fredowi, i stuknął weń różdżką.

 

- Harry, ty mały Huncwocie – powiedział Fred, I bo był dumny w głosie, a następnie krzyknął – To mój mały braciszek Harruś!

 

Kolorowy walec zaczął syczeć i trzaskać. Wiedząc, że ma tylko kilka sekund, Harry wyprostował się, wycelował i rzucił. Sztuczny ogień wylądował dokładnie tam, gdzie miał wylądować: w kociołku Goyle'a.

 

- Ups – mruknął Harry i uśmiechnął się szeroko.

 

Nastąpiła eksplozja, w wyniku której wszyscy zostali obryzgani Eliksirem Rozdymającym. Malfoy został trafiony w twarz i jego nos natychmiast nabrzmiał do rozmiarów balona;

 

Większość ludzi ryknęła śmiechem.

 

Goyle miotał się, zakrywając dłońmi oczy, które zrobiły się wielkie jak talerze obiadowe,

 

Sala śmiała się wniebogłosy.

 

a Snape próbował przywrócić spokój i wykryć, co się właściwie stało. W tym zamieszaniu Hermiona wymknęła się z klasy.

 

- Cisza! CISZA! – ryczał Snape – Wszyscy, którzy zostali ochlapani, niech tu podejdą po Wywar Dekompresyjny. Jak się dowiem, kto to zrobił...

 

- Potter wiedziałem, że to ty! – warknął starszy Severus.

 

Harry ledwo się powstrzymał od parsknięcia śmiechem, kiedy zobaczył Malfoy'a spieszącego po lek. Głowa uginała mu się pod ciężarem nosa wielkości małego melona.

 

Scorpius ryknął śmiechem, a za nim dołączyły Astoria, Daphne i większość na sali.

 

Ucierpiała połowa klasy; niektórzy mieli ramiona jak maczugi, inni nie mogli mówić z powodu warg nabrzmiałych jak szynki. Harry zobaczył Hermionę, wślizgującą się z powrotem do lochu; jej szata wydymała się lekko z przodu.

 

Severus mordował ją wzrokiem, a jakby nic się nie stało, uśmiechała się do niego.

 

Kiedy każdy dostał porcję antidotum i rozmaite opuchnięcia znikły, Snape podskoczył do kociołka Goyle'a i wyłowił z niego poskręcane, czarne resztki fajerwerku. Zrobiło się bardzo cicho.

 

- Jak się dowiem, kto to wrzucił – oznajmił Snape złowrogim szeptem – możecie być pewni, że dopilnuję, by go wyrzucono ze szkoły.

 

- Jakoś Ci się nie udało, Snape! – parksnął śmiechem starszy Łapa.

 

Harry szybko zrobił minę wyrażającą, jak miał nadzieję, szczere zdumienie. Snape patrzył prosto na niego. Dzwonek, który rozległ się dziesięć minut później, jeszcze nigdy nie przyniósł mu takiej ulgi.

 

- Wie, że to ja – powiedział Ronowi i Hermionie, kiedy pędzili do toalety Jęczącej Marty – Założę się, że wie.

 

- To było dawno i nie prawda – stwierdził Fineas, parskając ze śmiechu.

 

Hermiona wrzuciła zdobyte składniki do kotła i zaczęła w nim gorliwie mieszać.

 

- Dotknijcie tylko moje dzieci, a nie będę taka wyrozumiała – wycedziła Molly I w stronę gangu fretki, którzy chcieli się rzucić na całą trójkę.

 

- Jesteś moją mamą i kocham cię – wzruszył się Harry, że jego teściowa go broni, przytulając ją.

 

- Ja zawsze będę Cię bronić, bo jestem twoją mamą, kochaneczku.

 

- Ja zawsze wiedziałam, że z mamusi jest lwica – odezwała się Hermiona.

 

- Za to ty jesteś moim lwiątkiem – stwierdziła Molly I – tak samo jak wy wszyscy są moimi lwiatkami.

 

- Za dwa tygodnie będzie gotowy – oznajmiła radosnym tonem.

 

Hermiona z uśmiechem na twarzy, patrzyła, jak Horacy robi coraz większe oczy.

 

- Panie profesorze pamięta Pan, prawda? - zapytała młoda pani Weasley.

 

- Pamiętam – mruknął Horacy.

 

- Snape nie jest w stanie dowieść, że to ty – pocieszył Harry'ego Ron – Co ci może zrobić?

 

- Znając Snape'a, założę się, że wymyśli coś paskudnego – odpowiedział Harry. Wywar pienił się i bulgotał.

 

Tydzień później Harry, Ron i Hermiona przechodzili przez salę wejściową, kiedy zobaczyli grupkę uczniów zgromadzonych wokół tablicy ogłoszeń. Czytali mały pergamin, który właśnie wywieszono. Seamus Finnigan i Dean Thomas pomachali do nich, wyraźnie podekscytowani.

 

- Tylko nie to! - jęknęli prawie wszyscy uczniowie.

 

- Powstaje klub pojedynków! – powiedział z przejęciem Seamus – Dziś wieczorem jest pierwsze spotkanie! Kilka lekcji pojedynkowania się może człowieka wyratować z niejednej opresji, zwłaszcza w tych dniach...

 

- Z nim to na pewno – stwierdził z sarkazmem Dean.

 

- Z kim? – zapytała powoli Euphemia.

 

- A co, myślisz, że potwór Slytherina stanie z tobą do pojedynku? – zakpił Ron, ale sam też z zaciekawieniem przeczytał ogłoszenie.

 

- Może się przydać – powiedział do Harry'ego i Hermiony w drodze do jadalni – Idziemy?

 

Większość jęknęła.

 

Harry i Hermiona byli tego samego zdania, więc o ósmej wieczorem udali się do Wielkiej Sali. Długie stoły jadalne znikły, a wzdłuż jednej ze ścian pojawiło się złote podwyższenie oświetlone tysiącami wiszących w powietrzu świec. Sklepienie było aksamitnie czarne. Zebrała się pod nim prawie cała szkoła. Wszyscy mieli różdżki i byli bardzo podnieceni.

 

- I gdy go zobaczyliśmy podniecenie upadło – stwierdził Rolf. Reszta chłopaków pokiwała głowami, a Luna nie mogąc się powstrzymać dała mu buziaka w policzek i patrzyła na niego rozmarzonym wzrokiem, a ten wyszeptał jej coś do ucha, a ta przytuliła się mocno do niego.

 

- Ciekaw jestem, kto będzie nas uczył – powiedziała Hermiona, kiedy weszli w rozgadany tłum – Ktoś mi mówił, że Flitwick był mistrzem pojedynków za swoich młodych lat, może to będzie on.

- Jeśli tylko nie będzie to... – zaczął Harry, ale urwał i jęknął.


- Nie mówcie, że ten pajac! – jęknęli rodzice, patrząc na to z niedowierzaniem.

 

- Niestety, ale tak – odpowiedziały córki – Dyrektor z nas zakpił.

 

- Zjadł za dużo dropsów – stwierdziła starsza Lily.

 

- Te cukierki mają za dużo marihuany pewnie – oznajmiła młodsza Lily – i pewnie dlatego.

 

- Ciociu Lily, a co to? – spytały Hestia i Flora.

