-
Pierwsza książka to "Harry Potter i Kamień Filozoficzny". -
powiedział Dumbledore. - Jamesie Juniorze przeczytasz? - zapytał się dyrektor.
-
Jasne - odpowiedział wymieniony chłopak. - Rozdział Pierwszy - Chłopiec, który
przeżył
Państwo
Dursley'owie spod numeru czwartego przy Privet Drive mogli z dumą twierdzić, że
są całkowicie normalni, chwała Bogu.
-
Dursley? - zapytała Lily. - Tak nazywa się chłopak mojej siostry. - mruknela
panna Evans.
Byli
ostatnimi ludźmi, których można by posądzić o udział w czymś dziwnym lub
tajemniczym, bo po prostu nie wierzyli w takie bzdury.
-
Bzury? - pytał się Colin.
-
Chodzi o magię. - oznajmił Harry.
Pan
Dursley był dyrektorem firmy Grunnings produkującej świdry.
-
Świdry? - zapytali Oliver.
-
Później ci wyjaśnię. - odpowiedziała starsza rudowłosa Lily.
Był
to rosły, otyły mężczyzna pozbawiony szyi, za to wyposażony w wielkie wąsy.
-
Wieloryb. - odezwał się Ron. Bliźniacy i Huncwoci parsknęli śmiechem.
Natomiast
pani Dursley była drobną blondynką i miała szyję dwukrotnie dłuższą od
normalnej, co bardzo jej pomagało w życiu, ponieważ większość dnia spędzała na
podglądaniu sąsiadów.
-
Żyrafa. - rzekł Harry. Huncwoci, bliźniacy Prewett i młode pokolenie parsknęło
śmiechem.
Syn
Dursley'ów miał na imię Dudley, a rodzice uważali go za najwspanialszego
chłopca na świecie.
-
Chyba prosię... - zaczął Fred.
-
W peruce. - skończył George.
Dursley'owie
mieli wszystko, czego dusza zapragnie, ale mieli też swoją tajemnicę i nic nie
budziło w nich większego przerażenia, jak myśl, że może zostać odkryta.
Uważali, że znaleźliby się w sytuacji nie do zniesienia, gdyby ktoś dowiedział
się o istnieniu Potterów. Pani Potter była siostrą pani Dursley,
-
Tak Liluś, wiedziałem, że wyjdziesz za mnie. - mówił szczęśliwy Rogacz
-
Jak to tego doszło? - jęknęła panna Evans.
-
Dzięki mojej urokowi osobistemu. - powiedział dumny Rogacz.
ale
nie widziały się od wielu lat. Prawdę mówiąc, pani Dursley udawała, że w ogóle
nie ma siostry, ponieważ pani Potter i jej żałosny mąż byli ludźmi całkowicie
innego rodzaju.
Rogacz
prychnął.
Dursley'owie
wzdrygali się na samą myśl, co by powiedzieli sąsiedzi, gdyby Potterowie
pojawili się na ich ulicy. Oczywiście wiedzieli, że Potterowie też mają synka,
ale nigdy nie widzieli go na oczy i z całą pewnością nie chcieli go nigdy
oglądać.
-
Niestety musieli. - mruknął Harry.
Ten
chłopiec był jeszcze jednym powodem, by Dursley'owie trzymali się jak najdalej
od Potterów; nie życzyli sobie, by Dudley przebywał w towarzystwie takiego
dziecka.
-
Jak oni tak powiedzieć o naszych dziadkach? - oburzyli sie James, Albus i Lily.
James i Lily się do wnuków uśmiechnęli.
Kiedy
Dursley'owie obudzili się rano w pewien nudny, szary wtorek, od którego zaczyna
się nasza opowieść, w zachmurzonym niebie nie było niczego, co by zapowiadało
owe dziwne i tajemnicze rzeczy, które miały się wkrótce wydarzyć w całym kraju.
Pan Dursley nucił coś pod nosem, zawiązując swój najnudniejszy krawat,
-
Wielorybem jestem wielorybem jestem!! - zaśpiewali Fred James i Louis. Wszyscy
parsknęli śmiechem.
a
pani Dursley wyrwała się na chwilę z domu na plotki, gdy tylko udało się jej
wepchnąć wrzeszczącego Dudley'a do dziecinnego krzesła na wysokich nogach.
-
Głupi bachor. - mruknął Ron.
Żadne
z nich nie zauważyło wielkiej, brązowej sowy, która przeleciała za oknem.
O
wpół do dziewiątej pan Dursley chwycił neseser, musnął wargami policzek pani
Dursley
-
Ohyda. - krzywiła się Marlena .
i
spróbował pocałować na pożegnanie Dudley'a, ale mu się to nie udało, bo Dudley
miał akurat napad szału i opryskiwał ściany owsianką.
Fuj!
- krzyknęły wszystkie dziewczyny.
-
Nieznośny bachor. - zarechotał pan Dursley, wychodząc z domu. Wsiadł do
samochodu i wyjechał tyłem sprzed numeru czwartego na Privet Drive.
-
Pff, ale on głupi - oburzyła się czwartoroczna Gryfonka.
Na
rogu ulicy dostrzegł pierwszą oznakę pewnej nienormalności - kota studiującego
jakąś mapę. Dopiero po chwili do pana Dursley'a dotarło to, co zobaczył, więc
obrócił gwałtownie głowę, by spojrzeć jeszcze raz. Na rogu Privet Drive
rzeczywiście stał bury kot, ale nie studiował żadnej mapy.
-
Kot studiował mapę, on już ma urojenia. - zardwil Łapa.
Co
mógł sobie pomyśleć pan Dursley? To, co pomyślałby każdy rozsądny człowiek
- że musiało to być jakieś złudzenie optyczne. Zamrugał parę razy i utkwił
spojrzenie w kocie, a kot utkwił spojrzenie w nim.
-
To Miłość od pierwszego wejrzenia. - stwierdził Fred II .
Pan
Dursley skręcił na rogu ulicy i wjechał na szosę, obserwując kota w lusterku.
