- Teraz ja, teraz ja! – wolała Astoria.
- Ależ oczywiście – odpowiedziała Daphne.
Rozdział czwarty
W księgarni Esy i Floresy
Ron i Harry jęknęli.
Trudno było w ogóle porównywać życie w Norze z życiem przy Privet Drive. Dursley'owie lubili ustalony ład i porządek; dom Weasley'ów pełen był niespodzianek i dziwności. Harry doznał wstrząsu, kiedy spojrzał w lustro nad kominkiem w kuchni, a ono wrzasnęło: "Koszula ci wystaje ze spodni, łazęgo!
- Wcale, że nie! – oburzył się Harry.
Ghul na strychu wył i bębnił w rury, kiedy tylko wydawało mu się, że w domu jest za spokojnie, a małe eksplozje dobiegające z sypialni Freda i George'a uważane były za coś zupełnie normalnego.
- Chłopcy zawsze pozostaną chłopcami! – chichotała Angelina.
- Nie ważne jak bardzo urośli – dodała Fleur.
Ale tym, co Harry'emu wydało się najbardziej niezwykłe, nie było mówiące lustro, czy hałasujący ghul: był to fakt, że tutaj wszyscy zdawali się go lubić. Pani Weasley załamywała ręce nad stanem jego skarpetek i starała się wmusić w niego cztery dokładki przy każdym posiłku. Pan Weasley prosił, żeby Harry siadał przy stole obok niego, bo mógł wówczas bombardować go pytaniami o urządzenia mugoli, na przykład o to, jak działa hydrant albo poczta.
- Bombowo! – parksnął śmiechem Patrick.
- Fascynujące! – zawołał, kiedy Harry opowiedział mu drobiazgowo, jak działa telefon – Naprawdę, bardzo pomysłowe! Ileż ci mugole wynajdują sposobów, żeby się obywać bez magii!
- Musimy jakoś sobie radzić – oznajmiła Carolina.
Pewnego słonecznego poranka, mniej więcej tydzień po jego przybyciu do Nory, Harry dostał wiadomość z Hogwartu. On i Ron zeszli na śniadanie i zastali już w kuchni państwo Weasley'ów i Ginny.
Ginny zarumieniła się.
Kiedy Ginny ujrzała Harry'ego, miska z owsianką wypadła jej z rąk na podłogę. Dziwnym zbiegiem okoliczności Ginny wszystko wylatywało z rąk, kiedy Harry wchodził do pokoju.
- Merlinie! – jęknęła Ginny.
- Mamusiu, jaka ty byłaś słodka – odezwały się Olivia i Lily II.
Zanurkowała pod stół, żeby podnieść miskę i wynurzyła się spod niego z twarzą czerwoną jak zachodzące słońce.
- Poetycko! – westchnęli teatralnie Fred i George.
Harry, udając, że nic nie zauważył, usiadł i wziął tost, który mu podała pani Weasley.
- Kochanie, popatrz, teraz jesteś pani Potter – powiedział Harry – a tamto to już było.
- Chce wziąć ślub i to jak najszybciej – mruknęła Ginny.
- Listy ze szkoły – powiedział pan Weasley, podając Harry'emu i Ronowi jednakowe koperty z żółtawego pergaminu, zaadresowane zielonym atramentem – Dumbledore już wie, że tu jesteś, Harry... Co za człowiek, przed nim nic się nie ukryje... Wy też dostaliście listy – dodał na widok Freda i George'a, którzy wmaszerowali do kuchni w piżamach.
Angelina ilustrowała George wzrokiem.
- Co? – spytał George.
- Ciekawe jakbyś wyglądał bez koszuli! – palnęła Angelina.
- Chcesz zobaczyć? – spytał George – a może mi pomożesz? – i poruszył brwiami. Angelina spaliła buraka.
- George! – warknęła Molly I.
Przez kilka minut było bardzo cicho, kiedy cała czwórka czytała swoje listy. Harry dowiedział się, że ma, jak poprzednio, wsiąść do pociągu ekspresowego Londyn-Hogwart, odchodzącego ze stacji na King's Cross pierwszego września. Do listu była dołączona lista książek, które będą mu potrzebne w nowym roku szkolnym.
- Ciekawe – rzekła Dorcas.
Uczniowie drugiego roku powinni mieć:
Standardową księgę zaklęć (2 stopień) Mirandy Goshawk
Jak pozbyć się upiora Gilderoy'a Lockharta
Łapa, Rogacz i Frank I opluli tym razem swoje dziewczyny.
Jak zaprzyjaźnić się z ghulami Gilderoy'a Lockharta
- Nie wierzę – szepnęła Mary.
Wakacje z wiedźmami Gilderoy'a Lockharta
- Proszę, Mar walnij mnie czymś ciężkim – prosił Łapa.
Wędrówki z trollami Gilderoy'a Lockharta
Podróże z wampirami Gilderoy'a Lockharta
Włóczęgi z wilkołakami Gilderoy'a Lockharta
Rok z yeti Gilderoy'a Lockharta
- Czy on jest... – zaczął ostrożnie Rogacz.
- Jeśli pytasz, czy jest nowym nauczycielem obrony przed czarną magią, to tak – mruknęła Ginny. Łapa podszedł do ściany i zaczął uderzać o nią głową.
- Co ty robisz!? – krzyknęła Marlena.
- Próbuje wybić sobie informacje, że ten imbecyl będzie uczył mojego Rogasia, panią Rogasiównę Hermionę, Rona, Neville'a, Hanna, i innych – oznajmił Łapa.
Fred, który skończył czytać swój list, zerknął na listę Harry'ego.
- Tobie też napisali, żebyś kupił te wszystkie książki Lockharta! – zawołał – Nowy nauczyciel obrony przed czarną magią musi być jego fanem... Założę się, że to czarownica.
- Chyba imbecyl! – warknęła Lily, patrząc na Dropsa.
W tym momencie uchwycił spojrzenie matki i szybko zajął się marmoladą.
- Nie wiem, czy będzie nas na to stać – rzekł George, rzucając krótkie spojrzenie na rodziców – Książki Lockharta są bardzo drogie...
- Jakoś sobie poradzimy – mruknęła pani Weasley, ale wyglądała na zatroskaną – Mam nadzieję, że większość rzeczy dla Ginny kupimy z drugiej ręki.
- Och, to i ty idziesz w tym roku do Hogwartu? – zapytał Harry małą Ginny.
- Miłość kwitnie – powiedziała Lily II.
Kiwnęła głową, spłoniwszy się aż po cebulki rudych włosów, i wsadziła łokieć do maselniczki. Na szczęście nikt tego nie zauważył prócz Harry'ego, bo właśnie wkroczył Percy, starszy brat Rona. Był już ubrany, a na piersiach miał odznakę prefekta.
- Czy ty śpisz z tą oznaką, Percy? – spytał Seamus.
- Dzień dobry! – powitał wszystkich dziarskim tonem – Piękny dzień.
- Och, na pewno – mruknął Frank I.
Usiadł na jedynym wolnym krześle, ale natychmiast podskoczył, wyciągając spod siebie szarą, wyleniałą miotełkę z piór – w każdym razie tak sądził Harry, dopóki nie zobaczył, że miotełka oddycha.
- Errol! – krzyknął Ron, biorąc od niego puchacza i wyjmując mu list spod skrzydła – Nareszcie... to list od Hermiony. Napisałem jej, że zamierzamy cię uwolnić z domu Dursley'ów, Harry – Spróbował posadzić Errola na kołku wbitym w ścianę przy kuchennych drzwiach, ale ptak natychmiast spadł, więc położył go na suszarce do naczyń, mrucząc: "żałosne". Potem rozerwał kopertę i przeczytał na głos list od Hermiony:
Kochany Ronie,
- Zaczyna się pikantne – powiedział Łapa.
i Ty, Harry, jeśli tam jesteś,
- Do Rona napisała Kochany a do Harry'ego nie – rzekła Emilly.
- Jestem twoim bratem, więc powinnaś do mnie też napisać, Hermiono.
- Wybacz, Harry.
mam nadzieję, że wszystko dobrze poszło i że Harry jest OK i że Ty, Ron, nie zrobiłeś czegoś sprzecznego z prawem, żeby go stamtąd wyrwać, ponieważ wtedy nie tylko Ty byś miał kłopoty, ale i on. Naprawdę bardzo się tym niepokoję i jeśli Harry jest już wolny, cały i zdrowy, natychmiast mi o tym napisz, ale może lepiej skorzystaj z jakiejś innej sowy, bo wydaje mi się, że jeszcze jedna podróż z pocztą zupełnie wykończy Twojego puchacza.Oczywiście jestem bardzo zajęta, bo mamy tyle zadane...
Hugo patrzył wymownie na Emilly i Rose.
- Czy ona zwariowała? – zapytał Ron z przerażeniem w głosie, przecież są wakacje! – a w przyszłą środę jedziemy do Londynu, żeby mi kupić książki. Może byśmy się spotkali na ulicy Pokątnej? Napisz mi szybko, co się dzieje,
Ucałowania od Hermiony.
- To słodkie. Wujek ciocia chce Cię ucałować! – pisnęła Lily II.
- No cóż, to mi bardzo odpowiada, możemy pojechać i kupić wszystko, czego potrzebujecie – powiedziała pani Weasley, zabierając się do sprzątania ze stołu – A tak w ogóle, to co zamierzacie dzisiaj robić?
- Na trzy – oznajmił Louis – Raz, dwa, trzy!
- Quidditch! – krzyknęli synowie, którzy pochodzą z przyszłości.
