niedziela, 11 grudnia 2022

Rozdział 9 Komnata

- Ja teraz – oznajmiła Alicja II i zaczęła czytać.

Rozdział dziewiąty

Napis na ścianie

- Co tu się dzieje? Co się dzieje? – Zwabiony bez wątpienia okrzykiem Malfoy'a, przez tłum przepchnął się Argus Filch. Zobaczył Panią Norris i cofnął się gwałtownie, zakrywając twarz rękami.

- Moja kotka! Moja kotka! Co zrobiliście Pani Norris! – Opuścił ręce i jego zrozpaczone spojrzenie padło na Harry'ego – To ty! – zaskrzeczał – Ty! Ty zamordowałeś moją kotkę! Ty ją zabiłeś! Uduszę cię!

- Nic jej nie zrobiłem, bezmózgi idioto – rzekł Harry.

- Argusie! – Na scenie pojawił się Dumbledore, a za nim inni nauczy­ciele. Przyskoczył do ściany i odczepił martwe ciało Pani Norris od uchwytu na pochodnię – Proszę ze mną, Argusie – powiedział do Filcha – Pan też, panie Potter. Pan Weasley i panna Granger również – Z tłumu wystąpił zaaferowany Lockhart.

- Wystrzelicie mnie w kosmos? – spytał Jared z nadzieją w głosie. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

- Nic się nie martw, wszystko jest dobrze. Na pewno jest dobrze, stary. Zaraz polecisz w kosmos – oznajmił Fred II.

- Czy ja mam dynamit w dupie, prawda? – spytał James II.

- Tak, tak, tylko rozwinę lont i polecisz – odparł Fred II.

- Tylko ja się trochę zaczynam się bać – rzekł James II.

- Nic się nie martw, wszystko będzie dobrze. Tak, wystrzelili ruskich – odezwał się Fred II.

- Ale nie rozerwie mnie? Jestem za piękny, żeby mnie rozerwało! – krzyknął James II.

- 3... 2... 1! - wyliczał Fred II i podpalił lont i Lockhart wyleciał w kosmos.

- Szerokiej drogi już czas! – zawołał Louis.

- Czy wy się dobrze czujecie? – spytała z niedowierzaniem Rose.

- Oni już dawno powinni się leczyć na głowę – stwierdziła Roxanna.

- Mój gabinet jest najbliżej, panie dyrektorze... piętro wyżej... proszę nie mieć żadnych skrupułów...

- Dziękuję ci, Gilderoy – powiedział Dumbledore. Uciszony tłum rozstąpił się przed nimi. Lockhart, najwyraźniej dumny ze swojej roli, dreptał tuż za Dumbledore'em; za nimi kroczyła profesor McGonagall, a po chwili wahania do małego orszaku przyłączył się Snape.

- Wataha Dropsa – mruknął Teddy.

Weszli do mrocznego gabinetu Lockharta. Wśród foto­grafii na ścianach wybuchł popłoch: kilkanaście portretów Lockharta próbowało zniknąć z pola widzenia. Harry za­uważył, że niektóre miały włosy w papilotach. Prawdziwy Lockhart zapalił świece na swoim biurku i cofnął się do kąta. Dumbledore położył Panią Norris na błyszczącym blacie i zaczął ją badać. Harry, Ron i Hermiona wymienili przera­żone spojrzenia i zapadli się w fotele poza kręgiem światła rzucanego przez świece.

Ginny przytuliła się mocno do Harry'ego.

Koniec długiego, haczykowatego nosa Dumbledore'a zawisł o cal nad Panią Norris. Wpatrywał się w nią uważnie przez swoje połówki okularów, długie palce delikatnie ob­macywały futerko. Profesor McGonagall nachyliła się pra­wie tak samo nisko, przyglądając się kotce zwężonymi ocza­mi. Snape czaił się za nimi, do połowy w cieniu, z bardzo osobliwą miną: wyglądał, jakby powstrzymywał się od śmiechu. A Lockhart krążył wokół wszystkich trojga, robiąc mądre uwagi.

- Wszystko wskazuje, że zabiło ją jakieś silne zaklę­cie... prawdopodobnie Tortura Transmutacji. Widziałem skutki tego zaklęcia wiele razy... Jaka szkoda, że mnie przy tym nie było, znam przeciwzaklęcie, które uratowałoby życie biednemu stworzeniu...

- Zamknij się! – warknął starszy Łapa.

Komentarzom Lockharta akompaniowały rozdzierające szlochy Filcha. Siedział skulony w fotelu tuż przy biurku, zakrywając sobie twarz dłońmi.

- Zrobiło mi się go żal – stwierdzili Harry i Hermiona.

Harry nie znosił go, podob­nie jak większość uczniów, ale w tej chwili zrobiło mu się go żal, choć może nie tak bardzo, jak samego siebie. Wiedział, że jeśli Dumbledore uwierzy Filchowi, przyjdzie mu pożeg­nać się ze szkołą.

- Nie pozwolę – mruknęła Ginny.

Dumbledore wymruczał pod nosem jakieś dziwne słowa, uderzając Panią Norris końcem swojej różdżki. Nic się nie stało: kotka nadal wyglądała, jakby ją dopiero co wypchano.

- ...Pamiętam, coś podobnego wydarzyło się w Ouagadogou – powiedział Lockhart – Cała seria ataków... opisałem to dokładnie w swojej autobiografii. Wyposażyłem mieszkańców w rozmaite amulety i wszystko się skończyło...

- Możesz się zamknąć! – krzyknął starszy Rogacz.

Fotografie na ścianie ochoczo przytaknęły. Jedna zapo­mniała pozbyć się papilotów. W końcu Dumbledore wyprostował się.

- Chcę dropsa – oznajmił młodszy Łapa, patrząc na młodszą Marlene, a ta zaczęła chichotać.

- Teraz to nawet takie strzały mnie bawią – powiedziała młodsza Marlene – Kocham Cię. Wiesz?

- Ona żyje, Argusie – powiedział łagodnie. Lockhart przerwał wyliczanie morderstw, którym zdołał zapobiec.

- Żyje? – wykrztusił Filch, zerkając na Panią Norris przez palce – Ale dlaczego jest taka... sztywna?

- Bo została spetryfikowana – odrzekł Ron – i nie jest to wina Harry'ego.

- Została spetryfikowana – odrzekł Dumbledore ("Ach! Tak właśnie myślałem". Powiedział Lockhart) – ale, jak i przez kogo, tego nie wiem...

- Jego zapytajcie! – zaskrzeczał Filch, zwracając swo­ją krostowatą i mokrą od łez twarz do Harry'ego.

- Żaden z drugoklasistów nie mógł tego zrobić – oświadczył stanowczo Dumbledore – Do tego potrzeb­na jest znajomość czarnej magii wyższego stopnia...

- On to zrobił! On! – wrzeszczał Filch, a jego obwis­łe policzki nabiegły krwią.

- Łapy precz od mojego tatusia! – warknęła Lily Luna w stronę Argusa i rzuciła zaklęcia na Filcha. Teraz woźny miał czarno białe włosy, czarną sukienkę po kolana, kozaki, białe futro, w jednej dłoni miał papieros, a w drugiej zawieszona torebkę. Sala, gdy go zobaczyła, leżała ze śmiechu na podłodze śmiejąc się wniebogłosy, nawet nauczyciele śmiali, mając łzy w oczach.

- Colin zrób zdjęcia dla nowego pokolenia! – zawołał Harry, parskając ze śmiechu. Colin wyciągnął aparat i zrobił zdjęcia Filchowi.

- Nie mogę, nie mogę! – krzyczeli wszyscy nauczyciele oraz dorośli i uczniowie.

- Moja krew! – krzyknęli dwie wersje Rogacza.

- Moja też – dodał Harry.

- DZIEWUCHO, ODCZARUJ MNIE! – ryknął Argus wściekły.

- Po pierwsze: Nie jestem dziewuchą, tylko kobietą i do tego jestem Pani Longbotton. Patrz, nawet mam pierścień tego rodu i obrączkę ślubną, które są połączone z moim DNA. Po drugie: Niech się zastanowię hmmm... nie – oznajmiła Lily II – tak wyglądasz o wiele lepiej. Patrz, jak Irma na Ciebie patrzy, te jej iskierki miłości w stosunku do ciebie.

- Harry twoja córka ma charakterek – stwierdził Seamus.

- To po swojej mamusi – odrzekł Harry – a ona po swojej mamusi.

- Tak. Jaka matka taka córka – odparł Artur.

- Jaka matka taka córka – zgodził się Harry.

- Widzieliście, co napisał na ścianie! Znalazł... w moim biurze... wie, że jestem... jestem... – wykrzywił się okropnie – wie, że jestem charłakiem!

- Nigdy nie tknąłem Pani Norris! – powiedział głoś­no Harry z niemiłym uczuciem, że wszyscy, łącznie z Lockhartami na ścianach, gapią się na niego – I nie mam pojęcia, co to jest charłak.

- Akurat! – warknął Filch – Widział mój list z Wmiguroka!

- Czy mogę coś powiedzieć, panie dyrektorze? – odezwał się z kąta Snape,

- Słuchamy Cię uważnie. Co tym razem powiesz o moim synu? – spytała młodsza Lily I.

a w Harrym nasiliło się złe prze­czucie, bo był pewny, że jeśli już Snape ma coś o nim do powiedzenia, to nie będzie to nic dobrego.


- Potter i jego przyjaciele mogli się po prostu znaleźć w nieodpo­wiednim miejscu o nieodpowiedniej porze – lekki drwią­cy uśmiech wykrzywił jego wargi, jakby w to wątpił – ale mamy tu zestaw dość podejrzanych okoliczności. Po co w ogóle tam poszli? Dlaczego nie uczestniczyli w uczcie z okazji Nocy Duchów?

- Bo byliśmy na imprezie Nicka – odparła Hermiona.

- Która i tak była kiepska – dodał Ron.

Harry, Ron i Hermiona zaczęli chaotycznie opowiadać o przyjęciu z okazji rocznicy śmierci.

- ...tam były setki duchów... mogą poświadczyć, że tam byliśmy...

- Ale dlaczego nie poszliście później na ucztę? – zapytał Snape, a jego czarne oczy zamigotały w blasku świec – Dlaczego poszliście od razu na górę? – Ron i Hermiona spojrzeli na Harry'ego.

- Bo... bo... – wyjąkał Harry, a serce waliło mu jak młotem, ponieważ coś mu mówiło, że i tak nikt nie uwierzy, jeśli powie, iż zawiódł go tam głos jakiejś bezcielesnej zjawy – bo byliśmy zmęczeni i chcieliśmy się położyć.

- Bez kolacji? – zdziwił się Snape, a na jego wy­chudłej twarzy pojawił się triumfalny uśmiech.

- Odpuść Snape! – warknęła starsza pani Potter.

- Nie sądzę, by duchy podawały na swoich przyjęciach coś, co zaspokoiłoby głód żywych ludzi.

- Nie byliśmy głodni – oświadczył głośno Ron, czu­jąc, że żołądek skręca mu się z głodu. To już wyraźnie rozbawiło Snape'a.

- Pewnie żart o nietoperzu z lochu – stwierdził James II – Znam taki jeden.

- Dawaj, chce to usłyszeć! – krzyknęli dwie wersje Łapy i Rogacza podnieceni.

- Dobra – odparł James II – Co jest najgorsze dla nietoperza z lochów podczas snu?

- Co?!?! – krzyknęli jeszcze bardziej podnieceni Huncwoci w dwóch wersjach, a dwie wersje Seva mieli wściekłe miny.

- Biegunka – odpowiedział James II. Cała sala ryknęła śmiechem, niektórzy spadli ze śmiechu na podłogę.

- Potter! – krzyknął starszy Severus.

- Tak, tak, wiem – odezwał się James II i zaczął naśladować głos nietoperza z lochów – Potter jesteś taki sam jak twój irytujący ojciec i dziadek!!

- Uważam, panie dyrektorze, że nie można wierzyć w te banialuki. Proponuję, by Pottera pozbawić pewnych przywilejów do czasu, kiedy będzie gotów opowiedzieć nam, co tu się naprawdę wydarzyło. Ja, osobiście byłbym zdania, że powinno się zawiesić jego członkostwo w dru­żynie Gryffindoru, dopóki nie zacznie być z nami szczery.

- Uważam, panie dyrektorze, że powinniśmy uwierzyć w tę wspaniałą historię. Proponuję, by dać mu 50 punktów dla Gryffindoru. Ja, osobiście byłbym zdania, że powinno dać mu pozycje lidera w dru­żynie Gryffindoru, a Slytherin powinien oddać mecz, bo Draco jest tak słaby, że szkoda gadać. Że nawet te ich Nimbusy 2001 im nie pomogą – powiedział James II, naśladując głos Severusa. Drużyna Slytherinu zrobiła się czerwona, a sala parsknęła śmiechem, no oprócz gangu i rodziców.

- Taka prawda, Draco. Jesteś słaby – powiedział rozbawiony Harry.

- No wiesz, Severusie – powiedziała profesor McGonagall ostrym tonem – Ja, osobiście nie widzę powodu, by chłopak przestał grać w quidditcha. Tego kota nikt nie uderzył w głowę miotłą. Nie ma żadnego dowodu, że Potter zrobił coś złego – Dumbledore przyglądał się Harry'emu badawczo. Spoj­rzenie jego bystrych, bladoniebieskich oczu sprawiało, że Harry czuł się, jakby go prześwietlano rentgenem.

- Jest niewinny, dopóki nie udowodni mu się winy, Severusie – oznajmił stanowczo.

Dwie wersje Rogacza i Łapy uśmiechnęli się szeroko do Snape'a.

Snape zrobił wściekłą minę. Filch też wyglądał na rozju­szonego.

- Moja kotka została spetryfikowana! – wrzasnął, a oczy wyszły mu z orbit – Chcę, żeby kogoś ukarano!

Wyleczymy ją, Argusie – powiedział spokojnie Dumbledore – Pani Sprout udało się już wyhodować mandragory. Jak tylko osiągną wymaganą wielkość, sporządzimy eliksir, który ożywi Panią Norris.

- Ja go uwarzę – wtrącił szybko Lockhart.

- Weźcie go, zaraz mu jebnę! – krzyknął starszy Łapa.

- Ro­biłem to setki razy, recepturę znam tak dobrze, że mógłbym to zrobić przez sen...

- Bardzo przepraszam – przerwał mu Snape lodo­watym tonem – ale wydawało mi się do tej pory, że to ja jestem mistrzem eliksirów w tej szkole.

- Wyślijcie go w kosmos, proszę! – zawołał Frank I.

Zapanowało niezręczne milczenie.

- Możecie odejść – powiedział Dumbledore do Harry'ego, Rona i Hermiony. Więc odeszli, a zrobili to tak szybko, jak mogli, nie biegnąc. Kiedy byli już piętro wyżej, wśliznęli się do jakiejś pustej klasy i ostrożnie zamknęli za sobą drzwi. Harry spojrzał na ponure twarze przyjaciół.

- Uważacie, że powinienem im powiedzieć o tym głosie?

- Słyszysz głosy, to powinieneś się leczyć na głowę! – zadrwił Blaise.

- A ty z głupoty – odparła Daphne. Blaise zrobił się czerwony.

- Nie – odrzekł bez wahania Ron – Słyszenie głosów, których nikt inny nie słyszy, nie jest dobrą oznaką, nawet w świecie czarodziejów – Było coś w jego głosie, co kazało Harry'emu zapytać:

- Ale wierzysz mi, prawda?

- Oczywiście – odpowiedział szybko Ron – Ale... sam musisz przyznać, że to dość dziwne...

- Potter jesteś obłąkany! – zadrwił Zachary, a Hanna i Susan zeszły ze swoich chłopaków i przywaliły z całej siły Smithowi w tył głowy.

- E-e-e-e – pokiwały palcem w prawo i w lewo – jestem Pani Longbottom/Finnigan – odparły Susan i Hanna.

- Wiem, że to jest dziwne. To wszystko jest bardzo dziwne. O co chodzi w tym napisie? Komnata została otwar­ta... Co to ma znaczyć?

- To chyba jest coś w rodzaju sygnału – powiedział z namysłem Ron – Ktoś mi kiedyś opowiadał o tajemnej komnacie w Hogwarcie... może to był Bili...

- Bill chce zostać twoja żona, proszę – mruknęła Fleur.

- Zostaniesz – odparł Bill.

- I co to jest ten cały charłak? – zapytał Harry. Ku jego zdumieniu, Ron zachichotał.

- No... właściwie nie ma w tym nic śmiesznego... ale skoro jest nim Filch... Charłak to ktoś, kto urodził się w rodzinie czarodziejów, ale nie ma magicznej mocy. Coś przeciwnego do czarodziejów urodzonych w rodzinach mugoli, tyle że charłaki zdarzają się bardzo rzadko. Jeśli Filch próbuje nauczyć się magii, przerabiając kurs Wmiguroka, to rzeczywiście musi być charłakiem. To by wiele wyjaśnia­ło. Na przykład, dlaczego tak nienawidzi wszystkich ucz­niów – Ron uśmiechnął się mściwie – Z zazdrości.

- Byłeś wtedy taki niegrzeczny. Należy Ci się kara – wyszeptała Ronowi na ucho Hermiona – W nocy dostaniesz tę karę, panie Weasley.

- Nie mogę się doczekać, pani Weasley – odparł Ron do ucha Hermiony, a ta uśmiechnęła się.

- Możecie przestać! – krzyknęła Lavender.

- Tylko nie zaczynaj Lavender – powiedział Ron – Mam dość twojego pisku. Możesz łaskawie się ode mnie odwalić?

- Ale Mon-Ron...

- Żaden Mon-Ron. Znajdź sobie chłopaka, a mi daj spokój. Rozumiesz? – przerwał jej Ron zirytowany – i do niego mów Mon.

Gdzieś zaczął bić zegar.

- Już północ – powiedział Harry – Lepiej idźmy spać, zanim złapie nas Snape i znowu o coś oskarży.

Przez kilka następnych dni w szkole mówiono głównie o napaści na Panią Norris. Filch starał się, żeby nikt o tym nie zapomniał, ostentacyjnie krążąc wokół miejsca, gdzie ją znaleziono, jakby się spodziewał, że napastnik powróci na miejsce zbrodni.

- Filch mówiący wierszyk dla Prince – oznajmił bezczelnym tonem Irytek, który przyleciał ze ściany i się ukłonił – O to ten wierszyk: Miłość to taka dróżka prowadząca do łóżka, z łóżka do szpitala przynosząca krasnala – Sala ryknęła śmiechem. Większość z nich leżała ze śmiechu na podłodze, śmiejąc się wniebogłosy. Filch i Prince ryknęli wściekłe:

- IRYTEK!!!!!!

- Jesteś mistrzem, Irytku! – zawołała większość ludzi, śmiejąc się ze śmiechu.

Od dziś jesteś u mnie na minusie. I jeśli chcesz pomocy, to licz na mamusię, bo po wczorajszym wieczorze jest u mnie na plusie – Większość ludzi parsknęła śmiechem.

Harry zobaczył go, jak bezskutecznie wy­ciera napis na ścianie uniwersalnym zmywaczem magicz­nych zanieczyszczeń receptury niejakiej pani Skower; słowa nadal połyskiwały na kamiennej ścianie. Kiedy Filch nie czuwał przy miejscu zbrodni, przemierzał korytarze, czając się na niczego niepodejrzewających uczniów i próbując ich oskarżać o takie przestępstwa jak "zbyt głośne oddychanie" albo "zbyt uradowana mina".

Irma moja, Irma chodź do mnie do szopy, a ja Ci pokaże, jak się wiążą snopy! – śpiewał Irytek, przedrzeźniając głos Filcha. Sala wybuchła śmiechem – Czy lepsze to? Pytałam się sama, gdzie są ładne chłopaczki, a mam Argusa i teraz sama muszę się zapytać po ile ziemniaczki! – tym razem Iryrek przedrzeźniał głos Irmy. Ponownie Sala zaniosła się śmiechem.

- Irytek zamknij się! – warknęła Irma.

- Bo co mi zrobisz? – spytał bezczelnie Iryrek – jesteś tak samo głupia, jak ten głupek!

Ginny Weasley bardzo się przejęła losem Pani Norris. Według Rona była wielką miłośniczką kotów.

- Przecież ty w ogóle nie znasz Pani Norris – powie­dział jej w końcu Ron – Szczerze mówiąc, wcale nam jej nie brakuje, wręcz przeciwnie – Wargi Ginny zaczęły drżeć niebezpiecznie – Takie rzeczy rzadko się zdarzają w Hogwarcie, naprawdę – zapewnił ją – Zobaczysz, szybko złapią kretyna, który to zrobił i wywalą go ze szkoły.

Ron zerkał na Ginny, która wtuliła się do Harry'ego i mówiła jakby była w transie.

- Nie jestem Cię godna – mówiła to kilka razy.

- GINNY! – ryknął Harry.

- Mamusiu – odparły córki Ginny przestraszone – Jesteś godna.

- Ja...

- Nie zaczynaj, Ginny! – warknął Ron, a jej bracia pokiwali głową.

- Weź się w garść Ginny! Jesteś teraz Panią Potter – powiedział Bill.

- NAWET NIE WIECIE JAKIE PIEKŁO PRZEŻYWAM! – ryknęła Ginny.

- To mi powiedz! – krzyknęli państwo Potter w dwóch wersjach.

- Boję się – mruknęła Ginny – boję się, że mnie znienawidzicie – i w furii próbowała ściągnąć obrączkę ślubną, ale nie dała rady, a później próbowała zdjąć pierścień rodowy Potterów i też nie dała rady ściągnąć.

- Ginny, przestań! – odrzekł Harry i ją przytulił, a ta znowu ryknęła płaczem.

Mam tylko nadzieję, że przedtem zdąży spetryfikować Filcha. Ja tylko żartuję... – dodał szybko, widząc, że Ginny blednie. Incydent miał również wpływ na Hermionę. Zwykle spędzała wiele czasu na czytaniu, ale teraz nie robiła nic innego. Harry i Ron nie mogli też z niej wydusić, czego szuka w książkach, a wyszło to na jaw dopiero w środę.

Hermiona westchnęła.

Snape zatrzymał Harry'ego po lekcji eliksirów, każąc mu oskrobać pulpity ławek z otwornic. Po pospiesznie zjedzo­nym lunchu Harry pobiegł na górę, by spotkać się z Ronem w bibliotece. Idąc korytarzem, zobaczył zbliżającego się ku niemu Justyna Finch-Fletchley'a, owego Puchona, którego poznał na lekcji zielarstwa. Harry już otworzył usta, by powiedzieć mu cześć, gdy Justyn spojrzał na niego, odwrócił się gwałtownie i pobiegł w przeciwną stronę.

Justin zarumienił się.

Harry znalazł Rona w głębi biblioteki, gdzie mozolił się nad pracą domową z historii magii. Profesor Binns zadał im napisanie długiego (na trzy stopy) wypracowania na temat średniowiecznych stowarzyszeń czarodziejów europejskich.

- Tylko nie historia magii! – jęknęli Łapa, Rogacz, Frank I, Jared, Fred I, George, Lee, Harry, Ron, Seamus, Dean, Neville oraz chłopaki z przyszłości.

- Nie do wiary, wciąż brakuje mi osiem cali... – westchnął Ron, puszczając pergamin, który natychmiast zwinął się w rulon – a Hermiona ma już cztery stopy i siedem cali, a przecież pisze takimi drobnymi literami.

- Gdzie ona jest? – zapytał Harry, biorąc taśmę mierniczą i rozwijając własny zwój.

- A gdzieś tam – odpowiedział Ron, wskazując na rzędy półek – Szuka kolejnej książki. Chyba zamierza przeczytać wszystko, co jest w bibliotece, przed Bożym Narodzeniem.

- Jakbym widział Rose i Emilly – stwierdził rozbawiony Hugo.

Harry powiedział mu o Justynie Finch-Fletchley'u, który uciekł na jego widok.

- Po co się nim przejmujesz, przecież to kretyn – mruknął Ron, powracając do wypracowania i pisząc coraz większymi literami.

- Nie jestem żadnym kretynem! – warknął Justin.

- Bo wtedy nie wiedzieliśmy tego, co dziś wiemy – bronił się Ron.

- Zresztą... Lockhart spalił cię tak, że trudno się dziwić... – Pomiędzy dwoma rzędami półek pojawiła się Hermiona. Wyglądała na rozdrażnioną i w końcu gotową do rozmowy z nimi.

- Teraz jesteśmy godni, żeby porozmawiać z najpiękniejszą i najmądrzejszą dziewczyną w Hogwarcie, Harry – odezwał się szeptem Ron do Harry'ego.

- Wszystkie egzemplarze Historii Hogwartu zostały wypożyczone – powiedziała, siadając obok Harry'ego i Rona – Jest dwutygodniowa lista oczekujących. Wściekła jestem na siebie, że zostawiłam swój egzemplarz w domu, bo jak wsadziłam do kufra wszystkie dzieła Lockharta, już się nie zmieścił.

- No, bez jaj, mamo! – jęknęli Hugo i Scorpius.

- A po co ci ta Historia?

A po co tyle osób chce ją wypożyczyć? Żeby przeczy­tać legendę o Komnacie Tajemnic.

- Legendę o Komnacie Tajemnic? O czym to jest? – zapytał szybko Harry.

- Ano jest taka legenda. Nie pamiętam – odpowie­działa Hermiona, przygryzając wargi – I w żadnej innej książce nie mogę jej znaleźć.

- Super! – krzyknęli najmłodsi.

- Hermiono, daj mi przeczytać swoje wypracowanie – powiedział z rozpaczą Ron, patrząc na zegarek.

- Nie, nie dam ci – odrzekła Hermiona, nagle po­ważniejąc – Miałeś dziesięć dni, żeby je napisać.

- Brakuje mi tylko dwóch cali, nie wygłupiaj się... – Zabrzmiał dzwonek. Ron i Hermiona zerwali się, by pobiec na historię magii, kłócąc się po drodze.

Historia magii była najnudniejszym przedmiotem w te­gorocznym rozkładzie zajęć. Profesor Binns, który jej na­uczał, był jedynym duchem wśród profesorów, a najcieka­wszym momentem podczas jego lekcji był sposób, w jaki pojawiał się w klasie: nagle wyłaniał się z tablicy. Był stary i pomarszczony; powszechnie sądzono, że w ogóle do niego nie dotarło, iż umarł.

- Cuthbert Flash, Cuthbert Flash. Mówisz i masz – stwierdził Fred II – Profesorze opowiedzieć Ci dowcip?

- No, powiedz panie Weatherby – odpowiedział powolnym tonem, Większość ludzi parsknęła śmiechem.

- Profesorze pomylił pan mnie z wujaszkiem Percym, on jest Weatherby, a nie ja – odparł Fred II. Percy zrobił się czerwony, a sala parsknęła śmiechem – Profesorze jak się nazywa kawa trzech espresso? – spytał Fred II.

- No, nie wiem. Jak się nazywa kawa trzech espresso? – odpowiedział powolnym głosem.

- Trzykawka – oznajmił Fred II. Sala zaczęła parskać śmiechem, no, oprócz Binnsa. Po chwili, którzy ogarnęli żart, czekali, żeby dalej czytać, a tu nagle Binns się uaktywnił i zaczął się śmiać.

- Ha! Ha! Ha! Ha! – swoim powolnym tonem. Ponownie sala zaczęła się śmiać.

Pewnego dnia znaleziono jego martwe ciało w fotelu przed kominkiem w pokoju nauczycielskim, ale jego zwyczaje i rozkład dnia wcale się od tego czasu nie zmieniły. Dzisiaj lekcja była nudna jak zawsze. Profesor Binns otworzył swoje notatki i zaczął czytać głosem monotonnym jak stary odkurzacz, aż prawie wszyscy wpadli w głębokie otępienie, od czasu do czasu otrząsając się z niego na krótko, by zapisać jakieś nazwisko lub datę, i zasypiając ponownie.

- U nas też tak prowadził! – jęknęli goście z przyszłości i z przeszłości.

Mówił tak z pół godziny, kiedy zdarzyło się coś, co do tej pory na jego lekcji jeszcze nigdy nie miało miejsca. Hermio­na podniosła rękę.

- Może chce iść do ubikacji – mruknął Nick.

Profesor Binns przerwał śmiertelnie nudny wykład na temat Międzynarodowej Konferencji Magów z 1289 roku i spojrzał na nią zdumiony.

- Panna... ee...?

- Granger, panie profesorze. Ciekawa jestem, czy mógłby pan nam coś opowiedzieć o Komnacie Tajemnic – wypaliła Hermiona wyraźnie i dość spokojnie.

Wszyscy popatrzyli się na młodszą panią Weasley.

Dean Thomas, który z otwartymi ustami gapił się w ok­no, wzdrygnął się i obudził z transu; Lavender Brown unios­ła głowę znad złożonych na ławce ramion, a łokieć Neville'a ześliznął się z pulpitu.

Hanna przytuliła się mocno do Neville'a i wyszeptała mu coś do ucha.

- A jak Filch nas złapie? – spytał Neville.

- Uciekniemy – odparła Hanna mu do ucha – Chce to zrobić. Czuje to w sercu.

Profesor Binns zamrugał nerwowo.

- Wykładam historię magii – powiedział suchym, nieco świszczącym głosem – Zajmuję się faktami, panno Granger, a nie mitami czy legendami – Odchrząknął, skrzypiąc przy tym, jak kreda po tablicy, po czym wrócił do swojego tematu – We wrześniu tego roku podkomitet sardyńskich czarodziejów...

- Bla! Bla! Bla! – burknął Jared.

I urwał. Hermiona ponownie podniosła rękę i wymachi­wała nią bezczelnie.

- Panno Grant?

- Panie profesorze, czy legendy nie opierają się na faktach? – Szczere zdumienie, z jakim spojrzał na nią profesor Binns, upewniło Harry'ego w przekonaniu, że jeszcze żaden uczeń, żywy czy umarły, nie przerwał mu wykładu.

- Mamusia – powiedziała Emilly, patrząc na Hermionę z uśmiechem na twarzy.

- No cóż – powiedział wolno profesor Binns – tak, sądzę, że można bronić takiego punktu widzenia – Przyglądał się Hermionie z taką uwagą, jakby po raz pierw­szy w swojej karierze zobaczył ucznia.

- Kocham tę kobietę – oznajmiła Emilly i przytuliła się do Hermiony.

- Ja też kocham tę kobietę – odparła Hermiona – i Ciebie też bardzo kocham Rose – i objęła Rose.

- Legenda, o któ­rej wspomniałaś, jest jednak tak sensacyjną, powiedziałbym wręcz niedorzeczną opowieścią...

- Bazyliszek teraz się zastanawia czy... – zaczął Ron, ale Hermiona przywaliła mu.

- Nie spoleruj! – warknęła Hermiona.

Teraz cała klasa wsłuchiwała się z taką uwagą w to, co mówił, że musiało to zastanowić nawet jego. Wszyscy wpa­trywali się w jego usta, czekając na każde słowo, które z nich spłynie. Z tak niezwykłym zainteresowaniem spotkał się po raz pierwszy i wydawał się tym całkowicie wyprowadzony ze swojej normalnej, sennej równowagi.

- Dajesz profesorku! – krzyknął młodszy Regulus.

- No cóż... – powiedział z namysłem – Zaraz, niech no pomyślę... Komnata Tajemnic... No więc, jak na pewno wszyscy wiecie, Hogwart został założony ponad ty­siąc lat temu... dokładna data nie jest znana... przez czworo największych czarodziejów i czarownic tamtych czasów: Godryka Gryffindora, Helgę Hufflepuff, Rowenę Ravenclaw i Salazara Slytherina. Do dziś ich nazwiska noszą wasze cztery domy. Razem zbudowali ten zamek z dala od wścibskich spojrzeń mugoli, była to bowiem epoka, w której ludzie bali się magii, a czarownice i czarodzieje byli bardzo prze­śladowani.

- Palili na stosie – oznajmiła Olivia.

- A wujaszek Vernon zrobiłby imprezę na tę cześć i by tańczył, śpiewał – rzekł Harry – dla innych ludzi.

- Może coś takiego LUAU!! Jeśli masz ochotę dziś na wieprzowiny kęs, zjedz mojego syna, bo nie znajdziesz lepszych mięs. Od ohydnych stroń. Wtop się w schabu woń, więc nie czekaj. Do kolejki gooooooooooooooooń. Ugryź szynkę, jap, jap, jap Tłustej szynki, jap, jap, jap. Ale prosię, jap, jap. Mam Cię synu w nosie – śpiewali chłopaki z przyszłości. Cała sala ryknęła śmiechem. Leżeli ze śmiechu, śmiejąc się wniebogłosy. Po 10 minutach śmiania się uspokoili.

- Teraz to przeszliście samych siebie – powiedzieli ze śmiechu dwie wersje Łapy, Rogacza, a także Harry, Ron, Fred, George, Lee i Jared.

Zamilkł, rozejrzał się niezbyt przytomnie po klasie i ciąg­nął dalej:

- Przez kilka lat nasi założyciele pracowali razem w zgodzie, wyszukując młodych, którzy wykazywali cechy właściwe rodzajowi czarodziejskiemu i sprowadzając ich do zamku, by uczyć ich tutaj magii. Później jednak doszło między nimi do brzemiennych w skutki sporów. Wszystko zaczęło się od Slytherina, który zażądał, by nabór uczniów był bardziej selektywny.

Gang fretki uśmiechnął się szeroko i szyderczo.

Uważał on, że nauczanie magii powinno być zastrzeżone wyłącznie dla rodów czarodziejskich czystej krwi. Sprzeciwiał się przyjmowaniu uczniów z mugolskich rodzin, uważając, że nie są godni zaufania. Po jakimś czasie doszło na tym tle do poważnego sporu między Slytherinem i Gryffindorem, w wyniku którego Slytherin opuścił zamek.

- Dlatego tak bardzo się nienawidzimy – mruknęła Daphne – bo wiecie między Slytherinem a Gryffindorem był spór, ale nie znaczy to, że nie możemy się kolegować. Ja bardzo was lubię, chce być waszą, jeśli nie przyjaciółką to chociaż kumpelą – zwróciła się do Gryfonów.

- Daphne – powiedziała Hermiona, podeszła do niej – już Ci mówiłam: jesteś moją przyjaciółką. Rozumiesz, kochana i mnie nie obchodzi, że jesteś w Slytherinie – i ją mocno objęła, a ta miała łzy w oczach – Ej, nie płacz, bo rozmażesz sobie makijaż – a ta uśmiechnęła się.

- Masz rację. Jestem twoją przyjaciółką Hermiono – a ta następnie przytuliła Astorię, a ta uśmiechnęła się.

- Moją też – dodały dziewczyny, czyli Susan, Fleur, Ginny, Hanna, Angelina, Jessica, Nicole i Luna – i ty tak samo Astoria. My, dziewczyny musimy trzymać się razem.

- Dziewczyny jesteśmy przecież pięknie, mądre i utalentowane – wymieniała Fleur.

- I do tego niezwykle seksownie – oznajmili mężowie i chłopaki, nawet Draco w myślach tych oto dziewcząt, a te zarumieniły się.

Profesor Binns przerwał ponownie i zacisnął wargi; wy­glądał teraz jak stary pomarszczony żółw.

- Tyle wiemy z godnych zaufania źródeł historycznych – powiedział po chwili – ale wokół owych wiarygodnych faktów narosła fantastyczna legenda o Komnacie Tajemnic. Zgodnie z nią Slytherin miał zbudować w zamku tajemną komnatę, o której nie wiedzieli inni założyciele Hogwartu.

- Zbudował – mruknął Harry.

Legenda mówi, że zapieczętował ją magicznym zaklęciem, tak że nikt nie może jej otworzyć, dopóki w szkole nie po­jawi się jego prawdziwy i prawowity dziedzic. Tylko ów dziedzic może przełamać pieczęć czarów, otworzyć Komna­tę Tajemnic, uwolnić uwięzioną w niej grozę i oczyścić szkołę ze wszystkich, którzy nie są godni, by studiować magię.

Starsi uczniowie i nauczyciele ci, którzy skończyli Hogwart zerkali na Harry'ego.

- Dlaczego wszyscy patrzą się na mojego syna?? – krzyknęły nagle dwie wersje pani Potter.

Po jego ostatnich słowach zapadła głucha cisza, ale nie była to ta senna cisza, która zwykle wypełniała klasę profe­sora Binnsa. W powietrzu unosiła się atmosfera niepokoju, a wszystkie oczy były w niego wlepione; każdy miał nadzie­ję, że powie coś jeszcze. Profesor Binns wyglądał na lekko rozdrażnionego – Cała ta sprawa jest oczywistą bzdurą – oświadczył stanowczo.

- Mylisz się profesorku – stwierdził Hugo.

- Najznakomitsi, najbardziej uczeni czaro­dzieje wielokrotnie przeszukiwali całą szkołę, aby znaleźć jakieś ślady owej legendarnej komnaty. Niestety, ta komnata istnieje tylko w legendzie. To opowieść, którą straszy się naiwnych – Ręka Hermiony po raz kolejny powędrowała w powietrze.

- Uparta, jak Lily! – parsknęli śmiechem dwie wersje Rogacza.

- Och, zamknij się – oznajmiły dwie wersje Lily i pocałowały swojego Rogacza namiętnie i zaczęli się całować.

- Mamo, tato możecie przestać? – jęknął Harry.

- Zajmij się Ginny, a nam nie przeszkadzaj – mruknęli Rogacze do syna i dalej się całowali.

- Kiedy wzięli ślub, ja już z nimi nie mogę – mruknął Harry.

- Pamiętaj: naznaczyli się – rzekła Ginny.

- Wiem, ale oni nie mogą wytrzymać pięciu minut bez dotykania się? – James II uśmiechnął się szeroko do Huga i Albusa II. Puścił do nich oczko, a oni pokiwali głowami. Wyszczerzyli się do siebie.

- Patrzcie i się uczcie – mruknął do wszystkich – Hej! – krzyknął nagle James II do wszystkich, że Lily I i Rogacz przestali się całować i spojrzeli na niego zdziwieni.

- Co ty znowu wymyśliłeś James? – jęknęła Olivia.

- Jesteś jego żoną i jeszcze się nie przyzwyczaiłaś? – spytała Roxanna rozbawiona.

- Dziadek James tu jest – powiedział jednym tchem – Właśnie go widziałem! I zgadnijcie, co robi! Całuje się z babcią Lily! – Większość parsknęła śmiechem.

- Nasz dziadek! Dziadek James! Obściskuje się z naszą babcią! Naszą babcią Lily, a waszą mamą! – zwrócił się do Harry'ego Nicole, Hermiony, Luny i Jessici – a ja zapytałem go, co robi...

- Przerwałeś im? – żachnął się Albus II, naśladując głos Ginny – Jesteś taki sam jak Ron... – Wielka Sala ryknęła śmiechem. Dwie wersje Lunatyka, Łapy, Fred I, George, Bill, Charlie, Harry, Neville, Seamus, Dean i Jared oraz większość na sali leżała ze śmiechu, trzymając się za brzuchy, śmiejąc się wniebogłosy. Ron i Ginny byli teraz cali czerwoni.

- To jest za mocne! – śmiali się Fred, George i Lee z podłogi.

- ...a on mi powiedział, że ją całuje! I żebym znalazł sobie lepiej rudowłosą piękność! A babcia tylko pokiwała głową i zaczęła chichotać! Całują się namiętnie!

- Och, bardzo cudownie, że się kochają! – zawołał podniecony i szczęśliwy Hugo, naśladując głos Lily II – Prawda, tatusiu? – spytał Hugo Harry'ego, naśladując głos swojej kuzynki Lily. Sala wybuchła śmiechem.

- Ja tak nie mówię! – zawołała Lily II, ale śmiała się razem z innymi. Lily i Rogacz spalili buraka. Fred, George, Lee dwie wersje Lunatyka i Łapy przybyli piątkę z Jamesem II, Albusem II i Hugiem.

- Okej, okej. Niech będzie. Macie rację – mruknęli Rogacze, a Lily zarumieniły się jeszcze bardziej.

- Co za cwane łobuzy! – zaśmiały się babcia Euphemia i babcia Carolina.

- Prababcie witajcie w moich świecie! – krzyknęły rozbawione Olivia, Emilly i Amelia.

- Panie profesorze... co pan miał na myśli, mówiąc o "grozie" uwięzionej w Komnacie Tajemnic?

- Są tacy, którzy wierzą, że to jakiś potwór, nad któ­rym władzę ma tylko prawowity dziedzic Slytherina – odpowiedział profesor Binns suchym jak słoma głosem. Wszyscy spojrzeli po sobie z lekkim niepokojem.

Panie Potter zetknęły na Ginny, która zbladła.

- Powtarzam, coś takiego nie istnieje – oświadczył profesor Binns, przerzucając swoje notatki – Nie ma żadnej Komnaty Tajemnic i żadnego potwora.

- To jest dla mnie za wiele – mruknęła Ginny.

- Ciociu będzie wszystko dobrze – oznajmili Lysander i Lorcas.

- Nie, nie będzie. Nie będę mogła patrzyć im w oczy – odezwała się piegowata pani Potter – Kurwa mać, dlaczego nie mogę tego ściągnąć? Nie zasługuje na Ciebie! – po raz kolejny próbowała ściągnąć pierścień rodowy i obrączkę ślubną.

- Widoczne zasługujesz na mnie, kochanie – powiedział Harry – Wiesz dobrze, słońce, że połączył się z twoim DNA. Ginny kocham Cię. Wiesz dobrze, że nade mną ciąży klątwa.

- Ale... – zaczęła znowu.

- Zamknij się! – warknął Harry i pocałował ją w usta, a ta rozpłynęła się i oddała pocałunek, wkładając całą siebie.

- Ale... panie profesorze – odezwał się Seamus Finnigan – skoro Komnata Tajemnic może być otworzona tylko przez prawowitego dziedzica Slytherina, to przecież nikt inny nie mógłby jej znaleźć, prawda?

- To nonsensowne założenie, O'Flaherty – odpowie­dział profesor Binns, już wyraźnie poirytowany – Skoro tyle pokoleń dyrektorów Hogwartu nie znalazło żadnych...

- Ale... panie profesorze – pisnęła Parvati Patii – żeby ją otworzyć, na pewno trzeba użyć czarnej magii, a...

- To, że czarodziej nie używa czarnej magii, nie oznacza, że nie potrafi jej użyć, panno Pennyfeather – prychnął pro­fesor Binns – Powtarzam, skoro tacy jak Dumbledore...

- Ale może trzeba być spokrewnionym z rodem Sly­therina, więc Dumbledore nie mógł... – zaczął Dean Thomas, ale profesor Binns miał już tego dosyć.

- Przecież pan profesor wie lepiej i nie wolno mu przerywać nudnego wykładu o jakimś tam potworze mieszkającym w jakieś tam komnacie! – skarcił ich zachowanie Teddy, a Binns prychnął.

- Dość! – przerwał mu ostro – To jest mit! Nie istnieje żadna Komnata Tajemnic! Nie ma cienia dowodu na to, że Slytherin zbudował choćby tajną komórkę na miotły! Żałuję, że w ogóle wam opowiedziałem tę żałosną legendę! A teraz, jeśli łaska, wrócimy do historii, do solid­nych, wiarygodnych i sprawdzalnych faktów!

- O tym mówiłem. Pan profesor wie lepiej – oznajmił im Teddy i wywrócił oczami.

I nie upłynęło nawet pięć minut, jak cała klasa pogrążyła się w zwykłej drzemce.

***

- Zawsze wiedziałem, że ten Salazar Slytherin był nieźle pokręcony – powiedział Ron do Harry'ego i Hermiony, kiedy po lekcji szli korytarzami do swojej wieży, żeby przed lunchem pozbyć się toreb.

- I uwielbia bardzo groźne zwierzątka – powiedział Lee – Do niego trafili Mops, Goryle, Fretka, Diabeł, Pikachu, Troll i Gorylica.

- Zamknij się Jordan! – krzyknęli wyżej wymienieni.

- Żono może mnie obronisz? – spytał z nadzieją w głosie Lee.

- Nie jestem twoją żoną, Lee – odparła Alicja.

- Mamo... – zaczął Matt.

- Pani Jordan łamiesz mi serce! – krzyknął Lee.

- Nie miałem jednak pojęcia, że to on wymyślił te brednie o czystej krwi. Nie zostałbym w jego domu, choćby mi zapłacili. Słowo daję, gdyby Tiara Przydziału próbowała umieścić mnie w Slytherinie, wsiadłbym do pociągu i wrócił do domu... – Hermiona przytaknęła gorliwie, ale Harry milczał. Właśnie poczuł niemiły skurcz w żołądku.

- Nie powiedziałeś nam, że Tiara chciała Cię w Slytherinie – powiedziała żalem w głosie Hermiona.

- Przecież jesteś moim bratem i powinien wiedzieć takie rzeczy – odezwał się Ron.

- No wiem, ale...

- Nie ma żadnego "ale" Harry Jamesie Potterze! – krzyknęła Hermiona – Nie ufasz nam na tyle, żeby nam powiedzieć!

- A co miałem powiedzieć? Cześć. Tiara Przedziału chciała mnie Slytherinie. Fajnie, nie, ale powiedziałem, że chce do Gryffindoru, więc jestem w Gryffindorze, będziemy się dalej przyjaźnić, prawda?! – ryknął Harry.

- Moje przyjaciółki są w Slytherinie! – zawołała młoda pani Weasley – Nazywają się Daphne, Astoria i Tracy!

- Ja? – spytała Tracy w szoku – Twoja przyjaciółka?

- Tak, ty – odpowiedziała Ginny.

- Nie znam innej Tracy – stwierdziła Hanna.

- Chciałabyś przyłączyć się do pięknych utalentowanych lasek? – spytała Susan.

- Ja nie wiem, co powiedzieć – odezwała się Tracy wielkimi oczami.

- Masz tylko jedno wyjście, kochaniutka – oznajmiła swoim rozmarzonym głosem Luna i podeszła do Tracy i ja przytuliła – Zgódz się albo będę Cię męczyła.

- Wiesz mi, ciociu Tracy – stwierdzili Lysander i Lorcas – Jest uparta, nie widać tego u niej, ale jest.

- Ale dlaczego ja?

- Bo jesteś super – powiedziała Daphne – i moją przyjaciółką.

- Zgadzam się – rzekła Tracy – Dziękuję dziewczyny.

- Super! – zawołała Nicole.

- Witaj w klubie super lasek – powiedziała Fleur – Dziewczynki ubranie, makijaż i biżuteria dla tej pani – Victoire i Domique rzuciły zaklęcia i Tracy zmieniła swój wizerunek.

- Ale laska – oznajmił Dean.

- No – zgodził się Seamus – to znaczy ty jesteś tą najpiękniejszą laska w Hogwarcie – dodał szybko do Susan. Susan pocałowała go w usta.

- Zgadzam się z Deanem i Seamusem – powiedział Justin.

- Ja również – dodał Anthony.

3+ – krzyknął Terry.

- Chcesz coś powiedzieć? – spytała Luna, gdy Pansy próbowała coś powiedzieć – Tylko szybko, bo nie mamy czasu – Niektórzy Ślizgoni patrzyli na to z odrazą.

- Dziękuję – oznajmiła wzruszona Tracy i przytuliła mocno córki Fleur.

- Nie ma za co, cioteczko – powiedziały Victoire i Domique.

Harry nigdy nie powiedział Ronowi i Hermionie, że Tiara Przydziału rozważała umieszczenie go w Slytherinie. Jeszcze dziś, jakby to wydarzyło się wczoraj, pamiętał ten cichy głosik, który odezwał się w jego uchu, gdy tylko umieścił tiarę na głowie: Możesz być kimś wielkim, tak, to wszystko jest tu, w twojej głowie, a Slytherin na pewno pomoże ci w osiągnięciu wielkości...

- Mój syn jest prawdziwym Gryfonem – powiedział z mocą młodszy Rogacz.

Lecz Harry, który słyszał już, że ze Slytherinu wyszło wielu czarnoksiężników, pomyślał wówczas gorączkowo: "Tylko nie do Slytherinu!", a tiara powiedziała: Nie? No dobrze, skoro jesteś pewny... niech będzie... Gryffindor...

- Jesteś prawdziwym Gryfonem, Harry – oznajmił Dumbledore.

Nagle w tłumie uczniów zobaczył przed sobą Colina Creevey'a.

- Cześć, Harry!

- Cześć, Colin – odpowiedział automatycznie Harry.

- Harry... Harry... jeden chłopak z mojej klasy mówi, że jesteś... – Ale Colin był tak mały, że tłum porwał go do Wielkiej Sali; więc zdążył tylko krzyknąć: "Do zobaczenia, Harry!" i zniknął.

- Jesteś taki słodki, Colin! – chichotała Jessica.

- No, Colinku jesteś moim słodziakiem! – zadrwił z brata Denis.

- Jesteś zazdrosny – oznajmił Colin – bo ja mam dziewczynę, a ty nie – Goście z przyszłości popatrzyli na siebie.

- Co ten chłopak z jego klasy mógł mówić o tobie? – zapytała Hermiona.

- Pewnie, że jestem dziedzicem Slytherina – odpo­wiedział Harry, czując ponowny skurcz w żołądku, kiedy sobie przypomniał, jak Justyn Finch-Fletchley uciekł na jego widok.

- Pomyśl Justin – powiedziała Hanna – Gdyby był dziedzicem, to by się nie kolegował z mugolakami, a poza tym jego mama jest mugolakiem.

- Ludzie uwierzą we wszystko – stwierdził z nie­smakiem Ron. Tłum przerzedził się i już bez przeszkód wspięli się na następne piętro.

- Naprawdę myślisz, że jest jakaś Komnata Tajemnic? – zapytał Ron Hermionę.

- Jest – mruknął Harry, a Ginny wtuliła się w Harry'ego najmocniej jak mogła – Ginny nie mogę oddychać.

- Ginny puść go – oznajmił Artur.

- Nie!! – pisnęła Ginny, jak mała dziewczynka – Tylko przy nim czuję się bezpiecznie. On nie może mnie już dorwać, jak jest Harry. Prawda, Harry? Powiedz mi, że nie może. Nie chce tego drugi raz przeżywać! – dodała ze łzami w oczach – Proszę! – Większość ludzi zbladła.

- Tego potwora już nie ma, Ginny – powiedział jej do ucha – Jesteś bezpieczna – i pocałował ją w usta.

- O czym ona mówi?!? – zawołała przerażonym głosem Euphemia.

- Och, Ginny – mruknęła ze łzami w oczach Molly I i przytuliła się do Artura, który miał łzy w oczach. Jej bracia i najlepsi przyjaciele też mieli tak samo, jak cała jej rodzina.

- Nie wiem – odpowiedziała, marszcząc czoło – Dumbledore nie potrafił uzdrowić Pani Norris, co by wska­zywało, że to coś, co ją zaatakowało, może nie być... no... ludzkie – Minęli zakręt i znaleźli się na końcu korytarza, w którym się to wydarzyło. Zatrzymali się i rozejrzeli. Wszystko wy­glądało tak, jak poprzedniej nocy, z tym wyjątkiem, że z uchwytu na pochodnię nie zwisał już kot, a przed ścianą z napisem"Komnata została otworzona" stało puste krzesło.

- Pewnie Filch je przyniósł – mruknął Ron. Popatrzyli po sobie. W korytarzu nie było nikogo.

- Nie zaszkodzi trochę powęszyć – powiedział Har­ry, rzucając swoją torbę i klękając, żeby na czworakach poszukać jakichś śladów.

- Sherlock Holmes na tropie – powiedziała Olivia.

- Ślady wypalenia! – powiedział po chwili – Tu­taj... i tutaj...

- Zobaczcie! – zawołała Hermiona – To dziwne... – Harry wstał i podszedł do okna. Hermiona wskazywała na najwyższą szybkę, gdzie kłębiło się około dwudziestu pająków, usiłując przecisnąć się przez wąskie pęknięcie w szybie. Długa srebrzysta nić wskazywała, że wszystkie wspięły się tutaj, żeby wydostać się na zewnątrz – Widzieliście, żeby pająki zachowywały się w taki sposób? – zapytała Hermiona.

- Nie – odpowiedział Harry – A ty, Ron? Ron! – Obejrzał się przez ramię. Ron stał dość daleko i wyglądał, jakby zamierzał stamtąd czmychnąć.

- Nie lubię pająków – mruknął słabo Ron.

- Wiem, kochanie – powiedziała Hermiona – Przepraszam, że się śmiałam. Mieliśmy tylko 12 lat.

- Ron, nic ci nie jest? – zapytał Harry.

- Ja... nie lubię... pająków – wyznał Ron.

- Nie wiedziałam o tym – powiedziała Hermiona, spoglądając na niego ze zdziwieniem – Przecież tyle razy ucierałeś pająki na zajęciach z eliksirów...

- Tak, ale były martwe – rzekł Ron, który starał się nie patrzeć na okno – Po prostu nie lubię sposobu, w jaki się poruszają... – Hermiona zachichotała.

- Hermiona! – warknęły dwie wersje Lily I i Molly I.

- Przepraszam – mruknęła młoda pani Weasley.

- Nie ma się z czego śmiać – wybuchnął Ron – Jeśli już musisz wiedzieć, to kiedy miałem trzy lata, Fred zamienił mojego... mojego misia we wstrętnego, wielkiego pająka, bo złamałem mu jego dziecięcą miotełkę. Ty też byś ich nie lubiła, gdybyś akurat przytulała swojego misia, a jemu nagle wyrosłoby tyle nóg i...

Nicole przywaliła mu z całej siły, a ten jęknął.

- Nickuś, przestań! – warknął Fred I masując sobie tył głowy.

- Nie mów do mnie Nickus! – krzyknęła wściekła Nicole – Jak mogłeś być takim idiotą!?

- Miałem 5 lat! – jęknął Fred.

- Ale teraz twój brat ma fobię! – zawołała Nicole.

Urwał, wstrząsając się ze wstrętu. Hermiona nadal wy­raźnie dusiła w sobie śmiech.

- Hermiona! – krzyknęły zszokowane mama i teściowa – Nie ładnie się śmiać z czyjeś fobii.

Czując, że trzeba zmienić temat, Harry powiedział:

- Pamiętacie tę kałużę na posadzce? Skąd się wzięła? Ktoś ją wytarł.

- Była gdzieś tu – powiedział Ron, biorąc się w garść i przechodząc koło krzesła Filcha – Na wysokości tych drzwi – Sięgnął do mosiężnej klamki, ale nagle cofnął rękę, jakby go coś sparzyło.

- O co chodzi? – zapytał Harry.

- Nie mogę tam wejść – burknął Ron – To to­aleta dla dziewczyn.

- Och, Ron, przecież tam nikogo nie ma – powie­działa Hermiona, podchodząc do drzwi – To miejsce Jęczącej Marty. Chodźcie, zobaczymy, co tam jest.

- Nasza Hermiona łamie zasady! – krzyknęli szczęśliwi Fred, George Lee – i to sama!

- Jestem dumny z mojej feminiotki – oznajmił młodszy Łapa.

- Nie wiedziałam, że Hermiona jeszcze ich zachęca do łamania zasad – powiedziała Tracy.

- Oj wiesz mi, Tracy Hermiona to takie ciche ziółko. Jest niby pani prefekt, panna... a nie, pani wiem to wszystko, a łamie prawo bardziej od nas – stwierdził Ron, a późnej popatrzył na żonę z iskierkami miłości, która siedziała mu na kolanach i zarumieniła się.

I nie zwracając uwagi na wielki napis "Nieczynne", otwo­rzyła drzwi. Była to najbardziej ponura i przygnębiająca łazienka, jaką Harry widział w życiu. Pod wielkim, popękanym i po­plamionym lustrem ciągnął się rząd poobtłukiwanych ka­miennych umywalek. W mokrej posadzce odbijało się męt­nie światło kilku świec osadzonych w ściennych uchwytach; drewniane drzwi do kabin były złuszczone i porysowane, a jedne zwisały smętnie z zawiasów.

- Może trzeba odnowić, dyrektorze? – spytała starsza Dorcas – a nie zajadać się dropsami? – starszy Regulus parksnął śmiechem.

Hermiona przyłożyła palec do ust i podeszła do ostatniej kabiny.

- Hej, Marto, jak się miewasz? – zapytała, otwiera­jąc drzwi.

- Jestem w związku z Irytkiem – odpowiedział Fred II głosem Jęczącej Marty. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

- NIE JESTEM W ZWIĄZKU Z IRYTKIEM! – ryknęła Jęcząca Marta, która przyleciała, gdyż to usłyszała.

- Spokojnie, Marto – odparł Fred II.

- Ja jestem Marta, nieszczęśliwa Marta, mam wielkie okulary i jestem brzydka i do tego mam irytujący głos – powiedział Iryrek, naśladując głos Marty, płacząc.

- Zamknij się! – warknęła Marta i wyleciała z płaczem.

Harry i Ron też podeszli. Jęcząca Marta unosiła się nad rezerwuarem, wyciskając sobie krostę na podbródku.

- To jest toaleta dla dziewczyn – powiedziała, przy­glądając się podejrzliwie Harry'emu i Ronowi – Oni nie są dziewczynami.

- No co ty nie powiesz – powiedzieli Hagrid, Ron, Harry i kilku innych chłopaków.

- Nie – zgodziła się Hermiona – Chciałam im tylko pokazać... ee... jak tu jest fajnie – Machnęła ręką w stronę brudnego lustra i mokrej posa­dzki.

- Zapytaj ją, czy coś widziała – szepnął Harry.

- Co tam szepczesz? – zapytała Marta.

- Nic – odpowiedział szybko Harry – Chcieliś­my zapytać...

- Bardzo bym chciała, żeby ludzie przestali szeptać za moimi plecami! – zajęczała Marta głosem nabrzmiałym od łez – Wyobraźcie sobie, że ja też coś czuję, chociaż jestem martwa.

- Jak się jest martwy, to nie można czuć – stwierdziła zdziwiona Caroline.

- To Marta, jej nie zrozumiesz – oznajmiła Victoire.

Marto, nikt nie chce cię denerwować – powiedzia­ła Hermiona – Harry, tylko...

- Nikt nie chce mnie denerwować! To dobre! – za­wyła Marta – Moje życie było jedną wielką udręką, a te­raz ludzie przychodzą tu i męczą mnie po śmierci!

- Powiedz nam czy zerwałaś z Irytkiem? – spytał Louis.

- Chcieliśmy cię zapytać, czy ostatnio widziałaś coś niezwykłego – powiedziała szybko Hermiona – bo w Noc Duchów tuż za twoimi drzwiami napadnięto na kota.

- Widziałaś tutaj kogoś w tamtą noc? – zapytał Harry.

- Nie zwracałam na nic uwagi – oświadczyła Marta dramatycznym tonem – Irytek tak mnie zdenerwował, że przyszłam tu i próbowałam się zabić.

- Ach ta miłość między tymi dwoma osobami! – westchnął teatralnie Nick.

- To jest łazienka dla dziewcząt! – warknął Percy.

- Idź i zajmij się swoim ministerstwem! – odparował Ron.

I wtedy, oczywiście, przypomniałam sobie, że... że jestem...

- Już martwa – podpowiedział Ron. Marta zaniosła się głośnym szlochem, wzniosła się w po­wietrze, obróciła nogami do góry i dała nurka w sedes, opryskując ich wodą. Z przytłumionych jęków wywniosko­wali, że musiała zatrzymać się gdzieś w okolicach syfonu. Harry'ego i Rona zamurowało, ale Hermiona wzruszyła ramionami i powiedziała:

- I tak była w dość dobrym nastroju, jak na nią... Chodźcie, zmywamy się stąd.

- Hermiona możesz zejść z Rona? – spytał Percy – Ty tak samo Ginny i ty Angelina, Nicole, Jessica, Susan, Hanna i Daphne.

- A dlaczego mamy schodzić z kolan mojego męża/chłopaka? – pytały – Nie mam zamiaru, tu jest mi dobrze.

- Jesteście uczennicami – odparł Percy – I moim zdaniem jesteście za młode na takie stroje, makijaż, biżuteria i romanse. Powinniście się uczyć.

- Wiesz co Percy, zajmij się swoim życiem w ministerstwie – powiedziały przez zęby – Dość już zrobiłeś.

- Poza tym ja już skończyłam szkołę, Percy – oznajmiła Angelina.

- Odejmuję po pięć punktów dla Gryffindoru, Hufflepuffu, Slytherinu Ravenclawu – rzekł Percy.

- Muszę Cię zmartwić Percy, ale nie możesz odejmować punktów, gdyż jakbyś nie wiedział, już skończyłeś szkołę – powiedziała Hermiona – i przestałam Cię słuchać, Percy.

- Szach i mat – stwierdził Hugo.

- Brawo, tatusiu, ale się popisałeś – rzekły Molly II i Lucy i zaczęły bić brawa. Percy zrobił się czerwony.

Ledwo Harry zamknął dokładnie drzwi do toalety, uci­szając bulgocące szlochy Marty, rozległ się donośny głos, który sprawił, że wszyscy troje podskoczyli.

- RON! – Na szczycie schodów stał jak wryty Percy Weasley, z odznaką prefekta błyszczącą w półmroku i wyrazem osłu­pienia na twarzy.

- Musiałeś mieć głupi wyraz twarzy, panie prefekcie – stwierdziły Nicole, Angelina, a Fred i George ryknęli śmiechem.

- Kocham Cię jeszcze bardziej, ty moja diablico – powiedzieli bracia bliźniacy, a te pocałowały ich namiętnie w usta.

- Możecie przestać!? – jęknął Fred II – Jak nie jedni rodzice to drudzy rodzice. Jak nie oni, to ciocia Hermiona i wujek Ron, jak nie oni to znowu wujek Harry i ciocia Ginny. Jak nie ci to znowu ciocia Daphne i wujek Jared jak nie oni to zn... – Alicja II miała dość jego gadania, więc go namiętnie pocałowała – Okej, ty możesz mnie całować do woli, kochanie. Chcę jeszcze powiedzieć, że jeszcze się okaże, że Albus Dumbledore i Minevra McGonagall mają sekretny romans – dokończył swoją myśl Fred II. Wszystkim opadły szczęki. Minne jak to usłyszała, spaliła buraka.

- To jest toaleta dla dziewczyn – wydyszał. - Co ty tam...

- Tak się tylko rozglądałem... No wiesz, szukałem śladów... – Percy przełknął ślinę w sposób, który Harry'emu natych­miast przypomniał panią Weasley.

- Zjeżdżajcie... stąd... ale już... – wycedził przez zę­by, podchodząc do nich i wymachując rękami – Czy wy naprawdę nie zdajecie sobie sprawy, co robicie? Wracacie tutaj, kiedy wszyscy są na kolacji i...

- A niby dlaczego nie mielibyśmy tu wrócić? Co, nie wolno? – zaperzył się Ron, patrząc na starszego brata płonącym wzrokiem – Słuchaj, Percy, myśmy nawet nie tknęli tego kota!

- Wiem o tym – mruknął Percy.

- To samo powiedziałem Ginny – oświadczył Percy – ale ona wciąż myśli, że was wyrzucą, jeszcze nigdy nie widziałem jej tak zrozpaczonej, oczy sobie wypłakuje. Mógłbyś, chociaż o niej pomyśleć, przecież wiesz, że wszyscy pierwszoroczniacy okropnie się tym podniecają...

- Tobie wcale nie chodzi o Ginny – przerwał mu Ron, a uszy mu poczerwieniały – Ty po prostu się boisz, że stracisz szansę na zostanie prymusem szkoły.

- Odejmie punkty – powiedział młodszy Remus.

- Gryffindor traci pięć punktów! – krzyknął Percy, stukając w swoją odznakę prefekta – Mam nadzieję, że to ciebie czegoś nauczy! I przestań się bawić w detektywa, bo napiszę do mamy!

- Jestem z nich taka dumna – powiedziała cicho Molly I – Nasza piękna córeczka – i przytuliła mocno Hermionę – wiesz, że bardzo Cię kocham – i pocałowała czoło Hermiony, a wcześniej odgarnęła jej włosy – Nigdy nie spłacimy długu wobec ciebie.

- Spłaciliście, mamusiu – odparła Hermiona – bo mnie kochacie razem z tatusiem i praktyczne mówicie, że jestem waszą córką i się cieszycie moim szczęściem, że mogę być z Ronem i bardzo was kocham.

- Jesteś naszą córką i my Ciebie kochamy, pani Weasley – oznajmił Artur i ją przytulił.

- Nasz piękny synek – przytuliła mocno Harry'ego – Wiesz, że bardzo Cię kocham – i pocałowała czoło Harry'ego, a wcześniej odgarnęła jego długie włosy – Nigdy nie spłacimy długu wobec ciebie.

- Spłaciliście, mamusiu – odparł Harry – bo mnie kochacie razem z tatusiem i praktyczne mówicie, że jestem waszym synem i się cieszycie moim szczęściem i mogę być z Ginny.

- Jesteś naszym synem i my ciebie kochamy, Harry – oznajmił Artur i go przytulił.

- I drugi piękny synek – przytuliła mocno Rona – Wiesz, że bardzo cię kocham – i pocałowała czoło Rona, a wcześniej odgarnęła jego długie włosy – Nosiłam Cię pod sercem dziewięć miesięcy, a teraz patrzę na wspaniałego mężczyznę i jestem dumna z ciebie, Ron. To, na jakiego mężczyznę wyrosłeś i zawsze będę z ciebie dumna i zawsze, ale to zawsze będę cię kochać.

- Też Cię kocham mamusiu – oznajmił jej Ron i ją przytulił – I Ciebie też kocham, tatku.

- Też Cię kocham Ron – wzruszył się Artur.

- No dobrze, a może odetniemy wam te włosy, co? – spytała swoich synów, bo jak jeden mąż jej synowie mieli długie włosy.

- Mamo! – jęknęli synowie pani Weasley – Zostaw moje włosy spokoju!

- My tylko patrzymy na najstarszego brata, mamo – stwierdził Harry.

- Tak. Zażalenia to do Billa – oznajmili Fred i George.

- Dzięki! – burknął Bill.

- To może chociaż wy? – spytała wnuków, bo też mieli bardzo długie włosy – i ściągnijcie kolczyki z uszu – bo jak jeden mąż mieli biżuterie.

- Babciu, zostaw moje włosy w spokoju i moje kolczyki!

- Zażalenia to do taty – oznajmił Louis, który miał bardzo długie włosy i kieł na szyi przewiązany nitką oraz inne kolczyki jak jego ojciec.

- Dzięki! – ponownie burknął Bill.

- Mi się tam podobają mamo/babciu – powiedziały córki i wnuczki Molly I – Wygląda bardziej seksi – a synowie i wnuki uśmiechnęli się głupkowato do matki i babci w jednym.

- Widzisz mamo/babciu wyglądam bardziej seksi – powiedzieli mężczyźni szczęśliwi.

- Może my sobie zrobimy jak Bill kolczyki w uszach? – zapytał się Harry Rona, Freda, George'a, Neville, Seamusa i Jareda.

- Tak! – krzyknęły podniecone dziewczyny – Zróbcie sobie, będziecie bardziej seksi!

- Powinni mi płacić za opiekę nad synami i jego przyjaciółmi – mruknęła słabo starsza pani Weasley, a dwie wersje Lily, Marlene oraz Dorcas, Mary, Alicja I i Alison parsknęły śmiechem.

I odszedł, a kark miał tak samo czerwony, jak uszy Rona.

Tego wieczoru Harry, Ron i Hermiona usiedli we wspólnym pokoju jak najdalej od Percy'ego. Ron wciąż był w podłym nastroju i raz po raz robił kleksy w swoim wypracowaniu z eliksirów. Kiedy machinalnie sięgnął po różdżkę, by je wywabić, zapaliła pergamin. Dymiąc prawie tak samo, jak jego praca domowa, Ron zatrzasnął ze złością Standardową księgę zaklęć. Ku zaskoczeniu Harry'ego, Hermiona zrobiła to samo.

- Ale kto to mógł zrobić? – zapytała spokojnie, jak­by dalej ciągnęła rozmowę – Komu zależy na tym, żeby oczyścić szkołę ze wszystkich charłaków i mieszańców?

- No właśnie, zastanówmy się – powiedział Ron kpiącym tonem – Kto mógłby uważać ich za szumowiny? – Spojrzał na Hermionę. Hermiona spojrzała na niego bez przekonania.

- Jeśli myślisz o Malfoy'u...

- To nie ja! – zawołał Draco.

- Wiemy, że to nie ty – mruknęła Astoria.

- No pewnie, że o nim! Słyszałaś, co powiedział: "Ty będziesz następna, szlamo!" Daj spokój, wystarczy spojrzeć na jego szczurzą buźkę, żeby wiedzieć, kim on jest...

Astoria przywaliła mu z całej siły i wycedziła przez zęby.

- Przeproś moją przyjaciółkę albo utnę Ci jaja i nie będziesz prawdziwym mężczyzną! – i trzymała różdżkę, która niebezpiecznie zbliżała się do jaj Fretki – Liczę do trzech. 1... 2... 3 – Nie było żadnych przeprosin, więc rzuciła zaklęcie jajcomiazgi na Draco, a ten pisnął – Spróbujmy jeszcze raz, ale tym razem naprawdę stracić swojego ptaszka.

- PANNO GREENGRASS! – ryknęli naraz Minne i Severus.

- Gadaj, bo nie mam czasu na takiego patafiana jak ty! – warknęła Astoria.

- Astoria, daj spokój – powiedziała Hermiona – Jeśli nie chce mnie przeprosić, to go nie zmusisz.

- Jesteś moją przyjaciółką i nie pozwolę, żeby taki idiota Cię obrażał – oznajmiła Astoria i ją przytuliła.

- Jesteś kochana – stwierdziła młodsza pani Weasley.

- Kochana, trzymamy się razem – odezwała się panna Greengrass – Poza tym jesteśmy rodziną.

- Malfoy dziedzicem Slytherina? – zapytała Her­miona sceptycznym tonem.

- Pomyśl o jego rodzinie – powiedział Harry, zamy­kając swoje książki – Większość była w Slytherinie, za­wsze się tym chwali. Mogą być potomkami Slytherina. Jego stary jest okropny, to nie ulega wątpliwości.

- Proszę Cię, Cyzia, rzuć tego gnoja-albinosa – prosił go młodszy Łapa.

- Mogą od stuleci mieć klucz do Komnaty Tajemnic! – szepnął rozgorączkowany Ron – Przekazywać go sobie z ojca na syna...

- No... to jest możliwe... – przyznała ostrożnie Hermiona.

- Tak, tylko, jak to udowodnić? – zapytał ponuro Harry.

- Może i znalazłby się sposób – Hermiona ściszyła głos, rzucając szybkie spojrzenie na siedzącego w drugim końcu pokoju Percy'ego.

- Czemu mnie to nie dziwi – stwierdziła Fleur, uśmiechając się do Hermiony.

- Oczywiście byłoby to trudne. I niebezpieczne, bardzo niebezpieczne. Trzeba by złamać chyba z pięćdziesiąt szkolnych reguł.

- Wiesz co? Jeśli w ciągu miesiąca poczujesz, że chcesz nam to wyjaśnić, to daj nam znać, dobra? – zdenerwował się Ron.

- To jest tak: Kłócą się, a za chwilę się godzą, później znowu się kłócą, a za pięć minut się godzą, a później znowu się kłócą i tak cały czas, a ja jestem między Hermioną a Ronem – rzekł Harry – A teraz jest tak: Całują się i patrzą sobie w oczy, całują się i znowu patrzą sobie w oczy i... – mówił Harry, ale został stłumiony pocałunkiem Ginny.

- Zamknij się, za dużo narzekasz! – oświadczyła pani Potter i przytuliła się do Harry'ego.

- I dzień stał się o wiele lepszy – stwierdził pan Potter.

- A mnie mdli! – warknęli Cho i Michael.

- Proszę – powiedział Harry i wyczarował im worek – To dla was – a Ginny chichotała – Tylko tyle mogę dla was zrobić.

- No dobrze – powiedziała chłodno Hermiona – Wiecie, co musimy zrobić? Musimy dostać się do pokoju wspólnego Ślizgonów i zadać Malfoy'owi kilka pytań, ale tak, żeby się nie zorientował, że to my.

- Co ty wygadujesz? Niby jak? – zapytał Harry, a Ron parsknął śmiechem.

- Oni są gorsi niż małe dzieci – powiedziała Ginny.

- Jest na to sposób – oświadczyła Hermiona – Musimy tylko zdobyć trochę Eliksiru Wielosokowego.

- Co to takiego? – zapytali jednocześnie Ron i Harry.

- Snape wspomniał o nim parę tygodni temu.

- Myślisz, że nie mamy nic lepszego do roboty, tylko wsłuchiwać się w to, co Snape mówi na eliksirach?

- To napój, który zmienia cię w kogoś innego. Ruszcie mózgami! Możemy zmienić się w trójkę Ślizgonów. Nikt nas nie rozpozna. Malfoy powie nam wszystko, co będziemy chcieli. Założę się, że właśnie w tej chwili przechwala się w pokoju wspólnym Slytherina.

- Czy moja siostrzyczka właśnie wymyśliła zajebisty plan? – spytała Fleur.

- I podała im to na tacy – oznajmiła Gabriela – Jestem taka dumna z mojej siostrzyczki – i objęła Hermionę.

- Ja też chcę – powiedziała Ginny.

- To chodź, siostro – stwierdziła Gabriela.

- Myliłam się co do ciebie – rzekła Ginny i przytuliła Gabrielę mocno do siebie.

- Dziewczyny, dzięki za mój image – Gabriela uśmiechnęła się do siostrzenic.

- Kochana, to jest bardzo zaawansowany eliksir – oznajmiła Audrey w szoku.

- Nie, nie, nie – stwierdził z kpiną Horacy – Nie ma szans, żeby to zrobiła – Hermiona uśmiechnęła się w taki sposób, że przypominał uśmiech Rogacza.

- Panie Profesorze a może mały zakładzik? – Większościom ludzi opadły szczęki.

- Słucham? – spytał w szoku Horacy.

- Bo pan mówi, że nie zrobiłam tego eliksiru, a ja mówię, że zrobiłam – oznajmiła pani Weasley – Chyba że Pan się boi. I jeśli zrobiłam, to przyzna mi pan wybitny na koniec roku, a jeśli nie, to będę miała dużo mniej czasu na napisanie egzaminu niż inni.

- Co mi szkodzi – oznajmił Horacy. Hermiona podała mu rękę, a ten ją uścisnął i Lee to przeciął.

- Eliksir Wielosokowy... Dla mnie to jest trochę za mądre – powiedział Ron, marszcząc czoło – A jeśli zostaniemy Ślizgonami na zawsze?

- Nie bądź głupi, po jakimś czasie to mija – powie­działa Hermiona, machając niecierpliwie ręką – Cała rzecz w tym, żeby zdobyć receptę. Snape mówił, że można ją znaleźć w podręczniku Najsilniejsze eliksiry, ale trzymają go w dziale Książek Zakazanych.

- Peleryna niewidka! – zawołał Jared.

Był tylko jeden sposób, żeby dostać książkę z tego działu: trzeba było mieć specjalne pozwolenie od któregoś z profe­sorów z jego własnoręcznym podpisem.

- A jak wytłumaczymy, po co nam właściwie ta książ­ka? – zapytał Ron – Przecież będzie jasne, że chcemy spróbować sporządzić jakiś eliksir...

- Myślę, że zabrzmi całkiem przekonująco, jak powie­my, że interesujemy się teorią... W każdym razie warto spróbować...

- Daj spokój! – prychnął Ron – Żaden nauczy­ciel nie kupi takiego kitu. Musiałby być ostatnim tępakiem...

- GILDEROY LOCKHART! – ryknęli prawie wszyscy.

- Koniec rozdziału – powiedziała Alicja II.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...