Kot odczytywał teraz napis PRIVET DRIVE - nie, tylko wpatrywał
się w tabliczkę z tym napisem, bo przecież koty nie potrafią czytać,
a tym bardziej studiować map.
-
Kot se patrzy i co w tym dziwnego? - pytał Lunio młodszy.
Pan
Dursley otrząsnął się lekko i wyrzucił kota z myśli. Kiedy zbliżał się do
miasta, po głowie chodziło mu już tylko wielkie zamówienie na świdry, które
miał dzisiaj otrzymać.
-
Świdra, to ty masz w mózgu Dursley. - powiedział Bill.
Na
skraju miasta został jednak zmuszony do zapomnienia o świdrach. Kiedy utkwił w
normalnym porannym korku ulicznym, nie mógł nie zauważyć, że naokoło jest
mnóstwo dziwacznie ubranych ludzi. Ludzi w pelerynach.
-
Może cyrk przyjechał? - zapytał Hugo.
Pan
Dursley nie znosił ludzi ubierających się śmiesznie, na przykład młodych ludzi
w tych wszystkich cudacznych strojach.
-
Model się znalazł. - obezwala się Victoire .
Doszedł
do wniosku, że to jakaś nowa, głupia moda. Zabębnił palcami w kierownicę i
wówczas jego spojrzenie padło na stojącą w pobliżu grupkę tych dziwaków.
Szeptali między sobą, wyraźnie podnieceni. Pan Dursley stwierdził z oburzeniem,
że niektórzy wcale nie są młodzi; o, ten mężczyzna na pewno jest starszy od
niego, a ma na sobie szmaragdowozieloną pelerynę!
-
I co z tego? - zapytała Alicja I.
Trzeba
mieć naprawdę czelość! Po chwili przyszło mu jednak na myśl, że to jakiś wygłup
- ci ludzie po prostu przeprowadzają zbiórkę na jakiś równie bzdurny cel...
tak, na pewno o to chodzi. Sznur samochodów ruszył i kilka minut później pan
Dursley wjechał na parking firmy Grunnings, a w jego myślach z powrotem
zagościły świdry.
-
On już ma świdra. - zardwil Lee.
W
swoim gabinecie na dziewiątym piętrze pan Dursley zawsze siedział plecami do
okna. Tego dnia okazało się to okolicznością sprzyjającą, bo gdyby siedział
przodem, trudno by mu było skupić się na świdrach. Nie widział sów przelatujących
jawnie w biały dzień, choć widzieli je ludzie na ulicy; pokazywali je sobie
palcami i gapili się na nie z otwartymi ustami. Większość z nich jeszcze nigdy
nie widziała sowy, nawet w nocy.
-
Uwaga ludzie! Sensacja! Goście nie wiedzieli sów w nocy!! - krzyknął Lee głosem
komentatora.
-
Jordan, złaź ze stołu!! - zawołała Minerwa.
Natomiast
pan Dursley przeżył normalne, całkowicie wolne od sów przedpołudnie.
Nawrzeszczał po kolei na pięciu pracowników. Odbył kilka ważnych rozmów
telefonicznych, a potem znowu na kogoś nawrzeszczał.
-
Typowy dzień wuja Vernona. - stwierdził Harry
Był
w wyśmienitym nastroju aż do pory lunchu, kiedy pomyślał, że dobrze by było
wyprostować nogi, przejść się na drugą stronę ulicy i kupić sobie w piekarni
bułkę z rodzynkami.Dawno już zapomniał o ludziach w pelerynach, kiedy nagle
natknął się na nich tuż obok piekarni. Zmierzył ich gniewnym spojrzeniem. Nie
bardzo wiedział dlaczego, ale budzili w nim niepokój.
-
Uwaga ludzie, kryjcie się, bo Vernona chcą zjeść! - krzyknął Łapa. Wszyscy
wybuchnęli śmiechem nie pomijając nauczycieli.
W
tej grupce również szeptano o czymś z ożywieniem, ale nie zauważył, by ktoś
miał w ręku puszkę do zbierania datków. Dopiero kiedy wyszedł ze sklepu, niosąc
torbę z wielkim kawałem ciasta z orzechami, usłyszał strzępy rozmowy.
-
...Potterowie, zgadza się, ja też o tym słyszałem...
-
...tak, to ich syn, Harry...
-
O co chodzi? - zapytali jednocześnie James i Lily (jeszcze Evans) Potter
-
Dowiecie się. - odpowiedział James junior.
Pan
Dursley zatrzymał się, jakby mu nogi wrosły w chodnik. Poczuł falę lęku.
Spojrzał przez ramię na dziwnie ubranych osobników, jakby chciał ich o coś
zagadnąć, ale się rozmyślił.
Przeszedł
pospiesznie przez ulicę, wjechał windą na dziewiąte piętro, warknął na swoją
sekretarkę, żeby mu nikt nie przeszkadzał, złapał za słuchawkę telefonu i już
prawie wykręcił numer do domu, kiedy znowu się rozmyślił. Odłożył słuchawkę i
zaczął gorączkowo myśleć, szarpiąc wąsy.
-
Może telefon do przyjaciela? - zastanawiała się na głos Amelia.
Nie,
nie dajmy się zwariować... W końcu nie ma w tym nic niezwykłego! Mnóstwo ludzi
może się nazywać Potter i mieć syna Harry'ego. A kiedy zaczął się nad tym
zastanawiać, doszedł do wniosku, że nie jest nawet pewny, czy syn jego
szwagierki ma na imię Harry.
-
Oni nie wiedzieli, jak masz na imię? - zapytała szokowania Hermiona. Harry
tylko wzruszył ramionami
Nigdy
go nie widział. Bardzo możliwe, że nazywa się Harvey.
-
Ohyda. - powiedziała Ginny.
Albo
Harold.
-
Jeszcze większa ohyda. - dodała Ginny.
Nie
ma powodu, by niepokoić panią Dursley; każde wspomnienie o siostrze zawsze ją
przygnębiało. Nie miał jej tego za złe - ostatecznie, gdyby on miał
taką siostrę... Ale mimo wszystko, ci ludzie w pelerynach...
