sobota, 10 grudnia 2022

Rozdział 2

 

ROZDZIAŁ DRUGI
Znikająca szyba

Od czasu, gdy Dursley'owie znaleźli pod drzwiami swojego siostrzeńca, minęło już prawie dziesięć lat, a

- Ale pojechali z czasem. - zdziwili się wszyscy obecni na sali.

Privet Drive wcale się nie zmieniło. Słońce wzeszło nad tym samym schludnym frontowym ogródkiem i oświetliło mosiężną czwórkę na drzwiach domu Dursley'ów, a potem wśliznęło się do ich salonu, który był dokładnie taki sam, jak w ów wieczór, kiedy to w wieczornym dzienniku pojawiły się złowróżbne doniesienia o sowach.

- Dursley'owie nie lubią zmian. - powiedział Harry.

Ile czasu minęło, można się było zorientować tylko po fotografiach stojących na obramowaniu kominka. Dziesięć lat temu było tam mnóstwo zdjęć czegoś, co przypominało wielką, różową piłkę plażową w różnokolorowych czepkach, ale Dudley Dursley już dawno przestał być berbeciem i teraz fotografie przedstawiały tęgiego chłopca o jasnych włosach: a to na swoim pierwszym rowerze, a to na karuzeli w wesołym miasteczku, przy komputerze z ojcem czy w ramionach matki.

Lily załkała w ramiona Jamesa.

W salonie nie było absolutnie nic, co by świadczyło, że w tym domu mieszka jeszcze jakiś inny chłopiec. A jednak Harry Potter tam był i w tym momencie spał, choć nie miało to trwać długo. Ciotka Petunia już wstała i wkrótce rozległ się jej wrzaskliwy głos:

- Wstawaj! Dosyć tego spania! Już! Harry obudził się i podskoczył na łóżku.

- Ona zawsze tak wrzeszczy? - zapytała Ginny.

- Tak. - stwierdził Harry.

Ciotka znowu załomotała w drzwi.

- Wstawać! - zaskrzeczała. Harry usłyszał jej kroki zmierzające w kierunku kuchni, a potem brzęk patelni stawianej na kuchence. Przetoczył się na plecy i próbował przypomnieć sobie sen, z którego go wyrwano. To był dobry sen. Był w nim latający motocykl.

- Harry ty to pamiętasz? - zapytała się Marlene .

- Tak... eee... ciociu. - powiedział Harry.

- Ale fajnie, zostałam ciocią. - ucieszyła się Marlene .

Harry miał dziwne wrażenie, że śniło mu się to nie po raz pierwszy. Ciotka powróciła pod drzwi.

- Wstałeś już? - zapytała.

- Prawie. - odpowiedział Harry.

- No to wstawaj, chcę, żebyś przypilnował bekonu. I żeby mi się nie przypalił! Są urodziny Dudziaczka...

- Dudziaczka?? - zdziwiła się Dorcas. Bliźniacy, Huncwoci i Huncwoci 2.0 leżeli na podłodze ze śmiechu.

i wszystko ma być, jak należy! - Harry jęknął.

- Co powiedziałeś? - warknęła przez drzwi jego ciotka.

- Nic, nic...

Urodziny Dudley'a - jak mógł o tym zapomnieć! Zwlókł się z łóżka i zaczął szukać skarpetek. Znalazł je pod łóżkiem i zanim włożył, wyciągnął z jednej pająka.

- Co ty Harry hodujesz? Pająki? - pytała Dorcas.

- Można tak powiedzieć, ciociu. - mruknął Harry.

Harry był przyzwyczajony do pająków, bo w komórce pod schodami było ich pełno, a tam właśnie sypiał.

- Chwila... co? - szokowali się Huncwoci i Lily.

- TY SKURWYSYNIE! K- krzyknęła z furią Lily Evans do Albusa. - MÓWIŁEŚ, ŻE BĘDZIE BEZPIECZNY!

- Ja nie wiedziałem, że spał w komórce. - krzyknął blady Dumby.

- TRZEBA BYŁO SIĘ DOWIEDZIEĆ! - ryknely tym razem Ginny i Hermiona również wściekłe jak osy.

- PODOBNO JESTEŚ WIELKIM CZARODZIEJEM! - dodała z furią Lily Luna. - A TY POZWOLIŁEŚ, ŻEBY MÓJ TATO SPAŁ W KOMÓRCE! - dodała również wściekła ruda.

- UWAŻAŁAM CIĘ ZA DOBREGO CZŁOWIEKA, ALE ZMIENIŁAM ZDANIE!! - krzyknęła Molly I .

- Kto ma ochotę rzucić upiorogacka w tego kretyna? - spytała słodkim głosem Amelia.

- Ognia! - krzyknęła Lily Luna i rzuciły upiorogacka w bladego dyrka.

Ubrał się i poszedł do kuchni. Stołu prawie nie było widać spod prezentów dla Dudley'a. Wyglądało na to, że jest tam nowy komputer, który Dudley chciał dostać, a także telewizor i rower wyścigowy. Harry nie miał pojęcia, po co mu ten rower, bo Dudley był gruby i nie uprawiał żadnego sportu, chyba że za dyscyplinę sportową uzna się bicie słabszych.

- Zamorduje cię Dropsie, jeden. - odezwała się Lily I do Dropsa.

Jego ulubionym workiem treningowym był właśnie Harry, ale nieczęsto udawało mu się go złapać. Harry był bardzo szybki, choć wcale na to nie wyglądał.

- Trening czyni mistrza. - odparł Harry.

Być może miało to coś wspólnego z mieszkaniem w ciemnej komórce, ale Harry był bardzo mały i chudy jak na swój wiek. A sprawiał wrażenie jeszcze mniejszego i szczuplejszego niż w rzeczywistości, bo nosił wyłącznie stare ubrania po Dudley'u, który był prawie cztery razy od niego większy.

- Nie kupili mu nawet ubrań! Zamorduje Cię siostro i ciebie Dursley, a ciebie Dropsie też! - krzyczała Lily Evans.

Harry miał drobną buzię, kościste kolana, czarne włosy i jasne, zielone oczy. Nosił okrągłe okulary, zawsze poklejone celuloidową taśmą, bo od czasu do czasu Dudley'owi udawało się jednak trafić go w nos. Jedyną rzeczą, którą Harry lubił w swoim wyglądzie, była bardzo cienka blizna na czole, przypominająca zygzak błyskawicy.

Wszyscy popatrzyli na Harry'ego.

Miał ją od dawna i pamiętał, że kiedy był bardzo mały, zapytał ciotkę Petunię, skąd ją ma.

- To pamiątka po wypadku samochodowym, w którym zginęli twoi rodzice. - odpowiedziała. - I nie zadawaj pytań.

- Nie zginęli żadnym wypadku. - warknęła Marlene .

- Ale to idioci i nie chcą zmian. - rzekł Scorpius wściekły .

Nie zadawaj pytań — to była pierwsza zasada rządząca spokojnym życiem państwa Dursley'ów. Wuj Vernon wszedł do kuchni, gdy Harry przewracał bekon na drugą stronę.

- Uczesz się! - warknął wuj na dzień dobry.

- A może tak dzień dobry! - wysyczała Domique Weasley.

Przynajmniej raz w tygodniu wuj Vernon spoglądał znad gazety i donośnym głosem oznajmiał, że Harry powinien się ostrzyc. Harry musiał się strzyc o wiele częściej niż reszta chłopców z jego klasy razem wzięta, ale niewiele to pomagało — włosy natychmiast mu odrastały.

- Magia. - powiedział mały profesorek. Harry smażył już jajka, kiedy do kuchni wszedł Dudley z matką. Dudley był bardzo podobny do wuja Vernona. Miał duży, różowy nos, wodniste niebieskie oczy i gęste jasne włosy, przylizane gładko na wielkiej głowie. On też prawie nie miał szyi. Ciotka Petunia często mówiła, że Dudley wygląda jak amorek, natomiast Harry często mówił, że Dudley wygląda jak prosię w peruce.

- Prosię w peruce! Hahahaha! Tato to było idealne porównanie! - powiedział wesoło James, a Huncwoci i bliźniacy wybuchnęli śmiechem.

- Wujku Harry jesteś moim bohaterem! - dopowiedział wesoło Fred II .

Harry postawił talerze z jajkami i bekonem na stole, co nie było łatwe z powodu ilości prezentów, które Dudley właśnie żmudnie przeliczał. Kiedy skończył, twarz mu się wyciągnęła.

- Trzydzieści sześć. - oznajmił, patrząc na matkę i ojca. - O dwa mniej niż w zeszłym roku.

- Ile?! - krzyknęli wszyscy.

- Kochanie, nie policzyłeś prezentu od cioci Marge. Widzisz, jest pod tym wielkim od mamusi i tatusia.

- No dobra, więc trzydzieści siedem. - powiedział Dudley, czerwony na twarzy. Harry, który zorientował się już, że nadchodzi jeden z napadów złości Dudley'a, zaczął szybko połykać swój bekon, na wypadek, gdyby Dudley przewrócił stół. Ciotka Petunia najwyraźniej też wyczuła niebezpieczeństwo, bo powiedziała szybko:

- I kupimy ci dzisiaj jeszcze dwa prezenty. Co ty na to, misiaczku? Jeszcze dwa prezenty. W porządku? - Dudley zastanawiał się w milczeniu. Sprawiał wrażenie, jakby go to kosztowało wiele wysiłku.

- Nawet ja tyle nie dostanie. - odezwał się zszokowany Draco.

- Więc będę miał trzydzieści... - zaczął powoli. - trzydzieści...

- Kretynie, trzydzieści dziewięć. - jeknal Teddy Lupin.

- Trzydzieści dziewięć, cukiereczku. - dokończyła za niego ciotka Petunia.

- Aha. - Dudley usiadł ciężko przy stole i chwycił najbliższą paczkę.

- Oni są nienormalni. - stwierdzila Kate.

- No to w porządku. - Wuj Vernon zacmokał.

- Nasz mały spryciarz potrafi dbać o swoje interesy! Zupełnie jak jego ojciec. Tak trzymać, Dudley!

- On powiedział, że synalek jest spryciarzem, jak on nawet nie umie dodawać. - rzekł Louis.

Poczochrał synowi włosy. W tym momencie zadzwonił telefon i ciotka Petunia poszła go odebrać, a Harry i wuj Vernon obserwowali, jak Dudley rozpakowuje rower wyścigowy, kamerę wideo, zdalnie sterowany samolot, szesnaście nowych gier komputerowych i magnetowid. Rozpakowywał właśnie złoty zegarek na rękę, kiedy wróciła ciotka Petunia. Na jej twarzy malował się gniew i niepokój.

- Złe nowiny, Vernon. - oznajmiła. - Pani Figg złamała nogę. Nie może go zabrać. - wskazała głową Harry'ego.

- On ma imię! - krzyknęła Olivia.

Dudley otworzył usta z przerażenia, a Harry'emu mocniej zabiło serce. W każde urodziny rodzice zabierali Dudley'a i któregoś z jego kolegów na cały dzień do miasta, do wesołego miasteczka, McDonalda albo do kina. W każde urodziny Dudley'a Harry'ego zostawiano u pani Figg, lekko zwariowanej staruszki, która mieszkała dwie ulice dalej. Harry nienawidził tego domu.

- Albusie, co ty sobie myślałeś! - zawołała wściekła Minerwa. - Mówiłam, żeby Harry'ego tam nie zostawiać, a ty mnie jak zwykle nie słuchałeś i jesteś kretynem! - dodała.

- Czy pani profesor powiedział do dyrka Dumba "kretynie"? - pytał się szoku Łapa.

- Wiedziałem, że... - zaczął Lys.

- Pani jest cool! - skończył Lor.

Śmierdziało tam kapustą, a pani Figg zmuszała go do oglądania zdjęć wszystkich swoich kotów.

- Pamiętam. To naprawdę była lekko stuknięta kobieta. - przypomniał sobie Harry.

- No i co? - zapytała ciotka Petunia, patrząc na Harry'ego, jakby on to zaplanował. Harry wiedział, że powinno mu być przykro z powodu złamania nogi przez panią Figg, ale nie było to łatwe, bo bardzo się cieszył, że dopiero za rok będzie zmuszony do ponownego oglądania Maleństwa, Śnieżki, Pazurka i Czubatka.

- Imiona kotów. - oznajmił Harry. - Maniaczka kotów.

- Możemy zadzwonić do Marge. - podsunął wuj Vernon.

- Nie bądź głupi, Vernon, ona go nie znosi.

- I wzajemnie. - odparował Harry.

Dursley'owie często rozmawiali o Harrym tak, jakby go nie było, albo raczej jakby był opóźniony w rozwoju i nie mógł ich zrozumieć.

- A ta jak jej tam, twoja przyjaciółka... Yvonne?

- Jest na urlopie na Majorce. - warknęła ciotka Petunia.

- Możecie mnie po prostu zostawić tutaj. - zaproponował z nadzieją w sercu Harry (mógłby oglądać, co zechce w telewizji, a może nawet dorwać się do komputera Dudley'a). Ciotka Petunia wyglądała, jakby właśnie przełknęła cytrynę.

- Cytrynka. - powiedział Fred II .

- I po powrocie zastać dom w ruinach? - prychnęła.

- Nie wysadzę domu w powietrze. - zapewnił Harry, ale nikt go nie słuchał.

- Może zabierzemy go do zoo? - powiedziała wolno ciotka Petunia. - i... zostawimy w samochodzie...

- Ani mi się waż! - krzyknęła wściekła Hermiona. - Przecież było wtedy lato. Jak oni mogli tak pomyśleć. - oburzyła się Hermiona.

- To nowy samochód i nie pozwolę, by siedział w nim sam... - Dudley zaczął głośno płakać. Tak naprawdę nie płakał.

- Dziubaszku nie plakusiaj nie wolno plakusiać. - naśmiewał się James II .

Minęło już wiele lat, odkąd płakał naprawdę, ale wiedział, że jeśli się wykrzywi i zawyje, dostanie od matki wszystko, czego zapragnie.

- Nie płacz, mój buziaczku, mamusia nie pozwoli zepsuć ci twojego święta! - zawołała, biorąc go w ramiona.

- Muszę odwiedzić siostrę. - oznajmiła Lily.

- Idę z tobą. - zgodziła się Ginny.

- I ja też. - dodała Lily Luna. Ginny przytuliła się do Harry'ego.

- Ja... nie... chcę... żeby on... sz-sz-szedł z naaaami! - zawył Dudley pomiędzy dwoma głośnymi szlochami. - On zawsze wszystko psuuuuje! - I wykrzywił się złośliwie do Harry'ego spod ramienia matki. Właśnie wtedy rozległ się dzwonek.

- Och, mój Boże, już są! - powiedziała gorączkowo ciotka Petunia i w chwilę później wszedł najlepszy przyjaciel Dudley'a, Piers Polkiss, ze swoją matką. Piers był kościstym chłopcem o szczurzej twarzy.

- Szczur! Niech koty go zjedzą! - odezwał się Łapa.

Zwykle to on trzymał ofiary z tyłu za ręce, kiedy Dudley je bił. Dudley natychmiast przestał udawać, że płacze.

Pół godziny później Harry, nie wierząc we własne szczęście, siedział z Piersem i Dudley'em na tylnym siedzeniu samochodu Dursley'ów, po raz pierwszy w życiu jadąc do zoo. Ciotka i wuj nie byli w stanie wymyślić, co z nim zrobić, więc, chcąc nie chcąc, musieli go zabrać. Przed odjazdem wuj Vernon wziął go jednak na bok.

- Ostrzegam cię, chłopcze. - powiedział, przysuwając swoją wielką purpurową twarz do twarzy Harry'ego. - wystarczy jeden głupi dowcip... a nie wyjdziesz z komórki aż do Bożego Narodzenia.

- ZABIJE GO!! - krzyczała Lily Luna.

- Lily, uspokój się. - powiedział Frank II .

- Uspokój się? - pytała zszokowania Lily II . - Nie uspokoję się! - warknęła .

- Babcia Lily. - uśmiechnęła się do wnuczki.

- Nic nie zrobię. - zarzekał się Harry. - Naprawdę... - Ale wuj Vernon wcale mu nie uwierzył. Nikt mu nigdy nie wierzył.

Problem polegał na tym, że wokół Harry'ego często zdarzały się dziwne rzeczy, a Dursley'ów trudno było przekonać, że to nie jego wina. Kiedyś ciotka Petunia wściekła się na niego, bo wrócił od fryzjera, wyglądając tak, jakby w ogóle u niego nie był, więc złapała nożyce kuchenne i obcięła mu włosy tuż przy głowie, pozostawiając tylko grzywkę, "żeby przykryć tę okropną bliznę". Dudley pękał ze śmiechu na jego widok, a Harry spędził bezsenną noc, wyobrażając sobie, co się będzie działo w szkole. Następnego ranka stwierdził jednak, że włosy całkowicie mu odrosły, jakby ciotka Petunia wcale ich nie obcinała. Za karę przesiedział przez tydzień w komórce,

- Zamorduje ich! - krzyknęła Ginny.

Ginny ciśśśś... Już dobrze. Było minęło. - rzekł Harry przytulając ją i klaskając jej rude włosy .

- Rzucimy na nich takiego upiorogacka, że nas popamiętają. - warknęła panna Potter.

chociaż próbował im wytłumaczyć, że nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób tak szybko odrosły.

- Jak tak można? Biedne dziecko. - mruknela Molly I.

Innym razem ciotka Petunia próbowała go zmusić do włożenia ohydnego starego swetra (brązowego z pomarańczowymi pomponikami). Im ostrzej się zabierała do włożenia mu go przez głowę, tym bardziej sweter się kurczył, aż w końcu pasował znakomicie na lalkę, ale z pewnością nie na Harry'ego. Ciotka Petunia uznała, że musiał się skurczyć w praniu i tym razem, ku jego uldze, Harry nie został ukarany.

- Jeszcze by spróbowali. - powiedział Remus starszy .

Wpadł natomiast w spore kłopoty, kiedy pewnego razu stwierdzono, że siedzi na dachu szkolnej kuchni. Jak zwykle ścigała go banda Dudley'a, kiedy nagle, ku zaskoczeniu wszystkich, nie wyłączając samego Harry'ego, znalazł się na kominie.

- Magia dziecięca. - stwierdził Filius Flitwick.

Państwo Dursley'owie otrzymali bardzo niemiły list od dyrektorki szkoły, w którym żaliła się, że Harry łazi po dachach. A próbował tylko (jak krzyczał do wuja Vernona przez zamknięte drzwi komórki) wskoczyć za wielki zbiornik na śmieci tuż obok drzwi do kuchni. Harry przypuszczał, że to silny podmuch wiatru musiał go porwać aż na dach. Ale dzisiaj miało być inaczej. Warto było znieść nawet towarzystwo Dudley'a i Piersa, żeby być w miejscach, które nie przypominają szkoły, ciemnej komórki pod schodami albo śmierdzącego kapustą saloniku pani Figg. Podczas jazdy wuj Vernon użalał się przed ciotką Petunia.

- Niech się wypcha! . - prychnal Dean.

A lubił użalać się na wszystko: na ludzi w pracy, na Harry'ego, na radę nadzorczą, na Harry'ego, na bank, na Harry'ego, a była to tylko drobna część jego ulubionych tematów. Tym razem uskarżał się na motocykle.

- On tylko narzeka na wszystkich, bo myśli, że tylko on jest wspaniały. - oburzyła się Poppy.

- ...rozbijają się wszędzie jak maniacy... ci młodzi chuligani. - powiedział, kiedy wyprzedził ich jakiś motocykl.

- Śnił mi się motocykl. - powiedział Harry, przypominając sobie nagle swój sen. - Leciał w powietrzu. - Mało brakowało, a wuj Vernon uderzyłby w samochód jadący przed nimi. Odwrócił się z twarzą przypominającą olbrzymi burak z wąsami i ryknął na Harry'ego:

- MOTOCYKLE NIE LATAJĄ! Dudley i Pierś zachichotali.

- Harry to pamięta. - nie dowierzała profesor Sinistra. Harry tylko przytaknął.

- Wiem, że nie latają. - oświadczył Harry. - To był tylko sen. - Prawdę mówiąc, żałował, że w ogóle się odezwał. Jednego tylko Dursley'owie nie znosili jeszcze bardziej od zadawania im pytań: kiedy mówił o czymś, co zachowywało się nie tak, jak powinno, bez względu, czy było to we śnie, czy w kreskówce. Uważali to po prostu za niebezpieczne. Była to bardzo słoneczna sobota i zoo odwiedziło mnóstwo rodzin. Przy wejściu Dursley'owie kupili Dudley'owi i Piersowi wielkie lody czekoladowe, a potem kupili taniego cytrynowego loda Harry'emu,

- Ja sobie z siostrunią porozmawiam. - oznajmiła przez zęby Lily I .

ponieważ nie zdążyli go odciągnąć od samochodu z lodami, zanim uśmiechnięta sprzedawczyni zapytała go, co sobie wybrał. Nie jest zły, myślał Harry, liżąc loda i obserwując goryla, który drapał się po głowie i wyglądał zupełnie jak Dudley, tyle że nie miał jasnych włosów.

- Małpa. - stwierdzili Huncwoci.

Harry już dawno nie przeżył tak cudownego przedpołudnia. Trzymał się blisko Dursley'ów, więc Dudley i Piers, których wkrótce znudziło się oglądanie zwierząt, nie mogli oddać się swojemu ulubionemu hobby, jakim było poszturchiwanie, kopanie i szczypanie Harry'ego. Lunch zjedli w miejscowej restauracji, a kiedy Dudley dostał ataku złego humoru, bo na jego ciastku było za mało kremu, wuj Vernon kupił mu drugie, a Harry'emu pozwolono skończyć pierwsze.

- Jak ty z nimi wytrzymałeś? - zapytała zdumiona Fleur.

- Jakiś oni wspaniali nie ma co? - powiedziała Lily.

Po zjedzeniu deseru Harry poczuł, że to wszystko jest za piękne, aby trwało długo. Potem poszli do pawilonu z gadami. W środku było zimno i ciemno; wzdłuż ścian biegł rząd podświetlonych okien. Za nimi pełzały po pniach, gałęziach i kamieniach jaszczurki i węże najróżniejszych gatunków.

- Złota trójca. - wymienili spojrzenia.

Dudley i Piers chcieli zobaczyć wielkie jadowite kobry i grube pytony, mogące zmiażdżyć człowieka. Dudley szybko wypatrzył największego gada. Wyglądał, jakby mógł owinąć się wokół samochodu wuja Vernona i zmiażdżyć go tak, by przypominał pojemnik na śmieci, ale w tym momencie wyraźnie nie był w odpowiednim nastroju. Prawdę mówiąc, po prostu mocno spał.

- Pewnie się zmęczył. - mrukneli bliźniacy Weasley.

Dudley przycisnął nos do szyby, wpatrując się w połyskujące brązowe sploty.

- Zrób, żeby się poruszył. - poprosił ojca płaczliwym tonem. Wuj Vernon zastukał palcami w szybę, ale wąż ani drgnął. - Zrób to jeszcze raz. - zajęczał Dudley.

- A ja mam ochotę walnąć cię patelnią. - powiedział młodszy Albus.

Wuj Vernon zabębnił w szybę knykciami, ale wąż drzemał dalej.

- To jest okropnie nudne. - oświadczył Dudley i odszedł. Harry podszedł do szyby i wpatrzył się intensywnie w węża. Nie byłby wcale zaskoczony, gdyby okazało się, że wąż po prostu zdechł z nudów. Nie miał żadnego towarzystwa prócz tych wszystkich głupich ludzi, którzy przez cały dzień bębnili palcami w szybę, starając się zakłócić mu spokój.

'Teraz będzie się działo'. Pomyślał Harry.

To jeszcze gorsze od spania w komórce pod schodami, do której zbliżała się tylko ciotka Petunia, żeby rano załomotać w drzwi. No i mógł z niej wychodzić. Nagle wąż otworzył paciorkowate oczy. Powoli, bardzo powoli podniósł głowę. Teraz jego oczy znalazły się na poziomie oczu Harry'ego. Mrugnął do niego.

- Mrugnął? - zdziwiła się Alicja .

Harry wytrzeszczył oczy, a potem rozejrzał się szybko dookoła, żeby się upewnić, czy nikt tego nie widział. Upewniwszy się, spojrzał znów na węża i też puścił do niego oko. Wąż wskazał głową na wuja Vernona i Dudley'a, a potem spojrzał na sufit. Harry'emu wydało się oczywiste, że znaczy to: "Muszę to znosić przez cały czas".

- Niestety. - jeknal Harry.

Wiem. - mruknął Harry, chociaż nie był pewny, czy wąż go słyszy. - To musi być naprawdę przykre. Wąż żywo pokiwał głową.

Przybyszom z przeszłości opadły szczęki.

- Harry ty jesteś wężousty. - powiedział szokowany Rogacz.

Skąd pochodzisz? - zapytał Harry. Wąż dźgnął ogonem niewielką tabliczkę tuż za szybą. Harry zerknął na nią.

Boa dusiciel, Brazylia.

- Fajnie tam było? - Boa dusiciel dźgnął ponownie tabliczkę, a Harry przeczytał:

Ten okaz wyhodowany został w zoo.

- Aha, rozumiem... więc nigdy nie byłeś w Brazylii? - Kiedy wąż potrząsnął głową, za plecami Harry'ego rozległ się ogłuszający wrzask, który sprawił, że obaj podskoczyli.

- Ale jak?- zapytał szokowany Łapa.

- Dowiesz się później. - odpowiedział Harry.

- DUDLEY! PANIE DURSLEY! CHODŹCIE I POPATRZCIE NA TEGO WĘŻA! NIE UWIERZYCIE, CO ON ROBI! - Dudley pospieszył ku nim swoim kaczkowatym krokiem.

- Chodzi... - zaczął Fred.

- Jak... - ciągnął George.

- Kaczka. - skończyli razem. Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

- Zjeżdżaj. - rozkazał, uderzając Harry'ego w żebra. Harry, zaskoczony, upadł na betonową posadzkę. To, co wydarzyło się w następnej chwili, stało się tak szybko, że nikt nie zauważył, jak w jednej sekundzie Piers i Dudley wlepiali nosy w szybę, w następnej odskoczyli do tyłu, wrzeszcząc z przerażenia. Harry usiadł i aż go zatkało: przednia szyba zniknęła.

- Dobrze im tak. - stwierdzila Alicja II .

Wielki wąż odwinął się błyskawicznie i ześliznął na posadzkę. Wszyscy obecni w terrarium zaczęli krzyczeć i tłoczyć się do wyjść. Harry mógłby przysiąc, że kiedy wąż prześlizgiwał się obok niego, usłyszał syczący głos:

Brazylio, przybywam... Graciasss, amigo. - Opiekun terrarium był w stanie silnego szoku.

- To znaczy "Dzięki, przyjacielu". - powiedziała Hermiona. - To po hiszpańsku. - dodała.

- Ale ta szyba... - powtarzał w kółko. - Gdzie się podziała szyba?

- Potti niedobre z ciebie dziecko było. - naśmiewał się Draco Malfoy.

- Zachowuj się! - krzyknęła Astoria.

Dyrektor zoo osobiście nalał ciotce Petunii filiżankę mocnej, słodkiej herbaty, przepraszając ją nieustannie. Pierś i Dudley coś bełkotali. Harry był pewny, że wąż, przesuwając się obok nich po podłodze, tylko żartobliwie chapnął ich w pięty, ale zanim doszli do samochodu, Dudley opowiadał, że niewiele brakowało, a straciłby nogę, podczas gdy Pierś przysięgał, że wąż owinął się wokół niego, chcąc go zmiażdżyć.

- Wcale tak nie było. - oburzył się Harry.

Najgorsze było jednak to, że kiedy Pierś trochę się uspokoił, powiedział:

- Harry akurat z nim rozmawiał. Prawda, Harry? - Wuj Vernon odczekał, aż Pierś znajdzie się bezpiecznie w swoim domu, po czym zabrał się za Harry'ego. Był tak wściekły, że ledwo mógł mówić. Udało mu się tylko wybełkotać:

- Precz... do komórki... siedzieć tam... bez jedzenia. - po czym opadł na fotel.

- Co takiego?! - krzyknęły wszyscy wściekli i popatrzyli na Albusa. Dyrektor zbladł jeszcze bardziej.

- Popełniłem największy błąd życia. - powiedział cicho Albus Dumbledore.

Ciotka Petunia musiała mu natychmiast podać dużą brandy. Harry leżał w swojej ciemnej komórce, żałując, że nie ma zegarka. Nie miał pojęcia, która może być godzina, i nie wiedział, czy Dursley'owie już zasnęli. Dopóki nie zasnęli, nie mógł ryzykować wymknięcia się do kuchni po coś do zjedzenia.

- Harry... - załkała Ginny.

Oni powinni iść do psychiatryk. - powiedziała dziewczyna z Hufflepuffu.

- Co to psychiatryk?? - Zapytał jakiś Ślizgon z rodziny czysto krwistych.

- Tam leczą mugoli, gdy mają problemy sami ze sobą. - odpowiedziała Hermiona. - To choroba psychiczna.

Mieszkał u Dursley'ów już prawie dziesięć lat, dziesięć żałosnych lat od czasu, gdy był niemowlęciem, a jego rodzice zginęli w wypadku. Nie pamiętał, czy był wtedy z nimi w tym samochodzie. Czasami, kiedy wytężał pamięć podczas długich godzin spędzanych w ciemnej komórce, miewał dziwną wizję: oślepiający błysk zielonego światła i palący ból w czole.

Lily miała łzy oczach. Reszta dziewczyn też nie była w lepszym stanie.

Przypuszczał, że mogło to być wspomnienie tego wypadku, nie potrafił sobie jednak wyobrazić, skąd pochodziło zielone światło. Nie pamiętał też w ogóle swoich rodziców. Ciotka i wuj nigdy o nich nie mówili, a jemu nie wolno było zadawać pytań. W domu nie było ani jednej ich fotografii.

Ginny przytuliła Harry'ego, a później zrobiła to Hermiona.

Kiedy był młodszy, wciąż marzył o jakimś nieznanym krewnym, który przybędzie i zabierze go z tego domu, ale nigdy nic takiego się nie wydarzyło;

- Dlaczego ja nie mogłem? - zapytał Łapa. - Przecież jestem jego ojcem chrzestnym!

- Nie mogłeś. - odpowiedział Harry. - Dowiesz się później dlaczego. – dodał.

Dursley'owie byli jego jedyną rodziną. Czasami jednak myślał (albo raczej miał nadzieję), że znają go niektórzy spotykani na ulicy obcy ludzie. Sami byli bardzo dziwni, to fakt. Kiedyś ukłonił mu się jakiś człowieczyna w fioletowym kapeluszu, kiedy Harry towarzyszył ciotce Petunii i Dudley'owi na zakupach. Ciotka Petunia zapytała Harry'ego ze złością, czy zna tego człowieka, a potem wygoniła ich ze sklepu, choć niczego jeszcze nie kupiła. Innym razem pomachała mu wesoło z autobusu jakaś dziwaczna kobieta ubrana na zielono. Raz jakiś łysy facet w długiej purpurowej pelerynie uścisnął mu rękę na ulicy, po czym oddalił się bez słowa. Najdziwniejsze było to, że ci wszyscy ludzie zdawali się znikać, gdy tylko Harry próbował im się lepiej przyjrzeć.

- Ciekawe. - powiedział Jake.

W szkole Harry nie miał przyjaciół. Wszyscy wiedzieli, że banda Dudley'a poluje na tego dziwoląga Harry'ego Pottera, w tych jego workowatych spodniach i z połamanymi okularami, a bandzie Dudley'a nikt nie chciał się narażać.

- Koniec rozdziału. - powiedziała Lily Luna.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...