 

- Mugolski narkotyk, kochane. Zawiera substancje psychoaktywne, środek uzależniający. Zazwyczaj są to takie doznania jak stan rozluźnienia, błogości, radości, euforii, czy po prostu bardzo mocnego zamroczenia wiążącego się z wbiciem w fotel, czy kanapę – mówiła starsza Lily – ale też używanie jej powoduje nieodwracalne zmiany w ośrodkowym układzie nerwowym, skutkujące: dysfunkcją w sferze emocjonalnej i w zachowaniu oraz niekorzystnymi zmianami w sferze wolicjonalnej, poznawczej i osobowości.

 

- I ty myślisz, że dyrektor palił marihuanę i zgodził się na zatrudnienie tego pajaca? – zapytał starszy Remus.

 

- Kto by normalny przyjął tego imbecyla na stanowisko Obrony Przed Czarną Magią – powiedzieli Ron i Harry.

 

Na podium wkraczał Gilderoy Lockhart we wspaniałej szacie koloru dojrzałej śliwki, a towarzyszył mu nie kto inny jak Snape, jak zwykle ubrany na czarno.

 

- Zrób nam tę przyjemność Sevciu i zabij go – powiedział młodszy Łapa.

 

Lockhart pomachał ręką, aby uciszyć salę i zawołał:

 

- Przybliżcie się! Przybliżcie! Czy każdy mnie widzi? Czy wszyscy mnie słyszą? Wspaniale! Otóż profesor Dumbledore udzielił mi pozwolenia na zorganizowanie tego małego klubu pojedynków, żebyście potrafili się obronić tak, jak mnie się to tyle razy udało... Jeśli chodzi o szczegóły, wystarczy zajrzeć do moich książek.

 

Dwie wersje Łapy zaczęli walić głową o ścianę.

 

Uśmiechnął się szeroko, ukazując swoje dorodne zęby, i spojrzał na Snape'a.

- Pozwólcie mi przedstawić mojego asystenta, profesora Snape'a. Powiedział mi, że trochę się zna na pojedynkach i zgodził się, jako prawdziwy dżentelmen, pomóc mi w krótkim pokazie, zanim przejdziemy do ćwiczeń. I proszę was, młodzieńcy i dziewczęta, nie lękajcie się o waszego mistrza eliksirów.

 

- Jak ty się w mogłaś się w nim kochać, mamo! – jęknęły córki Hermiony i Susan.

 

- No jakoś tak wyszło – mruknęły zarumienione.

 

Kiedy z nim skończę, będzie nadal żywy i cały, nie bójcie się!

 

- A nie byłoby lepiej, gdyby się nawzajem wykończyli? – mruknął Ron do ucha Harry'emu.

 

- Marzenie – westchnęli teatralnie Fred i George, a Snape'owie mordowali ich wzrokiem.

 

Snape odsłonił górne zęby, jakby zamierzał kogoś ugryźć. Harry dziwił się, dlaczego Lockhart wciąż się uśmiecha; gdyby Snape spojrzał w ten sposób na niego, czmychnąłby, gdzie pieprz rośnie.

 

- Chcesz mu wyssać krew? – spytali dwie wersje Rogacza. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

 

Lockhart i Snape stanęli naprzeciw siebie i skłonili się; w każdym razie na pewno uczynił to Lockhart, bo Snape tylko nieznacznie kiwnął głową. A potem wyciągnęli ku sobie różdżki, jakby to były miecze.

 

- Jak widzicie, trzymamy różdżki w przyjętej pozycji bojowej – wyjaśnił Lockhart – Jak policzę do trzech, rzucimy pierwsze zaklęcia. Oczywiście żaden z nas nie zamierza drugiego zabić.

 

- Jaka szkoda – powiedziały starsza i młodsza Dorcas, a starszy i młodszy Regulus parsknęli śmiechem.

 

- O to bym się nie założył – mruknął Harry, widząc, że Snape znowu obnaża zęby.

 

- Gilderoy wytarłeś się czosnkiem? – spytał Frank I – jak nie to zmienisz się wampira.

 

- Longbottom! – warknął starszy Severus.

 

- Raz... dwa... trzy... – Obaj równocześnie machnęli różdżkami. Snape zawołał:

 

- Expelliarmus! – Błysnęło oślepiające szkarłatne światło i Lockhart został zdmuchnięty z podwyższenia. Uderzył o ścianę i ześlizgnął się po niej na podłogę, gdzie legł z rozciągniętymi ramionami.

 

- Słodkich snów życzę ci, idioto – odezwała się Mary.

 

Malfoy i kilku innych Ślizgonów zawyło z radości. Hermiona podskakiwała na czubkach palców.

 

- Myślicie, że nic mu się nie stało? – piszczała, zakrywając sobie usta dłonią.

 

- A kogo on obchodzi? – odpowiedzieli jej ojciec i wujkowie.

 

- A kogo to obchodzi? – odpowiedzieli jednocześnie Harry i Ron. Lockhart dźwigał się chwiejnie na nogi. Tiara spadła mu z głowy, a faliste włosy stanęły dęba.

 

- Włożył różdżkę do prądu elektrycznego i go kopnęło – stwierdziła słodkim głosem młodsza Lily.

 

- To nie żaden Severus, to prąd go kopnął – powiedziała młodsza Marlene jeszcze słodszym głosikiem.

 

- A podobno był Krukonem, a nie wiedział, że prąd może kopnąć – rzekła młodsza Dorcas i uśmiechnęła się szeroko do Regulusa i zaczęła trzepotać rzęsami, a ten przełknął ślinę – Prawda, Reg?

 

- No więc sami widzieliście! – powiedział, wracając na podium – To było Zaklęcie Rozbrajające... Jak widzicie, utraciłem różdżkę... Ach, dziękuję, panno Brown. Tak, to był wyśmienity pomysł, żeby im to pokazać, profesorze Snape, ale jeśli wolno mi uczynić pewną uwagę, z góry było wiadomo, co pan zamierza zrobić. Gdybym chciał pana powstrzymać, byłoby to zbyt łatwe. Zgadzam się jednak, że dla młodzieży było to bardzo pouczające...

 

- Kopnął go prąd i styki mu się w głowie się spaliły – powiedzieli Fred, George i Lee, śmiejąc się ze śmiechu.

 

W oczach Snape'a płonęła żądza mordu. Być może Lockhart to zauważył, bo powiedział:

 

- Dość demonstracji! Teraz poustawiam was w pary. Profesorze Snape, mógłby mi pan pomóc... – Ruszyli przez tłum, dobierając pary pojedynkowiczów. Lockhart ustawił Neville'a naprzeciw Justyna Finch-Fletchley'a, ale Snape był szybszy i pierwszy doskoczył do Harry'ego i Rona.

 

- Czas, by podzielić drużynę marzeń – zakpił – Weasley, będziesz partnerem Finnigana. Potter... – Harry ruszył automatycznie w stronę Hermiony.

 

- Nie, nie, Potter – powiedział Snape, uśmiechając się zimno – Panie Malfoy, proszę tutaj.

 

- Dlaczego ja zawsze muszę być z tą białą fretką! – jęknął Harry.

 

- Dlaczego ja zawsze muszę być z bliznowatym! – krzyknął Draco.

 

- Bo może Snape chce, żebyście wreszcie poszli na randkę, bo jesteście gejami! – drwiła Mariette z Pottera i Malfoy'a – a te wasze żony i te wasze bachory to tylko przykrywka.

 

- Nie pozwalaj sobie za bardzo Edgecombe – wysyczała jadowitym głosem Narcyza – Te, jak je nazwałaś bachory to moje wnuki – i wskazała na wszystkich gości z przyszłości – nie są żadnymi bachorami, tylko wspaniałymi ludźmi, a ich rodzice to są wspaniali ludzie, ponieważ dali mi szanse, żebym była lepszym człowiekiem, niż byłam. To ty jesteś, jak to nazwałaś bachorem i do tego bezmózga idiotka, ślepo zakochana w Cho Chang. I radzę Ci zmień tok myślenia, bo nie będę już taka miłosierna, a od moich dzieci – wskazała na rodziców gości przyszłości – to się opierdol, bo Ci jebnę.

 

- Wiecie co? Zmieniłem zdanie względem Narcyzy. Ona jest super – powiedział Harry.

 

- Ale jej powiedziała – dodał zachwycony Ron.

 

- Tak – zgodzili się reszta.

 

- Dziękuję, kochani – mruknęła wzruszona Narcyza.

 

- Czy ty mi grozisz! – warknęła Mariette do Narcyzy.

 

- Ona Cię tylko ostrzega, Edgecombe – powiedziały starsze kobiety. Gang fretki oraz Lucek patrzyli na to wielkimi oczami i otwarta szczęka na dodatek zrobili się czerwoni ze złości.

 

- Jak śmiesz, zdrajczyni! – i wyciągnął różdżki.

 

- Zabierz tę wykałaczkę z Narcyzy, bo jak nie zostaniesz trupem! – warknęły kobiety, ale Andromeda nie wytrzymała i przywaliła Luckowi z liścia, że jęknął z bólu.

 

Zobaczymy, jak pan sobie poradzi ze słynnym Potterem. A panna Granger może się zmierzyć... z panną Bulstrode – Malfoy podszedł, uśmiechając się głupkowato. Za nim szła ślizgońska dziewczyna, która przypominała Harry'emu obrazek z książki Wakacje z wiedźmami.

 

Sala ryknęła znowu śmiechem. Większość z sali leżała ze śmiechu na podłodze, śmiejąc się wniebogłosy. Bulstrode patrzyła z mordem w oczach na Harry'ego.

 

Była wielka, prostokątna, z potężną dolną szczęką, którą zaczepnie wysunęła do przodu. Hermiona uśmiechnęła się do niej na powitanie, ale tamta nie zamierzała odwzajemnić uśmiechu.

 

- Spadaj – mruknęła Astoria i uśmiechnęła się szeroko do siostry Hermiony, a ona odpowiedziała tym samym.

 

- Stańcie naprzeciw swoich partnerów! – krzyknął Lockhart, który wrócił na podium – Ukłon! – Harry i Malfoy ledwo skinęli głowami, nie spuszczając się z oczu – Różdżki w gotowości! – ryknął Lockhart – Kiedy policzę do trzech, rzucajcie zaklęcia, żeby rozbroić przeciwnika... tylko rozbroić... nie chcemy nowych wypadków. Raz... dwa... trzy... – Harry machnął różdżką, ale Malfoy rzucił zaklęcie na "dwa": ugodziło ono Harry'ego tak potężnie, że poczuł się, jakby dostał w głowę sosjerką.

 

Narcyza mordowała syna wzrokiem i warknęła na syna.

 

- Jak powiedział na trzy to nie na dwa! – a ten patrzył na nią w szoku. Nie poznawał swojej matki. Jeszcze zaczęła szeptać coś do Astorii na ucho, a ta pisnęła szczęśliwa i przytuliła się mocno do Narcyzy, a ta zaczęła głaskać jej włosy i pocałowała w czoło, wcześniej odgarniając jej włosy z czoła Astoria wesnela zadowolonym głosem wtulając się w nią jeszcze bardziej .

 

Zachwiał się, ale prócz tego nic mu się nie stało, więc wycelował różdżkę prosto w Malfoy, a i krzyknął:

 

- Rictusempra! – Strumień żółtego światła ugodził Malfoy'a w brzuch. Zgiął się wpół i zrobił się siny na twarzy.

 

- Powiedziałem, tylko rozbroić! – krzyknął Lockhart ponad głowami walczących, kiedy Malfoy osunął się na kolana.

 

- Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie – stwierdziła Barbara.

 

Harry ugodził go Zniewalającą Łaskotką i Malfoy nie mógł się wyprostować ze śmiechu. Harry uznał, że nie byłoby sportowo rozbroić Malfoy'a, póki ten tarza się ze śmiechu na podłodze, więc cofnął zaklęcie. Był to błąd. Malfoy wziął głęboki oddech, wycelował różdżką w jego kolana i wykrztusił:

 

- Tarantallegra! – W następnej chwili nogi Harry'ego zaczęły wbrew jego woli wykonywać dzikie pląsy, jakby tańczył charlestona.

 

- Harry mówiłeś, że jesteś kiepskim tancerzem! – chichotała Ginny – a jesteś bardzo dobrym tancerzem.

 

- To dzięki mamie, która mnie nauczyła – odpowiedział Harry, a jego matka z uśmiechem na twarzy patrzyła na swoje dzieci, a Ginny patrzyła na Harry'ego z miłością w oczach i pogłaskała jego policzek i ją pocałowała.

 

- Wszyscy Potterowie czują rytm – stwierdzili James II i James I.

 

- Dosyć! Dosyć! – wrzasnął Lockhart, ale Snape przejął inicjatywę.

 

- Finite Incantatem! – zawołał. Nogi Harry'ego uspokoiły się, Malfoy przestał dusić się ze śmiechu i byli w stanie rozejrzeć się wokoło. Nad podium unosiła się zielonkawa mgiełka. Neville i Justyn leżeli na podłodze, dysząc ciężko, Ron podnosił szarego jak popiół Seamusa, przepraszając go za wyczyny swojej połamanej różdżki, natomiast Hermiona i Milicenta Bulstrode nadal walczyły: Milicenta założyła jej nelsona, a Hermiona skomlała z bólu. Ich różdżki leżały bezużytecznie na podłodze. Harry podskoczył i odciągnął Milicentę. Nie było to wcale łatwe, była od niego o wiele większa.

 

- Gorylica pasuje do goryla Goyle'a – odezwała się Daphne.

 

- No, no, no – pomrukiwał Lockhart, krążąc wśród tłumu i oglądając skutki pojedynków – Wstawaj, Macmillan... Ostrożnie, panno Fawcett... Ściśnij to jak najmocniej, Boot, krwawienie zaraz ustanie... – Zatrzymał się pośrodku sali i pokręcił głową – Myślę, że będzie lepiej, jak nauczę was blokowania nieprzyjaznych zaklęć – Spojrzał na Snape'a, któremu rozbłysły oczy, i szybko odwrócił wzrok – Potrzebna będzie para ochotników... Longbottom i Finch-Fletchley, może wy, co?

 

- To nie jest dobry pomysł, profesorze – rzekł Snape, zjawiając się przy nich bezszelestnie jak wielki, złośliwy nietoperz – Nawet najprostsze zaklęcia w wykonaniu Longbottoma zawsze kończą się tragicznie. To, co zostałoby z Finch-Fletchley'a, musielibyśmy odesłać do szpitala w pudełku od zapałek.

 

- Jeszcze Ci pokaże, ty tłusty głupi nietoperzu! – odparowali Alicja II i Frank II.

 

- Kim się stał w przyszłości – dodała rudowłosa pani Longbottom – to przestaniesz z mojego tatusia kpić! – zawołała, przytulając się do Neville'a.

 

Okrągła buzia Neville'a pokryła się rumieńcem wstydu.

 

- Może Malfoy i Potter? – zapytał z chytrym uśmiechem.

 

- Znakomity pomysł! – ucieszył się Lockhart, zapraszając gestem Harry'ego i Malfoy'a na środek sali, kiedy tłum rozstąpił się, żeby zrobić im miejsce.

 

- Mam złe przeczucia – mruknęła Nicole.

 

- Nic się nie martw, słońce – oznajmił Fred I.

 

- A teraz posłuchaj, Harry – powiedział Lockhart – Kiedy Draco wyceluje w ciebie różdżką, zrobisz tak – Uniósł własną różdżkę i wykonał nią serię skomplikowanych ruchów, co skończyło się tym, że wyleciała mu z ręki.

 

- Dyrektor musiał być na niezłym haju, żeby się zgodzić, by ten imbecyl był nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią – odezwał się Regulus i popatrzył na Dorcas i palnął – Dorcas chcesz się ze mną sztachnąć?

 

- Sztachniemy się! - uśmiechnęła się szeroko to Regulusa.

 

- Wiecie co, ładna z was parka – stwierdziła Narcyza.

 

- Tak, jesteście słodcy – oznajmiła młodsza Marlene.

 

- Dolorcuś, ja już shipuje – powiedziała młodsza Lily I, a oni zrobili się czerwoni, bo poczuli między sobą miętę.

 

- Eeee co? – spytał po chwili młodsza wersja brata Regulusa.

 

Snape uśmiechnął się drwiąco, kiedy Lockhart szybko ją podniósł, mówiąc:

 

- Uups... moja różdżka jest trochę za bardzo rozochocona – Snape zbliżył się do Malfoy'a i szepnął mu coś do ucha. Malfoy też się uśmiechnął złośliwie. Harry spojrzał z niepokojem na Lockharta i poprosił:

 

- Panie profesorze, czy mógłby mi pan jeszcze raz pokazać tę blokadę?

 

- Pękasz, co? – mruknął Malfoy, tak żeby go Lockhart nie usłyszał.

 

- Chciałbyś – odpowiedział Harry kącikiem warg. Lockhart poklepał go beztrosko po ramieniu.

 

- Mam złe przeczucia – oznajmiły dwie wersje Lily I.

 

- Zrób po prostu to, co ja zrobiłem, Harry!

 

- Co, mam upuścić różdżkę?

 

Większość ludzi parsknęła śmiechem.

 

Ale Lockhart go nie słuchał.

 

- Raz... dwa... trzy... start! – krzyknął. Malfoy szybko uniósł różdżkę i ryknął:

 

- Serpensortia! – Z końca różdżki wystrzelił najpierw błysk, a potem, ku przerażeniu Harry'ego, długi, czarny wąż, który spadł ciężko na posadzkę między nimi i wyprężył się, gotów do ataku. Rozległy się krzyki i tłum cofnął się w popłochu.

 

Większość popatrzyła na Harry'ego.

 

- Dlaczego patrzycie na Harry'ego? – zapytała Jessica.

 

- Nie ruszaj się, Potter – wycedził Snape, wyraźnie ucieszony widokiem Harry'ego stojącego bez ruchu, oko w oko z syczącym gadem – Zaraz go usunę...

 

- Ja to zrobię! – krzyknął Lockhart. Machnął różdżką w kierunku węża i rozległ się donośny huk; wąż, zamiast zniknąć, podskoczył na dziesięć stóp w powietrze i spadł z głośnym pacnięciem. Rozwścieczony, sycząc gniewnie, popełzł prosto do Justyna Finch-Fletchley'a i znowu uniósł trójkątny łeb, ukazując kły.

 

Justin zbladł, a dziewczyny pisnęły.

 

Harry nie wiedział, co kazało mu to zrobić. Nie był nawet świadom podjęcia takiej decyzji. Wiedział tylko, że nogi same prowadzą go ku wężowi. Zatrzymał się przed nim i krzyknął:

 

- Zostaw go! – Stało się coś zadziwiającego, a dla Harry'ego zupełnie nieoczekiwanego. Wąż opadł na podłogę, potulny jak gumowy wąż ogrodowy, i utkwił wzrok w Harrym. Harry poczuł, że strach go opuszcza. W jakiś niewytłumaczalny sposób wiedział, że wąż już nikogo nie zaatakuje.

 

Rodzice, rodzeństwo i rodzina zrobili wielkie oczy.

 

Spojrzał na Justyna z uśmiechem, spodziewając się, że ujrzy na jego twarzy ulgę, zdumienie, może nawet wdzięczność – ale z pewnością nie to, co ujrzał: złość i strach.

 

- Pewno uważasz, że to bardzo śmieszne, co? – krzyknął Justyn i zanim Harry zdążył zareagować, odwrócił się i wybiegł z sali.

 

- Ty naprawdę jesteś wężousty – mruknęły słabo dwie wersje Lily I.

 

- Tak, jestem wężousty – odezwał się Harry i jęknął z bólu.

 

- HARRY! – pisnęła Ginny, patrząc na niego przerażonym wzorkiem, bo Harry trzymał się za bliznę i wydukał.

 

- Voldemort każe i zabija śmierciożerców Cruciatusem i Avadą – i zemdlał, osuwając się na ziemię.

 

- TATUŚ/HARRY! - ryknęli członkowie rodziny Harry'ego.

 

- Albus, zrób coś, do jasnej cholery! – krzyknęła Lily II do Albusa II – Jesteś mistrzem eliksirów – Albus kucnął, posmarował jakąś maścią, po chwili Harry otworzył oczy i spytał.

 

- Co się stało?

 

- Harry! – zawołały Ginny, Jessica, Nicole, Euphemia, Carolina, Molly I oraz dwie wersje Lily i Marlene tuląc go mocno do siebie.

 

- Miałeś wizję – stwierdził Ron.

 

- Tak. Voldemort zabija i torturuje swoich kompanów, jest wściekły. Nie panuje nad sobą – Ron pomógł mu wstać.

 

- Wystraszyłeś nas Harry – mruknęli dwie wersje Rogacza, Łapy, a także Fleomont, Claus i Jared.

 

- Jestem połączony umysłami z Voldemortem przez tę bliznę. Kiedy targają nim silne emocje, to mnie boli. On bardziej, tym mocniej boli. Najgorzej jest, gdy jest blisko mnie.

 

- Tato nie ruszaj się, masz maść na sobie. Niech Ci się wchłonie.

 

- Maść? Co to za maść?

 

- Maść, którą sam stworzyłem – mruknął Albus II.

 

- Zrobiłeś maść na bóle? – spytała Ginny.

 

- Tak, mamusiu – odrzekła Amelia – Albus jest mistrzem eliksirów i jestem z niego taka dumna.

 

- Powtarzałeś mi zawsze, cytuje "talent do eliksirów odziedziczyłeś po babci Lily" – oznajmił ojcu Albus – Łap i posmaruj sobie ręce, to Ci pomoże – i rzucił ojcu maść.

 

- Jestem taka dumna! – zawołały babcie Albusa II i przytuliły wnuka do siebie.

 

- Ja też! – zgodzili się z rodziną Albusa II.

 

- Co ci się stało w rękę? – zapytała Jessica.

 

- Dowiecie się w piątej części – odparł Ron, w czasie, gdy Harry posmarował się i mu ulżyło.

 

- Od razu mi lepiej. Dzięki, Al.

 

- Mówcie mi "mistrzu Albusie" – stwierdził rozbawionym głosem Albus II. Snape patrzył na niego z niedowierzaniem – Co tak patrzysz? Uwielbiam eliksiry – odezwał się syn Harry'ego.

 

Podszedł Snape i machnął różdżką w kierunku węża, który zamienił się w strzęp czarnego dymu. Snape też patrzył na Harry'ego jakoś dziwnie: było to przenikliwe, badawcze spojrzenie, które Harry'emu wcale się nie podobało. Nie podobał mu się też złowieszczy szmer wśród zgromadzonych uczniów. A potem poczuł, że ktoś ciągnie go z tyłu za szatę.

 

- Chodź – usłyszał w uchu głos Rona – Rusz się... no, chodź...

 

- My słyszeliśmy syk – oznajmiła Daphne.

 

Ron wyprowadził go z sali. Hermiona wyszła za nimi. Kiedy przechodzili przez drzwi, ludzie rozstąpili się gwałtownie, jakby w obawie, że się czymś zarażą. Harry nie miał pojęcia, co to wszystko znaczy, a Ron i Hermiona nie kwapili się z wyjaśnieniami, dopóki nie zaciągnęli go do pustego pokoju wspólnego Gryffindoru. Tam Ron pchnął Harry'ego na fotel i powiedział:

 

- Jesteś wężousty. Dlaczego nam nie powiedziałeś?

 

- Nie wiedziałem wtedy! – bronił się Harry.

 

- Co ja jestem? – zapytał Harry.

 

- Wężousty! – powtórzył Ron – Potrafisz rozmawiać z wężami!

 

- Wiem – powiedział Harry – To znaczy... już raz to zrobiłem. Niechcący wypuściłem z klatki boa dusiciela... w ogrodzie zoologicznym, to dłuższa opowieść... a ten wąż powiedział mi, że nigdy nie był w Brazylii... Zresztą ja go wypuściłem, nie zdając sobie z tego sprawy... To było... no, kiedy jeszcze nie wiedziałem, że jestem czarodziejem.

 

- Boa dusiciel powiedział ci, że nigdy nie był w Brazylii? – powtórzył Ron.

 

- A Dudley się wykąpał! – parksnął śmiechem Lee.

 

- No i co z tego? Założę się, że w Hogwarcie co drugi potrafi rozmawiać z wężami.

 

- Mylisz się – powiedział Ron – To rzadka umiejętność. Paskudna umiejętność, Harry.

 

Ginny wtuliła się z męża.

 

- O co ci chodzi? – zapytał Harry, czując, że ogarnia go złość – Odbiło wam wszystkim? Przecież gdybym nie powiedział wężowi, żeby zostawił Justyna w spokoju...

 

- Ach, więc to mu powiedziałeś?

 

- Co jest z tobą? Przecież byliście tam... słyszeliście.

 

- Słyszałem, że mówisz mową wężów – odpowiedział Ron – Nie miałem pojęcia, co mówisz. Nic dziwnego, że Justyn spanikował, może pomyślał, że drażnisz węża czy coś w tym rodzaju. To brzmiało bardzo nieprzyjemnie, Harry – Harry wytrzeszczył na niego oczy.

 

- Gang fretki,  Lucek proszę mi się tu kłaniać Lordowi Harry'emu, bo Lord Harry idzie na herbatkę z wężami – powiedzieli Fred i George – Aua! – zawołali, gdy ich narzeczone przywaliły ich tył głowy.

 

- Ja mówiłem w innym języku? Ale... ja sobie z tego nie zdawałem sprawy... Niby jak mogłem mówić w obcym języku, nie wiedząc, że to robię? – Ron pokręcił głową. Zarówno on, jak i Hermiona mieli miny, jakby ktoś umarł. Harry nie mógł zrozumieć, co ich tak przeraziło – Może mi powiecie, co było złego w tym, że przeszkodziłem wielkiemu, ohydnemu wężowi w odgryzieniu Justynowi głowy?

 

Blaise patrzył jadowitym wzrokiem na Daphne i Jareda i wyszeptał:

 

- Serpensortia – na Daphne i Jareda. Nagle wszyscy usłyszeli syki i dziewczyny zaczęły piszczeć i skoczyły na krzesła. Rozwścieczony wąż, sycząc gniewnie, popełzł prosto do Daphne. Uniósł trójkątny łeb, ukazując kły. Harry zatrzymał się przed nim i krzyknął, mówiąc języków węży:

 

- Zostaw moją siostrę! – Stało się coś zadziwiającego, a dla większości zupełnie nieoczekiwanego. Wąż opadł na podłogę, potulny jak gumowy wąż ogrodowy, i utkwił wzrok w Harrym. Harry machnął różdżką w kierunku węża, który zamienił się w strzęp czarnego dymu. Popatrzył na wszystkich i zaczął się świecić wściekły, że ktoś śmiał próbować skrzywdzić jego blond siostrzyczkę Daphne, bo uważał ją za siostrę, po czym wysyczał z jadem w głosie.

 

- Kto śmiał próbować skrzywdzić moją siostrzyczkę?! – Daphne podbiegła do niego i rzuciła mu się na szyje i go przytuliła, a następnie wycałowała mu policzki, że mocno się zarumienił. Oznajmiła wzruszona:

 

- Kocham Cię, braciszku, tak bardzo Cię kocham!

 

- Ja też Cię kocham, siostrzyczko – odpowiedział Harry – Jesteś moją siostrą, a ja jestem twoim bratem.

 

- Oczywiście, że tak – wyszeptała blondynka – Harry jest moim bratem, a ja jego siostrą. Nic i nikt tego nie zmieni! – oznajmiła z mocą stali Daphne do wszystkich. Jared popatrzył na Blaise'a. I nim się Zabini zorientował, dostał pięścią w twarz. Ciało Zabiniego upadło na ziemię. Miał złamany nos i leciała mu krew. Jared warknął:

 

- Wiem, że to ty. Masz się od mojej żony odpierdolić, bo jak nie, to cię zabije i w dupie będę miał Azkaban! – Jared miał mord w oczach.

 

- Panie Zabini, szlaban przez miesiąc – powiedziała Minne.

 

- Ale pani Profesor...

 

- Milcz, bo będą trzy miesiące! – warknęła vice dyrektorka. Jared podszedł do Lady Black i zapytał się.

 

- Kochanie, nic Ci nie jest?

 

- Nie – odpowiedziała Daphne i wtuliła się Jareda.

 

- Mój synek – oznajmiły dwie wersje Marlene dumne.

 

- Dzięki, Harry – odezwał się Jared i przybił z nim piątkę.

 

- Nie ma za co, Jared – stwierdził Harry i przytulił Ginny.

 

- Mój ty bohaterze – powiedziała erotycznym głosem Ginny do Harry'ego.

 

Czy to takie ważne, jak to zrobiłem, skoro Justyn nie musiał przyłączyć się do polowania bez głów?

 

- To jest ważne – powiedziała Hermiona przyciszonym głosem – Bo... widzisz... z tego właśnie słynął Salazar Slytherin. Z rozmawiania z wężami. To dlatego godłem Slytherinu jest wąż – Harry'emu szczęka opadła.

 

- Tak właśnie było – powiedział Ron – A teraz cała szkoła myśli, że jesteś jego pra-pra-pra-pra-wnukiem...

 

- Nie jesteśmy pra-pra-pra-wnukami – odezwał się Fleomont.

 

- Ale przecież nie jestem! – krzyknął Harry ogarnięty strachem, którego nie potrafił zrozumieć.

 

- Trudno ci to będzie udowodnić – powiedziała Hermiona – Slytherin żył około tysiąca lat temu. Z tego, co wiemy, wynika, że możesz być jego potomkiem.

 

- Umiem rozmawiać z wężami od dnia, gdy ON zrobił mi ten znak – powiedział Harry.

 

Tej nocy Harry długo nie mógł zasnąć. Przez szparę w kotarach wokół łóżka widział pierwsze płatki śniegu błąkające się za oknem wieży i rozmyślał. Czy to możliwe, że jest potomkiem Salazara Slytherina? Ostatecznie niewiele wiedział o swojej rodzinie. Dursley'owie nie pozwalali mu pytać o krewnych.

 

- Harry, przykro mi, ale zabijemy Dursley'ów – oznajmiła Luna swoim głosem marzycielki – A na pewno dać im bolesną nauczkę. Z twoimi siostrami się nie zadziera i nie będziemy patrzyć, jak ci idioci Cię krzywdzą przez dyrektora uzależnionego od dropsów, który wolał jeść te dropsy niż sprawdzać i interesować się, co dzieje się przez dziesięć lat z Harrym.

 

- Panno Lovegood nie jestem uzależniony od dropsów! – warknął dyrko – i interesowałem się z Harrym!

 

- A tu mi jedzie czołg – powiedziała bezczelnym tonem panna Lovegood – Pan dyrektor i Knot są sobie warci!

 

- I to jest pani Scamander, panie dyrektorze – oznajmił Rolf.

 

- Naprawdę? – spytała Luna, siedząc mu na kolanach i patrzyła mu w oczy, a Rolf ją pocałował i powiedział:

 

- Naprawdę, kochanie.

 

- Chcę być twoją żoną, Rolf – oznajmiła marzycielskim tonem Luna. Większość ludzi mordowała wzrokiem dyrektora. Matki, babcie, siostry, bracia, dzieci, bratanice i siostrzenice Harry'ego oraz jego żona wysyczeli do dyrektora wściekle:

 

- Nigdy więcej nie skrzywdzisz mojego synka/braciszka/tatusia/wnuka/  wujka!

 

Spróbował powiedzieć coś w języku wężów. Nic z tego nie wyszło, nie potrafił odnaleźć żadnego słowa. Może trzeba do tego stać oko w oko z wężem? 'Przecież jestem w Gryffindorze'. Pomyślał. 'Tiara Przydziału nie umieściłaby mnie tutaj, gdybym był potomkiem Slytherina...'

 

"Ale Tiara Przydziału chciała cię umieścić w Slytherinie, nie pamiętasz?' Odezwał się wstrętny głosik w jego mózgu.

 

- Wszystko przez tę bliznę – mruknął Harry.

 

Harry przewrócił się na bok. Jutro zobaczy się z Justynem na zielarstwie i wyjaśni mu, że wcale nie podjudzał węża, przeciwnie, kazał mu zostawić go w spokoju. 'Nawet głupi powinien zdawać sobie z tego sprawę'. Pomyślał ze złością, bijąc pięścią w poduszkę.

 

Jednak następnego ranka śnieg, który zaczął padać w nocy, zamienił się w śnieżycę tak gęstą, że odwołano ostatnią w tym semestrze lekcję zielarstwa. Profesor Sprout zamierzała pozakładać na mandragory specjalne pokrywy i opaski – była to delikatna operacja, której nie powierzyłaby nikomu, zwłaszcza teraz, kiedy od szybkiego wzrostu mandragor zależało odpetryfikowanie Pani Norris i Colina Creevey'a.

 

Jessica wtuliła się w Colina.

 

Harry gryzł się tym przy kominku w salonie Gryffindoru, a Ron i Hermiona grali w czarodziejskie szachy.

 

- Na miłość boską, Harry – powiedziała Hermiona rozdrażnionym tonem, kiedy jeden z gońców Rona zwalił jej rycerza z konia i zwlókł go z szachownicy – jeśli to takie dla ciebie ważne, idź i poszukaj Justyna! – Tak więc Harry wstał i wyszedł przez dziurę w portrecie, zastanawiając się, gdzie może być teraz Justyn. W zamku było ciemniej niż zwykle w ciągu dnia, bo gęsty szary śnieg kłębił się za każdym oknem. Harry szedł korytarzami, mijając klasy, w których toczyły się lekcje. Profesor McGonagall wymyślała komuś, kto – sądząc po odgłosach – zamienił kolegę w bobra. Opierając się pokusie, by zerknąć na tę scenę, poszedł dalej, myśląc, że może Justyn wykorzystuje czas wolny do odrobienia jakichś zaległości, warto więc najpierw sprawdzić, czy nie ma go w bibliotece. W głębi biblioteki rzeczywiście siedziała grupa Puchonów, ale nie wyglądali na pogrążonych w nauce.

 

Ta grupka wymieniła spojrzenia.

 

Siedzieli przy jednym stole głowa przy głowie i o czymś z przejęciem dyskutowali. Z daleka trudno było się zorientować, czy jest wśród nich Justyn. Harry ruszył w ich kierunku między dwoma rzędami półek, kiedy nagle dobiegło go, o czym rozmawiają, zatrzymał się więc, aby posłuchać, ukryty w Dziale Niewidzialności.

 

- W każdym razie – mówił jakiś tęgi chłopak – powiedziałem Justynowi, żeby się ukrył w naszym dormitorium.

 

- Nie jestem tęgi! – warknął Ernie.

 

No bo jeśli Potter upatrzył go sobie na następną ofiarę, to lepiej niech się nie wychyla, przynajmniej przez jakiś czas. Justyn dobrze wiedział, że coś mu grozi od czasu, kiedy wygadał się Potterowi, że jego rodzice to mugole. Głupi, powiedział mu, że miał iść do Eton. Przecież czegoś takiego nie mówi się dziedzicowi Slytherina, no nie?

 

- Nie jestem dziedzicem! – krzyknął Harry – Mówię w języków węży od kiedy moja matka oddała za mnie życie i dostałem Avadą, idioto. I jest coś, że Voldemort chce mnie zabić! – Dwie wersje pani Potter zaniosły się płaczem oraz Carolina o Euphemia.

 

- Co? – spytał Ernie.

 

- Przepowiednia – mruknęła słabo starsza Lily płaczliwie i wtuliła się w męża.

 

- Mamusiu! – zawołały córki pani Potter – jaka przepowiednia, do cholery?

 

- Lily, o czym ty mówisz? – spytały przerażonym głosem jej mamy.

 

- Dowiecie się później – odezwał się Harry.

 

- Ernie, naprawdę myślisz, że to Potter? – zapytała dziewczyna z jasnymi mysimi ogonkami.

 

- Hanno – odpowiedział z powagą gruby chłopak – on jest wężousty. Wszyscy wiedzą, że to oznaka czarnoksiężnika. Słyszałaś o jakimś normalnym, przyzwoitym czarodzieju, który by rozmawiał z wężami? Wiesz, jakie miał przezwisko Slytherin? Wężowy Język.

 

Daphne celowała w Ernie'ego różdżką i powiedziała słodkim głosem.

 

- Przepraszaj Harry'ego Pottera, czyli mojego braciszka i w tej chwili, bo jak, to nie dostaniesz klątwą.

 

Rozległ się szmer podnieconych głosów, a potem Ernie znowu uciszył wszystkich, mówiąc:

 

- Pamiętacie, co było napisane na ścianie? Strzeżcie się, wrogowie Dziedzica. Potter miał jakieś starcie z Filchem. No i co? Kotkę Filcha znajdują sztywną. Creevey, ten pierwszoroczniak, naraził się Porterowi podczas meczu quidditcha, robiąc mu zdjęcia, kiedy ten leżał w błocie. No i co? Creevey leży sztywny w szpitalu.

 

- Liczę do trzech, Macmillan!

 

- Potter nie jest twoim bratem! – warknął Crabbe.

 

- Jest! – zawołała Daphne – Jest moim kochanym braciszkiem, Crabbe i tobie nic to tego, kto jest moim bratem czy siostrą!

 

- Przepraszam, co mówiłem! – krzyknął Ernie.

 

- Widzisz Ernie, jak chcesz to potrafisz – oznajmiła Daphne słodkim głosem.

 

- Ale on zawsze był taki fajny – powiedziała Hanna niepewnym tonem – no i... to on sprawił, że zniknął Sam-Wiesz-Kto. Przecież nie może być taki zły, prawda?

 

- Stał się moim braciszkiem – stwierdziła Hanna, patrząc na Harry'ego.

 

- No pewnie – odparł Harry i pocałował ją w policzek.

 

Ernie zniżył głos, jakby zamierzał im wyjawić jakąś tajemnicę. Puchoni pochylili się ku sobie jeszcze bardziej, tak że Harry musiał podkraść się jeszcze bliżej, żeby usłyszeć, co Ernie mówi.

 

- Nikt nie wie, w jaki sposób przeżył atak Sami-Wiecie-Kogo. Kiedy to się stało, był niemowlęciem, no nie? Przecież Sami-Wiecie-Kto powinien z niego zrobić miazgę. Tylko naprawdę potężny czarnoksiężnik mógłby się oprzeć takiemu zaklęciu – Zniżył głos do szeptu i dodał: – Właśnie dlatego Sami-Wiecie-Kto chciał go zabić. Żeby nie mieć rywala. Mówię wam, że ten Potter to diabelski czarnoksiężnik, i to obdarzony straszliwą mocą!

 

Siostry-wojowniczki patrzyli na Erniego z mordem w oczach, a ten przełknął ślinę.

 

Harry nie mógł już dłużej tego wytrzymać. Odchrząknął głośno i wyszedł spomiędzy półek z książkami. Gdyby nie był tak wściekły, na pewno wybuchnąłby śmiechem na widok Puchonów: wszyscy wyglądali, jakby ich spetryfikowano, a Ernie dodatkowo zrobił się blady jak ściana.

 

- Cześć – powiedział Harry – Szukam Justyna Finch-Fletchleya – Te słowa potwierdziły najgorsze obawy Puchonów. Spojrzeli ze strachem na Erniego.

 

- Czego od niego chcesz? – zapytał Ernie drżącym głosem.

 

- Chce go zaprosić na herbatkę z wężami, Macmillan – odpowiedział Lee. Harry parksnął śmiechem.

 

- Chciałem mu powiedzieć, jak to naprawdę było z tym wężem na zebraniu klubu pojedynków – Ernie przygryzł wargi, a potem wziął głęboki oddech i powiedział:

 

- Wszyscy tam byliśmy. Widzieliśmy, co się stało.

 

- Więc zauważyliście, że kiedy coś powiedziałem, wąż dał spokój Justynowi?

 

- Widzieliśmy tylko – odpowiedział odważnie Ernie, choć cały dygotał – że mówisz językiem węży i podpuszczasz tego gada, żeby zaatakował Justyna.

 

- Gdyby tak było, to by się z Hermioną nie przyjaźnił, idioto! – warknęła Ginny do Erniego.

 

- Nikogo nie podpuszczałem! – krzyknął Harry ze złością – Nawet go nie dotknąłem!

 

- Mało brakowało – powiedział Ernie – A na wypadek, gdyby ci coś chodziło po głowie – dodał szybko – to mogę ci powiedzieć, że możesz prześledzić moje pochodzenie do dziewięciu pokoleń wstecz i znajdziesz same czarownice i samych czarodziejów. Mam tak czystą krew, jak mało kto, więc...

 

- W dupie mam twoją czystość krwi! Moja mama jest mugolaczką! – zawołał Harry i przytulił mocno swoją mamę.

 

- Potti nie wolno brzydko mówić! – zadrwił Draco.

 

- W nosie mam czystość twojej krwi! – zawołał Harry – Niby dlaczego miałbym coś przeciwko tym, którzy urodzili się w mugolskich rodzinach?

 

- Słyszałem, że nienawidzisz mugoli, u których mieszkasz.

 

- Jakbyś ty pomieszkał z Dursley'ami, to też byś ich szybko znienawidził – odpowiedział Harry.

 

- Damy im nauczkę Harry – odezwała się głosem marzycielskim Luna – Będą umierać powoli i boleśnie.

 

Odwrócił się na pięcie i wybiegł z biblioteki, żegnany potępiającym spojrzeniem pani Pince, która polerowała pozłacaną okładkę wielkiej księgi z zaklęciami. Ruszył korytarzem, tak wściekły, że nie zdawał sobie sprawy z tego, dokąd idzie. W rezultacie wpadł na coś wielkiego i twardego, co zwaliło go z nóg.

 

Hagrid uśmiechnął się do Harry'ego.

 

- Oo... cześć, Hagrid – wyjąkał Harry, patrząc na stojącą nad nim postać. Twarz Hagrida była prawie całkowicie schowana pod pokrytą śniegiem wełnianą kominiarką, ale nie mógł być to ktoś inny, bo jego peleryna z kretów wypełniała prawie cały korytarz. W potężnej dłoni, okrytej rękawicą, trzymał za nogi martwego koguta.

 

Ginny zbladła.

 

- W porząsiu, Harry? – zapytał, podwijając kominiarkę – Dlaczego nie jesteś na lekcji?

 

- Odwołana – odpowiedział Harry, wstając z podłogi – A co ty tutaj robisz? – Hagrid uniósł martwego koguta.

 

- Już drugiego zagryzło w tym semestrze – wyjaśnił – Albo lisy, albo jakiś popaprany wampir. Muszę wydębić od dyrektora pozwolenie na otoczenie kurnika jakimś solidnym zaklęciem.

 

- Hagrid masz parasol – stwierdzili Fred i George niewinnym głosem.

 

- Ale nie mam pozwolenia – przypomniał im.

 

- Dlaczego? – spytało kilka osób.

 

- Dowiecie się pod koniec tej części – odpowiedział, nie patrząc na nich.

 

Przyjrzał się uważniej Harry'emu spod swoich gęstych, ośnieżonych brwi.

 

- Harry, naprawdę nic ci nie jest? Wyglądasz, jakby cię coś wkurzyło – Harry nie potrafił się zmusić do powtórzenia tego, co usłyszał od Erniego i reszty Puchonów.

 

- Ee, nic mi nie jest. No, ale lecę, zaraz mamy transmutację, muszę jeszcze iść po książki.

 

- Jesteś za dobry, żebyś mógł zaatakować Justyna wężem – wyznała Hanna.

 

I odszedł, a w głowie kołatało mu to, co Ernie o nim powiedział: Justyn dobrze wiedział, że coś mu grozi, od czasu, kiedy wygadał się Potterowi, że jego rodzice to mugole. Wszedł po schodach i znalazł się w kolejnym korytarzu, szczególnie ciemnym, bo pochodnie pogasił silny, lodowaty wiatr wdzierający się przez szpary we framugach okien. Był już w połowie korytarza, gdy nagle potknął się o coś dużego i twardego i upadł na zimną posadzkę.

 

Justyn zbladł.

 

Zerknął przez ramię, żeby zobaczyć, o co się potknął, i żołądek podszedł mu do gardła. Na posadzce leżał Justyn Finch-Fletchley, sztywny i zimny, z zamarzniętym wyrazem krańcowego przerażenia na twarzy, z oczami utkwionymi w suficie.

 

Większość dziewczyn i kobiet przyłożyły sobie ręce do ust przerażone.

 

Ale na tym nie koniec. Obok niego zobaczył inną postać, a był to najdziwniejszy widok, jaki Harry w życiu zobaczył. Był to Prawie Bezgłowy Nick, już nie perłowoblady i przezroczysty, ale czarny i jakby przydymiony. Jego ciało unosiło się poziomo jakieś sześć cali nad podłogą. Głowa zwisała mu z szyi, prawie odcięta, a na jego twarzy zastygł ten sam wyraz przerażenia, co na twarzy Justyna.

 

- Kolejne ataki! – zawołali goście z przeszłości przerażonym głosem.

 

Harry dźwignął się na nogi. Oddech miał szybki i płytki, serce tłukło mu się po żebrach. Rozejrzał się nieprzytomnie po opustoszałym korytarzu i zobaczył rząd pająków umykających od martwych ciał.

 

- Nienawidzę pająków! – krzyknęli Ron i Scorpius.

 

Było cicho, tylko przez zamknięte drzwi klas po obu stronach korytarza dobiegały stłumione głosy nauczycieli. Mógł uciec i nikt by się nie dowiedział, że kiedykolwiek tu był. Nie mógł jednak tak zostawić leżących na podłodze ciał... 'Muszę coś zrobić'. Pomyślał gorączkowo. 'Muszę sprowadzić pomoc. Tylko... czy ktokolwiek uwierzy, że nie miałem z tym nic wspólnego?'

 

Gang fretki zachichotali bezczelnie.

 

- Zamknąć się! – warknęła Ginny.

 

Kiedy tak stał wystraszony, miotany sprzecznymi uczuciami, tuż obok otworzyły się z hukiem drzwi. Wyskoczył przez nie poltergeist Irytek.

 

- Ooo, jest nasz biedny stuknięty Potter! – zachichotał, przekrzywiając mu w locie okulary – Co Potter tu zmalował? Za czym tu węszy...

 

- Zastrzelę go! – krzyknęła Ginny.

 

- Jesteś marchewka Potterowa! – śmiał się Iryrek z Ginny.

 

Nagle zatrzymał się w połowie zwariowanego salta. Wisząc w powietrzu głową na dół, wpatrywał się w Justyna i Prawie Bezgłowego Nicka. Potem wywinął kozła, wziął głęboki oddech i zanim Harry zdołał go powstrzymać, zawył przenikliwie:

 

- ATAK! ATAK! KOLEJNY ATAK! ŻADEN ŚMIERTELNIK ANI DUCH NIE JEST BEZPIECZNY! UCIEKAJCIE, JEŚLI WAM ŻYCIE MIŁE! ATAAAAK!

 

- Niech się zamknie! – jęknęła Susan.

 

Trzask – trzask – trzask: wzdłuż całego korytarza po kolei otwierały się drzwi i wybiegali z nich ludzie. Przez kilka długich minut trwało takie zamieszanie, że mało brakowało, a rozdeptano by Justyna, a niektórzy stali w Prawie Bezgłowym Nicku. Wreszcie rozległy się głosy nauczycieli nawołujące do zachowania spokoju i tłum rozstąpił się, przygważdżając Harry'ego do ściany. Nadeszła profesor McGonagall, a za nią jej klasa; jeden z uczniów wciąż miał włosy w czarnobiałe pasy. Wystrzeliła donośnie z różdżki, aby przywrócić ciszę, i kazała wszystkim wracać do klas. Gdy tylko scena opustoszała, pojawił się na niej zadyszany i blady Puchon Ernie.

 

Susan i Hanna automatyczne strzeliły mu w tył głowy, wcześniej schodząc z kolan Neville'a i Seamusa i ten jęknął z bólu.

 

- Złapany na gorącym uczynku! – zapiał, celując oskarżycielsko palcem w Harry'ego.

 

- Macmillan, dość! – uciszyła go ostro profesor McGonagall. Irytek polatywał nad ich głowami, szczerząc zęby i z zachwytem obserwując bieg wydarzeń. Irytek uwielbiał chaos. Kiedy nauczyciele pochylili się nad Justynem i Prawie Bezgłowym Nickiem, zaskrzeczał:

 

Potter, diabła kumoter!

Dla niego zabić uczniów trzech

To czysta radość, luz i śmiech...

 

- Zamknij się! – warknął Ron.

 

- Irytek, dosyć! – warknęła profesor McGonagall i poltergeist odleciał tyłem, pokazując Harry'emu język. Justyn został zaniesiony do skrzydła szpitalnego przez profesora Flitwicka i profesora Sinistrę, który nauczał astronomii, ale nikt nie wiedział, co począć z Prawie Bezgłowym Nickiem. W końcu profesor McGonagall wyczarowała wielki wentylator, który dała Erniemu, polecając mu wciągnąć nim Nicka po schodach. Ernie zrobił to, "wentylując" za sobą ducha, który wyglądał jak czarny wir.

 

- Rogaś tego nie zrobił, Macmillan! – krzyknęli dwie wersje Łapy oraz Jared.

 

W ten sposób Harry i profesor McGonagall zostali sami.

 

- Za mną, Potter – rozkazała.

 

- Pani profesor – powiedział szybko Potter – przysięgam, ja nie...

 

- To już wykracza poza moje kompetencje, Potter – przerwała mu szorstko.

 

- Zajebiscie! Idziemy do człowieka, który przyjął Lockharta! – jęknął James II.

 

Minęli załamanie korytarza i zatrzymali się przed wielką i wyjątkowo brzydką kamienną chimerą.

 

- Cytrynowy sorbet! – powiedziała profesor McGonagall. Było to najwidoczniej hasło, ponieważ chimera nagle ożyła i odskoczyła w bok, a ściana poza nią rozstąpiła się. Harry, choć przerażony tym, co go czeka, ze zdumieniem zajrzał w otwór. Zobaczył spiralne ruchome schody, które sunęły łagodnie w górę. Kiedy na nie wstąpili, ściana za ich plecami zamknęła się z głuchym łoskotem. Wznosili się coraz wyżej po spirali, aż w końcu Harry, trochę oszołomiony, ujrzał nad sobą lśniące dębowe drzwi z mosiężną kołatką w kształcie gryfa.

 

- To gabinet naszego kochanego dyrektora Dumbledore'a – powiedziała z ironią starsza Lily.

 

Natychmiast zrozumiał, dokąd został przyprowadzony. Znalazł się przed siedzibą profesora Dumbledore'a.

 

- Koniec rozdziału – odezwała się Olivia.

 

 

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...