-
Ma siostrę głupszą od niego, a nawet do jednego worka by się oboje nie
zmieścili. - oznajmił Harry. Kilka osób parsknęło wymuszonym śmiechem.
Tego
popołudnia było mu trochę trudniej skupić się na świdrach, a kiedy o piątej
opuszczał firmę, był w takim stanie, że wpadł na kogoś tuż za drzwiami.
-
Przykro mi - mruknął, gdy drobny staruszek, na którego wpadł, zatoczył się i
prawie upadł. Dopiero po kilku sekundach uświadomił sobie, że staruszek ma na
sobie fioletową pelerynę.
-
A z czego? - zdziwił się Remus młodszy.
I
wcale nie sprawiał wrażenia rozgniewanego tym, że ktoś o mało co nie powalił go
na ziemię. Przeciwnie, na jego twarzy zakwitł szeroki uśmiech i zaskrzeczał
tak, że przechodnie zaczęli się oglądać:
-
Niech szanownemu panu nie będzie przykro, bo dzisiaj nic nie może zepsuć mi
humoru! Ciesz się pan ze mną, bo już nie ma Sam-Wiesz-Kogo!
-
Juhu! - ucieszył się Łapa
Wszyscy
powinni się cieszyć, nawet mugole tacy jak pan! Bo to szczęśliwy, ach, jak
szczęśliwy dzień! - Po czym uściskał pana Dursley'a serdecznie i odszedł. Pana
Dursley'a całkowicie zamurowało.
-
Zamurować go możemy. - powiedzieli bliźniaki Skamander.
Został
uściskany przez zupełnie nieznajomego człowieka! I nazwano go mugolem,
cokolwiek miało to znaczyć. Był wstrząśnięty. Pobiegł do samochodu i ruszył w
drogę do domu,
-
Koniec świata!! - krzyknął Ted.
mając
nadzieję, że coś mu się przywidziało, a zdarzyło mu się to po raz pierwszy w
życiu, bo nie pochwalał wybujałej wyobraźni. Kiedy wjechał na podjazd przed
numerem czwartym, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył - i wcale mu to nie poprawiło
nastroju - był bury kot, którego spostrzegł dzisiaj rano. Teraz kot siedział na
murku otaczającym ich ogród. Był pewny, że to ten sam kot, bo miał takie same
ciemniejsze obwódki wokół oczu.
-
Siooo! - krzyknął pan Dursley. Kot nawet nie drgnął, tylko zmierzył go chłodnym
spojrzeniem.
-
Dobry kotek. - powiedział Albus.
Czy
tak się zachowują normalne koty? Pan Dursley wzdrygnął się i wszedł do domu.
Nadal nie zamierzał wspominać o tym wszystkim żonie.
Pani Dursley spędziła normalny, całkiem miły dzień. Podczas obiadu opowiedziała
mu o problemach, jakie ma sąsiadka ze swoją córką, i o tym, że Dudley nauczył
się nowego słowa („nie chcę!").
-
Nie... - zaczął Fred.
-
Chcę... - ciągnąć George
-
Być mądry. - skończyli razem.
Pan
Dursley starał się zachowywać normalnie. Kiedy w końcu udało im się zapakować
Dudley'a do łóżeczka, wszedł do saloniku i zdążył na koniec dziennika
wieczornego.
- I
ostatnia wiadomość. Obserwatorzy ptaków donoszą o bardzo dziwnym zachowaniu
krajowych sów. Choć normalnie sowy polują w nocy i nie widzi się ich w ciągu
dnia, z setek doniesień wynika, że dzisiaj sowy latały we wszystkich kierunkach
od samego rana.
-
Zwariowany dzień. - stwierdził Łapa. - I dobrze .
Specjaliści
nie są w stanie wyjaśnić, dlaczego sowy tak nagle zmieniły swoje zwyczaje. -
Tu spiker pozwolił sobie na uśmiech. - To bardzo tajemnicza sprawa. A
teraz posłuchajmy, co Jim McGuffin ma do powiedzenia o pogodzie. Jim, czy tej
nocy zanosi się na jakiś deszcz sów?
-
No cóż. - odpowiedział facet od pogody. - nie bardzo się na tym znam, ale wiem,
że nie tylko sowy zachowywały się dziś bardzo dziwnie.
-
U nas to normalne. - powiedział Seamus
-
A u mugoli nie. - odpowiedziała Lily Potter.
Dzwonili
do mnie telewidzowie z Kentu, Yorkshire i Dundee, mówiąc, że zamiast obiecanego
przez mnie deszczu mieli prawdziwą ulewę meteorytów! Może niektórzy wcześniej
zaczęli obchodzić Noc Sztucznych Ogni? Ludzie, to dopiero w przyszłym tygodniu!
Ale mogę wam obiecać, że w nocy będzie padało.
Pan
Dursley poczuł się bardzo niepewnie. Meteoryty nad całą Anglią? Sowy latające w
biały dzień? Tajemniczy osobnicy w pelerynach? I to szeptanie... szeptanie o
Potterach...
-
Ok, robi się dziwnie. - powiedział Rogacz.
Do
saloniku weszła pani Dursley, niosąc dwie filiżanki herbaty. Nie, tak nie
można. Powinien z nią porozmawiać. Odchrząknął nerwowo.
-
Eee... Petunio, kochanie... nie miałaś ostatnio wiadomości od swojej siostry?
-
Nie rozmawiamy ze sobą. - mruknela ze smutkiem Lily.
Jak
się spodziewał, pani Dursley spojrzała na niego wzrokiem zdumionego bazyliszka.
Zwykle udawali, że nie ma siostry.
-
Nie. - odpowiedziała ostrym tonem. - Dlaczego pytasz?
-
Dziwne rzeczy były w dzienniku. - wymamrotał pan Dursley. - Sowy... spadające
gwiazdy... a w mieście widziałem mnóstwo cudacznie poubieranych ludzi...
-
No i co? - warknęła pani Dursley.
-
Petunia się zdenerwowała. - odezwał się Łapa i parsknął śmiechem.
