niedziela, 11 grudnia 2022

Rozdział 5 Komnata

 Pov Ginny

Czekałam z Hermiona na dziewczyny z przyszłości kiedy zobaczyliśmy je wchodząc z chłopakami

- Część mamo /Hermiona /Ginny - powiedzieli nasze dzieci

- Część dzieci - odpowiedzielismy im - Dziewczyny możemy pogadać? - spytała Hermiona - na osobności?

- Oczywiście - odpowiedziała Amelia

- To my pójdziemy do chłopaków - odrzekł Albus II i chłopaki poszli

- Mamy taką sprawę - zaczęła Hermiona - nauczycie nas pare sztuczek?

- Chciecie nauczyć się samoobrony i przyłożyc idiotom kiedy Cię obraża żeby wiedzieli ze mną nie ma żartów? - spytała Lily II

- Tak - odpowiedzialam - widziałam co zrobiłaś z Malfoyem - zwróciłam się do Olivii - pomożecie?

- To będzie dla mnie przyjemność mamo - odpowiedziala Olivia i mnie przytuliła

- Chcecie teraz? - zapytała Emilly

- Jasne powiedziała Hermiona Wyszliśmy następnego dnia czytali kolejny rozdział

- Teraz ja Astoria - odparła Tracy

- Jasne Tracy - rzekła As i dała jej książkę

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wierzba bijąca

Ron i Harry Wymienili spojrzenia

- Dlaczego w tytule jest wierzba bijąca? - spytała powoli Marlene

Koniec letnich wakacji zbliżał się nieuchronnie - dla Harry'ego o wiele za szybko. Tęsknił za powrotem do Hogwartu, ale miesiąc spędzony w Norze był najszczęśliw­szym okresem w jego życiu. Trudno mu było nie zazdrościć Ronowi, kiedy myślał o Dursleyach, i o powitaniu, jakie go czeka, gdy następnym razem zawita na Privet Drive.

- Strzele im naprawdę - wysyczała Ginny

Nadszedł ostatni wieczór. Pani Weasley przygotowała wspaniałą kolację, a na koniec podała ulubiony deser Harry'ego, karmelowy budyń. Fred i George uświetnili wieczór pokazem sztucznych ogni doktora Filibustera: cała kuchnia wypełniła się czerwonymi i niebieskimi gwiazdami, które przynajmniej przez godzinę odbijały się od sufitu i ścian. W końcu przyszedł czas na ostatni kubek gorącej czekolady i trzeba było kłaść się spać.

- Ginny myślała o Harrym zwykłym Harry a Percy o Panu Croucho - powiedzieli Fred i George - a Hermiona o Ronie

Następnego ranka dość długo trwało, zanim byli gotowi do drogi. Wstali o pianiu koguta, ale jakoś wciąż było coś do zrobienia. Pani Weasley miotała się po domu w ponurym nastroju, szukając zapasowych skarpetek i piór, wszyscy co chwila wpadali na siebie na schodach, w niekompletnych strojach i z kawałkami tostów w rękach, a pan Weasley cudem uniknął złamania nogi, kiedy dźwigając przez podwórko kufer Ginny, potknął się o samotnego kurczaka.

Huncwoci 2.0 Hugo Scorpius Matt Nick Teddy popatrzyli się na Franka II

Harry nie mógł sobie wyobrazić, w jaki sposób w jednym małym samochodzie zmieści się osiem osób, sześć kufrów, dwie sowy i szczur. Nie wiedział, rzecz jasna, że pan Weasley wyposażył swojego forda anglię w kilka nowych wynalaz­ków.

- Molly nie musi o tym wiedzieć - szepnął do Harry'ego, otwierając bagażnik, który powiększył się w zacza­rowany sposób tak, że wszystkie kufry zmieściły się bez trudu.

Molly mordowała wzrokiem Artura a ten uśmiechnął się niewinnie

- Ktoś tu ma sekrety! - krzyknął Łapa rozbawiony - Arci nie wolno mieć sekretów przed żoną! - i pogrozil mu palcem Marlena patrzyła na Łapę i wesnela miała mętlik w głowie najpierw nie mogła na niego patrzeć a teraz mogłaby na niego patrzeć cały czas i nie miałaby dość poszła z nim do łóżka i to co on robił w łóżku z nią był taki szarmacki to było niesamowite już nie mogła doczekać kolejnej nocy z nim musiała przyznać sama sobie ze zakochała się w nim do granic obłędu - pewnie rumienię się teraz jak idiotka - myślała Marlene - nawet jego głupie żarty mnie bawią ja naprawdę wpadłam

- Mar dlaczego jesteś czerwona? - spytała niewinnym głosem Lily

- Fuck wiedziałam że się rumienię! - jęknęła w myślach Marlene - no wiesz Lily strasznie jest tu gorąco prawda że jest gorąco?

- Nie Marlene nie jest gorąco - odpowiedziala Dorcas

- To ja mam jakąś gorączke!

- Taa na pewno! - zardwil Rogacz i pokazał w powietrzu serce

- James! - warknęła Lily tak dla zasady a patrzyła na męża rozbawiona tak Marlene zakochała się w Syriuszu

- Marlene ale ty wiesz ze ja się z tobą ożenię nie! - wypalił Łapa do Marlene bez cienia wątpliwości Większość ludzi opadły szczęki Marlene zaśmiała się nerwono była czerwona jak wiśnia mruknela 

- weź Syriusz nie rób scen bo jeszcze pomyślę że ty na tak serio!

- Ale tym razem mówię dompletnie serio nigdy nie byłem aż tak poważny jak teraz Marlene i uklęknął na jedno kolano

- Syriusz co ty robisz! - pisnęła Marlene

- Marlene Mckinnon pytam Cię czy zostaniesz moja żona? - powiedział to takim głośem ze Marlene zrobiło się jeszcze goręcej

- Na co ty czekasz! - krzyknęła Ginny - Zgodz się!

- Tak Zgodz się! - krzyknely dziewczyny Przez chwilę patrzyła na niego szokowania Syriusz zapytał 

- eee Mar ?

- Tak Zostane twoją żoną Syriusz! - krzyknęła szczęśliwa i rzuciła mu się na szyje i go pocałowała

- Awwwwwwww! - zawolaly kobiety i dziewczyny wzruszona Euphemia przytuliła mocno Syriusza 

- jestem taka szczęśliwa syneczku

- Dzięki mamo - odpowiedzial Łapa

- Ciociu /Marlene pokaż pierścionek! - zawolaly przyjaciółki i dziewczyny

- Piękny prawda? - spytała Marlene

- Wujek się postarał - oznajmiła Rose

- Piękny! - rozmarzyły się dziewczyny i kobiety

- Brawo Syriusz! - ucieszyli się chłopaki

- Dzięki - odparł Łapa - teraz chodź Marlene

- Gdzie?

- Muszę Cię przedstawić moim rodzicom

- No dobrze - mruknela Marlene i podeszli do państwa Potterów

- Mamo tato to jest Marlene moja narzeczona

- Marlene to jest mama Euphemia i tata Fleomont

- Miło państwa poznać - odezwała się Marlene

- Fleomont tym razem trafiła nam się córeczka blondynka! - ucieszyła się pani Potter i przytuliła szokowania Marlene

- Przynajmniej Jakas odmiana kochanie! - parsnal śmiechem Fleomont

- Tak tak wszyscy jesteśmy szczęśliwi że ten cały Black jest Mckinnon czy możemy wreszcie czytać bo mnie mdli od tej całej słodyczy! - oburzył się Zachariasz

- A możesz na chwilę nie być taki humorzasty - odpowiedziała Euphemia - przeszkadzasz mi przytulać moją druge córkę!

Marlene odsunęła się i poparzyła na pani Potter wielkimi oczami - Powiedziała pani moja córkę?

- To proste Syriusz jest bratem Jamesa a James jest naszym synem więc Syriusz jest też naszym synem bo to są bracia i skoro James zwiazal się Lily to automatycznie stała się nasza córka więc ty też się stałaś - mówiła uśmiechem na twarzy Euphemia - a i żadna Pani - dodała - jestem Euphemia i póki poczujesz, że coś innego brzmi lepiej? - zaproponowała i przytuliła ja mocno do siebie

- Chcesz zebym mówiła co Ciebie mamo? - spytała Marlene do jej piersi

- Jak ty mnie dobrze znasz - stwierdziła z uśmiechem

- Niech tak się stanie Euphemia! - zawołał Łapa - sorry nie mogłem się powstrzymać

Marlene i Euphemia parsnely śmiechem

- Więc może ja powiem za siebie Syriusz - oznajmiła mu Marlene a później zwróciła się do matki Łapy z uśmiechem - niech tak się stanie Euphemio będę mówiła co Ciebie mamo! - i przytuliła się do swojej mojej mamy a ta miała łzy w oczach ale ze szczęścia

- Dlaczego płaczesz mamo? - spytała Marlene

- To że szczęścia kochanie - odpowiedziala swojej nowej córce miłością w głosie

- Możemy wreszcie czytać! - ryknela Pansy

- Właśnie! - zawolali niektórzy

W końcu wszyscy zapakowali się do samochodu. Pani Weasley zerknęła do tyłu, gdzie Harry, Ron, Fred, George i Percy siedzieli zupełnie wygodnie, i powiedziała:

- Ci mugole chyba potrafią więcej, niż nam się wydaje.

- Ona i Ginny zajęły przednie siedzenie, obok kierowcy, które rozciągnęło się tak, że przypominało ławkę z parku.

- Jak się patrzy z zewnątrz, nie ma się pojęcia, że w środku jest tyle miejsca, prawda?

Pan Weasley uruchomił silnik i wyjechali na drogę. Harry odwrócił się, żeby rzucić ostatnie spojrzenie na Norę, ale nie miał czasu pomyśleć, kiedy tu wróci, bo samochód cofnął się na podwórko: George zapomniał swojego pudła ze sztucznymi ogniami doktora Filibustera. Pięć minut póź­niej zatrzymali się ponownie, tym razem jeszcze przed bra­mą, żeby Fred mógł pobiec do domu po swoją różdżkę. Już byli na szosie, kiedy Ginny jęknęła, że zostawiła swój pa­miętnik. Kiedy w końcu wgramoliła się do samochodu, było już trochę późno i wszyscy zaczęli się denerwować.

- Trzeba było sobie przygotować wieczorem - odezwała się Hermiona

Pan Weasley spojrzał na zegarek, a potem na swoją żonę.

- Molly, kochanie...

- NIE, Arturze.

- Nie umiesz się bawić Molly! - jęknęli Łapa i Rogacz

- Nikt nie zobaczy. Ten mały guzik to Dopalacz Nie-widzialności... raz dwa wzbijemy się ponad chmury... i bę­dziemy za dziesięć minut na miejscu, a nikt nie będzie na tyle mądry, żeby...

- Powiedziałam NIE, Arturze. Nie w biały dzień.

- Przeciwieństwie do naszej kochanej mamy my potrafimy się bawić! - wystrzezyli się Ron i Harry Starszi uczniowie i ci którzy skończyli Hogwart Wymienili spojrzenia

Na King's Cross dotarli kwadrans przed jedenastą. Pan Weasley pobiegł przez ulicę, żeby przyprowadzić wózki bagażowe i wszyscy popędzili na dworzec. Harry podróżował już ekspresem do Hogwartu w ubie­głym roku. Sztuczka polegała na tym, żeby dostać się na peron numer dziewięć i trzy czwarte, który dla mugoli był niewidzialny. Wystarczyło iść prosto na solidną żelazną barierkę oddzielającą perony dziewiąty i dziesiąty. To nie bolało, ale trzeba było uważać, żeby mugole nie zauważyli, jak się znika.

- Najpierw Percy - oznajmiła pani Weasley,

- Najpierw zdrajca - poprawił matkę Ron

zerka­jąc nerwowo na wielki zegar nad głową, który pokazywał, że mają tylko pięć minut, żeby niepostrzeżenie zniknąć za barierki. Percy ruszył śmiało prosto na żelazną barierkę i zniknął. Następnie zniknął pan Weasley, a po nim Fred i George.

- Ja wezmę Ginny, a wy dwaj pójdziecie po nas - powiedziała pani Weasley, chwytając Ginny za rękę i idąc w stronę barierki.

Ron i Harry Wymienili spojrzenia

Po chwili już ich nie było.

- Idziemy razem, mamy tylko minutę - powiedział Ron do Harry'ego.

Harry upewnił się, że klatka z Hedwigą spoczywa bez­piecznie na szczycie kufra i ustawił swój wózek naprzeciw barierki. Czuł się dość pewnie; to, co miał zrobić, było o wiele łatwiejsze od podróżowania za pomocą proszku Fiuu. Obaj pochylili się nisko nad rączkami wózków i ruszyli w stronę bariery, nabierając rozpędu. Kilka kroków przed nią przyspieszyli i...

ŁUUP.

- Co się stało? - spytała Carolina

Oba wózki uderzyły w barierkę i odbiły się od niej z łoskotem. Wózek Rona odskoczył na bok, Harry został zwalony z nóg, a klatka z Hedwigą spadła z wózka i po­mknęła po śliskiej posadzce, co spotkało się z gwałtownym i bardzo głośnym sprzeciwem przerażonej sowy. Cała ta scena wzbudziła, rzecz jasna, ogólne zainteresowanie, więc natychmiast pojawił się strażnik, który ryknął:

- Co wy tu wyprawiacie, szczeniaki?

- Od szczeniaczków to się odwal! - warknal Fred II

- Straciłem panowanie nad wózkiem - wyjąkał Har­ry, podnosząc się i obmacując żebra. Ron pobiegł po Hedwigę, która robiła taki raban, że rozległy się głosy ostro potępiające znęcanie się nad zwie­rzętami.

- Dlaczego nie udało nam się przejść? - syknął Har­ry do Rona.

- Nie wiem...

- Chcecie wam powiedzieć że nie przeszliście!? - spytała szokowane Dorcas

- Tak ktoś nam, zamknął przejście - odpowiedzial Ron

- Kto! - krzyknął Rogacz

- Jak się dostaliście do szkoły? - spytała powoli Lily I - mam złe przeczucia bo jak, patrze na was to aż się boję co wymysliscie

Ron rozejrzał się. Z tuzin mugoli wciąż im się przyglą­dało.

- Spóźnimy się na pociąg - szepnął. - Nie rozu­miem, dlaczego przejście się nie otworzyło...

Harry spojrzał na olbrzymi zegar i poczuł niemiły ucisk w żołądku. Dziesięć sekund... dziewięć sekund...

Odciągnął wózek, ustawił go dokładnie pod kątem pro­stym do barierki i popchnął z całej siły. Żelazo nie puściło.

Trzy sekundy... dwie sekundy... jedna sekunda...

- Odjechał - powiedziała Mary w szoku

- Odjechał - powiedział Ron z niedowierzaniem. - Pociąg odjechał. Co będzie, jak mama i tata nie będą mogli do nas wrócić? Masz jakieś pieniądze mugoli?

Harry roześmiał się ponuro.

- Od sześciu lat nie dostałem od Dursleyów ani pensa.

- Mord! - wyczyczala Lily II

Ron przycisnął ucho do zimnej barierki.

- Nic nie słychać. I co teraz zrobimy? Nie mam poję­cia, kiedy starzy stamtąd wrócą. Rozejrzeli się. Ludzie wciąż się na nich gapili, głównie dlatego, że Hedwigą skrzeczała, jakby ją odzierano z piór.

- Wariatka z tej głupiej sowy! - warknął Lucek

- A taki był spokój - mruknął Łapa a Marlene usiadła na jego kolana i wyczeptala mu coś do ucha i następnie się wtuliła

- Lepiej stąd wyjdźmy i poczekajmy przy samochodzie - powiedział Harry. - Wzbudzamy zbyt duże zaintere...

- Harry! - przerwał mu Ron, a oczy mu zapłonęły.

- Ron coś wymyślił - oznajmił Regulus

- Samochód!

- Nie! nie! nie! nie! czy to jest to o czym myślę! - krzyknęła Lily I do synów

- A o czym myślisz mamo? - zapytał Ron Lily I ciekawy

- ŻE POLECIELISCIE DO HOGWARTU SAMOCHODOWEM, ARTURA ! - ryknela Lily przerażonym głosem

Gościom przeszłości opadły szczęki tak, samo jak Nicole i Jessice

- Nie nie nie zrobili tego Lily - oznajmił młodszy Remus - prawda chłopaki? widząc ich zakłopotanie Remus krzyknął - Zrobiliscie?!

- Co z samochodem?

- Możemy nim polecieć do Hogwartu!

- Po moim trupie! - warknęła Lily I

- Ty nie żyjesz! - zardwila Milicenta Bulstrode

- Zamknij się - powiedziała Ginny do Milicenty

- Ale... myślałem, że...

- Uwięźliśmy tu, prawda? I musimy dostać się do szkoły, tak? A nawet małoletni czarodziej może użyć czarów w nagłych wypadkach, paragraf dziewiętnasty czy coś koło tego tej tam ustawy o tajności...

- Madry się znalazł - mruknela słabo Marlene

Panika opuściła Harry'ego; zamiast niej poczuł prawdzi­we podniecenie.

- Potrafisz tym latać?

- No pewnie! - wystrzezyl się Ron

- Nie ma problemu - odrzekł Ron, kierując wózek do wyjścia. - Chodź, jak się pospieszymy, to dogonimy ekspres do Hogwartu.

-:Oni to naprawdę robią - mruknela słabo Euphemia

I pomaszerowali do wyjścia przez tłum zaciekawionych mugoli, a potem ku bocznej uliczce, na której był zaparko­wany stary ford Anglia. Ron otworzył przepastny bagażnik, stukając kilka razy różdżką w pokrywę. Trwało to dość długo, ale w końcu wtaszczyli kufry do środka, postawili klatkę z Hedwigą na tylnym siedzeniu, a sami wsiedli z przodu.

- SUPER! - rykneli podnieceni Łapa i Rogacz Fabian i Gideon i odziwo Fleomont z Clausem i chłopaki z przyszłości ale zobaczyli wściekle miny Molly Lily Caroliny Euphemia Marlene żony chłopakow z przyszłości - to znaczy bardzo nie ładnie chłopcy/tato /wujek bardzo nie ładnie i bardzo brzydko dostaniecie karę jak tylko wymyślę jaką

- Zobacz, czy ktoś się nie gapi - powiedział Ron, włączając zapłon różdżką. Harry wytknął głowę przez okno: na głównej ulicy ruch był nadal duży, ale w okolicy nie zauważył nikogo.

- W porządku.

- Oni to robią! - pisnęła Emilly

Ron nacisnął srebrny guzik na tablicy rozdzielczej. Sa­mochód nagle zniknął - i oni też. Harry czuł wibrację fotela, słyszał ryk silnika, czuł własne ręce na kolanach i okulary na nosie, ale odnosił wrażenie, że zamienił się w parę oczu unoszących się kilka stóp nad ziemią na obskur­nej uliczce pełnej zaparkowanych samochodów.

- Startujemy - usłyszał z prawej strony głos Rona.

- W tej chwili wyłącz silnik! - zawołała Euphemia

- Babciu to się już wydarzyło - odpowiedział Harry

- Myślałam że sobie żartujecie - powiedziała patrząc na teścia i wujka Olivia - jak to opowiadaliscie

- Ależ skąd! - oburzył się Harry

- Dzięki temu jesteśmy sławni! - dodał Ron

- Chyba głupi! - warknął starszy Severus

Obdrapane domy po obu stronach nagle uciekły w dół, a po kilku sekundach ujrzeli pod sobą Londyn, zadymiony i połyskujący. A potem coś strzeliło i zobaczyli samochód i siebie.

- A niech to!... - krzyknął Ron, uderzając w guzik Dopalacza Nie widzialności. - Coś tu nie gra...

- O mój Merlinie! - jęknęła Rose

Nagle samochód zniknął... ale tylko na chwilę, bo po chwili pojawił się ponownie.

- Naciskaj na guzik! - ryknął Ron i z całej siły przy­depnął pedał gazu.

- Nie to się nie dzieje naprawdę! - jęknęła Lily

- Mamo to się działo naprawde - stwierdził Harry

- I później też - dodali Fred i George - pamiętasz Braciszku? mamusia

- Nie przypomninajcie mi! - jeknal Ron

- Mamusia dała czadu - stwierdzil Harry patrząc na Molly

- Co zrobiłaś proszę powiedz mi? - prosiła Lily I i miała błysk w oczach

- Będzie to opisane mamo - oznajmiła Luna Lily I

- Już nie mogę się doczekać - stwierdziła pani Potter

- Lily Potter oraz Molly Weasley pozwolili mi mówić mamo - powiedziała Panna Lovegood do pani Fimigan - bo jestem przyjaciółka ich dzieci

- Przyjaciółka też najważniejsze że jesteś moją siostrą - oznajmiły Hermiona i Ginny rozpromienione i przytuliły się do blondynki

Wystrzelili prosto w niskie, wełniste chmury. Otoczyła ich gęsta mgła.

- Co teraz? - zapytał Harry, mrugając rozpaczli­wie, jakby w ten sposób można było przebić wzrokiem chmurę.

- Musimy zobaczyć pociąg, żeby wiedzieć, w którą stronę lecieć - odpowiedział Ron.

Wszyscy patrzyli na Pottera i Weasleya

- Zanurkuj... szybko...

Opadli poniżej poziomu chmur i zaczęli się wiercić na siedzeniach, żeby coś zobaczyć w dole...

- Widzę! - krzyknął Harry. - Przed nami... tam!

Ekspres do Hogwartu wił się pod nimi jak szkarłatny wąż.

- Jedzie na północ - powiedział Ron, zerkając na kompas na tablicy rozdzielczej. - W porządku, trzeba po prostu sprawdzać kierunek co pół godziny. Nie puszczaj tego guzika...

- Ten guzik się zepsuł! - jeknal Harry

I znowu wystrzelili w chmury. W chwilę później wynu­rzyli się z nich w pełnię blasku słońca.

Znaleźli się w zupełnie innym świecie. Koła samochodu muskały powierzchnię kędzierzawych chmur, niebo było nieskończoną niebieskością, słońce oślepiającą bielą.

- Teraz musimy tylko uważać na samoloty - mruk­nął Ron.

- Czy możecie mi powiedzieć jak to działa te samoloty? - spytał podniecony Artur

- Nie teraz Arturze - odpowiedziala Molly

Popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem; śmiali się i śmiali, nie mogąc przestać. Poczuli się tak, jakby razem zapadli w jakiś bajkowy sen. To jest dopiero podróż, pomyślał Harry, mknąć ponad wąwozami i kopułami śnieżnobiałych chmur w samocho­dzie pełnym gorącego, jasnego blasku słońca, z pękatą to­rebką toffi w schowku, wyobrażając sobie zazdrość na twa­rzach Freda i George'a,

Fred i George burkneli

kiedy oni wylądują gładko na łące przy zamku Hogwart.

- No nie powiedziałbym - mruknął Ron

Co jakiś czas nurkowali w dół, żeby sprawdzić, czy lecą w dobrym kierunku. Za każdym razem, kiedy wynurzali się z chmur, pojawiał się inny widok. Wkrótce pozostawili za sobą Londyn, a zobaczyli schludne zielone pola, potem rozległe fiołkowe wrzosowiska, wioski z maleńkimi kościo­łami i jakieś wielkie miasto, w którym maleńkie samocho­dziki roiły się jak wielobarwne mrówki.

Hermiona popatrzyła na Draco i uśmiechnęła się do niego szeroko

Kilka godzin później Harry doszedł do wniosku, że nie jest już tak fajnie, jak na początku. Po zjedzeniu torebki toffi okropnie chciało im się pić. Pozdejmowali bluzy, ale i tak koszulka Harry'ego kleiła się do oparcia, a okulary wciąż zjeżdżały mu na czubek spoconego nosa.

- Dostałes orgazmu bliznowaty! - zardwil Draco

Harry próbował rzucić się na Draco ale Ginny go powstrzymała - nie warto kochanie - ale Nicole strzelila mu z liścia i jęknął z boku

Przestał zwracać uwagę na fantastyczne kształty obłoków i z tęsknotą myślał o pociągu sunącym po szynach całe mile pod nimi, w któ­rym można było kupić sobie zimnego soku z dyni od zażyw­ne] czarownicy z bufetowym wózkiem. Dlaczego nie udało im się dostać na peron numer dziewięć i trzy czwarte?

- Bo jesteście za głupi i macie małego! - zardwili Teodor Blaise. Harry i Ron rzucili się na Blaise i Teodora wściekli

- SPOKÓJ! - ryknela dyrektorka

- On mnie obraził! - krzyknęli Ron i Harry

Hermiona i Ginny przywaliła im długimi obcasami w jaja ze jękneli strasznie mocno Oczy niemal wyskoczyły im z orbit i padli na podłogę, osłaniając krocze dłońmi. - Przestancie się mazać, i tak nie mieliście z tego swojego małego siusiaka wielkiego pożytku – warknęły Ginny i Hermiona. Blaise i Teodor byli wściekli zrobili się czerwoni . Większość parsneli śmiechem. Uczniom i nauczycielom opadły szczęki

- Hermiona nie wiedziałam że umiesz tak przywalić - mruknął Ron patrząc na nią rozmarzonyn wzrokiem

- Zapomnales z taką jedną sytuację Ron - przypomniał mu Harry

- Mało rzeczy o mnie nie wiesz kochanie - powiedziała Hermiona i puściła oczko dziewczynom i kobietom - Dziękuję - dodała do dziewczyn z przyszłości że nauczyły ja kilka sztuczek - Dziewczyny przyszłości uśmiechnęły się szeroko

- Panno Granger - zaczęła Minne szokowana

- Pani Weasley - poprawila ją Hermiona

- Po pannie Weasley - mówiła nauczycielka transmutacji

- Po pani Potter - tym razem Ginny ją poprawiła

- Bym się spodziewała bo to córka Molly Weasley ale po pani?To było ...

- Najbardziej niesamowita rzecz jaką widziałam - skończył jej wypowiedź Ron Vice Dyrektorka tylko wesnela zrezygnowalym tonem

- Hermiona wiesz ze wyglądasz inaczej i nie wiedziałem że jesteś taka gibka - stwierdził Colin

- Bo moja kochana mamusia nawet nie wie że jest piękna i to tego najbardziej zajebista kobietą - oznajmiła Emilly patrząc na Hermione i przytuliła się do niej - i do tego szybko się uczy i teraz wam to pokazała że gdy moja mamusia się wkurzy jest niebezpieczna kobietą

- Mamusia? - zapytała z nadzieją w głosie

- Tak mamuś jestem z Hugiem wiesz tak na zawsze małżeństwo - odrzekła patrząc na Hermione - cieszysz się?

- Wiedziałam! wiedziałam! wiedziałam! - wolała Hermiona

- Wiedziałas? - spytał Ron

- Ron gdzie ty masz oczy! - oburzyła się Hermiona przytulając i głaskala ją po włosach i pocałowała ją w czoło wyrażając macierzyńskie uczucia wobec Emilly a ta wtuliła się mocno do ciała Hermiony i wesnela szczęśliwa i miała uśmiech na twarzy - na kilometr widać że oni są razem

- Jak to powiedziałeś tato jaki ojciec taki syn - stwierdził Hugo a Emilly wtuliła się z Huga

- I tak dosłownie - oznajmiła Emilly uśmiechała się promnienne

- Dosłownie? - pytała Molly I

- Tak dosłownie babciu - rzekła Emilly Odrzuciła włosy z jednego skraju szyi i machnięciem różdżki rozproszyły maskowanie. Znak zalśnił. Miała runy i wydrę i małego psa w kształcie yin i yang, a Hugo oczy brązowe i niebieskie w kształcie yin i yang. Ron i Hermionie opadły szczęki tak samo jak większości

- czy to coś wam nie przypomnina mamusiu tatusiu ? - spytała beztroskim tonie Emilly

- Macie takie same patronusy jak ja! - zawolaly wielkimi oczami i otwarta szczęka

- Brawo 10 punktów dla Gryffindoru! - krzyknął Hugo - ja mam małego psa Jack Russell Terrier a Emilly wydrę

- Chyba już blisko, co? - zachrypiał Ron parę go­dzin później, gdy słońce zaczęło chować się pod chmury, barwiąc je czerwienią i fioletem. - Uwaga, nurkujemy!

Pociąg wciąż był pod nimi, posuwając się po krętym torze między ośnieżonymi szczytami gór. Pod baldachimem chmur było o wiele ciemniej.

- Ale zajebiscie zazdroszczę wam! - krzyknął Lee

Ron nacisnął pedał gazu i znowu wznieśli się ponad chmury, ale tym razem silnik zaczął dziwnie wyć.
Wymienili zaniepokojone spojrzenia.

Wymienili spojrzenia Ron i Harry

- Prawdopodobnie się zmęczył - powiedział Ron. - Tak daleko nikt nim jeszcze nie jeździł...

- To to jest jakiś złom! - jeknal Teddy

- To nie jest żaden złom! - oburzył się Artur

I obaj zaczęli udawać, że nie słyszą coraz głośniejszego wycia silnika i nie widzą, że robi się coraz ciemniej. Na czarnym niebie pojawiły się gwiazdy.

Dziewczyny i kobiety zbladły gand fretki parsneli śmiechem

Harry włożył bluzę, starając się nie zwracać uwagi na to, że wycieraczki poru­szają się coraz wolniej, jakby miały już dość.

- Już niedaleko - powiedział Ron, bardziej do sa­mochodu niż do Harry'ego, i kilka razy stuknął palcami w tablicę rozdzielczą.

- Wiesz ze mówiłeś do auta - mruknął Harry

- Tam! - ryknął Harry tak, że Ron i Hedwiga pod­skoczyli. - Przed nami!

Na tle ciemnego horyzontu, na szczycie urwiska nad jeziorem zamajaczyły wieżyczki i baszty zamku Hogwart.

- Hogwart! - krzyknęli prawie wszyscy

Samochód zaczął dygotać i wyraźnie tracił prędkość.

- No, jeszcze trochę - powiedział Ron błagalnym tonem, lekko szarpiąc kierownicą. - Już prawie jesteśmy na miejscu... jeszcze trochę...

- Zdajesz sobie sprawę z tego że mówiłeś do auta - rzekł Bill do Rona

Silnik jęknął.

- Miał dość twojego irytującego i głupiego głosu Weasley! - drwił Corman - Granger kochanie moje proszę rzuć tego rudego palanta ze mną będziesz miała dużo lepiej jestem przystojniejszym mądrzejszym

- A najważniejsze Mam małego ptaszka mam obleśny uśmiech i jestem kretynen i nie miłym facetem i to tego zmieniam dziewczyny jak rękawiczki - dodała Hermiona słodkim głosikiem - także nie będzie cimcimcim bo nie będę mogła nawet jak za to chwycić

- Uuuuuuuu! - zawolali chłopaki i mezszyzni McLaren zrobił się czerwony 

- JAK ŚMIESZ GRANGER!

- Po pierwsze nazywam Weasley jak chcesz możesz mi mówić Pani Weasley. Hermiona Weasley a po drugie mówię same fakty McLaren - odpowiedziala Pani Weasley - po trzecie odpuść sobie z wreszcie kocham Rona po czwarte jestem mamą dwóch córek i syna i je kocham nawet jeśli w tych czasach jestem nastolatka a oni są dorosłymi ludźmi bo są w przyszłości i na pewno radzą sobie świetnie w życiu

- Ja Cię bardzo kocham Mamusiu - odezwała się Emilly i przytuliła się do Hermiony

Spod maski tryskały gejzery pary. Harry bezwiednie wpił palce w brzegi siedzenia, widząc, jak jezioro zaczyna się przybliżać. Samochód szarpnął nieprzyjemnie. Wyglądając przez okno, Harry ujrzał pod sobą gładką, czarną, szklistą po­wierzchnię wody. Zaciśnięte na kierownicy palce Rona zro­biły się białe. Samochód ponownie szarpnął.

- Błagam - jęknął Ron przez zaciśnięte zęby. Byli nad jeziorem... zamek czerniał tuż przed nimi... Ron nacisnął pedał.

- Jeszcze trochę! - krzyknął Frank I

Silnik strzelił, zakrztusił się i ucichł na dobre.

- Och - stęknął Ron w głuchej ciszy. Przód samochodu zanurkował w dół. Spadali, nabierając szybkości, prosto w masywny mur zamku.

Matki zbladly tak samo jak Ginny i Hermiona Jessica i Nicole oraz ich córki bracia synowie oraz ojcowie mieli nietegie miny Molly i Lily oddychaly słabo

- NIEEEEE! - ryknął Ron, gwałtownie obracając kierownicą. Prawie się otarli o kamienny mur, kiedy samochód zato­czył wielki łuk i poszybował nad ciemnymi cieplarniami, potem nad grządkami warzyw i nad czarnymi trawnikami, przez cały czas tracąc wysokość.

- Jak to przeżyliście? - spytała słabo Amelia

Ron puścił kierownicę i wyciągnął różdżkę z tylnej kie­szeni spodni.

- STOP! STOP! - wrzasnął, waląc różdżką w tab­licę rozdzielczą i przednią szybę, ale wciąż spadali, a ziemia zbliżała się ku nim z przerażającą szybkością.

Ron i Harry skuli się czekając na wybuch gdy patrzyli na twarze swoich matek - mówiły spokojnie Lily/ Molly - mówiły jakby do siebie - po co masz się denerwować wdech i wydech wtech i wydech

- UWAGA! DRZEWO! - zawył Harry, wyciąga­jąc rękę do kierownicy, ale było już za późno...

ŁUUP.

- DRZEWO! - rykneli goście przeszłości

Samochód uderzył w pień drzewa z ogłuszającym łosko­tem i runął na ziemię. Spod rozdartej maski buchała para, Hedwiga wrzeszczała ze strachu, na czole Harry'ego pulso­wał guz wielkości piłki golfowej, a na prawo od niego cicho pojękiwał Ron.

- Nic ci nie jest? - zapytał Harry.

- Moja różdżka - wyjąkał Ron. - Spójrz na moją różdżkę.

- Dobrze ze karków nie złamaliście! - krzyknęła pani Potter

- Czy was totalnie pogięło! - zawołała Dorcas - mogliście zginąć

Różdżka złamała się prawie na pół; koniec zwisał żałośnie na paru drzazgach. Harry otworzył usta, żeby powiedzieć, że w szkole na pewno uda się ją naprawić, ale nie wypowiedział ani jednego słowa. W tym samym momencie coś rąbnęło w bok samo­chodu z siłą szarżującego byka, a kiedy ukradkiem zerknął na Rona, kolejny, równie potężny cios ugodził w dach.

- Co to było? - spytała przerażonym głosem Domique

- Co to było?

Przerażony Ron wciągnął głośno powietrze i wytrzesz­czył oczy, a Harry odwrócił głowę akurat, by zobaczyć, jak gałąź grubości pytona uderza w przednią szybę.

Potter i Weasley popatrzyli na swoje dziewczyny proszącą mina żeby swoje mamy spróbowały uspokoic

Zaatako­wało ich drzewo, na które wpadli. Pień przygiął się nisko, a sękate gałęzie waliły w samochód, gdzie tylko mogły go dosięgnąć.

- Aaaach! - wydyszał Ron, kiedy następna powy­krzywiana gałąź zrobiła duże wygięcie w drzwiach od jego strony. Szyba przednia dygotała od serii uderzeń twardych jak knykcie gałązek, a gruby jak taran konar walił z furią w dach, który uginał się niebezpiecznie...

- Uciekajcie! - krzyknęła Rose

- Uciekamy! - krzyknął Ron, rzucając się na drzwi całym ciężarem.

W następnej chwili znalazł się w ramionach Harry'ego, odrzucony przez kolejne potężne uderzenie.

- Macie romans? - spytała bezczelnym uśmiechem na twarzy Mariette - a co na to wasze "dziewczyny " słowo, dziewczyny powiedziała w nawias wiecie że wasi faceci są gejami mają romans?

- A ty za to jesteś lesbijka Egzogenne! - warknęła Ginny - kochasz się Cho!

- Widziny ze jak na nią patrzysz swoimi oczkami - dodała Hermiona - a od mojego faceta się opierdol

- Od mojego też - rzekła Ginny - bo nie będę miłosierna i mam ochotę strzelić Ci z liścia

- NIE JESTEM LESBIJKA ! - ryknela Mariette

- Czasami warto wyjść z szafy - stwierdziła Luna

- Zamknij się Lovegood! - wysyczała Mariette

- Chcesz dokonać Coming outu zrób to poczujesz się lepiej - powiedziała Alicia II - ja Ci pomogę przez to przejść

- Twoja córka jest bezczelna Abbott! - warknęła Mariette

- Zamknij się bo obrażasz moja córkę - odparły Angelina i Hannah - po za tym przeginasz dziewczyno swoim postępowaniem

- Już po nas! - jęknął, gdy dach wygiął się zło­wieszczo.

Nagle poczuli wibrację pod stopami - silnik ponow­nie zaskoczył.

- DO TYŁU! - ryknął Harry i samochód cofnął się gwałtownie.

Drzewo nadal próbowało ich dosięgnąć; słyszeli okropne trzeszczenie korzeni, gdy cały pień wyciągnął się ku nim drapieżnie, chlaszcząc gałęziami w powietrzu. Byli już jed­nak poza ich zasięgiem.

- Mamo ja - zaczął Harry - chcielismy się dostać do Hogwartu bo peron się zamknął

-Wiem o tym że chcieliście się dostać - odparła zinnym tonie Lily I - Mamy do pogadania! - warknęła Lily i popatrzyła na Molly które też była wściekła - BIJĄCA WIERZBA ! MUSIELIŚCIE LECIEĆ SAMOCHODEM ARTURA? – wrzasnęły matki Rona i Harrego , uderzając ich raz za razem. Potrzebowały rozładować nagromadzone emocje, poza tym nie biły za mocno. Po chwili ukryły twarz do ich piersi i powiedziały : - Czy ty chcesz mnie do grobu wpędzić?

- Potter ty już nie żyjesz! - przypomniala jej Pansy

- Dla Ciebie jestem Pani Potter bo nie przypomninam żebyśmy przechodzili na ty! - warknęła Pani Potter

- Mamo nic mi nie było - powiedzieli razem przytulając je mocno

- Gdybyś zginął to nie wiem co bym zrobiła - mruknely cicho

- Nawet się nie odzywaj Parkinson! - krzyknęła Ginny gdy Pansy otwierała usta

- Mało brakowało - wysapał Ron. - Dobra ro­bota, samochodziku. Był to jednak ostatni, bohaterski wyczyn starego forda. Silnik strzelił dwukrotnie, drzwi się otworzyły, Harry po­czuł, jak jego fotel chwieje się gwałtownie, a w następnej chwili leżał już na wilgotnej murawie. Bagażnik wyrzucał z siebie kufry, które lądowały na trawie z głuchym grzmo­tem.

- Koniec przejażdżki - rzekł Łapa

Klatka z Hedwiga zatoczyła wielki łuk w powietrzu i otworzyła się, spadając na ziemię, a sowa zaskrzeczała ze złością i poszybowała w stronę zamku, nie oglądając się za siebie. A pogięty, obdrapany i zionący parą samochód po­toczył się w ciemność z okropnym zgrzytem, jękiem i dudnieniem. Tylne światła zamrugały gniewnie.

- Bo przypomiala sobie dwie okropne gęby bliznowatego i wiewiórki! - parsnal śmiechem Draco

- Wracaj! - krzyknął Ron, wymachując swoją po­łamaną różdżką. - Tata mnie zabije!

- Jeszcze żyjesz - mruknął Artur

Ale samochód po raz ostatni strzelił z rury wydechowej i zniknął im z oczu.

- Możesz uwierzyć w takiego pecha? - zapytał Ron,

- Chyba szczęścia! - zawołała Victoire - bo nie skreciliscie sobie karków

schylając się po swojego szczura Parszywka. - Tyle tu drzew, a musieliśmy rąbnąć akurat w takie, które się wście­ka i oddaje?

Spojrzał przez ramię na prastare drzewo, które wciąż wymachiwało groźnie gałęziami.

- Chodź - powiedział Harry markotnie. - Musi­my jak najszybciej znaleźć się w szkole. Nie był to wcale ów triumfalny powrót, który obaj sobie wymarzyli.

- Czy ja wiem - zaczął Ron

- Nie Ron to było słabe wejście - powiedział szybko Harry po zorientowal się ze ich matki córki i narzeczone patrząc na nie wściekle

- Przez wasza głupotę mogliście zginąć imbecyle! - zawołaly Hermiona Weasley i Ginny Potter

Poobijani i zziębnięci powlekli swoje kufry po trawiastym zboczu, ku dębowym wrotom zamku.

- Uczta pewnie już się zaczęła - mruknął Ron, rzu­cając swój kufer u stóp frontowych schodów i podchodząc, by spojrzeć przez jasno oświetlone okna. - Hej, Harry, zobacz... ceremonia Przydziału!

Ginny Colin i Luna popatrzyli na siebie i uśmiechnęli się

Harry podbiegł do niego i razem zajrzeli do Wielkiej Sali. Niezliczone świece wisiały w powietrzu nad czterema długimi stołami, zastawionymi roziskrzonymi złotymi tale­rzami i pucharami. A wyżej zaczarowane sklepienie, które zawsze odzwierciedlało niebo, jarzyło się miriadami gwiazd. Ponad lasem czarnych spiczastych tiar na głowach ucz­niów Harry zobaczył wystraszonych pierwszoroczniaków wchodzących do sali. Była wśród nich Ginny, której trudno było nie zauważyć z powodu płomienistych włosów.

- I płomienisty charakterek oddziedzicona po mamie Molly - tak zwana rude furię

- A ten płomienisty charakterek czyli jak mówi Harry rude furię Lily odziedziczyła po Ginny - stwierdził Frank II

Tym­czasem profesor McGonagall, w okularach i z włosami sple­cionymi w ciasny kok, kładła już na stoliku słynną Tiarę Przydziału. Rok w rok ów stary kapelusz, połatany, wystrzępiony i brudny, dzielił nowych uczniów na cztery domy Hogwartu (Gryffindor, Hufflepuff, Ravenclaw i Slytherin). Harry do­brze pamiętał chwilę - a było to dokładnie rok temu - w której włożył Tiarę Przydziału i zamarł w oczekiwaniu na decyzję, słysząc jej mamrotanie w uszach. Przez kilka stra­sznych chwil lękał się, że dostanie przydział do Slytherinu, domu, z którego wyszło najwięcej czarnoksiężników i wiedźm w dziejach Hogwartu,.

- Ale są też normalni czarownice i czarodzieje - oznajmił Harry ale na szczęście trafił do Gryffindoru, razem z Ronem, Hermioną i resztą Weasleyów. W ostatnim semestrze Harry i Ron pomogli Gryfonom zdobyć Puchar Domów, zwyciężając Ślizgonów po raz pierw­szy od siedmiu lat.

Gryfoni wystrzezyli się

Właśnie wywołano małego chłopca o mysich włosach. Harry wyłowił spojrzeniem profesora Dumbledore'a, dyre­ktora Hogwartu, który obserwował ceremonię Przydziału zza stołu nauczycielskiego. Jego długa srebrna broda i okulary-połówki jaśniały w blasku świec. Kilka krzeseł dalej siedział Gilderoy Lockhart w akwamarynowej szacie.

- Zaraz się zrzygam! - jekneli Rogacz i Łapa

A na końcu stołu rozpierał się Hagrid, olbrzymi i włochaty, po­pijając ze swojego pucharu.

Myslac jak poznać jakąś zajebista kobietę nie wiedząc że za dwa lata pozna taka - rzekł Seamus

Rogacz o Łapa zaczęli kaszlec a Hagrid się zarumienił

- Hagrid kogoś pozna? - spytał niedowierzaniem Łapa

- Kto to? - dodał zainteresowany młodszy Remus

- Dowiecie się! - wystrzezyl się Ron

- Taka niewiaste - stwierdził Harry Hagrid był czerwony jak wiśnia

- Trzymaj się, bo spadniesz... - mruknął Harry do Rona. - Przy stole nauczycielskim jest puste miejsce... Gdzie jest Snape?

- Myje szamponem które dostał od lucka swoje włosy - odrzekł Łapa

- Siema Severus! - powiedział Fred II

- Siema - stwierdził James II

- Dawno się nie widzieliśmy! - podniecił się Fred II

- No dokładnie to rok - odrzekł James II

- Mordeczko z okazji rozpoczęcia roku szkolnego życzę Ci wszystkiego najlepszego żebyś wytrzymał z tymi dzieciakami czaisz!

- A spoko eeee Lucek dzięki - oznajmił mu James Fred II patrzył się cały czas na Jamesa - Co ty tak się patrzysz? cały czas o co ci kurde chodzi? nie wiem masz jakąś sprawę czy coś?

- A wiesz gardło mnie trochę swędzi

- No to się podrap - odpowiedział James II

- może jakaś flachę na rozpoczęcie roku szkolnego zmontujemy

- Przychodzisz do mnie raz na rok na rozpoczecie roku szkolnego składasz mi te życzenia, żebym wytrzymał z tymi idiotami tak zwanymi dziećmi i nawet głupiego szamponu do włosów mi nie kupisz! i pytasz się o flachę?!

- Tak, a co?

- No to Malfoy zajebiscie Ci powiem!

- No powstaw proszę?

- Rozpunka ja Cię praktycznie nie znam od kilku lat kiedy jestem tu profesorem nawet kiedy twój głupi synalek Draco tu chodzi stawiam Ci flachę! a teraz mam to w dupie!

- Może być Ognista Whisky, bo mam jeszcze urodzinki dzisiaj

- Że co?! - spytał James II niedowierzaniem

- To tak, się złożyło

- Malfoy chodzisz po ludziach zuliz flachę?

- No bo ja tu mam nawet notes co gdzie i kiedy no np teraz jestem u Ciebie później jest Knot jutro Ropucha a po jutrze Crouch

- Codziennie na bombie - stwierdził James II

- No a jak! - krzyknął szczęśliwy Fred II

Łapa i Rogacz rykneli śmiechem tak samo jak uczniowie i dorośli leżąc że śmiechu na podlorze nauczyciele popatrzyli po sobie próbując zachować powagę, ale profesor od zaklęć zaczął się śmiać nieboglosy a za nimi poszła reszta nauczycieli oprócz biednego Severusa który niedowierzal co się tu wydarzyło Lucek był wściekły Narcyza próbowała zachować powagę ale nie wytrzymała i ryknela śmiechem

- Czegoś takiego to ja nigdy nie słyszałem ! - parsnal śmiechem Neville a, Hannah wtuliła się do Neville'a następnie poparzyła na zięcia i syna Harrego i oznajmiła

- Fred i James dobra robota - puściła im oczko - ja jako twoja mama, Fred i twoja ciotka James jestem dumna

- Wiesz mamo - rzekł Fred II do Hannah - to taka mała zemsta na Severusie

- Ja też jestem dumna - powiedziały Ginny i Angelina

Severus Snape był najmniej przez Harry'ego lubianym profesorem, a tak się składało, że Harry był uczniem naj­mniej lubianym przez Snape'a. Złośliwy, sarkastyczny i po­wszechnie znienawidzony profesor Snape nauczał eliksirów.

- Może jest chory! - szepnął Ron z nadzieją.

Pił z Rozpunka i dlatego jest chory! - parskali śmiechem Fred i George

- Może sam odszedł - mruknął Harry - bo zno­wu nie dali mu obrony przed czarną magią!

- Albo może go wylali! - zawołał Ron.

- Za picie alkoholu w miejscu gdzie znajdują się dzieci - odrzekł z nadzieją Fleomont

- Prze­cież nikt go nie znosi, więc...

- A może - rozległ się lodowaty głos tuż za nimi - czeka, żeby usłyszeć, dlaczego wy dwaj nie przyjechaliście pociągiem razem z innymi.

- bo mieli taki kaprys - odrzekł Teddy

Harry odwrócił się gwałtownie. Przed nimi, w czarnej todze falującej w chłodnym wietrze, stał Severus Snape. Był to chudy mężczyzna o pożółkłej cerze, z haczykowatym nosem i tłustymi, sięgającymi ramion czarnymi włosami. W tym akurat momencie uśmiechał się w sposób, który Harry i Ron rozszyfrowali natychmiast. Znaleźli się w po­ważnych kłopotach.

- Za mną - warknął Snape.

Nie śmiejąc nawet wymienić spojrzeń, poszli za nim schodami do oświetlonej pochodniami sali wejściowej, roz­brzmiewającej echem ich kroków. Rozkoszna woń potraw napływała z Wielkiej Sali, ale Snape szybko wyprowadził ich z kręgu światła i ciepła, schodząc wąskimi kamiennymi schodkami w dół, do lochów.

- Do środka! - rozkazał, otwierając jakieś drzwi w połowie zimnego korytarza.

- Fajnie ze mogliśmy się ogrzać - mruknął Ron - Dzięki Panie Profesorze!

Weszli do gabinetu Snape'a, trzęsąc się z zimna i strachu. Na ciemnych półkach wzdłuż ścian stały rzędy szklanych słojów, a temu, co w nich pływało, Harry wolał się w tym momencie nie przyglądać. W kominku nie płonął ogień. Snape zamknął drzwi, odwrócił się i zmierzył ich zimnym spojrzeniem.

- A więc - zaczął niemal łagodnie - słynny Har­ry Potter i jego wierny towarzysz Weasley gardzą czymś tak przyziemnym jak pociąg, co? Chcieliście pojawić się tutaj z wielkim hukiem, tak?

- Barierka się zamknęła - rzekł Harry

- Nie, panie profesorze, tylko ta barierka na King s Cross...

- Milczeć! Co zrobiliście z samochodem?

Ron przełknął ślinę. Nie po raz pierwszy Snape zrobił na Harrym wrażenie człowieka, który czyta w cudzych my­ślach. Chwilę później zrozumiał wszystko, kiedy Snape po­trząsnął im przed nosem ostatnim numerem „Proroka Wie­czornego".

- Widziano was - syknął, wskazując na wielki tytuł na pierwszej stronie: LATAJĄCY FORD ANGLIA BUDZI SENSACJĘ WŚRÓD MUGOLI.

- Staliscie się sławni - rzekli Fabian i Gideon

I zaczął czytać na głos:

Dwóch mugoli w Londynie utrzymuje, że widziało stary samochód przelatujący nad wieżą Poczty Głównej... w południe, w Norfolku, pani Hetty Bayliss, wieszając bieliznę... pan Angus Fleet z Peebles zgłosił policji... razem sześciu lub siedmiu mugoli. O ile dobrze pamiętam, twój ojciec pracuje w Urzędzie Niewłaściwego Użycia Produktów mu­goli, tak? - zapytał, patrząc na Rona i uśmiechając się jeszcze bardziej jadowicie. - No, no, no... jego własny syn...

Harry poczuł się tak, jakby jedna z grubszych gałęzi wściekłego drzewa wymierzyła mu właśnie cios prosto w żo­łądek. Jeśli ktoś się dowie, że pan Weasley zaczarował samochód...

- Bo minęło dobrze ze wam się nic nie stało - stwierdził Artur

- Przeszukując park, zauważyłem, że bardzo cenna wierzba bijąca została poważnie uszkodzona - ciągnął Snape.

- To drzewo bardziej uszkodziło nas... - wymamro­tał Ron.

- Milczeć! - warknął ponownie Snape. - Nieste­ty, nie jesteście w moim domu i nie do mnie należy decyzja o wyrzuceniu was ze szkoły.

- Co za ulga! - wesneli teatralne Łapa i Rogacz

Teraz pójdę i sprowadzę kogoś, kto ma taką władzę. A wy tutaj poczekacie. Harry i Ron spojrzeli po sobie; obaj byli biali jak papier. Harry przestał odczuwać głód. Było mu po prostu nie­dobrze. Starał się nie patrzyć na coś wielkiego i obślizgłe-go zawieszonego w zielonkawym płynie w słoju na półce tuż za biurkiem Snape'a. Jeśli Snape przyprowadzi profesor McGonagall, opiekunkę Gryffindoru, ich sytuacja wcale się nie polepszy.

- Nie polepszy aż pogorszy! - jeknal Harry przypominając sobie szlaban z Lockhartem

Była od niego bardziej sprawiedliwa, ale była też bardzo surowa. Dziesięć minut później wrócił Snape, a osobą, która mu towarzyszyła, była profesor McGonagall. Harry już nieraz widział ją rozgniewaną, ale albo zapomniał, jak bardzo mogą zwęzić się jej usta, albo jeszcze nie widział jej napraw­dę rozwścieczonej. Gdy tylko weszła, uniosła różdżkę. Harry i Ron cofnęli się, przerażeni, ale ona tylko wskazała nią na kominek, w którym natychmiast buchnął ogień.

- Gacki nie lubią ciepła! - zardwil Frank I

- Zamknij się Longbotton! - warkneli starszy i młodszy Severus

- Siadajcie - powiedziała, a oni zapadli się w fotele przy kominku.

- Czekam na wyjaśnienia - powiedziała, a jej oku­lary błysnęły złowieszczo.

Ron zaczął opowiadać, zaczynając od przygody z barier­ką, która nie chciała ich przepuścić.

- ...więc nie mieliśmy wyboru, pani profesor, nie mo­gliśmy się dostać do pociągu.

- Dlaczego nie wysłaliście listu przez sowę? Ty chyba masz sowę, co? - zwróciła się do Harry'ego.

- Ale z was idioci jeden głupszy od drugiego! - drwił Zachariasz

- Ja się zastanawiam który z nich jest głupszy Potter czy Weasley Weasley czy Potter? - zastanawiała się Pansy

Harry wytrzeszczył na nią oczy i otworzył usta. Teraz, kiedy to usłyszał, wydało się to tak oczywiste...

- Ja... ja nie pomyślałem...

- No właśnie - stwierdziła chłodno profesor McGonagall. Rozległo się pukanie do drzwi i Snape, wyraźnie urado­wany, podszedł, aby je otworzyć. Do gabinetu wkroczył profesor Dumbledore.

- Snape ukłon się przed Panem Dyrektorem twoje maniery są godne pożałowania! - skarcił jego zachowanie Łapa - ty jesteś tylko jego sługa on jest twoim szefem!

- Okaż mu należyty szacunek Severusie - dodał Rogacz

- Pan dyrektor tylko zostawił na pastwę losu mojego tatusia u tych idiotow to nic wielkiego prawda? - warknęła Lily II w stronę dyrektora

- Nie tym tonem młoda damo - odpowiedział Drops

- Będę mówiła co mi się żywnie podoba! - odparowała Lily II

Harry poczuł, że drętwieje mu całe ciało. Dumbledore miał niezwykle poważną minę. Spojrzał na nich z góry, a Harry nagle stwierdził, że wolałby nadal tkwić w objęciach bijącej wierzby. Zapadło długie milczenie, a potem Dumbledore powie­dział:

- Proszę mi wyjaśnić, dlaczego to zrobiliście.

- Bo zostawiłeś mojego synka u tych skurwysynow! - krzyknęła Lily I patrząc jadowitym wzrokiem

- Nawet się nie odzywaj bo jak patrzę na Ciebie to mam ochotę Cię zamordować mam odruch wymiotny gdy na Ciebie patrze dyrektorze - dodały Olivia Amelia Lily II Rose Domique Lucy Molly II Emilly Roxanna Victoire Samanta

Byłoby lepiej, gdyby krzyczał. Harry'emu bardzo się nie podobała nuta zawodu w jego głosie. Nie był w stanie spojrzeć mu w oczy, więc przemówił do swoich kolan. Opowiedział wszystko, zatajając tylko, do kogo należał za­czarowany samochód, dając do zrozumienia, że on i Ron po prostu znaleźli jakiś latający samochód zaparkowany w po­bliżu dworca. Wiedział, że Dumbledore natychmiast zo­rientuje się, że to lipa, ale dyrektor nawet nie zapytał o sa­mochód. Kiedy Harry skończył, przypatrywał im się długo przez okulary.

- Szkoda ze ich nie wyrzucił! - jeknal Draco

- Chciałbys! - warknął Ron

- Pójdziemy zabrać swoje rzeczy - powiedział Ron bez cienia nadziei.

- O czym ty mówisz, Weasley? - warknęła profesor McGonagall.

- No przecież wylatujemy ze szkoły, prawda?

- Nie dzisiaj, panie Weasley - powiedział Dumble­dore. - Musi jednak do was obu dotrzeć, że to, co zrobi­liście, jest bardzo poważnym wykroczeniem. Jeszcze dziś napiszę do waszych rodzin. Muszę was również ostrzec, że jeśli coś takiego się powtórzy, nie będę miał wyboru. Wy­rzucę was ze szkoły.

- Najpierw musisz zabić bazyliszka - mruknął Harry

Snape wyglądał, jakby odwołano Boże Narodzenie. Od­chrząknął i powiedział:

- To nie przebiorę się za mikołaja Albusie! - jeknal Łapa - przecież obiecałeś że się przebiorę i będę mógł wręczać prezenty Uczniomi! mówił do ich "ho ho ho gackowych świąt życzy wam święty Gacek" a teraz jednak nie mogę to nie fair! - i zrobił minę oburzonej księżniczki

Większość parsnela śmiechem

- Zabije Cię Black! - warkneli dwie wersje Severusa

- Tylko spróbuj! - odparował Łapa

- Profesorze Dumbledore, ci chłopcy pogwałcili de­kret o ograniczeniu używania czarów przez małoletnich czarodziejów, spowodowali poważne uszkodzenie bardzo starego i cennego drzewa... Z całą pewnością tego rodzaju zachowanie...

- Ukaranie tych chłopców należy do profesor McGo­nagall, Severusie - odrzekł spokojnie Dumbledore. - Są z jej domu i to ona ponosi za nich odpowiedzialność. - Zwrócił się do profesor McGonagall. - Muszę wracać na ucztę, Minerwo, mam im jeszcze coś do powiedzenia. Chodź, Severusie, spróbujmy tego wspaniałego ciasta z kremem, wygląda naprawdę zachęcająco.

- Papapa! - krzyknął Hugo machajac im ma pożegnanie

Snape obrzucił Harry'ego i Rona jadowitym spojrzeniem i pozwolił się wyprowadzić z własnego gabinetu, pozosta­wiając ich sam na sam z profesor McGonagall, która przy­glądała im się jak rozwścieczony orzeł.

Goście przyszłości popatrzyli na Franka II

- Wciąż krwawisz, Weasley, powinieneś iść do skrzyd­ła szpitalnego.

- To nic wielkiego - odpowiedział Ron, obcierając sobie rękawem rozcięte czoło. - Pani profesor, czy mógł­bym zobaczyć, jaki przydział dostanie moja siostra...

- Gryffindor! - krzyknela Ginny

- Ceremonia Przydziału już się zakończyła. Twoja sio­stra też jest w Gryffindorze.

- Och, to wspaniale - wyjąkał Ron.

- A jeśli już mowa o Gryffindorze... - zaczęła profesor McGonagall ostrym tonem, ale Harry szybko jej przerwał:

- Pani profesor, kiedy wzięliśmy ten samochód, se­mestr jeszcze się nie zaczął, więc... więc Gryffindor nie straci przez nas punktów, prawda?

- Weź już Minne tak dostali już nauczkę! - prosiła ich Marlene

Profesor McGonagall przeszyła go świdrującym spojrze­niem, ale był pewny, że prawie się uśmiechnęła. W każdym razie jej usta nie były już tak przeraźliwie wąskie.

- Nie odejmę Gryffindorowi żadnych punktów - oświadczyła, a Harry'emu zrobiło się lżej na sercu. - Ale wy dwaj będziecie mieli szlaban.

- Nie! nie! nie chce szlabanu! - jeknal Harry

Skończyło się więc o wiele lepiej, niż się obawiał. Listem Dumbledore'a do Dursleyów zupełnie się nie przejmował. Dobrze wiedział, że będą rozczarowani tylko jednym: że wierzba bijąca nie zrobiła z niego krwawej miazgi. Profesor McGonagall podniosła różdżkę i wycelowała nią w biurko Snape'a. Pojawił się na nim wielki talerz z kanap­kami, dwa srebrne puchary i dzban mrożonego soku z dyni.

- Zjecie tutaj, a później pójdziecie prosto do dormitorium - oznajmiła. - Ja muszę wracać na ucztę.

- Jedzenie! - zachwycił się Hugo. Emilly tylko wywróciła oczami

Kiedy drzwi się za nią zamknęły, Ron wypuścił powietrze z długim świstem.

- Byłem pewny, że nas wyleją - powiedział, sięga­jąc po kanapkę.

- Ja też - rzekł Harry, biorąc sobie drugą.

- Ale mamy parszywe szczęście, co? - wymamrotał Ron z ustami pełnymi kurczaka i szynki. - Fred i George latali tym fordem już sześć albo siedem razy i żaden mugol ich nie zauważył. - Przełknął i ugryzł następny wielki kęs. - Ale dlaczego ta barierka nas nie przepuściła?

- Dowiecie się - rzekł Harry

Harry wzruszył ramionami.

- W każdym razie od tej pory musimy bardzo uważać - powiedział i wypił potężny łyk dyniowego soku. - Szkoda, że nie możemy być na uczcie.

- Nie chciała, żebyśmy się przechwalali... No wiesz, żeby inni nie pomyśleli, że fajnie jest przylecieć do szkoły zaczarowanym samochodem.

- Na pewno - powiedziała z drwina Milicenta

Kiedy zjedli tyle kanapek, ile mogli (talerz wciąż sam się napełniał), wstali i wyszli z gabinetu, kierując się do wieży Gryffindoru. W zamku było cicho; wyglądało na to, że uczta już się skończyła. Mijali mruczące do siebie portrety i skrzypiące zbroje, wspinali się po wielu wąskich kamien­nych schodach, aż wreszcie dotarli do tajemnego wejścia do Gryffindoru, ukrytego za olejnym portretem Grubej Damy w różowej jedwabnej sukni.

- Hasło? - zapytała, kiedy podeszli.

Eee... - zająknął się Harry.

Nie mieli pojęcia, jakie jest nowe hasło, bo jeszcze nie widzieli się z prefektem Gryffindoru, ale pomoc nadeszła prawie natychmiast: usłyszeli za sobą szybkie kroki, a kiedy się odwrócili, zobaczyli Hermionę.

- Moja piękna i inteligenta żona - powiedział szczęśliwy Ron

- Jesteście! Gdzie byliście? Wiecie, jakie głupie krążą pogłoski? Ktoś powiedział, że wyrzucili was ze szkoły za rozbicie latającego samochodu.

- No... jak widzisz, wcale nas nie wyrzucili - za­pewnił ją Harry.

- Ale chyba nie przylecieliście tu samochodem? - zapytała Hermiona takim tonem, jakby przedrzeźniała pro­fesor McGonagall.

- Oj ciotka przylecieli - odparł James II

- Daruj sobie przemowę - odrzekł niecierpliwie Ron - i powiedz nam nowe hasło.

„Miodojad" - powiedziała niecierpliwie Hermio­na - ale chodzi o to, że...

Musiała jednak przerwać, bo portret odsunął się i za­grzmiała burza oklasków. W okrągłym pokoju wspólnym zebrali się chyba wszyscy Gryfoni, stojąc na koślawych stołach i wyliniałych poręczach foteli i czekając na ich przy­bycie. Szybko wciągnięto ich do środka przez dziurę w ścia­nie; Hermiona musiała radzić sobie sama.

- Ekstra! - ryczał Lee Jordan. - Genialne! To jest dopiero wejście! Przylecieć zaczarowanym samochodem i rąbnąć prosto w wierzbę bijącą! Ludzie będą o tym opo­wiadać przez całe lata!

- To prawda - powiedział podniecony Louis

„Brawo", powiedział jakiś piątoklasista, który przedtem nigdy Harry ego nie zauważał; ktoś inny klepał go po plecach, jakby właśnie wygrał maraton. Fred i George przepchali się przez tłum i zapytali jednocześnie: „Dlaczego nas nie wywo­łaliście z powrotem, co?" Ron poczerwieniał jak burak i uśmiechał się z zakłopotaniem, ale Harry szybko dostrzegł jedną osobę, która wcale nie wyglądała na zachwyconą. Nad głowami podekscytowanych pierwszoroczniaków zobaczył Percy'ego, który najwyraźniej zamierzał rozpędzić całe towa­rzystwo.

- Pewnie swojej magicznej oznace Prefekta - powiedział Matt. Większość parsnela śmiechem

Harry szturchnął Rona w żebra i wskazał w stronę Percy'ego. Ron natychmiast zrozumiał, o co chodzi.

. - Idziemy na górę... jesteśmy trochę zmęczeni - po­wiedział i obaj zaczęli się przepychać do drzwi po drugiej stronie pokoju wspólnego, za którymi były spiralne schody do dormitoriów.

- Dobranoc! - zawołał Harry do Hermiony, która miała twarz tak samo nachmurzoną jak Percy.

- A tak nie powiedziałeś jej że pięknie wyglądala Ron - stwierdził Harry

- Pięknie wyglądasz Hermiona - rzekł Ron a Hermiona przytuliła się do niego i wyszeptała mu coś do ucha gdy to mówiła coś do ucha miała rumieniec na twarzy

Udało im się przebić przez zatłoczony pokój i wydostać na cichą klatkę schodową. Obaj czuli mrowienie w plecach od niezliczonych poklepywań, którymi ich po drodze ura­czono. Wbiegli po schodach na samą górę i znaleźli się w swojej starej sypialni, na której drzwiach wisiała teraz tabliczka z napisem: „Drugi rok". Z rozrzewnieniem spoj­rzeli na pięć łóżek - każde z czterema kolumienkami i zasłonami z czerwonego aksamitu - i na wysokie, wąs­kie okna. Kufry już przyniesiono i ustawiono w nogach ich łóżek.

Ron uśmiechnął się z zakłopotaniem do Harry'ego.

- Wiem, że nie powinno mi to sprawiać takiej przyje­mności, ale...

- To była niezła przygoda - skończył za niego Harry

Drzwi otworzyły się gwałtownie i wpadli inni Gryfoni z drugiej klasy, którzy dzielili z nimi dormitorium: Seamus Finnigan, Dean Thomas i Neville Longbottom.

- Niewiarygodne! - zawołał Seamus.

- Zupełnie ekstra - powiedział Dean.

- Niesamowite - wyjąkał z przejęciem Neville. Harry nie mógł się powstrzymać. On też się uśmiechnął.

- Koniec rozdziału - powiedziała Tracy


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...