piątek, 6 stycznia 2023

Rozdział 10 Komnata

 

Bardzo rano grupka dziewcząt kobiet udała się do pustej komnaty, gdzie dziewczyny urządziły kwaterę swojego Zakonu Sióstr Wojowniczek. Dzisiaj była uroczysta, ponieważ dziewczyny i kobiety chciały wstąpić do wyżej wymienionego zakonu.

 - Uklęknijcie na jedno kolano – powiedziała Victoire, więc kobiety i dziewczyny posłusznie uklękły – Siostry wojowniczki, czy przysięgacie, że będziecie chronić siebie swoje siostry, swoich mężczyzn i rodzinę w razie niebezpieczeństwa?

 - Przysięgamy! – krzyknęły i rozbłysło światło na te, co przysięgały, a na ich pierścieniach i bransolecie powstał herb Zakonu Sióstr Wojowniczek.

 - Od tej chwili jesteście siostrami wojowniczkami! – zawołała Victoire i po kilku godzinach narady co teraz robić z dyrektorem i innymi ludźmi, czyli gangiem fretki i irytujących ludzi, udali się do Wielkiej Sali i zaczęli czytać nowy rozdział.

 W tym samym czasie.

 Bardzo rano grupka mężczyzn i chłopaków udali się do pokoju życzeń, gdzie mężczyźni mieli uczyć chłopaków grać na instrumentach, ale wcześniej była uroczystość, ponieważ mężczyźni i chłopaki chcieli wstąpić do Zakonu Braterstwa.

 - Uklęknijcie na jedno kolano – powiedział Teddy, więc nowi chłopcy i mężczyźni posłusznie uklękli – Bracia, czy przysięgacie, że będziecie chronić siebie, swoich braci, swoje kobiety i rodzinę w razie niebezpieczeństwa?

 - Przysięgamy! – powiedzieli i rozbłysło światło na tych, co przysięgali. Na ich naszyjnikach powstał herb Zakonu Braterstwa.

 - Od tej chwili jesteście w Zakonie Braterstwa – oznajmił Tedd, a później zaczęli uczyć ich grać na instrumentach. Po kilku godzinach udali się do Wielkiej Sali i zaczęli czytać nowy rozdział. - Ja chce czytać – odezwała się Samanta.

 Rozdział dziesiąty

 Złośliwy tłuczek

 Od czasu katastrofalnego incydentu z chochlikami profesor Lockhart unikał przynoszenia do klasy żywych stworzeń. Zamiast tego czytał im na głos urywki ze swoich książek, a czasami inscenizował bardziej dramatyczne wydarzenia. Do tych rekonstrukcji wydarzeń wybierał zwykle Harry'ego; jak dotąd zmusił go do odegrania prostego wieśniaka z Transylwanii, którego wyleczył z Uroku Poplątania Języka, yeti z przemarzniętą głową i wampira, który po spotkaniu z Lockhartem zaczął jeść wyłącznie sałatę.

 - No jebnę mu! – warknął młodszy Regulus. Niektórzy spojrzeli na niego dziwnie – No co? Działa mi na nerwy – odparł.

 - Nas też – dodała większość ludzi na sali.

 W trakcie ostatniej lekcji Obrony Przed Czarną Magią Harry został wyciągnięty przed całą klasę i zmuszony do odgrywania wilkołaka. Gdyby nie miał szczególnego powodu, by nie denerwować Lockharta, na pewno by się na to nie zgodził.

 - Wspaniałe wycie, Harry... o to właśnie chodzi... no i... uwierzcie mi na słowo, wówczas go rąbnąłem... o, tak... przydusiłem do podłogi... tak... jedną ręką... a drugą przyłożyłem mu różdżkę do gardła... a później wytężyłem resztkę sił i rzuciłem na niego bardzo złożone zaklęcie homomorficzne... wydał żałosny jęk... no, proszę, Harry... trochę wyżej... dobrze... i futro znikło... kły zmalały... i zamienił się z powrotem w człowieka.

 - Ten goguś pokonał wilkołaka? Serio? Jakoś w to nie wierzę. Tak samo jakby wujek Percy przestał się przechwalać, że był najlepszym prefektem w historii Hogwartu – stwierdził Louis. Dziewczyny z przyszłości nagle zbladły i przytuliły się mocno do swojego męża.

 - Czemu jesteście takie blade? – spytała Parvati.

 Proste, ale skuteczne... i oto jeszcze jedna wioska zapamięta mnie na zawsze jako bohatera, który uwolnił ją od straszliwych napaści wilkołaka – Zabrzmiał dzwonek i Lockhart zerwał się na równe nogi – Praca domowa: napisać poemat o moim zwycięstwie nad wilkołakiem z Wagga Wagga! Autor najlepszego utworu otrzyma egzemplarz Mojego magicznego ja z moim własnoręcznym podpisem!

 - Niech on się w końcu zamknie – oznajmiła młodsza Lily I.

 Klasa pustoszała. Harry wrócił w najdalszy kąt, gdzie czekali na niego Ron i Hermiona.

 - Poczekajcie, aż wszyscy wyjdą – szepnęła nerwowo Hermiona – No dobra... – Zbliżyła się do biurka Lockharta, ściskając w ręku kartkę. Harry i Ron podeszli tuż za nią.

 Hermiona uśmiechnęła się szeroko do wszystkich, a następnie zaczęła sobie oglądać swoje palce, gdzie miała hybrydowe paznokcie.

 - Ee... panie profesorze... – wyjąkała Hermiona.

 - Eee... ty Blond idioto... – wyjąkał Hugo.

 

- Chciałam... no... wypożyczyć tę książkę z biblioteki. Lektura uzupełniająca – Wyciągnęła kartkę nieco drżącą ręką – Tylko że ona jest w dziale Książek Zakazanych, więc muszę mieć pozwolenie któregoś z profesorów... Jestem pewna, że pomoże mi lepiej zrozumieć to, co pan napisał w książce Jak zaprzyjaźnić się z ghulami o wolno działających truciznach...

 

- Dobra jest – szepnęła Padma.

 

- No pewnie, że jest niezła, bo to moją żoną – powiedział Ron dumny z żony, a ta pocałowała go w policzek.

 

- Ach, Jak zaprzyjaźnić się z ghulami! – rozpromienił się Lockhart, biorąc od Hermiony kartkę i uśmiechając się do niej szeroko – To chyba moja ulubiona książka. Podobała ci się?

 

- Och, tak... – odpowiedziała gorliwie Hermiona – Zwłaszcza to, jak pan uwięził jednego ghula w czajniczku do herbaty... Niesamowicie sprytne...

 

- On po prostu lubił się przechwalać – stwierdziła Hermiona, bo Ron już otwierał usta, a ta mordowała go wzrokiem.

 

- No cóż, jestem pewny, że nikt nie będzie miał do mnie pretensji, jeśli troszkę pomogę najlepszej uczennicy w mojej klasie – powiedział Lockhart ciepło i wyciągnął swoje olbrzymie pawie pióro – Ładne, prawda? – dodał, źle zrozumiawszy minę Rona.

 

- Byłeś zazdrosny – zaczęła chichotać i przejechała ręką do jego policzku.

 

- Nawet nie wiesz, jak bardzo – mruknął Ron.

 

Zwykle podpisuję nim książki – Złożył na kartce olbrzymi podpis z wielkim zawijasem i wręczył ją Hermionie.

 

Wszystkim opadły szczęki.

 

- On to podpisał! – jęknął Horacy. Hermiona uśmiechnęła się do Horacego.

 

- Wiesz, co kochana powinnaś być w Slytherinie – oświadczyła Daphne – To było istnie ślizgońskie.

 

- Tiara wahała się między Gryffindorem a Ravenclaw – powiedziała pani Weasley. - Dobrze, że wylądowałaś w Gryffindorze – stwierdził Ron.

 

- No więc, Harry – powiedział Lockhart, kiedy Hermiona złożyła kartkę drżącymi palcami i wsunęła ją do torby – Jutro mamy pierwszy w tym sezonie mecz quidditcha, prawda? Gryffindor przeciwko Slytherinowi, tak?

 

Harry spojrzał na Draco i uśmiechnął się szeroko, a ten się skrzywił.

 

Słyszałem, że jesteś niezłym graczem.

 

- On mówi, że jest niezłym graczem! – krzyknęli Gryfoni, Puchoni i Krukoni oraz Astoria, Daphne i Tracy z niedowierzaniem – On jest najlepszym graczem – wskazali na Harry'ego.

 

- E, tam bez przesady – mruknął Harry i zarumienił się.

 

Ja też byłem kiedyś szukającym. Zaproponowali mi udział w drużynie narodo­wej, ale wolałem poświęcić się walce z ciemnymi siłami. Gdybyś jednak chciał, żebym z tobą trochę potrenował, nie wahaj się poprosić. Zawsze chętnie dzielę się moim doświad­czeniem z mniej wyrobionymi graczami...

 

Huncwoci w dwóch wersjach i Frank oraz Fabian z Gideonem opluli siebie i ryknęli śmiechem.

- On miał propozycje w drużynie narodowej? On był tak beznadziejny, że po prostu brak mi słów!!

 

- Ty powinieneś kłaniać mu się w pas, czyścić mu buty i jego sprzęt, idioto – oznajmiła Victoire.

 

Harry mruknął coś niezrozumiałego i szybko wyszedł za Ronem i Hermioną.

 

- Nie mogę w to uwierzyć – powiedział, kiedy wszyscy troje przyglądali się podpisowi na kartce – Na­wet nie spojrzał, jaką książkę chcesz wypożyczyć!

 

- Bo on jest kompletnie odmóżdżony – stwierdził krótko Ron.

 

- Jest kochana – stwierdziła Luna i popatrzyła na Rolfa i uśmiechnęła się do niego.

 

- Wiem! – burknęła Hermiona.

 

- Grunt, że mamy to, o co nam chodziło.

 

- Wcale nie jest kompletnie odmóżdżony – rzuciła ostro Hermiona, kiedy pędzili do biblioteki.

 

- Ach ta szkolna miłość! - westchnęli teatralne Fred i George.

 

- Bo powiedział, że jesteś najlepszą uczennicą w jego klasie, tak? – Ucichli, wchodząc do przesyconej senną atmosferą bib­lioteki. Pani Pince, bibliotekarka, była chudą, drażliwą ko­bietą przypominającą niedożywionego sępa.

 

- I dziewczyną Argusa Filcha, najprzystojniejszego pracownika w Hogwarcie – dodał Jared.

 

- Z tego naprawdę wyjdą pięknie dzieci – dodał James II.

 

- Irma jest w ciąży? – spytał Irytek, który przyleciał – No, Argus nie wiedziałem, że z Ciebie taki ogier. Argusiku mogę być ojcem chrzestnym? Wiesz twój chłoptaś i ja to najlepsi przyjaciele, Irma – Prince i Filch mordowali Irytka, Jareda i Jamesa II wzorkiem bazyliszka i gdyby nie to, że zrobili się czerwoni jak burak, przestraszyliby się.

 

- Najsilniejsze eliksiry? - powtórzyła podejrzliwie, próbując wziąć kartkę od Hermiony, która nie chciała jej puścić.

 

- Zastanawiałam się, czy nie mogłabym jej sobie za­trzymać – wypaliła, wstrzymując oddech.

 

- Och, daj spokój – powiedział Ron, wyrywając jej kartkę i podając pani Pince – Zdobędziemy ci nowy autograf. Lockhart podpisze wszystko, o co go poprosisz!

 

- Nie chce już jego autografu – mruknęła Hermiona – Ja już mam, co chcę – i popatrzyła na swoją obrączkę ślubną i pierścień rodowy kobiecy rodu Weasley'ów i uśmiechnęła się do Rona.

 

- Ja chce twój autograf – powiedział Ron.

 

- Nie, bo ja chce twój – odpowiedziała Hermiona.

 

Pani Pince przyjrzała się kartce uważnie, jakby chciała wykryć jakieś oszustwo, ale oględziny wypadły pomyślnie. Zniknęła między wysokimi półkami i kilka minut później wróciła, niosąc wielki, omszały tom. Hermiona włożyła go ostrożnie do torby i opuścili bibliotekę, starając się nie iść za szybko, aby nie wyglądać zbyt podejrzanie.

 

Złota trójca uśmiechnęli się szeroko do Prince.

 

- Pani bibliotekarko, to nie nasza wina, że Lockhart jest kretynem – powiedział Ron.

 

- My to tylko wykorzystaliśmy – stwierdził Harry.

 

- To wina pana dyrektora, że przyjął Lockharta na stanowisko Obrony Przed Czarną Magią – oznajmiła jej Hermiona, patrząc na nią z uśmiechem, a później zaczęła dotykać kolczyki Rona, który miał w uszach i uśmiechała się erotycznie do niego.

 

- Myślę, że dyrcio chciał zrobić na złość Snape'owi – powiedziała Ginny, która robiła dokładnie to samo z kolczykami Harry'ego i tak samo się do niego uśmiechała – Wiesz, że wyglądasz jeszcze bardziej seksy?

 

- Irytował nawet profesor Sprout, to już coś znaczy – stwierdził Seamus – Podoba Ci się mój kolczyk? – spytał Susan.

 

- Bardzo – odpowiedziała Susan.

 

- Nie mogę uwierzyć, że sobie to zrobiłeś Seamus – powiedziała Allison. Seamus uśmiechnął się szeroko.

 

- Nie mamo – oznajmili synowie Molly I, gdy ta otwierała usta.

 

- Nawet nie wiecie, co chciałam powiedzieć!

 

- Ściągnijcie te kolczyki z uszów – oznajmili jej synowie – albo może przytnijmy te włosy.

 

- Nie mamusiu, wygląda bardziej seksy.

 

- Daj spokój Molly – rzekł Artur.

 

- Dobra już! – warknęła pani Weasley.

 

Pięć minut później zabarykadowali się w nieczynnej to­alecie Jęczącej Marty. Ron nie był zachwycony wyborem miejsca, ale Hermiona dowodziła, że nikt tu na pewno nie wejdzie, więc będą mogli spokojnie przejrzeć książkę. Jęczą­ca Marta zawodziła hałaśliwie w swojej kabinie, ale nie zwracali na nią uwagi, a ona na nich.

 

- Oni to naprawdę robią – oznajmił Horacy szoku.

 

- Wybitny z eliksirów, to tak! – ucieszyła się młoda Pani Weasley.

 

- Nie mogę w to uwierzyć, że się założyłaś w Slughornem – rzekł Dean – Rozumiem Harry'ego albo Rona, ale, że ty zmieniłaś się i stałaś się jedną z najpiękniejszych lasek w szkole.

 

- Dziękuję Dean, że tak myślisz – odparła zarumieniona Hermiona – bo czuję się laską, a ty na pewno znajdziesz sobie dziewczynę, Dean. Trzymam kciuki za Ciebie.

 

Hermiona otworzyła Najsilniejsze eliksiry i wszyscy troje pochylili się nad poplamionymi od wilgoci kartami. Trudno się było dziwić, że były w dziale Książek Zakazanych, bo natychmiast natrafili na recepty eliksirów o skutkach tak makabrycznych, że dreszcz przechodził po plecach, natknęli się też od razu na kilka bardzo nieprzyjemnych ilustracji, w tym jedną, która przestawiała człowieka wywróconego na lewą stronę, i drugą, na której była wiedźma z kilkoma parami rąk wyrastającymi z głowy.

 

- Nie dziwię się, że ta książka jest dziale ksiąg zakazanych! – odezwała się Lavender.

 

- Jest! – krzyknęła Hermiona, kiedy znalazła stro­nę z wytłuszczoną nazwą Eliksiru Wielosokowego. Ilustracje ukazywały ludzi w trakcie zmieniania się w inne osoby. Harry miał nadzieję, że przerażające grymasy bólu na ich twarzach są jedynie wymysłem autora.

 

- To najbardziej skomplikowany eliksir, o jakim kie­dykolwiek słyszałam – powiedziała Hermiona, kiedy za­poznała się z receptą.

 

- Taki był – mruknęła Hermiona.

 

- Muchy siatkoskrzydłe, pijawki, ślaz, rdest ptasi... – mruczała, przesuwając palec wzdłuż listy ingrediencji – No, ale nie będzie trudności, to wszyst­ko jest w naszym kredensie, możemy sami wziąć. Oooch, zobaczcie, sproszkowany róg dwurożca... Nie mam pojęcia, skąd to weźmiemy... Skórka boomslanga... to taki jadowity wąż afrykański... to też będzie problem... No i oczywiście odrobinę tego kogoś, w kogo się chcemy zmienić.

 

Horacy uśmiechnął z się drwina.

- Na pewno Ci się nie uda Weasley.

 

- Pożyjemy, zobaczymy, panie profesorze – odpowiedziała Hermiona – Ten gość działa mi na nerwy. Jeszcze mu szczęka opadnie, jeszcze mówi, że nie potrafię. Dobre sobie. Będzie mnie przepraszać – mówiła sama do siebie Hermiona, a później uśmiechnęła się szeroko do profesora i zrobiła niewinną minkę.

 

- Panie profesorze, żeby Pan się nie zdziwił – stwierdził Harry.

 

- Że co? – żachnął się Ron – Co rozumiesz przez odrobinę kogoś, w kogo się chcemy zmienić? Nie wypiję niczego, w czym będą paznokcie Crabbe'a... – Hermiona mówiła dalej, jakby go w ogóle nie usłyszała.

 

- Na razie nie musimy się tym martwić, bo ten skład­nik dodaje się na samym końcu...

 

Narcyza patrzyła na Hermionę nie z pogardą, tylko z podziwem.

 

Ron odwrócił się w milczeniu do Harry'ego, ale on miał inne wątpliwości.

 

- Hermiono, zdajesz sobie sprawę, ile rzeczy będziemy musieli gdzieś ukraść? Skórki tego boomslanga na pewno nie znajdziemy w naszej szafie. Co zrobimy? Włamiemy się do gabinetu Snape'a i skorzystamy z jego prywatnych zapa­sów? Nie wiem, czy to najlepszy pomysł...

 

- To jest najlepszy pomysł! – zawołał młodszy Łapa.

 

Hermiona zatrzasnęła księgę.

 

- No cóż, jeśli wy dwaj pękacie, to dajmy sobie spokój – Na policzki wystąpiły jej różowe plamy, a oczy były jaśniejsze niż zwykle.

 

- I Hermiona mówi, że Harry i Ron pękają i jeszcze ich namawia do łamania zasad – powiedzieli Fred i George i podeszli do Hermiony.

 

- Jestem córką Jamesa Pottera – powiedziała dumna Hermiona, a oni ją przytulili, wycierając prawdziwe łzy wzruszenia – No już moi braciszkowie, kocham was.

 

- Nazwałaś nas braciszkami.

 

- Molly i Artur są moimi rodzicami, a ja jestem ich córką, a oni są waszymi rodzicami, więc jesteśmy rodziną, a wy moim rodzeństwem. Mam rację mamusiu i tatusiu? – spytała Molly Artura Hermiona, patrząc na nich z nadzieją.

 

- Tak, kochanie – odpowiedziała pani Weasley – Jesteś naszą córką, a my twoimi rodzicami – Artur pokiwał głową, zgadzając się z żoną.

 

- Znacie mnie, ja nie lubię łamać szkolnego regulaminu, ale uważam, że grożenie tym spo­śród nas, którzy mieli nieszczęście urodzić się w rodzinie mugoli, jest o wiele gorsze niż uwarzenie jakiegoś skomplikowanego napoju.

 

- Nie pozwolisz mnie skrzywdzić, prawda? – spytała Hermiona z nadzieją, patrząc na Rona.

 

- Nie pozwolę – odpowiedział jej takim głosem, że zrobiło jej się gorąco i przejechał po jej znaku, aż ta westchnęła i miała rozmarzona twarz, zamykając przy tym błogo oczy.

 

- Jak tu jest gorąco – mruknęła słabo, bo była napalona na Rona. Oddychała się kilka razy i machała rękami, żeby był wiatr i żeby się uspokoić i ściągnęła ramoneskę. Pod spodem miała bluzkę skórzaną na jedno ramię. Odgarnęła włosy, żeby wszyscy widzieli jej znak na szyi i uśmiechnęła się szeroko do wszystkich. Ci, którzy nie mieli dziewczyn zaczęli się na nią gapić. Zaschło im w gardle i musieli się napić i cały czas patrzyli na nią i nie trafiając szklanką do ust, wylewając na siebie napój.

 

- Ty mała diablico! Zrobiłaś to specjalnie – powiedział Ron rozbawiony z sytuacją.

 

- To nie ja – broniła się Hermiona – Ja nic im nie zrobiłam i to nie moja wina, że oni nie umieją pić.

 

- Oj Hermiono, zrobiłaś! – chichotała Luna – Jesteś jedną najładniejszych dziewczyn w Hogwarcie – Jesteś laska.

 

- Twoja mowa ciała jest inna – oznajmiła z rozbawieniem Minne – Po prostu ich nieświadomie zaczarowałaś.

 

- Przykro mi chłopcy, ale nie jestem zainteresowana wami. Moje serce należy do Rona. Przykro mi – rzekła Hermiona i przytuliła się mocno do Rona.

 

Ale jeśli nie chcecie się dowiedzieć, czy to Malfoy, to pójdę prosto do pani Pince i oddam jej tę książkę...

 

- I jeszcze ich szantażuje – powiedziała Parvati w szoku, patrząc na Lavender, która też patrzyła na nią w szoku.

 

- Nigdy bym nie pomyślał, że dożyję dnia, w którym będziesz nas namawiać do łamania regulaminu – powie­dział Ron.

 

- Ten słodki i niewinny widok to tylko przykrywka. Hermiona łamie zasady częściej niż my – parsknął śmiechem Ron.

 

- Oj tam, nie przesadzajmy – mruknęła zawstydzona młodsza pani Weasley.

 

- Dobra, zrobimy to. Ale bez paznokci, dobrze?

 

- Ile na to potrzeba czasu? – zapytał Harry, kiedy Hermiona, wyraźnie szczęśliwsza niż przed chwilą, ponow­nie otworzyła księgę.

 

- I jeszcze się cieszy jak głupia, Granger – rzekł starszy Severus.

 

- Ile mam Ci powtarzać, że nazywam się Weasley! – odparowała Hermiona.

 

- No więc... ślaz trzeba zrywać w pełnię księżyca, a te muchy siatkoskrzydłe muszą się warzyć przez dwadzieścia jeden dni... Jeśli uda nam się zebrać wszystkie składniki, to może potrwać około miesiąca.

 

- Miesiąca? – skrzywił się Ron – Do tego czasu Malfoy może zaatakować połowę mugolaków w szkole!

 

- To nie ja idioto! – warknął Draco.

 

- Wtedy nie wiedzieliśmy – mruknął Ron.

 

Hermiona zmrużyła niebezpiecznie oczy, więc szybko do­dał:

- No tak, ale to najlepszy plan, jaki mamy, więc do dzieła, moi drodzy, do dzieła! – Lecz kiedy Hermiona wychyliła głowę z toalety, spraw­dzając, czy mogą wyjść, mruknął do Harry'ego:

 

- Byłoby o wiele mniej kłopotów, gdyby ci się jutro udało zrzucić Malfoy'a z miotły.

 

- Jak śmiesz – wysyczał Draco.

 

W sobotę rano Harry obudził się wcześnie i leżał, rozmyśla­jąc o zbliżającym się meczu quidditcha. Trochę się dener­wował, głównie z powodu tego, co powie Wood, jeśli Gryfoni przegrają, ale i z powodu wizji przeciwników śmigają­cych na najszybszych miotłach wyścigowych, jakie można kupić.

 

- Harry jesteś diamentem – powiedział Oliver – Prawdziwym diamentem.

 

- Dzięki, Olivier! – uśmiechnął się do kumpla.

 

Jeszcze nigdy tak nie pragnął zwyciężyć Ślizgonów. Pozwolił sobie na pół godziny takich niewesołych rozmy­ślań, a potem wstał, ubrał się i zszedł na wczesne śniadanie. W Wielkiej Sali zastał już resztę drużyny Gryfonów siedzą­cych w małej grupce przy długim, pustym stole. Twarze mieli dość ponure i rzadko się do siebie odzywali.

 

- Ej, a co to za miny? – powiedział zdumiony starszy Łapa – Mój Rogaś złapie znicz i będzie po sprawie.

 

Przed jedenastą cała szkoła zaczęła się gromadzić na stadionie. Był parny dzień, burza wisiała w powietrzu. Ron i Hermiona przybiegli, by życzyć Harry'emu szczęś­cia, kiedy wchodził do szatni. Drużyna włożyła szkarłatne szaty Gryfonów i usiadła, by wysłuchać ostatniej prze­mowy Wooda.

 

- Jestem zakochany w Katie – oznajmił Jared rozbawionym głosem – Uf, od razu mi lepiej, że to wam powiedziałem – A siostry wojowniczki, bo Katie też do tego stowarzyszenia należy i dziewczyny z przeszłości i przyszłości zaczęły chichotać, a chłopaki mężczyźni parsknęli śmiechem.

 

- Wiemy! – krzyknęła reszta drużyny, a Oliver i Katie spalili buraka.

 

- To, jak mamy do Ciebie mówić Katie? – spytała Angelina rozbawionym głosem – Skoro Oliver jest profesorkiem, to ty będziesz profesorką czy psorką? – I zrobiła niewinną minkę i wtuliła się w George'a. Oliver i Katie mordowali wzrokiem czarnoskórą panią Weasley, bo większość ludzi parsknęła śmiechem.

 

- Ślizgoni mają lepsze miotły – zaczął – i trudno temu zaprzeczyć. Ale my mamy lepszych ludzi na naszych miotłach. Trenowaliśmy ostrzej, lataliśmy w każdą pogodę.

 

- ("Nie da się ukryć" – mruknął George Weasley. "Od sierpnia nie udało mi się porządnie wyschnąć").

 

- I co Weasley błotko smakowało? – spytała z drwiną Mariette.

 

- Możesz się zamknąć? – powiedziała Angelina.

 

- i spra­wimy, że pożałują dnia, w którym ten wstrętny smark Malfoy wkupił się do ich drużyny.

 

- Wood nie jestem żadnym smarkiem! – warknął Draco.

 

- Smarkiem może nie, ale fretką już tak – powiedział Harry.

 

- Potter zabiję Cię!

 

- Żebym ja Cię nie zabiła, Dracze! – odparowała Ginny.

 

- Ty się martw czy twoi teściowie nie zabiją ciebie, kiedy się dowiedzą, co zrobiłaś na swoim pierwszym roku! – drwiła Cho.

 

- Moim zdaniem zrobią wszystko, żeby ich synuś uwolnij się od takiej, która jest niegodna ich wspaniałego synusia – dodała Mariette. Ginny zbladła.

 

- Nie wrócę do Ciebie Chang! – warknął Harry – Jak mogłem być takim idiotą i zakochać się w takiej dziewczynie. Ginny jest piękniejsza, potężniejsza i jest silna oraz jest mnie godna w przeciwieństwie do Ciebie Cho. Nigdy mnie nie kochałaś, tylko wypytałaś mnie o...

 

- Chwila moment czy ty zakochałeś się w tej dziewczynie? – spytał młodszy Rogacz.

 

- Niestety – odpowiedział Harry – i beznadziejnie całujesz, Cho.

 

- I jeszcze się z nią całowałeś? – spytała młodsza Lily.

 

- Tak, czułem, jakbym całował morze – mruknął Harry i się skrzywił. Cho rzuciła się na niego, żeby i wydrapać mu oczy.

 

- PANNO CHANG! – ryknął profesor Flitwick, ale Ginny stanęła przed Harrym i wykręciła jej rękę, a w chwilę potem Cho leżała na ziemi.

 

- PANI POTTER! – krzyknęła Minne.

 

- To ona zaczęła – powiedziała Ginny i ściągnęła ramoneskę. Miała na sobie skórzaną bluzkę na jedno ramię, skórzane spodnie świetnie dopasowane do jej nóg i wysokie szpilki wiązane, a na szyi widniał znak – Jeszcze ktoś chce coś powiedzieć! – warknęła Ginny.

 

- Ja pani Potter – oznajmił Harry, który podniósł rękę do góry – że pięknie pani dzisiaj wygląda.

 

- Dziękuję panie Potter – i usiadła mu na kolana, po czym wtuliła się w niego. Nie wracała uwagi, że chłopacy znowu nie trafili do buzi pucharem z wodą i znowu się oblali.

 

- Ech, najpierw Weasley teraz Potter – westchnęła Rolanda.

 

Odetchnął ciężko i zwrócił się do Harry'ego.

 

- Harry, musisz pokazać, że nie wystarczy mieć boga­tego ojca, żeby być najlepszym szukającym. Musisz za wszelką cenę złapać znicza przed Malfoy'em, bo ten mecz musimy wygrać. Złap go albo zgiń, próbując złapać.

 

Katie przywaliła mu z całej siły.

- "Złap go albo zgiń, próbując złapać". Pogięło Cię, Wood! – krzyknęła Katie.

 

- Ach ta miłość! – westchnął teatralnie Louis, a Samanta parsknęła śmiechem.

 

- Tylko bez szaleństw, Harry – oznajmili Fred i George puszczając im oko.

 

- Więc bez szaleństw, Harry – mruknął Fred, pu­szczając do niego oko. Kiedy wyszli na boisko, powitał ich wrzask entuzjazmu, bo Krukoni i Puchoni też pragnęli porażki Ślizgonów, ale wśród wiwatów dały się również słyszeć gwizdy i buczenie tych ostatnich.

 

Kobiety i dziewczyny wymieniły spojrzenia i uśmiechnęły się szatańsko, nagle zaczęły jęczeć.

- Uff jak tu jest gorąco. Chyba zaraz się stopie – powiedziały, mając niewinne miny, poruszając przy tym rękami i machając, żeby był wiatr. Męska część widowni przełknęła ślinę.

 

- Ufff zaraz się stopie! – i ściągnęły kurki i były. Miały to samo, co Hermiona i Ginny. Te, które miały znamię, pokazały wszystkim i uśmiechnęły się szeroko do wszystkich. Ci, którzy nie mieli dziewczyny oblali się woda, a te zaczęły chichotać.

 

- Poprawcie spodnie, chłopcy! – na te słowa momentalnie zrobili się czerwoni.

 

- Ty mała diablico, zrobiłaś to specjalnie! – parsknęli śmiechem mężczyźni tych kobiet i dziewcząt.

 

- Może tak może nie! – uśmiechnęły się niewinne i zrobiły niewinne miny.

 

- Kochanie chce takie znaki – powiedziały te dziewczyny, co nie miały i zrobiły słodkie oczka – Proszę!

 

- Będziesz miała – oznajmili im chłopacy.

 

- Te kobiety zachowują się jak napalone nastolatki! - westchnęła Aurora Sinistra.

 

Pani Hooch, nauczycielka quidditcha, po­prosiła Flinta i Wooda, aby sobie uścisnęli dłonie, co zrobili, łypiąc na siebie groźnie i ściskając jeden drugiemu rękę o wiele mocniej, niż to było konieczne.

 

- Na mój gwizdek... – powiedziała pani Hooch – Trzy... dwa... jeden...

 

- I wystartowali! – krzyknęły dwie wersje Łapy i Rogacza.

 

Widownia ryknęła, przynaglając ich do startu, i czterna­stu zawodników wzbiło się ku ołowianemu niebu. Harry poszybował wyżej od innych, rozglądając się za zniczem.

 

- Jak tam, Bliznowaty? – zawył Malfoy, przemyka­jąc tuż pod nim, jakby chciał zademonstrować szybkość swojej miotły.

 

- Bardzo dobrze, bo mam najbardziej niesamowitą żonę, a ty nie! – odparował Harry – i po co ci miotła skoro nie umiesz grać!

 

Harry nie zdążył odpowiedzieć. W tym samym momen­cie ujrzał czarny tłuczek nadlatujący ku niemu z groźnym furkotem; zrobił błyskawiczny unik, ale ciężka piłka mus­nęła mu włosy.

 

- O mały włos! – krzyknęły z ulgą Molly I i dwie wersje Lily I.

 

- Mam go, Harry! - krzyknął George, przelatując koło niego z pałką w ręku, gotów odbić tłuczka w stronę Ślizgonów. Harry zobaczył, jak George uderza z całej siły czarną piłkę, która śmignęła w stronę Adriana Pucey'a, ale nagle zmieniła kierunek i pomknęła z powrotem prosto w Harry'ego.

 

- Tak nie powinno być, prawda? – spytała przerażonym głosem starsza Lily I.

 

Opadł błyskawicznie, aby uniknąć trafienia, a George'owi udało się odbić ją w stronę Malfoy'a. I znowu tłuczek zatoczył ostry łuk, i jak bumerang pomknął ku Harry'emu.

 

- Ten tłuczek atakuje Harry'ego – warknął młodszy Rogacz.

 

Harry nabrał szybkości i poszybował ku drugiemu koń­cowi boiska, słysząc za sobą złowrogi świst ścigającej go piłki. 'Co się dzieje? Tłuczki nigdy nie prześladowały jednego gracza, przeciwnie, ich zadaniem było ugodzenie jak najwię­kszej liczby zawodników...' Na drugim końcu boiska czekał na tłuczka Fred Weas­ley. Harry zanurkował, a Fred odbił piłkę z całej siły.

 

- Mój ty bohaterze – powiedziała Nicole, a Fred I wyszczerzył się.

 

- Masz spokój! – ryknął uradowany Fred. Mylił się. Tłuczek, jakby przyciągany do Harry'ego jakąś magnetyczną mocą, ponownie zatoczył łuk i ruszył ku nie­mu, nabierając szybkości. Nie pozostawało mu nic innego, jak ratować się błyskawiczną ucieczką.

 

- Co tu się dzieje! – krzyknęła Euphemia.

 

Zaczęło padać. Harry poczuł ciężkie krople na twarzy rozbijające się o jego okulary. Nie miał pojęcia, co się dzieje na boisku, póki nie usłyszał Lee Jordana komentującego grę, który oznajmił, że Ślizgoni prowadzą sześćdziesięcioma punktami.

 

Młodzież Ślizgonów się cieszyła.

 

Wspaniałe miotły Ślizgonów najwyraźniej pokazywały, co potrafią, a zwariowany tłuczek wyłączył Harry'ego z gry. Fred i George lecieli teraz tuż przy nim, tak blisko, że widział tylko ich młócące powietrze ramiona. W tych wa­runkach nie miał szans, by wypatrzyć znicza, a co dopiero go złapać.

 

- Ktoś... manipuluje... tym... tłuczkiem... – wydyszał Fred, odbijając czarną piłkę, która ponowiła swój atak na Harry'ego.

 

Hermiona westchnęła. Wiedziała, kto to robił.

 

Wood zorientował się, że coś jest nie tak. Rozległ się gwizdek pani Hooch i Harry, Fred i George dali nurka ku ziemi, przez cały czas opędzając się od ścigającego ich tłuczka.

 

- Co jest? – zapytał Wood, kiedy drużyna Gryfonów zgromadziła się wokół niego – Robią z nas miazgę. Fred, George, gdzie byliście, kiedy tłuczek powstrzymał Angelinę tuż przed bramką?

 

- Ratowaliśmy profesorku Harry'ego! – warknęli w stronę Oliviera.

 

- Byliśmy ze dwadzieścia stóp ponad nią, starając się zapobiec temu, by drugi tłuczek nie uśmiercił Harry'ego – odpowiedział George ze złością – Ktoś zaczarował tę piłkę... nie daje Harry'emu spokoju... ściga tylko jego i to przez cały czas. Ślizgoni musieli coś zmajstrować.

 

- Sorry, dziewczyny – mruknął zarumieniony George do Tracy, Astorii i Daphne.

 

- Przecież od naszego ostatniego treningu tłuczki były zamknięte w gabinecie pani Hooch, a wtedy wszystko było w porządku... – powiedział wyraźnie zaniepokojony Wood. Zobaczyli, że zmierza ku nim pani Hooch. Ponad jej ramionami Harry dostrzegł drużynę Ślizgonów, ryczącą ze śmiechu i wskazującą w jego kierunku.

 

- Widziałam ten mecz. Draco musisz jeszcze poćwiczyć – odezwała się Narcyza – Do Harry'ego jeszcze ci dużo brakuje – Jej syn patrzył na nią zszokowany.

 

- Słuchajcie – powiedział, obserwując zbliżającą się panią Hooch – jeśli wy dwaj będziecie wciąż latać naoko­ło mnie, to mogę złapać znicza tylko wtedy, jeśli sam wpadnie mi do rękawa. Wracajcie do reszty drużyny, a ja sam się zajmę tą bezczelną piłką.

 

- Ani mi się waż! – krzyknęły dwie wersje Lily I oraz Euphemia i Carolina.

 

- Olivier to czyste wariactwo! – jęknęła młodsza Dorcas.

 

- Nie bądź głupi – powiedział Fred – Roztrza­ska ci głowę – Wood namyślał się, patrząc to na Harry'ego, to na Weasley'ów.

 

- Oliverze, to czyste wariactwo – odezwała się Ali­cja Spinnet – Nie możesz pozwolić Harry'emu, żeby sam z nim walczył. Zażądajmy śledztwa...

 

- Jak teraz przerwiemy grę, to stracimy mecz wal­kowerem! – zawołał Harry.

 

- Bo jakiś tam mecz jest ważniejszy od zdrowia mojego syna! – warknęła starsza Lily.

 

- Mamo! – jęknął Harry.

 

- Nie mamuj mi tu! – odparowała młodsza Lily I.

 

- Nie przegramy meczu ze Ślizgonami z powodu jakiegoś zwariowanego tłuczka! Daj spokój, Oliverze, powiedz im, żeby mnie zostawili samego!

 

- To wszystko twoja wina – warknął George w stro­nę Wooda – "Złap znicza albo zgiń, próbując złapać". Co za głupota, mówić coś takiego szukającemu!

 

- Tatuś zawsze był narwany – stwierdziła Samanta.

 

Podeszła do nich pani Hooch.

 

- Jesteście gotowi do dalszej gry? – zwróciła się do Wooda.

 

Wood spojrzał na Harry'ego.

 

- No, dobra – powiedział – Fred, George, sły­szeliście, co powiedział Harry... zostawcie go, niech sobie sam radzi z tłuczkiem.

 

Dwie wersje Lily patrzyła jadowitym wzrokiem na Oliviera.

 

Deszcz rozpadał się na dobre. Na gwizdek pani Hooch Harry wzbił się w powietrze i natychmiast usłyszał za sobą złowieszczy furkot tłuczka. Poszybował wyżej. Wywijał pętle i spirale, nurkował i obracał się wokół osi miotły, starając się nie spuszczać wzroku z czarnej piłki. Grube krople deszczu rozmazywały mu się na okularach i wciskały do nosa, kiedy wisiał głową w dół, unikając kolejnego ataku złośliwej piłki. Słyszał śmiech widowni; wiedział, że musi wyglądać głupio, ale bezczelny tłuczek był ciężki i nie mógł zmieniać kierunku tak szybko, jak on. Zaczął krążyć wokół stadionu, obracając się i wywijając koziołki jak wagonik diabelskiego młyna, zerkając przez srebrne strugi deszczu na słupki bramkowe Gryfonów, gdzie Adrian Pucey próbo­wał właśnie minąć Wooda...

 

Oliver wypiął dumnie pierś.

 

Po świście tuż przy uchu poznał, że tłuczek znowu chybił o włos; zrobił zwrot i poszybował w przeciwnym kierunku.

 

- Trenujesz do baletu, Potter? – ryknął Malfoy, kiedy Harry został zmuszony do wywinięcia zwariowanego młyn­ka w powietrzu, żeby przechytrzyć tłuczka.

 

- Gram w quidditcha w przeciwieństwie do ciebie, bo ty robisz z siebie błazna! – odparował Harry.

 

Piłka ścigała go, furkocąc kilka stóp za nim. Obejrzał się, zmierzył z nienawiścią Malfoya i zobaczył złotego znicza... Wisiał zaledwie parę cali nad lewym uchem Malfoy'a, który naśmiewając się z Harry'ego, nawet go nie zauważył.

 

Ślizgoni mordowali Draco wzrokiem, a ten spalił buraka.

- Twój mężuś as! – parsknął śmiechem Jared.

 

- Dlaczego wyszłam za takiego pajaca, że nawet znicza nie widzi! – jęknęła Astoria – Za wielkiego szukającego się uważa, a ja uważam go teraz za wielkiego pajaca i narcyza.

 

- Greengrass zamknij się! – wysyczał Draco czerwony.

 

- Nie nazywaj mnie tak! – warknęła Astoria.

 

- Ty nawet grać nie umiesz – powiedziała Ginny do Draco i przytuliła Astorię do siebie – Jesteśmy siostrami As i kocham Cię jak siostrę.

 

- Wiem i bardzo się z tego cieszę i ja też cię kocham, jak siostrę.

 

- Nawet Cho jest lepsza od Ciebie Fretko – dodała Luna, mając rozmarzony głos, patrząc się na Rolfa, a ten uśmiechnął się szeroko do niej i puścił do niej oczko, a ta zarumieniła się.

 

- Ktoś tu ma wielbiciela! – zaśmiał się młodszy Łapa.

 

- Och synku musisz jeszcze dużo poćwiczyć – powiedziała słodko Narcyza do syna – Miałeś znicz na wyciągnięcie ręki, a ty jak zwykle musiałeś się popisywać, jaki z Ciebie jest super chłopak. Ja się dziwię, że jakaś dziewczyna Cię chciała i te miotły nic ci nie dają. Przykro mi syneczku, ale niestety nie masz za grosz talentu.

 

- Mój syn Remus by cię pokonał Draco – stwierdził Teddy – a ma tylko 5 lat.

 

- Wkupiłeś się tylko do drużyny, bo twój ukochany tatuś kupił twojej drużynie miotełki! – zadrwiła Rose.

 

- Ty powinieneś tą miotełką zamiatać podłogę, a nie być szukającym dodał z drwiną Hugo.

 

- Panie dyrektorze, a może Draco powinien być sprzątaczką – rzekł James II słodkim głosem.

 

- Razem z Luckiem – dodał z nadzieją dwie wersje Rogacza.

 

- On ma inne zadanie. On ma wejść na najwyższą wieżę i czekać na księcia lub księżniczkę z bajki – odpowiedziała dwie wersje Lily.

 

- Och kto mnie ratuje z ten wieży?! Czekam na księcia! – krzyknęli starszy i młodszy Łapa.

 

- Ja na pewno nie będę Luciana ratować – oświadczyła pani Malfoy – Może Draco będzie chciał ratować swojego tatusia, jeśli znajdzie tę wieżę, prawda synku? Przecież uważasz za najlepszego szukającego – Większościom ludzi opadły szczęki, że Narcyza jedzie po swoim synu z góry na dół.

 

- I nie mam zamiaru zmieniać tych ubrań ani ten biżuterii. Są bardzo wygodne, a ta biżuteria jest piękna i czuje się laska. Wyglądam zabójczo seksownie prawda?

 

Chłopaki pokiwali głowami.

- Gdybym był starszy, to bym się umówił z tobą – stwierdził Antony do Narcyzy.

 

- Ona mogła być twoją matką! – warknęła Lisa i przywaliła mu.

 

- No co? Jest piękną kobietą! – odparował jej.

 

- Ale z Ciebie jest kretyn! – krzyknęła Lisa. Frank II, Hugo, Patrick, Albus i Scorpius popatrzyli na Rose z błyskiem w oku, a ta kiwnęła głową i wyszczerzyła się do teścia.

 

- Draco wiesz, że mama ma rację? Jesteś narcyzem – powiedziała Rose – więc dedykujemy ci tę wspaniałą piosenkę. Chłopaki!! – chłopaki stanęli przy instrumentach i zaczęli grać.

 

- Ciekawe, co tym razem wymyślili – mruknął Ron do Hermiony, całując ją w policzek.

 

- Nie mam pojęcia, ale myślę coś grubego – Rose odwróciła się z gracją. Podeszła do chłopaków, a później się znowu odwróciła z wdziękiem i zaczęła śpiewać.

 




- To ja, Draco Narcyz się nazywam. Przepraszam i dziękuję, ja tych słów nie używam. Jestem piękny i uroczy, popatrzcie w moje oczy. Jestem przecież najpiękniejszy, a na pewno najskromniejszy.

 

Draco zrobił się czerwony, tak samo, jak Lucek i gang fretki, a sala ryknęła śmiechem. Większość z sali leżała ze śmiechu na podłodze.

 

To ja, Draco Narcyz się nazywam. Powodzenia oraz proszę, ja tych słów nie używam. Jestem śliczny jak kwiatuszek, który wabi setki muszek. Niepotrzebne mi podboje, aby wszystkie były moje.

 

- To jest boskie! – krzyknęli ze śmiechu Ron, Harry, Neville, Seamus i Dean. Narcyza uśmiechnęła się szeroko do swoich wnuków, a później popatrzyła na syna i oznajmiła:

 

- Jesteś narcyzem Draco, bo własny syn Ci to udowadnia, grając tę piosenkę.

 

- Zamknij się! – warknął Draco na matkę.

 

- Życzę Ci szczęścia Draco. Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumiesz, iż chce lepiej dla Ciebie. No cóż, muszę zadowolić się córką – oznajmiła suchym głosem i odeszła.

 

Niech dziś mój pocałunek na ustach innej gości, byś mogła się przekonać, jak ona Ci zazdrości. Niech moje słodkie ręce dziś pieszczą innej ciało, byś mogła się przekonać, jak krzyczy, "Mało! Mało!"

 

Draco miał wściekłą minę, tak samo, jak gang fretki oraz Lucek.

 

- Wasza córka jest cudowna – powiedzieli ze śmiechu dwie wersje Huncwotów.

 

- Moja córeczka – oznajmiła dumna Hermiona.

 

- Moja też Hermiona – stwierdziła Astoria.

 

- Moja piękna kochana wnuczka ma piękny głos! – zachwyciły się babcie Lily, Narcyza i Molly i uśmiechnęły się do siebie.

 

Niech dziś mój pocałunek na ustach innej gości, byś mogła się przekonać, jak ona Ci zazdrości. Niech moje słodkie ręce dziś pieszczą innej ciało, byś mogła się przekonać, jak krzyczy, "Mało! Mało!"

 

- Pieszczą Crabbe'a i Goyle'a chyba – stwierdzili Fred, George i Lee, po czym ryknęli śmiechem, a reszta paczki im wtórowała śmiechem. Draco wychodził z siebie i wyciągnął różdżkę tak samo, jak jego ojciec i gang fretki, ale wszyscy krzyknęli.

 

- Experlliamus! – i różdżki wyleciały im z rąk.

 

- To ja, Draco Narcyz się nazywam. Przepraszam i dziękuję, ja tych słów nie używam. Jestem piękny i uroczy, popatrzcie w moje oczy. Jestem przecież najpiękniejszy, a na pewno najskromniejszy.

 

- Oj, biedny Draco! – zadrwiła Astoria – jesteś Narcyzem i twierdzą to moje dzieci. Kocham ich bardzo.

 

- Zamknij się! – warknął Draco do Astorii.

 

Niech dziś mój pocałunek na ustach innej gości, byś mogła się przekonać, jak ona ci zazdrości. Niech moje słodkie ręce dziś pieszczą innej ciało, byś mogła się przekonać, jak krzyczy, "Mało! Mało!"

 

- Crabbe i Goyle krzyczą mało, mało! – wołali Harry i Ron i wybuchli śmiechem.

 

Niech dziś mój pocałunek na ustach innej gości, byś mogła się przekonać, jak ona ci zazdrości. Niech moje słodkie ręce dziś pieszczą innej ciało, byś mogła się przekonać, jak krzyczy, "Mało! Mało!"

 

- Jestem z was dzieci taki dumny! - krzyczał Ron.

 

Niech dziś mój pocałunek na ustach innej gości, byś mogła się przekonać, jak ona ci zazdrości. Niech moje słodkie ręce dziś pieszczą innej ciało, byś mogła się przekonać, jak krzyczy, "Mało! Mało!" Niech dziś mój pocałunek na ustach innej gości. Niech dziś mój pocałunek na ustach innej gości, byś mogła się przekonać, jak ona ci zazdrości. Niech moje słodkie ręce dziś pieszczą innej ciało, byś mogła się przekonać, jak krzyczy, "Mało! Mało!" – i skończyli śpiewać.

 

- I co Dracze, podobała Ci się piosenka? – spytała Rose. Zakon Sióstr wyciągnęły różdżki i wycelowały we Fretkę, Lucka i gang fretki, gdy Ci patrzyli na Rose jadowicie.

 

- Chcecie coś powiedzieć? – spytała Emilly słodkim głosem.

 

- Najlepiej się nie odzywajcie, jeśli chcecie coś złego powiedzieć na temat naszej siostry. Jak to mówią "milczeniem jest złotem" – stwierdziła Alicja II.

 

- Obrazicie jedną z nas, obrażacie wszystkie – rzekła Lily II.

 

- Jesteśmy do tego, zdolne – odezwała się Victoire – żeby was załatwić i wysłać do Munga.

 

- Na waszym miejscu bym sobie odpuścił – rzekł Fred II.

 

- Dziewczyno, ale ty masz głos! – zawołał szoku Bill do Rose.

 

- No – zgodziła się z bratem reszta bracia Weasley.

 

- Bo jesteśmy takie wspaniałe wujaszkowie – oznajmiła Lily II.

 

Przez chwilę Harry zawisł nieruchomo w powietrzu, nie śmiąc pomknąć ku Malfoy'owi w obawie, by ten nie zobaczył znicza.

 

ŁUUP!

 

Wisiał w powietrzu nieruchomo o sekundę za długo. Tłuczek trafił go w końcu, uderzając w łokieć. Harry poczuł, że pęka mu kość.

 

- HARRY JAMESIE POTTERZE! – ryknęły przerażonym głosem dwie wersje Lily, Marlene, a także Dorcas, Mary, Alicja I, Molly I, Euphemia, Carolina, Ginny, Hermiona i jego siostry we wszystkim, oprócz więzów krwi, bo teraz uważał za Lunę, Fleur, Angelinę, Susan, Hannę, Astorię, Katie, Cassidy, Alicję, Daphne, Tracy, Nimfadorę i Gabriele za swoje siostry.

 

- Tatusiu/wujku! – dodały również jego córki i bratanice, patrząc z przerażeniem na Harry'ego. Harry skulił się, gdy popatrzył się na kobiety.

 

Oszołomiony straszliwym bólem, zachwiał się na swojej przemoczonej miotle, zahaczony na niej jed­nym kolanem, z prawą ręką zwisającą luźno przy boku. Tłuczek nadleciał znowu, tym razem godząc prosto w jego twarz. Harry zrobił unik, a w jego otępiałym mózgu koła­tała tylko jedna myśl: dotrzeć do Malfoy'a.

 

- CZYŻ TY ZWARIOWAŁ HARRY/TATO/WUJEK! – ryknęły kobiety i dziewczyny przerażone. Harry popatrzył na swoich braci we wszystkim, oprócz więzów krwi i swoich ojców, wujków, swoich synów i bratanków proszącą miną, żeby uspokoili swoją kobietę, bo bał się nawet odezwać.

 

Ogarnięty bólem zanurkował poprzez mglistą zasłonę deszczu ku tej błyszczącej, drwiącej twarzy i zobaczył oczy rozszerzające się ze strachu: Malfoy pomyślał, że Harry go atakuje.

 

- Co ty... – wydyszał, usuwając się w bok. Harry oderwał od miotły zdrową, lewą rękę i sięgnął nią rozpaczliwie ku złotej piłce. Poczuł jej chłód, zacisnął wokół niej palce, ale teraz ściskał miotłę tylko nogami.

 

- Merlinie! – krzyknęły kobiety i dziewczyny.

 

Widownia ryknęła głośno, kiedy zanurkował prosto ku ziemi, starając się nie spaść z miotły. Z głuchym łoskotem wylądował w błocie i stoczył się z miotły. Prawe ramię zwisało mu pod bardzo dziwnym kątem. Czuł fale porażającego bólu, słyszał – jakby z oddali – jakieś krzyki i gwizdy. Skupił się na zniczu, który ściskał w zdrowej ręce.

 

Większościom ludzi opadły szczęki. Patrzyli na Harry'ego wielkimi oczami i otwartą szczęką.

 

- Rogaś złapał znicz ze złamania ręką – mruknął młodszy Łapa z niedowierzaniem – Rogacz!!!!

 

- MÓJ SYNEK! – ryknęły dwie wersje Rogacza – JESTEM TAKI DUMNY!!!!

 

- Brak mi słów – stwierdzili Fabian i Gideon.

 

- Aha – powiedział, jakby w gorączce – Zwyciężyliśmy. I zemdlał. Kiedy odzyskał przytomność, wciąż leżał na boisku, deszcz siekł go po twarzy. Ktoś się nad nim pochylał. Zobaczył błysk białych zębów.

 

- Nie mówcie, że to ten idiota! – jęknęły dwie wersje Rogacza.

 

- Muszę Cię rozczarować, tatusiu – powiedziała Hermiona – Tak, to ten idiota – Dwie wersje Łapy podeszli do ściany i zaczęli walić głową.

 

- Co tym razem ten pajac znowu wymyślił! – jęknęły dwie wersje Lily, a Harry się skrzywił.

 

- Och, nie... tylko nie to – jęknął.

 

- Nie wie, co mówi – powiedział głośno Lockhart do przerażonego tłumu Gryfonów, cisnących się wokół nich – Nie martw się, Harry. Zaraz ci nastawię ramię.

 

- Ani mi się waż! – warknął Jared.

 

- Nie! – syknął Harry – Nie trzeba, dzięki... – Próbował usiąść, ale ból był trudny do wytrzymania. Usłyszał znajome kliknięcie – Nie chcę żadnego zdjęcia, Colin – powiedział głośno.

 

Colin I zarumienił się.

 

- Leż na plecach, Harry – uspokajał go Lockhart kojącym głosem – To proste zaklęcie... używałem go wiele razy.

 

- Dotknij go tylko, a Cię zamorduje! – warknęła Daphne – No co? Jestem twoją siostrą – i uśmiechnęła się płomienne do Harry'ego.

 

- No pewnie, że tak, Daph – odpowiedział Harry i pocałował ją w policzek, po czym uśmiechnął się.

 

- Lepiej zanieście mnie od razu do szpitala – wyce­dził Harry przez zaciśnięte zęby.

 

- Tak, trzeba go zanieść do szpitala, panie profesorze – powiedział ubłocony Wood, uśmiechając się szeroko, mimo że jego szukający odniósł kontuzję – Wspaniały chwyt, Harry, naprawdę bardzo widowiskowy, chyba twój najlepszy...

 

- Musisz synku jeszcze poćwiczyć – powiedziała Narcyza – bo Harry nawet ze złamaną ręką cię pokonał, a ty miałeś dwie zdrowe ręce i tak dałeś ciała. I najważniejsze: nie być takim palantem, jakim jesteś teraz i musisz ładnie przeprosić Harry'ego i jego przyjaciół. Zrozumiałeś?

 

- Nie będę nikogo przepraszał! – krzyknął Draco – i nie rozumiem co się z tobą dzieje. Od wczoraj jesteś miłośniczką tych....!!!

 

- Nie rozumiesz, nie rozumiesz. Trzeba być ostatnim debilem, żeby nie rozumieć! Debilem skończonym!! - krzyczała pani Malfoy na syna.

 

- Ty jesteś....!!!

 

- No, jaka jestem? Powiedz mi to w twarz! – zawołała Cyzia wściekła.

 

- KOCHANI, USPOKÓJCIE SIĘ! – ryknął Dumbledore. Astoria wstała mając szpilki na wysokim obcasie . Szła z gracją i wdziękiem do Narcyzy. Większość chłopaków, czyli ci, którzy nie mają dziewczyn, nie sądziło, że będą się ślinić na widok piękniej Ślizgonki. Popatrzyła jej w oczy i ją przytuliła, a ta była najpierw zaskoczona, a później się wtuliła – Nie wiem, dlaczego, ale mnie do Ciebie ciągnęło, żeby Cię przytulić.

 

- A ja potrzebowałam twojego przytulenia, kochanie – i pocałowała ją w czoło i Astoria wesnela zadowolonym głosem wtulając się w nią następnie Narcyza uśmiechnęła się do młodszej kobiety.

 

- Jak śmiesz, dziewucho! – krzyknął Lucek. Kobiety spojrzały po sobie i najwyraźniej wpadły jednocześnie na ten sam pomysł. Wyciągnęły jednocześnie różdżki i cisnęły w niego klątwą, ale wcześniej Narcyza warknęła na męża.

- Jeżeli jeszcze raz obrazisz Astorię, która nie mam pojęcia jak, to się stało, że pokochałam ją jak własną córkę, której nigdy nie miałam, to cię załatwię, a nawet nie masz pojęcia, co potrafię!

 

- Więc uspokój się, Lucek, bo ona jest z Blacków i to jest potężny ród – powiedział starszy Łapa.

 

- Mamusia – mruknęła Astoria i przytuliła się do Marlene, po czym popatrzyła na nią – To, że przytuliłam Narcyzę i, że ciągnęło mnie do niej, to nie znaczy, że Cię nie kocham. Ty jesteś moją mamusią 

 

- Wiem o tym kochanie – odpowiedziała – Ja też Cię bardzo kocham i zawsze będziesz moją córeczką.

 

Przez gąszcz nóg Harry zobaczył Freda i George'a Weasley'ów, mocujących się z tłuczkiem, który za nic nie chciał dać się zamknąć w skrzynce.

 

- Odsuńcie się – rozkazał Lockhart, podwijając rę­kawy ciemnozielonej szaty.

 

- Jak go znajdę to go strzelę zaklęciem – powiedziała Luna – bo mnie szlag trafia.

 

- Wiesz co Luna? – stwierdził Rolf – Jesteś niezwykłą dziewczyną – Luna uniosła brwi zaciekawiona – I do tego niezwykle piękną, potężną matką naszych przyszłych dz... – ale nie skończył, bo Luna w jednym momencie znalazła się przy Rolfie i go namiętnie pocałowała w usta.

 

- Wow! – krzyknął oszołomiony Rolf, kiedy Luna oderwała się od ust Scamandera, a następnie ugięły mu się nogi od tego cudownego pocałunku, a ta bez skrupułów usiadła mu na kolanach i się do niego przytulała.

 

- Chce być twoją dziewczyną, a później chce być twoją żoną Scamander, także się przyzwyczajaj – a ten kiwnął głową wyraźnie w szoku od tego pocałunku.

 

- Cudownie pachniesz Rolf, że nie mogę się już opierać twojemu zapachowi – i pocałowała go w policzek.

 

- Mamusiu , tatusiu – powiedziała Luna do rodziców, a konkretniej do Lily I, Jamesa I oraz Artura i Molly I – to jest Rolf, mój chłopak. Rolf to są moi rodzice, a to są moje kochane siostrzyczki, a to są moi braciszkowie – i pokazała swoje przyszywane rodzeństwo – Kochane rodzeństwo to jest Rolf mój chłopak – i znowu go pocałowała w policzek, bo nie mogła się oprzeć.

 

- Wiesz co Luna? – oznajmiła Hanna zszokowana – cały czas mnie zaskakujesz.

 

- Mnie totalnie zatkało – mruknął Neville.

 

- Cicha woda rzeki rwie – rzekł Seamus.

 

- Mamo udusisz tatę – rzekli Lorcan i Lysander, kiedy Luna przytuliła go z całej siły.

 

- Och, przepraszam – mruknęła Luna, a Rolf mruknął słabo.

- Dzięki chłopaki.

 

- A, Rolf nie zapomniałeś o czymś? – spytała Luna i przygryzła wargi, a Rolf pocałował ją w usta, a ta rozpłynęła się nad tym pocałunkiem. Miała jeszcze bardziej rozmarzoną twarz niż zawsze i pokazała.

 

- Jeszcze chce tutaj, panie Skamander – i pokazała policzek, a ten pocałował ją w policzek, a ta westchnęła zadowolona. Mruknął jej.

- Epicko pachniesz, Luna. Nie mogę się już opierać. Czyżby to nasze przeznaczenie?

 

- Ja nie chcę, żebyś się opierał, bo ja chce być twoją żoną, a ty chcesz, żebyś to ty był moim mężem.

- Niech tak będzie – powiedział Rolf, a ta wtuliła się w Rolfa i westchnęła zadowolona.

 

- Nie... nie chcę... – jęknął Harry, ale Lockhart już unosił różdżkę i w chwilę później wycelował ją prosto w jego ramię. Poczuł dziwne i nieprzyjemne mrowienie, najpierw w ra­mieniu, potem coraz niżej, spływające aż do końców palców. W ślad za tym mrowieniem szła jakaś tępa niemoc i pustka, jakby całe ramię było pierwotnie napełnione powietrzem, które teraz z niego uszło.

 

- Czy ten idiota usunął Ci kości!? – krzyknęły matki.

 

- Niestety, ale tak – odpowiedział za niego Seamus.

 

- Tak się zastanawiam czy szczelin go zaklęciem w jaja, w głowę, czy wszędzie – rzekła Lily II.

 

- Ja bym strzeliła wszędzie – mruknęła Susan – To prawda, że jestem twoją siostrą, Harry, że wszystkim oprócz więzów krwi? - spytała z nadzieją Susan.

 

- Oczywiście, siostrzyczko – stwierdził Harry i uśmiechnął się do niej, po czym pocałował ją w policzek.

 

Bał się spojrzeć na swoją rękę, bał się zobaczyć, co z niej zostało. Zamknął oczy, odwrócił głowę w lewą stronę, ale jego najgorsze przeczucia zdały się sprawdzać, bo usłyszał zduszone okrzyki Gryfonów i szyb­kie klikanie aparatu Colina. Ramię już go nie bolało – w ogóle go nie czuł.

 

- Głupi Lockhart! – warknęła Poppy na Dumbledore'a.

 

- Ach – westchnął Lockhart – No tak. To się czasami zdarza. Ważne, że kości nie są już złamane. O tym trzeba pamiętać. Tak więc, Harry, możesz teraz iść do szpitala...

 

- Mówiłem mu, żeby mnie zaniósł do ciebie, ale jak zwykle mnie słuchał – jęknął Harry do Poppy.

 

- Wiem Harry! – westchnęła Poppy, następnie patrząc na dyrektora wściekła – Harry jest moim ulubionym pacjentem.

 

- A, ty moją ulubioną pielęgniarką – stwierdził Harry i uśmiechnął się do niej.

 

- Wszyscy mężczyźni rodu Potterów mają kilka cech wspólnych – powiedziały żony Potterów – Są niezwykle przystojni, mają najfajniejsze rude żony, czyli nas – i pokazały na siebie – Mają słaby wzrok, czarne włosy i wpadają w kłopoty i lubią robić żarcik i są niezwykle uparci.

 

Aha, panie Weasley, panno Granger... dobrze by było, gdybyście mu towarzyszyli... Nie martw się, Harry, pani Pomfrey na pewno zdoła... ee... doprowadzić cię do porządku.

 

- Jaka znowu Granger? – spytała Cassie.

 

- To ja, bo nasz kochany dyrektorek uzależniony od dropsów nie powiedział mi, że jestem siostrą Harry'ego! – warknęła Hermiona w stronę dyrektora.

 

- Nie tym tonem – odparł Drops – Nie powinno brać się ślubu, gdy nie skończyło się Hogwartu.

 

- Tak samo, jak wybieranie niektórych beznadziejnych profesorów, dyrektorze! – krzyknęły dziewczyny z Zakonu Sióstr Wojowniczek.

 

- Mam ochotę strzelić mu w pysk – odezwała się Rose.

 

- Nie, bo mu strzelę, tylko jeszcze nie teraz – mruknęła Hermiona i mordowała go wzrokiem i przytuliła swoją córeczkę.

 

Harry dźwignął się na nogi, stanął i poczuł się jakoś dziwnie krzywy. Wziął głęboki oddech i spojrzał na swój prawy bok. To, co zobaczył, prawie go zwaliło z nóg. Z rękawa szaty zwisało coś, co przypominało grubą gu­mową rękawicę koloru ludzkiej skóry. Spróbował poruszyć palcami. Bezskutecznie.

 

Gang fretki ryknął śmiechem.

 

Lockhart nie wyleczył mu złamanych kości. Po prostu je usunął.

Pani Pomfrey nie była zachwycona tym, co zoba­czyła.

 

- Powinieneś od razu przyjść do mnie! – krzyknęła, podnosząc smętną, bezwładną pozostałość czegoś, co jeszcze pół godziny wcześniej było sprawną ręką – Złamaną kość jestem w stanie wyleczyć w ciągu sekundy... ale spra­wić, żeby odrosła...

 

- Gadałem mu! – jęknął Harry.

 

- Ale zrobi to pani, prawda? – zapytał zrozpaczony Harry.

 

- Zrobię, oczywiście, ale będzie trochę bolało – oświadczyła pani Pomfrey ponuro, rzucając mu piżamę – Będziesz musiał zostać tu na noc...

 

Z ust dwóch wersji Lily wywiązała się wiązanka przekleństw.

 

Hermiona czekała za parawanami, którymi obstawiono łóżko Harry'ego, podczas gdy Ron pomagał mu włożyć piżamę. Długo trwało, zanim udało mu się wepchnąć do rękawa sflaczałą, pozbawioną kości rękę.

 

- No i co, Hermiono, nadal jesteś fanką Lockharta? – zawołał Ron zza parawanu, kiedy w końcu przeciągnął gumowe palce Harry'ego przez mankiet – Gdyby Harry chciał, żeby go wydrylowano, to by sam poprosił – Hermiona zarumieniła się.

 

- Każdy ma prawo do błędu – odpowiedziała Her­miona – Ale już cię nie boli, Harry, prawda?

 

- Coś, czego nie ma, nie może boleć! – jęknął Harry.

 

- Czasem zadaje głupie pytanie – mruknęła Hermiona czerwona.

 

- Bo Ty jesteś idiotka – stwierdziła Mariette z drwiną.

 

- A ty jesteś zdrajczynią! – warknęły dziewczyny z Gwardii Dumbledore'a – Więc się zamknij!

 

- Zdrajczynie, goryle i ropuchy głosu nie mają – powiedziały Hestia i Flora.

 

- To było dobre – stwierdził Hugo i przybił piąteczkę z bliźniaczkami.

 

- Wiecie co, jesteście fajni – rzekły Flora i Hestia do sióstr wojowniczek i zakonu braterstwa i przygryzły wargi.

 

- Naprawdę? – spytała Hermiona, patrząc na bliźniaczki.

 

- Tak – odpowiedziały – I tak pomyśleliście, że...

 

- Że?

 

- Powiemy wprost: poznajmy się – i popatrzyły na dziewczyny z nadzieją – Harry wiem, że nam nie ufasz, bo nazywamy się Carrow, ale i poznałeś tych idiotów, moje wujostwo Alecto i Amycus i ja się ich trochę boję, znaczy bardzo boję. Oni są nieobliczalni i pewnie będą chcieli, żeby wstąpiła do tego gościa bez nosa, ale ja nie chcę. Chcę mieć prawdziwych przyjaciół. Rodziny się nie wybiera, wiecie o tym dobrze i jak chcecie, możemy użyć wieczystej przysięgi.

 

- Nie trzeba, dziewczyny. Wierzę wam i macie rację, rodziny się nie wybiera – odezwał się Harry, a te uśmiechnęły się dziewczyny – Może trzeba im dać szansę.

 

- No nie wiem Harry, to Carrow – mruknęła Ginny.

 

- Rozumiem – mruknęły cicho bliźniaczki.

 

- Ej nasze bliźniaczki-Ślizgonki nie są złe – oznajmił Fred II – Jestem z przyszłości, więc wiem, co mówię.

 

- Są tylko wymagające – mruknął Hugo.

 

- O czym wy mówicie? – zapytały zaintrygowane.

 

- Dowiecie się później – odparł James II.

 

- Nigdy nie przeszliście na ciemną stronę mocy? – rzekł Frank II.

 

- Ja się w to nie bawię – powiedziały Flora i Hestia.

 

- Uspokój się Luciano, masz gorączkę – powiedział Frank II, kiedy Lucek zrobił się czerwony.

 

- I co teraz? Będziecie się przyjaźnić z tymi...!?

 

- Jakimi! – warknął Frank II – Chcecie kolejną lekcję pokory. Goryle, no to zapraszam na lekcje życia – Gang fretki krzyknęli wściekle zaklęcia, a ten krzyknął:

 

- Protego Maxima! – zaklęcia odbiły się od silnej tarczy – Jeszcze wam mało, to chodźcie!

 

- USPOKOIĆ SIĘ! – ryknęli profesorowie, ale gang fretki nie słuchali. Zaatakowali go, a ten zrobił unik.

 

- Czterech na jednego? Niech będzie – i zrobił salto, a ci go atakowali zaciekle.

 

- Stój spokojnie, Longbottom! – Frank zablokował cios i warknął.

- Po nazwisku to po pysku, a gdzie macie pompony! – i wykręcił rękę Blaise'owi, a ten jęknął – Nie dobry chłopczyk z Ciebie Zabini. To jest za to, że źle traktowałeś moją cioteczkę Daphne – i go kopnął tak mocno, że oczy wyszły mu z orbit i trzymał się na brzuch. Pikachu zaatakował nogą, a Frank złapał jego nogę i wykręcił, że zrobił piruet i upadł na podłogę. Zawył z bólu, trzymając się za obolałą nogę.

 

- Oops! – krzyknął Frank i zrobił minę niewiniątka, a później zapytał – Jeszcze chcecie? – spytał do reszty, a Ci patrzyli na niego przerażonym wzrokiem.

 

- To mój Frankie – oznajmiła Lily II i pocałowała go namiętnie w usta. Większościom ludzi opadły szczęki i patrzyli na to wielkimi oczami, a Lily II patrzyła na męża z iskierkami miłości.

 

- Twój syn Nev był niesamowity – powiedział Seamus. Daphne podeszła do Franka i Lily swoim uwodzicielskim krokiem. Większość chłopaków zaczęła patrzyć na nią rozmarzonym wzrokiem, ale ona nie zwracała na to uwagi.

 

- Przestańcie się ślinić albo was zamorduje! – warknął Jared.

 

- Co tam Ciociu? – zapytał Frank II.

 

- Dziękuję, Frankie – powiedziała wzruszona Daphne i go przytuliła, po czym pocałowała go w policzek, a Frank II zarumienił się mocno. Jego żona parsknęła śmiechem.

 

- Nie ma za co cioteczko. Przecież jesteś moją ciocią, prawda? – oznajmił pewnym głosem.

 

- Jestem i zawsze będę twoją ciocią, Frank – stwierdziła Daphne i znowu go przytuliła i teraz on pocałował ją w policzek i uśmiechnął się. Później wróciła do Jareda i wyszeptała mu coś do ucha i wtuliła się i westchnęła – Teraz jestem w domu.

 

- Nie, nie boli. Coś, czego nie ma, nie może boleć – I opadł na łóżko, a jego ręka pacnęła bezwładnie na pościel. Hermiona i pani Pomfrey weszły za parawan. Pani Pomfrey trzymała wielką butlę z nalepką, na której było napisane: "Szkiele-Wzro".

 

Harry się krzywił.

 

- Poleżysz całą noc – oznajmiła, napełniając szklan­kę parującym płynem i wręczając Harry'emu – Odtwa­rzanie kości to paskudna sprawa – Paskudne okazało się samo zużycie Szkiele-Wzro.

 

- Ohyda – mruknął Harry.

 

Płyn palił w usta i gardło, dusił i wywoływał kaszel. Pani Pom­frey, mrucząc coś pod nosem na temat niebezpiecznych sportów i niedouczonych konowałów, wyszła, prosząc Rona i Hermionę, by podali Harry'emu trochę wody, kiedy wy­pije już cały lek.

 

- No, ale zwyciężyliśmy – powiedział Ron, szcze­rząc zęby – Ależ to był chwyt! Żebyś widział twarz Malfoy'a... Wyglądał, jakby chciał kogoś zabić!

 

- Dracuś, Dracuś nie wolno nikogo zabijać! – skarcił jego zakochanie Fred II głosem Pansy – Nie złapałeś znicza, to już Cię nie kocham Dracuś! – i zrobił minę obrażonej księżniczki.

 

- Pans, co się stało? - zapytał James głosem Fretki.

 

- Głuchy jesteś? "Nie złapałeś znicza, więc teraz jestem na Ciebie obrażona!" – zawołał Fred II głosem Pansy i tupnął nogą – Nie odzywaj się do mnie Dracuś! – Draco i Pansy patrzyli na nich wściekli, a większość parsknęła śmiechem.

 

- Macie zajebiste poczucie humoru – powiedziały rozbawione Hestia i Flora i przygryzły wargi, patrząc na nich z nadzieją w oczach.

 

- Dziewczyny, trzeba dać szansę Hestii i Florze tak samo, jak dałyście mnie – oznajmiła Tracy.

 

- Tracy ma rację – powiedziała Astoria.

 

- Ja bym dała im szansę – stwierdziła Olivia. Siostry Wojowniczki zaczęły się naradzać i po chwili kiwnęły głowami.

 

- To, co chcecie być naszymi przyjaciółkami? – zapytała z uśmiechem na twarzy Angelina.

 

- Tylko wiecie, że jak staniecie twarzą w twarz ze swoim wujostwem to... – powiedziała Ginny.

 

- Ja chce żyć spokojnie – oznajmiły bliźniaczki – ale jak będzie trzeba będziemy z nimi walczyć, bo po pierwsze jedzą jak prosiaki. Po drugie cuchnie od ich, że nie można się skupić. A po trzecie nie lubię ich. Po czwarte oni są nienormalni.

 

- No cóż, nie pozostało mi nic innego jak powitać was w naszej rodzinie Hestio i Floro – odezwała się Nicole i dziewczyny podeszły do nich i je przytuliły, a one odwzajemniły uścisk.

 

- Ceremonie przyjęcia przeprowadzimy później – powiedziała Ginny, przytulając swoje nowe siostry.

 

- Dziewczynki – oznajmiła Gabriela, a te rzuciły zaklęcie na bliźniaczki i miały na sobie nowe ubrania, makijaż i biżuterie.

 

- Super wyglądasz, siostrzyczko! – zawołały bliźniaczki do siebie nawzajem – Dzięki, dziewczyny!

 

- Czyli będziecie teraz moimi ciociami? – zapytała mała Dora.

 

- Moimi też, Dora – dodał mały Remi – Będziecie, prawda?

 

- Oczywiście, że tak – oznajmiły Flora i Hestia.

 

- Mamusiu, tatusiu mam nowe ciocie – powiedziały dzieci Victoire i przytuliły się do bliźniaczek-Ślizgonek.

 

- I myślę, że wasi rodzice oraz ich rodzeństwo i kuzyni też mają nowe ciocie – oznajmiły bliźniaczki i uśmiechnęły się szeroko do gości z przyszłości.

 

- Chciałabym wiedzieć, jak mu się udało zaczarować tłuczka – wyznała ponuro Hermiona.

 

- Możemy to dodać do listy pytań, które mu zadamy po wypiciu Eliksiru Wielosokowego – powiedział Harry, opadając na poduszki – Mam nadzieję, że będzie smako­wał trochę lepiej od tego świństwa...

 

- Po dodaniu odrobiny jakiegoś Ślizgona? Chyba żar­tujesz – prychnął Ron.

 

Ron się zarumienił, a Daphne, Astoria, Tracy, Hestia i Flora uniosły brwi i założyły ręce, patrząc na Rona.

 

- Okej, okej! Przepraszam! – krzyknął Ron – Miałem 12 lat.

 

- Przeprosimy przyjęte, braciszku – oznajmiły bliźniaczki Astoria, Daphne i Tracy.

 

W tym momencie drzwi od skrzydła szpitalnego otwo­rzyły się z hukiem. Przybyła reszta drużyny Gryffindoru, brudna i mokra, żeby zobaczyć się z Harrym.

 

- Harry, to, co wyprawiałeś w powietrzu, było zupeł­nie niesamowite – powiedział George – Właśnie wi­działem, jak Marcus Flint objeżdżał Malfoy'a. Wspominał coś o tępym bubku, który nie widzi znicza, mając go na głowie. W każdym razie Malfoy nie wyglądał na zadowolo­nego z życia.

 

- Nie wolno krzyczeć na mojego Dracusia! – krzyknęła Rose głosem Pansy – Co on sobie wyobraża! – Większość ludzi parsknęła śmiechem. Draco i Pansy patrzyli wściekli na młodą panią Malfoy.

 

Przynieśli ciastka, cukierki i butle soku z dyni. Zebrali się wokół łóżka Harry'ego i już mieli rozpocząć balangę, kiedy wpadła pani Pomfrey, grzmiąc:

 

- Ten chłopak potrzebuje spokoju, muszą mu odros­nąć trzydzieści trzy kości! Wynocha! WYNOCHA!

 

- Nie umiesz się bawić! - jęknęli dwie wersje Huncwotów i Huncwoci 2.0.

 

Harry został sam i nikt nie rozpraszał jego uwagi skupio­nej na rwącym bólu w bezwładnym ramieniu.

Wiele godzin później Harry obudził się nagle w gęstej ciemności i jęknął z bólu: teraz wydawało mu się, że cała ręka naszpikowana jest drzazgami.

 

- Biedny, Harry – mruknęła Luna, siedząca na kolanach Rolfa.

 

Przez chwilę myślał, że to go właśnie obudziło. Potem wzdrygnął się ze strachu, bo zdał sobie sprawę, że ktoś wyciera mu spocone czoło.

 

- Daj mi spokój! – powiedział głośno, a po chwili dodał: – Zgredek?!

 

- A co on tam robi? – spytała Jessica.

 

Wyłupiaste oczy domowego skrzata wpatrywały się w niego z ciemności. Pojedyncza łza ściekała po długim, spiczastym nosie.

 

- Harry Potter wrócił do szkoły – wyszeptał żałos­nym tonem – Zgredek ostrzegał i ostrzegał Harry'ego Pottera. Ach, sir, dlaczego Harry Potter nie posłuchał Zgredka? Dlaczego Harry Potter nie wrócił do domu, kiedy spóźnił się na pociąg!

 

- Skąd on to wie? – spytała Nicole.

 

- To Zgredek zamknął przejście – oznajmiła Hermiona.

 

- Chciał mnie w pokręcony sposób chronić – mruknął Harry, przytulając Ginny do siebie i całując jej odsłonięty bark, a ta westchnęła.

- Jestem w domu.

 

Harry dźwignął się na poduszkach i odepchnął gąbkę, którą Zgredek wycierał mu czoło.

 

- Co ty tutaj robisz? I skąd wiesz, że spóźniłem się na pociąg? – Wargi Zgredka zadrżały i Harry poczuł chłód podejrzenia – Ach, to ty! – powiedział powoli – Ty sprawi­łeś, że barierka nie chciała nas przepuścić.

 

- To prawda, sir – odrzekł Zgredek, kiwając gorli­wie głową, aż mu zafalowały uszy – Zgredek ukrył się i śledził Harry'ego Pottera, zapieczętował przejście i musiał później za karę wyprasować sobie ręce gorącym żelazkiem – pokazał Harry'emu swoje długie, obandażowane palce. Lucek warknął, a Ginny odparowała.

- Zamknij się, Malfoy!

 

- Ale Zgredek wszystko zniósł, bo myślał, że Harry Potter jest bezpieczny i do głowy Zgredkowi nie przyszło, że Harry Potter dostanie się do szkoły w inny sposób! – Kiwał się do tyłu i do przodu, trzęsąc swoją brzydką głową – Zgredek był tak wstrząśnięty, kiedy usłyszał, że Har­ry Potter wrócił do Hogwartu! Pozwolił, żeby przypalił się obiad jego pana! O, takiej chłosty Zgredek jeszcze nigdy w życiu nie dostał, sir...

 

Hermiona z całej siły spoliczkowała Lucka tak mocno, że ten się nie spodziewał owego ciosu.

 

- Ty mała szla... – zaczął Lucek, ale nie skończył, bo Hermiona przywaliła mu wysokim obcasem w jaja.

 

- Pani Weasley! – krzyknęła Minne.

 

- Zasłużył sobie. Nie pozwolę, żeby kretyni czystej krwi bili skrzaty domowe! – warknęła Hermiona i zaczęła się świecić.

 

- Moja mamusia! – krzyknęły Emilly i Rose.

 

Harry opadł z powrotem na poduszki.

 

- Przez ciebie o mało nas nie wylali, mnie i Rona – warknął gniewnie – Lepiej zmywaj się stąd, zanim od­rosną mi kości, bo mogę cię udusić – Zgredek uśmiechnął się smętnie.

 

- Zgredek jest przyzwyczajony do takich gróźb, sir. W domu grożą mu śmiercią pięć razy dziennie.

Narcyza westchnęła.

 

Wydmuchał nos w róg brudnej poszewki, w którą był ubrany, a wyglądał tak żałośnie, że Harry poczuł, jak mu mija gniew.

 

- Dlaczego chodzisz w takim łachu? – zapytał.

 

- W tym, sir? – zapytał Zgredek, mnąc róg poszew­ki – To jest oznaka mojego zniewolenia. Zgredek może odzyskać wolność tylko wtedy, gdy jego pan obdaruje go jakimś przyzwoitym odzieniem, sir. A ta rodzina nie da mi nigdy nawet skarpetki, bo wówczas byłbym wolny i już nigdy nie wróciłbym do ich domu.

 

Harry i Hermiona uśmiechnęła się szyderczo do Lucka, który miał czerwony policzek i skrzywił się.

 

Otarł swoje wyłupiaste oczy i nagle powiedział:

 

- Harry Potter musi wrócić do domu! Zgredek myślał, że jego tłuczek wystarczy, żeby...

 

- Chciał zabić naszego syna, Lily – powiedział zszokowany młodszy Rogacz.

 

- Twój tłuczek? – krzyknął Harry zduszonym gło­sem, czując, że znowu wzbiera w nim wściekłość – Co chcesz przez to powiedzieć? To ty sprawiłeś, że tłuczek chciał mnie zabić?

 

- Nie zabić, sir, co to, to nie! – żachnął się Zgredek, wyraźnie wstrząśnięty samą myślą – Zgredek chce ura­tować Harry'emu Potterowi życie! Lepiej wrócić do domu ciężko poranionym, niż tutaj zostać, sir! Zgredek chciał, tylko żeby Harry Potter został odesłany do domu, nic poza tym!

 

- To może mi powiesz, dlaczego miał zostać ode­słany do domu w kawałkach, co? – warknęła starsza Lily.

 

- Tak? Nic poza tym? – powiedział Harry ze zło­ścią – To może mi powiesz, dlaczego miałem zostać ode­słany do domu w kawałkach, co?

 

- Ach, gdyby Harry Potter wiedział! – jęknął Zgre­dek i na poszarpaną poszewkę pociekły łzy – Gdyby wiedział, co to znaczy dla nas, nędznych, zniewolonych mętów czarodziejskiego świata! Zgredek dobrze pamięta, jak to było, kiedy Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wy­mawiać był u szczytu potęgi! Nas, domowe skrzaty, trak­towano jak robaki!

 

- Nie wszyscy np. my tak nie traktujemy swoich skrzatów domowych – powiedział Fleomont.

 

To prawda, Zgredek jest nadal tak traktowany, sir – dodał, ocierając twarz poszewką – ale ogólnie rzecz biorąc, nasze życie uległo znacznej popra­wie, odkąd Harry Potter zatriumfował nad Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Harry Potter przeżył, a moc Czarnego Pana została zdruzgotana. To był brzask nowego dnia, sir, a Harry Potter jaśniał jak latarnia nadziei dla tych z nas, którzy już myśleli, że epoka ciemności nigdy się nie zakończy...

 

- Nie zakończyła się – mruknął Ron, a Hermiona złapała go za dłoń.

 

A teraz w Hogwarcie ma dojść do stra­szliwych wydarzeń, być może już do nich dochodzi, i Zgre­dek nie może pozwolić, by Harry Potter tu pozostał... Nie, sir, nie teraz, kiedy historia ma zatoczyć koło, kiedy Komna­ta Tajemnic została ponownie otwarta...

 

Ron i Harry potarli swoją dłonią policzek Hermiony i Ginny,  a one chciały, żeby dotknął całą dłonią i tak zrobili i następnie pocałowali ich ciepły policzek. Cho i Lavender patrzyły na nich morderczym wzrokiem, a ich siostry i rodzina patrzyli, wzdychając nad szczęściem młodej pani Weasley i młodej pani Potter. Następnie poparzyły na swojego mężczyznę, a Ci pocałowali swoją kobietę w policzek, a te westchnęły i wtuliły się w swojego mężczyznę.

 

Zgredek zamarł, przerażony, a potem chwycił dzbanek z wodą stojący na stoliku przy łóżku i uderzył się nim w głowę, znikając na chwilę, lecz po paru sekundach wczoł­gał się na łóżko, jęcząc:

 

- Zły Zgredek, bardzo niedobry Zgredek...

 

- Nie pozwolę Ci krzywdzić już Zgredka ani żadnego skrzata domowego, Malfoy! – warknęły Hermiona, Rose i Emilly i cisnęły w niego klątwę.

 

- A więc Komnata Tajemnic naprawdę istnieje? – wyszeptał Harry – I... mówiłeś, że już wcześniej była otwarta? Powiedz mi, Zgredku! – Złapał kościsty przegub skrzata, gdy ten już sięgał po dzban – Przecież moi rodzice nie byli mugolami... Dlaczego ta Komnata może mi grozić?

 

- Ach, sir, nie pytaj o nic więcej, nie pytaj biednego Zgredka – zawodził skrzat, a jego wielkie oczy płonęły w ciemności – Ma tu dojść do strasznych wydarzeń, ale Harry'ego Pottera nie może tu być, kiedy to się stanie. Wracaj do domu, Harry Potterze. Wracaj. Harry Potter nie może być w to zamieszany, to zbyt niebezpieczne, sir...

 

- Ja już od mojego urodzenia jestem zamieszany – mruknął Harry a, Ginny go pocałowała.

 

- Kto to jest, Zgredku? – zapytał Harry, trzymając go mocno za przegub – Kto po raz pierwszy otworzył Komnatę? Kto ją teraz otworzył?

 

- Merlinie! – wypsnęło się w Nicole, a Fred ją przytulił.

 

- Zgredek nie może, Zgredek nie może, Zgredkowi nie wolno! – zaskomlał skrzat – Wracaj do domu, Harry Potterze, wracaj do domu!

 

- Nigdzie się stąd nie ruszę! – krzyknął Harry – Moja najlepsza przyjaciółka urodziła się w rodzinie mugoli, będzie pierwszym celem, jeśli Komnata Tajemnic naprawdę zostanie otworzona...

 

Hermiona mordowała wzrokiem dyrektora tak samo, jak cała jej rodzina. Dyrektor przełknął ślinę.

 

- Nigdy więcej nie skrzywdzisz mojej córeczki! – warknęła Molly I w stronę dyrektora i przytuliła Hermionę do siebie.

 

- Mamusia – westchnęła Hermiona, bo było jej dobrze i pocałowała ją w czoło.

 

- Harry Potter naraża własne życie dla swoich przy­jaciół! – jęknął Zgredek ogarnięty czymś w rodzaju żałosnej ekstazy – Cóż za szlachetność! Cóż za odwaga! Lecz Harry Potter musi ratować siebie, musi, nie wolno mu...

 

- Bo Potter jest taki szlachetny, ale skrzywdził też Cho! – wycedziła Mariette.

 

- Masz jakiś problem? – spytała Lily II – Powinnaś się cieszysz, że masz Cho tylko dla siebie.

 

- Jak śmiesz, dziewucho! – warknęła Mariette.

 

- Uspokój się, bo nie chcę zrobić ci krzywdy, Mariette! – powiedziała Lily II.

 

- Nie radzę – ostrzegł ją Frank II.

 

Zgredek nagle zamilkł i zamarł, nastawiając swoje uszy nietoperza. Harry też coś usłyszał. Z korytarza dochodził odgłos czyichś kroków.

 

- Zgredek musi znikać! – krzyknął skrzat zduszo­nym głosem; rozległ się trzask i dłoń Harry'ego nagle zacis­nęła się w powietrzu. Wcisnął się w poduszkę, ze wzrokiem utkwionym w ciemnym wejściu do skrzydła szpitalnego. Kroki były coraz bliższe.

 

Colin I w jednej chwili zbladł.

- Colin, co się dzieje? – spytała Jessica, patrząc na swojego chłopaka, zauważając jego przerażoną i bladą twarz.

 

- Coś bardzo złego – mruknął Colin I, przytulając się do Jessicę.

 

W mroku sypialni pojawiła się postać w długiej pelerynie i w szlafmycy na głowie. Był to Dumbledore. Dźwigał coś, co przypominało głowę posągu. Tuż za nim weszła profesor McGonagall, podtrzymując nogi posągu. Razem złożyli go na sąsiednim łóżku.

 

Ci, którzy wiedzieli, co to za posąg, wymienili spojrzenia.

 

- Sprowadź panią Pomfrey – szepnął Dumbledore i profesor McGonagall znikła w ciemności.

 

- Po co? – zapytała młodsza Dorcas.

 

Po chwili rozległy się przyciszone głosy i profesor McGo­nagall pojawiła się ponownie, tym razem z panią Pomfrey, która pospiesznie naciągała sweter na nocną koszulę. Harry usłyszał chrapliwy oddech.

 

- Co się stało? – zapytała szeptem pani Pomfrey, pochylając się nad posągiem na łóżku.

 

- Kolejna napaść – odrzekł Dumbledore.

 

- JAKA ZNOWU NAPAŚĆ! – ryknęli goście z przeszłości, Jessica i Nicole, patrząc na wszystkich z przerażeniem w oczach.

 

- Minerwa znalazła go na schodach.

 

- Obok leżała kiść winogron – dodała profesor McGonagall – Sądzimy, że chciał się tu wśliznąć, żeby odwiedzić Pottera.

 

Colin wtulił się w Jessicę. Miał łzy w oczach. Nagle zbladła. Z przerażoną miną spojrzała na twarz Colina.

 

- Cz-cz-czy-y-y-y t-t-to-o-o-o ty-y-y-y b-b-był-łeś? – spytała, jąkając się.

 

- Tak – odpowiedział Colin – Zostałem spetryfikowany – Goście z przeszłości popatrzyli przerażonym wzrokiem na Colina I, a Jessica zaczęła płakać, wtulając się w ciało Colina – Już dobrze, jestem tutaj.

 

- To nie może być prawda! – zawołały dwie wersje Lily.

 

- Niestety, ale to prawda – oznajmił Harry, a Ginny zaczęła płakać. Molly też zaczęła płakać do piersi Artura. Siostry przytuliły się do swoich mężczyzn. Lily podeszła jak najszybciej do Colina i przytuliła go do siebie. Najpierw był zaskoczony, że mama Jessici go przytula.

 

- Colin musimy trzymać się razem, bo jesteśmy mugolakami – i pocałowały go w czoło.

 

- Pani Potter... – zaczął.

 

- Nie, Colin – powiedziała starsza Lily i uśmiechnęła się – Chciałabym, żebyś mówił do mnie inaczej, kochanie.

 

- Dobrze, mamo – powiedział Colin, a Lily popatrzyła na niego ze wzruszeniem i oznajmiła.

- I tak ma być, kochanie. Kocham cię Colin. Widzę, jak Jessica na ciebie patrzy.

 

- Zgadzam się z mamą i Ciebie też kocham – stwierdził Colin I i pocałował ją w policzek. Pani Potter podeszła do swojego męża, a Jessica usiadła na kolanach Colina i pocałowała go w policzek, a późnej w usta.

 

Coś przewróciło się Harry'emu w żołądku. Powoli i ostrożnie uniósł się o parę cali, żeby spojrzeć na figurę na łóżku. Smuga księżycowego światła padała na jej twarz. Był to Colin Creevey. Oczy miał szeroko otwarte, a ręce lekko uniesione; trzymał w nich aparat fotograficzny.

 

- Ten aparat uratował mi życie – oznajmił Colin.

 

Denis nie był w najlepszym stanie. Gabriele popatrzyła na siostrę, później na rodziców, a ci uśmiechnęli się szeroko do niej i mruknęli cicho.

- Idź do niego – a ta uśmiechnęła się i podeszła do Denisa i usiadła koło niego, szepcząc:

- Denis? – i chwyciła do za dłoń.

 

- Gabrielle? – spytał zdziwiony Denis.

 

- Yyyyy... Ja bardzo Cię lubię i to bardzo, bardzo.

 

- Raczej chciałaś powiedzieć "kocham" – oznajmił Bill.

 

- Bill! – warknęła Fleur, a ten podniósł ręce do góry. Cały czas głaskała go kciukiem jego dłoń.

 

- No ja też Cię bardzo lubię i to bardzo – stwierdził, patrząc jej niebieskie oczy.

 

- Ogłaszam was mężem i żoną! – krzyknął Fred II rozbawionym głosem.

 

- Fred! – warknęła Alicja II. Colin zaczął robić im zdjęcia.

 

- Wiecie co, wyglądacie tak słodko.

 

- Wyszły z tego piękne dzieci – dodała Jessica, pokazując na Colina II, Antoine i Paricia. Gabriela nabrała odwagi i pocałowała Denisa w policzek i zarumieniła się. Ten też spalił buraka, a w tym czasie Colin zrobił im zdjęcie.

 

- AWWWW!!!!!

 

- Spetryfikowany? – wyszeptała pani Pomfrey.

 

- Tak – odpowiedziała profesor McGonagall – Ale aż mnie ciarki przechodzą, kiedy pomyślę... Gdyby Albus nie zszedł na dół po kubek gorącej czekolady, kto wie, co by się stało... – Przez chwilę wszyscy troje przyglądali się Colinowi w milczeniu. Potem Dumbledore pochylił się i wyłuskał aparat z jego zaciśniętych dłoni.

 

- Chyba nie myślisz, że udało mu się zrobić zdjęcie napastnikowi? – zapytała profesor McGonagall.

 

- Nie, niestety nie – mruknął Harry.

 

Dumbledore nie odpowiedział. Otworzył tylne wieczko aparatu.

 

- O Boże! – syknęła pani Pomfrey. Z aparatu buchnął strumień dymu. Harry, leżący trzy łóżka dalej, poczuł woń spalonego plastiku.

 

- Stopiło się – zdumiała się pani Pomfrey – Wszystko się stopiło...

 

- Co to za gość?! – warknął młodszy Łapa.

 

- Co to znaczy, Albusie? – zapytała z niepokojem profesor McGonagall.

 

- To znaczy – rzekł Dumbledore – że Komnata Tajemnic rzeczywiście została otwarta.

 

Ginny przytuliła się mocno do Harry'ego.

 

Pani Pomfrey zatkała sobie usta dłonią. Profesor McGo­nagall wytrzeszczyła oczy na Dumbledore'a.

 

- Ale... Albusie... kto?

 

- To nie jest właściwe pytanie. Nie chodzi o to, kto – powiedział Dumbledore, wpatrując się w Colina – Cho­dzi o to, jak...

 

- Możesz mówić jaśniej? Tu chodzi o moje dzieci, które jedno było spetryfikowane! – krzyknęła starsza Lily I do dyrektora wściekła.

 

- Dyrektor zawsze gadał zagadkami – powiedziała Hermiona.

 

- Tak, Colin, uważam Cię za moje dziecko – powiedziała młodsza Lily do Colina.

 

Sądząc po jej minie, profesor McGonagall zrozumiała z tego akurat tyle, ile zrozumiał Harry, czyli nic.

 

- Wielka afera o jedną szla... – zaczął Crabbe, lecz po chwili trzymał się za stopę, bo Jessica stanęła mu z całej siły wysokim i ostrym obcasem na stopę, a później stanęła na drugiej,  że upadł na ziemię. Przyciągnęła go to siebie i wycedziła:

- Jeżeli jeszcze raz obrazisz mojego faceta i inne mugolaki nie będę dla Ciebie taka miłosierna – i go puściła.

 

- Panno Potter! – zawołał starszy Severus.

 

- Nie pozwolę, żeby jakiś bezmózgi goryl obrażał mojego faceta i inne mugolaki! – krzyknęła Jessica i usiadła na kolanach Colina i przytuliła się do niego.

 

- Byłaś niesamowicie seksowna – powiedział Colin – Kiedy mu to mówiłaś.

 

- Dziękuję Colin – i pocałowała go w usta.

 

- Koniec rozdziału – powiedziała Samanta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...