- Ja chce czytać – oznajmiła Nicole, Minne dała jej książkę.
Rozdział pierwszy
Najgorsze urodziny
- Najpierw będę ich torturować, później będą błagać o szybką śmierć. Będę ich zabijała powoli i bolesne, a wcześniej zamknę ich w komórce – wysyczała Ginny z jadem w głosie.
Nie po raz pierwszy w domu przy Privet Drive numer cztery śniadanie przerwała awantura. Wczesnym rankiem pana Dursley'a obudziło głośne bębnienie dochodzące z pokoju jego siostrzeńca Harry'ego.
- Ale świnia! – krzywiła się Hermiona.
- On jest świnią, kochanie – stwierdził Ron.
- To już trzeci raz w tym tygodniu! – ryknął na niego poprzez stół – Jeśli nie potrafisz zapanować nad tą sową, będziesz się musiał z nią pożegnać!
- A ty zapanuj nad swoją świnią! – warknął Rogacz – Dursley albo będę musiał się z tobą pożegnać na zawsze.
Harry jeszcze raz spróbował to wyjaśnić.
- Ona się nudzi. Lubi sobie polatać. Gdybym mógł ją wypuszczać w nocy...
- Czy ja wyglądam na głupca? – warknął wuj Vernon.
- Na głupca i wieloryba! – zgodził się Łapa.
Z krzaczastego wąsa zwisał mu kawałek smażonego jajka – Dobrze wiem, co będzie, jak się ją wypuści – I wymienił posępne spojrzenie ze swoją żoną Petunią. Harry próbował coś odpowiedzieć, ale jego słowa zagłuszyło długie i głośne beknięcie ich syna Dudley'a.
- Fuj! – zawołały dziewczyny.
- Chcę więcej bekonu – oświadczył.
- Chce więcej mózgu – powiedział Harry, naśladując głos Dursley'a.
- Jest jeszcze trochę na patelni, syneczku – odpowiedziała ciotka Petunia, spoglądając tkliwie na swojego potężnego syna – Najedz się dobrze, mój skarbie. Jedz, jedz, jeśli tylko masz ochotę...
- Prosiaczku – dodali Fred i George.
Tym szkolnym jedzeniem chyba się nie najesz...
- Ależ to nonsens, Petunio! Kiedy ja byłem w Smeltingu, nigdy nie chodziłem głodny – oświadczył stanowczo wuj Vernon – Dudley na pewno dostaje tam tyle, ile zechce, prawda, synu?
Lily warczała na dyrektora.
Dudley, którego wielki zadek przelewał się przez kuchenne krzesło, wyszczerzył zęby i zwrócił się do Harry'ego.
- Podaj mi patelnię.
- Bo chce się walnąć w swój głupi tłusty lep? – spytał z nadzieją Lee. Większość parsknęła śmiechem.
- Zapomniałeś magicznego słowa – odpowiedział ze złością Harry. Skutek tego krótkiego zdania był piorunujący: Dudley zaczerpnął rozpaczliwie powietrza, jakby się dusił, i opadł na oparcie krzesła z łoskotem, który wstrząsnął całą kuchnią; pani Dursley wrzasnęła krótko i zakryła sobie usta dłońmi; pan Dursley zerwał się na nogi, a żyły na skroniach zaczęły mu szybko pulsować.
- Dotknij go tylko, a Cię zabije! – krzyknął Rogacz wściekły.
- Chodziło mi o „proszę"! – powiedział prędko Harry – Nie chciałem...
- CO JA CI MÓWIŁEM?! – zagrzmiał wuj, opryskując stół śliną.
- FUJ! – ryknęli wszyscy, jakby mieli odruch wymiotny.
- NIE MÓWIŁEM CI, ŻEBYŚ NIE UŻYWAŁ TEGO SŁOWA NA "M" W NASZYM DOMU?
- Ale ja...
- JAK ŚMIESZ GROZIĆ DUDLEY'OWI! – ryknął wuj Vernon, waląc pięścią w stół. - OSTRZEGAŁEM CIĘ! NIE ZAMIERZAM TOLEROWAĆ TWOJEJ ANORMALNOŚCI POD TYM DACHEM!
- Jak śmiesz krzyczeć na mojego męża, Dursley! – krzyczała Ginny – A ty! – warknęła na dyrektora – pewnie nie widziałeś, co się działo w jego domu!
Harry przeniósł spojrzenie z purpurowej twarzy wuja na blade oblicze ciotki, która próbowała ocucić Dudleya.
- Dobrze, wuju, dobrze – powiedział. Wuj Vernon usiadł, oddychając jak zasapany nosorożec i zezując na Harry'ego swoimi małymi, świdrującymi oczkami.
- To Vernon ma zeza? – zapytali Fred i George.
- Zezowaty Vernon – rzekł Fred II – wymyślając przezwisko.
- A może Zezowaty wieloryb Vernon – odezwał się James II. Niektórzy ludzie parsknęli śmiechem.
Od czasu, gdy Harry przyjechał do domu na letnie wakacje, wuj Vernon sprawiał wrażenie bomby, która może wybuchnąć w każdej chwili, ponieważ Harry nie był normalnym chłopcem. Prawdę mówiąc, Harry był tak daleki od normalności, jak to tylko możliwe.
- Jesteś normalny i najbardziej urodziwym mężczyzna świata – wyszeptała mu Ginny do ucha.
- A z Ciebie jest laska Ginny – odparł Harry, patrząc na rudowłosą piękność.
- Podziękuj Victoire i Domique. One mi dobrały ubrania – uśmiechnęła się szeroko do bratanic.
- To była cała przyjemność, ciociu Ginny – powiedziały ruda i blondynka.
Harry Potter był czarodziejem – czarodziejem, który właśnie ukończył pierwszy rok nauki w Hogwarcie – Szkole Magii i Czarodziejstwa. A jeśli Dursley'wie nie cieszyli się z jego powrotu na wakacje, trudno to w ogóle porównać z tym, jak czuł się sam Harry. Tak bardzo tęsknił za Hogwartem, że przypominało to nieustanny ból brzucha. Tęsknił za zamkiem z jego tajemnymi przejściami i duchami, za lekcjami (może z wyjątkiem tych ze Snape'em, nauczycielem eliksirów),
- Wzajemnie – odparł starszy Severus.
za pocztą przynoszoną przez sowę, za ucztami w Wielkiej Sali, za spaniem w wielkim łóżku z czterema kolumienkami i kotarami w dormitorium na szczycie wieży, za wizytami u gajowego Hagrida w jego chatce na skraju parku, tuż przy Zakazanym Lesie, a zwłaszcza za quidditchem, najpopularniejszą dyscypliną sportową w świecie czarodziejów (sześć "bramek" na tyczkach, cztery latające piłki i czternastu graczy na miotłach).
- Mój chrześniak najmłodszy szukający – oznajmił z dumą Łapa.
Jego podręczniki magii, jego różdżka, szaty, kocioł do warzenia eliksirów i najnowocześniejsza miotła – Nimbus Dwa Tysiące – spoczywały zamknięte przez wuja Vernona w komórce pod schodami. Dursley'ów w ogóle nie obchodziło, że Harry może utracić miejsce w drużynie quidditcha, jeśli nie będzie ćwiczył przez całe lato.
- Nigdy nie stracisz miejsca Harry. Ty jesteś oszlifowanym diamentem – powiedział zszokowany Olivier, że myślał, iż straci miejsce w drużynie.
- Olivier ma rację, kochaneczku – zgodzili się Fred i George – jesteś diamentem kochaneczku.
W nosie mieli to, że Harry wróci do szkoły, nie odrobiwszy żadnej pracy wakacyjnej. Dursley'owie byli mugolami (ludźmi, w których żyłach nie płynie nawet kropla krwi czarodziejów) i posiadanie w swojej rodzinie czarodzieja uważali za największą hańbę.
Starszy Snape był zaskoczony.
Wuj Vernon zamknął nawet w klatce Hedwigę, sowę Harry'ego, aby go pozbawić możliwości porozumiewania się ze światem czarodziejów. Harry nie był ani trochę podobny do reszty rodziny. Wuj Vernon był wysoki i tęgi i miał sumiaste czarne wąsy; ciotka Petunia miała końską twarz i była koścista; Dudley miał płowe włosy, był różowy i przypominał prosiaka. Natomiast Harry był niski i szczupły, miał promieniste zielone oczy i kruczoczarne włosy, zwykle rozczochrane.
- Oczy Lily! – rozmarzył się Rogacz.
- Takie same oczy ma mój Albus! – zawołała Amelia.
Nosił okrągłe okulary, a na czole miał wąską bliznę w kształcie błyskawicy.
Właśnie ta blizna sprawiała, że Harry był osobą tak niezwykłą, nawet jak na czarodzieja.
- Chciałem mieć rodziców i być Harrym, zwykłym Harrym – mruknął Harry. Lily zaniosła się płaczem, a Rogacz ją objął i przytulił, a ta się wtuliła – Jestem w domu – westchnęła.
Był to jedyny ślad, jaki mu pozostał po bardzo tajemniczym wydarzeniu w dzieciństwie – wydarzeniu, które spowodowało, że jedenaście lat temu podrzucono go na próg domu państwa Dursley'ów.
- Chyba państwa idiotów! – zawołała Hermiona, patrząc wściekła na dyrektora – Nigdy więcej nie skrzywdzisz mojego braciszka! – wysyczała. Większość popatrzyła na Hermiona zszokowanym wzrokiem.
Kiedy Harry miał zaledwie rok, udało mu się uniknąć skutków przekleństwa, jakie rzucił na jego rodzinę największy w dziejach czarnoksiężnik, Voldemort, którego imię wciąż bała się wypowiadać większość czarodziejów i czarownic. W starciu z Voldemortem zginęli rodzice Harry'ego, ale chłopiec przeżył; pozostała mu po tym tylko owa blizna w kształcie błyskawicy. I w jakiś sposób – nikt nie mógł zrozumieć, w jaki – Voldemort utracił swą czarnoksięską moc w chwili, gdy podjął nieudaną próbę uśmiercenia Harry'ego.
- Przepowiednia – mruknął Harry tak cicho, żeby nikt nie słyszał.
Tak więc Harry wychowywał się w domu siostry swojej zmarłej matki i jej męża. Spędził u Dursley'ów dziesięć lat, nie rozumiejąc, dlaczego wciąż sprawia, że wokół niego dzieją się różne dziwne rzeczy i wierząc w zapewnienia Dursley'ów, że blizna na jego czole to ślad po wypadku samochodowym, w którym zginęli jego rodzice.
- Nasze dzieci nie zginęli w żadnym wypadku! – zawołała wściekła Euphemia – mam ochotę iść tam i z nimi porozmawiać!
- Nie porozmawiać – mruknął Fleomont – tylko ich zabić.
- Mówiłeś coś Fleomont? – spytała
- Że pięknie wyglądasz – odpowiedział Fleomont.
A potem, dokładnie rok temu, Harry dostał list z Hogwartu i prawda wyszła na jaw. Znalazł się w szkole czarodziejów, gdzie wszyscy wiedzieli o pochodzeniu jego blizny, a każdy znał dobrze jego imię i nazwisko. Niestety, rok szkolny szybko minął i musiał wrócić na letnie wakacje do domu Dursley'ów, gdzie go traktowano jak psa, który wytarzał się w czymś śmierdzącym.
- Zamorduje Cię dropsie! – krzyknęła pani Potter.
Dursley'owie nie pamiętali nawet o tym, że dzisiaj są jego dwunaste urodziny. Harry, rzecz jasna, nie miał wielkich nadziei, bo jeszcze nigdy nie dostał od nich godnego uwagi prezentu, choćby tortu urodzinowego, ale żeby tak zapomnieć całkowicie o jego święcie... Wuj Vernon odchrząknął znacząco i oznajmił:
- Dzisiaj, jak wszyscy wiemy, jest bardzo ważny dzień.
- Co...? – spytali z niedowierzaniem Seamus i Dean.
- Czyżby dzień dobroci dla zwierząt? – spytała Astoria.
Harry podniósł głowę, nie wierząc własnym uszom.
- To może być dzień, w którym dokonam największej transakcji w całej swojej karierze – rzekł wuj Vernon.
- Wymienisz się z mózgami z Muskiem? – spytała Emilly.
- Kto to jest? – pytała Lavender.
- Taki mugolski geniusz w naszych czasach. Jest najbogatszym człowiekiem na świecie – oznajmiła Emilly.
i Harry pochylił głowę nad kawałkiem tostu. 'No tak'. Pomyślał z goryczą. 'Wuj Vernon ma na myśli to głupie przyjęcie. Mówił o tym od dwóch tygodni, a właściwie od dwóch tygodni mówił wyłącznie o tym'. Na kolacji miał być jakiś bogaty przedsiębiorca budowlany ze swoją żoną, a wuj Vernon miał nadzieję, że nakłoni go do bardzo dużego zamówienia (fabryka wuja Vernona produkowała świdry).
- Świdry czy może świnie – powiedział Louis.
- A z Dudley'em jeździ, żeby pokazać na wystawie, jak wygląda hybrydowa świnia, czyli świnioczłowiek – odezwał się Teddy.
- Świnioczłowiek! – parsknęli większość ludzi.
- Myślę, że dobrze by było jeszcze raz przejrzeć plan zajęć i czynności – powiedział wuj Vernon – Powinniśmy być na swoich stanowiskach o ósmej. Petunio, ty będziesz w...?
- Stajni – odpowiedział Hugo – gotowa powitać ich sianem, zbożem, warzywami i owocami, a także zielonymi roślinami pastewnymi, żeby ich powitać należytą wdzięcznością. Bo jestem koniem Iha! Iha! Iha! – Sala ryknęła śmiechem.
- W salonie – odpowiedziała natychmiast ciotka Petunia – gotowa powitać ich w naszym domu z należytą wdzięcznością.
- Bardzo dobrze. A Dudley?
- Ja będę czekał w chlewie, żeby nasi goście zobaczyli, co lubią prosiaki – odpowiedział Nick – Bo jestem prosiakiem w peruce. Chrum, chrum! – Ponownie sala zaniosła się śmiechem.
- Ja będę czekał przy drzwiach, żeby im otworzyć – Na jego prosiakowatej twarzy rozlał się sztuczny, obleśny uśmiech – Państwo pozwolą, że wezmę państwa płaszcze.
- Będą nim zachwyceni! – zawołała entuzjastycznie ciotka Petunia.
- To prawda! – parksnął śmiechem Łapa.
- Znakomicie, Dudley – pochwalił go wuj Vernon, po czym zwrócił się do Harry'ego – A ty?
- Ja będę wam robił zdjęcia. Pokaże wszystkim, żeby wszyscy wiedzieli, że jesteście zezowatym wielorybem, koniem i prosiakiem w peruce – odparł Fred II. Sala ryknęła śmiechem. Niektórzy ludzie leżeli ze śmiechu na podłodze.
- Ja będę siedział cicho w swojej sypialni, udając, że mnie nie ma – odrzekł Harry bezbarwnym tonem.
- Dokładnie – powiedział dobitnie wuj Vernon.
- Zabije go! – warknęła Olivia.
- Wprowadzę ich do salonu, przedstawię Ciebie, Petunio, i naleję drinki. O ósmej piętnaście...
- Oznajmię, że końska sałatka gotowa – odezwał się Sebastian.
- Oznajmię, że kolacja gotowa – powiedziała ciotka Petunia.
- A Dudley powie...
- Czy mogę panią zaprowadzić do jadalni, pani Mason? – powiedział Dudley, oferując ramię niewidzialnej kobiecie.
- Czy mogę panią zaprowadzisz do mojego korytka, pani Mason? – spytał James II, naśladując głos Dudley'a, oferując ramię niewidzialnej kobiecie. Sala ponownie zaniosła się śmiechem.
- Oni są niemożliwi – rzekła ze śmiechu Susan.
- Mój doskonały mały dżentelmen! – zagdakała ciotka Petunia.
- Mój doskonały mały prosiaczek! – zagdakali Fred i George.
- A ty? – warknął wuj Vernon, patrząc na Harry'ego.
- Ja będę wam robił zdjęcia. Pokaże wszystkim, żeby wszyscy wiedzieli, że jesteście zezowatym wielorybem, koniem i prosiakiem w peruce – odparł Fred II. Większość parsknęła śmiechem.
- Ja będę siedział cicho w swoim pokoju, udając, że mnie nie ma – powiedział tępo Harry.
- Dokładnie. A teraz komplementy. W czasie kolacji trzeba im powiedzieć kilka miłych słów. Masz jakiś pomysł, Petunio?
- Może upieczemy Dudley'a? – wymyślił Patrick. Napój, który właśnie pił profesor Flitwick wylał się na jego elegancką szatę, gdyż parsknął śmiechem w swój puchar.
- Vernon mówił mi, że pan świetnie gra w golfa, panie Mason... Co za przepiękna sukienka, pani Mason, gdzie ją pani kupiła?...
- Znakomicie... Dudley?
- Może coś takiego: "W szkole pisaliśmy wypracowanie o swoim ulubionym bohaterze i ja napisałem o panu, panie Mason".
- To ty umiesz pisać wypracowania? – spytała Hermiona.
To już przekraczało wytrzymałość i ciotki Petunii, i Harry'ego. Ciotka Petunia zalała się łzami i zaczęła tulić do siebie Dudleya,
- Dudusiu upieczemy Cię – powiedziała Ginny.
a Harry wsadził głowę pod stół, żeby nie zobaczyli, jak dusi się ze śmiechu.
- A ty, chłopcze?
Harry wynurzył się spod stołu, starając się za wszelką cenę zachować powagę.
- Ja będę wam robił zdjęcia. Pokaże wszystkim, żeby wszyscy wiedzieli, że jesteście zezowatym wielorybem, koniem i prosiakiem w peruce – odparł Fred II automatyczne. Sala wybuchła śmiechem.
- Ja będę siedział cicho w swoim pokoju i udawał, że mnie nie ma – wyrecytował.
- Tak jest i są ku temu powody – rzekł dobitnie wuj Vernon.
- Tak jest. Wszyscy będą się z nas śmiać! – podniecił się Frank II.
- Masonowie nie wiedzą o twoim istnieniu i tak ma pozostać. Petunio, po kolacji zabierzesz panią Mason do salonu na kawę, a ja skieruję rozmowę na świdry. Przy odrobinie szczęścia podpiszemy umowę przed wieczornymi wiadomościami o dziesiątej. A jutro o tej porze będziemy sobie wybierać domek letniskowy na Majorce.
- Wylądujesz w krzakach! – parksnął śmiechem Ron.
Harry'ego nie bardzo to podniecało. Był pewny, że w domku letniskowym na Majorce Dursley'owie będą nim tak samo pomiatać, jak w domu przy Privet Drive.
- No dobrze... Jadę do miasta, żeby kupić smokingi sobie i Dudley'owi. A ty – warknął w kierunku Harry'ego – nie pałętaj się po domu, kiedy twoja ciotka będzie sprzątać.
- Nie warcz na mojego tatusia! – odwarknęła Olivia – bo ci przyłożę!
- Cicho siedź szla...! – warknął Lucek. I nim się wszyscy zorientowali Lucek jęknął z bólu, bo dostał z całej siły. Olivia stanęła mu na stopie wysokim obcasem, a drugim obcasem dostał w jaja, że oczy wyszły mu z orbit nie wiedząc, gdzie się trzymać.
- Mówiłeś coś Malfoy? – warknęła Olivia – Boli? Ma Cię boleć, ty obleśny idioto! – Dostał jeszcze od Jamesa juniora pięścią w twarz.
- Jeszcze raz obrazisz mugolaka, to Cię zabije Malfoy! – wyszeptał z jadem James Junior.
- Boli! - jęczał Lucek, to bolała go stopa jaja i twarz.
- Zamknij się – odezwał się Scorpius w stronę dziadka i rzucił zaklęcie, że nikt nie słyszał jego jęczenia.
- Jakim cudem zakradłaś tak szybko, że nic nie usłyszeliśmy, a on nawet się nie zorientował? I jak w ogóle podniosłaś nogę, jak miałaś te szpilki i walnęłaś go z całej siły? I nie wiem nawet jakim cudem w ogóle chodzisz w tych cholernych butach i się nie połamałaś?dodał, wskazując na jej szpilki.
- Tajemnica handlowa, wujku Seamusie... tajemnica handlowa. Poznałeś mojego męża i jego kuzynów. Trzeba być szybkim i cichym, a poza tym mam swoje powody. Może kiedyś wam opowiem. Malfoy nawet się nie zorientował, a teraz jęczy z bólu w ciszy.
- Seamus, dziewczyny mają chodzenie w szpilkach we krwi – powiedziała Susan.
- Ale nawet na takich wysokich? – spytał Dean.
- Nawet takie – odparła Emilly, która też miała na sobie szpilki.
- Dziewczyny i kobiety wtedy czują się seksownie i pewne siebie – oznajmiła im Rose – i w ogóle mężczyźni lubią kobiety w wysokich szpilkach prawda? – Scorpius próbował nie patrzeć na Rose, żeby inni się nie zorientowali, że są małżeństwem i go podnieca.
- To prawda. Mężczyźni lubią kobiety w wysokich szpilkach – stwierdził Bill, patrząc na Fleur.
- Chcę takie buty – stwierdziły większość matek uczniów i gości z przyszłości, a przyjaciółki popatrzyły z nadzieją na dziewczyny z przyszłości.
- Proszę bardzo – odparły projektantki mody i wyczarowały to, co chciały.
Harry wyszedł kuchennymi drzwiami. Był piękny, słoneczny dzień. Przeszedł przez trawnik, opadł na ogrodową ławkę i cicho zaśpiewał: "Sto lat... sto lat...". Żadnych kartek urodzinowych, żadnych prezentów, a w dodatku cały wieczór miał spędzić na udawaniu, że nie istnieje. Spojrzał smętnie na żywopłot. Jeszcze nigdy nie czuł się tak samotny. Nawet za quidditchem nie tęsknił tak, jak za swoimi najlepszymi przyjaciółmi, Ronem Weasley'em i Hermioną Granger. Niestety, nic nie wskazywało, by oni tęsknili za nim.
- Pisaliśmy, ale ktoś nam zabierał kartki! – zawołali szybko Ron i Hermiona.
- Kto? – zapytała Lily.
- Będzie opisane mamo – rzekł Harry.
Żadne z nich nie napisało do niego przez całe lato, a przecież Ron obiecywał, że go do siebie zaprosi. Już niezliczoną ilość razy Harry był bliski otworzenia zaklęciem klatki Hedwigi i wysłania jej do Rona i Hermiony z listem, ale zawsze w końcu dochodził do wniosku, że nie warto ryzykować. Uczniom Hogwartu nie wolno było używać czarów poza szkołą. Harry nie powiedział o tym Dursley'om; wiedział, że tylko dlatego nie zamknęli go w komórce pod schodami, bo bali się, że zamieni ich w żuki gnojowniki.
- Ja bym ich zamienił – stwierdził Łapa i posadził Marlenę na swoich kolanach. Najpierw była zaskoczona, ale później uśmiechnęła się do niego i się wtuliła.
- Ale ich wzięło – mruknął Rogacz do Lily, która siedziała mu na kolanach. Miał uśmiech na twarzy.
W pierwszych tygodniach po powrocie do domu często zabawiał się w ten sposób, że mruczał coś pod nosem, na co Dudley uciekał z pokoju tak szybko, jak mu na to pozwalały jego krótkie tłuste nóżki. Jednak brak wiadomości od Rona i Hermiony sprawiał, że Harry czuł się kompletnie odcięty od świata czarodziejów i nawet straszenie Dudley'a przestało go bawić.
- Denerwowanie tego prosiaka jest tak samo fajne, jak tego idiotę – rzekli Fred i George wskazali na Percy'ego.
A teraz okazało się, że Ron i Hermiona zapomnieli o jego urodzinach.
- Nie zapomnieliśmy – powtórzyli Ron i Hermiona.
- Pisałem do Ciebie chyba z 30 listów, ale ktoś nam je zabierał – dodał Ron.
- Ja też pisałam, ale nie otrzymałam odpowiedzi – odparła Hermiona.
- Dlaczego tak się działo? – spytał Rogacz.
- Będzie to opisane w następnym rozdziale – odpowiedział Harry.
Wiele by dał za jakąś wiadomość z Hogwartu. Od kogokolwiek, nawet od swojego największego wroga, Dracona Malfoya, po prostu, żeby się upewnić, że to wszystko nie było snem...
- Chciałeś ode mnie list? – spytał niedowierzaniem Draco.
- Tak – mruknął Harry – Nawet jeśli byś drwił ze mnie w tym liście, to chciałem się upewnić, że to nie był sen.
Nie znaczy to wcale, że w Hogwarcie przez cały rok była sielanka. Przy końcu ostatniego semestru Harry spotkał się oko w oko z samym Voldemortem. Voldemort nie był już największym mistrzem czarnej magii, ale wciąż budził grozę, wciąż knuł i spiskował, wciąż próbował odzyskać potęgę i władzę. Harry'emu udało się po raz drugi wyrwać z jego szponów, ale aż dotąd, po tylu tygodniach, budził się w nocy zlany zimnym potem, zastanawiając się, gdzie teraz może być Voldemort, mając przed oczami jego rozwścieczoną twarz, jego rozszerzone źrenice szaleńca...
- Merlinie – wyszeptały siostry Harry'ego.
Nagle drgnął i wyprostował się na ogrodowej ławce. Od dłuższej chwili wpatrywał się bezwiednie w żywopłot – a teraz dostrzegł, że żywopłot również się w niego wpatruje. Wśród liści pojawiła się para wielkich, zielonych oczu.
- Co to znowu? – zapytała Parvati.
Harry zerwał się na równe nogi i w tej samej chwili przez trawnik dobiegł go skrzekliwy, szyderczy głos.
- A ja wiem, co dzisiaj jest, aha! – zaśpiewał Dudley, zmierzając w jego stronę. Wielkie oczy mrugnęły i znikły.
- Co? – zapytał Harry, nie spuszczając wzroku z miejsca, w którym się pojawiły.
- Wiem, co dzisiaj jest – powtórzył Dudley, podchodząc do niego.
- Brawo! – powiedział Harry – A więc wreszcie nauczyłeś się dni tygodnia.
- Nasz prosiaczek umie dni tygodnia – powiedział Lee, wycierając udawanego łzę wzruszenia.
- Dzisiaj są twoje urodziny. I co, nie dostałeś żadnej kartki? Nie masz żadnych przyjaciół w tej szkole dla dziwolągów?
- Dziwolągiem to jesteś ty świnioczłowieku – mruknął Charlie.
- Lepiej uważaj, żeby twoja mama nie usłyszała, że mówisz o mojej szkole – odpowiedział chłodno Harry. Dudley podciągnął sobie spodnie, które ześlizgiwały mu się z tłustego zadka.
- Dlaczego tak się gapisz w ten żywopłot? – zapytał podejrzliwie.
- Zastanawiam się, jakim zaklęciem go podpalić – Dudley natychmiast odskoczył, a na jego twarzy pojawiło się przerażenie.
- Abrakadabra... Hokus-pokus... Czary-mary... zezowaty wieloryb Vernon gada, że to są jakieś dyrdymały! – zawołał Fred II. Sala zaniosła się śmiechem.
- Nie w-wolno ci... Tata ci powiedział, że nie wolno ci robić żadnych czarów... bo cię wyrzuci z d-domu... a nie masz dokąd pójść... nie masz żadnych przyjaciół... nikogo...
- Ma nas! – krzyknęła Ginny – Ma mnie i będzie miał, ty tłusty, obleśny prosiaku!
- Abrakadabra! – krzyknął Harry – Hokus-pokus, smenty-rymenty...
- Podobnie! – zaśmiał się Fred II.
- MAAAAAAMO! – zawył Dudley, biegnąc w stronę domu i potykając się o własne nogi – MAAAAMO! On to znowu robi!
Harry drogo zapłacił za ten dowcip. Ponieważ ani Dudley, ani żywopłot nie ucierpiały, ciotka Petunia wiedziała, że nie użył żadnych czarów, ale i tak ledwo zdołał uniknąć ciosu w głowę mokrą patelnią.
- ŻEBYM JA CIĘ NIE WALNĘŁA TĄ PATELNIĄ, DURSLEY! – ryknęła Lily wściekła.
- Petunia stała się potworem – mruknęła płaczliwie Carolina, a jej mąż ją przytulił i miał nie tęgą minę.
- To nie jest moja siostra – oznajmiła stanowczym głosem Lily.
- Idę ją zabić – mruknęła z jadem głosie Lily Luna.
- Albus coś ty jej zrobił!? – oburzyła się Minerwa.
Potem wymieniła z tuzin zadań do wykonania i oświadczyła, że nie dostanie nic do zjedzenia, dopóki tego wszystkiego nie zrobi.
Podczas gdy Dudley krążył w pobliżu, zajadając lody, Harry umył okna, wypucował samochód, przystrzygł trawnik, opielił grządki kwiatów, przyciął i podlał róże i pomalował ogrodową ławkę. Słońce grzało mocno, paląc go w plecy.
- Mam tego dość! – warknęły rudowłose z rodziny Potterów i stanęły – Idę ich zabić i będą umierać w bolesną śmiercią.
- Proszę wrócić na miejsce! – zawołał Drops.
- Nie jesteśmy uczniami, dyrektorze – powiedziały dziewczyny – I mogę robić, co mi się żywne podoba!
- Ja tu jestem dyrektorem!
- Jak śmiałeś zostawić mojego tatusia u tych dzikich ludzi! – warknęła Lily Luna i zaczęła się świecić. Miała taką sama wściekłą pozę, jak jej matka i babcia Molly, kiedy były wkurzone.
- Dyrektorze lepiej powiedz: przepraszam – jęknął Hugo.
- Dlaczego? – spytał dyrektor, nie wiedząc, co go czeka.
- Dlatego! – warknęła Lily II i rzuciła takiego upiorogacka w stronę dyrektora, że jęczał z bólu, bo dużo nietoperzy wylatywały z jego nosa, że aż spadł z krzesła.
- To jest za to, że zostawiłeś mojego tatusia u tych imbecyli! – krzyknęła Olivia.
- Moja krew! – zawołała Ginny. Harry przytulił do siebie swoje dzielnie córki.
- Kocham was moje skarby i nic tego nie zmieni.
Wiedział, że nie powinien dać się sprowokować Dudley'owi, ale Dudley wypowiedział na głos to, o czym Harry sam myślał... Może naprawdę nie ma żadnych przyjaciół? 'Chciałbym, żeby teraz zobaczyli słynnego Harry'ego Pottera'. Pomyślał z goryczą, rozpryskując sztuczny nawóz na grządki. Plecy go bolały, a pot ściekał mu strumieniami po twarzy. Było pół do ósmej, kiedy w końcu usłyszał głos ciotki Petunii.
- Do domu! Tylko uważaj, idź po gazetach!
Harry nadal przytulał swoje córeczki.
- Ej, bo czuje się zazdrosny! – zawołali, udając oburzonych James II i Albus II. Frank II też patrzył, ale się nie odezwał, bo oni jeszcze nie widzieli, że Lily II i Frank II są małżeństwem, no oprócz gości z przyszłości.
- Czekaj na swoją kolej mężu – odparły Olivia i Amelia.
- Ranisz moje serduszko! – oburzyli się jego synowie, trzymając się za serca. Seamus i Susan parsknęli śmiechem i popatrzyli na siebie, a Susan się zarumieniła.
Harry poczuł ulgę, gdy znalazł się w chłodnej kuchni. Na lodówce stała już wielka misa leguminy z masą bitej śmietany i kandyzowanymi fiołkami na wierzchu, w piekarniku skwierczała pieczeń wieprzowa.
- Ugotowali prosiaka Dursley'a? – spytał podniecony Colin. Większość parsknęła śmiechem.
- Jedz szybko! Masonowie wkrótce tu będą! – warknęła ciotka Petunia, wskazując na dwa kawałki chleba i grudkę sera na kuchennym stole. Miała już na sobie łososiową suknię koktajlową.
- Przecież to same skóra i kości musiała wyglądać komicznie – skomentował Rogacz.
- A ja jakbym wyglądała? – zapytała Lily, uwodzicielskim głosem.
- Ja tam najbardziej lubię patrzyć na Ciebie, kiedy jesteś nago. Twoje nogi i ramiona są bardzo kształtne i muskularne co mnie bardzo podnieca – wyszeptał jej do ucha Rogacz, żeby tylko ona usłyszała, a Lily zarumieniła się mocno – W każdym ubraniu będziesz wyglądać wspaniale – dodał normalnym głosem – Jesteś bardzo wysportowana.
Harry umył ręce i zjadł swoją nędzną kolację. Żuł jeszcze ostatni kęs chleba, gdy ciotka Petunia zabrała mu talerz sprzed nosa.
- Na górę! – Przechodząc obok drzwi do salonu, Harry zobaczył wuja Vernona i Dudley'a w smokingach, białych koszulach i muszkach.
- A to jednak prosiak w peruce żyje – rzekł smutnym głosem Denis – Myślałem, że go usmażyli.
Był już na górze, kiedy rozległ się dzwonek, a u stóp schodów pojawiła się czerwona ze złości twarz wuja Vernona.
- Pamiętaj, chłopcze... niech no tylko coś usłyszę... – Harry wszedł na palcach do swojej sypialni, zamknął drzwi i odwrócił się, żeby rzucić się na łóżko. Kłopot w tym, że na łóżku ktoś już siedział.
- Kto? – spytali wszyscy.
- Koniec rozdziału – oznajmiła Nicole.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz