sobota, 10 grudnia 2022

Rozdział 10

 

Teraz ja - powiedziała Alicja, matka Neville'a.

- Łap - odpowiedziała Dorcas.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Noc Duchów

Malfoy nie mógł uwierzyć własnym oczom, kiedy następ­nego dnia zobaczył Harry'ego i Rona, wyglądających na nieco zmęczonych, ale w dobrych humorach. Prawdę mówiąc, kiedy się rano obudzili, uznali, że spotkanie z trójgłowym psem było wspaniałą przygodą i już tęsknili za kolejną.

- To cały ty James - stwierdziła Lily.

- Mordercza przygoda i tęskniliście za kolejną? - zapytała z nie dowierzeniem Roxanna do swoich wujków.

- No cóż, taka jest nasza gryfonska odwaga - odpowiedział Ron.

- Raczej głupota - skomentował starszy Snape.

Harry zdążył już opowiedzieć Ronowi o swoich podejrzeniach co do paczuszki z Gringotta i spędzili razem mnóstwo czasu, zastanawiając się, co też może wymagać aż takich środków bezpieczeństwa.

- To musi być albo bardzo cenne, albo bardzo niebez­pieczne - powiedział Ron.

- Albo i jedno, i drugie.

- Tak jedno i drugie - powiedział Harry

Na razie wiedzieli jednak tylko, że to coś ma około dwóch cali długości i że nie mają szansy na odgadnięcie, co to jest, bez większej ilości danych. Ani Neville, ani Hermiona nie okazywali najmniejszego zainteresowania tym, co mogło się znajdować za psem i pod klapą w podłodze. Neville był zainteresowany tylko jednym: żeby już nigdy nie zbliżyć się do korytarza na trzecim piętrze.

- Ten pies był straszny - oznajmił Neville.

- Nie dziwię ci się kochanie - rzekła Hannah.

Hermiona nie odzywała się do Harry'ego i Rona, ale robiła takie wszechwiedzące miny, że uznali to za okolicz­ność sprzyjającą.

- Co się takiego wydarzyło, że się zaczęliście przyjaźnić? - zapytała Lily

- Na pewno będzie o tym pisane, Lily - odpowiedział Ron.

Teraz pragnęli znaleźć jakiś sposób, by odegrać się na Malfoy'u i ku ich wielkiemu zadowoleniu możliwość taka pojawiła się tydzień później, wraz z poranną pocztą. Kiedy sowy jak zwykle wleciały do Wielkiej Sali, uwagę wszystkich przykuł długi, wąski pakunek, niesiony aż przez sześć sówek. Harry tak jak inni był ciekaw, co może być w tej paczce i zdumiał się, kiedy sówki złożyły ją przed nim, zrzucając przy okazji na podłogę jego bekon. Zaledwie odleciały, inna sowa upuściła na paczkę list. Harry najpierw rozerwał kopertę i dobrze zrobił, bo list głosił:

NIE OTWIERAJ PACZKI PRZY STOLE.

Jest w niej nowy Nimbus Dwa Tysiące, ale nie cha, żeby wszyscy wiedzieli, że dostałeś miotle, bo każdy też będzie chciał. Oliver Wood spotka się z tobą dziś na boisku quidditcha o siódmej wieczorem na pierwszym treningu.

Profesor M. McGonagall

- Minne, kochamy Cię! - krzyknęli Huncwoci.

Harry nie mógł ukryć radości, kiedy wręczył Ronowi liścik do przeczytania.

- Nimbus Dwa Tysiące! - jęknął z zazdrością Ron - Nigdy nawet nie miałem go w rękach.

- Właśnie Weasley, bo tobie nie było stać na nią! Hahaha! - powiedział Draco.

- I co z tego, że Weasley'owie są biedni? Dali mi coś, co nie kupisz za żadne pieniądze. Wiesz, co? Miłość do mnie, bo Dursley'owie nigdy mnie nie kochali i nie są moją rodziną, tylko Weasley'owie są moją rodziną - powiedział Harry. Molly i Artur przytulili Harry'ego mocno do siebie.

- Molly i Arturze jesteśmy wam bardzo wdzięczny, że Harry ma do kogo się przytulić, a ciebie Ron, że jesteś jego przyjacielem i ciebie Hermiono za bycia przyjaciółką i Ciebie Ginny za miłość do Harry'ego - odparła Lily. Cała trójka uśmiechnęła się do pani Potter.

Szybko opuścili salę, pragnąc obejrzeć miotłę jeszcze przed pierwszą lekcją, ale drogę zagrodzili im Crabbe i Goyle. Malfoy wyrwał Harry'emu paczkę i pomacał ją.

- To miotła - powiedział i odrzucił paczkę Harry'emu z mieszaniną zazdrości i złości na twarzy - Tym razem podpadłeś, Potter, pierwszoroczniakom nie wolno posiadać mioteł.

- Dostałem ją od Minne, więc oddawaj - warknął Harry.

Ron nie mógł się powstrzymać.

- To nie jest jakaś stara miotła - powiedział - To Nimbus Dwa Tysiące. Podobno masz Kometę Dwa Sześć­dziesiąt, tak, Malfoy? - Wyszczerzył zęby do Harry'ego - Komety są dość szybkie, ale o klasę gorsze od Nimbusów.

- Oddawaj i spadaj - powiedzieli zgodnie Ginny, Harry i Ron oraz bliźniacy Weasley i Prewett.

- A co ty o tym wiesz, Weasley, przecież nie stać cię nawet na pół kija - odwarknął Malfoy - Założę się, że ty i twoi bracia musicie oszczędzać na każdą witkę osobno.

- Ty gnojku, co z tego, że twoja matka jest moją kuzynką i zaraz dostaniesz pysk - odezwał się Łapa.

Zanim Ron zdążył mu coś odpowiedzieć, pojawił się profesor Flitwick.

- Chyba się nie kłócicie, co, chłopcy? - zaskrzeczał.

- Potterowi przysłano miotłę, panie profesorze - powiedział szybko Malfoy.

- Tak, tak, znakomicie - rzekł profesor Flitwick, uśmiechając się do Harry'ego - Profesor McGonagall powiedziała mi o specjalnych okolicznościach, Potter. Co to za model?

- Nimbus Dwa Tysiące, panie profesorze - odpo­wiedział Harry, powstrzymując się, by nie wybuchnąć śmie­chem na widok miny Malfoy'a.

Harry i Ron pękali ze śmiechu przypominając sobie minę Dracona.

- A to wszystko dzięki Malfoy'owi - dodał.

Bliźniaki wpadli na pomysł i wyczarowali napis Wielkiej Sali:

DZIĘKUJEMY FRETKO ZA NAJLEPSZEGO I NAJMŁODSZEGO SZUKAJĄCEGO W CAŁYM HOGWARCIE! GDYBY NIE TWOJA MĄDROŚĆ i GŁUPOTA, TO PRAWDOPODOBNIE HARRY NIE BYŁBY W DRUŻYNIE!
JESZCZE RAZ DZIĘKUJEMY!

DZIĘKUJE CAŁA DRUŻYNA GRYFONÓW

Gryfoni ryknęli śmiechem.

- Dziękuję chłopaki. To było boskie - powiedział Harry, mrugając do nich okiem.

- My tylko oddajemy hołd, że ciebie wynalazł - stwierdzili niewinnie Fred i George Weasley.

Harry i Ron pobiegli po schodach na górę, krztusząc się ze śmiechu.

- Bo to prawda - zarechotał Harry, kiedy już byli na szczycie marmurowych schodów - Gdyby nie ukradł Neville'owi przypominajki, nie byłoby mnie w drużynie...

- FRETKO DZIĘKUJEMY! - krzyknęli Gryfoni wszystkich trzech pokoleń.

- Więc wydaje ci się, że to nagroda za łamanie regula­minu? - rozległ się pełen złości głos tuż za jego plecami. To Hermiona wchodziła po schodach, spoglądając z nie­smakiem na paczkę w rękach Harry'ego.

- No byłam irytująca... - powiedziała Hermiona.

- Ty to powiedziałaś - skomentowali Harry i Ron.

- Myślałem, że się do nas nie odzywasz - powiedział Harry.

- Tak, tak, i nie przestawaj - dodał szybko Ron - Tak się cieszyliśmy - Hermiona pomaszerowała dalej, z nosem wycelowanym w sufit.

- Byłam strasznie irytująca - oznajmiła Hermiona.

- Powtórzymy: Ty to powiedziałaś - powiedzieli bliźniacy Weasley.

Tego dnia Harry miał duże kłopoty ze skupieniem myśli na lekcjach. Wciąż uciekały mu do dormitorium, gdzie pod łóżkiem leżała jego nowa miotła, albo pędziły na pole do quidditcha, gdzie wieczorem miał rozpocząć trening. Po lekcjach wchłonął szybko kolację, nie bardzo wiedząc, co połyka, i popędził z Ronem na górę, żeby rozwinąć Nimbusa Dwa Tysiące.

- Ojejku - westchnął Ron, kiedy miotła potoczyła się na łóżko Harry'ego. Nawet Harry, który w ogóle nie znał się na miotłach, pomyślał, że naprawdę wygląda wspaniale. Smukła i lśnią­ca, z mahoniową rączką, miała długi ogon ze starannie dobranych, prostych witek, a tuż przy końcu rączki lśnił złoty napis: Nimbus Dwa Tysiące.

"Ochy" i "Achy" rozlegały się po sali z ust każdego (prawie każdego) gracza quiddicha.

Przed siódmą Harry opuścił zamek i w gęstniejącym zmierzchu ruszył w stronę boiska do quidditcha. Jeszcze nigdy nie był na stadionie. Wokół boiska wznosiły się rzędy ławek, tak żeby widzowie dobrze widzieli, co się na nim dzieje. Po obu stronach tkwiły trzy złote tyczki zakończone pętlami. Harry'emu przypominały one małe, plastikowe patyczki, służące dzieciom mugoli do wydmuchiwania ba­niek, tyle że te miały z pięćdziesiąt stóp wysokości. Harry tak się palił do latania, że nie czekając na Wooda, dosiadł swojej miotły i odepchnął się stopami od ziemi. Ach, cóż to było za uczucie! Krążył od bramki do bramki, a po­tem przyspieszał i opadał jak jastrząb na boisko. Nimbus Dwa Tysiące reagował na najlżejszy ruch i dotyk.

- Mam to samo uczycie - skomentował James II .

- Harry Potter! Na dół! - Przybył Oliver Wood. Pod pachą niósł drewnianą klatkę. Harry wylądował tuż obok niego - Świetnie - rzekł Wood, a oczy mu błyszczały - No, teraz rozumiem, co miała na myśli McGonagall... naprawdę masz talent. Dzisiaj zapoznani cię z zasadami gry, a potem będziesz trzy razy w tygodniu ćwiczył z drużyną - Otworzył klatkę. Wewnątrz były cztery kule różnej wiel­kości - No dobra - powiedział Wood - Quidditch dość łatwo zrozumieć, nawet jeśli nie tak łatwo w niego grać. Po każdej stronie jest siedmiu graczy. Trzech z nich to ścigający.

- Czyli my - powiedziały Angelina, Alicja i Kate.

- Super - powiedział Rogacz.

- Trzech ścigających - powtórzył Harry, kiedy Wood wyjął z klatki jasnoczerwoną kulę wielkości piłki futbolowej.

- Ta kula nazywa się Kaflem. Ścigający podają sobie kafla i starają się przerzucić go przez jedną z pętli, żeby zdobyć gola. Za każde przerzucenie kafla przez jedną z pętli zdobywa się dziesięć punktów. Wszystko jasne?

-Ścigający podają sobie kafla i przerzucają go przez jedną z pętli, by zdobyć punkty - wyrecytował Harry - Zatem... to jest coś w rodzaju koszykówki z sześcioma koszami, w którą gra się na latających miotłach, tak?

- Co to jest koszykówka? - zapytał Wood, wy­raźnie zaintrygowany.

- Nieważne - odpowiedział szybko Harry.

- Właśnie, co to koszykówka, Harry? - zapytał Oliver.

- Mugolski sport - odpowiedziała Emilly

- Teraz tak... W każdej drużynie jest jeden gracz, który nazywa się obrońcą... Ja jestem obrońcą Gryfonów.

Oliver dumnie wstał i ukłonił się z wielkim bananem na twarzy.

- Latam wokół słupków bramkowych i powstrzymuję prze­ciwników, żeby nie strzelili nam gola.

- Trzech Ścigających, jeden Obrońca - rzekł Harry, chcąc to wszystko zapamiętać - I grają Kaflem. W po­rządku, rozumiem. A te, do czego służą? - Wskazał na trzy pozostałe kule wewnątrz skrzynki.

- Zaraz ci pokażę - rzekł Wood - Weź to - Wręczył Harry'emu niewielką pałkę, trochę krótszą od kija do baseballu.

- A baseball? - zapytał Oliver.

- Kiedy indziej ci wytłumaczę - odpowiedziała Hermiona.

- Pokażę ci, co robią Tłuczki. Te dwie kule to Tłuczki - Pokazał Harry'emu dwie identyczne kule, czarne i lśnią­ce, trochę mniejsze od czerwonego kafla. Harry zauważył, że drżą lekko, jakby chciały się uwolnić spod przytrzymu­jących je rzemieni i ulecieć z klatki.

- Cofnij się - ostrzegł go Wood. Pochylił się i uwolnił jedną kulę. Czarna kula natychmiast wzniosła się w powietrze, a po­tem pomknęła ku twarzy Harry'ego. W ostatniej chwili odbił ją pałką, ratując nos przed złamaniem. Kula świsnęła zygzakiem w powietrze, zawirowała nad ich głowami i wy­strzeliła w Wooda, który rzucił się na nią całym ciałem i przygwoździł do ziemi.

Mógłbyś być pałkarzem! Haha! - odpowiedział George.

- Widziałeś? - wysapał Wood, wpychając tłuczka z powrotem do klatki i przymocowując go rzemieniem - Tłuczki latają nad boiskiem, starając się zwalić graczy z mioteł. Dlatego każda drużyna ma po dwóch pałkarzy... w naszej są nimi Weasley'owie...

Fred i George stali i wypieli dumnie pierś, jak to robił Oliver i ukłonili się z bananami na twarzy.

- Ich zadaniem jest obrona reszty swoich graczy przed tłuczkami i odbicie ich w stronę przeciwników. No to jak... wszystko jasne?

- Trzech Ścigających stara się zdobyć punkty kaflem, Obrońca broni słupków bramkowych, Pałkarze chronią ko­legów przed tłuczkami.

- Bardzo dobrze - pochwalił go Wood.

- Ee... czy tłuczki już kogoś zabiły? - zapytał Harry, mając nadzieję, że zabrzmiało to bardzo zdawkowo.

- W Hogwarcie nigdy. Było trochę połamanych szczęk, ale nic gorszego. A teraz posłuchaj. Ostatni członek drużyny nazywa się Szukającym. To właśnie ty. Ciebie nie obchodzi kafel czy tłuczki...

- ...chyba że rozwalą mi głowę.

- Nie martw się, Weasley'owie dają sobie radę z tłucz­kami... zobaczysz, sami są jak para ludzkich tłuczków.

- Dziękujemy... - zaczął Fred.

- Olivierze... - ciągnął George.

- To taki... - ciągnął Fred.

- Wspaniały komplement... - ciągnął George

- Jesteśmy zaszczyceni - skończyli razem, udając, że wycierają łzę wzruszenia

Wood sięgnął do klatki i wyjął czwartą kulę. W porów­naniu z kaflem i tłuczkami była o wiele mniejsza, wielkości dużego orzecha włoskiego, złota, z maleńkimi srebrnymi skrzydełkami.

- To jest Złoty Znicz - oznajmił Wood - kula naj­ważniejsza ze wszystkich czterech.

- To prawda - powiedział James Syriusz Potter.

- Bardzo trudno ją złapać, bo jest szybka i trudna do zauważenia. Złapanie jej jest zadaniem szukającego. Musisz ją wyłowić spośród ścigają­cych, pałkarzy, tłuczków i kafla, i złapać przed szukającym przeciwników, bo za złapanie jej zyskuje się dla swojej drużyny aż sto pięćdziesiąt punktów, co zwykle przesądza o wyniku meczu. Właśnie dlatego szukający są tak często faulowani.

- Też prawda - powiedział Fred II .

- Mecz quidditcha kończy się z chwilą złapania znicza, więc może trwać bardzo długo... Rekord wynosił prawie trzy miesiące, tak że musieli wprowadzać zastępców, żeby gracze mogli się trochę przespać. No cóż, to chyba wszystko... Masz jakieś pytania?

- Aż tyle? - powiedziała Molly II .

Harry potrząsnął głową. Zrozumiał już wszystko, nawet to, że prawdziwym problemem jest opanowanie tego wszyst­kiego w praktyce.

- Nie będziemy dzisiaj ćwiczyć ze Zniczem - rzekł Wood, ostrożnie umieszczając go w klatce - Jest za ciemno, moglibyśmy go zgubić. Spróbujmy na razie z tymi. Wyciągnął z kieszeni worek ze zwykłymi piłkami golfo­wymi i w chwilę później on i Harry byli już w powietrzu. Wood rzucał piłkami z całej siły i we wszystkie strony, a Harry musiał je łapać. Harry wyłapał wszystkie piłki i Wood był zachwycony. Minęło pół godziny i zrobiło się ciemno, więc musieli skoń­czyć.

- To jest prawdziwy talent, proszę państwa! - krzyknął Oliver.

- W tym roku na pucharze będzie nazwa naszej dru­żyny - powiedział uradowany Wood, kiedy wracali do zamku - Wcale bym nie był zaskoczony, gdybyś okazał się lepszy od Charliego Weasley'a, a on mógłby grać w re­prezentacji Anglii, gdyby nie wyjechał polować na smoki.

- Oliverze, mylisz pojęcia. Ja nie poluje na smoki, tylko się nimi opiekuje - poprawił go Charlie.

- Przepraszam. Pomyliłem się - odpowiedział Oliver.

- Spoko - uśmiechnął się Charlie.

Może z powodu nawału zajęć, bo teraz trenował quidditcha trzy razy w tygodniu, po odrobieniu masy zadań domo­wych, Harry zdumiał się, kiedy zdał sobie sprawę, że jest już w Hogwarcie pełne dwa miesiące. W zamku czuł się jak w domu, inaczej niż kiedykolwiek na Privet Drive. Teraz kiedy już opanował podstawy, zajęcia też były coraz ciekawsze.

- Jak ten czas szybko leci - stwierdził Harry

W dzień poprzedzający Noc Duchów obudził ich cudow­ny zapach pieczonej dyni, rozchodzący się po korytarzach. Mało tego, profesor Flitwick oznajmił im, że są już przygo­towani do tego, by na ich rozkaz latały różne przedmioty, co stanowiło przedmiot ich marzeń od chwili, gdy na ich oczach sprawił, że ropucha Neville'a obleciała całą klasę. Flitwick podzielił ich na pary. Partnerem Harry'ego został Seamus Finnigan (co powitał z ulgą, bo Neville okropnie go rozpraszał). Ronowi trafiła się jednak Hermiona Granger.

- Ej! - jeknal Neville.

Trudno powiedzieć, które z nich było bardziej niezadowo­lone z tego powodu.

- Ja - powiedzieli jednocześnie.

- Nie ty, tylko ja - burknęła Hermiona

- Ja, a nie ty - skomentował Ron.

- Nie ty, tylko ja - rzekła Hermiona.

- Ja, a nie ty - odpowiedział Ron.

- Nie ty, tylko ja - odparła Hermiona

- Ja, a nie ty - odpowiedział Ron.

- Spokój!!!!! - krzyknęła Rose.

- Nic się nie zmieniliście - parsknął śmiechem Hugo.

Nie odzywała się do nich od dnia, w którym Harry dostał Nimbusa Dwa Tysiące.

- Proszę nie zapominać o tym lekkim ruchu nadgar­stka, który tak długo ćwiczyliśmy! - zaskrzeczał profesor Flitwick, usadowiony jak zwykle na stosie książek. - Smagnąć i poderwać, pamiętajcie, smagnąć i poderwać! I wypowiadać zaklęcie dokładnie, to bardzo ważne... Nie zapominajcie o czarodzieju Baruffio, który źle wypowiedział spółgłoskę i znalazł się na podłodze, przygnieciony bawo­łem. Było to bardzo trudne.

- Nie dla jednej osoby - powiedzieli Harry i Ron.

Harry i Seamus smagali i podry­wali, ale piórko, które mieli wysłać pod sufit, leżało sobie nadal na stoliku. Seamus tak się zniecierpliwił, że dotknął go różdżką, co spowodowało, że się zapaliło - Harry mu­siał ugasić mały pożar swoją tiarą.

- Tato, dalej lubisz wszystko podpalać? - spytała Amelia, chichocąc. Seanus się zarumienil

Ronowi, przy sąsiednim stole, też nic nie wychodziło.

Wingardium Leviosa! - krzyczał raz po raz, wyma­chując ramionami jak wiatrak.

- Źle to wypowiadasz - prychnęła Hermiona - Wing-gar-dium Levi-o-sa. "Gar" musi być melodyjne i długie.

- Źle to wypowiadasz, Weasley - powiedział Draco wesoło - Wing-gar-dium Levi-o-sa. "Gar" musi być melodyjne i długie - powiedział, naśladując głos Hermiony.

- Spadaj Fretko do dziury! - warknął Ron.

- To zrób to sama, jak jesteś taka mądra - warknął Ron. Hermiona podwinęła rękawy szaty, smagnęła różdżką i powiedziała:

Wingardium Leviosa!

- Wingardium Leviosa, tak Ronuś sie robi - powiedział Draco, naśladując głos Hermiony.

- Spadaj tleniona Fretko - odburknęła Hermiona.

Piórko uniosło się i zawisło jakieś cztery stopy nad ich głowami.

- Wspaniale! - krzyknął profesor Flitwick, klasz­cząc w dłonie - Niech wszyscy popatrzą, pannie Granger już się udało! - Ron był markotny do końca lekcji.

- Byłem zazdrosny - powiedział zgodnie z prawdą Ron

- Nic dziwnego, że nikt nie może jej znieść - powie­dział do Harry'ego, kiedy przeciskali się przez zatłoczony korytarz - Ona jest koszmarna, naprawdę.

- Ron, tak nie można mówić do kobiety która nosi twoje nazwisko - fuknęła matka Rona, a Hermiona znowu go strzeliła w potylicę.

- Auuu, za co kobieto? - warknął Ron.

- Dobrze Ci tak - stwierdziła Ginny.

Ktoś wpadł na Harry'ego w tłoku. Była to Hermiona. Harry zobaczył jej twarz - była zalana łzami.

- Chyba to usłyszała.

Faceci szybciej mówią niż myślą - powiedziała Olivia

- No to co? - burknął Ron, ale wyraźnie się zmie­szał - Sama musiała zauważyć, że nie ma przyjaciół.

- Ron! - warknęła Molly

Hermiona nie pojawiła się na następnej lekcji i przez całe popołudnie nikt jej nie widział. Idąc do Wielkiej Sali na ucztę świąteczną, Harry i Ron podsłuchali, jak Parvati Patil opowiada swojej przyjaciółce Lavender, że Hermiona ryczy w łazience i nie chce nikogo widzieć.

- W tej chwili masz przeprosić Hermione! - warknęła Ginny i przytuliła Hermione

- Przypominam Ci siostryczko że to się już wydarzyło - rzekł Ron

Ron jeszcze bardziej się zmieszał, ale chwilę później wkroczyli do Wielkiej Sali, gdzie na widok świątecznych dekoracji zapomnieli o Hermionie.

- Dziękuje za takich przyjaciół - fuknęła Hermiona.

- Hermiona przypominam ci, że jeszcze wtedy nie byliśmy przyjaciółmi - odpowiedział Harry.

Ze ścian i sklepienia zwisało z tysiąc żywych nietoperzy, a drugie tysiąc śmigało ciemnymi chmarami nad stołami, powodując migotanie płomieni świec, osadzonych w dy­niach. Tym razem potrawy pojawiły się na złotych półmi­skach tak jak podczas bankietu powitalnego. Harry nakładał sobie właśnie wielkiego pieczonego ziem­niaka, kiedy na salę wpadł biegiem profesor Quirrell w prze­krzywionym turbanie i z przerażoną twarzą.

Coś się wydarzy - powiedział  Frank

Wszyscy za­milkli, wytrzeszczając oczy, a Quirrell dobiegł do krzesła profesora Dumbledore'a, oparł się o stół i wysapał:

- Troll... w lochach... uznałem, że powinien pan wie­dzieć.

- Troll?! - krzyknęli wszyscy bladzi.

- Ale super - krzyknęli Fred i James. Olivia i Alicja II strzeliły ich tył głowy.

- Nie jest super - oznajmili Olivia i Alicja jednocześnie.

Wybuchło zamieszanie. Profesor Dumbledore musiał kilka razy wystrzelić purpurowe rakiety ze swojej różdżki, żeby uciszyć salę.

- Prefekci! - zagrzmiał - Natychmiast zaprowa­dzić swoje domy do dormitoriów! Percy był w swoim żywiole.

- Troll pojawił się w szkole, późnym wieczorem, a Percy jest swoim żywiole? - zdziwił się Rogacz.

- Tak James, Percy uwielbia rządzić innymi i myśli że jest wtedy fajny - odparł Ron

- Za mną! Pierwszoroczni, trzymać się razem! Nie musicie bać się trolli, jeśli będziecie wypełniać moje polece­nia! Teraz trzymać się tuż za mną. Przejście, najpierw wy­chodzą pierwszoroczni! Przepraszam, jestem prefektem!

- Poprawka: jesteś kretynem - powiedział zirytowany jego brat Fred.

- Jak Troll mógł się tu dostać? - zapytał Harry, kiedy szli po schodach.

- Mnie nie pytaj. Trolle to naprawdę głupie stwory - odpowiedział Ron - Może Irytek wpuścił go dla draki - Po drodze mijali różne grupy, spieszące w różnych kie­runkach. Kiedy przepychali się przez tłum przerażonych Puchonów, Harry nagle złapał Rona za łokieć.

- Pomyślałem sobie o... Hermionie.

- W samą porę - powiedziała Rose .

- Że co?

- Ona nic nie wie o trollu - Ron przygryzł wargę.

- No dobra... - burknął.

- Merlinie, czy oni idą po ciotkę Herm?? - przeraziła się Victoire cała blada na twarzy.

- Ale lepiej niech Percy nas nie zauważy - Pochylili głowy i przyłączyli się do Puchonów, zmierzających w inną stronę, przemknęli przez opustoszałą część korytarza i pobiegli do łazienki dziewczyn. Właśnie skręcili za róg korytarza, kiedy usłyszeli za sobą szybkie kroki - Percy! - syknął Ron, wciągając Harry'ego za wiel­kiego kamiennego gryfa. Wyglądając ukradkiem zza posągu, zobaczyli jednak nie Percy'ego, lecz Snape'a. Przebiegł przez korytarz i zniknął im z oczu.

- Co ty Smarku kombinujesz? - zapytał groźnie Rogacz.

- Co on robi? - szepnął Harry - Dlaczego nie jest w lochach razem z innymi nauczycielami?

- Żebym to ja wiedział - Ruszyli za oddalającymi się krokami Snape'a, starając się iść jak najciszej.

- Ty, on idzie na trzecie piętro - szepnął Harry, ale Ron podniósł rękę.

- Czujesz coś? - Harry pociągnął nosem i poczuł zgniły odór, przywodzą­cy na myśl stare skarpetki i ubikację, której nikt nie sprząta.

- Ohyda - krzywiły dziewczyny.

I wówczas to usłyszeli - głuche powarkiwanie i pacnięcia wielkich stóp. Ron pokazał palcem: na końcu ko­rytarza po lewej stronie czerniało coś wielkiego, co szło w ich stronę. Przywarli do ściany znajdującej się w cieniu, i patrzyli, osłupiali, jak to coś wlazło w plamę księżyco­wego blasku. Był to straszny, mrożący krew w żyłach widok. Wysoki na dwanaście stóp, o matowej, granitowoszarej skórze, o wielkim, niezdarnym cielsku przypominającym głaz, z małą, łysą głową sterczącą na czubku jak orzech kokoso­wy.

- Gdzie jest Drops i nauczyciele?! - krzyknęły Lily I Molly I .

Miał krótkie nogi, grube jak pniaki, z płaskimi, zrogowaciałymi stopami. Smród, jaki wydzielał, trudno było znieść. W ręku trzymał wielką maczugę, która wlokła się za nim, bo tak długie miał ramiona.

- O kurde! - krzyknęli Huncwoci

- O kuźwa - powiedział James II .

- Merlinie - powiedziała blada Domique .

Troll zatrzymał się przy sąsiednich drzwiach i zajrzał do środka. Poruszył długimi uszami, a potem wlazł powoli do środka.

- Klucz jest w zamku - wybełkotał Harry - Możemy go zamknąć.

Ja tam jestem! - krzyknęła Hermiona

- Dobry pomysł - odpowiedział nerwowo Ron. Podsunęli się tuż do drzwi, wstrzymując oddechy i mod­ląc się, by trollowi nie zachciało się wyjść. A potem Harry jednym skokiem stanął przed drzwiami, złapał za klamkę, zatrzasnął drzwi i przekręcił klucz - Dobra! - Zarumienieni z emocji i dumni ze swego wyczynu, ru­szyli z powrotem korytarzem, ale kiedy doszli do rogu, usłyszeli coś, co sprawiło, że serca im zamarły - wysoki, zduszony wrzask, który dochodził wyraźnie zza drzwi, które właśnie zamknęli.

- Och, nie... - wyjąkał Ron blady jak Krwawy Baron.

- To ja krzyczę kretyn! - krzyknęła Hermiona.

- To była łazienka dziewczyn! - wydyszał Harry.

- Hermiona! - powiedzieli jednocześnie.

- Mama!!! - powiedzieli Hugo i Rose bladzi.

Hermiona!!! - krzyknęły Lily, Molly, Alicja i Emilly .

- Ciocia! - krzyknęli wszystkie dziewczyny z przyszłości. Wszystkie trzy słowa zostały powiedziane jednocześnie.

Była to na pewno ostatnia rzecz, jaką teraz chcieli zrobić, ale nie mieli wyboru. Odwrócili się i popędzili z powrotem do owych drzwi, by przekręcić klucz w zamku. Drżąc ze strachu, Harry otworzył drzwi i wbiegli do środka. Hermio­na Granger przywarła do ściany naprzeciw drzwi, wygląda­jąc, jakby miała za chwilę zemdleć.

Hermiona wtuliła się w Rona a ten ja głaskał po włosach

Troll zbliżał się do niej, wyrywając po drodze krany.

- Co wy chcecie zrobić? - zapytała blada Lily.

- Trzeba go skołować! - powiedział Harry do Rona i schwyciwszy jeden z leżących na podłodze kranów, cisnął nim w ścianę.

- Czy oni chcą walczyć z Trollem?? - zawołała blada Lily Luna.

Macie po 11 lat i nie macie szans! - nie dowierzała Lucy

- Nie wierzę, że to mówię, ale, czy wy zwariowaliście? - jęknął szokowany Rogacz.

Troll zatrzymał się kilka stóp od Hermiony. Rozejrzał się wokoło, mrugając głupawo tępymi oczkami, żeby zobaczyć, co narobiło takiego hałasu. Zobaczył Harry'ego. Zawahał się, a potem ruszył ku niemu, podnosząc maczugę.

- Merlinie najpierw trójgłowy pies, teraz trzymetrowy Troll? To nie jest normalne - jęknęła Roxanna.

- Widać, że jak chodzi o Harry'ego, to nic nie jest normalne - powiedziała Lily blada jak ściana - To twoja szkoła Dropsie! Co jeszcze wymyślisz? - zapytała oburzona.

- Hej, ciastomózgi! - ryknął Ron z drugiej strony

- Toś mu powiedział - burknął Remus.

i rzucił w niego metalową rurą. Troll nawet nie poczuł, gdy rura trzasnęła go w ramię, ale posłyszał wrzask i znowu się zatrzymał, zwracając swój obrzydliwy pysk w stronę Rona.

- O Merlinie - krzyknęła Molly I , a wszystkie kolory znikły z jej twarzy.

Harry wykorzystał to i obiegł go naokoło.

- Szybko, uciekaj! Biegiem! - wrzasnął Harry, pró­bując pociągnąć Hermionę w stronę drzwi, ale nie była w stanie się ruszyć, wciąż wciskała się w ścianę, otworzy­wszy szeroko usta w niemym okrzyku przerażenia.

- Nie dziwię się jej reakcji - powiedziała Dorcas.

Krzyki, odbijające się echem od ścian, doprowadziły Trolla do szału. Ryknął i ruszył ku Ronowi, który był najbli­żej i nie miał dokąd uciec.

- Merlinie - powiedzieli Molly i Artur i rodzeństwo Rona, a także Lily i Alicja I .

Harry zrobił wówczas coś, co było bardzo odważne i bar­dzo głupie: rozpędził się i skoczył Trollowi na plecy, oplatając ręce wokół jego szyi.

Cała sala byli bladzi i zdziwieni tym, co się teraz dzieje. Łapę totalnie zatkało i patrzył wielkimi oczami na Harry'ego i Rona który tulil swoją ukochana .

Troll nie poczuł, że wisi na nim jakiś krasnoludek, ale nawet troll nie jest aż tak głupi, by nie zauważyć, że ktoś wsadza mu do nosa kawał długiego drew­na, a Harry wciąż miał w ręku swoją różdżkę i kiedy skoczył, niechcący wepchnął ją trollowi w jedną z dziurek w nosie.

- Ohyda! - skrzywili się wszyscy.

Wyjąc z bólu, troll wywinął młynka maczugą. Harry trzymał się go kurczowo, świadom, że jego życie wisi na włosku; w każdej chwili troll mógł go strząsnąć z siebie jednym ruchem albo roztrzaskać maczugą jak komara.

Ginny patrzyła wielkimi oczami na brata i Harry'ego.

- Hermiona opowiadała mi wiele razy, ale nie wiedziałam, że to tak było - skomentowala Ginny.

Hermiona osunęła się na podłogę. Ron wyciągnął swoją różdżkę i nie wiedząc, co robić, wykrzyknął pierwsze zaklę­cie, jakie mu przyszło do głowy:

Wingardium Leviosa!

- Oo, jednak moje zajęcia się przydają - rzekł mistrz zaklęć.

Maczuga nagle wyrwała się z dłoni trolla, uniosła wysoko w powietrze, powoli obróciła i... opadła ze straszliwym trzaskiem na głowę swojego właściciela.

Wszyscy patrzyli na Rona podziwem.

- Jesteś moim bohaterem Ron - powiedziała Hermiona i pocałowała go namiętnie w usta

Troll zachwiał się i runął na twarz z łoskotem, aż zadygotało całe pomiesz­czenie.

- Ale nokaut - odezwał Hugo.

Harry wstał. Trząsł się cały i z trudem łapał powietrze. Ron wciąż stał z uniesioną różdżką, gapiąc się na to, co zrobił.

- Ron kocham Cię! Uratowałeś mi wtedy życie zaklęciem Wingardium Leviosa - komentowała Hermiona - Ciebie też Harry kocham, jak brata. Gdyby nie wy to pewnie bym nie żyła

- Cała przyjemność po mojej stronie pani Weasley - stwierdził Ron do swojej dziewczyny

Pierwsza odzyskała głos Hermiona.

- Czy on... umarł?

- Chyba nie - odpowiedział Harry. - Chyba tyl­ko został znokautowany.

Pochylił się i wyciągnął swoją różdżkę z nosa trolla. Cała była umazana czymś, co przypominało szary klej.

- Fuj - krzyknęły dziewczyny.

- Ueee... smarki Trolla - Wytarł ją o spodnie olbrzyma. Nagle wszyscy troje poderwali głowy, słysząc głośny tu­pot i trzaskanie drzwi. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, jakiego musieli narobić hałasu. W chwilę później do łazienki wpadła profesor McGonagall, za nią Snape, a na końcu Quirrell.

- O fajnie, że przyszliście - mruknęła Lily II .

Quirrell rzucił okiem na Trolla, jęknął i szybko usiadł na jednym z sedesów, trzymając się kurczowo za serce.

Cała Wielka Sala patrzyła sie na Rona i Harry'ego jak na kosmitów niedowierzając,że w wieku 11 lat pokonali dorosłego Górskiego Trolla.

Snape pochylił się nad Trollem

- To chyba... - zaczął Fred.

-... Pierwszy... - ciągnął George.

-... Pocałunek...

- .. Profesora...

-... Severusa...

-.. Snape'a... - skończył George.

- Panie profesorze kiedy, ślub? - zapytali razem Fred i George. Huncwoci ryknęli śmiechem. Snape patrzył mordem w oczach na bliźniaków Weasley. Huncwoci przybyli piątkę z Fredem i Georgem.

Profesor McGonagall wpatrywała się w Harry'ego i Rona. Harry jeszcze nigdy nie widział jej tak rozwścieczonej.

- Ta mina nie wróży nic dobrego - rzekł Łapa.

Miała zupełnie białe wargi. Pożegnał się z nadzieją na zdobycie pięćdziesięciu punktów dla Gryffindoru.

- Co wy sobie w ogóle myślicie? - zapytała profesor McGonagall z zimną furią w głosie.

- Uratowali Hermionę życie - wytłumaczył Rogacz.

Harry spojrzał na Rona, który wciąż stał pośrodku z podniesioną różdżką.

- Macie szczęście, że was nie pozabijał. Dlaczego nie jesteście w swo­im dormitorium?

- Bo ratowali... - zaczął Fred.

- Ratowali - ciągnął George.

- Nasza szwagierkę - skończyli razem.

Snape przeszył Harry'ego wzrokiem. Harry wbił wzrok w podłogę. Bardzo chciał, żeby Ron wreszcie opuścił tę różdżkę. Nagle z ciemnego kąta rozległ się cichy głos.

- Pani profesor... proszę... oni szukali mnie.

- Panna Granger!

- Nic ci nie jest Hermiono? - zapytała Lily.

Hermionie w końcu udało się stanąć na nogach.

- Ja... poszłam szukać tego trolla, bo... myślałam, że sama sobie z nim dam radę... no... bo przeczytałam o nich wszystko.

- Czy ciotka Hermi kłamie właśnie naszej przyszłej dyrektorce w żywe oczy??? - nie dowierzał James II .

- Na to wygląda, że tak - nie dowierzał Fred II . Minerwa właśnie zdała sobie sprawy, że jej najlepsza uczenia ją wtedy okłamała.

Ron opuścił różdżkę. Hermiona Granger łgającą nauczy­cielom jak najęta?

- Gdyby mnie nie znaleźli, już bym była martwa. Harry uderzył go różdżką w nos, a Ron znokautował go jego własną maczugą. Nie mieli czasu kogoś wezwać. Kiedy tu wpadli, on już chciał ze mną skończyć - Harry i Ron starali się robić takie miny, jakby cała ta opowieść nie była dla nich nowością.

- Uwierzyła wam? - zapytała Ginny.

- Chyba tak - odpowiedział Harry.

- No cóż... jeśli tak... - powiedziała profesor McGonagall, przypatrując im się po kolei - Granger, ty głupia dziewczyno, skąd ci przyszło do głowy, że poradzisz sobie sama z górskim trollem? - Hermiona zwiesiła głowę.

- Nie jesteś głupia Hermiono. Byłam przerażona i to dlatego tak powiedziałam - powiedziała profesorka

- Nic się nie stało - odpowiedziała Hermiona.

Harry'emu odebrało mowę. Hermiona była ostatnią osobą, która mogła zrobić coś sprzecznego z regulaminem szkolnym, a oto udawała, że to zrobiła, żeby wybawić ich z opresji. To tak, jakby Snape zaczął ich częstować cukierkami.

- Wesołych świąt, panie profesorze! - krzyknął Lee do Snape'a.

- Przyniesie pan cukierki? - spytali psotnie bliźniacy Weasley.

- Przebierz się za Mikołaja i krzyknij: "Ho, ho, ho, ho! Wesołych świąt wszystkim!" - powiedział Harry. Huncwoci ryknęli śmiechem razem z innymi.

- Panno Granger, Gryffindor właśnie stracił przez to pięć punktów - oświadczyła profesor McGonagall - Bardzo się na tobie zawiodłam, Granger.

- Nie zawiodłaś mnie - powiedziała szybko Minne.

- To było dawno - odpowiedziała Hermiona.

- Jeśli nic ci się nie stało, maszeruj do wieży. Uczniowie kończą ucztę w swoich domach - Hermiona wyszła. Profesor McGonagall zwróciła się do Harry'ego i Rona - No cóż, mieliście dużo szczęścia, bo niewielu pierwszoroczniaków dałoby sobie radę z dorosłym górskim trol­lem. Każdy z was zarobił dla Gryffindoru po pięć punktów.

- Tylko pięć? Oni uratowali Hermionę! - krzyknął szokowany Łapa.

- Poinformuję o tym profesora Dumbledore'a. Możecie odejść.

- Pewnie jest w swoim biurze i je te swoje dropsy - skomentowana Lily.

Szybko wyszli z łazienki i nie odzywali się, póki nie wspięli się dwa piętra wyżej. Dopiero tu odetchnęli z ulgą, bo uwolnili się od smrodu trolla i byli sami.

- Powinniśmy zarobić więcej niż dziesięć punktów - mruknął Ron.

- Pięć, bo drugie pięć już odjęła za Hermionę. Wybawiła nas z kłopotów, ale to chyba żadna łaska... W końcu uratowaliśmy jej życie.

- Tak to prawda - powiedziała Hermiona.

- Nie musiałaby tego robić, gdybyśmy go tam nie zamknęli - przypomniał mu Harry. Doszli do portretu Grubej Damy.

Tez prawda - powiedziała Hermiona

- Świński ryj - powiedzieli i przeszli przez dziurę. W pokoju wspólnym był tłok i gwar. Wszyscy zajadali się świątecznymi potrawami, które tu przysłano. Tylko Hermiona czekała na nich samotnie przy drzwiach. Przez chwilę panowało niezręczne milczenie, a potem wszyscy troje powiedzieli "dzięki" i poszli po talerze. Ale od tego czasu zaprzyjaźnili się z Hermiona.

- To tak się zaprzyjaźniliście? - powiedziała uśmiechnęła Lily.

- Tak. Uratowanie Hermiony scaliła naszą trójkę - odpowiedział Harry.

Są takie wydarzenia, które - przeżyte wspólnie - muszą się za­kończyć przyjaźnią, a znokautowanie trzymetrowego trolla górskiego na pewno jest jednym z nich.

- Koniec rozdziału - powiedziała Alicja, matka Neville'a.

- Później wiele rzeczy było, ale nie zdradzimy ich - powiedzieli wesoło Złota Trójca.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...