niedziela, 11 grudnia 2022

Rozdział 8 Komnata

 - Teraz ja chce czytać  powiedziała Samanta.

Rozdział ósmy

Przyjęcie w rocznicę śmierci

Ron się krzywił. Blaise patrzył jadowitym wzrokiem na Daphne i Jareda, która siedziała mu na kolanach i się do niego przytulała. Miała rozmarzony wzrok i ciągle zdychała ze szczęścia.

Nadszedł październik, rozsiewając po łąkach wilgot­ny ziąb, który szybko wkradł się również do zamku. Pani Pomfrey, przełożona skrzydła szpitalnego, miała pełne ręce roboty, bo wśród personelu i uczniów wybuchła pra­wdziwa epidemia przeziębień. Na szczęście jej pieprzowy eliksir działał natychmiast, choć po jego wypiciu jeszcze przez kilka godzin dymiło się z uszu.

- Czułem się, jakby rozwalało mi mózg! – krzywił się Oliver.

Percy namówił Ginny Weasley, która wyglądała na chorowitą, żeby wypiła łyk eliksiru. Para buchająca spod jej bujnych włosów sprawiała wrażenie, jakby zapaliła się jej głowa.

- Pamiętam to – mruknęła Ginny.

A potem w okna zamku zaczęły bębnić krople deszczu wielkości pocisków karabinowych, jezioro wezbrało, grząd­ki kwiatowe zamieniły się w błotniste strumienie, a dynie Hagrida nabrzmiały do wielkości budek na narzędzia ogrodnicze. Nie wygasł jednak entuzjazm, z jakim Oliver Wood przeprowadzał regularne treningi i właśnie dlatego pewnego późnego sobotniego popołudnia, na kilka dni przed Nocą Duchów, Harry wrócił do Gryffindoru przemo­czony do szpiku kości i umazany błotem.

- On wtedy oszalał – stwierdzili Fred i George.

Nawet pomijając deszcz i wiatr, nie było z czego się cieszyć. Fred i George, którzy szpiegowali drużynę Ślizgonów, na własne oczy przekonali się o szybkości nowych Nimbusów Dwa Tysiące Jeden. Donieśli, że drużyna Ślizgonów na boisku to po prostu siedem zielonych smug, śmigających w powietrzu jak odrzutowce.

Ślizgoni uśmiechnęli się z drwiną, oprócz kilku osób, którzy zajmowali się czymś innym.

Wlokąc się opustoszałym korytarzem, Harry natknął się na kogoś, kto wyglądał na pogrążonego w równie ponurych myślach, jak on. Prawie Bezgłowy Nick, duch wieży Gryffindoru, wpatrywał się posępnie w okno, mrucząc pod nosem:

- ...nie spełnia wymaganych warunków... pół cala i już nie spełnia...

- Chcesz wziąć kredyt we frankach? – spytał rozbawiony Fred II do sir Nicolasa.

- A co to jest?? – zawołał podniecony Artur, który to usłyszał.

- Kredyt bankowy, kwota pieniędzy dostarczonych przez bank na określony czas i na określonych warunkach, technologia zaspokajająca potrzeby finansowe zadeklarowane przez pożyczkobiorcę. Umowa zawarta w formie pisemnej między bankiem a kredytobiorcą – wytłumaczyła Emilly – Kredyt można wziąć różnych walutach.

- Fascynujące – powiedział Artur.

- Cześć, Nick – przywitał go Harry.

- A witaj, witaj – odrzekł Prawie Bezgłowy Nick, wzdrygając się i rozglądając na wszystkie strony. Na głowie miał zawadiacki kapelusz ze strusim piórem, spod którego spływały mu na ramiona misterne loki, a wo­kół szyi krezę, dość skutecznie maskującą fakt, że jego głowa była prawie całkowicie odcięta od tułowia. Był blady i prze­zroczysty, tak że Harry widział przez niego ciemne niebo i strumienie deszczu spływające po szybie.

- A no tak jesteś duchem – rzekł Fred II.

- Wyglądasz na zmartwionego, młody Potterze – przemówił Nick, zwijając przezroczysty list i wsadzając go za pazuchę kubraka.

- Ty też.

- Ach! – Prawie Bezgłowy Nick machnął wytwor­nie smukłą dłonią – To nic ważnego... aż tak mi na tym nie zależało... chociaż wysłałem zgłoszenie, ale najwyraźniej "nie spełniam wymaganych warunków".

- Nie warto brać kredytu we frankach Nick – odezwał się Louis – jest za dużo odsetek.

- Louis on nie gada o żadnym kredycie we frankach! – parsknęła śmiechem Samanta.

Powiedział to lekceważącym tonem, ale na jego twarzy malowało się głębokie rozgoryczenie.

- A ty byś nie pomyślał – wybuchnął nagle, wycią­gając ponownie list z wewnętrznej kieszeni – że po otrzy­maniu czterdziestu pięciu ciosów toporem w szyję spełniasz warunki, by wziąć udział w Polowaniu bez Głów?

- Zaczyna się – stwierdził Hugo.

- U was też? – spytał Ron Syna.

- W naszych czasach też – odparli Teddy i młodszy Remus.

- Eee... no tak – zgodził się Harry, bo najwidoczniej tego od niego oczekiwano.

- Chodzi mi o to, że chyba nikt bardziej ode mnie nie pragnąłby, aby to wszystko odbyło się szybko i jak należy, żeby głowa odpadła mi całkowicie... to znaczy... oszczędzi­łoby mi to wiele bólu i upokorzeń. Jednakże... – Prawie Bezgłowy Nick potrząsnął listem i zaczął czytać rozdrażnionym tonem:

Możemy zaakceptować jedynie tych myśliwych, których głowy na zawsze rozstały się z tułowiami. Sam Pan rozu­mie, że gdybyśmy nie stawiali takiego warunku, uczestnicy polowania nie mogliby brać udziału w takich gonitwach i grach sportowych jak Głowogon czy Głowopolo. Dlatego z najwyższą przykrością musimy Pana poinformować, że nie spełnia Pan wymaganych warunków.

Z wyrazami głębokiego szacunku,

Sir Patryk Delaney-Podmore

- Ale jesteś idiota – rzekł z drwiną Crabbe, a Goyle zachichotał głupkowato.

- To ty umiesz budować zdania? – zapytała w szoku Daphne – Myślałam, że goryle nie mówią.

- Zamknij się Greengrass, zdrajczyni krwi! – warknął Goyle.

- Jakbyś nie był upośledzony umysłowo, to byś wiedział, że nazywam się Black, pani Black. Daphne Black – odparła Daphne – Tak, możesz, a nawet powinieneś mnie tytułować, bo należę teraz do szlachetnego rodu Blacków, prawda tatusiu? – spytała starszego Łapy.

- Oczywiście, skarbie. Jesteś teraz Blackiem i moja blond córeczką – odpowiedział starszy ŁapaGoyle zrobił się czerwony i stanął, a ta popatrzyła na niego z wyższością, a Jared spytał.

- Masz jakiś problem?

Dysząc z gniewu, Prawie Bezgłowy Nick cisnął list na posadzkę.

- Harry, moją głowę utrzymuje tylko pół cala skóry i jedno ścięgno! Większość ludzi uznałaby to za realne po­zbawienie głowy, i całkiem słusznie, ale dla tego pana to za mało! – Odetchnął głęboko kilka razy i dodał, już nieco spokojniejszym tonem: – A co ciebie tak martwi, młody człowieku? Może mógłbym ci jakoś pomóc?

- Nie – odpowiedział Harry – Chyba że wiesz, jak zdobyć siedem Nimbusów Dwa Tysiące Jeden na mecz ze Śliz...

- Pokonasz ich Harry – powiedziała Astoria – Draco jakby nawet chciał to i tak cię nie pokona – a Daphne pokiwała głową.

- To, co ty wyprawiasz z miotłą, jak latasz to istne szaleństwo. Wasz syn Panie Po... – mówiła Daphne, ale przerwała przez starszą Lily.

- Żadna "pani Potter", kochanie. Jesteśmy dla Ciebie ciocia Lily i wujek James, dla Ciebie też kochanie – dodała do Astorii, a starszy i młodszy Rogacz pokiwali głowami.

- Jak sobie życzysz ciociu Lily – oznajmili Astoria i Daphne do Lily I i podeszły do niej i ją przytuliły. Niektórzy Ślizgoni patrzyli na ich z odrazą.

- Mój mąż jest najlepszym szukającym – rzekła Ginny i popatrzyła na swoją obrączkę ślubną, którą mogła swobodnie poruszać palcem. Nie dało się jej ściągnąć z palca. Pierścień połączył się z DNA Ginny. Pierścień rodowy rodu Potterów, który miała na drugiej ręce, był zaciśnięty na palcu magicznie. Mogła swobodnie poruszać palcem, ale nie dała rady go ściągnąć, gdyż on również połączył się z jej DNA – Dalej nie mogę uwierzyć, że jesteś moim mężem oficjalnie – Po czym uśmiechnęła się szeroko.

- To uwierz, pani Potter – mruknął jej do ucha pan Potter.

- Nie zdziwiłabym się, gdyby poszedł na zawodowstwo – oznajmiła Angelina.

- Nie, pani Weasley – odpowiedział Harry niewinnym tonem do Angeliny, która miała nietęgą minę, gdy powiedział do niej "pani Weasley" – chcę zostać aurorem.

- To bardzo niebezpieczna praca – stwierdziła pani Potter.

- Mamo przed chwilą walczyłem z Voldkiem – Goście z przyszłości uśmiechnęli się tajemniczo.

- Grenngrassowne jak śmiecie przytulać szlamę! – warknął Lucek – Ja nie pozwolę, żeby mój syn ożenił się ze zdrajczynią krwi! – Niektórzy ludzie chcieli się rzucić, ale Astoria i Daphne zawołały:

- Zostawcie to mi – oznajmiły, patrząc mordem w oczach na Roszpunkę. Popatrzyły na siebie i rzuciły zaklęcie. Lucek przekształcił się w aktora z epoki elżbietańskiej z kostiumem z tej epoki, łącznie z gigantyczną kryzą – To jest kara, że obraziłeś ciocie Lily! – Sala ryknęła śmiechem. Większość z nich leżała ze śmiechu na podłodze śmiejąc się wniebogłosy.

- Napełnijcie swe serca odwagą, a nie grozi nam upadek – wzruszył ramionami i również mamrocząc: – To próba, a nie czyn wprawia nas w zdumienie – Na sali wybuchł jeszcze większy śmiech.

- Mamusiu, ciociu jestem taka dumna! – zawołała Rose, parskając ze śmiechu.

- Jestem z was taki dumny dziewczynki! – krzyknęli ze śmiechu Łapa i Rogacz w dwóch wersjach.

- Moje dziewczynki! – wzruszyły się ich nowa ciocia w dwóch wersjach i je mocno przytuliły, a Astoria oznajmiła – Nikt nie ma prawa Cię obrażasz, nawet ten debil nazywający się Roszpunką. Jesteś naszą ciocią.

- Jesteście zdrajczyniami krwi! – krzyknęła Pansy.

- Wolę być zdrajczynią krwi niż być mopsem! – odparowały pani Black i panna Greengrass, a Lily pocałowała jedną i drugą w czoło i je przytuliła, patrząc na Pansy z mordem w oczach, a dwie wersje Marlene patrzyły na Pansy cały czas, że ta patrzyła na nią przerażonym wzrokiem.

- Odczarujcie mnie, dziewuchy czy nie? O to jest pytanie! – zawołał Lucek, który dalej mówił po literacku.

- Och, zamknij się! – warknęła starsza Marlene i cisnęła go zaklęciem, że aż pisnął – Nie masz prawa obrażać moich córek! – Astoria popatrzyła na nią zszokowana.

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu Astorio – powiedziała z uśmiechem na twarzy młodsza Marlene.

- Astoria, mama jest najukochańsza, uwierz mi. Jest cudowną mamą, a ja w domu nie czułam się najlepiej. Nie mogłam słuchać matki, wolałam być w Hogwarcie. Już miałam dość, bo ciągle słuchałam, że mam wyjść za Zabiniego i być jego żoną i miałam nawet zamiar uciec z domu i nigdy nie wracać, a teraz jestem wolna, jestem najszczęśliwszą dziewczyna świata.

- Cisnę ich klątwą. Przykro mi Scorpiusie, ale twoi dziadkowie na to zasłużyli – odezwała się pani Black do Scorpiusa.

- Mama i ciocia Daphne i tak nie miały z dziadkami Greengrassów dobrych relacji – stwierdził Scorpius – Na początku, ale później było coraz lepiej.

- Ja na razie nie chce ich widzieć i nie mam z nimi na razie żadnych relacji – oznajmiła Daphne – Moimi rodzicami są Marlene i Syriusz.

- Mam to samo zdanie co Daphne – stwierdziła Astoria – dla nich najważniejsze jest nie nasze szczęście, tylko żebyśmy nie wyszły na zdrajców krwi, a co gorzej za mugolaka, a ciocia Lily jest świetną kobietą. Gdy przytula, to czujesz się kochana i bezpieczna w jej ramionach, a przy biologicznej matce nigdy tak się nie czułam, a jest mugolakiem tak samo, jak Colin i Denis też są fajni. A jeżeli chodzi o propozycję to – podeszła do pani Black i popatrzyła jej w oczy. Marlene powiedziała.

- Kochanie, moja propozycja jest dalej aktualna, prawda Syriuszu? – Astoria nic nie powiedziała, tylko przytuliła się do pani Black.

- To jest moja odpowiedź, mamo – Marlene miała łzy w oczach wyzwaniem Astorii i przytuliła ją mocno do siebie i głaskała jej ciemnobrązowe włosy, a Astoria westchnęła – Masz rację, Daphne. Marlene jest cudowną mamą i jak przytula, czuje się kochana i bezpieczna.

- Syriuszu tym razem to brunetka – powiedziała Marlene, która miała łzy w oczach. Syriusz uśmiechnął się.

- Witam w rodzinie, Astorio.

Reszta zdania utonęła w donośnym miauku, który roz­legł się na wysokości jego kostek. Spojrzał w dół, prosto w parę oczu płonących żółtym blaskiem. Była to Pani Norris, chuda jak szkielet kocica, pełniąca rolę kogoś w rodzaju zastępcy szeryfa w nie kończącej się wojnie Argusa Filcha, woźnego Hogwartu, z uczniami.

- Syzyfowe prace – mruknęła Emilly – Oznacza ciężką, prawie niemożliwą, bezcelową pracę, niemającą końca, z góry skazaną na niepowodzenie, bo zawsze będą walczyć z uczniami.

- Lepiej zmykaj stąd, Harry – powiedział szybko Nick – Filch nie jest dziś w najlepszym nastroju. Zaziębił się, a jacyś trzecioklasiści przypadkowo wysmarowali żabimi mózgami cały sufit w lochu numer pięć; czyścił go przez całe rano, więc jeśli zobaczy tutaj to błoto...

- Jasne – rzucił krótko Harry i wycofał się z zasięgu oskarżycielskiego spojrzenia Pani Norris. Niestety, nie zrobił tego dostatecznie szybko. Ściągnięty tutaj jakąś tajemniczą mocą, która zdawała się łączyć go z tym obmierzłym kotem, Argus Filch wypadł nagle zza zasłony na prawo od Harry'ego, sapiąc głośno i rozglądając się za kimś, kto złamał przepisy. Głowę miał przewiązaną kraciastą chustą, a jego nos miał barwę ciemnej purpury.

- Brud! – wrzasnął, a szczęki zadrgały mu groźnie i oczy prawie wyszły z orbit na widok plam błota ściekają­cego z treningowej szaty Harry'ego – Wszędzie bałagan i gnój! Mam już tego dosyć! Za mną, Potter!

- Angus, zostaw wujka Harry'ego! – warknął Teddy – Idź lepiej do Irmy, bo Horacy jeszcze Ci ją zabierze. Widziałem, jak patrzy na nią maślanymi oczami.

- Nie patrze na nią maślanymi oczami! – krzyknął Horacy.

- Jesteś kretynem, Slughorn, ja Ciebie kocham, do Ciebie szlocham i patrze na Ciebie rozmarzonym wzrokiem, a ty mnie nie chcesz! – krzyknął wściekły Nick, naśladując głos Irmy. Cała trójka zrobili się czerwoni. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

- Jesteście bachorami! – zawołała Irma ze wściekłą miną.

- No wiesz. My tylko chcemy, żebyś była mniej irytująca i była szczęśliwa – odparował Nick.

Tak więc Harry pomachał Nickowi na pożegnanie i po­wlókł się za Filchem z powrotem schodami w dół, podwa­jając liczbę błotnistych śladów na kamiennych płytach. Harry jeszcze nigdy nie był w biurze Filcha; tego miejsca unikali wszyscy uczniowie.

- Nie polecamy! – skrzywili się Huncwoci 1.0 w dwóch wersjach i 2.0 oraz Fred, George, Lee, Hugo, Teddy, Nick, Matt, Patrick, Frank II oraz Frank I.

- Jeśli chodzi o gwiazdki, to oceniam to na 0 – oznajmił Hugo.

Pokój był obskurny, pozbawio­ny okien, oświetlony jedną oliwną lampką zwisającą z ni­skiego sufitu. Czuć było smażoną rybą. Wzdłuż ścian ciągnęły się drewniane półki z szufladkami; z treści nalepek wynikało, że jest to coś w rodzaju kartoteki ukaranych przez Filcha uczniów. Fred i George Weasley'owie mieli tu całą osobną komodę.

- My też mamy! – krzyknęli Huncwoci 2.0 szczęśliwi.

- Macie!? My też mamy! – zawołali Huncwoci 1.0 i przybyli piąteczkę. Minne jęknęła.

Za biurkiem Filcha wisiała na ścianie bły­szcząca kolekcja łańcuchów i kajdanek. Wszyscy wiedzieli, że nieustannie błagał Dumbledore'a, aby mu pozwolono wieszać uczniów za ręce pod sufitem.

- Możesz wieszać Irmę za ręce i wtedy nigdzie Ci nie ucieknie, wtedy będziesz mógł ją karać do woli, Angus – stwierdził Teddy. Irma z Angusem spalili buraka, a reszta ludzi, nawet profesorowie aż się z krzywiła z odrazą.

- Fuj! – krzyknęli uczniowie i dorośli, wyobrażając sobie tę scenę – zaraz puszczę pawia!

Filch wyjął pióro z garnuszka na biurku i zaczął się rozglądać za pergaminem.

- Gnój – mruczał jadowicie – wielkie, skwier­czące smocze kupy... żabie mózgi...

- To idź do ministerstwa, bo tam jest chodzący żabi mózg – oznajmił Ron, myśląc o UmbrigdeWiększość ludzi parsknęła śmiechem, a Hermiona zachichotała i się wtuliła, popatrzyła na swoją obrączkę ślubną, którą mogła swobodnie poruszać palcem. Nie dało się jej ściągnąć z palca. Pierścień połączył się z DNA Hermiony . Pierścień rodowy rodu Weasley'ów, który miała na drugiej ręce, był zaciśnięty na palcu magicznie. Mogła swobodnie poruszać palcem, ale nie dała rady go ściągnąć, gdyż on również połączył się z jej DNA – Dalej nie mogę uwierzyć, że jesteś moim mężem oficjalnie – Po czym uśmiechnęła się szeroko.

- To uwierz, pani Weasley – mruknął jej do ucha pan Weasley.

szczurze jelita... mam już tego dosyć... ukarzę dla przykładu... gdzie jest formularz... tak... – Z szuflady biurka wyjął wielki zwój, rozwinął go przed sobą i umaczał pióro w kałamarzu.

- Nazwisko... Harry Potter. Przestępstwo...

- Jest najseksowniejszym mężczyzną świata – skończyła jego wypowiedź Ginny.

- Mamo! – jęknął James II.

- Taka prawda. Prawda, Cho? – spytała słodkim tonem brązowooka pani Potter do Chang, a ta zrobiła wściekłą minę i wysyczała.

- Zabije Cię Weasley.

- Jakim cudem trafiłaś do Krukonów, skoro wiesz, że jestem już mężatką i do tego mi grozisz, że mnie zabijesz. Harry uratujesz mnie przed tą wariatką – a ten pokiwał głową.

- Oczywiście, że tak ŻONO – słowo żono było kluczowe, mówiąc do Cho. Ginny pokazała jej obrączkę i pierścień rodowy Potterów.

- Zazwyczaj jest tak, że, jak dziewczyna wychodzi za mąż, przyjmuje nazwisko męża, a nazwiskiem Harry'ego, to Potter więc nazywam się Potter, Chang. Ogarnij ten swój mózg, bo chyba się przegrzał.

- Przecież to była tylko odrobina błota! – zaprote­stował Harry.

- Dla ciebie to tylko odrobina błota, a dla mnie dodat­kowa godzina skrobania i mycia! – krzyknął Filch, a z nosa skapnęło mu coś na pergamin – Przestępstwo... splugawienie zamku... Sugerowany wyrok...

- Uśmiechanie się szeroko, kiedy jego żona patrzy i podziwia klatę swojego męża i się do niego przytula – rzekła Ginny.

Drapiąc się piórem po obrzydliwie napuchniętym, obślizgłym nosie, Filch zmierzył złym spojrzeniem Harry'ego, który wstrzymał oddech, oczekując na wyrok. Lecz w chwili, gdy Filch opuścił pióro na pergamin, coś głośno walnęło w sufit, aż zadygotała lampka.

- IRMA MIAŁAŚ BYĆ ZA GODZINĘ! – ryknął Louis głosem Filcha – Irma zostaw tę lampkę!

- Nie – odpowiedział Fred II głosem Irmy – Wypuść dzieciaka i się mną zajmij, bo się nudzę Angusiku! Obiecałeś! – tupnął nogą i zrobił minę niezadowolonej księżniczki.

- Nie mogę! Oni są świetni! – parsknęła śmiechem większość z sali.

- Dobra, Potter, idź sobie! – krzyknął Louis – bo teraz muszę się Irmą zająć – wszystkim na życzenia opadły szczęki. Irma i Angus krzyknęli.

- Jesteście głupimi bachorami!

- Pani Prince, panie Filch amory w czasie pracy? Nieładne. Powiem wszystko dyrektorowi! – skarcił ich zachowanie Teddy, naśladując głos McGonagall i pokiwał palcem w prawo i lewo – Jeśli nie będziecie naćpani dropsami – Niektórzy parskali śmiechem. Tym razem do dyrektor zrobił się czerwony.

- IRYTEK! – ryknął Filch, odrzucając pióro w ata­ku wściekłości – Tym razem już cię mam! Tym razem już po tobie!

- A ja myślałem, że to bibliotekarka – mruknął młodszy Łapa.

I wybiegł cichym truchtem z pokoju, nawet nie spojrzawszy na oszołomionego Harry'ego. Pani Norris wybiegła za nim jak cień. Irytek był szkolnym poltergeistem, bezczelną zjawą, której jedynym celem było wywoływanie zamieszania i sia­nie zniszczenia. Harry nie darzył Irytka sympatią, ale teraz nie mógł nie być mu wdzięczny.

- Miałeś szczęście, Harry, cholipka – rzekł Hagrid.

Cokolwiek Irytek zrobił (a zabrzmiało to, jakby tym razem przewrócił coś naprawdę dużego), odciągnęło to uwagę Filcha od Harry'ego. Harry nie miał jednak odwagi czmychnąć z jego nory, więc usiadł w zjedzonym przez mole fotelu tuż przy biurku.

- Rogaś co ty wyprawiasz! – krzyknęli Huncwoci w dwóch wersjach niedowierzaniem.

- Uciekaj! – zawołał James II.

Prócz formularza jego "przestępstwa" leżała na nim tylko jedna rzecz: duża, błyszcząca, purpurowa koperta ze srebr­nym nadrukiem. Harry rzucił okiem na drzwi, upewnił się, że Filch nie wraca, porwał kopertę i przeczytał:

- JAK ŚMIAŁEŚ! – ryknął Angus wściekły.

- Co złego to nie ja – odparł Harry.

WMIGUROK

"Korespondencyjny kurs dla początkujących czarodziejów"

Zaintrygowany, otworzył kopertę i wyciągnął z niej plik pergaminowych arkusików. Na pierwszej stronie srebrny tekst głosił:

Czujesz, że nie dotrzymujesz kroku rozwojowi współczesnej magii? Zdarza ci się usprawiedliwiać, że nie wyszło ci najprostsze zaklęcie? Wykpiono twoje bezskuteczne wymachiwanie różdżką?

Oto rozwiązanie twoich problemów!

WMIGUROK to zupełnie nowy, szybki, łatwy i absolutnie niezawodny sposób na poznanie współczesnej magii. Setki cza­rownic i czarodziejów skorzystało z dobrodziejstw tej nowej metody!

Madame Z. Nettles z Topsham pisze:

"Nie potrafiłam zapamiętać zaklęć, a z moich eliksirów śmiała się cała rodzina! Teraz, po ukończeniu Wmiguroka, jestem ośrodkiem zainteresowania na każdym przyjęciu, a znajomi bła­gają mnie o przepis na Iskrzący Roztwór!"

Mag D. J. Prod z Didsbury pisze:

"Moja żona zawsze szydziła z moich żałosnych czarów, ale w miesiąc po ukończeniu Wmiguroka udało mi się zamienić ją w jaka! Dzięki ci, Wmiguroku!"

- Jest charłakiem – mruknął Bill, a Fleur uśmiechała się do męża, która siedziała mu na kolanach.

Harry, zafascynowany, szybko przejrzał resztę zawarto­ści koperty. Dlaczego, u licha, Filch zapragnął ukończyć korespondencyjny kurs magii? Czy to oznacza, że wcale nie jest czarodziejem?

- Jest charłakiem, czyli osobą pozbawioną czarodziejskich zdolności, urodzona w rodzinie czarodziejów. Są one rzadkie i czasami są obiektami wstydu swoich rodzin, szczególnie jeśli mają czystą krew. Od charłaków pochodzą mugolaki, w których po wielu pokoleniach odnawia się magiczna moc – powiedziała młodsza Lily I.

Harry czytał właśnie Lekcję pierwszą: Jak trzymać różdżkę (kilka pożytecznych wskazówek), kiedy usłyszał szuranie podeszew na korytarzu. Ledwo zdążył wepchnąć papiery do koperty i odrzucić ją na biurko, kiedy drzwi się otworzyły. Wkroczył Filch z wyrazem triumfu na twarzy.

- Nie mów, że przeleciałeś Irmę? – spytał w szoku Jared. Angus był wściekły i rzucił się na młodego Blacka z pięściami, a ten omijał te ruchy spokojnie – Black stój spokojnie, żebym mógł Cię walnąć! – Filch dyszał wściekły. Irma rzuciła zaklęcie wściekła, widocznie puściły jej nerwy, w stronę Jareda, i gdyby nie starszy Łapa, który rzucił zaklęcie.

- Expelliarmus! – w stronę Prince, bo by walnęła zaklęciem w Jareda. Wszystkim opadły szczęki.

- Irma co ty wyprawiasz! – krzyknęli profesorowie w stronę bibliotekarki.

- TE GŁUPIE BACHORY MNIE WNERWIAJĄ! – ryknęła Irma – NIENAWIDZĘ TYCH BACHORÓW! MAM OCHOTĘ ICH WSZYSTKICH WYMORDOWAĆ!

- Prince w tej chwili się uspokój! – zawołała Rolanda.

- Nie możesz rzucać zaklęcie na ucznia! – krzyknęła Minerwa – a Ty Argus uspokój się!

- Jared nie możesz mówić takich rzeczy! – skarciła jego zachowanie starsza Marlene – Przeproś ją w tej chwili!

- Przepraszam – oznajmił Jared, bo jego matka i narzeczona patrzyły na niego wściekłe.

- Ta komoda to rzeczywiście wspaniały wynalazek! – mówił rozpromieniony do Pani Norris – Tym ra­zem, kochanie, pozbyliśmy się Irytka na zawsze!

- Ale jesteś głupi, Filch! – krzyknął Irytek, który podleciał do Filcha i walnął go w nos.

- IRYTEK! – ryknął Argus, a ten zaczął się śmiać bezczelnie.

- Madame, czy ten o to troll – wskazał na Argusa – zaspokoił madame potrzeby? – spytał bezczelnie Irytek do Irmy. Irma i Argus dym mieli w uszach ze złości – A, czyli nie zaspokoił! – i zaczął rechotać i odleciał.

Spojrzał na Harry'ego, a potem rzucił się do biurka i chwycił kopertę, która, z czego Harry zdał sobie sprawę zbyt późno, leżała teraz ze dwie stopy od miejsca, gdzie ją Filch pozostawił.

- Przeczytałeś?! – wydyszał, tryskając śliną.

- Fuj! – krzyknęły dziewczyny i kobiety obrazą.

- Nie – skłamał szybko Harry. Filch zacisnął pięść i uderzał nią w drugą dłoń.

- Jeśli przeczytałeś mój prywatny list... choćby i nie do mnie... do przyjaciela... wszystko jedno... to...

- I tak wszyscy wiedzą, że Filch jest charłakiem – stwierdził Hagrid.

Dopiero teraz Harry naprawdę się przestraszył: Filch wyglądał, jakby dostał szału. Oczy wyłaziły mu z orbit, jeden policzek drgał jakimś okropnym tikiem, a kraciasta chusta niewiele na to pomagała.

- Tylko go dotknij, a Cię zabiję – powiedział starszy Rogacz.

- No dobrze... idź już... i nie waż się szepnąć słówka... Nie chodzi o to, że... no, ale skoro nie czytałeś... Idź już, muszę napisać raport o Irytku... idź...

- Dobry troll – oznajmił młodszy Rogacz.

Zaskoczony swym szczęściem, Harry wybiegł z biura, pomknął korytarzem i wspiął się po schodach z szybkością Irytka. Wydostanie się z biura Filcha bez ukarania było chyba równoznaczne z osiągnięciem jakiegoś szkolnego re­kordu.

- Harry! Harry! Podziałało? – Z jakiejś klasy wyłoniła się zwiewna postać Prawie Bez­głowego Nicka. Przez otwarte drzwi Harry zobaczył szcząt­ki wielkiej czarnozłotej komody, którą ktoś musiał cisnąć o podłogę z dużej wysokości – Namówiłem Irytka, żeby rozbił ten mebel tuż nad biurem Filcha – powiedział z przejęciem Nick – Po­myślałem sobie, że to go wytrąci z równowagi i...

- Nick, mój ty bohaterze! – zawołali Huncwoci 1.0 i 2.0 oraz chłopaki z przyszłości i przyjaciele Harry'ego wraz z Frankiem I.

- A więc to ty? – zawołał Harry – Tak, podzia­łało, nie dostałem nawet szlabanu. Dzięki, Nick! – Ruszyli razem korytarzem. Prawie Bezgłowy Nick wciąż trzymał w ręku obelżywy list Sir Patryka.

- Ten Patrick to jakiś czubek – stwierdził Ron.

- On to jeszcze nic, jest jeszcze gorszy – skrzywił się Harry, myśląc o Cadoganie.

- Ach, no tak – zgodziła się Hermiona.

- Bardzo bym chciał jakoś ci pomóc z tym Polowaniem bez Głów – powiedział Harry. Prawie Bezgłowy Nick zatrzymał się tak nagle, że Harry przeszedł przez niego. Nie było to przyjemne: przypominało przejście pod lodowatym prysznicem.

- Jest coś, co możesz dla mnie zrobić, Harry... Może nie wypada mi o to prosić... Nie, na pewno nie zechcesz...

- O co chodzi? - zapytał Harry.

- No więc w tę Noc Duchów przypada pięćsetna ro­cznica mojej śmierci – oznajmił Prawie Bezgłowy Nick, prostując się i nabierając godności.

- W takim razie może wyczaruje tort – stwierdził Hugo i wyczarował tort, po czym sobie ukroił – Tato, chcesz? – spytał Rona.

- Jasne – odpowiedział Ron, a Hugo dał mu kawałek tortu.

- Jemy dla Nicka, który obchodził pięćsetną rocznicę śmierci – oznajmił Hugo.

- No po prostu brak mi słów – stwierdziły Emilly, Rose i Hermiona zszokowane.

- No co? Nick się cieszy, to my też się cieszymy – rzekł Hugo – Tortu wystarczy dla każdego.

- Kochaniutka czy on jest taki cały czas? – spytała Molly I.

- Cały czas, babciu! - westchnęła Emilly.

- Ach – westchnął Harry, nie bardzo wiedząc, czy ma wyrazić żal, czy radość z tego powodu – No tak.

- Wydaję przyjęcie w jednym z bardziej przestronnych lochów. Zaprosiłem przyjaciół z całego kraju. Byłby to dla mnie wielki zaszczyt, gdybyś mógł się na tym przyjęciu pojawić. Pana Weasley'a i pannę Granger też powitałbym z radością...

- Jaka Granger? – spytała Cassie.

- To długa historia – oznajmiła Hermiona – Opowiem Ci później.

ale... no tak... na pewno będziesz wolał iść na ucztę szkolną, prawda? – Przyglądał się Harry'emu w napięciu.

- Nie – powiedział szybko Harry – Przyjdę...

- Ach, mój drogi chłopcze! Harry Potter na przyjęciu w rocznicę mojej śmierci! A czy mógłbyś... – zawahał się, wyraźnie podekscytowany – Może mógłbyś wspomnieć Sir Patrykowi, jak bardzo wydaję ci się przerażający? Jak wielkie zrobiłem na tobie wrażenie?

- Jeśli on jest przerażający, to mój brat jest mądry i inteligentny – rzekła Rose.

- Ej! – zawołał oburzony Hugo. Kuzyni parsknęli śmiechem.

- O-o-oczywiście – wybąkał Harry. Prawie Bezgłowy Nick uśmiechnął się do niego promiennie.

- Przyjęcie z okazji rocznicy śmierci? – powtórzyła z zachwytem Hermiona, kiedy Harry przebrał się wreszcie i przyszedł do pokoju wspólnego, gdzie siedziała z Ronem.

- Gołąbki siedzieli razem – oznajmiła z uśmiechem na twarzy Luna.

- Tak – odpowiedziała Hermiona i przytuliła się do Rona. Cormac i Lavender prychnęli.

- Możecie dać sobie już spokój! – burknęła Hermiona.

- Zrobiłaś najlepszy błąd swojego życia – rzekł Mclagen.

- Zajmij się swoim życiem, a moje życie zostaw w spokoju – odparowała Hermiona.

- Założę się, że niewielu żyjących mogłoby się pochwalić, że byli na takim przyjęciu... To dopiero będzie przygoda!

- Dlaczego w ogóle komuś chce się obchodzić dzień swojej śmierci? – zapytał Ron, który odrobił dopiero po­łowę pracy domowej z eliksirów i nie był w najlepszym humorze – To taka ponura okazja...

- Nick się tym jara, więc... – stwierdził Jared.

Deszcz wciąż siekł w okna, teraz atramentowe czarne, ale wewnątrz było jasno i przytulnie. Blask z trzaskające­go kominka pełzał po niezliczonych wyliniałych fotelach, w których Gryfoni czytali, rozmawiali, odrabiali lekcje, al­bo, jak w przypadku Freda i George'a, przeprowadzali do­świadczenie polegające na nakarmieniu salamandry sztucz­nymi ogniami Filibustera.

Fred i George mieli banany na twarzy.

- Och, wspomnienia. Nie będziemy płakać – i przytulili się do Nicole i Angeliny, a te popatrzyły po sobie w szoku.

-Fred/George ja... - zaczęły Nicole i Angelina czerwone na twarzy, bo Fred i George mieli nowe perfumy, a one widocznie były już podniecone, ale udawały, że nie. 'Kurde, ale on pięknie pachnie! Jestem taka podniecona'. Mówiły w myślach Angelina i Nicole.

Lubie Cię takim, jakim jesteście! – wtrącili się James II oraz Nick.

- Serio?! – pytali Teddy i Matt z iskierkami.

- Serio, serio – odpowiedzieli James II i Nick i też mieli iskierki.

- O Nicki/o Angie! – krzyknęli Teddy i Matt.

- O Freddie/o Georgi! – odkrzyknął James II oraz Nick i przytulili się.

W gąszczu trudnych spraw
Chce odszukać nić.
Która wskaże mi.
Gdzie zmierzać mam jak żyć.
Wiem, że znajdę ją.
Wiem już, z kim chcę iść,
Gdy zabraknie sił,
Gdy zgubię sens,
Z pomocą przyjdzie chór dwóch serc.
Już wiem, miłość drogę zna,
Poprowadzi mnie przez świat.
Ty przy mnie ja przy tobie.
Przez mrok ku jutrzence dnia
Świat jest lepszy, gdy jesteś obok ty.
Miłość drogę zna.
Kiedyś czułem wstyd.
Głupio bałem się,
Że nie zdążę już,
Że miłość straci sens,
Że wyśmieją nas.
Dzisiaj wreszcie wiem,
Z nich się mogę śmiać nie zrażą mnie
Przy tobie dobrze czuję się.
Wiem, że miłość drogę zna,
Poprowadzi nas przez świat.
Ty ze mną i ja z tobą
Przez mrok ku jutrzence dnia
Świat jest lepszy gdy,
Jesteś obok ty.
Miłość drogę zna.
Wiem, że miłość drogę zna!
 – śpiewali chłopaki z przyszłości. Nicole i Angelina otworzyły usta, żeby ich skarcić, ale dwie wersje Łapy parsknęli śmiechem tak samo, jak Jessica, Ron, Harry, Ginny, Katie, Alicja i nawet ich rodzice i inni.

- No wiecie co! – burknęły Angelina i Nicole On nawet nie jest przystojny i mądry ani inteligentny, a te jego piegi... – mówiły, ale Fred i George pocałowały je w usta namiętnie i kiedy przestali, odparli do nich.

- Och, zamknij się. Za dużo mówisz! – tym razem do Nicole i Angelina pocałowały ich namiętnie w usta.

- Awwwwwwww! – zawołały kobiety i dziewczyny wzruszone. Fred i George wciągnęli na kolana swoje dziewczyny, a one się do nich przytuliły, a oni odparli do Molly i Artura.

- Mamo, tato tym razem to czarnowłosa/ruda pani Weasley! Fajnie, nie? – spytali z bananami na twarzy, a te spaliły buraka.

- No jeszcze o tym nie rozmawialiśmy... – zaczęły obie kobiety czerwone i bliźniacy znów je pocałowali – Możesz przestać? Nie mogę się skupić!

- I o to chodzi – odparli bliźniacy Weasley.

- Walić to. Co miałam powiedzieć? – mruknęły i pocałowały ich namiętnie w usta – i jeśli pytasz mnie, czy zostanę twoją dziewczyną, to tak. Zostanę i nie słuchaj to, co mówiłam wcześniej! Czy to nowa woda kolońska i perfumy pięknie pachniesz!

- Zauważyłaś! – odparli z radością, a później dodali im do ucha – To są te erotyczne perfumy specjalnie dla Ciebie – a te zarumieniły się mocno, a później dodali głośno – Ty też ślicznie pachniesz. Nowe perfumy? – Mruknęły mu do ucha.

- Erotyczne perfumy, specjalnie dla Ciebie – a Ci przełknęli ślinę – Jesteś zadowolony? – spytały erotycznym głosem do ucha swojego chłopaka.

- Bardzo! – odparli.

- Halo my tu jesteśmy! – krzyknął Harry.

- No i? Zajmij się Ginny – stwierdzili razem Fred i George.

- Ojej! – zawołały Molly i dwie wersje Lily – Popatrz na nich. Pasują do siebie.

- Mamo, tato to jest moja dziewczyna – oznajmili Fred i George, wskazując na Nicole, która była przytulana przez swoją matkę w dwóch wersjach i Angelinę. Molly była sobą. Przytuliła z całej siły Angelinę, a następnie Nicole. Gdy Nicole była przytulana, to Angelina stwierdziła do pani Weasley:

- Mamo skąd ty masz taką siłę? Nie grałaś przypadkiem w quidditcha?

- Nie grałam. Nie miałam takiego talentu jak Ron, bliźniacy, Charlie i Ginny – odparła Molly I – którzy są albo byli w drużynie.

- Jesteście w drużynie? – podniecił się młodszy Rogacz.

- Ja jakich pozycjach? – dodał starszy Rogacz.

- Ścigająca – oznajmiła dumna Ginny.

- Obrońca – dodał Ron.

- Jesteś dla mnie idealną synową, Ginny! – krzyknęli szczęśliwi Rogacze, a obie Lily E/P uśmiechnęły się do Ginny i Rona.

- Mamo – mruknęła nagle słabo Nicole do Molly I – Nie mogę oddychać. Proszę, może mama rozluźnić ucisk? – Molly puściła nagle Nicole i rzekła zarumieniona.

- Przepraszam skarbie, zapomniałam się – miała łzy w oczach.

- Powiedziałam coś nie tak? – spytała z obawą.

- Nie, córeczko, to są łzy szczęścia – odparła pani Weasley – Że nazwałaś mnie mamą.

- No to się cieszę, że jesteś szczęśliwa mamo – stwierdziła Nicole i uśmiechnęła się, po czym usiadła na kolanach Freda, bo Angelina już siedziała na kolanach George'a, a George ją objął, a Fred Nicole.

Fred "uratował" wspaniały, pomarańczowy okaz z klasy opieki nad magicznymi stworze­niami i teraz, w gronie kilku zaciekawionych osób, obser­wował lekko dymiącą jaszczurkę, spacerującą po stole. Harry był już bliski opowiedzenia Ronowi i Hermionie o Filchu i kursie Wmiguroka, kiedy salamandra nagle wystrzeliła w powietrze i zaczęła krążyć po pokoju, tryskając iskrami i wydając z siebie donośne trzaski.

- Na pewno chcecie w to wejść? – spytała Ginny.

- Teraz to się zastanawiam... – odparły dziewczyny bliźniaków, ale zostały pocałowane przez bliźniaków – Ale nie jestem już jednak pewna.

- Zajmij się Harrym, Ginny – oznajmili Fred i George do siostry.

Widok Percy'ego, wymyślającego Fredowi i George'owi, malowniczy pokaz mandarynkowych gwiazd sypiących się z pyszczka salamandry i towarzyszące temu eksplozje wypłoszyły mu z głowy zarówno Filcha, jak i jego purpurową kopertę.

- Percy jak zwykle poważny – mruknął Charlie.

Nadchodziła Noc Duchów, a Harry coraz bardziej żałował, że obiecał zjawić się na przyjęciu z okazji rocznicy śmierci Prawie Bezgłowego Nicka. Reszta szkoły szykowała się na wieczorną ucztę. Wielka Sala została już, jak zwykle, przystrojona żywymi nietoperzami, olbrzymie dynie Hagrida zamieniły się w wielkie latarnie i krążyły pogłoski, że Dumbledore wynajął trupę tańczących szkieletów, aby uświetnić ucztę.

- Aha, spoko. Brawo dla dyrektora – powiedziała młodsza Lily I i zaczęła bić drwiące brawa.

- Jesteś stary, a głupi – oznajmiła Euphemia.

- Obietnica to obietnica – przypomniała Harry'emu Hermiona – Powiedziałeś, że pójdziesz na przyjęcie w rocznicę śmierci.

Tak więc o siódmej wieczorem Harry, Ron i Hermiona minęli otwarte drzwi do Wielkiej Sali, rozjarzonej złotą zastawą i kandelabrami, i skierowali się ku lochom. Korytarz wiodący do lochu, w którym Prawie Bezgłowy Nick zorganizował przyjęcie,

- To był koszmar – mruknęła Hermiona.

również był oświetlony świe­cami, ale efekt nie podnosił specjalnie na duchu: były to długie, cienkie, czarne świece o niebieskawych płomykach, rzucające blade, widmowe światło nawet na ich żywe twarze. Z każdym krokiem robiło się coraz zimniej.

Złota trójca się skrzywiła.

Harry wzdrygnął się i otulił szczelniej płaszczem, kiedy usłyszał coś, co przypominało drapanie tysiąca paznokci po olbrzymiej tablicy.

- Czy to ma być ich muzyka! – zapytał szeptem Ron. Minęli załamanie korytarza i zobaczyli Prawie Bezgłowe­go Nicka stojącego przed drzwiami zasłoniętymi czarną, aksamitną draperią.

- Moi drodzy przyjaciele – powitał ich żałobnym tonem – witajcie... witajcie... Tak mi miło, że zechcieli­ście przyjść...

- Spoko – mruknął Ron, a Hermiona chichotała. Ten mruknął jej do ucha.

- Nie podskakuj, panno wiem, to ja wszystko, bo przełożę Cię za kolano – Hermiona uśmiechnęła się do niego swoim erotycznym uśmiechem.

Machnął swoim pierzastym kapeluszem, skłonił się i ges­tem zaprosił ich do środka. Był to niesamowity widok. Loch wypełniały setki perłowobiałych, przezroczystych postaci; większość tańczyła nad zatłoczonym parkietem przy dźwiękach ze trzydziestu pił, na których grali muzykanci usadowieni na okrytym kirem podwyższeniu. Z sufitu zwieszał się wielki żyrandol z tysią­cem czarnych świec płonących zimnym, niebieskim bla­skiem. Powiało chłodem, jakby weszli do wielkiej lodówki; ich oddechy zamieniały się w parę.

- Może się trochę rozejrzymy, co? – zaproponował Harry, chcąc rozgrzać sobie nogi.

- Tylko uważajcie, żeby przez nikogo nie przechodzić – powiedział Ron lekko drżącym głosem.

- Zimno – mruknęła brązowowłosa pani Weasley.

- Znam to – stwierdził Seamus – Dziwne uczucie – a Susan pokiwała głową – Łażą pod nogi.

- Przestańcie się migdalić! – warknął Zachariasz.

- Nikt Ci nie każe patrzeć, Smith – powiedziała Nicole.

- Jakieś jeszcze zażalenia? – spytała Jessica.

- On powinien być mój! – warknęła Cho i wskazała na Harry'ego. Harry wywrócił oczami.

- A Mon-Ron powinien być mój! – krzyknęła Lavender. Ron też wywrócił oczami.

- Nie jesteś w moim typie – stwierdzili Harry i Ron.

- Nie zniosłabym tego, gdy Lavender była moją szwagierką. Aż mnie dreszcz przeszył – odezwała się Ginny.

- A może się pochwal, co zrobiłaś na swoim pierwszym roku Potter! – zadrwiła Mariette – Na pewno twoi teściowie będą zadowoleni.

- WIEM, CO ZROBIŁAM! – ryknęła Ginny – I NIGDY NIE MOGĘ SOBIE TEGO DAROWAĆ, CO ZROBIŁAM! WIEM, ŻE NASZE STOSUNKI NIE BĘDĄ JUŻ TAKIE SAME!

- Co takiego zrobiłaś? – spytała starsza Lily Potter.

- Chciałam się dowiedzieć, ale nie chcieli mi powiedzieć – odparła jej młodsza wersja.

- Będzie to pewnie opisane. Nie będziecie chcieli mnie znać. Nie dziwię się wam. Sama czuje do siebie odrazę – mruknęła Ginny.

- Ginny, ile razy mam Ci to mówić, to nie jest twoja wina! – krzyknął Harry.

- Moja! – zawołała młoda pani Potter – Nigdy sobie tego nie daruje, bo jestem idiotką i nie zasługuję na Ciebie. Ty jesteś dobry, a ja zła!

- Mam Ci przypomnieć co zrobiłem na koniec piątego roku?!

- DOŚĆ TEGO! – ryknęły córki Harry'ego i Ginny – Oboje w tej chwili się uspokójcie!

- A ty się zamknij zdrajczyni! – wysyczała Hermiona do Marietty i przytuliła mocno Ginny, która płakała – Ginny jesteś moją siostrą i nic i nikt tego nie zmieni. Kocham Cię, Ginny.

- Ja Ciebie też kocham, Hermiono. Jesteś moją siostrą – odparła Ginny.

Ruszyli skrajem parkietu. Minęli grupę posępnych za­konnic, jakiegoś obszarpańca w łańcuchach i Grubego Mni­cha, wesołego ducha z Hufflepuffu, rozmawiającego z ryce­rzem, w którego w czole tkwiła ułamana strzała. Harry nie był zaskoczony, widząc, że inne duchy unikały Krwawego Barona, wychudłego, złośliwego ducha Slytherinu, popla­mionego srebrzystą krwią.

- Och, nie – jęknęła Hermiona, zatrzymując się gwał­townie – Odwróćcie się, wracamy, nie chcę się spotkać z Jęczącą Martą...

- Z kim? – zapytał Harry, kiedy się szybko wycofali.

- Martusia cudowna dziewczyna – powiedział Fred II, którego głos był rozbawiony.

- Ona straszy w toalecie dla dziewczyn na pierwszym piętrze.

- Straszy w toalecie?

- Tak. Przez cały rok trudno było z niej korzystać, bo Marta ma wciąż napady złego humoru i zwykle wszystko jest pozalewane. Ja tam w każdym razie nie chodzę, jak nie muszę, to okropne, iść do klopa i słyszeć jej jęki...

- Zobaczcie, żarcie! – zawołał Ron.

- Mistrz zmiany tematu – powiedziała Lucy.

- Hagrid jest mistrzem zmiany tematu – odparł Patrick. Hagrid się zarumienił.

W drugim końcu lochu był długi stół, również przykryty czarnym aksamitem. Ruszyli ku niemu ochoczo, ale w po­łowie drogi zatrzymali się, przerażeni. Zapach był nie do wytrzymania. Na ładnych srebrnych półmiskach leżały dłu­gie zgniłe ryby, na tacach piętrzyły się spalone na węgiel ciasteczka, był również gulasz z podróbek baranich, w któ­rym roiło się od robaków, wielki kawał sera pokryty zieloną pleśnią, a na honorowym miejscu leżało olbrzymie szare ciasto w kształcie grobu, na którym widniał napis ze smołowatego lukru:

- Straciłem apetyt! – skrzywił się Hugo.

- Fuj! – zawołały kobiety i dziewczyny.

SIR NICHOLAS DE MIMSY-PORPINGTON

ZMARŁ 31 PAŹDZIERNIKA 1492 ROKU.

Harry patrzył ze zdumieniem, jak przy stole pojawił się jakiś korpulentny duch, skulił się i przeszedł przez stół, z ustami otwartymi tak szeroko, że zmieścił się w nich jeden z cuchnących łososi.

- Czuje pan smak, przenikając przez rybę? – zapy­tał go Harry.

- Prawie – odrzekł ponuro duch i odpłynął w dal.

- Aha – odparł Louis.

- Myślę, że lubią zepsute potrawy, bo mają mocniejszy zapach – powiedziała wszystkowiedząca Hermiona, za­tykając sobie nos i podchodząc bliżej stołu, żeby przyjrzeć się zgniłemu gulaszowi z podróbek.

- Wszystkowiedząca Hermiona! – parksnął śmiechem Ron.

- Chodźcie stąd, robi mi się niedobrze – jęknął Ron. Nie zdążyli jednak się odwrócić, kiedy spod stołu wysko­czyła mała postać i zawisła w powietrzu tuż przed nimi – Cześć, Irytku – przywitał go ostrożnie Ron, nie wiedząc, czego się po nim spodziewać.

Irytek przyleciał do Wielkiej Sali.

- Wiecie, kiedy Irma i Argus są nasyconą parą? – spytał Irytek swoim bezczelnym tonem, patrząc na Filcha i Prince.

- Nie wiemy – odparła ostrożnie Roxanna.

- Kiedy Irma już nie chce, a Argus już nie może – odparł Irytek i zaczął rechotać. Sala ryknęła śmiechem. Większość z nich leżała ze śmiechu na podłodze śmiejąc się wniebogłosy.

- IRYTEK! – ryknęli wściekli Prince i Filch.

- Co jest Argusiku? Już nie możesz zaspokoić Irmy? – spytał Irytek. Argus zrobił się czerwony jak burak, a Irytek uciekł, rechocząc na cały głos.

- Zajebiste to było! – krzyknęli uczniowie.

W przeciwieństwie do innych duchów, poltergeist nie był wcale blady ani przezroczysty. Na głowie miał jaskrawo-pomarańczowy kapelusz, na szyi wystrzałową muszkę, a na płaskiej twarzy szeroki, złośliwy uśmiech.

- Przekąskę? – zapytał słodkim tonem, wyciągając ku nim miseczkę zapleśniałych orzeszków.

- Nie, dzięki! – skrzywiła się pani Weasley.

- Nie, dzięki – odpowiedziała Hermiona.

- Słyszałem, jak mówiłaś o biednej Marcie – powie­dział, a w jego oczach zapaliły się złośliwe chochliki – I nie było to wcale uprzejme – Wziął głęboki oddech i ryknął: – HEJ! MARTOOO!

- Och, nie, Irytku, nie powtarzaj jej tego, co o niej mówiłam, będzie jej przykro – wyszeptała gorączkowo Hermiona.

- Co? – spytała głupkowato Marta, która przyleciała.

- Co tam Marto? Dobrze wyglądasz, Marto – odparł James II.

- Jak miło spotkać się z tobą poza toaletą – oznajmiła Lily II i uśmiechnęła się. Marta spojrzała na nią podejrzliwie.

- Wyśmiewasz się ze mnie – zajęczała, a w jej ma­łych, przezroczystych oczkach zebrały się srebrne łzy.

- Nie... naprawdę... James mówił, jak ładnie dziś wyglądasz, prawda? – spytała Jamesa i Albusa, szturchając mocno w żebra.

- Tak, Marto, pięknie wyglądasz – odparł Albus II.

- Nie okłamujcie mnie – chlipała Marta, zalewając się łzami i uciekła, płacząc.

- Co za wariatka – stwierdził Scorpius.

- Nie miałam nic złego na myśli, wcale mi nie przeszkadza... ee... witaj, Marto – Duch tęgiej, przysadzistej dziewczyny, który zawisł przed nimi, miał okropnie ponurą twarz, ledwo widoczną spod strzechy włosów i bardzo grubych okularów.

- Co? – zapytała głupkowato.

- Gówno! – warknął Crabbe.

- Jak się masz, Marto? – powitała ją Hermiona przesadnie serdecznym tonem – Jak miło spotkać się z tobą poza toaletą – Marta pociągnęła nosem.

- Panna Granger właśnie o tobie mówiła... – po­wiedział Irytek Marcie do ucha.

- Właśnie mówiłam... mówiłam... jak ładnie dzisiaj wyglądasz – wyjąkała Hermiona, miażdżąc Irytka wzro­kiem.

- Szlamy nigdy nie wyglądają dobrze! – zadrwił Goyle, ale za chwilę pisnął z bólu i spadł z krzesła, trzymając się za jądra, bo Rose strzeliła go zaklęciem jajcomiazgi.

- Jak śmiesz! Zabiję Cię! – warknął Crabbe.

- Chodź Crabbe, bo twój kochanek niestety nie zrobi ci dobrze, wiesz. Bo jego ptaszek jest teraz nieaktywny! – drwiła Rose z Crabbe'a, a niektórzy spadli ze śmiechu na podłogę.

- Ty kurwo! – warknął Crabbe i rzucił się na Rose.

- CRABBE! – krzyknęli profesorowie – USPOKÓJ SIĘ! – Ale Hugo stanął między swoją siostrą i przerzucił go tak, że wylądował na w koszu i Hugo warknął.

- Wara od mojej siostry, Crabbe. Rozumiesz? Nie mam czasu na takie kupy gówien obrażających moją żonę i inne mugolaki!

- Panie Weasley i pani Malfoy! – zawołali profesorowie zszokowani.

- Nie teraz – stwierdziła Rose i zaczęła się kłócić z bratem – Hugo sama sobie bym z nim poradziła!

- Ta, jasne – odparł Hugo – Panna wiem to ja wszystko, wszystko wiedząca Rose jak nasza matka, a jak brat chce pomóc to już wielkie halo. Zachowujesz się jak ciotka Ginny, która sobie chce sama ze wszystkim poradzić, feministka. Jesteś połączeniem ciotki Ginny, matki, babci Molly i babci Lily, a ty, zamiast mi dziękować, że uratowałem Cię i nie musiałaś brudzić sobie rączek tym oto gównem, to jeszcze narzekasz jak zawsze!

- Ja narzekam! – prychnęła Rose – To ty ciągle narzekasz, jak chodziliśmy do Hogwartu, że nie chce Ci się uczyć, że jest za gorąco lub za zimno. Tobie nic nie dogodzi i jak byliśmy w domu również twoje ulubione zajęcia to jedzenie i spanie i mnie ciągle denerwowałeś! – odparowała Rose.

- Bo nie chciałem, żebyś była taka sztywniara – powiedział Hugo – Chciałem, żebyś zrobiła coś szalonego, a nie. Ty tylko siedziałaś w książkach i ciągle tylko wzdychałaś do Scorpiusa!

- Nie jestem sztywniara! – krzyknęła Rose.

- Uważajcie, za wami! – zawołała nagle przerażona Hermiona, bo Milicenta i Pike ich zaatakowali, a Ci się zorientowali i kopnęli tak, że różdżka wyleciała im z rąk i chwycili je do ręki.

- Ja biorę rudą, a ty tego gówniarza – warknęła Milicenta.

- Zapraszam, ale najpierw zmień perfumy, bo chyba nie czujesz się dziś świeżo, Mili – powiedziała Rose słodkim tonem, a Hugo parksnął śmiechem.

- Dobra, cofam. Nie jesteś sztywniara – Milicenta wkurzyła się i zaatakowała ich razem z Pinkiem, który był czerwony i wściekły, bo syn Rona nazwał go Pikachu i zaczął się wyśmiewać.

- Pika! Pika! Pikachu! Nie jestem Pinkiem, jestem Pikachu! – gdy ich zaatakowali, rodzeństwo zrobili salto w tył, a Pikachu i Mili wpadli na siebie, że Pikachu odbił się od Milicenty i jęknął z bólu i następnie kopnęli ich, że wylądowali na plecach, a Ci bez problemu stanęli na nogach bez użycia rąk.

- Niech Ci będzie, braciszku. Dzięki, że mnie uratowałeś i nie musiałam brudzić sobie rączek tym gównem – oznajmiła Rose i poprawiła włosy – I świetny pomysł z tym Pikachu.

- Jeszcze ktoś? – spytał Hugo – Powtarzam ostatni raz: Jeśli ktoś obrazi mugolaka tym słowem, to skończycie jak oni – warknął Hugo w stronę Ślizgonów i oboje ukłonili się w stronę Sebastiana i Molly II – Sensei Sebastianie, sensei Molly.

- Jak wiecie, jestem pierwszą uczennicą Sebastiana i jestem tak jakby mistrzynią sztuk walk – odezwała się niewinnym tonem Molly II – I tak jakby uczę dzieci razem z moim mężem karate i kung-fu. Ja uczę bardziej dziewczyny, a Sebastian to chłopaków – Wszystkim opadły szczęki.

- Ron nasze dzieci umieją się bić – szepnęła Hermiona do Rona.

- Zauważyłem – mruknął Ron – A Hugo ma taki wzrok, że widać, że wie, co mówi.

- Do tego córka bezczelnego jest sensei – odparli Fred i George z niedowierzaniem.

- I kłócą się jak wy – powiedział Harry.

- Sevuś nie możesz odejmować mi ani Rose punktów, ale jeśli masz taką ochotę, to odejmij gorylom, że nazwali mugolaka tym obraźliwym słowem. I nie pozwolę, żeby takie kupy gówna obrażali moją żonę oraz Olivie i Sebastiana. Następnie odejmij nie świeżo pachnącej Mili za to, że nie używa dobrych perfum i Pikachu, bo nas zaatakował – powiedział z mocą stali Hugo do Severusa, który miał nie tęgą minę.

Marta spojrzała na nią podejrzliwie.

- Wyśmiewasz się ze mnie – zajęczała, a w jej ma­łych, przezroczystych oczkach zebrały się srebrne łzy.

- Nie... naprawdę... mówiłam, jak ładnie Marta wy­gląda, prawda? – powiedziała Hermiona, szturchając Harry'ego i Rona mocno w żebra.

- A... tak...

- Mówiła...

- Nie okłamujcie mnie – chlipała Marta, zalewając się łzami. Irytek cmokał ze szczęścia u jej boku – Myśli­cie, że nie wiem, co o mnie mówią za moimi plecami? Gruba Marta! Brzydka Marta! Żałosna, jęcząca, wiecznie skrzy­wiona Marta!

- I "krościata", zapomniałaś? – syknął jej w ucho Irytek.

- Jesteś Pikachu, zapomniałeś? – parksnął śmiechem Frank II w stronę Pinke'a.

- Możecie mi wyjaśnić, co to jest ten Pikachu? – spytał podniecony starszy Łapa.

- Pikachu jest dużą myszą, jest koloru żółtego z brązowymi paskami na plecach, czarno zakończonymi uszami i czerwonymi policzkami. Jest to fikcyjna postać z serii Pokémon. Pikachu jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych Pokémonów – powiedziała Emilly – Głównie ze względu na fakt, że jest on centralną postacią w serii anime. Pikachu jest powszechnie uważany za najbardziej popularnego Pokémona i jest traktowany jako oficjalna maskotka całej serii Pokémon. A te amime to styl japoński. Te postacie wyglądają jak Japończycy.

- Fabuła jest taka, że te pokemony są łapane i walczą między sobą poprzez swoich trenerów – oznajmiła Olivia – i różnych ligach.

Jęcząca Marta zaniosła się szlochem i odpłynęła w dal, a uradowany Irytek pomknął za nią, obrzucając ją zgniłymi orzeszkami i wrzeszcząc:

- Krościata! Krościata!

- O Boże... – jęknęła Hermiona. Pojawił się Prawie Bezgłowy Nick.

- Dobrze się bawicie?

- Świetnie – skłamali prawie wszyscy.

- Och, tak – skłamali.

- Niezłe towarzystwo, co? – powiedział z dumą Nick – Jęcząca Wdowa przybyła aż z Kentu... Zbliża się czas mojego przemówienia, muszę uprzedzić orkiestrę...

- Jego przemowy – mruknął Fred II – są równie nudne, jak wykład wuja Percy'ego.

- Hej! – warknął wyżej wymieniony.

- Kup se klej! – fuknął Louis.

Orkiestra przestała jednak grać w tym samym momen­cie. Zabrzmiał myśliwski róg i wszyscy ucichli, rozglądając się z zaciekawieniem.

- No i są – powiedział z goryczą Prawie Bezgłowy Nick. Ze ściany lochu wypadło z tuzin zwiewnych koni; na każdym siedział duch jeźdźca bez głowy. Wybuchły grom­kie oklaski. Harry też zaczął klaskać, ale szybko przestał, gdy spojrzał na twarz Nicka.

- Nie są psiapsiółkami – mruknął Teddy.

Konie zatrzymały się pośrodku parkietu, rżąc i stając dęba. Jeden z jeźdźców, który trzymał swą brodatą głowę pod pachą, zeskoczył z konia, uniósł ją wysoko, tak aby wszystkich zobaczyć (co zebrani powitali salwą śmiechu), i zbliżył się do Prawie Bezgłowego Nicka.

- Nick! – ryknęła głowa, zanim duch osadził ją so­bie na szyi – Jak się miewasz? Głowa wciąż ci zwisa z karku? – Parsknął rubasznym śmiechem i poklepał Nicka po ra­mieniu.

- Witaj, Patryku – odrzekł Nick sucho.

- Żywi! – zawołał Sir Patryk, spojrzawszy na Harry'ego, Rona i Hermionę i podskakując wysoko, niby ze zdumienia, tak że głowa znowu spadła mu z karku (co wywołało nową salwę śmiechu).

- Bardzo śmieszne – mruknął Sir Nicholas.

- Bardzo zabawne – mruknął posępnie Prawie Bez­głowy Nick.

- Nie przejmuj się, Nick! – krzyknęła z podłogi głowa Sir Patryka – Wciąż jesteś obrażony, że nie wyra­ziliśmy zgody na twój udział w polowaniu? No, ale sami powiedzcie... tylko na niego popatrzcie...

- Uważam – odezwał się pospiesznie Harry, widząc natarczywe spojrzenie Nicka – że Nick jest naprawdę bardzo... przerażający... i... eee...

- Nie można tak kłamać Harry! – parsknęli śmiechem Fred i George.

- Ha! – ryknęła głowa Sir Patryka – Założę się, że cię prosił, abyś to powiedział, młodzieńcze!

- Bardzo proszę wszystkich o uwagę! – zawołał Prawie Bezgłowy Nick, podchodząc do podium i stając w kręgu lodowatego niebieskiego światła – Czas na mo­je przemówienie! Nieodżałowanej pamięci panie i panowie, z głębokim smutkiem... – Ale nikt go nie słuchał. Bezgłowa drużyna Sir Patryka zaczęła właśnie grać w hokeja jego głową i wszyscy rzucili się, aby popatrzeć. Prawie Bezgłowy Nick bezskutecznie próbował zwrócić na siebie uwagę, ale poddał się, kiedy głowa Sir Patryka świsnęła mu koło ucha wśród entuzjastycznych wiwatów i śmiechów.

- Musimy znaleźć Ci dziewczynę, Nick – stwierdził Lee do sir Nicolasa – Może Helenka?

Harry zmarzł okropnie, nie mówiąc o tym, jaki był głodny.

- Dłużej tego nie wytrzymam – mruknął Ron, szczękając zębami, kiedy orkiestra znowu zaczęła zgrzytać i popiskiwać, a duchy wróciły na parkiet.

- Idziemy – zgodził się Harry. Wycofali się do drzwi, kłaniając się i uśmiechając do każdego, kto na nich spojrzał i w minutę później biegli już korytarzem oświetlonym czarnymi świecami.

- Może jeszcze nie zjedli puddingu – powiedział Ron z nadzieją w głosie, dobiegając pierwszy do schodów wiodących do sali wejściowej.

- Ty myślisz tylko o jedzeniu – mruknęła Hermiona.

- Teraz myślę, że o tobie, słońce – odparł jej do ucha Ron – żebyś była szczęśliwa, bo masz piękny uśmiech, a te twoje perfumy są takie...

- Te perfumy damskie są specjalnie dla Ciebie, żebyś myślał tylko o mnie, panie Weasley – stwierdziła młoda pani Weasley.

- Możecie przestać się migdalić! – warknęła Lavender.

- Nikt Ci nie karze patrzysz, Lavender – odezwał się Ron.

I wówczas Harry to usłyszał.

- ...rozerwę... rozszarpię...

- Co to jest?! – zawołała starsza Lily, patrząc na syna.

- Taki głos – odparł Harry.

Był to ten sam głos, ten sam lodowaty, morderczy szept, który usłyszał w gabinecie Lockharta. Zatrzymał się, zachwiał, oparł o kamienną ścianę, nasłuchując i rozglądając się po mętnie oświetlonym korytarzu.

- Harry, co ci jest?...

- To znowu ten głos... bądźcie przez chwilę cicho...

- wygłodniały... od tak dawna...

- Harry, gadaj, zaczynam się bać o Ciebie! – krzyknął starszy Rogacz.

Słuchajcie! – szepnął gorączkowo Harry, a Ron i Hermiona zamarli, wpatrując się w niego ze strachem.

- zabić... czas, aby zabić...

- Merlinie! – zawołali prawie wszyscy.

Głos zamierał. Harry był pewny, że głos gdzieś odpły­wa... gdzieś w górę... Poczuł, że ogarnia go fala strachu i podniecenia. Spojrzał na mroczne sklepienie. Czyżby to była zjawa, dla której kamienne sklepienie nie jest żadną przeszkodą?

- Tędy! – krzyknął i ruszył biegiem schodami do sali wejściowej. Tu trudno było nawet marzyć o usłyszeniu czegokol­wiek, bo przez otwarte drzwi Wielkiej Sali przelewał się gwar uczty, odbijając echem od kamiennych ścian. Harry pomknął marmurowymi schodami na pierwsze piętro, a Ron i Hermiona pobiegli za nim.

- Harry, co my...

- CIIICHO! – Harry wytężył słuch. Gdzieś z daleka, z drugiego piętra, dobiegł go słabnący głos:

- ...czuję krew... CZUJĘ KREW!

Większość zbladła.

Harry'emu coś przewróciło się w pustym żołądku.

- On chce kogoś zabić! – krzyknął i nie zważając na osłupiałe twarze Rona i Hermiony, pobiegł dalej, przeska­kując po trzy stopnie naraz.

- Co tu się dzieje!? – krzyknęły dwie wersje matki Harry'ego, Euphemia i Carolina – GADAJ, HARRY!

Przebiegł prawie całe drugie piętro, ale słyszał tylko dudnienie własnych kroków i oddechy Rona i Hermiony za sobą. W końcu zatrzymał się na progu ostatniego, mrocz­nego korytarza.

- Harry, co jest grane? – zapytał Ron, ocierając rę­kawem spoconą twarz – Ja nic nie słyszałem...

- Jak to nie słyszysz!? – spytała Nicole.

- TO DLACZEGO HARRY SŁYSZY?! – Ryknęły Jessica i Nicole – Starszej Lily nagle zrobiło się słabo. Zbladła. Została podtrzymana przez męża.

- Lily – mruknął starszy Rogacz i zaczął lekko bić po policzku. Lily I otworzyła oczy – Co się stało?

- Zemdlałaś – rzekł jej mąż.

Nagle Hermiona wydała z siebie zduszony okrzyk i wska­zała ręką koniec korytarza.

- Patrzcie! – W głębi korytarza coś zamigotało. Podeszli wolno, wy­ciągając szyje, żeby coś zobaczyć w ciemności. Między dwo­ma oknami na ścianie nabazgrane były wielkimi literami słowa, migocące lekko w mdłym świetle pochodni:

KOMNATA TAJEMNIC ZOSTAŁA OTWARTA.

STRZEŻCIE SIĘ, WROGOWIE DZIEDZICA.

- CO TAKIEGO?! – zawołali przerażonym głosem goście z przeszłości oraz tych, co nie widzieli. Ginny ryknęła płaczem, a Harry próbował ją uspokoić, tak samo, jak Molly, a bracia siostry mieli łzy w oczach.

- Ginny strasznie to przeżywa – mruknął młodszy Łapa do rodziców Harry'ego – a nie chce powiedzieć. Coś mi tu śmierdzi.

- Co to... co tu wisi pod spodem? – zapytał drżącym szeptem Ron. Zbliżyli się jeszcze bardziej i Harry nagle się pośliznął: na posadzce było pełno wody. Ron i Hermiona złapali go w ostatniej chwili, bo byłby się przewrócił. Wyciągnęli szyje i spojrzeli na ciemny kształt pod napisem. Nie musieli długo się przyglądać. Wszyscy troje odskoczyli od ściany, wpada­jąc w kałużę.

Filch warknął.

Do uchwytu na pochodnię za własny ogon przywiązana była Pani Norris, kotka woźnego. Była zupełnie sztywna, a jej wielkie oczy wpatrywały się nieruchomo w ciemność.

- Czy ona nie żyje? – spytała Lisa.

- Nie, została spetryfikowana – odparł Ron.

Przez kilka sekund żadne z nich się nie poruszyło. Potem Ron powiedział:

- Zmywamy się stąd.

- A nie powinniśmy spróbować... jakoś pomóc... – zaczął Harry nieśmiało.

- Zaufaj mi – szepnął Ron – Chcesz, żeby ktoś nas tu zobaczył?

- Widzisz głupolu, to nie była nasza wina! – warknął Harry na Argusa.

Ale było już za późno. Usłyszeli harmider, przypominający odległy grzmot. Uczta właśnie się skończyła. Z obu końców korytarza dobiegł ich stukot setek stóp wspinają­cych się po schodach i rozradowany gwar dobrze najedzo­nych ludzi. W następnej chwili na korytarz z obu stron wlał się strumień uczniów. Gwar, śmiechy, odgłos kroków – wszystko to nagle ucichło, kiedy zauważono wiszącą kotkę. Harry, Ron i Her­miona stali samotnie w przerwie między dwoma oniemia­łymi grupami uczniów, którzy cisnęli się do przodu, by lepiej zobaczyć ponure widowisko.

Draco zbladł.

I wówczas ktoś krzyknął:

- Strzeżcie się, wrogowie Dziedzica! Ty będziesz na­stępna, szlamo! – To był Draco Malfoy. Przepchał się przez tłum i stanął w pierwszym rzędzie. Jego zimne oczy zapłonęły, a zwykle bladą twarz pokrył rumieniec, kiedy uśmiechnął się mściwie na widok nieruchomego kota, wiszącego tuż przy ścianie na własnym ogonie.

Scorpius przyłożył swemu ojcu.

- Jak śmiesz bić swojego ojca! – krzyknęła Narcyza.

- Ojca, który jest kretynem i idiotą. Mam gdzieś takiego ojca! – warknął Scorpius – Który myśli, że jest fajny, a jest skurwysynem i cieszy się, że kot sobie wisi, jest sadystą, a nie człowiekiem i do tego po raz kolejny obraża mugolaki!

- To było w drugim klasie, idioto! – zawołał Draco, trzymając się za policzek.

- I myślisz, że teraz przyjdę do Ciebie i pogłaszcze Cię po główce? Teraz masz okazję przeprosić mamę i inne mugolaki – stwierdził Scorpius – Co, boisz się, że twoi goryle, mops Pikachu i ta gorylica i twój kochany tatuś nie będą zadowoleni?

- Zamknij się! – warknął Draco.

- Głupi i głupszy nie wiem, który z was jest tym głupszym – rzekł Scorpius, pokazując na ojca i dziadka.

- Zostaniesz wydziedziczony z rodu Malfoy'ów, że poślubiłeś tą półkrwi szlamę! – zawołał Lucek.

- A wiesz, gdzie możesz sobie wsadzić to wydziedziczenie dziadziusiu? W dupę! – warknął Scorpius.

- Ty mały smarkaczu! – krzyknął Lucek i go zaatakował, ale Scorpius ominął zaklęcie i go kopnął, że wyleciał z Wielkiej Sali.

- Aaaaaaaaaaaaaaaa!!! – krzyczał Lucek, a ten jeszcze zrobił salto w przód.

- Jeszcze ktoś? – spytał Scorpius – Ten, jak to nazywacie szlama – powiedział, pokazując na Sebastiana – nauczył nas kung-fu i karate, więc darujcie sobie! Mistrzowie jak mi poszło? – spytał Scorpius i ukłonił się Sebastianowi i Molly II.

- Bardzo ładny kop. Jak to oceniasz sensei? – spytał się Molly.

- Zgadzam się tobą – odparła Molly II. Nikt się nie ruszył, nawet goryle.

- Grzeczne dzieci – oznajmił Scorpius i usiadł na miejsce, wciągnął Rose na kolana i patrzyli sobie w oczy.

- Koniec rozdziału – oznajmiła Samanta.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...