-
Cóż, tak sobie pomyślałem... może... może to ma coś wspólnego z... no wiesz...
jej towarzystwem. - Pani Dursley wessała łyk herbaty przez zaciśnięte wargi.
Pan Dursley zastanawiał się, czy powiedzieć jej, że słyszał nazwisko
„Potter".
-
To fajne nazwisko. - oznajmiła Olivia. Wszyscy popatrzyli na nią zdumieli.
Uznał,
że byłoby to zbyt śmiałe posunięcie. Zamiast tego powiedział, siląc się na
obojętność:
-
Ich syn... musi być teraz w wieku Dudley'a, prawda?
-
Tak przypuszczam. - odpowiedziała sucho pani Dursley.
-
Sucho to mają kwiatki. - zardwil Harry.
-
Zaraz, jak on ma na imię? Howard, tak?
-
Harry. Obrzydliwe, pospolite imię.
-
Ja ci dam obrzydliwe imię! - powiedział wściekły Rogacz.
-
To piękne imię. - powiedziała pani Weasley.
-
Dziękuję mamo. - odpowiedział Harry. Wszyscy Weasley'owie popatrzyli szczęśliwi
na Harry'ego.
-
Harry kochanie czemu nazwałeś Molly mamą? - zapytała z ciekawości Lily.
-
Mamo będzie o tym w książce. - odpowiedział Harry.
-
Och, kochaneczku kochany zawsze marzyłam odkąd cię spotkałam, żebyś mnie tak
nazwał i to drugi raz ciągu kilku minut . - rzekła Molly.
-
Ja też. - dodał Artur.
-
Skoro mówisz, że wszystko się wyjaśni, to musi być prawda. - powiedział Rogacz.
-
Och, tak... - mruknął pan Dursley, a serce w nim zamarło. - Tak, zgadzam się z
tobą całkowicie. - Poszli na górę i więcej już o tym nie wspominał. Kiedy pani
Dursley zamknęła się w łazience, pan Dursley podkradł się do okna sypialni i zerknął
na ogród przed domem. Kot wciąż tam siedział. Wpatrywał się w Privet Drive,
jakby na coś czekał. Czyżby miał halucynacje?
-
Masz i to duże. - mówiła Alicja Spinet.
I
czy może to mieć coś wspólnego z Potterami? Bo gdyby tak... gdyby się okazało,
że są spokrewnieni z jakimiś... Nie, tego by chyba nie zniósł. Położyli się do
łóżka. Pani Dursley szybko zasnęła, ale pan Dursley leżał i rozmyślał o tym
wszystkim. W końcu doszedł do wniosku, że nawet gdyby Potterowie mieli z
tym coś wspólnego, nie było powodu, by niepokoili jego i panią Dursley.
-
Ona mnie nie cierpli. - mruknela panna Evans.
Dobrze
wiedzieli, co on i Petunia myślą o nich i o ludziach ich pokroju... Trudno
sobie wyobrazić, w jaki sposób on i Petunia mogliby zostać wplątani w coś, do
czego może dojść... Poczuł ulgę, ziewnął i przewrócił się na bok. Nie, nas to
nie może dotyczyć...
Jak
bardzo się mylił!
Pan
Dursley zapadł w niezbyt zresztą spokojny sen, ale kot na murku nie okazywał
najmniejszych oznak senności. Siedział tam, nieruchomy jak posąg, z oczami
utkwionymi w dalekim końcu Privet Drive. Nawet nie drgnął, kiedy w sąsiedniej
uliczce trzasnęły drzwi samochodu, ani kiedy dwie sowy przeleciały mu nad
głową. Nie poruszył się aż do północy.
-
Nocna impreza! Kocia się szykuje. - powiedział Fred Junior.
Na
rogu, który z taką uwagą obserwował kot, pojawił się jakiś człowiek. Pojawił
się tak nagle i bezszelestnie, iż można było pomyśleć, że wyrósł spod ziemi.
Ogon kota drgnął, a oczy mu się zwęziły. Jeszcze nigdy ktoś taki nie pojawił
się na Privet Drive. Był to wysoki, chudy mężczyzna, bardzo stary, sądząc po
brodzie i srebrnych włosach, które opadały mu aż do pasa.
-
Ten opis pasuje do profesora Dumbledore'a. - rzekła Katie.
Miał
na sobie sięgający ziemi purpurowy płaszcz i długie buty na wysokim obcasie.
Zza połówek okularów błyskały jasne, niebieskie oczy, a bardzo długi i
zakrzywiony nos sprawiał wrażenie, jakby był złamany w przynajmniej dwóch
miejscach. Nazywał się Albus Dumbledore.
-
Masz dyrko! - krzyknęli uczniowie
Albus
Dumbledore zdawał się nie mieć zielonego pojęcia o tym, że właśnie przybył na
ulicę, na której to wszystko - od jego nazwiska po dziwaczne buty - było bardzo
źle widziane. Z zapałem grzebał w płaszczu, najwyraźniej czegoś szukając. Nie
zdawał sobie też sprawy z tego, że od dłuższego czasu jest obserwowany, aż
nagle podniósł głowę i zobaczył kota, który wciąż wpatrywał się w niego z
drugiego końca uliczki. Zacmokał i mruknął:
-
Mogłem się tego spodziewać.
-
Czego? - zapytała Rose.
Znalazł
to, czego szukał, w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyglądało jak srebrna
zapalniczka. Otworzył to, uniósł i pstryknął. Najbliższa latarnia zgasła z
lekkim trzaskiem. Pstryknął znowu - następna latarnia mrugnęła i zgasła.
-
Super! - krzyknęli Huncwoci 1.0 i Huncwoci 2.0 oraz bliźniaczy
-
Dyrektorze, pożyczy pan nam to? - zapytali wyżej wymienieni. - I gdzie pan to
kupił? - dodali.
-
Sam zrobiłem. - odpowiedział Dumbledore.
-
Super! - krzyknęli wszyscy, a Ron zaśmiał się nerwowo.
Pstrykał
Wygaszaczem dwanaście razy, aż jedynymi światłami na ulicy pozostały dwa
maleńkie punkciki - oczy obserwującego go kota. Gdyby ktoś wyjrzał teraz przez
okno - nawet gdyby to była pani Dursley - nie byłby w stanie dostrzec, co się
dzieje na ulicy. Dumbledore wsunął wygaszacz za pazuchę i ruszył w kierunku
numeru czwartego, gdzie przysiadł na murku obok kota. Nie spojrzał na niego,
ale po chwili przemówił:
-
Co za spotkanie, profesor McGonagall!
-
Pani profesor! - krzyknęli wszyscy zdumieli.
Odwrócił
głowę, by uśmiechnąć się do burego kota, ale ten gdzieś zniknął. Zamiast tego
uśmiechał się do nieco srogo wyglądającej kobiety w prostokątnych okularach,
których kształt był identyczny z ciemnymi obwódkami wokół oczu kota. Ona też
miała na sobie długi płaszcz, tyle że szmaragdowy. Czarne włosy upięła w
ciasny, bułeczkowaty kok. Wyglądała na bardzo wzburzoną.
-
Skąd pan wiedział, że to ja? - zapytała.
-
Właśnie! - zawołali uczniowie.
-
Ależ, droga pani profesor, nigdy nie widziałem kota, który by siedział tak
sztywno.
Wszyscy
parsknęli śmiechem
-
To jak... - zaczął Fred.
-
Nasz brat... - ciągnął George.
-
Percy, który... - ciągnął Fred.
-
Od małego... - ciągnął George.
-
Był sztywniakiem. - skończyli razem.
-
Kretyn. - mruknęła Ginny.
-
Idiota. - dodał Ron.
-
Sam by pan zesztywniał, gdyby panu przyszło siedzieć na murze przez cały
dzień. - odpowiedziała profesor McGonagall.
-
Cały dzień? I w ogóle pani nie świętowała?
-
Ale co ma świętować? - zapytał się Rogacz.
-
Niedługo się tego dowiecie. - odezwał się Harry.
Idąc
tutaj, musiałem wpaść na chyba z tuzin biesiad i przyjęć. - Profesor McGonagall
prychnęła ze złością.
-
Och, tak, wiem, wszyscy świętują. Można by pomyśleć, że powinni być trochę
ostrożniejsi, ale nie... Nawet mugole zauważyli, że coś się święci. Mówili o
tym w wieczornych wiadomościach. - Wskazała podbródkiem ciemne okna salonu
państwa Dursley'ów. - Sama słyszałam. Stada sów... spadające gwiazdy... Nie są
aż takimi głupcami. Muszą coś zauważyć. Spadające gwiazdy w Kencie! Mogę się
założyć, że to sprawka Dedalusa Diggle. Nigdy nie odznaczał się rozsądkiem.
-
Kretyn. - mruknął Snape.
-
Trudno mieć do niego pretensję - stwierdził łagodnie Dumbledore. - W końcu
przez całe jedenaście lat niewiele mieliśmy okazji do świętowania.
-
Wiem. - powiedziała ze złością profesor McGonagall. - To jednak nie powód, żeby
całkowicie tracić głowę. Ludzie nie zachowują najmniejszej ostrożności, łażą po
ulicach w biały dzień, nawet nie raczą się przebrać w stroje mugoli, wymieniają
pogłoski.
-
Jakie pogłoski? - zapytał się młodszy Remus.
Spojrzała
na Dumbledore'a z ukosa, jakby oczekiwała, że coś na to powie, ale milczał,
więc ciągnęła dalej:
-
Tego tylko brakuje, żeby w tym samym dniu, w którym w końcu zniknął
Sam-Wiesz-Kto, mugole dowiedzieli się o nas wszystkich. Dumbledore, mam
nadzieję, że on naprawdę zniknął, co?
-
Voldek zniknął? - pytała zdumiona Dorcas.
-
Na to wszystko wskazuje - odpowiedział Dumbledore. - Mamy za co być wdzięczni.
Może ma pani ochotę na cytrynowego dropsa?
-
Na co?
-
Na cytrynowego dropsa. To takie cukierki mugoli, które bardzo lubię.
Cała
Wielka Sala nie wytrzymała i zaczęła się śmiać, a profesorka tylko przewróciła
oczami.
-
Nie, dziękuję. - odpowiedziała chłodno profesor McGonagall, jakby chciała
podkreślić, że nie jest to odpowiedni moment na cytrynowe dropsy. - Jak mówię,
nawet jeśli Sam-Wiesz-Kto rzeczywiście zniknął...
-
Droga pani profesor, czy taka rozsądna osoba jak pani nie mogłaby dać sobie
spokoju z tą dziecinadą? Przez jedenaście lat walczyłem z tym bzdurnym
"Sam-Wiesz-Kto", próbując ludzi nakłonić, by używali jego właściwego
nazwiska: Voldemort. -
-
Tak. To jest Voldemort. - powiedział Harry. Wszyscy, oprócz najmłodszego
pokolenia, się wzdrygnęło.
Profesor
McGonagall wzdrygnęła się, ale Dumbledore, który akurat usiłował odkleić z
rolki dwa dropsy, zdawał się tego nie zauważyć. - To wszystko staje się takie
mętne, kiedy wciąż mówimy "Sam-Wiesz-Kto". Nigdy nie widziałem
powodu, by bać się wypowiedzenia prawdziwego nazwiska Voldemorta.
Na
chwilę zapadła cisza, nawet James Junior umilkł, aby przemyśleć tę kwestię.
-
Właściwie to nie ma żadnego powodu, aby się bać czarnoksiężnika, który ma tak
bezsensowne imię i nie jest żadnym Lordem - powiedział na głos. Po czym
kontynuował czytanie.
-
Wiem. - powiedziała profesor McGonagall tonem, w którym irytacja mieszała się z
podziwem. - Ale pan to co innego. Każdy wie, że jest pan jedyną osobą, której
boi się Sam-Wie... no, niech już będzie... Voldemort.
-
Tak trzymać. - rzekł siwobrody.
-
Pochlebia mi pani. - rzekł spokojnie Dumbledore. - Voldemort ma do dyspozycji
moce, jakich ja nigdy nie będę miał.
-
Bo pan jest... no... zbyt szlachetny, by się nimi posługiwać.
-
Wielkie szczęście, że jest ciemno. Nie zarumieniłem się tak od czasu, kiedy
pani Pomfrey powiedziała, że podobają się jej moje nauszniki.
-
Jakiego były koloru, dyrektorze? - zapytał się Hugo.
-
Czerwonego. - odpowiedział zapytany.
Profesor
McGonagall rzuciła na niego ostre spojrzenie i powiedziała:
-
Sowy to nic w porównaniu z pogłoskami, jakie wszędzie krążą.
Wie pan, o czym wszyscy mówią? O przyczynie jego nagłego zniknięcia? O tym, co
go w końcu powstrzymało?
Wyglądało
na to, że profesor McGonagall poruszyła wreszcie temat, o którym bardzo chciała
podyskutować, a był to prawdziwy powód, dla którego czekała na niego na zimnym,
twardym murze przez cały dzień. W każdym razie do tej chwili ani jako kot, ani
jako kobieta nie utkwiła w Albusie Dumbledore tak świdrującego spojrzenia, jak
teraz. Było oczywiste, że cokolwiek mówili „wszyscy", nie zamierzała w to
uwierzyć, póki Dumbledore nie powie jej, że to prawda. Lecz Dumbledore odkleił
sobie jeszcze jednego dropsa i milczał.
-
Te cukierki są pyszne. - rozmarzył się Drops.
-
A mówią. - naciskała profesor McGonagall - że zeszłej nocy Voldemort pojawił
się w Dolinie Godryka. Chciał odnaleźć Potterów. Krążą pogłoski, że Lily i
James Potter... że oni... nie żyją.
-
CO TAKIEGO!? - krzyknęli jednocześnie najstarsze pokolenie Potterów i ich
przyjaciele.
-
To prawda mamo, tato. Nie żyjecie. - powiedział smutno Harry.
-
Mam nadzieję, że Syriusz się tobą zaopiekował. - odezwała się Lily.
-
Nie mamo. - odpowiedział Harry.
-
To, kto? - zapytała blada Lily Evans.
-
Dursley'owie? - zapytał pełen obaw Rogacz.
-
Tak. - mruknął Harry. Lily wstała podeszła do Albusa Dumbledore krzycząc:
-
ALBUSIE PERCIVALU WULFRICU BIRANIE DUMBLEDORE, TY KRETYNIE, IDIOTO! JAK MOGŁEŚ
ODDAĆ MOJEGO JEDYNEGO SYNA W RĘCE MOJEJ SIOSTRY!! PRZECIEŻ WIESZ, ŻE ONA
NIENAWIDZI MAGII I DURSLEY TEŻ! CO TY MIAŁEŚ W GŁOWIE!!! - krzyczała ruda furia.
-
Lily, posłuchaj Harry był tam bezpieczny. Magia krwi... - odezwał się
Dumbledore.
-
A W DUPIE MAM TWOJĄ MAGIĘ KRWI! - krzyczała starsza ruda.
-
Harry - odezwał się cicho Seamus. - Twoja mama jest ostra. - rzekł Seamus. Gdy
w miarę wszyscy się uspokoili James Junior kontynuował.
Dumbledore
pokiwał głową. Profesor McGonagall westchnęła głęboko.
-
Lily i James... Nie mogę w to uwierzyć... Nie chciałam w to uwierzyć... Och,
Albusie...
-
Och, synku. Dlatego nazwałeś Molly mamą? - zapytała Lily i przytuliła
Harry'ego.
-
Tak, Molly jest wspaniałą matką i Artur jest wspaniałym ojcem i ich synowe i
córka są super może oprócz jednego. Ginny ma piękny uśmiech i te oczy
czekoladowe wyglądał jak pyszna czekolada i te rude włosy są piękne. -
powiedział Harry do matki
- Harry, pamiętaj Potterowie lubią rude. - odezwał się Rogacz.Ginny nie mogła już wytrzymać i pocałowała namiętnie Harrego w usta
-
Możecie przestać! - jeknal James II - możecie wytrzymać 5 minut bez całowania
albo trzymacie się za ręce?
Dumbledore
wyciągnął rękę i poklepał ją po ramieniu.
-
Wiem... wiem... - pocieszał ją cicho.
-
To nie wszystko. - oznajmiła profesor McGonagall roztrzęsionym głosem. - Mówią,
że próbował zabić syna Potterów, Harry'ego.
-
Ciebie próbował zabić? - zapytała szokowała Dorcas.
-
Tak. - odpowiedział Harry. A Ginny przytulia się mocno Harrego
Ale...
nie mógł. Nie był w stanie uśmiercić małego chłopczyka! Nikt nie wie, dlaczego
ani jak, ale mówią, że od tego momentu potęga Voldemorta jakby się załamała...
i właśnie dlatego gdzieś zniknął. - Dumbledore pokiwał ponuro głową.
-
A więc to... to prawda? - wyjąkała profesor McGonagall. - Po
tym wszystkim, co zrobił... Tylu ludzi pozabijał... i nie mógł zabić małego
dziecka? To wprost zdumiewające... Tyle się robiło, żeby go powstrzymać, aż tu
nagle... Ale... na miłość boską, jak temu Harry'emu udało się przeżyć?
'Bo
taka jedna wygłosiła przepowiednię'. Pomyślał Harry.
-
Pozostaje nam tylko zgadywać - powiedział Dumbledore. - Może nigdy się nie
dowiemy.
Profesor
McGonagall wyciągnęła koronkową chusteczkę i zaczęła sobie osuszać oczy pod
okularami. Dumbledore wyjął z kieszeni złoty zegarek, przyjrzał mu się i mocno
pociągnął nosem. Był to bardzo dziwny zegarek. Miał dwanaście wskazówek, a nie
miał w ogóle cyfr; zamiast tego po obwodzie tarczy krążyły maleńkie planety.
Dumbledore musiał jednak coś z niego odczytać, bo włożył go z powrotem do
kieszeni i rzekł:
-
Hagrid się spóźnia. Nawiasem mówiąc, to chyba on ci powiedział, że tutaj będę,
tak?
-
Hagrid! - ucieszyli się Gryfoni.
-
Tak. - przyznała profesor McGonagall. - A możesz mi powiedzieć, dlaczego znalazłeś
się akurat tutaj?
-
To proste. Chcę zainstalować Harry'ego u jego ciotki i wuja. To jedyna rodzina,
jaka mu pozostała.
-
Idiota! - nie mogła wytrzymać Lily.
-
Ależ, Dumbledore... przecież nie możesz mieć na myśli ludzi,
którzy mieszkają tutaj! - zawołała profesor
McGonagall,
zrywając się na równe nogi i wskazując na numer czwarty. - Dumbledore...
przecież to niemożliwe. Obserwowałam ich przez cały dzień. Trudno o dwoje ludzi,
którzy tak by się od nas różnili. I mają syna... sama widziałam, jak kopał
matkę na ulicy, wrzeszcząc, żeby mu kupiła cukierki. I Harry Potter miałby
tutaj zamieszkać?
-
Tu mu będzie najlepiej. - oświadczył stanowczo Dumbledore. - Jego ciotka i wuj
będą mogli mu wszystko wytłumaczyć, kiedy trochę podrośnie.
-
Nic mi nie powiedzieli. - tym razem to Harry nie wytrzymał.
-
Zamorduje cię Dropsie! - warknął wściekły Rogacz.
Napisałem
do nich list.
-
LIST?! - wydarła się Lily i jej przyjaciółki na czele z Jamesem.
-
List? - powtórzyła profesor McGonagall, siadając z powrotem na
murku. - Dumbledore, czy naprawdę sądzisz, że zdołasz im wszystko wyjaśnić w
liście? Przecież ci mugole nigdy go nie zrozumieją! Będzie sławny... stanie się
legendą... wcale bym się nie zdziwiła, gdyby odtąd ten dzień nazywano Dniem
Harry'ego Pottera... będą o nim pisać książki... każde dziecko będzie znało
jego imię!
-
Super. Po prostu zajebiście. Nie mam rodziców, a tu proszę Dzień Harry'ego. -
jeknal Harry.
-
Święta racja. - powiedział Dumbledore, spoglądając na nią z powagą ponad
połówkami swoich szkieł. - Dość, by zawróciło w głowie każdemu chłopcu. Słynny,
zanim nauczy się chodzić i mówić! Słynny z czegoś, czego nawet nie pamięta! Nie
rozumiesz, że będzie lepiej, jak najpierw trochę podrośnie, a dopiero później
dowie się o tym wszystkim?
Profesor
McGonagall otworzyła usta, ale zmieniła zamiar, przełknęła ślinę i powiedziała:
-
Tak... tak, masz rację, oczywiście. Ale jak on tutaj trafi?
Zerknęła
na jego płaszcz, jakby pomyślała, że może pod nim ukrywać Harry'ego.
-
Hagrid go przyniesie.
-
I myślisz, że to... mądre... powierzać Hagridowi tak ważną misję?
-
Powierzyłbym mu swoje życie - odparł Dumbledore.
-
Hagrid jest spoko. - rzekła Lucy.
-
Nie twierdzę, że ma serce po złej stronie - powiedziała z niechęcią profesor
McGonagall - ale nie można przymykać oczu na to, że jest trochę... no...
beztroski. Nie ma skłonności do...
-
Dużych zwierzątek? - mruknął Ron.
Co
to było? - Ciszę wokół nich przerwał jakiś warkot. Spojrzeli na ulicę, wypatrując
odblasku reflektorów, a warkot narastał i narastał, aż zamienił się w ryk,
kiedy oboje spojrzeli w niebo, bo właśnie stamtąd nadleciał wielki motocykl,
który wylądował tuż przed nimi.
Motocykl
miał naprawdę imponujące rozmiary, ale na człowieku, który go dosiadał, nie
mogło to robić żadnego wrażenia. Wzrostem dwukrotnie przewyższał normalnego
człowieka, a szerszy był przynajmniej pięciokrotnie. Trudno było uwierzyć w
jego wymiary, a był przy tym niesamowicie dziki - długie,
zmierzwione czarne włosy i broda prawie całkowicie przykrywały mu twarz,
-
Głupi Hagrid. - powiedział Draco. Astoria strzeliła go tył głowy.
dłonie
miał wielkości pokryw od pojemników na śmieci, a stopy w wysokich, skórzanych
butach przypominały małe delfiny. W przepastnych, muskularnych ramionach
trzymał małe zawiniątko.
-
Hagrid! - powitał go z ulgą Dumbledore. - Nareszcie. Skąd wytrzasnąłeś ten
motocykl?
-
Pożyczyłem go, panie psorze - odpowiedział olbrzym, złażąc ostrożnie z
motocykla. - Od młodego Syriusza Blacka. Mam go, panie psorze.
-
To ja mam motocykl? - zapytał się zdumiony Łapa.
-
Nie było żadnych trudności?
-
Nie, panie psorze... Dom był całkiem rozwalony, ale go wyciągiem, zanim zaroiło
się od mugoli. Zasnął, bidula, jak przelatywaliśmy nad Bristolem.
Dumbledore
i profesor McGonagall pochylili się nad zawiniątkiem. Wyłaniała się z niego
buzia uśpionego niemowlęcia. Na jego czole, pod kępką kruczoczarnych włosów,
zobaczyli dziwną bliznę, przypominającą błyskawicę.
- Blizna? Błyskawice? - powiedziała zdumiona Marlena.Harry pokazał bliznę na czole goście przeszłosci zwłaszcza Lily przyłożyła ręce do ust
-
To właśnie tu?... - wyszeptała profesor McGonagall.
-
Tak. - odrzekł Dumbledore. - Zostanie mu na zawsze.
-
Nie możesz czegoś z tym zrobić?
-
Nawet gdybym mógł, to bym nie zrobił. Blizny mogą się przydać. Sam mam jedną
nad lewym kolanem, jest doskonałym planem londyńskiego metra. No dobrze... daj
mi go, Hagrid... miejmy to już za sobą. - Dumbledore wziął Harry'ego w ramiona
i zwrócił się w stronę domu Dursley'ów.
-
Może... mógłbym się z nim pożegnać, panie psorze? - zapytał Hagrid.
-
Dziękuję Hagrid. - wzruszył się Harry
Pochylił
swoją wielką, kudłatą głowę nad Harrym i obdarzył go czymś, co musiało być
bardzo drapiącym, włochatym pocałunkiem. A potem nagle zawył jak zraniony pies.
-
Ciiicho! - syknęła profesor McGonagall. - Obudzisz mugoli!
-
Prz-e-e-p-ra-a-a-szam - załkał Hagrid, wydobywając z kieszeni wielką chustkę w
kropki i chowając w nią twarz. - Ale n-n-ie mogę w-w-wytrzymać... Lily i James
nie żyją... a bidny mały Ha-a-rry ma tu mieszkać z mugolami...
-
Hagrid to był... jest... będzie ciamajda. - powiedział Draco. Tym razem to
Narcyza strzeliła go po głowie.
-
A ty byłeś jesteś i będziesz fretka - stwierdził Harry do Dracona
-
Tak, tak, to bardzo przygnębiające, ale weź się w garść, Hagrid, bo nas
wszystkich złapią. - wyszeptała profesor McGonagall, klepiąc go energicznie po
ramieniu, a tymczasem Dumbledore przełazi przez niski murek i podszedł do
frontowych drzwi. Położył Harry'ego ostrożnie na schodach, wyjął z płaszcza
list, wsunął go między koce, po czym wrócił. Wszyscy troje stali przez równą
minutę, patrząc na zawiniątko; ramiona Hagrida dygotały, profesor McGonagall
mrugała zawzięcie, a ogniki, które zwykle jarzyły się w oczach Dumbledore'a,
przygasły.
-
No cóż. - powiedział w końcu Dumbledore - to by było na tyle. Nie ma co tutaj
sterczeć. Trzeba gdzieś iść i przyłączyć się do świętowania.
-
Taaa. - odezwał się Hagrid stłumionym głosem. - Chiba wezmę i oddam motor
Syriuszowi. Dobranoc, pani psor... dobranoc, panie psorze.
Otarłszy
oczy rękawem kurtki, Hagrid wskoczył na motocykl i kopnął w pedał zapłonu.
Silnik zaryczał i po chwili wehikuł wzniósł się w powietrze i zniknął w
ciemnościach nocy.
-
Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy, profesor. - powiedział Dumbledore,
chyląc przed nią głowę. Profesor McGonagall wydmuchała hałaśliwie nos.
-
Niech się Pani dyrektor nie martwi. - powiedzieli jednocześnie Ron, Harry i
Fred George.
Dumbledore
odwrócił się i pomaszerował ulicą. Na rogu przystanął i wyjął wygaszacz. Tym
razem pstryknął nim tylko raz i natychmiast dwanaście świetlistych rac pomknęło
ku swoim latarniom, tak że na Privet Drive zrobiło się nagle pomarańczowo. W
tym samym momencie zobaczył burego kota, znikającego właśnie za rogiem na
drugim końcu uliczki. Dostrzegł też tobołek na schodkach przed drzwiami numeru
czwartego.
-
Powodzenia, Harry. - mruknął pod nosem, po czym odwrócił się na pięcie i
odszedł, szumiąc połami płaszcza.
-
NAWET NIE ZADZWONIŁEŚ DO DRZWI! - krzyczały rudowłose kobiety i Hermiona
Luna . - BYŁO
ZIMNO, A TY GO PO PROSTU ZOSTAWIŁEŚ! TY NIE JESTEŚ DOBRYM CZŁOWIEKIEM! NIC SIĘ
NIE RÓŻNISZ OD ŚMIERCIORŻERCÓW!! - krzyczały. Ginny mruknęła coś do matki
Harry'ego, a ta się uśmiechnęła przebiegle i do przyszłej synowej też coś
powiedziała.
-
Mamo ja to umiem. Sama mnie tego nauczyłaś. - odezwała się Lily Luna.
-
Jesteś w tym mistrzynią. - uśmiechela się Olivia.
-
Ja i Olivia też to umiemy, bo sama nas nauczyłaś. - stwierdziła dumnie Amelia.
-
To na trzy! Raz... Dwa... TRZY! - krzyknęły i rzuciły w dyrektora upiorogacka,
że sobie nie poradził i upadł ciężko na podłogę. Wszystkim opadły szczęki
- To za zostawieniem mojego syna u mojej siostry! - warknęła Evansówna. - Ginny musisz mnie tego nauczyć. - poprosiła.
-
Nie ma sprawy, moja teściowo. - powiedziała Ginny i mrugnęła do Lily.
-
Dobrze synowo. - odpowiedziała Lily i obie parsknęły śmiechem. James Junior
parsknął śmiechem, a po chwili kontynuował.
Lekki
wiaterek zatrzepotał listkami równo przyciętego żywopłotu przy Privet Drive.
Uśpiona, schludna uliczka nie kojarzyła się ani na trochę z miejscem, w którym
mogłyby się dziać tak zdumiewające rzeczy. Harry Potter przewrócił się na bok
wewnątrz tobołka, ale nawet nie otworzył oczu. Mała rączka zacisnęła się na
liście i spał dalej, nie wiedząc, że jest kimś niezwykłym, nie wiedząc, że jest
sławny, nie wiedząc, że za kilka godzin zostanie obudzony wrzaskiem pani
Dursley, otwierającej drzwi, by zabrać butelki z mlekiem, ani tego, że przez
następne kilka tygodni będzie szturchany i szczypany przez swojego kuzyna
Dudley'a... Nie mógł wiedzieć, że w tym samym momencie różni ludzie,
spotykający się potajemnie w różnych miejscach kraju, wznosili szklanki i
mówili przytłumionym głosem:
-
Za Harry'ego Pottera... za chłopca, który przeżył!
-
Koniec rozdziału. - oznajmił James Junior.
-
James teraz ja. - powiedziała Lily Luna.
-
Łap siostra. - odpowiedział James Junior.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz