- Ja chcę – powiedziała Jane i zaczęła czytać.
Rozdział dwunasty
Eliksir Wielosokowy
Złota trójca uśmiechnęła się szeroko to Horacego, a ten zrobił wielkie oczy.
Zeszli z kamiennych ruchomych schodów i profesor
McGonagall zakołatała w drzwi. Otworzyły się cicho i weszli do środka. Profesor
McGonagall poleciła Harry'emu zaczekać i zostawiła go samego. Harry rozejrzał
się. Jednego był pewien: ze wszystkich gabinetów profesorskich, które widział,
ten wydał mu się najbardziej interesujący. Gdyby go nie dręczyło okropne
przeczucie, że za chwilę zostanie wyrzucony ze szkoły, byłby szczerze
uradowany, mogąc go obejrzeć.
- Nie zostaniesz wyrzucony, kochanie –
zwróciła się do Harry'ego Ginny i wtuliła się w niego i poczuła się bezpiecznie
– wiesz, że w twoich ramionach czuje się bezpiecznie?
- Wiem, a ja mogę wdychać do woli twój piękny
zapach – i pocałował ją w piękny w policzek – Cudownie pachniesz, Ginny,
uwielbiam twój zapach – wszystko mówił do jej ucha.
- O Merlinie jak ty cudownie pachniesz – oznajmiła
cicho Ginny, wdychając jego zapach – nie lubię kiedy gdzieś znikasz.
- Jak Ci powiem nie będzie niespodzianki – odezwał
się Harry i bawił się jej włosami, odgarniając je na bok i pocałował jej znak,
a ta westchnęła i zamknęła oczy mając rozmarzoną twarz.
Był to wielki i piękny okrągły pokój, pełen
dziwnych cichych odgłosów. Na stołach o cienkich, wrzecionowatych nogach stały
rozmaite srebrne urządzenia, warczące, wirujące i wypuszczające obłoczki dymu.
Ściany były obwieszone portretami byłych dyrektorów i dyrektorek, które
drzemały sobie spokojnie w ramach. Było również olbrzymie biurko z nogami w
kształcie szponów, a za nim, na półce, rozsiadła się wyświechtana, postrzępiona
Tiara Przydziału.
- Cieszę się, że zostałaś Gryfonką, Hermiono –
powiedział Ron i patrzył na swoją partnerkę z miłością w oczach i oznajmił jej
do ucha – Twój zapach działa na mnie jak narkotyk, pani Weasley. Kocham twój
zapach.
- Ja twój też Ron. Nie mogę się powstrzymać i
przestać. Jestem w tobie zakochana do granic możliwości i kiedy znikasz jest mi
źle – i wtuliła się w męża.
- To będzie dla Ciebie niespodzianka – mruknął.
Harry zawahał się. Przyjrzał się uważnie śpiącym
czarodziejom na ścianach. A gdyby tak jeszcze raz nałożyć na głowę Tiarę
Przydziału? To chyba nic złego... tylko żeby sprawdzić... żeby się upewnić, czy
Tiara przydzieliła go do właściwego domu. Obszedł na palcach biurko, zdjął
tiarę z półki i powoli opuścił ją na głowę. Była o wiele za duża i natychmiast
opadła mu na oczy, tak jak za pierwszym razem. Pogrążony w ciemności wnętrza
tiary, czekał. Wreszcie usłyszał cichy głosik:
- Masz bzika, Harry Potterze?
- Ee... chyba tak – wyjąkał Harry – Ee...
przepraszam, że zawracam ci... no właśnie... głowę... chciałem tylko zapytać...
- Jesteś ciekaw, czy umieściłam cię we właściwym
domu – przerwał mu głos – Tak... ciebie było wyjątkowo trudno przydzielić, to
prawda. Ale podtrzymuję to, co już ci powiedziałam – Harry'emu zabiło serce –
że pasowałbyś do Slytherinu.
- Harry Potter jest Gryfonem z krwi i kości –
powiedziała z mocą stali Ginny.
Harry poczuł niemiły skurcz w żołądku. Chwycił za
koniec tiary i ściągnął ją z głowy. Zwisła mu w ręku, brudna i wypłowiała.
Odłożył ją szybko na półkę, czując, że robi mu się niedobrze.
- Mylisz się – powiedział na głos do nieruchomej i
cichej tiary.
Większość ludzi patrzyła się na Harry'ego, a ten
schował głowę w szyje Ginny.
Nie drgnęła. Harry cofnął się, nie spuszczając jej
z oczu. Nagle za plecami usłyszał dziwne gęganie, więc obrócił się szybko na
pięcie. A jednak nie był sam w gabinecie. Na złotej żerdzi obok drzwi siedział
jakiś wyliniały ptak, przypominający niedokładnie oskubanego indyka.
- Czy to nie feniks! – podnieciła się Emilly –
przed spaleniem? Czytałam o nich – i zaczęła gadać, jak najęta. Hugo wywrócił
oczami i ją pocałował w usta namiętnie i kiedy się oderwała, miała rozmarzony
wzrok i ciągle wzdychała ze szczęścia i wtuliła się w Huga, a Hugo i przybił
piątkę z Frankiem. Lily siedząca na kolanach Franka parsknęła śmiechem.
- Wiesz co, Emilly jesteś nowym wcieleniem
Hermiony – powiedział Ron rozbawiony, a żona Huga uśmiechnęła się szeroko do
niego.
- Dziękuję, tatusiu – odparła pani Weasley i
przytuliła się do Rona.
- Opiekuj się z nią Hugo, to wspaniała dziewczyna
– stwierdził Ron.
- Będę, tato.
Harry wpatrywał się w niego z ciekawością, a ptak
najwyraźniej odwzajemniał to zainteresowanie, bo utkwił w Harrym smętne
spojrzenie i znowu zagęgał. Wyglądał na bardzo chorego. Oczy miał mętne, a
kiedy tak patrzył żałośnie, z ogona wypadło mu kilka piór. Harry właśnie
pomyślał, że jeszcze tego tylko brakuje, żeby ulubiony ptak Dumbledore'a
wyzionął ducha, będąc z nim sam na sam w gabinecie, kiedy ptak nagle stanął w
płomieniach.
- Super! – krzyknęło wiele osób na sali.
Harry krzyknął ze strachu i cofnął się gwałtownie,
wpadając na biurko. Rozejrzał się gorączkowo w poszukiwaniu jakiegoś dzbanka z
wodą lub wazonu, ale nic takiego nie spostrzegł. Tymczasem ptak zamienił się w
kulę ognia, zaskrzeczał przeraźliwie i po chwili zniknął z żerdzi, a na
podłodze pojawiła się kupka popiołu.
- Chciałabym/chciałbym to widzieć! – jęknęli
większość ludzi na sali – ale masz szczęście, Harry!
Drzwi gabinetu otworzyły się. Wkroczył Dumbledore,
a minę miał niezbyt wesołą.
- Pewnie diler nie przyjechał – mruknął młodszy
Regulus, a młodsza Dorcas gdy go usłyszała, ryknęła śmiechem.
- Panie profesorze – wyjąkał Harry – pana ptak...
nie mogłem nic na to poradzić... on się właśnie spalił... – Ku jego zdumieniu
Dumbledore uśmiechnął się.
- Najwyższy czas – powiedział – Już od wielu dni
wyglądał okropnie, powtarzałem mu, żeby coś ze sobą zrobił – Na widok miny
Harry'ego zachichotał – Fawkes jest feniksem. Kiedy nadchodzi czas ich śmierci,
feniksy spalają się i odradzają z własnych popiołów. Popatrz... – Harry
spojrzał na podłogę i zobaczył maleńką, pomarszczoną główkę wyłaniającą się z
kupki popiołu. Była równie brzydka, jak ta poprzednia – Przykro mi, że musiałeś
go zobaczyć akurat w Dniu Spalenia – powiedział Dumbledore, siadając za
biurkiem.
- To pewnie było wspaniałe doświadczenie –
oznajmiła Hermiona.
- Przez większość swojego życia jest naprawdę
pięknym ptakiem, ma wspaniałe czerwono-złote upierzenie. To fascynujące
stworzenia. Mogą przenosić największe ciężary, ich łzy mają uzdrawiającą moc i
są bardzo wiernymi towarzyszami.
Państwo Weasley i pani Potter popatrzyli się na
pana Pottera.
Harry był tak wstrząśnięty sceną, której był
świadkiem, że zdążył już zapomnieć, dlaczego tu się znalazł. Teraz, kiedy
Dumbledore zasiadł za biurkiem w fotelu o wysokim oparciu i utkwił w nim
badawcze spojrzenie swoich blado-niebieskich oczu, przypomniał sobie wszystko.
Zanim jednak przemówił, drzwi gabinetu otworzyły się z hukiem i wpadł Hagrid z
dzikim wyrazem twarzy, w kominiarce sterczącej na czubku kędzierzawej głowy i z
martwym kogutem w dłoni.
Harry uśmiechnął się do Hagrida.
- To nie Harry, panie psorze! – zawołał od progu –
Rozmawiałem z nim parę sekund przed tym, jak to się stało, naprawdę, nie miał
czasu, żeby... – Dumbledore próbował coś powiedzieć, ale Hagrid nie dał się
uciszyć, wymachując rękami i rozsiewając pióra po całym gabinecie – ...to nie
mógł być on... przysięgnę przed całym Ministerstwem Magii...
- Hagridzie, ja...
- ...złapał pan nie tego chłopaka, panie psorze...
Ja wiem, że Harry nigdy...
- Hagridzie! – krzyknął Dumbledore – Wcale nie
myślę, że to Harry zaatakował tych ludzi.
- Bo to nie on – mruknęła słabo Ginny,
wyjątkowo przyznając rację dyrektorowi.
- Och – wysapał Hagrid, a kogut wypadł mu z ręki i
pacnął cicho o podłogę – No to dobra. Więc... tego... poczekam na zewnątrz,
panie porze – I wyszedł, wyraźnie zakłopotany.
- Nie myśli pan, że to ja? – powtórzył Harry z
nadzieją, gdy Dumbledore strzepywał z biurka kogucie pierze.
- Nie, Harry, nie myślę – odrzekł Dumbledore, ale
minę miał znowu posępną – Chcę jednak z tobą porozmawiać – Harry czekał w
napięciu, a dyrektor przyglądał mu się w milczeniu, zetknąwszy końce swoich
długich palców – Muszę cię zapytać, Harry, czy jest coś, o czym chciałbyś mi
powiedzieć – wyrzekł w końcu – Cokolwiek by to było.
- Nic takiego, panie profesorze – odparł
zimnym tonem Harry. Nie mógł mu darować za zatajenie prawdy o jego siostrach.
Harry nie wiedział, co powiedzieć. Pomyślał o
okrzyku Malfoya ("Ty będziesz następna, szlamo!") i o Eliksirze
Wielosokowym, bulgocącym w toalecie Jęczącej Marty. Potem pomyślał o głosie,
który usłyszał dwukrotnie, i przypomniał sobie, co powiedział Ron: Słyszenie
głosów, których nikt inny nie słyszy, nie jest dobrą oznaką, nawet w świecie
czarodziejów. Pomyślał też o tym, co mówi o nim cała szkoła, i o narastającym
lęku, że naprawdę może go coś łączyć z Salazarem Slytherinem...
- Nie, panie profesorze – odpowiedział.
Ginny wtuliła się Harry'ego, a ten pocałował ją w
czoło i uśmiechnął się do niej czule.
Podwójny atak na Justyna i Prawie Bezgłowego Nicka
sprawił, że to, co dotąd było niepokojem, zamieniło się w prawdziwą panikę. To
dziwne, ale najbardziej przerażał wszystkich los Prawie Bezgłowego Nicka. Co
zaatakowało ducha? Cóż za straszliwa potęga mogła skrzywdzić kogoś, kto już był
martwy? Wszyscy gorączkowo rezerwowali sobie miejsca w ekspresie
Hogwart-Londyn, pragnąc wrócić do domu na Boże Narodzenie.
- Wygląda na to, że tylko my zostajemy –
powiedział Ron do Harry'ego i Hermiony – My, Malfoy, Crabbe i Goyle. Szykują
się wesołe ferie, nie ma co!
- Mamy misję Ron – oznajmił Harry i przybił
piąteczkę z przyjacielem i bratem.
Crabbe i Goyle, którzy zawsze robili to samo co
Malfoy, również wpisali się na listę pozostających w zamku. Harry cieszył się
jednak z tego, że prawie wszyscy wyjeżdżają. Miał już dość ludzi obchodzących
go wielkim łukiem, jakby się bali, że pokaże im kły albo opluje jadem; miał już
dość szeptów, syków i pokazywania palcami.
- Przejście dla dziedzica Slytherina,
potężnego czarnoksiężnika! I jego małżonki potężnej Ginny i ich rodziny! –
wołali Fred i George – a ty Roszpunko i wy z gangu idiotów czyścić im buty – Lucek
i gang zrobili się czerwoni na twarzy i patrzyli wściekli.
- Bo im się spieszy i zasuwają do Komnaty Tajemnic
na filiżankę herbaty ze swoim jadowitym sługą i muszą ładnie wyglądać.
- Fred i George! – krzyknęła Molly I, a Angelina i
Nicole przywaliły im w tył głowy.
- W kim ja się zakochałam? – mruknęły Nicole
i Angelina z niedowierzaniem.
- W tatusiu – odparły córki Angeliny i Nicole.
Dla Freda i George'a był to jeszcze jeden powód do
wygłupów. Zdarzało się, że szli przed Harrym korytarzami, wołając:
- Przejście dla dziedzica Slytherina, potężnego
czarnoksiężnika! – Percy był wyraźnie zgorszony takim zachowaniem.
- To wcale nie jest powód do śmiechu – skarcił ich
za którymś razem.
- Zjeżdżaj, Percy – odpowiedział Fred – Harry się
spieszy.
- Tak, zasuwa do Komnaty Tajemnic na filiżankę
herbaty ze swoim jadowitym sługą – dodał George, chichocąc. Ginny też nie
widziała w tym nic zabawnego.
- Och, przestańcie! – jęczała za każdym razem,
kiedy Fred pytał głośno Harry'ego, kto ma być jego następną ofiarą, albo gdy
George udawał, że przed każdym spotkaniem z Harrym musi zjeść wielką główkę
czosnku.
- Ale z was imbe... – zaczęły wściekłe narzeczone
bliźniaków Weasley, ale oni je uciszyły pocałunkiem, nie kończąc swojej
wypowiedzi, lecz gdy się oderwali, skończyły: - cyle – miały minę, jakby stała
się najlepsza rzecz na świecie i westchnęły, a ich synowie wywrócili oczami.
Harry'emu to nie przeszkadzało; czuł się nawet
lepiej, widząc, że uznawanie go za dziedzica Slytherina wydaje się śmieszne
przynajmniej Fredowi i George'owi. Natomiast ich wygłupy wyraźnie złościły
Dracona Malfoy'a, jeśli był ich świadkiem.
- O, tata jest zazdrosny! – parksnął śmiechem
Scorpius.
- A wiecie dlaczego? Bo aż go rozsadza, żeby
oznajmić, że to on jest prawdziwym dziedzicem Slytherina – powiedział Ron tonem
znawcy – Wiecie, jak nie znosi, kiedy ktoś go w czymś wyprzedza, a Harry skupia
na sobie całą uwagę.
- Już niedługo – powiedziała Hermiona z mściwą
satysfakcją – Eliksir Wielosokowy jest już prawie gotowy. Za dzień lub dwa
wyciągniemy z niego całą prawdę.
- Ciociu nie znałem Cię z tej strony –
oznajmili w szoku bratankowie i siostrzeńcy.
- Widocznie mało o mnie wiecie – powiedziała
Hermiona.
- Ja po prostu kocham tę kobietę! – zawołały
Emilly i Rose i przytuliły się do pani Weasley.
- Moje największe skarby – mruknęła z
miłością w głosie Lady Weasley do Emilly i Rose.
- A my ko? Sąsiedzi! – prychnął Scorpius. Hermiona z całej siły przytuliła Scorpiusa i
Huga – was też bardzo kocham moje skarby.
- No i tak ma być, mamo – stwierdził Scorpius.
W końcu nadszedł koniec semestru i zamek ogarnęła
cisza głęboka jak śnieg na otaczających go łąkach. Harry'emu nie wydawała się
wcale ponura; odnajdywał w niej spokój i cieszył się, że teraz on, Weasley'owie
i Hermiona mają całą wieżę Gryffindoru dla siebie, co oznaczało, że mogą grać w
Eksplodującego Durnia, nie przeszkadzając nikomu, i ćwiczyć pojedynki.
- Ciekawe czy ćwiczyli te "pojedynki"? –
spytał młodszy Łapa. Na Słowo pojedynki użył cudzysłowów.
- Syriusz! – warknęli Ron, Harry, Ginny i
Hermiona.
Fred, George i Ginny woleli zostać w zamku niż
jechać z rodzicami do Egiptu, żeby odwiedzić Billa. Percy krzywił się na ich
zachowanie, które uważał za dziecinne, i nie spędzał wiele czasu w salonie
Gryffindoru. Oświadczył im pompatycznie, że on zostaje na ferie
bożonarodzeniowe tylko dlatego, że jest jego obowiązkiem jako prefekta
wspieranie profesorów w tak trudnym okresie.
- Chciałeś zostać ze swoją perfekcyjną Penelopą.
Całus tu, całus tam. Perfekcyjni Percy i Penelope całują się perfekcyjnie tu i
tam – drwiła Ginny z brata. Bracia Percy'ego jego siostrzeńcy i bratankowie,
Huncwoci, Regulus i Frank ryknęli śmiechem. Percy spalił buraka i patrzył z
mordem w oczach na siostrę, a ta uśmiechnęła się szeroko i bezczelnie, a
dziewczyny i kobiety chichotały.
Nadszedł ranek Bożego Narodzenia, zimny i mokry.
Harry'ego i Rona wcześnie obudziła Hermiona, która wpadła do dormitorium już
kompletnie ubrana, przynosząc im prezenty.
- Pobudka! – krzyknęła, rozsuwając zasłony na oknie.
- Hermiono... nie powinnaś wchodzić do sypialni
dla chłopców – powiedział Ron, zasłaniając sobie oczy przed światłem.
Hermiona pocałowała Rona w policzek.
- Wesołych świąt! – zawołała Hermiona, rzucając w
niego prezentem – Jestem już na nogach od godziny, dodałam do eliksiru trochę
much siatkoskrzydłych. Jest gotowy – Harry usiadł gwałtownie, całkowicie
rozbudzony.
- Jesteś pewna?
- Absolutnie – oznajmiła Hermiona, podnosząc
szczura Parszywka, żeby móc usiąść w nogach łóżka.
- Jeszcze zobaczymy czy zadziała – powiedział
Horacy.
- Oj zadziała, panie profesorze – odparli Harry i
Ron z uśmiechem na twarzy.
- Jeśli mamy to zrobić, to możemy dziś
wieczorem – W tym momencie do pokoju wleciała Hedwiga, niosąc w dziobie bardzo
małą paczuszkę.
- Cześć! - powitał ją uradowany Harry, kiedy
wylądowała na łóżku – Już nie jesteś na mnie obrażona?
- Widocznie minęły jej te dni! – palnął Frank II,
a po tym zaraz dostał w tył głowy od swojej żony, a ten tylko jęknął – Aua!
Uszczypnęła go pieszczotliwie w ucho, co było o
wiele milszym prezentem niż to, co mu przyniosła, a był to prezent od
Dursley'ów. Przysłali mu wykałaczkę i krótki liścik, w którym zapytywali, czy
uda mu się pozostać w Hogwarcie również przez całe lato. Pozostałe prezenty
były o wiele przyjemniejsze. Hagrid przysłał mu dużą puszkę karmelowej
krajanki, którą Harry postanowił zmiękczyć przez podgrzanie. Ron dał mu książkę
pod tytułem W powietrzu z Armatami, pełną bardzo ciekawych faktów o jego
ulubionej drużynie quidditcha, a Hermiona kupiła mu luksusowe orle pióro. W
ostatniej paczce znalazł nowy, ręcznie robiony sweter i wielki placek ze
śliwkami od pani Weasley. Kiedy wziął do ręki jej kartkę, przeszyło go poczucie
winy, bo pomyślał o samochodzie pana Weasley'a, którego nikt nie widział od
czasu pamiętnej kraksy, i o punktach regulaminu szkolnego, które on i Ron
właśnie zamierzali złamać.
Wyżej wymieniona uśmiechnęła się szeroko do
Harry'ego, a Artur powiedział.
- Nic się nie martw, Harry.
Nikt, nawet ci, którzy planowali wypicie Eliksiru
Wielosokowego, nie mogli nie cieszyć się na bożonarodzeniowy obiad w Hogwarcie.
Wielka Sala wyglądała naprawdę wspaniale. Pod ścianami stało kilkanaście
okrytych śnieżnym puchem choinek, z sufitu zwieszały się grube festony
ostrokrzewu i jemioły, padał zaczarowany śnieg, suchy i ciepły. Dumbledore
odśpiewał z nimi kilka swoich ulubionych kolęd, a Hagrid promieniał coraz
bardziej (i głośniej) z każdym pucharem gorącego wina z korzeniami i
koglem-moglem. Percy, który nie zauważył, że Fred zaczarował mu odznakę, tak że
teraz zamiast słowa "Prefekt" widniał na niej napis:
"Pierdek", wciąż ich pytał, co tym razem knują.
- Pierdek! - parksnął śmiechem Jared. Huncwoci
mieli rozbawione miny, a Percy wręcz przeciwnie. Poczerwieniał zupełnie jak wuj
Vernon, gdy się złościł na Harry'ego.
Harry nie zwracał uwagi nawet na Malfoy'a, który
robił głośne i obraźliwe uwagi na temat jego nowego swetra. Wiedział, że przy
odrobinie szczęścia za parę godzin dowiedzą się o Malfoy'u wszystkiego. Ledwo
Harry i Ron pochłonęli trzecią dokładkę bożonarodzeniowego puddingu, Hermiona
dała im znak, żeby za nią wyszli.
- Szykuje się akcja! – krzyknęli podnieceni
Huncwoci 1.0 i Huncwoci 2.0.
- Musimy jeszcze zdobyć odrobinę tych, w których
się zamienicie – powiedziała rzeczowym tonem, jakby wysyłała ich do sklepu po
proszek do prania – Chyba jest oczywiste, że chodzi o Crabbe'a i Goyle'a, to
jego najlepsi przyjaciele i im powie wszystko. Musicie zdobyć parę ich włosów.
No i musimy być pewni, że prawdziwi Crabbe i Goyle nie wpadną na nas, kiedy
będziemy wypytywać Malfoy'a.
Pani Weasley patrzyła z wyższością na wyżej
wymienionych goryli, a późnej wtuliła się w męża.
- Wszystko już obmyśliłam – dodała, nie zwracając
uwagi na ich ogłupiałe miny. Pokazała im dwa nieco rozmiękłe ciasteczka czekoladowe
– Nasyciłam je Eliksirem Słodkiego Snu. Musicie tylko zadbać, żeby Crabbe i
Goyle gdzieś się na nie natknęli. Wiecie, jacy są łakomi, zjedzą je na pewno.
Goryle zrobili wściekłe miny.
- Ciociu Hermiono – powiedział James II – jestem
taki dumny.
A kiedy zasną, wyrwiecie im po parę włosów, a ich
samych ukryjecie w komórce na miotły.
Hermiona zrobiła niewinną minkę, a większość
patrzyła na nią wielkimi oczami.
Harry i Ron spojrzeli na siebie wytrzeszczonymi
oczami.
- Hermiono, nie sądzę...
- To się nie uda... – Ale w oczach Hermiony
dostrzegli stalowy błysk, bardzo przypominający spojrzenie profesor McGonagall,
kiedy ktoś próbował się jej sprzeciwić.
- Bez włosów Crabbe'a i Goyle'a eliksir będzie
bezużyteczny – oświadczyła stanowczo – Chcecie wypytać Malfoy'a, czy nie
chcecie?
- Chcemy! – krzyknął starszy Łapa.
- No dobra już, dobra – powiedział Harry – A ty?
Komu wyrwiesz włos?
- Ja już swój mam! – zawołała beztrosko Hermiona,
wyciągając z kieszeni małą szklaną fiolkę i pokazując im zamknięty w niej włos
– Pamiętacie tę Milicentę Bulstrode, która walczyła ze mną na pierwszym
zebraniu klubu pojedynków? Zostawiła go na mojej szacie, kiedy próbowała
rozłożyć mnie na łopatki! I pojechała do domu... więc muszę tylko powiedzieć
Ślizgonom, że postanowiłam wrócić.
Hermiona zainteresowała się swoim pięknym
pierścieniem rodowym Weasley'ów który miała na palcu.
Hermiona pobiegła, by po raz ostatni sprawdzić
Eliksir Wielosokowy, a kiedy Ron odwrócił się do Harry'ego, na jego twarzy
malowało się przeczucie klęski.
- Słyszałeś kiedy o planie, w którym aż tyle
rzeczy może nie wyjść? – zapytał złowieszczo.
- Wyjdzie, mężu – mruknęła pani Weasley i wtuliła
się pana Weasley'a.
Ku głębokiemu zdumieniu Rona i Harry'ego, pierwsza
faza operacji przebiegła tak gładko, jak to przewidziała Hermiona. Po
świątecznym podwieczorku zaczaili się w sali wejściowej, czekając na Crabbe'a i
Goyle'a, którzy zostali sami przy stole Ślizgonów, nałożywszy sobie czwartą
porcję biszkoptowego ciasta z owocami i kremem.
- Nawet Ron/Hugo tyle nie je – oznajmiły Ginny i
Rose, krzywiąc się.
Harry położył czekoladowe ciasteczka na końcu
szerokiej poręczy marmurowych schodów. Kiedy zauważyli, że Crabbe i Goyle
wychodzą z Wielkiej Sali, schowali się szybko za zbroją tuż obok frontowych
drzwi.
- Myślisz, że można być jeszcze głupszym? –
szepnął uradowany Ron, kiedy Crabbe pokazał Goyle'owi ciasteczka.
- Nie można być głupszym od nich –
stwierdziła Daphne.
- Dzieci! – zawołał Teddy do swoich dzieci.
- Co tam, tatusiu? – spytała Dora.
- Może zaśpiewacie dla wujków gorylów piosenkę o
bananach? – powiedział Teddy do swoich dzieci. Goście z przyszłości ryknęli
śmiechem.
- To jest piosenka o bananach? – spytali Fred i
George.
- I to jaka – stwierdził Fineas, parskając ze
śmiechu.
- Zrobicie to dla tatusia? – spytał Teddy z
nadzieją.
Lubię jeść, jeść, jeść,
lubię jeść banany,
banany, nany,
banany nany, nany, nany lubię jeść.
Kocham banany, banany nany,
banany, nany, nany, nany kocham jeść.
Sala ryknęła śmiechem. Goryle patrzyli na te
dzieci zawieszeni.
Ref: I love banana, banana na, na, banana, nana
nana nana nana na. Banana na, na, na, na banana, banana na, na, na, na, na, na
muszę zjeść – śpiewał dziecięcym głosem
Teddy.
Raz, dwa. Raz, dwa, trzy...mniam! – Dodali James II Fred George II Fineas.
- Nie mogę!! – śmiali się wniebogłosy sala,
trzymając się na brzuch, a Goryle nie wiedzieli, co się dzieje.
2. I znów chcę, chcę, chcę, i znów chcę banany,
banany nany, banany, nany, nany, nany chcę znów jeść. Kocham banany, banany,
nany, banany nany, nany, nany. Kocham jeść – śpiewały Dora i Remi.
Ref: I love banana, banana na, na, banana na, na,
na, na, na, na, na, na, na. Banana, na, na, na, na banana, banana, na, na, na,
na, na, na muszę zjeść – śpiewał
Teddy.
Raz, dwa. Jeden, dwa, trzy...mniam! - krzyknęli chłopaki z przeszłości.
3. Jeszcze zjem, zjem, zjem, jeszcze zjem banany,
banany, nany, banany, nany, nany, nany jeszcze zjem. Kocham banany, banany
nany, banany, nany, nany, nany kocham jeść.
- Rosną nam nowi, Huncwoci, Remusie! – zawołał
starszy Łapa.
Ref: I love banana, banana, na, na, banana, na,
na, na, na, na, na, na, na, na. Banana, na, na, na, na, banana, banana, na, na,
na, na, na, na muszę zjeść. I love banana, banana na, na, banana, na, na, na,
na, na, na, na, na, na. Banana na, na, na, na, banana, banana, na, na, na, na,
na, na muszę zjeść. Raz, dwa. Jeden, dwa, trzy...mniam!
Uczniowie, zwłaszcza chłopacy leżeli ze śmiechu na
podłodze, śmiejąc się wniebogłosy. Po jakimś czasie się uspokoili i czytali
dalej.
Obaj porwali je i bez wahania wepchnęli sobie do
wielkich ust.
- Harry, Ron skoczcie nam po małpkę jeszcze –
powiedział Fred II.
- A co to ta małpka? – spytał George II.
- Macie rację, weźcie pół litra – stwierdził Fred
II. Większość ludzi parsknęła śmiechem.
Przez chwilę żuli je smakowicie, z wyrazem
błogości na pulchnych gębach, a potem, nie zmieniając wyrazu twarzy, padli na
posadzkę jak dwa worki tłuczonych ziemniaków.
Sala ryknęła śmiechem. Większość z sali leżała ze
śmiechu na podłodze śmiejąc się wniebogłosy.
Najtrudniejsze okazało się zaciągnięcie ich do
komórki na narzędzia. Kiedy już złożyli ich uśpione ciała między wiadrami i
mopami, Harry wyrwał parę włosów ze szczeciny pokrywającej czoło Goyle'a, a Ron
zrobił to samo z Crabbe'em. Zabrali im też buty, bo ich własne były o wiele za
małe, by pomieścić stopy Crabbe'a i Goyle'a. A potem, trochę oszołomieni tym,
co właśnie zrobili, pobiegli na górę do toalety Jęczącej Marty.
- Moja krew! – krzyknął młodszy Rogacz. Goryle
byli wściekli. Chcieli się rzucić na Harry'ego i Rona. Dwie wersje Lily
patrzyły mordem w oczach na goryli i powiedziały słodko:
- Bądźcie grzeczni chłopcy, bo niepostanięcie
pysznego banana.
Experlliamus! – krzyknęły, bo goryle je zaatakowali.
- Crabbe, Goyle uspokójcie się! – zawołała
nauczycielka transmutacji.
Wewnątrz było aż gęsto od czarnego dymu
buchającego z kabiny, w której Hermiona warzyła swój eliksir. Zasłonili sobie
twarze skrajem szat i zapukali cicho do drzwi.
- Hermiono! – Zgrzytnął zamek i pojawiła się
Hermiona, spocona i z obłędem w oczach. Zza jej pleców dobiegał donośny bulgot,
jakby ktoś warzył melasę. Na umywalce stały przygotowane trzy szklane kubki.
- Macie? – zapytała bez tchu Hermiona. Harry
pokazał jej włosy Goyle'a – Dobra. A ja zwinęłam z pralni zapasowe ciuchy –
Wskazała na mały tobołek – Będą wam potrzebne większe, skoro macie być tymi gorylami.
- Zabije was! – warknęli wspomniani goryle.
- Tylko spróbujcie! – odparowali siostry
wojowniczki oraz zakon braterstwa.
Wszyscy troje zajrzeli do kociołka. Z bliska wywar
wyglądał jak gęsty szlam, bulgocący leniwie.
- Jestem pewna, że wszystko zrobiłam, jak należy –
powiedziała Hermiona, zerkając nerwowo na pomiętą stronicę Najsilniejszych
eliksirów – I wygląda tak, jak tutaj piszą... Kiedy wypijemy, będziemy mieć
dokładnie godzinę, zanim z powrotem zamienimy się w siebie.
- Co teraz? – szepnął Ron.
- Porozlewamy go do trzech kubków i dodamy włosy.
- Ale super! – krzyknął Seamus.
Hermiona nalała gęstego płynu do kubków, a potem
lekko drżącą ręką wytrząsnęła włos Milicenty Bulstrode do pierwszego kubka.
Milicenta patrzyła wielkimi oczami na nią i
chciała ją zabić, ale Hermiona patrzyła niewinnie na swój pierścień Sióstr
Wojowniczek. Dopiero Ron pocałował jej policzek i uśmiechnęła się do niego
promiennie.
Napój zasyczał, zabulgotał i spienił się
gwałtownie, a po chwili przybrał jadowicie żółtą barwę.
- Uhhh... esencja Milicenty Bulstrode – skrzywił
się Ron, przyglądając się płynowi z odrazą – Założę się, że smakuje jeszcze
gorzej.
- Mili nie użyła perfum! – zadrwiła Astoria.
- Wrzućcie swoje włosy – powiedziała Hermiona.
Harry wrzucił szczecinę Goyle'a do środkowego, a Ron włosy Crabbe'a do
ostatniego kubka. W obu płyn zasyczał i spienił się wściekle; esencja Goyle'a
zrobiła się zgniłozielona, a Crabbe'a ciemnobrązowa.
Ron i Harry się krzywili.
- Po waszych minach wnioskuję, że to nie było
dobre – stwierdziła Hanna.
- To było obrzydliwe – odezwał się Ron.
- Jak brudne skarpetki i zgniła kapusta razem
wzięta – powiedział Harry. Wszyscy jęknęli z odrazą.
- Poczekajcie – powiedział Harry, kiedy Ron i
Hermiona sięgnęli po swoje kubki – Lepiej nie pijmy tego świństwa razem, bo jak
się zamienimy w Crabbe'a i Goyle'a, już stąd nie wyjdziemy. Milicenta też nie
jest skrzatem.
- Racja – rzekł Ron, otwierając drzwi – Zajmiemy
osobne kabiny – Uważając, by nie wylać ani kropli Eliksiru Wielosokowego, Harry
wśliznął się do środkowej kabiny.
- Gotowi? – zawołał.
- Gotowi – usłyszał głosy Rona i Hermiony.
- Raz... dwa... trzy...
- Wy to naprawdę robicie – mruknęła zszokowana
Narcyza.
- No pewnie, że tak – oznajmił Harry.
Harry zatkał sobie nos i wypił eliksir dwoma
wielkimi łykami. Smakował jak rozgotowana kapusta.
- Obrzydlistwo! – krzyknęli większość ludzi na
sali.
Nagle wnętrzności skręciły mu się, jakby połknął
żywe węże. Zgiął się wpół, oczekując ataku mdłości, ale zamiast nich poczuł
przebiegającą od żołądka po czubki palców rąk i nóg falę ostrego, piekącego
bólu. Zaraz potem coś strasznego powaliło go na kolana... jakby skóra na całym
ciele roztopiła się jak gorący wosk... i oto na jego oczach ręce zaczęły mu rosnąć,
palce grubieć, paznokcie poszerzać się, a knykcie puchnąć i twardnieć. Ramiona
rozciągnęły mu się boleśnie, a po mrowieniu na czole poznał, że włosy sięgają
mu teraz brwi; jego szata pękła z trzaskiem na piersiach, które wydęły się jak
beczka; poczuł potworny ból w stopach, które tkwiły w butach o cztery numery za
małych...
- Udało im się – szepnął Horacy z niedowierzaniem.
- Panie profesorze wybitny z eliksirów, poproszę –
powiedziała pani Weasley z uśmieszkiem zupełnie identycznym, jak jej ojciec
James – przegrał pan zakład.
- Dobra! – burknął Horacy – Masz ten wybitny – Ron
pocałował Hermionę.
I tak nagle, jak się zaczęło, wszystko ustało.
Harry leżał na zimnej kamiennej posadzce, słysząc żałosne pojękiwania Marty w
końcu łazienki. Nie bez trudności ściągnął buty i wstał. A więc tak się
człowiek czuje, kiedy jest Goyle'em... Drżącymi łapami ściągnął swoje stare
szaty, wciągnął nowe i nałożył wielkie jak kajaki buty Goyle'a. Sięgnął
odruchowo ręką, by odgarnąć sobie włosy z oczu, ale wyczuł tylko krótką i
sztywną szczecinę zarastającą mu całe czoło. Potem zdał sobie sprawę, że widzi
jak przez mgłę, i zrozumiał, że Goyle nie nosi okularów, bo ich nie potrzebuje.
Zdjął je i zawołał:
- No jak, w porządku?
Z każdym słowem wszyscy robili coraz większe oczy
i szczęka wylądowała na podłodze.
Wzdrygnął się na dźwięk swojego głosu: było to
ochrypłe warknięcie.
- Taaa – usłyszał równie gruby i ordynarny głos z
kabiny po prawej stronie. Harry otworzył drzwi i podszedł do popękanego lustra.
Goyle spojrzał na niego swoimi głupawymi, głęboko osadzonymi oczkami. Harry
podrapał się w ucho. Goyle uczynił to samo.
- Podrapać się za uszko jak pieska? – zadrwiła
Tracy do Goyle'a.
- Stul pysk! – warknął Goyle.
Otworzyły się drzwi od kabiny Rona. Wytrzeszczyli
na siebie oczy. Ron był blady i wstrząśnięty, ale nie można go było odróżnić od
Crabbe'a – od podgolonego łba po długie ramiona małpy.
- Lubię jeść, jeść, jeść, lubię jeść banany,
banany, nany, banany, nany, nany, nany lubię jeść. Kocham banany, banany, nany,
banany, nany, nany, nany, kocham jeść! – śpiewali Fred i George oraz Lee.
- To jest zupełnie niewiarygodne – powiedział Ron,
pochodząc do lustra i gładząc się po płaskim nosie Crabbe'a – Niewiarygodne.
- Lepiej się stąd zmywajmy – rzekł Harry,
poluzowując sobie zegarek, który werżnął się głęboko w tłusty przegub – Musimy
jeszcze znaleźć salon Ślizgonów, przecież nigdy tam nie byliśmy... Może ktoś
tam będzie szedł, to my za nim...
- Hermiono – powiedziała Molly I – nie ma słów, by
opisać, że wieku 12 lat zrobiłaś Eliksir Wielosokowy. Moja kochana, piękna i
niezwykła córeczko, to co zrobiłaś było nadzwyczajne i nie mogłabym być
bardziej z ciebie dumna i najważniejsze bardzo Cię kocham, córeczko – oznajmiła
jej miłością w głosie starsza pani Weasley do młodszej pani Weasley. I
nim się wszyscy zorientowali Hermiona energicznie i desperacko wtuliła się
Molly, i kiedy pani Weasley ucałowała jej czubek głowy i mruknęła:
- Jesteś moim skarbem i moją córeczką i to się nie
zmieni i bardzo, ale to bardzo Cię kocham. Także się przyzwyczajaj i możesz się
do mnie przytulać do woli.
- Jestem mamusiu już uziemiona – odpowiedziała
szczęśliwa Hermiona i dotknęła swojego znaku – Mam pierścień rodowy Weasley'ów
i obrączkę ślubną i kocham Rona. Kiedy się do niego przytulam, czuje się
bezpiecznie i kochana.
- Ale ona złamała regulamin – powiedział w szoku
Percy – Oni wszyscy złamali regulamin. Powinni zostać...
- Powinni zostać wyrzuceni czy zawieszeni?! –
warknęła Nicole do Percy'ego.
- Nie tym tonem! – wycedził Pierdek.
- Dość tego! – oznajmiła pani Weasley i zrobiła
pozę, patrząc na syna wściekle – Nie tak cię wychowałam. Hermiona, Harry,
Nicole, Jessica, Luna, Angelina i Fleur czy Ci się podoba, czy nie są moimi
dziećmi i jestem z nich dumna i ich bardzo kocham!
- A ty Percy jesteś zazdrosny – dodała Ginny – bo
moja siostra zrobiła taki eliksir, a ty nie potrafisz i tylko się wymądrzasz,
to jaki jest świetny we wszystkim jest pan prefekt Pierdek. A wiesz, w czym
jesteś najlepszy? W zdradzaniu rodziny dla ministerstwa i obrażaniu rodziców i
swojego rodzeństwa. Wsadź sobie teraz to ministerstwo do dupy i zostaw nas i leć
jak piesek do swojego Knota.
- Jesteś moim synem i Cię kocham Percy, ale nie
pozwolę ci mówieniu takich rzeczy. Powinieneś być przeprosić za swoje
zachowanie ojca! – Molly wygotowała się z nerwów. Hermiona przytuliła się mocno
do mamy Molly, żeby ją uspokoić.
- Jestem przy tobie, mamusiu – mruknęła jej do
ucha – i zawsze będę, bo jestem twoją córeczką i kocham Cię, mamusiu – po
chwili pani Weasley uspokoiła się i uśmiechnęła się pomiennie do córki.
Ron wpatrywał się w niego ze zdumieniem.
- Nie masz pojęcia, jakie to dziwne uczucie...
widzieć Goyle'a myślącego – Zastukał do drzwi kabiny Hermiony – Wyłaź, musimy
już iść...
- Do swojej niewiasty nie mówi się tak, Ron! –
skarcił jego zachowanie Jared.
- Ja... ja chyba jednak z wami nie pójdę – rozległ
się piskliwy głos – Idźcie beze mnie.
- Hermiono, przecież wiemy, że Milicenta Bulstrode
jest brzydka, nikt nie będzie wiedział, że to ty.
Ron uśmiechnął się szeroko do wkurwionej
Milicenty.
- Nie... naprawdę... chyba nie pójdę. Wy lećcie,
tracicie tylko czas – Harry spojrzał na Rona w osłupieniu.
- To mi wygląda bardziej na Goyle'a – wyjąkał Ron
– Tak się zachowuje za każdym razem, kiedy nauczyciel zada mu jakieś pytanie.
Większość ludzi ryknęła śmiechem. Goyle zrobił się
mega czerwony.
- Hermiono, nic ci nie jest? – zapytał Harry przez
drzwi.
- Nie, w porządku... Idźcie... – Harry spojrzał na
zegarek. Minęło już pięć albo sześć cennych minut.
- Spotkamy się tutaj, dobra? – powiedział i
ruszyli do drzwi. Otworzyli je ostrożnie, sprawdzili, czy nikogo nie ma, i
ruszyli korytarzem – Nie machaj tak tymi łapami – mruknął Harry do Rona.
- Co?
- Ron już tęsknił za swoją księżniczką –
powiedział słodko Jared.
- To takie słodkie – dodał Seamus.
- Crabbe trzyma je tak jakoś sztywno...
- Może tak?
- Tak, teraz lepie – Zeszli po marmurowych
schodach. Teraz musieli znaleźć jakiegoś Ślizgona, za którym mogliby pójść. W
pobliżu nie było jednak nikogo – Masz jakiś pomysł? – mruknął Harry.
- Ślizgoni zawsze wychodzą na śniadanie stąd – Ron
wskazał na wejście do lochów. Zaledwie skończył, kiedy w wejściu pojawiła się
dziewczyna z długimi kręconymi włosami.
- Przepraszam – powiedział Ron, podbiegając do
niej – zapomnieliśmy, gdzie jest nasz pokój wspólny.
- Słucham? – odrzekła wyniośle – Nasz pokój
wspólny? Ja jestem z Ravenclawu.
Ron zrobił minę niewiniątka. Crabbe był wściekły,
a sala ryczała ze śmiechu.
I odeszła, oglądając się na nich podejrzliwie.
Harry i Ron zeszli po kamiennych schodach, dudniąc wielkimi buciorami. Czuli,
że nie będzie tak łatwo, jak mieli nadzieję. Mroczny labirynt był opustoszały.
Zagłębiali się coraz bardziej w podziemia, wciąż zerkając na zegarki, żeby
sprawdzić, ile im zostało czasu. Po kwadransie, kiedy już zaczęła ogarniać ich
rozpacz, usłyszeli przed sobą czyjeś kroki.
- Dobra! – szepnął podniecony Ron – Jest jeden z
nich!
- To byliście wy! – warknął Percy na Rona i
Harry'ego.
- Tak braciszku – odparł słodkim głosem Ron.
- Co ty tutaj robisz? – zapytał zaskoczony Harry.
Ron zrobił obrażoną minę.
- Ja? – odpowiedział Ron, naśladując głos
Percy'ego. Hermiona zeszła z jego kolan następnie wypinając pierś z odznaką –
jestem prefektem. Mnie nic nie zaatakuje – Ron usiadł, a Hermiona skoczyła na
jego kolana i wtuliła się i westchnęła. Miała rozmarzoną twarz, kiedy rudzielec
głaskał, bawiąc się jej włosami. Percy patrzył z mordem w oczach na młodszego
brata.
- Moja mała córeczka się zakochała do szaleństwa –
stwierdziła z uśmiechem na twarzy starsza Lily I.
Z bocznej komnaty wyszła jakaś postać. Podeszli
bliżej i serca im zamarły. To nie był żaden Ślizgon. To był Percy.
- Co ty tutaj robisz? – zapytał zaskoczony Ron.
Percy zrobił obrażoną minę.
- Nie twój interes – odpowiedział sucho – Crabbe,
tak?
- Jaki... och, tak – wyjąkał Ron ochrypłym głosem.
- No to zjeżdżajcie do swoich sypialni –
oświadczył Percy przemądrzałym tonem – Dobrze wiecie, że ostatnio nie jest
bezpiecznie włóczyć się po korytarzach.
- A ty to co? – zapytał wojowniczo Ron.
- Ja – odpowiedział Percy, wypinając pierś z
odznaką – jestem prefektem. Mnie nic nie zaatakuje.
Większość wywróciła oczami.
- Tatusiu, a ta oznaka nie waży przypadkiem za
mało, bo twoje ego waży chyba z tonę? – spytała Lucy. Bracia Percy'ego oraz
zakon braterstwa i większość pili wodę, a gdy to usłyszeli, opluli samych
siebie i swoje drugie połówki. Dziewczyny i kobiety musiały wstać z kolan
swojego ukochanego, żeby się wytrzeć i doprowadzić się do porządku, a Ci spadli
ze śmiechu na podłogę – Ups, czy ja powiedziałam, że tatuś na wielkie ego? –
zapytała Lucy i zrobiła minę niewiniątka. Percy był tak wściekły, że zrobił się
czerwony, jak burak, a ci ryknęli jeszcze większym śmiechem.
Nagle za plecami Harry'ego i Rona odbił się echem
czyjś głos. Obejrzeli się i zobaczyli Dracona Malfoya. Po raz pierwszy w życiu
Harry ucieszył się na jego widok.
- A, tu jesteście – powiedział, patrząc na nich –
Nażarliście się wreszcie? Szukałem was, mam wam do pokazania coś naprawdę super
– Obrzucił Percy'ego pogardliwym spojrzeniem.
- A co ty tutaj robisz, Weasley? – zapytał
drwiącym tonem. Percy zrobił obrażoną minę.
- Trochę szacunku dla prefekta! – powiedział – Nie
podoba mi się twoje zachowanie!
- Ależ mu powiedział! – zadrwił młodszy Łapa.
Malfoy parsknął śmiechem i skinął na Harry'ego i
Rona, żeby za nim poszli. Harry już chciał Percy'emu powiedzieć coś na swoje
usprawiedliwienie, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Ruszyli za
Malfoy'em, który skręcił w boczny korytarz.
- Ten Peter Weasley... – zaczął Malfoy.
- Peter! – parsknęły Flora i Hestia.
- Percy – poprawił go automatycznie Ron.
- A niech mu tam będzie Percy. Ostatnio za bardzo
węszy. Założę się, że wiem, czego szuka. Myśli, że sam złapie dziedzica
Slytherina – Zaśmiał się drwiąco. Harry i Ron wymienili spojrzenia. Malfoy
zatrzymał się przed nagą, wilgotną ścianą.
- Jakie jest to nowe hasło? – zapytał Harry'ego.
- Biała fretka – wymyślił Hugo. Lucek i Pansy
wysyczeli.
- Weasley zabije cię – a Hugo patrzył na ich
wyższością.
- Eee...
- Och, tak... Czysta krew – zawołał Malfoy,
nie zwracając na Harry'ego uwagi.
- Kto by pomyślał – mruknął Scorpius.
W ścianie otworzyły się kamienne drzwi. Weszli
przez nie za Malfoy'em. Pokój wspólny Ślizgonów był długim, nisko sklepionym
lochem o kamiennych ścianach. Z sufitu zwieszały się na łańcuchach zielonkawe
lampy. Wewnątrz bogato zdobionego kominka płonął ogień, a w rzeźbionych
krzesłach z poręczami siedziało kilku Ślizgonów.
- Rogacz pamiętasz, jak raz weszliśmy do pokoju
wspólnego Ślizgonów i pomalowaliśmy im wszystkie ściany na kolor różowy? –
zapytał się młodszy Łapa – a samym Ślizgonom pomalowaliśmy włosy na różowy i
ubraliśmy ich w najlepsze sukieneczki.
- Pamiętam! – parksnął śmiechem młodszy Rogacz –
Musieli mieć zajebiste miny kiedy się obudzili.
- Super! – krzyknęli większość na sali.
- Kiedy to było? – zapytała Fleur.
- W piątej klasie – oznajmił starszy Łapa. Regulus
i Severus mordowali ich wzrokiem.
- Tatuśku ty lepiej uważaj na pana prefekta –
powiedziała Cassie – bo złamałeś regulamin, a pan prefekt, dużo może odjąć wam
punktów.
- Och nie! – krzyknął młodszy Rogacz, udając
rozpacz – Co my Łapciu teraz spoczniemy?!
- Rogasiu trzeba nie tracić nadziei, może Pan
prefekt będzie miał dobry dzień, a jak nie to może nasze żonki nas uratują od
tego strasznego rudzielca – odpowiedział młodszy Łapa, udając przerażony głos. Fred
i George nie wytrzymali i ryknęli śmiechem, a za nimi poszła reszta rodziny
Weasley'ów i Potterów i ich przyjaciół. Percy zrobił się czerwony i wściekły, a
oni puścili mu oczko.
- Poczekajcie tu – rozkazał Malfoy Harry'emu i
Ronowi, wskazując im parę pustych krzeseł koło kominka – Zaraz to przyniosę...
ojciec właśnie mi przysłał...
- Przysmaki dla fretki? – spytał Scorpius. Astoria
parsknęła śmiechem.
Harry i Ron usiedli, usiłując sprawiać wrażenie,
że czują się jak u siebie w domu, ciekawi, co im Malfoy chce pokazać. Wrócił
minutę później, trzymając coś, co wyglądało jak wycinek z gazety. Podsunął to
Ronowi pod nos.
- Skonasz ze śmiechu!
- Rita zapisała w gazecie, co zrobiłem w nocy w
wakacje – powiedział podniecony Scorpius, naśladując głos ojca – Idę jako
fretka przez pustynie nocą wpadnę przez przypadek na kaktusa? I mówię
tato-Roszpunko czy to ty? Ha, ha, ha!
- Ale miałeś przygodę Dracuś! – krzyknęła Rose
podnieconym głosem Pansy.
- To nie było śmieszne! – warknęła Pansy.
- Twój Dracuś ma takie właśnie poczucie humoru
Pansuś – powiedział Scorpius.
Harry zobaczył, jak Ronowi rozszerzają się oczy.
Przeczytał szybko wycinek, parsknął wymuszonym śmiechem i wręczył go Harry'emu.
Była to informacja z "Proroka Codziennego".
DOCHODZENIE W MINISTERSTWIE MAGII
Artur Weasley, kierownik Urzędu Niewłaściwego
Użycia Produktów Mugoli, został dzisiaj ukarany grzywną w wysokości
pięćdziesięciu galeonów za zaczarowanie mugolskiego samochodu. Pan Lucjusz
Malfoy, przewodniczący rady nadzorczej Szkoły Magii i Czarodziejstwa w
Hogwarcie, wezwał pana Weasley'a do rezygnacji ze stanowiska. "Weasley
okrył hańbą ministerstwo", powiedział pan Malfoy naszemu reporterowi.
- A ty okryłeś się hańbą już dawno temu, dziadku
Roszpunko – odezwał się Scorpius.
"To oczywiste, że nie nadaje się na strażnika
naszego prawa, a jego żałosna Ustawa o Ochronie Mugoli powinna być natychmiast
anulowana". Pan Weasley uchylił się od komentarza, a jego żona powiedziała
reporterom, żeby opuścili jej dom, bo poszczuje na nich rodzinnego ghula.
- To jest Nora! – zawołał James II.
- No i co? - zapytał niecierpliwie Malfoy, kiedy
Harry oddał mu wycinek – Ale ubaw, co?
- Ha, ha – mruknął Harry.
- Niezły był ubaw kiedy byłeś fretką, Malfoy –
stwierdziła Daphne.
- Artur Weasley tak uwielbia mugoli, że powinien
przełamać swoją różdżkę i przyłączyć się do tych gnojków – powiedział Malfoy
pogardliwym tonem – Sądząc po zachowaniu Weasley'ów, nigdy bym nie powiedział,
że są czystej krwi.
- Dziadek Artur jest fajny, a ty ani trochę –
odezwał się Scorpius do ojca.
Twarz Rona – a raczej Crabbe'a – wykrzywił grymas wściekłości.
- Co jest z tobą, Crabbe? – warknął Malfoy.
- Brzuch mnie rozbolał – odpowiedział chrapliwie
Ron.
- Mnie głowa kiedy słyszałem swojego irytującego
ojca – mruknął Scorpius.
- Nie jestem irytujący! – krzyknął Dracon.
- Och zamknij się! – warknęła Rose.
- No to idź do skrzydła szpitalnego i przykop ode
mnie tym wszystkim szlamom – powiedział Malfoy, parskając śmiechem.
Rose przywaliła mu z liścia, a ten jęknął z bólu.
- Pani Malfoy dość! – zawołała Minne.
- Wiecie co? Dziwię się, dlaczego "Prorok
Codzienny" nie donosi o tych napaściach w naszej budzie. Założę się, że
Dumbledore próbuje wszystko zatuszować. Jak dojdzie do nowych ataków, będzie
wykończony. Ojciec zawsze powtarza, że Dumbledore to klęska dla szkoły. Szlamy
to jego pupilki. Przyzwoity dyrektor Hogwartu nie powinien pozwolić, by plątały
się tutaj takie szlamy jak ten Creevey.
- Od mojego faceta to się odwal, bo...
- Ci jaja utnę! – krzyknęła Jessica.
Malfoy zaczął udawać, że pstryka zdjęcia i
zapiszczał głosem Colina:
- Potter, mogę ci zrobić zdjęcie, co? Mógłbym
dostać twój autograf? A może mógłbym wylizać ci buty, co, Potter? Błagam...
Jessica rzuciła zaklęcie jajcomiazgi tak silne, że
Draco pisnął jak mała dziewczynka. Mało tego Narcyza jeszcze podeszła do
Jessici i Colina i przytuliła ich do siebie mocno. Pocałowała ich w czoła, a
żeby mężowi pobiec, przytuliła jeszcze Denisa i zrobiła to samo, po czym
oznajmiła:
- Od teraz jestem waszą cioteczką – te słowa
skierowała do braci Creevey – i to nie jest żadna gra. Drugie połówki moich
dzieci są też moimi dziećmi – i puściła oczko Gabrieli, a willa zarumieniła się
mocno.
- Przytulasz szlamy! – warknął Lucek.
- Tylko ich dotkniesz, a pożałujesz, że się urodziłeś
Lucek! – wycedziła z jadem głosie, a do Colina i Denisa uśmiechała się
czułością. Adrenne, Jane i Michelle rzuciły upiorogacka na Draco i Lucka, a ci
jęknęli z bólu.
- Nigdy więcej nie obrażajcie mojego tatusia! –
warknęły.
Opuścił ręce i spojrzał na Harry'ego i Rona.
- Co jest z wami, chłopaki? – Harry i Ron zmusili
się do mocno spóźnionego śmiechu, ale Malfoy'owi najwyraźniej to wystarczyło.
Prawdopodobnie Crabbe i Goyle zawsze potrzebowali trochę czasu, aby zareagować.
Jared zaczął naśladować głos śmiejącego goryla.
Większość ludzi ryknęła śmiechem. Crabbe i Goyle dyszeli wkurzeni na młodego
Blacka. Daphne uśmiechała się szyderczo i przytuliła się do męża i pocałowała
policzek.
- Święty Potter, przyjaciel szlam – wycedził
Malfoy – Nie ma za grosz instynktu prawdziwego czarodzieja, bo gdyby miał, to
by nie chodził z tą porąbaną szlamą Granger. A ludzie myślą, że to on jest
dziedzicem Slytherina!
Draco zbladł. Dostał znowu, ale ani nie od
Scorpiusa, ani nie od rodziny Hermiony, bo nie zdążyli zareagować, bo Narcyza
Malfoy była szybsza. Najpierw dostał, a później mruknęła cicho, ale jadowitym
głosem, że miał ciary w oczach i strach.
- W tej chwili przeproś Hermionę, Draco! W tej
chwili, bo jak nie to pożałujesz jeszcze bardziej! Jestem Blackiem, a Blackowie
to potężni czarodzieje!
- Panie Malfoy proszę w tej chwili przeprosić
panią Weasley – powiedziała Minne.
- Albo strzele cię w dupę przy wszystkich, a ja
jestem do tego zdolna, bo nie pozwolę, żeby mój syn był takim, że w ogóle nie
szanuje dziewcząt, bo uważa, że dziewczyny są słabsze od Ciebie, wielki
arystokrata się znalazł. Jeśli ją nie przeprosić na moich oczach przestaniesz
być prawdziwym facetem, tylko stałeś się dupkiem! – i odwróciła się i
popatrzyła się na panią Weasley. Draco nie mógł uwierzyć, że to się dzieje
naprawdę, że matka woli tę kujonkę niż swojego własnego syna. Patrzył na matkę,
jakby dostał pertyfikusem. Pani prefekt zeszła z kolan rudzielca i podeszła do
pani Malfoy i oznajmiła:
- Narcyzo Malfoy! – i rzuciła jej się na szyję i
przytuliła ją mocno do siebie – dziękuję, że mnie bronisz przez tym no eee...
- Głupkiem i skończonym kretynem – skończyła za nią
Narcyza i popatrzyła na nią i uśmiechnęła się – nie ma za co, kochanie. Jestem
tutaj, aby Cię bronić, bo jesteś wspaniałą osobą, a jeżeli chodzi o Draco, to
jest głupkiem i skończonym kretynem – a później uśmiechnęła się szyderczo do
syna i męża.
- Hermiono czy uczynisz mnie najszczęśliwszą osobą
na świecie? Proszę Cię mów mi ciociu Cyziu albo cioteczko.
- To będzie dla mnie zaszczyt, ciociu cioteczko
Cyziu – oznajmiła Hermiona i przytuliła się do niej, a ona ją objęła, jakby
miała ją chronić przed całym światem, a szczególnie swoim synem i mężem.
- Przyjaciele Hermiony wy też mówcie mi cioteczko
– dodała Narcyza – o oprócz Astorii, która będzie mi mówić mamusia. Zgadzacie
się? – zapytała Marlenę i Syriusza.
- Astoria ma mnie, mamy – oznajmiły dwie wersje
Marlene, a Narcyza uśmiechnęła się promienne.
- TO NIE MOŻE BYĆ PRAWDA! – ryknęli Lucek i Draco
szoku.
- Więc muszę was zasmucić, to jest prawda – i
przytuliła Astorię i pocałowała ją czule w czoło.
- Jesteś teraz moją córeczką, kochanie.
- Oczywiście, że tak, mamusiu – oznajmiła Astoria
do blondynki – Mam mamusię Narcyzę i mamusię Marlene.
Harry i Ron czekali, wstrzymując oddech. Malfoy na
pewno zaraz im powie, że to on jest prawdziwym dziedzicem...
- Bardzo bym chciał wiedzieć, kto nim jest –
powiedział Malfoy ze złością – Mógłbym im pomóc – Ronowi opadła szczęka, tak że
twarz Crabbe'a wyglądała jeszcze bardziej głupkowato niż zazwyczaj. Na
szczęście Malfoy niczego nie zauważył, a Harry wypalił bez zastanowienia:
- Przecież musisz podejrzewać, kto się za tym
wszystkim kryje...
- Wiesz dobrze, Goyle, że nie mam pojęcia. Ile
razy mam ci to powtarzać? – warknął Malfoy.
- Wiesz dobrze, że jesteś fretką – powiedział
James II.
- Nie jestem żadną fretką! – krzyknął Draco.
- Zakład, Malfoy?
- A ojciec nie powiedział mi nic o tym ostatnim
otwarciu Komnaty. Tak, to było pięćdziesiąt lat temu, nie jego czasy, ale
doskonale wie, co się wtedy wydarzyło. Zawsze powtarza, że byłoby podejrzane,
gdybym wiedział za dużo. Ale wiem jedno: ostatnim razem, kiedy Komnata Tajemnic
została otwarta, musiała zginąć jakaś szlama.
Draco miał dość tego rozdziału.
I dlatego mogę się założyć, że i tym razem prędzej
czy później stanie się to samo... Mam nadzieję, że to będzie Granger.
- Wara od mojej córki! – krzyknęły dwie wersje
Lily i Molly I.
Ron zaciskał wielkie pięści Crabbe'a. Gdyby rąbnął
Malfoy'a, mogłoby to pokrzyżować ich plany, więc Harry rzucił mu ostrzegawcze
spojrzenie i zapytał:
- A złapano tego, kto otworzył Komnatę?
- No pewnie... Nie wiem, kto to był, ale go
wywalono ze szkoły – odpowiedział Malfoy – Pewnie nadal jest w Azkabanie.
- W Azkabanie? – powtórzył Harry.
- W Azkabanie, Goyle... w więzieniu dla
czarodziejów – powiedział Malfoy, patrząc na niego z politowaniem.
- Wiesz, co, gdybyś jeszcze trochę wolniej myślał,
to zacząłbyś się cofać.
- Upośledzenie umysłowe (niepełnosprawność
intelektualna) – oznajmiła Emily.
Uniósł się niespokojnie w krześle i dodał:
- Ojciec wciąż mi mówi, żebym siedział cicho i
pozwolił działać dziedzicowi Slytherina. Mówi, że trzeba oczyścić szkołę z tego
całego szlamu, ale żebym się do tego nie mieszał.
Kobiety i dziewczyny strzeliły Lucka zaklęciami, a
ten piszczał jak dziewczynka.
Ma swoje kłopoty. Wiecie, że Ministerstwo Magii
zrobiło u niego rewizję? – Harry starał się za wszelką cenę przywołać
zainteresowanie na głupkowatą twarz Goyle'a.
- Taak... – rzekł Malfoy – Wiele im się nie udało
znaleźć. Mój stary ma bardzo cenne czarnoksięskie przedmioty. Ale, na
szczęście, mamy własną tajną komnatę pod salonem...
- Ach! – krzyknął Ron. Malfoy spojrzał na niego.
To samo zrobił Harry. Ron zaczerwienił się. Czerwone zrobiły mu się nawet
włosy. Nos powoli mu się wydłużał – mijał okres działania eliksiru.
- Uciekajcie stamtąd! – krzyczał młodszy Łapa.
Ron zamieniał się z powrotem w Rona, a po
przerażonej minie, jaką zrobił, patrząc na Harry'ego, Harry poznał, że i on
wraca do swojej własnej postaci. Obaj zerwali się na nogi.
- Nie wytrzymam, muszę łyknąć jakieś prochy albo
inne świństwo! – krzyknął Ron i obaj przebiegli pokój wspólny Ślizgonów,
rzucili się na kamienną ścianę i wypadli na korytarz, mając rozpaczliwą
nadzieję, że Malfoy niczego nie zauważył. Harry poczuł, że stopy ślizgają mu
się w olbrzymich butach Goyle'a, a luźna szata opada mu z ramion. Wbiegli po
schodach do ciemnej sali wejściowej i usłyszeli łomotanie w drzwi komórki, w
której zamknęli Crabbe'a i Goyle'a.
Ron i Harry uśmiechnęli się szyderczo do goryli.
Zostawili buty pod drzwiami i pomknęli w
skarpetkach do toalety Jęczącej Marty.
- No, ale nie była to całkowita strata czasu –
wydyszał Ron, zamykając drzwi toalety – Tak, wiem, że nie odkryliśmy, kto się
kryje za tymi napaściami, ale jutro napiszę do taty, żeby zbadał, co Malfoy
ukrywa pod podłogą salonu.
- Nie znalazłeś, Weasley! – zadrwił Lucynka.
Harry sprawdził, jak wygląda, w popękanym lustrze.
Znowu był sobą. Założył okulary, a Ron zabębnił w drzwi kabiny Hermiony.
- Hermiono, wyłaź, mamy ci kupę do opowiadania...
- Zostawcie mnie! – zapiszczała Hermiona. Harry i
Ron spojrzeli po sobie.
- Dlaczego? – spytała powoli Lisa.
- Zaraz się dowiesz – mruknęła zawstydzona Hermi.
- O co ci chodzi? – zapytał Ron – Przecież musisz
już wracać do siebie, my obaj... – Przez drzwi ostatniej kabiny przepłynęła
nagle postać Jęczącej Marty. Harry jeszcze nigdy nie widział jej tak
uradowanej.
- Ooooooch! Poczekajcie, aż sami zobaczycie –
powiedziała – To jest straszne!
- Czyli co? – spytała Gabriel.
Usłyszeli szczęk zamka i pojawiła się Hermiona.
Łkała głośno i miała szatę zarzuconą na głowę.
- Co jest? – zapytał niepewnie Ron – Wciąż masz
nos Milicenty? – Hermiona pozwoliła, by szata opadła. Ron cofnął się
gwałtownie.
- Hermiona byłaś za młoda, żeby się przy nich
rozbierać – stwierdził starszy Rogacz, patrząc na nią niedowierzaniem.
- Ciotka, co ty wyprawiasz! – zawołał Frank II w
szoku.
- Matka, która się rozebrała zawstydziła ojca i
wujka! – jęknął Hugo.
- To się nie dzieje naprawdę! – dodała Rose,
trzymając się za głowę.
- To nie to! – jęknęła czerwona młodsza pani
Weasley.
Jej twarz pokrywało czarne futerko. Miała żółte
oczy, a spomiędzy włosów na głowie wystawały ostro zakończone uszy.
Wszystkim opadły szczęki.
- Byłaś kotem? – spytała w szoku dwie wersje Lily.
- Tak mamusiu, to był włos kota Milicenty –
mruknęła Hermiona.
- To był... włos k-kota! – zawyła – M-milicenta
Bulstrode m-musi mieć kota! A t-tego eliksiru nie używa się do t-transmutacji
zwierząt!
- Uau! – wykrzyknął Ron.
- Byłaś pięknym kociakiem, pani Weasley –
powiedział Pan Weasley.
- Chyba wolałem, jak się kłócili – mruknął
wybraniec, kiedy zobaczył, że znowu Hermiona całuje namiętnie Rona, a Ginny
parsknęła śmiechem.
- Tata gra wstępną, to wieczorem, okej! –
krzyknęła Rose – a ty mamo się już uspokój!
- Ale się będą wyśmiewać z takiej szkarady –
cieszyła się Marta.
- Hermiono, uspokój się – powiedział szybko Harry
– Zaraz cię zaprowadzimy do skrzydła szpitalnego. Pani Pomfrey nigdy nie zadaje
wielu pytań...
Długo trwało, zanim zdołali nakłonić Hermionę, by
opuściła łazienkę. Jęcząca Marta poszybowała za nimi, zanosząc się śmiechem.
- Poczekajcie, aż wszyscy zobaczą, że ona ma ogon!
- Och zamknij się! – warknęła Emilly.
- Koniec rozdziału – oznajmiła Jane.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz