sobota, 10 grudnia 2022

Rozdział 7

 

<Rok 1978>

Dwóch Ślizgonów: Severus Snape i Regulus Black znaleźli jakieś książki o Harrym Potterze.

- Patrz Sev, tu pisze Harry Potter - powiedział Reg.

- Przeczytajmy. Może będzie ciekawe - i przeczytali 6 rozdziałów "Harry'ego Pottera i Kamienia Filozoficznego" i nagle rozbłysło białe światło.

- Co się dzieje?! - krzyknął Reg.

- Nie wiem! - odkrzyknął Sev.

<1995 rok>

Nagle rozbłysło białe światło w Wielkiej Sali. Pojawili się dwóch chłopców w wieki klasy siódmej.

- Smark? - zdziwili się Huncwoci 1.0.

- Regulus? - dodał Łapa.

- Co się stało? Przecież byliśmy w bibliotece i czytaliśmy o jakiś Harrym Potterze i nagle znaleźliśmy tutaj - powiedział Sev.

- Jesteście roku 1995. Przenieśliście się w czasie - powiedział chłopak dziwnie podobny do Pottera, tylko oczy ma zielone.

- Co takiego?! - zapytali przybysze w wielkim szoku.

- Czytajcie dalej - powiedział James junior - A wy usiądźcie - dodał.

- Rogacz teraz ja - powiedział Lunio

- Łap! - odpowiedział Rogacz.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Tiara Przydziału

Brama natychmiast się otworzyła. Stała w niej wysoka, czarnowłosa czarownica w szmaragdowozielonej szacie. Miała srogą twarz i Harry pomyślał, że nie jest to osoba, obok której można przejść obojętnie.

- Mimie! - krzyknęli Huncwoci.

- Pirszoroczni, pani profesor McGonagall - oznaj­mił Hagrid.

- Dziękuję ci, Hagridzie. Sama ich stąd zabiorę - Otworzyła szerzej drzwi. Sala wejściowa była tak wielka, że zmieściłby się w niej cały dom Dursley'ów. Płonące po­chodnie oświetlały kamienne ściany, podobne jak w podzie­miach Gringotta, sklepienie ginęło w mroku, a wspaniałe marmurowe schody wiodły na piętro. Ruszyli za profesor McGonagall po kamiennej posadzce. Zza drzwi po prawej stronie dochodził ożywiony gwar i Harry pomyślał, że reszta uczniów musi już tu być, ale profesor McGonagall zaprowadziła ich do pustej komnaty z drugiej strony. Stłoczyli się w niej, rozglądając się niepewnie wokół siebie.

- Mimie zawsze ma srogą twarz, ale w środku jest kochana - odezwał się Łapa.

- Witajcie w zamku Hogwart - powiedziała profesor McGonagall - Bankiet rozpoczynający nowy rok wkrótce się zacznie, ale zanim zajmiecie swoje miejsca w Wielkiej Sali, zostaniecie przydzieleni do domów. Ceremonia przy­działu jest bardzo ważna, ponieważ podczas całego pobytu w Hogwarcie wasz dom będzie czymś w rodzaju rodziny.

Uczniowie uśmiechnęli się.

- Będziecie mieć zajęcia razem z innymi mieszkańcami wa­szego domu, będziecie spać z nimi w dormitorium i spędzać razem czas wolny w pokoju wspólnym. Są cztery domy: Gryffindor, Hufflepuff, Ravenclaw i Slytherin. Każdy dom ma swoją zaszczytną historię i z każ­dego wyszli na świat słynni czarodzieje i znakomite czaro­dziejki. Tu, w Hogwarcie, wasze osiągnięcia będą chlubą waszego domu, zyskując mu punkty, a wasze przewinienia będą hańbą waszego domu, który przez was utraci część punktów. Dom, który osiągnie najwyższą liczbę punktów przy końcu roku, zdobędzie Puchar Domów, co jest wielkim zaszczytem. Mam nadzieję, że każde z was będzie wierne swojemu domowi, bez względu na to, do którego zostanie przydzielone.

- Powinna to nagrać i puszczać, bo co roku mówi to samo - zauważył Charlie.

- Ceremonia przydziału odbędzie się za kilka minut w obecności całej szkoły. Zalecam wykorzystanie tego czasu na zadbanie o swój wygląd.

- Cały czas to samo - powiedzieli uczniowie

Jej spojrzenie spoczęło przez chwilę na pelerynie Neville'a, która była zawiązana pod jego lewym uchem, a następnie na usmolonym nosie Rona. Harry nerwowo przygładził włosy.

- Harry tracisz czas - zaśmiał się Rogacz

- Wrócę, kiedy będziecie gotowi - oznajmiła profe­sor McGonagall - Proszę zachować spokój. I wyszła z komnaty. Harry przełknął ślinę.

- A właściwie jak oni dokonują tego przydziału? - zapytał Rona.

- Chyba stosują jakiś test. Fred mówił, że to boli jak nie wiem co, ale pewno żartował.

- Oj Ronuś, Ronuś - zaśmiali się bliźniacy Weasley.

Harry'emu serce podskoczyło do gardła. Test? Przed całą szkołą? Przecież nie zna jeszcze żadnych czarów, co by mógł pokazać? Czegoś takiego w ogóle się nie spodziewał. Rozej­rzał się nerwowo i zobaczył, że inni też są przerażeni. Nikt się nie odzywał, oprócz Hermiony, opowiadającej szeptem o wszystkich zaklęciach, których się nauczyła, i zastanawia­jącej się, które z nich będzie jej teraz potrzebne.

- Serio?- zdziwili się Huncwoci - To jak nasza Lilka.

Harry starał się jej nie słuchać. Jeszcze nigdy nie był tak zdenerwowany, nawet wtedy, kiedy wrócił do domu Dursley'ów z pisemną uwagą, że w jakiś sposób zmienił perukę nauczyciela z ciemnoblond na niebieską.

Huncwoci parsknęli razem z innymi.

Utkwił wzrok w podłodze i czekał. Za chwilę wróci profesor McGonagall i powiedzie go ku jego smętnemu przeznaczeniu. A potem stało się coś, co sprawiło, że podskoczył w po­wietrze przynajmniej na stopę. Kilku chłopców za nim wrzasnęło ze strachu.

- Co to...

- To my! - krzyknęli duchy prezydialne Gryffindora, Slytherina, Hufflepuff i Ravenclaw.

Aż mu dech zaparło. Przez ścianę tuż za nim przeniknęło około dwudziestu duchów. Perłowobiałe i lekko przezroczy­ste, szybowały w komnacie, rozmawiając między sobą i nie zwracając na nich uwagi. Wyglądało na to, że o coś się spierają. Duch małego grubego mnicha mówił:

- Przebaczać i zapominać, powtarzam, to nasza za­sada. Powinniśmy dać mu jeszcze jedną szansę...

- Mój drogi Mnichu, czyż nie daliśmy już Irytkowi wszystkich szans, na jakie zasługiwał? I wciąż nas oczernia, a przecież tak naprawdę wcale nie jest duchem...

- Duchy nie lubią Irytka - stwierdzili uczniowie.

- Hej, a wy co tu robicie? - Duch w kryzie i trykotach nagle zauważył tłum pierw­szoroczniaków. Nikt mu nie odpowiedział.

- Nowi studenci! - powiedział Gruby Mnich, ob­darzając ich uśmiechem - Czekacie na przydział, co? Kilka osób pokiwało milcząco głowami.

- Może się spotkamy w Hufflepuffie! - rzekł Mnich - To mój stary dom.

- Niektórzy tak, a niektórzy nie - powiedziała Susan.

- No, idziemy! - rozległ się ostry głos - Cere­monia przydziału zaraz się rozpocznie - Wróciła profesor McGonagall. Duchy jeden po drugim wsiąknęły w ścianę - A teraz proszę stanąć rzędem - poleciła profesor McGonagall - i iść za mną.

- No to idziemy - odezwała się Katie Bell.

Harry czuł się dość dziwnie, bo nogi miał jakby z ołowiu, ale stanął za chłopcem o piaskowych włosach.

- To ja! - krzyknął Seamus.

- Tak tato - powiedziała Amelia.

Za sobą miał Rona. Wyszli gęsiego z komnaty, a potem przeszli przez salę wejściową i przez podwójne drzwi wkroczyli do Wielkiej Sali. Harry nigdy nawet sobie nie wyobrażał tak dziwnego i wspaniałego miejsca. Oświetlały je tysiące świec unoszą­cych się w powietrzu ponad czterema długimi stołami, za którymi siedziała reszta uczniów.

Uczniowie się uśmiechnęli.

Stoły zastawione były lśniącymi złotymi talerzami i pucharami. U szczytu stał jeszcze jeden długi stół, przy którym zasiadali nauczyciele. Tam właśnie zaprowadziła pierwszoroczniaków profesor McGonagall i kazała im się zatrzymać w szeregu, twarzami do reszty uczniów. W migotliwym blasku świec wpatrzone w nich twarze wyglądały jak blade lampiony. Tu i tam między uczniami połyskiwały srebrną poświatą duchy. Czu­jąc się trochę nieswojo pod tymi wszystkimi spojrzeniami, Harry popatrzył w górę i zobaczył aksamitnoczarne sklepie­nie upstrzone gwiazdami. Usłyszał szept Hermiony:

- Jest zaczarowane... żeby wyglądało jak prawdziwe niebo... Czytałam o tym w książce o historii Hogwartu.

- Twoja ulubiona książka to historia Hogwartu - powiedział Ron.

- Panna Wiem To Ja Wszystko - burknął Draco.

Trudno było uwierzyć, że jest tam w ogóle sklepienie i że Wielka Sala nie jest po prostu otwarta na niebo. Harry szybko spojrzał w dół, bo profesor McGonagall ustawiła przed nimi stołek o czterech nogach. Na stołku spoczywała spiczasta tiara czarodzieja, wystrzępiona, poła­tana i okropnie brudna. Ciotka Petunia nie pozwoliłaby trzymać czegoś takiego w domu. 'Może trzeba będzie wyciągnąć z niej królika?'. Myślał gorączkowo Harry.

- Jak mugolski magik - powiedział podniecony Colin.

Zobaczył, że wszyscy wpatrują się w tiarę, więc i on utkwił w niej wzrok. Przez kilka sekund panowała głucha cisza. A potem tiara drgnęła. Szew w po­bliżu krawędzi rozpruł się szeroko jak otwarte usta i tiara zaczęła śpiewać:

Może nie jestem śliczna,

Może i łach ze mnie stary,

Lecz choćbyś świat przeszukał,

Tak mądrej nie znajdziesz tiary.

Możecie mieć meloniki,

Możecie nosić panamy,

Lecz jam jest Tiara Losu,

Co jeszcze nie jest zbadany.

Choćbyś swą głowę schował

Pod pachę albo w piasek,

I tak poznam kim jesteś,

Bo dla mnie nie ma masek.

Śmiało, dzielna młodzieży,

Na głowy mnie wkładajcie,

A ja wam zaraz powiem,

Gdzie odtąd zamieszkacie.

Może w Gryffindorze,

Gdzie kwitnie męstwa cnota,

Gdzie króluje odwaga

I do wyczynów ochota.

Gryfoni uśmiechnęła się.

A może w Hufflepuffie,

Gdzie sami prawi mieszkają,

Gdzie wierni i sprawiedliwi

Hogwartu szkoły są chwałą.

Puchoni uśmiechnęła się

A może w Ravenclawie

Zamieszkać wam wypadnie

Tam płonie lampa wiedzy,

Tam mędrcem będziesz snadnie.

Krukoni uśmiechnęła się

A jeśli chcecie zdobyć

Druhów gotowych na wiele,

To czeka was Slytherin,

Tym razem to Ślizgoni się uśmiechnęli.

Gdzie cenią sobie fortele.

Więc bez lęku, do dzieła!

Na głowy mnie wkładajcie,

Jam jest Myśląca Tiara,

Los wam wyznaczę na starcie!

- Fajna piosenka - powiedzieli uczniowie.

- Może być - stwierdził Teddy

Cała sala rozbrzmiała oklaskami i okrzykami, kiedy tiara zakończyła swój śpiew. Potem skłoniła się przed każdym z czterech stołów i ponownie znieruchomiała.

- Więc musimy po prostu przymierzyć ten kapelusz! - szepnął Ron do Harry'ego - Zabiję tego Freda, opo­wiadał mi o pojedynku z trollem.

- Hahahahaha!! - śmiali się najmłodsi uczniowie, a Hermiona Harry i Ron pomyśleli. 'Żebyście się nie zdziwili'.

Harry uśmiechnął się blado. Tak, nałożenie tiary jest na pewno łatwiejsze niż wyczarowanie czegoś z kapelusza, ale wiele by dał, żeby przy tym nikt na niego nie patrzył. Tiara wyglądała na taką, co lubi zadawać mnóstwo pytań, a w tym momencie jakoś nie miał na to ochoty.

- To nie jest tak - odparła Amelia.

Gdyby Tiara wspomniała o jakimś domu, w którym mieszkają osoby dość wrażliwe i nieco lękliwe, z całą pewnością trafiłby właśnie do niego. Teraz wystąpiła profesor McGonagall, trzymając w ręku długi zwój pergaminu.

- Kiedy wyczytam nazwisko i imię, dana osoba nakła­da tiarę i siada na stołku. Abbott, Hanna!

- Moja przyszła żonka - powiedział Neville.

- A nasza mama - powiedzieli Alicja i Frank.

- Moja córeczka! - zawołała Alicia I Hannah patrzyła na to szokowana zwłaszcza na matkę Neville

- Nie chcesz być moją.. - zaczęła powoli Alicia I

- Chce oczywiście że chce - przerwała teściówej Hannah uśmiechnęła się - wbieram słowo Mamo albo nie będę się zwracała per mamusia mogę tak Ci mówić mamusiu ? - spytała z nadzieją

- Słyszałeś Frank Hannah nazwała mnie mamusią ! - ucieszyła się Pani Longbotton - oczywiście że możesz mi mówić mamusiu kochanie będę zaszczycona - i przytulia blondynkę do siebie mocno 

- Awwwww! - zawolaly kobiety i dziewczyny wzruszone

Z szeregu wystąpiła dziewczynka o różowej buzi i jasnych mysich ogonkach, nałożyła tiarę, która opadła jej prawie na nos, i usiadła. W chwilę później...

- HUFFLEPUFF! - krzyknęła Tiara.

- Hannah, to będziesz naszą córeczką - odezwała się Alicja matka Neville.

- Na to wygląda mamuś - odpowiedziała Hannah rozpromieniona . Frank popatrzył na wnuki.

- Mam pomysł: Poznajmy się bliżej .

- Dobry pomysł - stwierdziła Alicja - opowiedz coś o sobie muszę poznać moją córeczkę

- oczywiście mamusiu - powiedziała Hanna i zaczęła o swoim dzieciństwa.

Przy stole po prawej stronie rozległy się oklaski i okrzyki aplauzu. Hanna podreptała do niego i usiadła, a Harry zobaczył, jak duch Grubego Mnicha macha do niej wesoło

- Bones, Susan!

- HUFFLEPUFF! - wrzasnęła znowu Tiara, a Susan usiadła obok Hanny.

- Mama! - krzyknęła Amelia.

- A Susan to moja najlepsza przyjaciółka - skończyła opowiadać Hanna.

- Coś czuję, że będziesz najlepszą żoną dla Neville'a - stwierdziła Alicja I - i super córką

- Dziękuję mamuś - odpowiedziała wzruszona Hannah - ty już jesteś najlepsza mamuś 

- Och dziękuję Kochanie ! - wzruszyla się teściowa Hannah

- Nasza mama jest najlepszą mamą na świecie - dodali wnuki Alicji i Franka.

- Też tak myślę - powiedziała pani Longbotton - tylko nie wiem co myśli o tym następna pani Longbotton? - spytała Alicia synowej

- Myślę że nazwisko Longbotton to pasuje do mojego imienia idealnie - odpowiedziala Hannah - prawda Nev że Hananh Longbotton to pasuje idealnie?

- Idealnie pasuje Hannah - stwierdził Neville

- Boot, Terry!

- RAVENCLAW!

Terry uśmiechnął się wesoło.

Tym razem rozległy się wiwaty przy drugim stole na lewo, gdzie kilka osób powstało, by uścisnąć rękę Terry'emu. "Brocklehurst, Mandy" też powędrowała do Ravenclawu, ale "Brown, Lavender" pierwsza trafiła do Gryffindoru, co wywołało burzę oklasków przy krańcowym stole po lewej stronie.

Wyżej wymienionych uśmiechnęli się wesoło.

Harry dostrzegł tam rudych bliźniaków.

"Bulstrode, Millicenta" znalazła się w Slytherinie. Może to skutek zbyt bujnej wyobraźni, po tym wszystkim, co Harry usłyszał, ale mieszkańcy tego domu wydali mu się jacyś nie bardzo przyjemni.

- Ja nie mam bujnej wyobraźni oburzyła się Mili.

Teraz zrobiło mu się naprawdę niedobrze. Przypomniał sobie, jak w starej szkole wybierano go do drużyny podczas gimnastyki. Zawsze wybierano go na samym końcu, nie dlatego, że był gorszy od innych, ale dlatego, że wszyscy się bali, żeby Dudley nie uznał ich za jego przyjaciela.

- Granger, Hermiona!

-Nasza mamusia! - powiedzieli zgodnie Rose i Hugo.

- I moja córcia - dodała Molly.

- Pani Weasley! - krzyknął Ron

- Pani Weasley pięknie brzmi - stwierdziła Hermiona - Hermiona Weasley słodko prawda ? - spytała Rona

- Cudownie wręcz - mruknął Ron do ucha a ta uśmiechnęła się szeroko

- Cudownie to brzmi Pani Potter - rzekł Harry - A dokładnie to Ginny Potter tak sie nasza siostra nazywa szwagrowie! - wystrzezyl się Harry

- Ginny Potter! - pisnęła Ginny i pocałowała namiętnie Harrego w usta - mogę się tak nazywać? - zapytała podniecona

- Jak dla mnie możesz - oznajmili Rogacz i Lily Patrzyła z nadzieją na swoich rodziców - proszę! proszę! proszę!

- Niech będzie - mrukneli Molly i Artur

- Dziekuje! dziękuję! - krzyczała Ginny ze szczęścia

- To normalnie sala wariatow! - jeknal Albus II

- A nasza matka to już totalna wariatka! - zgodził się James II z bratem

- To jak nasza mała siostrzyczka Lily! - krzyknęli razem - prawda maleństwo?

- Nie jestem mała! - warknęła Lily II - ani żadne maleństwo!

Hermiona prawie podbiegła do stołka i szybko wcisnęła tiarę na głowę.

- GRYFFINDOR! - krzyknęła Tiara. Ron jęknął.

- Auuuuuu! Kobieto, czemu mnie bijesz? - powiedział Ron do Hermiony.

- Bo sobie zasłużyłeś - odpowiedziała Hermiona. Bliźniaki parsknęli.

Okropna myśl ugodziła Harry'ego gdzieś w tył głowy, jak to zwykle czynią okropne myśli, kiedy jest się bardzo zdenerwowanym. A jeśli w ogóle nie dostanie przydziału? A może będzie siedział i siedział na stołku w tej okropnej tiarze, aż w końcu profesor McGonagall zerwie mu ją z głowy i oświadczy publicznie, że musiała zajść jakaś po­myłka i „Potter, Harry" musi wracać do domu...

- Nie to nie jest pomyłka - rzekła Ginny.

Kiedy wywołano Neville'a Longbottoma, chłopca, któ­ry zgubił ropuchę, biedak przewrócił się, idąc do stołka, a potem długo na nim siedział, póki tiara w końcu nie krzyknęła:

- GRYFFINDOR!

- Och Neviś byłeś wtedy słodki - powiedziała Hanna. Teraz to jesteś seksy - Neville zarumienił się. Alicja i Frank z młodszego pokolenia parsknęli śmiechem.

Neville zerwał się i odbiegł, wciąż w tiarze na głowie, i musiał wrócić, żeby wśród ryków śmiechu rozbawionej sali oddać ją Morągowi MacDougalowi.

- Mówiłam - powiedziała Hannah.

Następnie wystąpił dumny i blady Malfoy i natychmiast spełniło się jego życzenie: zaledwie tiara dotknęła jego gło­wy, wrzasnęła:

- SLYTHERIN!

- To było wiadomo - burknął Ron. Lucek i Cyzia było dumni.

Malfoy usiadł obok swoich przyjaciół, Crabbe'a i Goyle'a, wyraźnie z tego uradowanych. Pozostało ich już niewielu. Moon... Nott... Parkinson... potem para bliźniaczek, Patil i Patil... potem Perks Sally Anna... aż w końcu...

- Potter, Harry!

Harry miał dziwna minę

- To mój chrześniak będzie wybierany.

Kiedy Harry wystąpił, rozległy się podniecone szepty, jakby w całej sali wykipiała woda na rozpaloną do czerwo­ności blachę.

- Potter? Tak powiedziała?

- Ten Harry Potter?

- Nie. Klon Harry'ego Pottera - powiedział z ironią Draco.

Ostatnią rzeczą, jaką Harry zobaczył, zanim tiara opadła mu na oczy, był gąszcz wyciągniętych głów, bo każdy chciał mu się przyjrzeć. Potem widział już tylko ciemne wnętrze tiary. Czekał.

- Hmm... - usłyszał w uchu cichy głosik - Trud­ne. Bardzo trudne. Mnóstwo odwagi, tak. Umysł też dość tęgi. To prawdziwy talent... och, na Boga, tak... i zdrowe pragnienie sprawdzenia się... tak, to bardzo interesujące... Więc gdzie mam go przydzielić?

- Do Gryffindoru, to jasne - powiedział Rogacz.

Harry chwycił mocno za krawędzie stołka i pomyślał: 'Tylko nie do Slytherinu, nie do Slytherinu'.

Wszyscy robili coraz większe oczy

- Nie do Slytherinu? - odezwał się głosik - Je­steś pewny? Możesz być kimś wielkim, tak, to wszystko jest tu, w twojej głowie, a Slytherin na pewno pomoże ci w osiągnięciu wielkości...

W całej Wielkiej Sali wszystkim opadły szczeki. Wielki Harry Potter mógł być w Slytherinie!?!

- O Merlinie! Potter miał być w Slytherinie?! - nie dowierzał Blaise.

- Kuźwa, to są jakieś kpiny, prawda??? - nie dowierzał Draco.

- Nie? No dobrze, skoro jesteś pewny... niech będzie... GRYFFINDOR!

- Ta czapka zwariowała. Mój syn mógł być Slytherinie - nie dowierzał Rogacz.

- Harry czemu nam nie powiedziałeś?? - zapytali Ron i Hermiona.

- Bo was znam i wiem, że mnie byście odtrącili - stwierdził. Oboje posmutnieli.

- Ja bym Cię nieodtracila Harry Potterze - odezwała się Ginny Harry już otwierał usta - nie przerywaj mi gdy ja jako Pani Potter mówi! na czym ja skoczyłam kocham Cię Harry i kochałam kiedy Cię nawet nie znałam i nie wiem nawet dlaczego tak się dzialo

- Chwila kochałaś mnie nawet kiedy mnie nie znałaś? - spytał niedowierzaniem

- Tak - odpowiedziala Ginny

To ostatnie słowo Tiara wrzasnęła na całą salę. Zdjął ją i na trzęsących się nogach ruszył ku stołowi Gryffindoru. Czuł taką ulgę, że został wybrany i nie trafił do Slytherinu, że prawie do niego nie docierały najgłośniejsze jak dotąd wiwaty. Percy prefekt wstał i uścisnął mu serdecznie rękę,

- Serdecznie teraz jest związany z ministerstwem - rzekł Ron.

- Ja przynajmniej coś osiągnąłem, a wy nie! - krzyknął Percy.

- Nic nie osiągnąłeś, kretynie - powiedziała Ginny.

- Nie masz racji Ginny - zaczął Fred.

- Percy osiągnął najwyższy poziom głupoty - skończył George.

- Bill jest Łamaczem Klątw, a Charlie Smokologiem - powiedział Harry. Fred i George robią wynalazki a Ginny jest bardzo piękna i potężną czarownica

- Tato, ty się lepiej ogarnij, bo stracisz ich na zawsze - stwierdziłq Lucy.

- Widzisz Percy, twoja córka jest mądrzejsza, niż ty - powiedział Bill.

a bliźniacy ryczeli: "Mamy Pottera! Mamy Pottera!". Harry usiadł naprzeciw ducha w trykocie.

- Dzięki chłopaki - powiedział Harry do bliźniaków.

Duch poklepał go po ramieniu, co Harry odczuł tak, jakby zanurzył ramię w wia­derku z lodowatą wodą. Dopiero teraz zobaczył dokładnie stół prezydialny. Na samym końcu, najbliżej niego, siedział Hagrid, który spoj­rzał na niego i uniósł kciuk do góry. Harry wyszczerzył do niego zęby.

Harry wyszczerzył zęby do Hagrida.

A pośrodku, na wielkim złotym krześle z opar­ciami siedział sam Dumbledore. Harry poznał go natychmiast, bo przecież dobrze się przyjrzał jego żywej podobiźnie na karcie z czekoladowej żaby. Srebrne włosy Dumbledore'a płonęły jasnym blaskiem.

- To tylko Drops, który jest niedobrym człowiekiem - powiedziała Lily.

- Po skazał niewinne dziecko na beznadziejne dzieciństwo - dodał Rogacz.

- Pamiętaj Dropsie: Już cię nie podziwiamy, jak było kiedyś - dodał Łapa.

- Ale to było dla dobra Harry'ego... - zaczął się tłumaczyć Drops.

- Zamknij się, albo stracę cierpliwość i walnę cię upiorogackiem w jaja tak, że stracisz je na zawsze - rzekła Lily przez zęby.

- A ja ci mamuś pomogę - dodała Ginny.

- I my - dodały Amelia, Olivia, Lily, Luna i Rose. Drops zbladł i nic już nie powiedział.

W mrocznej sali lśniły tak tylko te włosy i duchy. Zobaczył też profesora Quirrella, owego nerwowego młodzieńca z Dziurawego Kotła. Wyglądał bardzo osobliwie w wielkim purpurowym turbanie.

- Turbanie chyba mu jest gorąco - powiedział Łapa.

Jeszcze tylko cztery osoby nie miały przydziału. „Thomas, Dean", ciemnoskóry chłopiec wyższy nawet od Rona, usiadł przy stole Gryffindoru obok Harry'ego.

Dean wyszczerzył się do wszystkich.

"Turbin, Lisa", trafiła do Ravenclawu, a potem nadeszła kolej na Rona, który już nie był po prostu blady, ale bladozielony. Harry skrzyżował palce pod stołem, a w chwilę później Tiara oznajmiła donośnym głosem:

- GRYFFINDOR!

Tata jest w Gryffindorze! - powiedziały jego dzieci.

- Dobra robota, Ron, wspaniale - pochwalił go wspaniałomyślnie Percy Weasley,

- Percy nie wiem, czy jesteśmy godni z tobą witać, ani gadać, bo ważniejsze jest twoje ministerstwo, a my nie jesteśmy godni zachodu - powiedział Ron.

- Właśnie! - powiedzieli jego rodzeństwo.

kiedy „Zabini, Blaise" został przydzielony do Slytherinu.

Blaise uśmiechnął się szeroko.

Profesor McGonagall zwinęła pergamin i zabrała Tiarę Przydziału. Harry popatrzył na swój pusty złoty talerz. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo jest głodny. Paszteciki dynio­we należały już do zamierzchłej przeszłości. Teraz powstał Albus Dumbledore. Rozłożył szeroko ra­miona, twarz miał rozpromienioną, jakby nic nie mogło go tak ucieszyć, jak widok wszystkich uczniów.

- Och, wielki Albusie Dumbledore jakiemu kolejnemu dziecku zniszczysz dzieciństwo - spytała Lily

- Witajcie! - powiedział - Witajcie w nowym roku szkolnym w Hogwarcie! Zanim rozpoczniemy nasz bankiet, chciałbym wam powiedzieć kilka słów. A oto one: Głupol! Mazgaj! Śmieć! Obsuw! Dziękuję wam!

- Głupol i śmieć idealnie opisuje Ciebie dropsie - powiedział Rogacz

I usiadł. Rozległy się oklaski i wiwaty. Harry nie wie­dział, czy się śmiać, czy zachować powagę.

- Czy on jest trochę... no wiesz... stuknięty? - za­pytał niepewnym tonem Percy'ego.

- On nie jest stuknięty, tylko jest głupolem, który zniszczył mojemu chrześniakowi dzieciństwo - odezwał się Łapa

- Właśnie - powiedziały Marlena i Dorcas

- Stuknięty? - powtórzył beztrosko Percy - To geniusz! Największy czarodziej na świecie! Ale fakt, ma lekkiego świra. Podać ci ziemniaczki, Harry?

- Ja nie wiem, czy jestem godny i brać od ciebie ziemniaki Percy - powiedział Harry.

- Harry jesteśmy dumni, że jesteś naszym bratem - powiedzieli piątka  Weasley'ów.

Harry otworzył usta. Półmiski pełne były najróżniej­szych potraw. Jeszcze nigdy nie widział tylu różnych rzeczy na jednym stole: befsztyki, pieczone kurczęta, kotlety scha­bowe i jagnięce, kiełbaski, bekony, steki, ziemniaki goto­wane i pieczone, frytki, pudding Yorkshire, strudle, marchewka, sosy, keczup i, nie wiedzieć czemu, miętówki.

- Pyszności - powiedzieli Ron i Hugo.

Dursley'owie Harry'ego nie głodzili, ale też nigdy nie pozwalali mu najeść się do syta. Dudley zawsze zjadał to, na co Harry miał akurat ochotę, choćby miało mu się zrobić niedobrze.

- Dropsie mówię ci zjesz własne jaja na śniadanie - odezwała się Lily I . Drops zbladł, a wszyscy się przestraszyli to co powiedziała Lily.

Harry napełnił więc talerz wszystkim po trochu, prócz miętówek, i zaczął jeść. Wszystko było naprawdę wspaniałe.

- Wygląda całkiem apetycznie - powiedział duch w kryzie, przyglądając się, jak Harry odcina kawałek soczy­stego steku.

- Nie możesz... ?

- Nie jadłem od prawie czterystu lat - odpowie­dział duch.

- To Nick - powiedział Harry.

- Siemasz Harry. Co tam? - zapytał się Nick duch Gryffindoru.

- Nam to niepotrzebne, choć, oczywiście, trochę się za tym tęskni. Ale chyba jeszcze się nie przedsta­wiłem. Sir Nicholas de Mimsy-Porpington, do usług. Duch-rezydent Wieży Gryffindoru.

- Prawie Bezgłowym Nick - powiedzieli Gryfoni.

- Wiem, kim jesteś! - zawołał nagle Ron - Moi bracia opowiadali mi o tobie... Jesteś Prawie Bezgłowym Nickiem!

- Wolałbym, żeby zwracano się do mnie Sir Nicholas de Mimsy - zaczął duch,

Tylko wybrani mówią do mnie Nick stwierdził duch Gryfindoru

ale przerwał mu Seamus Finnigan, chłopiec o piaskowych włosach.

- Prawie bezgłowy? Jak można być prawie bezgłowym? - Sir Nicholas zrobił bardzo urażoną minę.

- Można. O tak - powiedział ze złością. Złapał się za lewe ucho, pociągnął i... głowa przechyliła się na bok i spoczęła na ramieniu, jakby była na zawiasach.

- Tak, pasuje mu prawie - powiedział Fred II .

Ktoś naj­widoczniej próbował odciąć Sir Nicholasowi głowę, ale bra­kowało mu wprawy i nie zrobił tego dokładnie. Prawie Bezgłowy Nick popatrzył z zadowoleniem na ich zdumione twarze i umieścił sobie głowę z powrotem na karku, odkaszlnął i rzekł:

- A więc... nowi Gryfoni! Żywię nadzieję, że pomoże­cie nam zdobyć mistrzostwo domów w tym roku. Jeszcze nigdy nie utraciliśmy pucharu aż na tak długo. Ślizgoni... tak nazywamy mieszkańców Slytherinu... zdobyli go już sześć lat temu i dotąd nie oddali!

- Będzie dobrze - powiedzieli Gryfoni

- Krwawy Baron puszy się tak, że trudno z nim wytrzymać... Baron rezyduje w Slytherinie, rzecz jasna - Harry spojrzał na stół Ślizgonów i zobaczył siedzącego przy nim straszliwego ducha z pustymi, bladymi oczami i ponurą twarzą, w szatach zbryzganych srebrną krwią. Sie­dział na prawo od Malfoy'a, który - jak Harry stwierdził z zadowoleniem - nie wyglądał na zachwyconego tym sąsiedztwem.

Ślizgoni popatrzyli na Draco mordem w oczach.

- Dlaczego jest taki zakrwawiony? - zapytał z cie­kawością Seamus.

- Nigdy go o to nie pytałem - odpowiedział Prawie Bezgłowy Nick.

- My wiemy, ale nie powiemy - oznajmili przybysze z przyszłości.

Kiedy wszyscy najedli się do syta, resztki po prostu znikły z talerzy, które znowu zalśniły czystością. W chwilę później pojawiły się desery: bloki lodów we wszystkich smakach, jakie można sobie było wymyślić, strucle jabłkowe, ciastka z owocami polanę syropem, polanę czekoladą ekierki, pącz­ki nadziewane konfiturą, biszkopty z kremem, truskawki, marmoladki, ryżowy budyń... Harry nałożył sobie wielkie ciastko z owocami i syropem, a tymczasem rozmowa zeszła na koligacje rodzinne.

- Ciekawe - powiedział Łapa.

- Ja jestem pół na pół - powiedział Seamus - Tata jest mugolem. Mama dopiero po ślubie powiedziała mu, że jest czarownicą. Trochę im to wstrząsnęło.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

- To prawda, dziadka naprawę wstrząsnęło - powiedziała Amelia chichotać.

- A ty, Neville? - zapytał Ron.

- Mnie wychowała babcia, która jest czarodziejką, ale rodzina bardzo długo uważała mnie za kompletnego mugola.

- Czy wie, co się z nami stało? - zapytała blada Alicja - i dlaczego Augusta wychowała naszego syna? - dodała dalej blada.

- Stryjek Algie wciąż próbował mnie sprowokować, żebym się ujawnił z czarami... raz nawet zepchnął mnie do morza z końca mola w Blackpool, mało brakowało, a bym się utopił... ale nic się nie stało. Dopiero jak miałem osiem lat, stryjek przyszedł do nas na obiad, złapał mnie za kostki u nóg i wywiesił za okno, a tu babcia go pyta, czy nie zjadłby bezy... No więc mnie puścił, bo bardzo lubił bezy, a ja spadłem do ogrodu, odbiłem się od ziemi jak piłka i znowu spadłem na drogę. Ale była uciecha!

- Co takiego?! - krzyknął Frank - Czy wujka totalnie pogięło?.

- Babcia aż się popłakała, tak się cieszyła. Żebyście widzieli ich miny, jak dostałem list. Bo przedtem się bali, że nie jestem dostatecznie magi­czny. Stryjek Algie tak był zadowolony, że od razu kupił mi ropuchę.

- Będę musiał porozmawiać o tym z matką - powiedział Frank I .

Percy Weasley i Hermiona rozmawiali o nauce.

- Błąd zrobiłam, ale wtedy nie wiedziałam, ale teraz wiem, bo nie jestem godna z tobą rozmawiać nawet o nauce, prawda Percy? - powiedziała Hermiona. Percy'emu opadła szczęka.

- Hermiona kochanie zakochałem się w tobie jeszcze bardziej - odparł szczęśliwy Ron. Hermiona go pocałowała. - Ron zostałam panią Weasley musisz mnie kochać tak samo jak ja kocham Ciebie czyli mocno

- Widzisz ogarnij się, bo wszyscy się od ciebie odwracaja - powiedziała Molly córka Percy'ego.

(„Mam nadzieję, że od razu się zacznie, tyle trzeba się nauczyć, mnie osobiście bardzo interesuje transmutacja, no wiesz, zamie­nianie czegoś w coś innego, no tak, oczywiście, wiem, że to bardzo trudne..."; „Zaczniesz od małych rzeczy, no wiesz, zamienianie zapałek w igły, takie tam sztuczki...").

- Transmutacja jest super - powiedzieli Huncwoci.

Harry, który robił się coraz bardziej senny, spojrzał na stół prezydialny. Hagrid pociągał zdrowo z pucharu. Profe­sor McGonagall rozmawiała z profesorem Dumbledore'em. Profesor Quirrell, w swoim absurdalnym turbanie, rozmawiał z jakimś nauczycielem o tłustych czarnych włosach, haczykowatym nosie i ziemistej cerze.

- Smark - powiedzieli Huncwoci.

- Co? - spytał wyżej wymieniony.

Nagle ów nauczyciel spojrzał ponad turbanem Quirrella prosto w oczy Harry'ego, a ten poczuł ostry, piekący ból w czole, jakby go ktoś trafił końcem rozgrzanego pogrze­bacza.

- Auu! - krzyknął Harry i złapał się za głowę.

- Co ci jest? - zapytała Lily blada.

- Co ci jest? - zapytał Percy.

- N-nic - Ból minął równie szybko, jak się pojawił. Trudniej było otrząsnąć się z wrażenia, jakie na Harrym sprawiło to spoj­rzenie - wrażenia, że ów nauczyciel z pewnością go nie lubi.

- Kim jest ten, który rozmawia z profesorem Quirrellem? - zapytał Percy'ego.

- O, już znasz Quirella, tak? Nic dziwnego, że jest taki zdenerwowany, rozmawia z profesorem Snape'em.

- Jestem nauczycielem? - pytał zdumiony młodszy Snape.

- Tak - powiedział starszy Snape.

- Snape uczy eliksirów, ale nie bardzo ma na to ochotę... wszyscy wiedzą, że wolałby zająć miejsce Quirella. Ten Snape zna się na czarnej magii.

- Uczyłem eliksirow? - zapytał zdumiony młodszy Sev.

- Tak - powtórył swoją odpowedź starszy Snape.

Harry obserwował Snape'a przez jakiś czas, ale ten już na niego nie spojrzał. W końcu znikły również desery i znowu powstał profesor Dumbledore. W sali zrobiło się cicho.

- E-hym... jeszcze tylko kilka słów. Mam nadzieję, że wszyscy się najedli i napili. Chciałbym wam przekazać kilka uwag wstępnych. Pierwszoroczniacy niech zapamiętają, że nikomu nie wolno wchodzić do lasu, który leży na skraju terenu szkoły.

Neville, Harry i Hermiona wymienili spojrzenia, a pozniej szybkie z Draconem, gdyż wiedzieli, co się stanie pod koniec książki.

- Dobrze by było, żeby pamiętało o tym rów­nież kilku starszych uczniów - Migocące oczy Dumbledore'a zwróciły się w stronę ru­dych bliźniaków.

Bliźniaki mieli banany na twarzy.

- Pan Filch prosił mnie też, żebym wam przypomniał, że między lekcjami, na korytarzach, nie wolno używać żad­nych czarów. Próby do quidditcha rozpoczną się w drugim tygodniu semestru. Każdy, kto jest zainteresowany grą w barwach swojego domu, powinien zgłosić się do pani Hooch. I ostatnia uwaga. Muszę was poinformować, że w tym roku wstęp na korytarz na trzecim piętrze, ten po prawej stronie, jest zabroniony. Dla wszystkich, o ile nie chcą umrzeć w straszliwych mękach.

Złota trojca popatrzyła na Hagrida.

Harry roześmiał się, ale był jednym z niewielu, którzy to uczynili.

- On chyba żartuje, co? - mruknął do Percy'ego.

- Nie sądzę - odrzekł Percy, marszcząc czoło - To dziwne, bo zwykle podaje powód, dla którego nie wolno gdzieś wchodzić...

- Bo drops nic nie mówi i ma swoje tajemnice - powiedział Harry.

- Jakie tajemnice? - zapytała się Lily.

- Lepiej o tym teraz nie mówić - odpowiedział Harry.

- Ale mi powiesz? - zapytała Lily.

- Tak, ale nie teraz - odpowiedział Harry.

- W lesie jest mnóstwo niebezpiecznych zwierząt i potworów, wszyscy o tym wiedzą. Ale tu, na trzecim piętrze... Uważam, że powinien powiedzieć chociaż nam, prefektom.

- Nam nic nie mówi - powiedzieli uczniowie, co wtedy byli prefektami i prefektami naczelnymi.

- A teraz, zanim pójdziemy spać, zaśpiewajmy nasz szkolny hymn! - zawołał Dumbledore. Harry zauważył, że uśmiechy innych nauczycieli jakby nieco zbladły. Dumbledore poderwał lekko swoją różdżkę, jakby strzą­sał z niej muchę, a z jej końca wystrzeliła złota szarfa, która uniosła się w wysoko nad stoły i rozwinęła, jak wąż, w słowa.

- On tylko udaje że jest fajny, a tak naprawdę jest nieczułym draniem - rzekł Rogacz.

- Każdy wybiera sobie ulubioną melodię - zawołał Dumbledore - i śpiewamy! A cała szkoła zawyła:

Hogwart, Hogwart, Pieprza-Wieprzy Hogwart,

Naucz nas choć trochę czegoś!

Czy kto miody ze świerzbem ostrym,

Czy kto stary z łbem łysego,

Możesz wypchać nasze głowy

Farszem czegoś ciekawego,

Bo powietrze je wypełnia,

Muchy zdechłe, kurzu wełna.

Naucz nas, co pożyteczne,

Pamięć wzrusz, co ledwie zipie,

My zaś będziem wkuwać wiecznie,

Aż się w próchno mózg rozsypie!

Każdy kończył śpiewać w trochę innym czasie. W końcu tylko bliźniacy Weasley'owie śpiewali na powolną melodię marsza żałobnego.

Huncwoci 1.0 i Huncwoci 2.0 parsknęli śmiechem.

Dumbledore dyrygował nimi za pomocą różdżki aż do ostatniej nuty, a kiedy wreszcie skończyli, był jednym z tych, którzy klaskali najgłośniej.

- Super - powiedziała z ironią Lily.

- Ach, muzyka - powiedział, ocierając łzę w oku - To magia większa od wszystkiego, co my tu robimy! A teraz, pora spania. Biegiem do łóżek! - Pierwszoroczniacy z przydziałem do Gryffindoru poma­szerowali za Percym,

- który Wypinał dumnie pierś - dodali bliźniaki. - Chwaląc swoją oznaka pierdka

- Jestem Perceusz jestem pierdkiem Gryffindoru! - zawołał Lee - Gryfoni za pierdkiem prosze!

Percy zrobił się czerwony

przepychając się przez huczący od gwaru tłum. Wyszli z Wielkiej Sali, a potem poprowadził ich marmurowymi schodami. Harry czuł, że znowu nogi ma jak z ołowiu, tym razem nie ze strachu, ale ze zmęczenia i obżarstwa. Był taki senny, że nie zaskoczyło go wcale, iż ludzie z portretów na ścianach korytarzy szeptali coś i po­kazywali ich sobie. Percy poprowadził ich przez drzwi ukry­te za rozsuwanymi panelami i wyblakłymi arrasami. Wspię­li się po jakichś kolejnych schodach, ziewając i powłócząc nogami, a Harry zaczął już się zastanawiać, jak długo jeszcze będą iść, kiedy nagle się zatrzymali. Przed nimi, w powietrzu, unosiła się wiązka lasek, a kie­dy Percy zrobił krok w ich stronę, laski zaczęły się na niego rzucać.

- Dobrze mu tak - powiedziała Ginny.

- To Irytek - szepnął Percy do pierwszoroczniaków - Poltergeist - Podniósł głos - Irytku, pokaż się - Odpowiedzią był ordynarny, syczący odgłos, jakby ktoś wypuszczał powietrze z balona - Chcesz, żebym poszedł po Krwawego Barona?

I nagle pojawił się Irytek

- Weatherby idź lepiej do ministerstwa, bo jesteś sztywniakiem jak ci większość z ministerstwa - powiedział Irytek. Wszystkim opadły szczęki

- Ha, ha, ha, ha! - bliźniacy, Ron, Ginny, Charlie, Bill i Harry leżeli na podłodze wijąc się ze śmiechu. Percy siedział cały czerwony.

Rozległ się trzask i pojawił się mały człowieczek ze zło­śliwymi, czarnymi oczkami i szerokimi ustami. Unosił się ze skrzyżowanymi nogami w powietrzu, trzymając wiązkę lasek.

- Oooooch! - zarechotał - Pierwszoroczniaki! Ma­luchy! Ale zabawa!

- Zabawne było walnięcie Percy'ego - stwierdził Ron.

I nagle rzucił się w ich kierunku. Wszyscy cofnęli się gwałtownie.

- Idź sobie, Irytku! Mam o tym donieść Baronowi? Zaraz to zrobię! - krzyknął Percy.

I znowu pojawił się Irytek

- Weasley idź się, lecz - powiedział Irytek. Czy tłuszcioch Ci pomoże czy może ta Ropucha? Trudno stwierdzic

- Irytek jest bohaterem - powiedział Ron.

Irytek pokazał mu język i zniknął, upuszczając laski na głowę Neville'a. Usłyszeli, jak się oddala, bębniąc po drodze w tablice z herbami.

- Cały Irytek. Nic się nie zmienił - powiedzieli uczniowie.

- Musicie się wystrzegać Irytka - powiedział Percy, kiedy ruszyli dalej - Boi się tylko Krwawego Barona. Nie słucha nawet nas, prefektów. No, jesteśmy.

- Bo jesteś sztywniakiem Weasley - krzyknął Irytek.

Na samym końcu korytarza wisiał portret grubej kobiety w różowej, jedwabnej sukni.

- Hasło? - zapytała.

- Caput Draconis - odpowiedział Percy, a portret usunął się, ukazując okrągłą dziurę w ścianie. Przeleźli przez nią - Neville'a trzeba było podsadzić - i znaleźli się w pokoju wspólnym Gryffindoru: przytulnym, okrągłym pomieszczeniu pełnym wysiedzianych foteli.

- Nic się nie zmienił - powiedzieli wszyscy Gryfoni.

Percy wskazał dziewczętom jedne drzwi, wiodące do ich dormitorium, a chłopcom drugie. Na szczycie spiralnych schodów - najwidoczniej byli w jednej z wież - zna­leźli w końcu komnatę sypialną z pięcioma łożami, każde z kolumienkami w rogach, między którymi wisiały aksa­mitne, ciemnoczerwone zasłony. Ich kufry już tam stały. Zbyt zmęczeni, by rozmawiać, rozebrali się, założyli piżamy i padli na łóżka.

- Ale żarcie, co? - mruknął zza zasłony Ron - Zjeżdżaj, Parszywku! Zabiera się do mojego prześcieradła!

- Dalej nie mogę uwierzyć, że Parszywek to był animag zdrajca - powiedział cicho Ron.

Harry zamierzał zapytać Rona, czy próbował ciastek z owocami i kremem, ale nie zdążył, bo zasnął. Prawdopodobnie zjadł za dużo, gdyż miał bardzo dziwny sen.

Śniło mu się, że ma na głowie turban profesora Quirrella, który (turban) mówił mu, że musi się natychmiast przenieść do Slytherinu, ponieważ takie jest jego przezna­czenie. Harry odpowiedział turbanowi, że nie chce iść do Slytherinu, a turban robił się coraz cięższy i cięższy. Harry próbował go ściągnąć, ale turban zacisnął mu się boleśnie na głowie - i był tam Malfoy, który śmiał się z niego, widząc walkę z turbanem - a potem Malfoy zamienił się w tego nauczyciela z haczykowatym nosem, Snape'a, który śmiał się bardzo głośno, coraz głośniej - aż nagle buch­nęło zielone światło i Harry obudził się, zlany potem i drżący ze strachu.

- Ale miałeś porąbany sen - rzekł Łapa.

Przewrócił się na bok i znowu zasnął, a kiedy obudził się następnego ranka, w ogóle nie pamiętał tego snu.

- Koniec rozdziału - powiedział Lunio.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...