sobota, 10 grudnia 2022

Rozdział 1

 

- Pierwsza książka to "Harry Potter i Kamień Filozoficzny". - powiedział Dumbledore. - Jamesie Juniorze przeczytasz? - zapytał się dyrektor.

- Jasne - odpowiedział wymieniony chłopak. - Rozdział Pierwszy - Chłopiec, który przeżył

Państwo Dursley'owie spod numeru czwartego przy Privet Drive mogli z dumą twierdzić, że są całkowicie normalni, chwała Bogu.

- Dursley? - zapytała Lily. - Tak nazywa się chłopak mojej siostry. - mruknela panna Evans.

Byli ostatnimi ludźmi, których można by posądzić o udział w czymś dziwnym lub tajemni­czym, bo po prostu nie wierzyli w takie bzdury.

- Bzury? - pytał się Colin.

- Chodzi o magię. - oznajmił Harry.

Pan Dursley był dyrektorem firmy Grunnings produku­jącej świdry.

- Świdry? - zapytali Oliver.

- Później ci wyjaśnię. - odpowiedziała starsza rudowłosa Lily.

Był to rosły, otyły mężczyzna pozbawiony szyi, za to wyposażony w wielkie wąsy.

- Wieloryb. - odezwał się Ron. Bliźniacy i Huncwoci parsknęli śmiechem.

Natomiast pani Dursley była drobną blondynką i miała szyję dwukrotnie dłuższą od normalnej, co bardzo jej pomagało w życiu, ponieważ wię­kszość dnia spędzała na podglądaniu sąsiadów.

- Żyrafa. - rzekł Harry. Huncwoci, bliźniacy Prewett i młode pokolenie parsknęło śmiechem.

Syn Dursley'ów miał na imię Dudley, a rodzice uważali go za najwspanialszego chłopca na świecie.

- Chyba prosię... - zaczął Fred.

- W peruce. - skończył George.

Dursley'owie mieli wszystko, czego dusza zapragnie, ale mieli też swoją tajemnicę i nic nie budziło w nich większego przerażenia, jak myśl, że może zostać odkryta. Uważali, że znaleźliby się w sytuacji nie do zniesienia, gdyby ktoś do­wiedział się o istnieniu Potterów. Pani Potter była siostrą pani Dursley,

- Tak Liluś, wiedziałem, że wyjdziesz za mnie. - mówił szczęśliwy Rogacz

- Jak to tego doszło? - jęknęła panna Evans.

- Dzięki mojej urokowi osobistemu. - powiedział dumny Rogacz.

ale nie widziały się od wielu lat. Prawdę mówiąc, pani Dursley udawała, że w ogóle nie ma siostry, ponieważ pani Potter i jej żałosny mąż byli ludźmi całkowi­cie innego rodzaju.

Rogacz prychnął.

Dursley'owie wzdrygali się na samą myśl, co by powiedzieli sąsiedzi, gdyby Potterowie pojawili się na ich ulicy. Oczywiście wiedzieli, że Potterowie też mają syn­ka, ale nigdy nie widzieli go na oczy i z całą pewnością nie chcieli go nigdy oglądać.

- Niestety musieli. - mruknął Harry.

Ten chłopiec był jeszcze jednym powodem, by Dursley'owie trzymali się jak najdalej od Potterów; nie życzyli sobie, by Dudley przebywał w towarzy­stwie takiego dziecka.

- Jak oni tak powiedzieć o naszych dziadkach? - oburzyli sie James, Albus i Lily. James i Lily się do wnuków uśmiechnęli.

Kiedy Dursley'owie obudzili się rano w pewien nudny, szary wtorek, od którego zaczyna się nasza opowieść, w za­chmurzonym niebie nie było niczego, co by zapowiadało owe dziwne i tajemnicze rzeczy, które miały się wkrótce wydarzyć w całym kraju. Pan Dursley nucił coś pod nosem, zawiązując swój najnudniejszy krawat,

- Wielorybem jestem wielorybem jestem!! - zaśpiewali Fred James i Louis. Wszyscy parsknęli śmiechem.

a pani Dursley wyrwała się na chwilę z domu na plotki, gdy tylko udało się jej wepchnąć wrzeszczącego Dudley'a do dziecinnego krzesła na wysokich nogach.

- Głupi bachor. - mruknął Ron.

Żadne z nich nie zauważyło wielkiej, brązowej sowy, która przeleciała za oknem.

O wpół do dziewiątej pan Dursley chwycił neseser, musnął wargami policzek pani Dursley

- Ohyda. - krzywiła się Marlena .

i spróbował pocałować na pożegnanie Dudley'a, ale mu się to nie udało, bo Dudley miał akurat napad szału i opryskiwał ściany owsianką.

Fuj! - krzyknęły wszystkie dziewczyny.

- Nieznośny bachor. - zarechotał pan Dursley, wy­chodząc z domu. Wsiadł do samochodu i wyjechał tyłem sprzed numeru czwartego na Privet Drive.

- Pff, ale on głupi - oburzyła się czwartoroczna Gryfonka.

Na rogu ulicy dostrzegł pierwszą oznakę pewnej nie­normalności - kota studiującego jakąś mapę. Dopiero po chwili do pana Dursley'a dotarło to, co zobaczył, więc obrócił gwałtownie głowę, by spojrzeć jeszcze raz. Na rogu Privet Drive rzeczywiście stał bury kot, ale nie studiował żadnej mapy.

- Kot studiował mapę, on już ma urojenia. - zardwil Łapa.

Co mógł sobie pomyśleć pan Dursley? To, co pomyślałby każdy rozsądny człowiek - że musiało to być jakieś złudzenie optyczne. Zamrugał parę razy i utkwił spojrzenie w kocie, a kot utkwił spojrzenie w nim.

- To Miłość od pierwszego wejrzenia. - stwierdził Fred II .

Pan Dursley skręcił na rogu ulicy i wjechał na szosę, obserwując kota w lusterku. Kot odczytywał teraz napis PRIVET DRIVE - nie, tylko wpatrywał się w tabliczkę z tym na­pisem, bo przecież koty nie potrafią czytać, a tym bardziej studiować map.

- Kot se patrzy i co w tym dziwnego? - pytał Lunio młodszy.

Pan Dursley otrząsnął się lekko i wyrzucił kota z myśli. Kiedy zbliżał się do miasta, po głowie chodziło mu już tylko wielkie zamówienie na świdry, które miał dzisiaj otrzymać.

- Świdra, to ty masz w mózgu Dursley. - powiedział Bill.

Na skraju miasta został jednak zmuszony do zapomnienia o świdrach. Kiedy utkwił w normalnym porannym korku ulicznym, nie mógł nie zauważyć, że naokoło jest mnóstwo dziwacznie ubranych ludzi. Ludzi w pelerynach.

- Może cyrk przyjechał? - zapytał Hugo.

Pan Dursley nie znosił ludzi ubierających się śmiesznie, na przykład młodych ludzi w tych wszystkich cudacznych strojach.

- Model się znalazł. - obezwala się Victoire .

Doszedł do wniosku, że to jakaś nowa, głupia moda. Zabębnił palcami w kierownicę i wówczas jego spojrzenie padło na stojącą w pobliżu grupkę tych dziwaków. Szeptali między sobą, wyraźnie podnieceni. Pan Dursley stwierdził z oburzeniem, że niektórzy wcale nie są młodzi; o, ten mężczyzna na pewno jest starszy od niego, a ma na sobie szmaragdowozieloną pelerynę!

- I co z tego? - zapytała Alicja I.

Trzeba mieć naprawdę czelość! Po chwili przyszło mu jednak na myśl, że to jakiś wygłup - ci ludzie po prostu przeprowadzają zbiórkę na jakiś równie bzdurny cel... tak, na pewno o to chodzi. Sznur samochodów ruszył i kilka minut później pan Dursley wje­chał na parking firmy Grunnings, a w jego myślach z powrotem zagościły świdry.

- On już ma świdra. - zardwil Lee.

W swoim gabinecie na dziewiątym piętrze pan Dursley zawsze siedział plecami do okna. Tego dnia okazało się to okolicznością sprzyjającą, bo gdyby siedział przodem, trud­no by mu było skupić się na świdrach. Nie widział sów przelatujących jawnie w biały dzień, choć widzieli je ludzie na ulicy; pokazywali je sobie palcami i gapili się na nie z otwartymi ustami. Większość z nich jeszcze nigdy nie widziała sowy, nawet w nocy.

- Uwaga ludzie! Sensacja! Goście nie wiedzieli sów w nocy!! - krzyknął Lee głosem komentatora.

- Jordan, złaź ze stołu!! - zawołała Minerwa.

Natomiast pan Dursley przeżył normalne, całkowicie wolne od sów przedpołudnie. Nawrzeszczał po kolei na pięciu pracowników. Odbył kilka ważnych rozmów telefonicznych, a potem znowu na kogoś nawrzeszczał.

- Typowy dzień wuja Vernona. - stwierdził Harry

Był w wyśmienitym nastroju aż do pory lunchu, kiedy pomyślał, że dobrze by było wyprostować nogi, przejść się na drugą stronę ulicy i kupić sobie w piekarni bułkę z rodzynkami.Dawno już zapomniał o ludziach w pelerynach, kiedy nagle natknął się na nich tuż obok piekarni. Zmierzył ich gniewnym spojrzeniem. Nie bardzo wiedział dlaczego, ale budzili w nim niepokój.

- Uwaga ludzie, kryjcie się, bo Vernona chcą zjeść! - krzyknął Łapa. Wszyscy wybuchnęli śmiechem nie pomijając nauczycieli.

W tej grupce również szeptano o czymś z ożywieniem, ale nie zauważył, by ktoś miał w ręku puszkę do zbierania datków. Dopiero kiedy wyszedł ze sklepu, niosąc torbę z wielkim kawałem ciasta z orzechami, usłyszał strzępy rozmowy.

- ...Potterowie, zgadza się, ja też o tym słyszałem...

- ...tak, to ich syn, Harry...

- O co chodzi? - zapytali jednocześnie James i Lily (jeszcze Evans) Potter

- Dowiecie się. - odpowiedział James junior.

Pan Dursley zatrzymał się, jakby mu nogi wrosły w chodnik. Poczuł falę lęku. Spojrzał przez ramię na dziwnie ubra­nych osobników, jakby chciał ich o coś zagadnąć, ale się rozmyślił.

Przeszedł pospiesznie przez ulicę, wjechał windą na dziewiąte piętro, warknął na swoją sekretarkę, żeby mu nikt nie przeszkadzał, złapał za słuchawkę telefonu i już prawie wykręcił numer do domu, kiedy znowu się rozmyślił. Odłożył słuchawkę i zaczął gorączkowo myśleć, szarpiąc wąsy.

- Może telefon do przyjaciela? - zastanawiała się na głos Amelia.

Nie, nie dajmy się zwariować... W końcu nie ma w tym nic niezwykłego! Mnóstwo ludzi może się nazywać Potter i mieć syna Harry'ego. A kiedy zaczął się nad tym zastanawiać, doszedł do wniosku, że nie jest nawet pewny, czy syn jego szwagierki ma na imię Harry.

- Oni nie wiedzieli, jak masz na imię? - zapytała szokowania Hermiona. Harry tylko wzruszył ramionami

Nigdy go nie widział. Bardzo możliwe, że nazywa się Harvey.

- Ohyda. - powiedziała Ginny.

Albo Harold.

- Jeszcze większa ohyda. - dodała Ginny.

Nie ma powodu, by niepokoić panią Dursley; każde wspomnienie o siostrze zawsze ją przygnębiało. Nie miał jej tego za złe - ostatecznie, gdyby on miał taką siostrę... Ale mimo wszystko, ci ludzie w pelerynach...

- Ma siostrę głupszą od niego, a nawet do jednego worka by się oboje nie zmieścili. - oznajmił Harry. Kilka osób parsknęło wymuszonym śmiechem.

Tego popołudnia było mu trochę trudniej skupić się na świdrach, a kiedy o piątej opuszczał firmę, był w takim stanie, że wpadł na kogoś tuż za drzwiami.

- Przykro mi - mruknął, gdy drobny staruszek, na którego wpadł, zatoczył się i prawie upadł. Dopiero po kilku sekundach uświadomił sobie, że staruszek ma na sobie fio­letową pelerynę.

- A z czego? - zdziwił się Remus młodszy.

I wcale nie sprawiał wrażenia rozgniewanego tym, że ktoś o mało co nie powalił go na ziemię. Przeciwnie, na jego twarzy zakwitł szeroki uśmiech i zaskrzeczał tak, że przechodnie zaczęli się oglądać:

- Niech szanownemu panu nie będzie przykro, bo dzisiaj nic nie może zepsuć mi humoru! Ciesz się pan ze mną, bo już nie ma Sam-Wiesz-Kogo!

- Juhu! - ucieszył się Łapa

Wszyscy powinni się cieszyć, nawet mugole tacy jak pan! Bo to szczęśliwy, ach, jak szczęśliwy dzień! - Po czym uściskał pana Dursley'a serdecznie i odszedł. Pana Dursley'a całkowicie zamurowało.

- Zamurować go możemy. - powiedzieli bliźniaki Skamander.

Został uściskany przez zupełnie nieznajomego człowieka! I nazwano go mugolem, cokolwiek miało to znaczyć. Był wstrząśnięty. Pobiegł do samochodu i ruszył w drogę do domu,

- Koniec świata!! - krzyknął Ted.

mając nadzieję, że coś mu się przywidziało, a zdarzyło mu się to po raz pierwszy w życiu, bo nie pochwalał wybujałej wyobraźni. Kiedy wjechał na podjazd przed numerem czwartym, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył - i wcale mu to nie poprawiło nastroju - był bury kot, którego spostrzegł dzisiaj rano. Teraz kot siedział na murku otaczającym ich ogród. Był pewny, że to ten sam kot, bo miał takie same ciemniejsze obwódki wokół oczu.

- Siooo! - krzyknął pan Dursley. Kot nawet nie drgnął, tylko zmierzył go chłodnym spojrzeniem.

- Dobry kotek. - powiedział Albus.

Czy tak się zachowują normalne koty? Pan Dursley wzdrygnął się i wszedł do domu. Nadal nie zamierzał wspominać o tym wszystkim żonie.
Pani Dursley spędziła normalny, całkiem miły dzień. Podczas obiadu opowiedziała mu o problemach, jakie ma sąsiadka ze swoją córką, i o tym, że Dudley nauczył się nowego słowa („nie chcę!").

- Nie... - zaczął Fred.

- Chcę... - ciągnąć George

- Być mądry. - skończyli razem.

Pan Dursley starał się zachowy­wać normalnie. Kiedy w końcu udało im się zapakować Dudley'a do łóżeczka, wszedł do saloniku i zdążył na koniec dziennika wieczornego.

I ostatnia wiadomość. Obserwatorzy ptaków donoszą o bardzo dziwnym zachowaniu krajowych sów. Choć normalnie sowy polują w nocy i nie widzi się ich w ciągu dnia, z setek doniesień wynika, że dzisiaj sowy latały we wszystkich kierunkach od samego rana.

- Zwariowany dzień. - stwierdził Łapa. - I dobrze .

Specjaliści nie są w stanie wyjaśnić, dlaczego sowy tak nagle zmieniły swoje zwyczaje. - Tu spiker pozwolił sobie na uśmiech. - To bardzo tajemnicza sprawa. A teraz posłuchajmy, co Jim McGuffin ma do powiedzenia o pogodzie. Jim, czy tej nocy zanosi się na jakiś deszcz sów?

- No cóż. - odpowiedział facet od pogody. - nie bardzo się na tym znam, ale wiem, że nie tylko sowy zachowywały się dziś bardzo dziwnie.

- U nas to normalne. - powiedział Seamus

- A u mugoli nie. - odpowiedziała Lily Potter.

Dzwonili do mnie telewidzowie z Kentu, Yorkshire i Dundee, mówiąc, że zamiast obiecanego przez mnie deszczu mieli prawdziwą ulewę meteorytów! Może niektórzy wcześniej zaczęli obchodzić Noc Sztucznych Ogni? Ludzie, to dopiero w przyszłym tygodniu! Ale mogę wam obiecać, że w nocy będzie padało.

Pan Dursley poczuł się bardzo niepewnie. Meteoryty nad całą Anglią? Sowy latające w biały dzień? Tajemniczy osobnicy w pelerynach? I to szeptanie... szeptanie o Potterach...

- Ok, robi się dziwnie. - powiedział Rogacz.

Do saloniku weszła pani Dursley, niosąc dwie filiżanki herbaty. Nie, tak nie można. Powinien z nią porozmawiać. Odchrząknął nerwowo.

- Eee... Petunio, kochanie... nie miałaś ostatnio wiadomości od swojej siostry?

- Nie rozmawiamy ze sobą. - mruknela ze smutkiem Lily.

Jak się spodziewał, pani Dursley spojrzała na niego wzrokiem zdumionego bazyliszka. Zwykle udawali, że nie ma siostry.

- Nie. - odpowiedziała ostrym tonem. - Dlaczego pytasz?

- Dziwne rzeczy były w dzienniku. - wymamrotał pan Dursley. - Sowy... spadające gwiazdy... a w mieście widziałem mnóstwo cudacznie poubieranych ludzi...

- No i co? - warknęła pani Dursley.

- Petunia się zdenerwowała. - odezwał się Łapa i parsknął śmiechem.

- Cóż, tak sobie pomyślałem... może... może to ma coś wspólnego z... no wiesz... jej towarzystwem. - Pani Dursley wessała łyk herbaty przez zaciśnięte wargi. Pan Dursley zastanawiał się, czy powiedzieć jej, że słyszał nazwisko „Potter".

- To fajne nazwisko. - oznajmiła Olivia. Wszyscy popatrzyli na nią zdumieli.

Uznał, że byłoby to zbyt śmiałe posunięcie. Zamiast tego powiedział, siląc się na obojętność:

- Ich syn... musi być teraz w wieku Dudley'a, prawda?

- Tak przypuszczam. - odpowiedziała sucho pani Dursley.

- Sucho to mają kwiatki. - zardwil Harry.

- Zaraz, jak on ma na imię? Howard, tak?

- Harry. Obrzydliwe, pospolite imię.

- Ja ci dam obrzydliwe imię! - powiedział wściekły Rogacz.

- To piękne imię. - powiedziała pani Weasley.

- Dziękuję mamo. - odpowiedział Harry. Wszyscy Weasley'owie popatrzyli szczęśliwi na Harry'ego.

- Harry kochanie czemu nazwałeś Molly mamą? - zapytała z ciekawości Lily.

- Mamo będzie o tym w książce. - odpowiedział Harry.

- Och, kochaneczku kochany zawsze marzyłam odkąd cię spotkałam, żebyś mnie tak nazwał i to drugi raz ciągu kilku minut . - rzekła Molly.

- Ja też. - dodał Artur.

- Skoro mówisz, że wszystko się wyjaśni, to musi być prawda. - powiedział Rogacz.

- Och, tak... - mruknął pan Dursley, a serce w nim zamarło. - Tak, zgadzam się z tobą całkowicie. - Poszli na górę i więcej już o tym nie wspominał. Kiedy pani Dursley zamknęła się w łazience, pan Dursley podkradł się do okna sypialni i zerknął na ogród przed domem. Kot wciąż tam siedział. Wpatrywał się w Privet Drive, jakby na coś czekał. Czyżby miał halucynacje?

- Masz i to duże. - mówiła Alicja Spinet.

I czy może to mieć coś wspólnego z Potterami? Bo gdyby tak... gdyby się okazało, że są spokrewnieni z jakimiś... Nie, tego by chyba nie zniósł. Położyli się do łóżka. Pani Dursley szybko zasnęła, ale pan Dursley leżał i rozmyślał o tym wszystkim. W końcu doszedł do wniosku, że nawet gdyby Potterowie mieli z tym coś wspólnego, nie było powodu, by niepokoili jego i panią Dursley.

- Ona mnie nie cierpli. - mruknela panna Evans.

Dobrze wiedzieli, co on i Petunia myślą o nich i o ludziach ich pokroju... Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób on i Petunia mogliby zostać wplątani w coś, do czego może dojść... Poczuł ulgę, ziewnął i przewrócił się na bok. Nie, nas to nie może dotyczyć...

Jak bardzo się mylił!

Pan Dursley zapadł w niezbyt zresztą spokojny sen, ale kot na murku nie okazywał najmniejszych oznak senności. Siedział tam, nieruchomy jak posąg, z oczami utkwionymi w dalekim końcu Privet Drive. Nawet nie drgnął, kiedy w sąsiedniej uliczce trzasnęły drzwi samochodu, ani kiedy dwie sowy przeleciały mu nad głową. Nie poruszył się aż do północy.

- Nocna impreza! Kocia się szykuje. - powiedział Fred Junior.

Na rogu, który z taką uwagą obserwował kot, pojawił się jakiś człowiek. Pojawił się tak nagle i bezszelestnie, iż można było pomyśleć, że wyrósł spod ziemi. Ogon kota drgnął, a oczy mu się zwęziły. Jeszcze nigdy ktoś taki nie pojawił się na Privet Drive. Był to wysoki, chudy mężczyzna, bardzo stary, sądząc po brodzie i srebrnych włosach, które opadały mu aż do pasa.

- Ten opis pasuje do profesora Dumbledore'a. - rzekła Katie.

Miał na sobie sięgający ziemi purpurowy płaszcz i długie buty na wysokim obcasie. Zza połówek okularów błyskały jasne, niebieskie oczy, a bardzo długi i zakrzywiony nos sprawiał wrażenie, jakby był złamany w przynajmniej dwóch miejscach. Nazywał się Albus Dumbledore.

- Masz dyrko! - krzyknęli uczniowie

Albus Dumbledore zdawał się nie mieć zielonego pojęcia o tym, że właśnie przybył na ulicę, na której to wszystko - od jego nazwiska po dziwaczne buty - było bardzo źle widziane. Z zapałem grzebał w płaszczu, najwyraźniej czegoś szukając. Nie zdawał sobie też sprawy z tego, że od dłuższego czasu jest obserwowany, aż nagle podniósł głowę i zobaczył kota, który wciąż wpatrywał się w niego z drugiego końca uliczki. Zacmokał i mruknął:

- Mogłem się tego spodziewać.

- Czego? - zapytała Rose.

Znalazł to, czego szukał, w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyglądało jak srebrna zapalniczka. Otworzył to, uniósł i pstryknął. Najbliższa latarnia zgasła z lekkim trzaskiem. Pstryknął znowu - następna latarnia mrugnęła i zgasła.

- Super! - krzyknęli Huncwoci 1.0 i Huncwoci 2.0 oraz bliźniaczy

- Dyrektorze, pożyczy pan nam to? - zapytali wyżej wymienieni. - I gdzie pan to kupił? - dodali.

- Sam zrobiłem. - odpowiedział Dumbledore.

- Super! - krzyknęli wszyscy, a Ron zaśmiał się nerwowo.

Pstrykał Wygaszaczem dwanaście razy, aż jedynymi światłami na ulicy pozostały dwa maleńkie punkciki - oczy obserwującego go kota. Gdyby ktoś wyjrzał teraz przez okno - nawet gdyby to była pani Dursley - nie byłby w stanie dostrzec, co się dzieje na ulicy. Dumbledore wsunął wygaszacz za pazuchę i ruszył w kierunku numeru czwartego, gdzie przysiadł na murku obok kota. Nie spojrzał na niego, ale po chwili przemówił:

- Co za spotkanie, profesor McGonagall!

- Pani profesor! - krzyknęli wszyscy zdumieli.

Odwrócił głowę, by uśmiechnąć się do burego kota, ale ten gdzieś zniknął. Zamiast tego uśmiechał się do nieco srogo wyglądającej kobiety w prostokątnych okularach, których kształt był identyczny z ciemnymi obwódkami wokół oczu kota. Ona też miała na sobie długi płaszcz, tyle że szmaragdowy. Czarne włosy upięła w ciasny, bułeczkowaty kok. Wyglądała na bardzo wzburzoną.

- Skąd pan wiedział, że to ja? - zapytała.

- Właśnie! - zawołali uczniowie.

- Ależ, droga pani profesor, nigdy nie widziałem kota, który by siedział tak sztywno.

Wszyscy parsknęli śmiechem

- To jak... - zaczął Fred.

- Nasz brat... - ciągnął George.

- Percy, który... - ciągnął Fred.

- Od małego... - ciągnął George.

- Był sztywniakiem. - skończyli razem.

- Kretyn. - mruknęła Ginny.

- Idiota. - dodał Ron.

- Sam by pan zesztywniał, gdyby panu przyszło sie­dzieć na murze przez cały dzień. - odpowiedziała profesor McGonagall.

- Cały dzień? I w ogóle pani nie świętowała?

- Ale co ma świętować? - zapytał się Rogacz.

- Niedługo się tego dowiecie. - odezwał się Harry.

Idąc tutaj, musiałem wpaść na chyba z tuzin biesiad i przyjęć. - Profesor McGonagall prychnęła ze złością.

- Och, tak, wiem, wszyscy świętują. Można by pomy­śleć, że powinni być trochę ostrożniejsi, ale nie... Nawet mugole zauważyli, że coś się święci. Mówili o tym w wie­czornych wiadomościach. - Wskazała podbródkiem ciemne okna salonu państwa Dursley'ów. - Sama słyszałam. Stada sów... spadające gwiazdy... Nie są aż takimi głupcami. Muszą coś zauważyć. Spadające gwiazdy w Kencie! Mogę się założyć, że to sprawka Dedalusa Diggle. Nigdy nie odznaczał się rozsądkiem.

- Kretyn. - mruknął Snape.

- Trudno mieć do niego pretensję - stwierdził łagodnie Dumbledore. - W końcu przez całe jedenaście lat niewiele mieliśmy okazji do świętowania.

- Wiem. - powiedziała ze złością profesor McGonagall. - To jednak nie powód, żeby całkowicie tracić głowę. Ludzie nie zachowują najmniejszej ostrożności, łażą po ulicach w biały dzień, nawet nie raczą się przebrać w stroje mugoli, wymieniają pogłoski.

- Jakie pogłoski? - zapytał się młodszy Remus.

Spojrzała na Dumbledore'a z ukosa, jakby oczekiwała, że coś na to powie, ale milczał, więc ciągnęła dalej:

- Tego tylko brakuje, żeby w tym samym dniu, w którym w końcu zniknął Sam-Wiesz-Kto, mugole dowiedzieli się o nas wszystkich. Dumbledore, mam nadzieję, że on naprawdę zniknął, co?

- Voldek zniknął? - pytała zdumiona Dorcas.

- Na to wszystko wskazuje - odpowiedział Dumbledore. - Mamy za co być wdzięczni. Może ma pani ochotę na cytrynowego dropsa?

- Na co?

- Na cytrynowego dropsa. To takie cukierki mugoli, które bardzo lubię.

Cała Wielka Sala nie wytrzymała i zaczęła się śmiać, a profesorka tylko przewróciła oczami.

- Nie, dziękuję. - odpowiedziała chłodno profesor McGonagall, jakby chciała podkreślić, że nie jest to odpo­wiedni moment na cytrynowe dropsy. - Jak mówię, nawet jeśli Sam-Wiesz-Kto rzeczywiście zniknął...

- Droga pani profesor, czy taka rozsądna osoba jak pani nie mogłaby dać sobie spokoju z tą dziecinadą? Przez jedenaście lat walczyłem z tym bzdurnym "Sam-Wiesz-Kto", próbując ludzi nakłonić, by używali jego właściwego nazwiska: Voldemort. -

- Tak. To jest Voldemort. - powiedział Harry. Wszyscy, oprócz najmłodszego pokolenia, się wzdrygnęło.

Profesor McGonagall wzdrygnęła się, ale Dumbledore, który akurat usiłował odkleić z rolki dwa dropsy, zdawał się tego nie zauważyć. - To wszystko staje się takie mętne, kiedy wciąż mówimy "Sam-Wiesz-Kto". Nigdy nie widziałem powodu, by bać się wypowiedzenia prawdziwego nazwiska Voldemorta.

Na chwilę zapadła cisza, nawet James Junior umilkł, aby przemyśleć tę kwestię.

- Właściwie to nie ma żadnego powodu, aby się bać czarnoksiężnika, który ma tak bezsensowne imię i nie jest żadnym Lordem - powiedział na głos. Po czym kontynuował czytanie.

- Wiem. - powiedziała profesor McGonagall tonem, w którym irytacja mieszała się z podziwem. - Ale pan to co innego. Każdy wie, że jest pan jedyną osobą, której boi się Sam-Wie... no, niech już będzie... Voldemort.

- Tak trzymać. - rzekł siwobrody.

- Pochlebia mi pani. - rzekł spokojnie Dumbledore. - Voldemort ma do dyspozycji moce, jakich ja nigdy nie będę miał.

- Bo pan jest... no... zbyt szlachetny, by się nimi posługiwać.

- Wielkie szczęście, że jest ciemno. Nie zarumieniłem się tak od czasu, kiedy pani Pomfrey powiedziała, że podobają się jej moje nauszniki.

- Jakiego były koloru, dyrektorze? - zapytał się Hugo.

- Czerwonego. - odpowiedział zapytany.

Profesor McGonagall rzuciła na niego ostre spojrzenie i powiedziała:

- Sowy to nic w porównaniu z pogłoskami, jakie wszędzie krążą. Wie pan, o czym wszyscy mówią? O przyczynie jego nagłego zniknięcia? O tym, co go w końcu powstrzymało?

Wyglądało na to, że profesor McGonagall poruszyła wreszcie temat, o którym bardzo chciała podyskutować, a był to prawdziwy powód, dla którego czekała na niego na zimnym, twardym murze przez cały dzień. W każdym razie do tej chwili ani jako kot, ani jako kobieta nie utkwiła w Albusie Dumbledore tak świdrującego spojrzenia, jak teraz. Było oczywiste, że cokolwiek mówili „wszyscy", nie zamierzała w to uwierzyć, póki Dumbledore nie powie jej, że to prawda. Lecz Dumbledore odkleił sobie jeszcze jednego dropsa i milczał.

- Te cukierki są pyszne. - rozmarzył się Drops.

- A mówią. - naciskała profesor McGonagall - że zeszłej nocy Voldemort pojawił się w Dolinie Godryka. Chciał odnaleźć Potterów. Krążą pogłoski, że Lily i James Potter... że oni... nie żyją.

- CO TAKIEGO!? - krzyknęli jednocześnie najstarsze pokolenie Potterów i ich przyjaciele.

- To prawda mamo, tato. Nie żyjecie. - powiedział smutno Harry.

- Mam nadzieję, że Syriusz się tobą zaopiekował. - odezwała się Lily.

- Nie mamo. - odpowiedział Harry.

- To, kto? - zapytała blada Lily Evans.

- Dursley'owie? - zapytał pełen obaw Rogacz.

- Tak. - mruknął Harry. Lily wstała podeszła do Albusa Dumbledore krzycząc:

- ALBUSIE PERCIVALU WULFRICU BIRANIE DUMBLEDORE, TY KRETYNIE, IDIOTO! JAK MOGŁEŚ ODDAĆ MOJEGO JEDYNEGO SYNA W RĘCE MOJEJ SIOSTRY!! PRZECIEŻ WIESZ, ŻE ONA NIENAWIDZI MAGII I DURSLEY TEŻ! CO TY MIAŁEŚ W GŁOWIE!!! - krzyczała ruda furia.

- Lily, posłuchaj Harry był tam bezpieczny. Magia krwi... - odezwał się Dumbledore.

- A W DUPIE MAM TWOJĄ MAGIĘ KRWI! - krzyczała starsza ruda.

- Harry - odezwał się cicho Seamus. - Twoja mama jest ostra. - rzekł Seamus. Gdy w miarę wszyscy się uspokoili James Junior kontynuował.

Dumbledore pokiwał głową. Profesor McGonagall westchnęła głęboko.

- Lily i James... Nie mogę w to uwierzyć... Nie chciałam w to uwierzyć... Och, Albusie...

- Och, synku. Dlatego nazwałeś Molly mamą? - zapytała Lily i przytuliła Harry'ego.

- Tak, Molly jest wspaniałą matką i Artur jest wspaniałym ojcem i ich synowe i córka są super może oprócz jednego. Ginny ma piękny uśmiech i te oczy czekoladowe wyglądał jak pyszna czekolada i te rude włosy są piękne. - powiedział Harry do matki

- Harry, pamiętaj Potterowie lubią rude. - odezwał się Rogacz.Ginny nie mogła już wytrzymać i pocałowała namiętnie Harrego w usta

- Możecie przestać! - jeknal James II - możecie wytrzymać 5 minut bez całowania albo trzymacie się za ręce?

Dumbledore wyciągnął rękę i poklepał ją po ramieniu.

- Wiem... wiem... - pocieszał ją cicho.

- To nie wszystko. - oznajmiła profesor McGonagall roztrzęsionym głosem. - Mówią, że próbował zabić syna Potterów, Harry'ego.

- Ciebie próbował zabić? - zapytała szokowała Dorcas.

- Tak. - odpowiedział Harry. A Ginny przytulia się mocno Harrego

Ale... nie mógł. Nie był w stanie uśmiercić małego chłopczyka! Nikt nie wie, dlaczego ani jak, ale mówią, że od tego momentu potęga Voldemorta jakby się załamała... i właśnie dlatego gdzieś zniknął. - Dumbledore pokiwał ponuro głową.

- A więc to... to prawda? - wyjąkała profesor McGonagall. - Po tym wszystkim, co zrobił... Tylu ludzi pozabijał... i nie mógł zabić małego dziecka? To wprost zdumiewające... Tyle się robiło, żeby go powstrzymać, aż tu nagle... Ale... na miłość boską, jak temu Harry'emu udało się przeżyć?

'Bo taka jedna wygłosiła przepowiednię'. Pomyślał Harry.

- Pozostaje nam tylko zgadywać - powiedział Dumbledore. - Może nigdy się nie dowiemy.

Profesor McGonagall wyciągnęła koronkową chusteczkę i zaczęła sobie osuszać oczy pod okularami. Dumbledore wyjął z kieszeni złoty zegarek, przyjrzał mu się i mocno pociągnął nosem. Był to bardzo dziwny zegarek. Miał dwanaście wskazówek, a nie miał w ogóle cyfr; zamiast tego po obwodzie tarczy krążyły maleńkie planety. Dumbledore musiał jednak coś z niego odczytać, bo włożył go z powrotem do kieszeni i rzekł:

- Hagrid się spóźnia. Nawiasem mówiąc, to chyba on ci powiedział, że tutaj będę, tak?

- Hagrid! - ucieszyli się Gryfoni.

- Tak. - przyznała profesor McGonagall. - A możesz mi powiedzieć, dlaczego znalazłeś się akurat tutaj?

- To proste. Chcę zainstalować Harry'ego u jego ciotki i wuja. To jedyna rodzina, jaka mu pozostała.

- Idiota! - nie mogła wytrzymać Lily.

- Ależ, Dumbledore... przecież nie możesz mieć na myśli ludzi, którzy mieszkają tutaj! - zawołała profesor

McGonagall, zrywając się na równe nogi i wskazując na numer czwarty. - Dumbledore... przecież to niemożliwe. Obserwowałam ich przez cały dzień. Trudno o dwoje ludzi, którzy tak by się od nas różnili. I mają syna... sama widziałam, jak kopał matkę na ulicy, wrzeszcząc, żeby mu kupiła cukierki. I Harry Potter miałby tutaj zamieszkać?

- Tu mu będzie najlepiej. - oświadczył stanowczo Dumbledore. - Jego ciotka i wuj będą mogli mu wszystko wytłumaczyć, kiedy trochę podrośnie.

- Nic mi nie powiedzieli. - tym razem to Harry nie wytrzymał.

- Zamorduje cię Dropsie! - warknął wściekły Rogacz.

Napisałem do nich list.

- LIST?! - wydarła się Lily i jej przyjaciółki na czele z Jamesem.

- List? - powtórzyła profesor McGonagall, siadając powrotem na murku. - Dumbledore, czy naprawdę sądzisz, że zdołasz im wszystko wyjaśnić w liście? Przecież ci mugole nigdy go nie zrozumieją! Będzie sławny... stanie się legendą... wcale bym się nie zdziwiła, gdyby odtąd ten dzień nazywano Dniem Harry'ego Pottera... będą o nim pisać książki... każde dziecko będzie znało jego imię!

- Super. Po prostu zajebiście. Nie mam rodziców, a tu proszę Dzień Harry'ego. - jeknal Harry.

- Święta racja. - powiedział Dumbledore, spoglądając na nią z powagą ponad połówkami swoich szkieł. - Dość, by zawróciło w głowie każdemu chłopcu. Słynny, zanim nauczy się chodzić i mówić! Słynny z czegoś, czego nawet nie pamięta! Nie rozumiesz, że będzie lepiej, jak najpierw trochę podrośnie, a dopiero później dowie się o tym wszystkim?

Profesor McGonagall otworzyła usta, ale zmieniła zamiar, przełknęła ślinę i powiedziała:

- Tak... tak, masz rację, oczywiście. Ale jak on tutaj trafi?

Zerknęła na jego płaszcz, jakby pomyślała, że może pod nim ukrywać Harry'ego.

- Hagrid go przyniesie.

- I myślisz, że to... mądre... powierzać Hagridowi tak ważną misję?

- Powierzyłbym mu swoje życie - odparł Dumbledore.

- Hagrid jest spoko. - rzekła Lucy.

- Nie twierdzę, że ma serce po złej stronie - powiedziała z niechęcią profesor McGonagall - ale nie można przymykać oczu na to, że jest trochę... no... beztroski. Nie ma skłonności do...

- Dużych zwierzątek? - mruknął Ron.

Co to było? - Ciszę wokół nich przerwał jakiś warkot. Spojrzeli na ulicę, wypatrując odblasku reflektorów, a warkot narastał i narastał, aż zamienił się w ryk, kiedy oboje spojrzeli w nie­bo, bo właśnie stamtąd nadleciał wielki motocykl, który wylądował tuż przed nimi.

Motocykl miał naprawdę imponujące rozmiary, ale na człowieku, który go dosiadał, nie mogło to robić żadnego wrażenia. Wzrostem dwukrotnie przewyższał normalnego człowieka, a szerszy był przynajmniej pięciokrotnie. Trudno było uwierzyć w jego wymiary, a był przy tym niesamowicie dziki - długie, zmierzwione czarne włosy i broda prawie całkowicie przykrywały mu twarz,

- Głupi Hagrid. - powiedział Draco. Astoria strzeliła go tył głowy.

dłonie miał wielkości pokryw od pojemników na śmieci, a stopy w wysokich, skórzanych butach przypominały małe delfiny. W przepastnych, muskularnych ramionach trzymał małe zawiniątko.

- Hagrid! - powitał go z ulgą Dumbledore. - Nareszcie. Skąd wytrzasnąłeś ten motocykl?

- Pożyczyłem go, panie psorze - odpowiedział olbrzym, złażąc ostrożnie z motocykla. - Od młodego Syriusza Blacka. Mam go, panie psorze.

- To ja mam motocykl? - zapytał się zdumiony Łapa.

- Nie było żadnych trudności?

- Nie, panie psorze... Dom był całkiem rozwalony, ale go wyciągiem, zanim zaroiło się od mugoli. Zasnął, bidula, jak przelatywaliśmy nad Bristolem.

Dumbledore i profesor McGonagall pochylili się nad zawiniątkiem. Wyłaniała się z niego buzia uśpionego niemowlęcia. Na jego czole, pod kępką kruczoczarnych włosów, zobaczyli dziwną bliznę, przypominającą błyskawicę.

- Blizna? Błyskawice? - powiedziała zdumiona Marlena.Harry pokazał bliznę na czole goście przeszłosci zwłaszcza Lily przyłożyła ręce do ust

- To właśnie tu?... - wyszeptała profesor McGonagall.

- Tak. - odrzekł Dumbledore. - Zostanie mu na zawsze.

- Nie możesz czegoś z tym zrobić?

- Nawet gdybym mógł, to bym nie zrobił. Blizny mogą się przydać. Sam mam jedną nad lewym kolanem, jest doskonałym planem londyńskiego metra. No dobrze... daj mi go, Hagrid... miejmy to już za sobą. - Dumbledore wziął Harry'ego w ramiona i zwrócił się w stronę domu Dursley'ów.

- Może... mógłbym się z nim pożegnać, panie psorze? - zapytał Hagrid.

- Dziękuję Hagrid. - wzruszył się Harry

Pochylił swoją wielką, kudłatą głowę nad Harrym i obdarzył go czymś, co musiało być bardzo drapiącym, włochatym pocałunkiem. A potem nagle zawył jak zraniony pies.

- Ciiicho! - syknęła profesor McGonagall. - Obudzisz mugoli!

- Prz-e-e-p-ra-a-a-szam - załkał Hagrid, wydobywając z kieszeni wielką chustkę w kropki i chowając w nią twarz. - Ale n-n-ie mogę w-w-wytrzymać... Lily i James nie żyją... a bidny mały Ha-a-rry ma tu mieszkać mugolami...

- Hagrid to był... jest... będzie ciamajda. - powiedział Draco. Tym razem to Narcyza strzeliła go po głowie.

- A ty byłeś jesteś i będziesz fretka - stwierdził Harry do Dracona

- Tak, tak, to bardzo przygnębiające, ale weź się w garść, Hagrid, bo nas wszystkich złapią. - wyszeptała profesor McGonagall, klepiąc go energicznie po ramieniu, a tymczasem Dumbledore przełazi przez niski murek i podszedł do frontowych drzwi. Położył Harry'ego ostrożnie na schodach, wyjął z płaszcza list, wsunął go między koce, po czym wrócił. Wszyscy troje stali przez równą minutę, patrząc na zawiniątko; ramiona Hagrida dygotały, profesor McGonagall mrugała zawzięcie, a ogniki, które zwykle jarzyły się w oczach Dumbledore'a, przygasły.

- No cóż. - powiedział w końcu Dumbledore - to by było na tyle. Nie ma co tutaj sterczeć. Trzeba gdzieś iść i przyłączyć się do świętowania.

- Taaa. - odezwał się Hagrid stłumionym głosem. - Chiba wezmę i oddam motor Syriuszowi. Dobranoc, pani psor... dobranoc, panie psorze.

Otarłszy oczy rękawem kurtki, Hagrid wskoczył na motocykl i kopnął w pedał zapłonu. Silnik zaryczał i po chwili wehikuł wzniósł się w powietrze i zniknął w ciemnościach nocy.

- Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy, profesor. - powiedział Dumbledore, chyląc przed nią głowę. Profesor McGonagall wydmuchała hałaśliwie nos.

- Niech się Pani dyrektor nie martwi. - powiedzieli jednocześnie Ron, Harry i Fred George.

Dumbledore odwrócił się i pomaszerował ulicą. Na rogu przystanął i wyjął wygaszacz. Tym razem pstryknął nim tylko raz i natychmiast dwanaście świetlistych rac pomknęło ku swoim latarniom, tak że na Privet Drive zrobiło się nagle pomarańczowo. W tym samym momencie zobaczył burego kota, znikającego właśnie za rogiem na drugim końcu uliczki. Dostrzegł też tobołek na schodkach przed drzwiami numeru czwartego.

- Powodzenia, Harry. - mruknął pod nosem, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł, szumiąc połami płaszcza.

- NAWET NIE ZADZWONIŁEŚ DO DRZWI! - krzyczały rudowłose kobiety i Hermiona Luna . - BYŁO ZIMNO, A TY GO PO PROSTU ZOSTAWIŁEŚ! TY NIE JESTEŚ DOBRYM CZŁOWIEKIEM! NIC SIĘ NIE RÓŻNISZ OD ŚMIERCIORŻERCÓW!! - krzyczały. Ginny mruknęła coś do matki Harry'ego, a ta się uśmiechnęła przebiegle i do przyszłej synowej też coś powiedziała.

- Mamo ja to umiem. Sama mnie tego nauczyłaś. - odezwała się Lily Luna.

- Jesteś w tym mistrzynią. - uśmiechela się Olivia.

- Ja i Olivia też to umiemy, bo sama nas nauczyłaś. - stwierdziła dumnie Amelia.

- To na trzy! Raz... Dwa... TRZY! - krzyknęły i rzuciły w dyrektora upiorogacka, że sobie nie poradził i upadł ciężko na podłogę. Wszystkim opadły szczęki

- To za zostawieniem mojego syna u mojej siostry! - warknęła Evansówna. - Ginny musisz mnie tego nauczyć. - poprosiła.

- Nie ma sprawy, moja teściowo. - powiedziała Ginny i mrugnęła do Lily.

- Dobrze synowo. - odpowiedziała Lily i obie parsknęły śmiechem. James Junior parsknął śmiechem, a po chwili kontynuował.

Lekki wiaterek zatrzepotał listkami równo przyciętego żywopłotu przy Privet Drive. Uśpiona, schludna uliczka nie kojarzyła się ani na trochę z miejscem, w którym mo­głyby się dziać tak zdumiewające rzeczy. Harry Potter przewrócił się na bok wewnątrz tobołka, ale nawet nie otworzył oczu. Mała rączka zacisnęła się na liście i spał dalej, nie wiedząc, że jest kimś niezwykłym, nie wiedząc, że jest sławny, nie wiedząc, że za kilka godzin zostanie obudzony wrzaskiem pani Dursley, otwierającej drzwi, by zabrać butelki z mlekiem, ani tego, że przez następne kilka tygodni będzie szturchany i szczypany przez swojego kuzyna Dudley'a... Nie mógł wiedzieć, że w tym samym momencie różni ludzie, spotykający się potajemnie w róż­nych miejscach kraju, wznosili szklanki i mówili przytłu­mionym głosem:

- Za Harry'ego Pottera... za chłopca, który przeżył!

- Koniec rozdziału. - oznajmił James Junior.

- James teraz ja. - powiedziała Lily Luna.

- Łap siostra. - odpowiedział James Junior.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...