- Chłopcy i ich zabawki – mruknęły ich żony i wywrócili oczami.
Harry, Ron, Fred i George postanowili pójść na wzgórze, na małe pastwisko należące do państwa Weasley'ów. Otoczone było drzewami, które zasłaniały je od strony wioski, więc mogli tam poćwiczyć quidditcha, pamiętając, żeby nie podlatywać za wysoko.
- Mówiłem – powiedzieli dumni z siebie.
Nie mogli użyć prawdziwych piłek, bo gdyby wymknęły się spod kontroli i zaczęły latać nad wioską, trudno byłoby to mugolom wyjaśnić, więc używali jabłek. Po kolei dosiadali Nimbusa Dwa Tysiące Harry'ego, najlepszej miotły, jaką mieli – stara Spadająca Gwiazda Rona była tak powolna, że często wyprzedzały ją motyle.
Gang Fretki i jego ojciec ryknął śmiechem.
Pięć minut później wspinali już się na wzgórze z miotłami na ramionach. Zapytali Percy'ego, czy nie chce z nimi pograć, ale oświadczył, że jest zajęty. Jak dotąd Harry widywał go tylko w czasie posiłków; przez resztę dnia Percy przesiadywał zamknięty w swoim pokoju.
- Percy myśli o cimcirymcim! – zadrwił Fred – z taką Penelopą.
- Percy jesteś przecież prefektem, musisz wykonywać swoje obowiązki pierdka, a nie myśleć o cimcirymcim! – dodał drwina George. Percy zrobił się czerwony i wściekły. Większość parsknęła śmiechem.
- Chciałbym wiedzieć, co się z nim dzieje – powiedział Fred, marszcząc czoło – W każdym razie nie jest sobą.
- Śni o Penelopie i się zastawiała, kiedy zapytać ją, czy jest gotowa na cimcirymcim – stwierdziła Ginny, która dodała swoje dwa knuty, żeby popiec brata-zdrajcę. Percy już wychodził z siebie.
- Fred, George, Ginny przestańcie! – krzyknęła Molly I.
Dzień przed twoim przybyciem nadeszły jego wyniki egzaminacyjne: dostał dwunastkę, a wyglądał, jakby go to wcale nie ucieszyło.
- Chodzi o liczbę poziomów Standardowych Umiejętności Magicznych – wyjaśnił George, widząc zdumione spojrzenie Harry'ego – Bili też miał dwunastkę. Zanim się obejrzymy, będziemy mieć w rodzinie kolejnego prymusa.
- Na obecną chwilę to mamy zdrajcę – oznajmił Ron, a Hermiona przytuliła się do niego.
Chyba nie zniosę takiej hańby – Bili był najstarszym z braci Weasley'ów. On i następny w kolejności starszeństwa Charlie już ukończyli Hogwart. Harry nie poznał żadnego z nich, ale wiedział, że Charlie jest w Rumunii, gdzie studiuje smoki, a Bili pracuje dla banku Gringotta w Egipcie.
- Billi już nie pracuje w Egipcie, bo zakochał się w takiej jednej willi – oznajmił Charlie, patrząc na Fleur.
- Nie mam pojęcia, jak starzy poradzą sobie w tym roku z wydatkami na nasze pomoce naukowe – powiedział po chwili George – Pięć kompletów dzieł Lockharta!
- Chyba pięć kompletów kretyna Lockharta – poprawił go Ron.
A przecież Ginny musi mieć szaty, różdżkę i całą resztę... – Harry milczał. Czuł się trochę niezręcznie. W podziemiach banku Gringotta spoczywała mała fortuna, którą mu pozostawili w spadku rodzice. Oczywiście, pieniądze miał tylko w świecie czarodziejów; za galeony, sykle i knuty nie mógł nic kupić w sklepach mugoli. O swoim koncie u Gringotta nigdy Dursley'om nie wspominał.
- I nie będziesz musiał, bo ich osobiście zabije – powiedziała Ginny.
Podejrzewał, że ich odraza do wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z magią, nie objęłaby wielkiego stosu złota.
W najbliższą środę pani Weasley obudziła ich wcześnie. Po zjedzeniu po pół tuzina kanapek z bekonem włożyli płaszcze, a pani Weasley zdjęła z gzymsu kominka stary wazon i zajrzała do środka.
- Wiele już nie zostało, Arturze – westchnęła – Będziemy musieli dzisiaj trochę dokupić... No, ale goście mają pierwszeństwo! W twoje ręce, Harry! – I wręczyła mu wazon.
- Każesz mu podlać kwiatki? – spytał James II rozbawiony.
Harry rozejrzał się: wszyscy na niego patrzyli.
- Aaa... co mam robić? – wyjąkał.
- On nigdy nie podróżował za pomocą proszku Fiuu – powiedział nagle Ron – Wybacz mi, Harry, zapomniałem.
- Nigdy? – zdumiał się pan Weasley – No to, w jaki sposób dostałeś się na ulicę Pokątną, żeby kupić przybory szkolne?
- Przejechałem się metrem – rzekł Harry.
- Dojechałem tam metrem...
- Naprawdę? – zdziwił się jeszcze bardziej pan Weasley – A więc są jakieś ekspiratory? Ale powiedz mi, jak...
- Nie teraz, Arturze – przerwała mu pani Weasley – Harry, proszek Fiuu jest o wiele szybszy, ale jeśli nigdy w ten sposób nie podróżowałeś, to... no... naprawdę nie wiem, czy...
- Da sobie radę, mamo – odezwał się Fred – Harry, patrz, jak my to robimy – Wziął z wazonu szczyptę błyszczącego proszku, podszedł do kominka i rzucił go w płomienie. Ogień zahuczał, płomienie zrobiły się szmaragdowozielone i urosły ponad Freda, który wkroczył w nie, wołając: "ulica Pokątną!" – i zniknął.
Weasley'owie popatrzyli na Harry'ego, który się zarumienił.
- Musisz to wypowiedzieć wyraźnie – pouczyła Harry'ego pani Weasley, kiedy George wsadził rękę do wazonu.
- I musisz uważać, żeby wyjść właściwym rusztem...
- Właściwym czym? – zapytał nerwowo Harry, a ogień ponownie zahuczał i George również zniknął.
- Widzisz, do wyboru jest bardzo dużo czarodziejskich kominków, ale jeśli wypowiesz adres wyraźnie...
- Nic mu nie będzie, Molly, przestań go straszyć – powiedział pan Weasley, sięgając po proszek.
- Ależ kochanie, a jak się zgubi, to co powiemy jego ciotce i wujowi?
- Że zginąłem i wtedy zrobią imprezę – stwierdził Harry.
- Przestań żartować! – warknęła Nicole, mając łzy w oczach, po czym przywaliła mu tył głowy.
- Nie dawno Cię odzyskałam i nie chce Cię stracić – dodała Jessica płaczliwie.
- No już przestań płakać, siostrzyczko – odpowiedział Harry i ją mocno przytulił. Nicole też się wtuliła.
- Mamy dla Ciebie wiadomość zostajemy z tobą – rzekła Nicole – i nigdzie się nie ruszamy – dodała, patrząc ostro na Dumbledore'a.
- Nigdy więcej nas nie rozdzielisz! – warknęła Jessica – Rozumiesz czy nie!
- Ginny one zostają! – krzyknął Harry do Ginny szczęśliwy.
- I jesteśmy w Gryffindorze – oznajmiła promienne Jessica.
- Tak, panie Potter. Ceremonia Przydziału już była i Panny Potter są u mnie – oznajmiła Minne.
- TAK! – ryknął szczęśliwy Harry i przytulił z całej siły swoje siostry.
- I ja, Nicole, Ginny i Hermiona mieszkamy razem w dormitorium! – zawołała Jessica
- TAK! – ryknęły zadowolone dziewczęta.
- Chwila moment, jak to panny Potter? – spytała Allison.
- To są moje siostry – odpowiedział Harry.
- Chcesz mi powiedzieć... – powiedziała powoli pani Finnigan.
- Jestem Nicole jego siostra bliźniaczka, a to Jessica młodsza od nas o rok – przedstawiła się Nicole.
- Pan szanowny dyrektor wysłał mnie i siostrę do Stanów, kiedy ja miałam 2 miesiące a Nicole rok i 3 miesiące – rzekła Jessica, patrząc na Dropsa jadowitym wzrokiem.
- I nie mieliśmy pojęcia, że mamy brata aż do teraz – oznajmiła Nicole. Allison patrzyła na dyrektora wielkimi oczami.
- To ich na pewno nie zmartwi – wyjaśnił Harry – Jeśli pomylę kominy, Dudley uzna to za wspaniały dowcip, proszę się nie przejmować.
- No dobrze... więc idziesz po Arturze – powiedziała pani Weasley – Tylko pamiętaj, kiedy będziesz w płomieniach, powiedz wyraźnie, dokąd chcesz się udać...
- I trzymaj łokcie przy sobie – poradził mu Ron.
- I zamknij oczy – dodała pani Weasley – Ta sadza...
- I uważaj – powiedział Ron – bo możesz wypaść ze złego komina...
- Ale nie panikuj i nie wyskakuj za wcześnie, poczekaj, aż zobaczysz Freda i George'a.
Weasley'owie i Harry wymienili spojrzenia.
Starając się to wszystko zapamiętać, Harry zabrał szczyptę proszku Fiuu i podszedł do kominka. Wziął głęboki oddech, wrzucił proszek do ognia i wkroczył w płomienie. Nie poczuł wcale gorąca, tylko ciepły powiew. Otworzył usta i natychmiast połknął mnóstwo popiołu.
- U-u-ulica P-pokątna – wykrztusił. Poczuł się tak, jakby jakaś potężna siła wessała go do otworu w gigantycznej wannie. Wydawało mu się, że obraca się z przerażającą szybkością... Uszy napełnił mu ogłuszający ryk... Starał się mieć oczy otwarte, ale od wirowania zielonych płomieni zrobiło mu się niedobrze... Coś uderzyło go w łokieć, więc przycisnął go mocno do boku, wciąż obracając się i obracając... Potem... jakby czyjeś zimne ręce zaczęły go chlastać po twarzy... Przez okulary zobaczył rozmazany rząd mijających go szybko kominków i pokojów za nimi... Kanapki z bekonem zaczęły mu niebezpiecznie wirować w brzuchu... Mimo woli zamknął ponownie oczy, a potem... spadł twarzą do przodu na zimne, kamienne palenisko, czując, że rozbija okulary.
- Wylądował – mruknęła z ulgą Lily.
Oszołomiony i potłuczony, cały pokryty sadzą, dźwignął się na nogi, przytrzymując na nosie połamane okulary. Był zupełnie sam, ale gdzie był, nie miał pojęcia. Wszystko wskazywało na to, że stoi przed kamiennym kominkiem w czymś, co wyglądało jak wielki, mroczny sklep czarodziejów – ale nie było w nim niczego, co mogłoby się kiedykolwiek znaleźć na liście pomocy szkolnych niezbędnych w Hogwarcie.
- Gdzie ty wylądowałeś? – spytała Allison, która przytulała mocno Susan i głaskała jej rude włosy i dała buziaka w czoło, a ona nie miała nic przeciwko temu. Była szczęśliwa, że zaznała matczynej miłości w postaci Allison.
- Kocham Cię, mamusiu – mówiła.
- Ja też skarbie – odpowiedziała – Kocham Cię bezwarunkowo, skarbie. Nic i nikt tego nie zmieni.
- Na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu – rzekł Harry.
- Gdzie!? – krzyknęła Lily I
- Widzę po reakcji naszej mamusi , że to chyba niedobre miejsce, zgadza się? – zapytała powoli Nicole.
- Czarodziejska ulica handlowa, znajdująca się w magicznej części Londynu. Jest równoległa do ulicy Pokątnej. Na ulicy Śmiertelnego Nokturnu zakupy robili przede wszystkim czarnoksiężnicy – wytłumaczył większości Rogacz.
- Tak, to nie dobre miejsce Feminiotka – stwierdził Łapa do Nicole i Jessici.
- Feminiątka? – spytały zdziwione – Dlaczego Feminiątka?
- Już mówię, skoro wasz ojciec jest Rogaczem, a Harry Rogasiem, to wy jako jego córki jesteście Feminiątka – wyjaśnił Łapa. Lily i jej rodzice parsknęli śmiechem.
- Co ruda? – pytał Łapa.
- Bo taka jest mugolska bajka Bambi, który jest jeleniem a jego dziewczyna to Felinka i jest łanią! – zaśmiała się Lily.
- Dlaczego nazwałeś się Rogaczem? – spytała Jessica podejrzliwie.
- Bo jego patronusem jest łoś! – wyszczerzył się Łapa.
- Ile mam Ci mówić, Łapa? Moim patronusem jest jeleń! - jęknął Rogacz.
- Łapa, dlaczego nazywasz się Łapą? - zapytała podejrzliwie Nicole.
- Bo moim patronusem jest pies – odrzekł Łapa.
- Coś ukrywacie – powiedziała Marlena – A ja się dowiem co!
- Nie musisz, ciociu. Wszyscy się dowiecie... W trzeciej klasie.
W pobliżu stała gablotka z wyschłą ludzką ręką spoczywającą na poduszce, a obok leżała poplamiona krwią talia kart i wytrzeszczone szklane oko. Ze ścian łypały wykrzywione złośliwie maski, na ladzie rozłożone były najróżniejsze ludzkie kości, a z sufitu zwieszały się jakieś szpikulce. Co gorzej, mroczna, wąska uliczka, którą Harry zobaczył przez zakurzone okno, na pewno nie była ulicą Pokątną.
- Harry może wybierzemy się na wycieczkę – powiedzieli z nadzieją Fred i George – i nas oprowadzisz?
- Nie ma mowy! – zawołała Molly I.
Im szybciej się stąd wydostanie, tym lepiej. Nos wciąż bolał go nieznośnie od uderzenia w palenisko kominka, ale ruszył na palcach ku drzwiom. Zanim jednak przebył połowę drogi, za witryną sklepową pojawiły się dwie postacie – a jedna z nich była ostatnią osobą, jaką Harry chciałby spotkać, zwłaszcza że nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, cały był ubabrany kopciem, a na nosie miał połamane okulary. Był to bowiem z całą pewnością Draco Malfoy.
- Co Draco robił na tej ulicy? – spytała Rose.
- Kupował odżywkę dla swojego tatusia i Snape'a, żeby Lucek miał piękne i lśniące włosy Roszpunki, a Snape miał wreszcie czyste włosy – mówił Łapa. Większość parsknęła śmiechem.
Harry rozejrzał się szybko dookoła i dostrzegł wielką czarną szafę; szybko wskoczył do środka i zamknął za sobą drzwi, pozostawiając małą szparę, aby widzieć wnętrze sklepu. Kilka sekund później zadzwonił dzwonek przy drzwiach i wszedł Malfoy. Mężczyzna, który mu towarzyszył, musiał być jego ojcem. Miał taką samą bladą, piegowatą twarz i identyczne zimne, szare oczy. Pan Malfoy przemierzył sklep, przyglądając się od niechcenia wyłożonym przedmiotom, wziął dzwonek z lady i zadzwonił nim parę razy, po czym odwrócił się do swojego syna i powiedział:
- Muszę kupić szampon dla moich białych włosów, żeby lśniły, a i dla Severusa też muszę kupić, bo straszne mu się tłuszczą – powiedział podniecony Fred II, naśladując głos Lucka. Sala ryknęła śmiechem, a Lucek zrobił się czerwony i wściekły.
- Tylko niczego nie dotykaj – Malfoy, który właśnie sięgał po szklane oko, odrzekł:
- Myślałem, że chcesz mi kupić jakiś prezent.
- Jak Ci powiedziałem, że kupię Ci karne dla fretki, to Ci kupię. Przestań marudzić Draco! – zawołał James II, naśladował głos Roszpunki. Sala ryknęła jeszcze większym śmiechem. Ojciec i syn mieli wściekle miny.
- Nie radzę – oznajmił Teddy.
- Protego Maxima! – krzyknął Hugo, kiedy rzucili zaklęcia Lucek, Crabbe Goyle, Draco i ich zaklęcia odbiły się od ściany i ich walnęło. Wylądowali na ziemi zszokowani. Nauczycielom i dorosłym opadły szczęki.
- Kim jesteście? – zapytała Minne.
- Hugo Weasley syn Rona i Hermiony – odparł niewinnym głosem Hugo – Wiecie, kim jestem.
- Skąd umiesz rzucać tak potężne zaklęcia! – zawołała poirytowana nauczycielka.
- Dowiecie się późnej – rzekł Frank II.
- Powiedziałem, że kupię ci wyścigową miotłę.
- Co mi po miotle, skoro nie jestem w drużynie? – zapytał Malfoy z nadąsaną miną.
- Co mi po karmie dla fretki, skoro nie jestem fretką? – zapytał się Louis, naśladując głos Fretki z nadąsaną miną. Sala ryknęła śmiechem.
- Niech oni przestaną, bo zaraz się zesikam ze śmiechu! – krzyknęli uczniowie i dorośli, leżąc na ziemi, parskając ze śmiechu na podłodze.
- W zeszłym roku Harry Potter dostał Nimbusa Dwa Tysiące. Za specjalnym pozwoleniem Dumbledore'a, żeby mógł grać w drużynie Gryffindoru. A wcale nie jest taki dobry, jest po prostu sławny... sławny z powodu tej głupiej blizny na czole...
- Masz rację. Nie jest dobry. Harry jest najlepszy! – zawołał Olivier.
Pochylił się, żeby obejrzeć półkę pełną czaszek.
- Każdy myśli, że on jest taki mądry... ten cudowny Potter ze swoją blizną i swoją miotłą...
- Mówiłeś mi to już przynajmniej z tuzin razy – powiedział pan Malfoy, mierząc syna krytycznym spojrzeniem – i muszę ci jeszcze raz przypomnieć: nie jest... rozsądne... sprawiać wrażenie, że się nie lubi Harry'ego Pottera, teraz kiedy większość uznała go za bohatera, który sprawił, że Czarny Pan znowu zniknął...
- A 2 lata później się pojawił! – warknął Harry.
Ach, pan Borgin – Za ladą pojawił się przygarbiony mężczyzna, odgarniając tłuste włosy z twarzy.
- Pan Malfoy... cóż za przyjemność widzieć pana znowu – przemówił pan Borgin głosem równie oleistym, jak jego włosy – To prawdziwa rozkosz...
- Będziecie się kochać? – spytał Łapa do Lucjusza – Narcyza ten Borgin podrywa twojego mężusia i chce cimcirimci. Na co ty czekasz, Cyzia? Uwolnij się od tego idioty!
o...i młody panicz Malfoy... ach, jestem naprawdę oczarowany. Czym mogę panom służyć? Muszę panom pokazać coś zupełnie wyjątkowego, właśnie mi przywieźli, a cena jest naprawdę umiarkowana...
- Dzisiaj nie kupuję, panie Borgin, dzisiaj sprzedaję – oznajmił pan Malfoy.
- Sprzedaje pan? - Uśmiech na twarzy pana Borgina lekko przybladł.
- Na pewno pan słyszał, że ministerstwo przeprowadza coraz więcej inspekcji – rzekł pan Malfoy, wyjmując zwinięty pergamin z wewnętrznej kieszeni i rozwijając go tak, żeby pan Borgin mógł go przeczytać – Mam w domu parę... ee... drobiazgów, które mogłyby sprawić mi pewien kłopot, gdyby ministerstwo...
- Jakich z drobiazgów? – zainteresowała się Allison.
Pan Borgin umieścił na nosie binokle i spojrzał na listę.
- Ale chyba ministerstwo nie zamierza pana niepokoić, sir? – Pan Malfoy wydął usta.
- Jeszcze mi nie złożono wizyty. Nazwisko Malfoy wciąż budzi pewien respekt. Ministerstwo robi się jednak coraz bardziej wścibskie. Krążą pogłoski o nowej Ustawie Tajności... Założę się, że stoi za tym ten pogryziony przez pchły, zakochany w mugolach głupiec, Artur Weasley...
- Łapy wręcz od dziadka! – warknęli wnuki i wnuczki Artura i Molly.
Harry poczuł, jak ogarnia go fala gniewu.
- ...a jak pan widzi, niektóre z tych trucizn mogłyby się wydać...
- Ależ rozumiem, sir, oczywiście – powiedział pan Borgin – Zaraz, popatrzmy...
- Mogę to dostać? – przerwał im Draco, wskazując na wyschniętą rękę na poduszce.
- Będę głaskać tym goryli Crabbe'a i Goyle'a po główce – dodał Teddy, naśladując głos Dracona.
- Ach, to Ręka Glorii! – zawołał pan Borgin, przerywając badanie listy pana Malfoy'a i spiesząc w kierunku jego syna – Wystarczy wetknąć świecę, a będzie świeciła tylko temu, kto trzyma rękę! Najlepszy przyjaciel złodziei i włamywaczy! Pański syn ma naprawdę dobry gust, sir.
- Mam nadzieję, że mój syn ma nieco większe ambicje, Borgin – powiedział chłodno pan Malfoy.
- Zostać fretką, a Astoria będzie się nim opiekowała? – zapytała Tracy.
- Bez obrazy, sir, nie miałem nic złego na myśli...
- Chociaż jeśli będzie nadal dostawał takie stopnie jak dotąd – dodał pan Malfoy jeszcze chłodniejszym tonem – może się okazać, że to najodpowiedniejsze dla niego zajęcie.
- To nie moja wina – zaskrzeczał Draco – Nauczyciele mają swoich pupilków... Ta Hermiona Granger...
- Będzie za niedługo moją żoną! – rozmarzył się Ron.
- Powinieneś się wstydzić, że jakaś dziewczyna, której rodzice nie są czarodziejami, bije cię na głowę przy każdym egzaminie – warknął pan Malfoy.
- Hermiona ma rodziców czarodziejów mnie i Artura – odezwała się Molly I, a Hermiona uśmiechała się do nich promiennie.
- Ha! – szepnął do siebie Harry, ciesząc się, że ma możność oglądania Dracona Malfoy'a zbitego z tropu i jednocześnie wściekłego.
- Wszędzie to samo – przemówił pan Borgin swoim oleistym głosem – Czysta krew coraz mniej się liczy...
- Nie dla mnie – oświadczył sucho pan Malfoy, a nozdrza mu poczerwieniały.
- A żebyś się nie zdziwił – mruknął Scorpius.
- Ani nie dla mnie, sir – zapewnił go pan Borgin z głębokim ukłonem.
- W takim razie może wrócimy do mojej listy. Trochę mi się spieszy, Borgin, mam dzisiaj ważną sprawę do załatwienia – Zaczęli się targować. Harry obserwował z niepokojem Dracona, który zbliżał się niebezpiecznie do jego kryjówki, oglądając przedmioty wystawione na sprzedaż.
- Obserwowałeś was! – warknął Draco.
Zatrzymał się przy długim sznurze wisielca, a potem z głupim uśmiechem odczytał kartkę przywiązaną do wspaniałego naszyjnika z opali: Ostrożnie! Nie dotykać. Na kamieniach ciąży przekleństwo. Dotychczasowa liczba ofiar: dziewiętnastu mugoli. Draco odwrócił się i na wprost siebie zobaczył czarną szafę. Zbliżył się... wyciągnął rękę...
- Załatwione – rozległ się głos pana Malfoya – Draconie, idziemy! – Harry otarł czoło rękawem.
- Do widzenia, Borgin, jutro oczekuję pana we dworze, zabierze pan te rzeczy.
- Jakie rzeczy? Co ty kombinujesz, Malfoy? – spytała Allison.
- A co Cię to odchodzi Finnigan! – warknął Lucek – Nie interesuj się, bo źle skończysz. Ja tego dopilnuje!
- Czy ty grozisz mojej mamusi! – wysyczała Susan wściekła.
- A co!? – zadrwił – Co? Taka słodka Puchonka zrobi mi krzywdę?! – ryknął śmiechem, a gdy się tak śmiał, Susan z całej siły stanęła wysokimi obcasami na stopy Malfoy'a. Ten jęknął z bólu. Zrobił się czerwony, oczy wyszły mu z orbit, a Susan odparła.
- I co? Ta słodka Puchonka stoi Ci właśnie na stopach – oznajmiła słodkim tonem – Widzę, że lubisz ten rodzaj bólu – i odeszła, a ten spadł z krzesła i jęczał z bólu, a rudowłosa przytuliła się do Allison, a ona ją mocno objęła – następnym razem powieszę Cię za jaja z najwyższej wieży.
- Widzisz Malfoy, pani Finnigan właśnie Cię ostrzegła – stwierdziła starsza pani Finnigan – bo kobietami z rodziny Finniganów jest tak, że jeżeli drwisz z jednej kobiety z tej rodziny, to drwisz z nami wszystkimi. Nie ważne, że Amelia teraz nazywa się Potter, ale urodziła się w rodzinie Finniganów. Mam rację moje wnuczki? – spytała Lucy i Amelii.
- Tak! – zawołały wyżej zainteresowane.
- Pamiętaj Malfoy, nie oceniaj książki po okładce – odezwała się Amelia.
- Święta racja – szepnęli Harry i Ginny.
- Szczególnie pewnego dziennika – dodała Ginny. Harry przytulił ją.
- Jesteście kochane! – zawołała wzruszona dziewczyna Seamusa – i dzięki za buty, są świetne, niesamowicie i wygodne! – uśmiechnęła się Susan.
- Dam-dam-dam, drodzy profesorowie drodzy goście i drodzy uczniowie przestawiam wam niesamowite znane na całym świecie projektantki mody Victoire Lupin i Domique Jordan! – zawołał Nick, a one uśmiechnęły się szeroko.
- Oj, tam Nick, nie przesadzaj – mruknęła Victoire.
- Naprawdę jesteście projektantkami mody? – podnieciła się Lavender.
- Naprawdę są niesamowite – odpowiedział Teddy.
Chwilę później drzwi się zamknęły, a pan Borgin natychmiast pozbył się swoich oleistych manier.
- Do widzenia, panie Malfoy, a jeśli to, co mówią, jest prawdą, nie sprzedał mi pan nawet połowy tego, co ukrywa pan w swoim dworze... – Mrucząc coś pod nosem, pan Borgin zniknął na zapleczu. Harry odczekał chwilę, bojąc się, że sprzedawca wróci, a potem wyśliznął się cicho z szafy, minął szklane gabloty i szybko opuścił sklep. Rozejrzał się, przytrzymując połamane okulary. Znajdował się w jakimś obskurnym zaułku ponurych sklepów, które mogły przyciągać jedynie adeptów czarnej magii. Ten, który właśnie opuścił, Borgin i Burkes, wyglądał na największy, ale naprzeciwko zobaczył brudną wystawę z wysuszonymi, skurczonymi głowami, a nieco dalej olbrzymią klatkę pełną wielkich czarnych pająków.
- Pająki! Wszystko tylko nie pająki! – Ron dostał ataku paniki.
- Ron, spokojnie, oddychaj. Wdech i wydech, wdech i wydech. Pochyl głowę delikatnie w dół, jednocześnie opieraj dłonie na udach. Kochanie, kocham Cię, wiesz i tak jestem niesamowicie zazdrosna o Ciebie – i go przytuliła – potrzebuje Cię Ron. Ron się uspokoił.
- Dzięki, Hermiona. Kocham Cię najbardziej na świecie – mruknął i wtulił się w nią, a ona wyszeptała mu coś do ucha. Fred i George mieli nietegie miny. Molly mordowała ich wzrokiem. Podeszli do Rona i powiedzieli.
- Przepraszam braciszku. Byliśmy imbecylami, kretynami, skurwysynami. To przez nas dostałeś ataku paniki. Nigdy sobie tego nie wybaczymy, mamy nadzieję, że kiedyś wam wybaczysz.
- To było dojrzałe – mruknął Harry. Ron puścił Hermionę.
- Chodźcie tu imbecyle – i ich przytulił. Molly miała łzy w oczach.
W ciemnej bramie stało dwóch czarodziejów w wyświechtanych szatach, którzy przyglądali mu się podejrzliwie, szepcąc coś do siebie. Harry, czując się bardzo niepewnie, ruszył przed siebie z nadzieją, że jakoś się wydostanie. Ze starej drewnianej tabliczki wiszącej nad sklepem sprzedającym zatrute świece dowiedział się, że znajduje się na ulicy Śmiertelnego Nokturnu, ale niewiele mu to powiedziało, bo nigdy o takim miejscu nie słyszał.
- Musisz znaleźć rodziców! – krzyknęła Marlena.
Podejrzewał, że w kominku Weasley'ów nie wymówił adresu dość wyraźnie, mając usta pełne popiołu. Starając się zachować spokój, zastanawiał się, co robić dalej.
- Chyba się nie zgubiłeś, kochasiu? – rozległ się tuż przy jego uchu głos, który sprawił, że aż podskoczył.
- On jest mój! – warknęła Ginny.
Stała przed nim sędziwa wiedźma trzymająca tacę pełną czegoś, co przypominało ludzkie paznokcie. Łypnęła na niego, ukazując omszałe zęby.
- Fuj! Blee! – wolały prawie wszyscy, a najgłośniej to dziewczyny.
Harry cofnął się.
- Dziękuję, wszystko w porządku – wyjąkał – Ja tylko...
- HARRY! Cholibka, a co ty tutaj robisz?
- Hagrid! – krzyknęła Lily I z niedowierzaniem – Co ty robiłeś na tej ulicy? – spytała podejrzliwie.
- Skąd wiesz, że to Hagrid? – spytał Rogacz swojej żony.
- A znasz kogoś innego, kto oprócz Hagrida używa słowa "Cholipka"? – spytała Lily męża.
- No nie – odpowiedział Rogacz.
Harry'emu serce zabiło mocno. Wiedźma również się wzdrygnęła, rozsypując masę paznokci u swoich stóp i miotając przekleństwa na widok masywnej postaci Hagrida, gajowego Hogwartu, który kroczył ku nim żwawo, a jego małe czarne oczy pobłyskiwały nad wielką rozczochraną brodą.
- A nie mówiłam – powiedziała Lily I.
- Hagrid! – zachrypiał z ulgą Harry – Zabłądziłem... Ten proszek Fiuu... – Hagrid chwycił Harry'ego za kark i odciągnął od wiedźmy, wytrącając jej tacę z rąk. Jej wrzaski towarzyszyły im przez całą ciemną, krętą uliczkę, dopóki nie wyszli na słońce. Harry zobaczył w oddali znajomą śnieżnobiałą fasadę z marmuru: bank Gringotta. Hagrid wyprowadził go prosto na ulicę Pokątną.
- Wyglądasz jak łachmyta! – gderał Hagrid,
- Model się znalazł – mruknęła Domique, a Nick parsknął śmiechem.
otrzepując Harry'ego z sadzy tak gwałtownie, że mało brakowało, a wepchnąłby go do beczki ze smoczym łajnem, stojącej przed jakąś apteką – Włóczyć się samemu po Nokturnie... daj spokój, Harry, przecież to parszywe miejsce... Cholibka, jakby cię tak ktoś zobaczył...
- Zdałem sobie z tego sprawę – powiedział Harry, uchylając się, bo Hagrid zamierzał wyczyścić go ponownie – Mówiłem ci już, zabłądziłem... A ty co tam właściwie robiłeś?
- Szukałem skutecznego środka na ślimaki – zagrzmiał Hagrid.
- Pewnie jakieś mutanty. Może ślimaki z dwiema głowami albo Sklątki tylnowybuchowe? – mówił Ron.
- Zżerają mi całą sałatę. A ty co, chyba nie jesteś sam?
- Jestem z Weasley'ami, ale się rozdzieliliśmy. Muszę ich odnaleźć... – Ruszyli razem w dół ulicy.
- Nie chciało się odpisać staremu Hagridowi, co? – burknął olbrzym.
- To nie moja wina! – bronił się Harry.
Harry musiał biec, żeby dotrzymać mu kroku (trzy jego kroki na jeden krok Hagrida). W biegu opowiedział mu o Zgredku i Dursley'ach.
- Wredne mugole – warknął Hagrid – Gdybym wiedział...
- Harry! Harry! Tutaj! – Harry zobaczył Hermionę Granger stojącą na szczycie białych schodów wiodących do banku Gringotta. Zbiegła na dół, aby się z nimi spotkać; jej gęste brązowe włosy powiewały jak końska grzywa.
- Co się stało z twoimi okularami? Cześć, Hagrid... Och, cudownie jest was znowu zobaczyć... Idziesz do Gringotta, Harry?
- Najpierw muszę odnaleźć Weasley'ów.
- W tym taką jedną rudowłosą piękność o brązowych oczach z piegami! - wyszczerzył się Harry w stronę Ginny.
- I idę o zakład, że wiele czasu ci to nie zajmie – zauważył Hagrid. Harry i Hermiona rozejrzeli się dookoła i po chwili zobaczyli Rona, Freda, George'a, Percy'ego i pana Weasley'a spieszących ku nim zatłoczoną ulicą.
- Harry – wysapał pan Weasley – mieliśmy nadzieję, że poleciałeś tylko o jeden ruszt dalej... – Otarł z potu łysinę – Molly wychodzi z siebie... o, już idzie.
- Gdzie wylądowałeś? – zapytał Ron.
- Na Nokturnie – odpowiedział za Harry'ego Hagrid.
- Fantastyczne! – krzyknął Lee.
- Fantastycznie! – zawołali razem Fred i George.
- Nam nigdy na to nie pozwolono – powiedział z zazdrością Ron.
- Ja myślę – zahuczał Hagrid. Nadbiegła pani Weasley. Torebka dyndała jej w jednej ręce, drugą ciągnęła za sobą Ginny.
- Która oblała się rumieńcem – dodał rozbawiony Łapa.
- Och, Harry... kochanie... mogłeś się zgubić... – Łapiąc z trudem oddech, wyciągnęła z torby wielką szczotkę do ubrań i zabrała się do tych miejsc na ubraniu Harry'ego, których nie zdołał oczyścić z sadzy Hagrid. Pan Weasley wziął okulary Harry'ego, stuknął w nie swoją różdżką i kiedy mu je oddał, były jak nowe.
- No, na mnie już czas – oznajmił Hagrid, którego pani Weasley wciąż trzymała za rękę ("Nokturn! Gdybyś go nie spotkał, Hagridzie!").
- Oj tam, przesadzacie – mruknął Harry.
- Do zobaczenia w Hogwarcie! – I odszedł wielkimi krokami, a jego ramiona i głowa wyrastały ponad tłum.
- Zgadnijcie, kogo widziałem u Borgina i Burkesa? – zapytał Harty Rona i Hermionę, kiedy szli po schodach do Gringotta – Malfoya i jego ojca.
- Czy Lucjusz Malfoy coś kupił? – zapytał pan Weasley, idący za nimi.
- Nie, raczej sprzedawał.
- A więc strach go obleciał – powiedział pan Weasley z ponurą satysfakcją – Och, tak bym chciał przyłapać na czymś Lucjusza Malfoya...
- Chciałbyś! – zadrwił Lucek.
- Bądź ostrożny, Arturze – upomniała męża pani Weasley ostrym tonem, kiedy mijali kłaniającego się im nisko goblina – Zawsze ci powtarzam, że nie warto porywać się z motyką na słońce.
- Więc uważasz, że nie mogę się mierzyć z Lucjuszem Malfoy'em, tak? – oburzył się pan Weasley,
- Jak chcesz, to ja mogę się z nim zmierzyć, dziadku – powiedział James II.
ale w tym momencie jego uwagę pochłonął widok rodziców Hermiony, którzy stali przy kontuarze biegnącym przez całą długość marmurowej sali i czekali, aż Hermiona ich przedstawi. Wyglądali na lekko zdenerwowanych.
- Ojej, jesteście mugolami! – zawołał uradowany pan Weasley.
- Daj tym biednym ludziom spokój! – jęknęła Molly I.
- Musimy to oblać! Co was tutaj sprowadza? Ach, zmieniacie pieniądze mugoli... Molly, popatrz! – Wskazał na banknot dziesięciofuntowy w ręku pana Grangera.
- Spotkamy się tutaj, jak będziemy wracali – powiedział Ron Hermionie, kiedy pojawił się jeszcze jeden goblin, aby zaprowadzić Weasley'ów i Harry'ego do ich skrytek w podziemiach banku. Do skrytek jechało się małymi, prowadzonymi przez gobliny wózkami, które toczyły się po miniaturowych szynach labiryntem podziemnych tuneli. Harry'emu bardzo się podobała jazda z zawrotną szybkością do skrytki Weasley'ów, ale poczuł się okropnie – chyba jeszcze gorzej niż na ulicy Śmiertelnego Nokturnu – kiedy ją otworzono.
- Źle się czułem – mruknął Harry.
Wewnątrz była mała kupka srebrnych syklów i tylko jeden złoty galeon. Pani Weasley uważnie zbadała całą skrytkę, zanim zgarnęła wszystko, co w niej było, do torebki. Harry poczuł się jeszcze gorzej, kiedy dojechali do jego skarbca. Starał się zasłonić sobą wnętrze, pospiesznie wrzucając garście monet do skórzanej torby.
- Tak, Potterowie są bogaci – mruknął Albus II.
Na marmurowych schodach przed bankiem wszyscy się rozdzielili. Percy bąknął, że musi sobie kupić nowe pióro. Fred i George natknęli się na swojego przyjaciela z Hogwartu, Lee Jordana. Pani Weasley zabrała Ginny do sklepu z używanymi szatami. Pan Weasley nalegał, by Grangerowie skoczyli z nim na jednego do Dziurawego Kotła.
- Spotkamy się wszyscy za godzinę w księgarni Esy i Floresy, żeby wam kupić książki – powiedziała pani Weasley, zanim odeszła z Ginny.
Lavender zbladła i zaczęła płakać.
- Co ty tam miauczysz? Czemu ty płaczesz? – spytała zdziwiona Ginny, patrząc na Lavender, która płakała.
- Nie zrobiłam pracy domowej! – jęknęła Lavender.
- Jakiej pracy? Ooo, ja też w sumie nie zrobiłam i to jest ten powód twojej całej histerii? – rzekła Ginny – Ogarnij się!
- Może Mon-Ron ma – stwierdziła Lavender z nadzieją, bo nie może się pogodzić z tym, że Ron jest z Hermiona, a nie z nią.
- Ta Ron ma definitywnie! – zadrwiła Ginny.
- Mon-Ron masz pracę z transmutacji? – zapytała Lavender Rona.
- Mam, Lav! - krzyknął Harry, naśladując głos Rona, nie mogąc się powstrzymać, a Ron mordował go wzrokiem, tak, samo, jak Hermiona i zrobili się czerwoni. Większość parsknęła śmiechem.
- Widzisz ma – powiedziała dumna Lavender.
- Braciszku ciebie chyba poniosło trochę, co nie? Nie wiem, co ci się stało! – zawołała Ginny – Daj mi odpisać, będę miała na następny rok!
- Nie tobie da, tylko mi! – odparowała Lavender.
- Da! – powiedziała pewnym głosem jedyna siostra Rona.
- Nie da – odpowiedziała Lavender.
- Da! To mój brat! – krzyknęła zirytowana.
- No i co z tego?! Mon-Ron woli mnie!
- Twój poziom intelektu jest tak niski, jak... – zaczęła Ginny.
- Jak co!? – przerwała jej Lavender wściekłym głosem.
- Jak moje standardy z moim ex – stwierdziła słodkim głosem, patrząc na Michaela, a Harry ryknął śmiechem.
- Ma charakterek – mruknęła Lily I – Podoba mi się to.
- Zapomniałaś, że są zaręczeni? – oznajmił żonie Rogacz – A poza tym rude mają ogniste charaktery – Michel zrobił się czerwony.
- Czyli? – spytała.
- Potężnie niski, potężnie niski – odpowiedziała.
- Aż tak źle z nim było? – spytała Lavender ciekawa.
- Aż tak Lav, Lav aż tak – oznajmiła.
- Czekaj!? – zastanawiała się nad czymś Lav.
- Jak sama sobie posłałaś, tak się wyśpisz. Teraz dobrze, że przynajmniej jesteś tego świadoma – powiedziała słodkim głosem Ginny. Lavender zrobiła wściekłą minę i zrobiła się czerwona jak burak. Rodzina Ginny oraz przyjaciele ryknęli śmiechem.
- Tak to się robi, braciszku – powiedziała dumna z siebie Ginny do Rona – Hermiona jest twoim przeznaczeniem, a nie ta blondyna. Bez obrazy nie mam nic do blondynek, ale coś mnie skręca w środku, gdy słyszę Mon-Ron.
- Mnie też coś się robi w środku nie dobrze, gdy słyszę Mon-Ron – mruknęła Hermiona.
- Jesteś zazdrosna – powiedział Ron.
- Jestem – stwierdziła Hermiona – A co? Nie mogę być?
- Chodź tu moja zazdrośnico – powiedział Ron i posadził ją na kolanach, a Hermiona uśmiechnęła się szeroko do niego.
- Harry ożeń się z nią jak najszybciej! – krzyknął Rogacz ze śmiechu, a Lily pokiwała głową.
- Ale ją zgasiła – dodał ze śmiechu Łapa.
- Ginny! – jęknęła Molly I.
- Taki mam zamiar – mruknął Harry, patrząc na Ginny. Pocałowała go zachłannie w usta.
- Tylko żebyście mi nawet nie zaglądali na ulicę Śmiertelnego Nokturnu! – krzyknęła za oddalającymi się szybko bliźniakami.
- Harry prowadź! – krzyknęli Fred i George.
Harry, Ron i Hermiona ruszyli krętą, brukowaną ulicą. Złote, srebrne i brązowe monety podzwaniały w kieszeni Harry'ego, domagając się wydania, więc kupił trzy wielkie truskawkowo-orzechowe lody, którymi się raczyli, spacerując po ulicy i przyglądając się fascynującym wystawom. Ron gapił się długo na komplet szat w barwach Armat Chudley'a na wystawie MARKOWEGO SPRZĘTU DO QUIDDITCHA, póki ich Hermiona nie odciągnęła, żeby kupić obok atrament i pergamin.
- Czy Ty myślisz tylko o nauce – spytał Hugo.
- Teraz właściwie to o czymś innym myślę – odpowiedziała Hermiona.
W CZARODZIEJSKICH NIESPODZIANKACH GAMBOLA I JAPESA spotkali Freda, George'a i Lee Jordana, którzy oglądali "Słynny zestaw doktora Filibustera dla początkujących – zimne fajerwerki", a w maleńkim sklepiku, pełnym połamanych różdżek, rozklekotanych mosiężnych wag i starych, poplamionych eliksirami płaszczy znaleźli Percy'ego pochłoniętego niewielką, przeraźliwie nudną książką pod tytułem: Prefekci, którzy zdobyli władzę.
- Kim chcesz być, wujku Percy? – zapytała Rose.
- Może Ministrem Magii – odpowiedział dumny głosem Percy, wypinając pierś.
- Aha – mruknął Hugo – Fajnie.
- Studium prefektów Hogwartu i ich przyszłych karier – przeczytał Ron na głos z tylnej okładki – To brzmi fascynująco...
- Odwal się – warknął Percy.
- Jest bardzo ambitny, wszystko sobie zaplanował... chce zostać ministrem magii... – opowiadał Ron Harry'emu i Hermionie, kiedy zostawili Percy'ego sam na sam z marzeniami i książką.
- Wujek nie w tym wcieleniu! – parksnął śmiechem Fred II.
- Kto jest Ministrem Magii? – spytał Percy.
- Wujek Percy nie możemy Ci powiedzieć to tajna informacja – odrzekł James II.
Godzinę później szli już ku księgarni Esy i Floresy, a nie byli bynajmniej jedynymi osobami, które tam zmierzały. Kiedy podeszli bliżej, ku swojemu zaskoczeniu ujrzeli tłum, który kłębił się przy drzwiach, usiłując dostać się do środka. Powód tego niespodziewanego zainteresowania książkami stał się jasny, kiedy odczytali napis na wielkim transparencie biegnącym przez górne okna:
GILDEROY LOCKHART
- Tylko nie pająki i nie on! – jęknął Ron.
będzie podpisywał egzemplarze swojej autobiografii. Moje magiczne ja.
- Moje magiczne ja? – spytał młodszy Remus z niedowierzaniem. Łapa i Rogacz podeszli do ściany i zaczęli uderzać o nią swoimi głowami.
dzisiaj, od 12.30 do 16.30.
- Możemy go zobaczyć! – zapiszczała Hermiona – Przecież to on jest autorem prawie wszystkich książek z naszej listy!
Hermiona jęknęła.
Tłum składał się głównie z czarownic w wieku pani Weasley. W drzwiach stał zafrasowany czarodziej, powtarzając:
- Spokojnie, moje panie... proszę się nie pchać... proszę uważać na książki... no proszę...
- Drogie panie! Rozwalcie moje książki! Proszę je spalić! I nie uważajcie na te głupie książki! No proszę! – przedrzeźniał Hugo Lockharta. Łapa i Rogacz przestali walić głową o ścianę, gdy to usłyszeli i parsknęli śmiechem. Większość parsknęła śmiechem.
Harry, Ron i Hermiona wśliznęli się do środka. Długa kolejka wiła się przez cały sklep do miejsca, w którym Gilderoy Lockhart miał podpisywać swoją książkę. Każde z nich złapało egzemplarz Jak pozbyć się upiora i znalazło w ogonku resztę Weasley'ów, stojących tam z panem i panią Granger.
- O, jesteście już, to dobrze – ucieszyła się pani Weasley. Była nieco zadyszana i nieustannie poprawiała włosy – Za minutę go zobaczymy...
- To jest jakaś paranoja! – jęknął Regulus.
Gilderoy Lockhart pojawił się dostojnym krokiem, usiadł przy stoliku otoczonym swoimi wielkimi fotografiami, które mrugały i szczerzyły do publiczności olśniewająco białe zęby.
- Dajcie gwóźdźcie, wypuścimy go, dopiero gdy... – zaczął James II.
- Nie, nie, nie słuchaj, słuchaj! – przerwał mu Fred II – Najpierw wrzucimy do pustej komnaty Sybillę, a później Gilderoy'a i gdy oboje tam będą, zabijemy gwoździami drzwi tej pustej komnaty i oni albo się zakochają, albo zdechną z głodu, albo zdurnieją jeszcze bardziej – wymyślił genialny plan Fred II. Sala ryknęła śmiechem. Większość z nich leżała ze śmiechu śmiejąc się wniebogłosy. Sybilla zrobiła się czerwona i wściekła.
- Jesteście zajebiści! – krzyknęli ze śmiechu Huncwoci i ich rodzina oraz przyjaciele.
- Kochane jak wy z nimi wytrzymujecie? – spytały Hanna, Angelina i Ginny.
- Jakoś muszę mamuś – odpowiedziały rozbawione i przejechały skraj szyi – To ja Ciebie mogę podziwiać, że nie dość, że go urodziłaś, to jeszcze wychowałaś – zwróciły się do Angeliny i Ginny – Ja nie wiem, jak to zrobiłaś, że wychowałaś tak wspaniałego syna. Ja tylko mogę powiedzieć, że Cię bardzo kocham, mamusiu – mruknęły do Angeliny i Ginny i przytuliły się do swojej teściowej.
- A ja Ciebie córeczko – odpowiedziały i głaskały ich włosy.
- Alicja? – rzekła Angelina miłością w głosie.
- Tak, mamuś ? – spytała i podniosła głowę, żeby popatrzeć na Angelinę.
- Jako że jesteś moją drugą córką, musimy trzymać się razem – odpowiedziała Angelina i uśmiechnęła się.
- Będziemy miały pełne ręce roboty z tymi dwoma – odparła Alicja, Pokazując na Freda i jego ojca. - A jeszcze jedno mówie do mamusi per "mamusia" albo "mamuś"
- Ta, trzeba ich ogarnąć – stwierdziła Angelina. - córeczko do cudownie że tak do mnie mówisz rób tak dalej - i w nagrodę pocałowała ją w czoło
- Dobrze mamusiu - mruknela Alicja II i wesnela zadowolonym głosem wtulając się w matkę jeszcze bardziej
Prawdziwy Lockhart miał na sobie wyjątkowo niebieską szatę, która wspaniale współgrała z jego oczami; spiczasta tiara czarodzieja, osadzona na pofalowanych włosach, była zawadiacko przekrzywiona. Niski, wyglądający na drażliwego jegomość tańczył wokół stolika, robiąc zdjęcia wielkim czarnym aparatem, z którego za każdym naciśnięciem migawki strzelał oślepiający flesz i buchały kłęby purpurowego dymu.
- Colin co ty tam robisz! – krzyknął Lee – Dlaczego robisz zdjęcia temu idiocie?
- O czym on plecie? - spytała Marlena.
- Bo Colin też ma aparat i też robi zdjęcia wszystkim i wszystko. Jest mugolakiem i moim przyjacielem – odpowiedziała Ginny. Colin zarumienił się.
- Z drogi, ty tam! - warknął na Rona, cofając się, żeby mieć lepsze ujęcie – Pracuję dla "Proroka Codziennego".
- Też mi coś – mruknął Ron, rozcierając stopę, na którą mu nadepnął fotograf. Gilderoy Lockhart to usłyszał. Spojrzał, zobaczył Rona – i wtedy zauważył Harry'ego. Wytrzeszczył oczy. A potem zerwał się na nogi i zawołał:
- Czy to możliwe? Harry Potter?
Harry wywrócił oczami.
- Zaczyna się.
Tłum rozstąpił się, zaszumiało od podekscytowanych szeptów. Lockhart podbiegł, chwycił Harry'ego za ramię i wyciągnął na środek. Rozległy się oklaski i wiwaty.
- Odwal się od mojego Rogasia! – warknął Łapa.
Harry zrobił się czerwony jak burak, kiedy Lockhart uścisnął mu dłoń i trzymał ją długo, potrząsając, żeby fotograf, który szalał wokoło, spowijając Weasley'ów chmurą dymu, zrobił im zdjęcie.
- Wolałbym stanąć i pojedynkować ze smokiem niż dotykać tego idiotę – skrzywił się Harry
- Miły uśmiech, Harry – powiedział Lockhart przez swoje olśniewające zęby – Ty i ja warci jesteśmy pierwszej strony.
- Rzygać mi się chce! – burknął Blaise.
Kiedy w końcu puścił rękę Harry'ego, ten prawie nie czuł palców. Próbował wycofać się między Weasley'ów, ale Lockhart zarzucił mu rękę na ramiona i przyciągnął do swego boku.
- Zaraz mu jebnę! – warknął Rogacz.
- James nie przeklinaj! – skarciła go Euphemia.
- Panie i panowie! – zawołał, uciszając tłum drugą ręką – Cóż to za niezwykła chwila! Najlepsza chwila na złożenie pewnego oświadczenia, nad którym zastanawiałem się od pewnego czasu! Kiedy ten oto młodzieniec wkroczył dziś do Esów i Floresów, zamierzał jedynie kupić moją autobiografię, którą teraz chciałbym mu wręczyć... za darmo, rzecz jasna.
- Kochanie, dobij mnie! – prosił Harry.
- Tłum znowu okazał swoją radość.
- Nie miał pojęcia – ciągnął Lockhart, wstrząsając Harrym, aż okulary zjechały mu na czubek nosa – że wkrótce otrzyma o wiele, o wiele więcej niż książkę Moje magiczne ja.
- Ty powinieneś napisać Moje magiczne jebniecie – wymyślił tytuł Łapa.
- Syriusz! – skarciła jego zachowanie Euphemia. Większość parsknęła śmiechem.
On i jego koledzy szkolni naprawdę otrzymują moje prawdziwe, magiczne ja. Tak, panie i panowie, mam wielką przyjemność i zaszczyt oznajmić, że we wrześniu obejmuję stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią w Szkołę Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie!
- NIE! – ryknęli prawie wszyscy.
Jego słowa wywołały burzę oklasków i wiwatów, a Harry poczuł, że ktoś wkłada mu w dłonie cały stos dzieł wszystkich Gilderoy'a Lockharta. Słaniając się pod ich ciężarem, wycofał się z kręgu światła do ciemnego kąta księgarni, gdzie stała Ginny ze swoim nowym kociołkiem.
- Masz, to dla ciebie – wymamrotał Harry, wkładając książki do kociołka. - Ja sobie kupię...
- Jesteście tacy słodcy! – pisnęła Lily II.
- Ale podobało ci się, co, Potter? – usłyszał głos, który bez trudu rozpoznał. Wyprostował się i stanął twarzą w twarz z Draconem Malfoy'em, który jak zwykle uśmiechał się szyderczo.
- Nie mam czasu z tobą rozmawiać, fretko – odparł Harry – Muszę iść i porozdawać autografy proszę to dla Ciebie – i rzucił autografem w jego twarz – a to dla was – rzucił w stronę Goryli – a to dla Ciebie Blaise – Rzucił do Blaise, później do Pansy, Marietty, Cho, Michaela, Zachariasza – Lucek ty też chcesz? Jasne to dla Ciebie też będzie – i rzucił mu twarz autografem – O, Severus też chcesz? To łap – i rzucił w stronę starszego Severusa. Fretka i inni co dostali autografy mieli śmieszne miny. Sala wybuchła śmiechem.
- Moja krew! – krzyknął ze śmiechu Rogacz.
- A ja też dostanę? – spytała z nadzieją Ginny.
- Masz już jeden autograf na lewej ręce na serdecznym palcu – stwierdził Harry, pokazując na pierścionek zaręczynowy.
- Proszę! – i zrobiła słodkie oczka.
- Colin zrób nam zdjęcie – powiedział Harry do Colina.
- Jasne Harry! – krzyknął Colin i zrobił im zdjęcie, po czym mu dał i Harry zaczął pisać na zdjęciu:
DLA NAJLEPSZEJ, NAJPIĘKNIEJSZEJ, NAJSEKSOWNIEJSZEJ DZIEWCZYNY W HOGWARCIE GINNY POTTER OD ZWYKŁEGO HARRY'EGO POTTERA.
- Proszę kochanie – i dał jej zdjęcie z autografem.
- Dziękuję! – krzyknęła Ginny i pocałowała go namiętnie.
- Słynny Harry Potter – powiedział Malfoy – Nie może wejść nawet do księgarni, żeby nie trafić na pierwszą stronę.
- Dostałeś przecież mój autograf – rzekł Harry – Co ty jeszcze chcesz?
- Daj mu spokój, on tego wszystkiego nie chce! – zawołała Ginny. Po raz pierwszy przemówiła w obecności Harry'ego. Wpatrywała się w Malfoy'a, a oczy jej płonęły.
- Dajesz mamuś! – krzyknęła Lily II – Strzel mu z liścia – Ron i Harry popatrzyli na Hermionę.
- Moja bohaterka! – zawołał Harry i ją przytulił.
- Potter, widzę, że masz dziewczynę! – wycedził Malfoy. Ginny poczerwieniała.
- Bawisz się w Sybillę, Malfoy! – zadrwiła Ginny do Fretki – Przepowiedziałeś przyszłość.
- Ja jestem Draco Fretka Lucjusz Malfoy i teraz otwieram swoje Dracze-fretkowe oko – powiedział Ron, naśladując mistyczny głos – tak, o tak, teraz widzę przyszłość. Ja Draco widzę siebie jako białą fretkę, mój ojciec Lucek właśnie kupuje mi karmę, tańczy i śpiewa "Roszpunka jestem, na, na, na!Sala ryknęła śmiechem. Leżeli ze śmiechu, śmiejąc się wniebogłosy. Tylko gang Fretki oraz rodzice mieli wściekle miny.
- Nie mogę, nie mogę! – krzyczeli ze śmiechu z podłogi.
- Dotknijcie go tylko, a będziecie wisieć z najwyżej wieży – powiedziała Emilly do mega wkurzonych Lucka, Dracona i Sybilli.
Tymczasem przecisnęli się do nich Ron i Hermiona, oboje z naręczami książek Lockharta.
- Ach, to ty – powiedział Ron, patrząc na Malfoy'a jak na coś obrzydliwego, co przywarło mu do podeszwy – Założę się, że zaskoczył cię widok Harry'ego tutaj, co?
- Nie aż tak, jak widok ciebie kupującego coś w sklepie, Weasley – odciął się Malfoy – Twoi starzy musieli chyba z miesiąc głodować, żeby ci kupić tyle książek.
- Jak śmiesz! – krzyknęli Molly i Artur.
- Zamorduje Cię, Malfoy! – warknęli Weasley i Potterowie.
Ron zrobił się równie czerwony, jak Ginny. Wrzucił swoje książki do kociołka i natarł na Malfoy'a, ale Harry i Hermiona złapali go w porę za marynarkę.
- Ron! – rozległ się głos pana Weasley'a, który przedzierał się ku nim z Fredem i George'em – Co ty wyrabiasz? Tu można zwariować, wychodzimy.
- No, no, no... Artur Weasley – To był pan Malfoy. Stanął z ręką na ramieniu syna, uśmiechając się identycznie jak on.
- Witam, Lucjuszu – powitał go chłodno pan Weasley, skłoniwszy lekko głowę.
- Mówią, że macie dużo roboty w ministerstwie. Te wszystkie inspekcje, interwencje, rewizje... Mam nadzieję, że płacą wam za nadgodziny?
- Wszystkie Roszpunki mówią, paplają szalone rzeczy, na mężczyzn istnieje prosty sposób, żeby sobie z tym poradzić, rób wszystko, co Roszpunki mówią i się nie zastanawiaj okej? – stwierdził Nick do Matta.
- Yy okej – odpowiedział zdziwiony Matt. Chłopaki i mężczyźni parsknęli śmiechem.
- O czym on gadał? – spytała Roxanna.
- Nie mam pojęcia – rzekła Domique.
Sięgnął do kociołka Ginny i spośród błyszczących tomów Lockharta wyjął stary, zniszczony egzemplarz Wprowadzenia do transmutacji dla początkujących.
- Jak widać, chyba nie – oznajmił – Powiedz mi, Weasley, jaką masz korzyść z hańbienia tytułu czarodzieja, skoro nawet ci za to dobrze nie płacą?
- A ja powiem żart – oznajmił Fred II – Pełza sobie dwójka węży, ojciec Lucek i syn Draco. W czasie wędrówki Draco pyta się ojca:
- Tato, czy my jesteśmy jadowite?
- Tak, Draco, jesteśmy. A czemu pytasz? – wąż Draco zbladł i mu odpowiedział:
- Tato, bo właśnie ugryzłem się w język – Sala ryczała ze śmiechu. Gryfoni, Krukoni, Puchoni i Ślizgoni, oprócz gangu fretki i Lucka śmiała się wniebogłosy.
- Szach i mat! – zawołał Hugo do Dracona i Lucka.
- Dobrze Ci tak, Draco! – zaśmiała się Daphne.
- A o Lucku nie wspomnę – dodała Astoria.
Pan Weasley poczerwieniał jeszcze bardziej niż Ron i Ginny.
- Mamy bardzo różne pojęcie tego, co hańbi czarodzieja, Malfoy – odpowiedział.
- Najwyraźniej – rzekł pan Malfoy, kierując swoje blade oczy na pana i panią Granger, którzy przyglądali mu się uważnie – To towarzystwo, w którym przebywasz, Weasley... A ja myślałem, że twoja rodzina nie może już stoczyć się niżej...
- Dziadku, przywal mu! – krzyczał Teddy.
Kociołek Ginny przewrócił się z łoskotem, kiedy pan Weasley rzucił się na pana Malfoy'a, popychając go na półkę z książkami. Tuziny ciężkich ksiąg z zaklęciami zwaliły się wszystkim na głowy,
- Dołóż mu tato/tatusiu ! – krzyczeli dzieci pana Weasley'a, czyli Bill, Charlie, Fleur, Angelina, Fred, George, Hermiona, Ginny, Ron i Harry.
- Dalej, dziadku! – dopingowali Artura wnuki.
Fred i George wrzasnęli: "Dołóż mu, tato!", pani Weasley krzyknęła: "Nie, Arturze, nie!", tłum cofnął się gwałtownie, zwalając kilka następnych półek z książkami, jeden ze sprzedawców zawołał: "Panowie, proszę... proszę!" – a po chwili ponad tym wszystkim zagrzmiał głos: "Dość tego, chłopaki, dość tej bójki...". Przez morze książek kroczył ku nim Hagrid. W jednej chwili rozdzielił pana Weasley'a i pana Malfoy'a. Pan Weasley miał rozciętą wargę, a pan Malfoy miał oko podbite przez opasły tom Encyklopedii muchomorów.
- Dostałeś trującymi grzybkami, Malfoy! – zadrwiła Emilly.
Wciąż trzymał wyświechtany podręcznik transmutacji. Odrzucił go, oczy mu płonęły złością.
- Powiem Ci jako kobieta – odezwała się Rose – Złość piękności szkodzi.
- Proszę... oto twoja książka, dziewczyno... najlepsza, na jaką stać twojego ojca...
- On mi wtedy dał – mruknęła cicho Ginny i wtuliła się w Harry'ego.
- Ginny, kochanie, co się dzieje? – spytała Lily I przerażonym głosem. Ginny rozpłakała się i rzuciła się na szyje Lily, płacząc.
- Ja zrobiłam coś bardzo złego – płakała do piersi Lily. Ta popatrzyła na Harry'ego, który westchnął – Ja się boję, że mnie znienawidzicie. Nie wiem, czy jestem godna Harry'ego. Bardzo go kocham, ale nie wiem, czy jestem jego godna, po tym, co zrobiłam na moim pierwszym roku. Jestem idiotka, skończona idiotka!
- Nie mów tak. Nawet tak nie myśl! – powiedziała Olivia do Ginny, głośniejszym głosem – Słyszysz! Spójrz na mnie – Ginny popatrzyła na swoją synową – Nie jesteś idiotką i nigdy nią nie byłaś. Jesteś cudowną osobą, bo opiekowałaś się mną i obdarzyłaś mnie matczyną miłością, kiedy tego najbardziej potrzebowałam. Traktujesz mnie jak własną córkę. Kocham Cię mamusiu , ja mam jedną matkę, Ciebie. Powiedziałaś mi kiedyś "Pamiętamy o przeszłości, ale nie rozpamiętujemy jej. Możemy nie być kobietami z rodu Potterów z krwi, ale jesteśmy z ducha. Nie tylko wybieramy nasze przeznaczenie, ale same sprawiamy, że się spełnia". A dlaczego? A ja Ci odpowiedziałam.
- Bo jesteśmy kobietami rodu Potterów i powiesimy za jaja z najwyższej wieży każdego, kto powie inaczej – Olivia przytuliła Ginny.
- To piękne – powiedziała Hermiona.
- Tak – zgodziła się z córką Molly I.
- A co się stało z twoimi rodzicami? – spytała ciekawska Lavender.
- Pewnie sobie żyją – mruknęła Olivia.
- A to nie macie kontaktu? – spytała Lavender zszokowana – Z własnymi rodzicami?
- Nie. Nie mamy kontaktu, a po drugie to nie są moi rodzice – powiedziała Olivia – Tu siedzi moja mamusia – wskazała na Ginny – a tu mój tatuś – wskazała na Harry'ego.
Wyrwał się z uścisku Hagrida, skinął na syna i obaj opuścili księgarnię.
- Trzeba go było potraktować jak zdechłego szczura, Arturze – rzekł Hagrid,
- Upiorogackiem to zawsze działa – stwierdziła Lily II.
prawie unosząc pana Weasley'a w powietrze, podczas gdy ten usiłował doprowadzić się do porządku – To parszywe zgniłki, wszyscy o tym wiedzą. Pamiętaj, jak któryś z Malfoy'ów coś do ciebie mówi, to go nawet nie słuchaj. Zła krew, ot co. No dobra, zabierajmy się stąd – Sprzedawca sprawiał wrażenie, jakby chciał ich zatrzymać, ale sięgał Hagridowi zaledwie do pasa, więc chyba się rozmyślił. Wyszli na ulicę; Grangerowie trzęśli się ze strachu, a pani Weasley dygotała z furii.
- Czas na melisę, czas na uspokojenie – stwierdził Louis – Proszę, babciu o to twoja meliska – i wręczył jej filiżankę z owym płynem.
- Do dna! – krzyknął Frank II. Rodzina Molly parsknęła śmiechem.
- Bardzo śmieszne! – burknęła Molly I.
- Wspaniały przykład dla dzieci... brać udział w bijatyce w miejscu publicznym... co sobie musiał pomyśleć Gilderoy Lockhart...
- Molly, przestań! – zawołali Łapa i Rogacz.
- Był zachwycony – powiedział Fred – Nie słyszałaś, co mówił, jak wychodziliśmy? Prosił tego faceta z "Proroka Codziennego", żeby wspomniał o tej bójce w swoim sprawozdaniu... to przecież świetna reklama...
- Na pewno! – burknęła pani Weasley.
Ale wszyscy mieli dość markotne miny, kiedy dotarli do Dziurawego Kotła, gdzie znaleźli kominek, którym Harry i Weasley'owie mieli powrócić do Nory za pomocą proszku Fiuu. Pożegnali się z Grangerami, którzy przez pub wracali do świata mugoli. Pan Weasley zaczął ich wypytywać, jak działają przystanki autobusowe, ale szybko umilkł, kiedy spojrzał na swoją żonę.
- Mam dwie wnuczki, córkę światową, rodzice światowej klasy będziecie mi opowiadać o mugolach prawda? – spytał z nadzieją Artur. Emilly i Hugo wymienili spojrzenia "skąd on wie, że jesteśmy małżeństwem".
Przed użyciem proszku Fiuu Harry zdjął okulary i włożył do kieszeni. Jednego był pewien: to nie był jego ulubiony sposób podróżowania.
- Miotła jest najlepsza! – krzyknął Harry.
- Koniec rozdziału – oznajmiła Astoria.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz