czwartek, 18 maja 2023

Rozdział 5 Więzień

 

Madame teraz ja – oznajmił Armard.

 

- Proszę monsieur – mruknęła Apollina erotycznym głosem. Westchnęła zadowolonym głosem, kiedy jej mąż pocałował ją w czoło.

 

- Pani i panie Delacour… - zaczął Denis, ale Apollina przytuliła go do siebie.

- Widzę, jak patrzysz na Gabriele, a ona patrzy na Ciebie i myślę, że jesteśmy rodziną, kochanie. Jesteś ojcem moim wnuków z Gabrielą, więc chciałabym, żebyś przestał mi mówić per "pani" tylko zwracał się do…

 

- Mamo? – skoczył Denis.

 

- Jak ty mnie dobrze znasz Denis – oznajmiła zadowolonym głosem Apollina. Gabriela rozpromieniła się, bo zaczął jej się Denis podobać.

 

- Po prostu my siostry Delacour – powiedziała Gabriela – kochamy przystojniaków – Bill wypiął dumnie pierś i puszył się, jak paw, zupełnie jak Percy. Fleur pocałowała go w policzek, a Denis patrzył na Gabriele.

 

- Ej Denis – krzyknął Colin – Braciszku?! Halo jest sygnał?! Ziemia do Denisa!!

 

- Co!? – zawołał, oburzony.

 

- Jednak jest sygnał – stwierdził rozbawiony Colin – po prostu powiedz jej, że jej się podobasz.

 

- Denis lubię Cię takiego, jakiego jesteś w stanie – stwierdził rozbawiony Louis II do Colina II. Mówił to francuskim akcentem i to dziewczęcym głosem.

 

- Serio? – zapytał z nadzieją Colin II głosem Denisa.

 

- Oui – odparł Louis głosem Gabriele.

 

- Och, Gabriele! – krzyknął Colin II.

 

- Oh, Dennis! – zapiszczał Louis. Denis i Gabriele zarumienili się mocno.

 

- Lubię Gabriele bardzo – powiedział nagle Denis, a Gabriele rozpromieniła się i pocałowała go w policzek, a ten spalił buraka.

 

- Ja Ciebie też bardzo lubię – oznajmiła Gabriele, mając iskierki w oczach, a ten wyszczerzył się do niej, a późnej do brata.

- Gotowi? – spytał Armand.

- Tak! – padła zgodna odpowiedź.

 

Rozdział piąty

Dementor

Następnego ranka Harry'ego obudził Tom ze swoim zwykłym bezzębnym uśmiechem na twarzy i kubkiem herbaty na tacy. Harry ubrał się i właśnie tłumaczył markotnej Hedwidze, że trzeba wrócić do klatki, kiedy do pokoju wpadł Ron, wciągając w biegu koszulkę. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego.

 

- Nie było przy tobie Hermiony? – zadrwili Fred i George.

 

- Im szybciej znajdziemy się w pociągu, tym lepiej – powiedział – W Hogwarcie Percy w końcu się ode mnie odczepi. Teraz oskarża mnie, że oblałem herbatą fotografię Penelopy Clearwater. No, wiesz – zrobił złośliwą minę – jego dziewczyny. Schowała się za ramką, bo cały nos ma w plamach...

 

- Och, Penne moja perfekcyjna prefekt naczelna! Ja jestem perfekcyjny prefekt naczelny i jesteśmy perfekcyjną parą – mówił Ron.

 

- Nie, nie, nie, nie będzie perfekcyjnego bzykania – odparła Ginny. Niektórzy opluli się wodą, gdy to usłyszeli, a Percy chciał zamordować swoją siostrę i młodszych braci.

 

- Nie będzie perfekcyjnego seksu – wtrącił się Bill, drwiącym głosem.

 

- Będzie tylko perfekcyjnie całowanie – skończył Charlie. Percy zrobił się czerwony, jak wujek Vernon i patrzył wściekły na swoje rodzeństwo, którzy uśmiechnęli się do niego, jakby nic się nie stało. Większość ludzi prasnęła śmiechem.

 

- Muszę ci coś powiedzieć... – zaczął Harry, ale urwał, bo wbiegli Fred i George, żeby pogratulować Ronowi doprowadzenia Percy'ego do szału. Zeszli razem na śniadanie. Pan Weasley czytał ze zmarszczonymi brwiami pierwszą stronę "Proroka Codziennego", a pani Weasley opowiadała Hermionie i Ginny o napoju miłosnym, który sporządziła jako młoda dziewczyna. Wszystkie trzy chichotały.

 

- Z mamusi była bardzo psotna dziewczyna – odparły Hermiona i Ginny rozbawione, patrząc na dwie wersje Molly I, a pani Weasley zarumieniły się mocno.

 

- Co chciałeś mi powiedzieć? – zapytał Ron Harry'ego, kiedy usiedli przy stole.

 

- Później – mruknął Harry w chwili, gdy wpadł Percy.

 

- Napisałem do Penne. Będziemy się perfekcyjnie całować – odparł dumnym głosem Harry, a większość ludzi parsknęła śmiechem.

 

W wyjazdowym rozgardiaszu Harry nie miał okazji, by porozmawiać z Ronem czy Hermioną; wszyscy byli zbyt zajęci znoszeniem ciężkich kufrów po wąskich schodach Dziurawego Kotła i ustawianiem ich jeden na drugim koło drzwi. Na szczycie spoczęły klatki z Hedwigą i Hermesem, puchaczem Percy'ego. Obok kufrów stał niewielki wiklinowy koszyk, który głośno prychał i syczał.

 

- Nie denerwuj się, Krzywołapku – uspakajała swego kota Hermiona – Wypuszczę cię w pociągu.

 

- O, nie, tego nie zrobisz! – warknął Ron – Zapomniałaś o biednym Parszywku?

 

- Zjedz go Krzywołap – wysyczał Ron.

 

Wskazał na swoją pierś, gdzie spore wybrzuszenie zdradzało kryjówkę śpiącego szczura. Pan Weasley, który czekał na ulicy na samochody z ministerstwa, wetknął głowę do środka.

 

- Już są – powiedział – Harry, idziemy – Powiódł Harry'ego przez chodnik ku pierwszemu ze staroświeckich, ciemnozielonych samochodów; obaj kierowcy, tajemniczo wyglądający czarodzieje ubrani w szmaragdowe, aksamitne garnitury, rozglądali się czujnie dokoła – Właź, Harry – powiedział pan Weasley, rzucając nerwowe spojrzenie w górę i w dół ulicy.

 

- Dobrze, tato – oznajmił Harry, a dwie wersje Artura uśmiechnęli się do chłopca, który przeżył.

 

Harry usiadł z tyłu, a wkrótce do tego samego samochodu wsiedli Ron, Hermioną i – ku rozpaczy Rona – Percy. W porównaniu z podróżą Błędnym Rycerzem jazda na King's Cross była dość nudna. Samochody Ministerstwa Magii wyglądały całkiem zwyczajnie, choć Harry zauważył, że bez trudu wciskają się w najmniejsze luki między samochodami, czego nowy służbowy samochód wuja Vernona z pewnością nie mógłby dokonać.

 

Harry wtulił się w Ginny.

 

Na dworzec King's Cross zajechali na dwadzieścia minut przed odjazdem pociągu. Kierowcy znaleźli im wózki, wyładowali kufry, zasalutowali panu Weasley'owi, dotykając rond kapeluszy, i odjechali. Obydwa samochody w przedziwny sposób znalazły się natychmiast na czele nieruchomego sznura pojazdów, tuż przed światłami na skrzyżowaniu. Przez cały czas pan Weasley trzymał Harry'ego za łokieć.

 

- No dobrze – rzekł, kiedy znaleźli się na dworcu – Idźmy parami, bo jest nas dużo. Ja pójdę pierwszy z Harrym.

 

- Idzie stary Weasley z Potterem we dwoje i nie wiadomo, który z nich jest głupszy od siebie – powiedział Goyle.

 

- To ty umiesz mówić? – spytał w szoku Jared.

 

- Nie było jeszcze gwiazdki – dodał w szoku Lee – Goryl przemówił ludzkim głosem.

 

- Zamknij się! – warknął Goyle.

 

I ruszył ku barierce między peronem dziewiątym i dziesiątym, pchając wózek Harry'ego, najwyraźniej zafascynowany widokiem pociągu InterCity 125, który właśnie wjechał na peron dziewiąty. Potem spojrzał znacząco na Harry'ego i oparł się, niby przypadkowo, o barierkę. Harry zrobił to samo. Metal ustąpił i natychmiast obaj wpadli na peron numer dziewięć i trzy czwarte, przy którym stał już ekspres do Hogwartu. Z czerwonej lokomotywy buchały kłęby dymu, który zasnuwał peron pełny czarownic i czarodziejów odprowadzających swoje dzieci. Tuż za Harrym pojawili się nagle Percy i Ginny. Oboje dyszeli; zapewne pokonali barierkę w pełnym biegu.

 

Rodzeństwo czy to z krwi, czy z zakonu, nie mogli wytrzymać i ryknęli śmiechem.

 

- Ach, jest Penelopa! – powiedział Percy, przygładzając włosy i oblewając się rumieńcem.

 

- Perfekcyjnie się rumienił na widok swojej Penne! – zawołali Fred i George.

 

Ginny napotkała wzrok Harry'ego i oboje odwrócili się, żeby ukryć śmiech, kiedy Percy pomaszerował ku dziewczynie z długimi, kręconymi włosami, a kroczył z piersią wypiętą jak kogut, żeby już z daleka zobaczyła jego srebrną odznakę.

 

Większość ludzi parsknęła śmiechem.

 

Wkrótce dołączyli do nich pozostali Weasley'owie i Hermiona. Harry i Ron ruszyli wzdłuż zatłoczonych przedziałów i na samym końcu znaleźli dość pusty jeszcze wagon. Wtaszczyli kufry, umieścili Hedwigę i Krzywołapa na półce na bagaże i wyszli na peron, żeby się pożegnać z państwem Weasley'ami. Pani Weasley obcałowała swoje dzieci i Hermionę,

 

- Hermiona też jest moim i Artura dzieckiem – oznajmiły dwie wersje Molly – jest członkinią rodu Weasley'ów – dodały dumnym głosem.

 

- Jak słodko! – parsknął Cormac, krzywiąc się – Na jak długo?

 

- Niech się zastanowię… Yyyyy... a wiem. Tak, na zawsze – odpowiedziała mu w tej samej chwili dwie wersje pani Weasley i spojrzały na niego z dozą wyższości.

 

- Tak, Mamusiu – zgodziła się Hermiona. Kobieta przytuliła się do niej, a ta z radością i miłością wypisaną na twarzy głaskała jej włosy i pocałowała w czoło, a jej córka westchnęła szczęśliwym pomrukiem, wtulając się w nią jeszcze bardziej, bo poczuła się kochana i bezpiecznie w ramionach swojej mamy – Jestem twoją córeczką, a ty moją mamusią – dodała z mocą stali, następnie usiadła na kolanach Rona i się wtuliła w jego ramiona i mruknęła – Jestem w domu.

 

Tak skarbie, ja jestem twoją mamusią – odparła starsza wersja pani Weasley, pokazując na siebie – A ty moją córeczką – powiedziała, pokazując na Hermionę – Na zawsze! Ja, Matriachini rodu Weasley'ów skazuje Hermionę, Fleur, Nicole i Angelinę na dożywotnie członkostwo w rodzie Weasley’ów bez warunkowego zwolnienia. Wyrok jest prawomocny bez możliwości zmiany decyzji. Jedyna rzecz, jaką chce to zwracaniu się do mnie per "mamusia" per "mamuś" no ewentualne per "mamo" – a cała czwórka rozpromieniła się postanowieniem Molly Weasley i cała czwórka rzuciła się na szyję rudej kobiety, a ta pocałowała je w czoło. Te westchnęły szczęśliwym pomrukiem.

 

- Zgadzam się z mamusią w 100 procentach, to co Mamusia postanowiła – odparły do jej piersi zadowolone.

 

a potem przytuliła do piersi Harry'ego. Trochę się zmieszał, ale zrobiło mu się bardzo przyjemnie.

Dwie wersje pani Weasley rozłożyły ręce w stronę chłopca, który przeżył, a Harry się do niej przytulił.

 

- Harry też jest moim i Artura dzieckiem – oznajmiła starsza i młodsza Molly – Jest członkiem rodu Weasley’ów – dodały dumnym głosem.

 

- Jak słodko! – parsknęła Cho, krzywiąc się – Na jak długo?

 

- Niech się zastanowię... Yyyyy... A wiem. Tak, na zawsze – odpowiedziała mu po chwili starsza pani Weasley i spojrzała na nią z dozą wyższości. Harry popatrzył na Molly wzruszony.

 

- Tak, skarbie, ja jestem twoją mamusią – odparła starsza pani Weasley, pokazując na siebie – Ty jesteś moim dzielnym synkiem – powiedziała, pokazując na Harry’ego – Jeśli powiesz, że jesteś ciężarem dla mnie lub ojca – powiedziała, kiedy Harry chciał coś powiedzieć – nie jesteś i nigdy nie byłeś ciężarem! Nigdy! Harry mój wspaniały dzielny synku nie byłeś, nie jesteś i nigdy nie będziesz ciężarem nigdy! - łzy leciały z oczu Harry’ego i popłynęły po policzkach, a starsza Molly I je wytarła i oznajmiła mu – Zrób coś dla matki, bo to jest dla matki bardzo ważne: Skop Voldemortowi zad, okej? – i przytuliła go do siebie mocno, a Harry wtulił się w jej ramiona. Większość płakała na widok tej sceny.

 

- Kocham cię, mamusiu – mruknął do jej piersi.

 

- A ja Ciebie synku – odparła starsza Molly I – Ja, Matriachini rodu Weasley'ów skazuje Harry’ego na dożywotnie członkostwa w rodzie Weasley'ów bez warunkowego wyzwolenia. Wyrok jest prawomocny bez możliwości zmiany decyzji – a Harry się rozpromienił się z postanowieniem Molly Weasley i go ponownie przytuliła i pocałowała w czoło, a mężczyzna westchnął szczęśliwym pomrukiem.

 

- Zgadzam się z mamusią w 100 procentach, to co mamusia postanowiła – odparł do jej piersi, zadowolony.

 

- Będziesz na siebie uważał, Harry, prawda? – zapytała, a oczy jej dziwnie pojaśniały. Potem otworzyła swoją ogromną torbę i powiedziała: - Zrobiłam wszystkim kanapki... Masz, Ron... nie, nie są z peklowaną wołowiną... Fred! Gdzie jest Fred? O, jesteś, kochanie...

- Mamo! – jęknął Fred I.

 

- Harry – rzekł cicho pan Weasley – chodź tutaj na chwilę – Wskazał głową filar i Harry poszedł za nim, pozostawiając przyjaciół z panią Weasley – Muszę ci coś powiedzieć, zanim odjedziesz... – oznajmił pan Weasley głosem pełnym napięcia.

 

- Nie trzeba, panie Weasley – przerwał mu Harry – Ja już wiem.

 

- Wiesz? Skąd?

 

- Ja... ee... słyszałem, jak pan rozmawiał z panią Weasley... wczoraj wieczorem. Tak się jakoś złożyło, a potem już nie mogłem odejść, bo... Przepraszam... – dodał szybko.

 

- Nie masz za co przepraszać, kochaneczku – odparł James II, naśladując głos babci Molly.

 

- Przykro mi, że dowiedziałeś się tego w taki sposób, nie tak to sobie zaplanowałem – rzekł pan Weasley z niepokojem.

 

- Nie... naprawdę, wszystko w porządku. W ten sposób nie złamał pan słowa danego Knotowi, a ja już wiem, co się dzieje.

- Harry, pewnie bardzo się boisz...

 

- Nie, nie boję się – odpowiedział z powagą Harry – Naprawdę – dodał, widząc, że pan Weasley patrzy na niego z niedowierzaniem – Nie próbuję być bohaterem, ale, mówiąc poważnie, przecież Syriusz Black nie jest groźniejszy od Voldemorta, prawda?

- Jestem fajniejszy i ładniejszy od tego idioty – odezwał się młodszy Łapa.

 

- I zajebisty w łóżku – dodała rozmarzonym głosem młodsza Marlene.

 

- Mamo! - krzyknął Jared – Nie chciałem tego słyszeć!

 

Pan Weasley wzdrygnął się na dźwięk tego imienia.

- Harry, wiedziałem, że zostałeś ulepiony z twardszej gliny, niż sobie wyobraża Knot i bardzo się cieszę, że się nie boisz, ale...

 

- Arturze! – zawołała pani Weasley, która zaganiała już dzieci do wagonu. – Arturze, co ty tam robisz? Już czas!

 

- Harry już idzie, Molly! – krzyknął pan Weasley, ale odwrócił się do niego i mówił dalej przyciszonym głosem: - Posłuchaj, chcę, żebyś mi przyrzekł...

- ...że będę dobrym chłopcem i nie ruszę się nawet na krok poza teren szkoły, tak? – wpadł mu w słowo Harry.

 

- Niezupełnie – rzekł pan Weasley, a Harry jeszcze nigdy nie widział go tak poważnego – Harry, przyrzeknij mi, że nie będziesz szukał Blacka.

 

- Oczywiście, będę miał ochotę zabić syna mojego brata – odparł z drwiną młodszy Łapa.

 

Harry wytrzeszczył na niego oczy.

 

- Co? – Rozległ się długi gwizd. Strażnicy szli wzdłuż wagonów, zatrzaskując wszystkie drzwi.

 

- Przyrzeknij mi, Harry – pan Weasley mówił coraz szybciej – że cokolwiek się stanie...

 

- Dlaczego miałbym szukać kogoś, kto chce mnie zamordować?

 

- Przysięgnij mi, że bez względu na to, co możesz usłyszeć...

 

- Arturze, szybko! – krzyknęła pani Weasley.

 

Harry pocałował w policzek i czoło swoją mamę, a dwie wersje pani Weasley westchnęły – Dziękuję, mamuś, że kochasz mnie jak własnego syna.

 

Poprawka, Harry ty jesteś moim synem – odparły mu dwie wersje Lady Weasley – jestem Matriachini rodu Weasley'ów i jesteś Weasley'em, bo ja i Artur tak postanowiliśmy i kochamy Cię bezwarunkowo i nie ma tu żadnej dyskusji na ten temat, że jest inaczej, to samo się tyczy was moje córki – dodała, patrząc na swoje córki.

 

- Ja chcę być dobrą córeczką, więc słucham się mojej mamusi – powiedziały córki Lady Weasley – i nie mamy zamiaru dyskutować, bo mamusia mówi prawdę, bo teraz należymy do rodu Weasley'ów na zawsze.

 

Z lokomotywy buchnęła para; pociąg ruszył. Harry podbiegł do drzwi, Ron je otworzył i cofnął się, by go przepuścić. Wychylili się przez okno i machali państwu Weasley'om, póki nie zniknęli im z oczu za zakrętem torów.

 

- Muszę z wami porozmawiać na osobności – mruknął Harry do Rona i Hermiony, kiedy pociąg nabrał szybkości.

 

- Ginny, spadaj – powiedział Ron.

 

- Ron! – warknęła Hermiona.

 

- Och, jaki jesteś miły! – prychnęła ze złością Ginny i odmaszerowała. Harry, Ron i Hermiona również poszli korytarzem, poszukując wolnego przedziału, ale wszystkie były zajęte. W końcu znaleźli prawie pusty przedział na samym końcu pociągu. Przy oknie siedział jakiś mężczyzna pogrążony w głębokim śnie.

 

- Mężczyzna? – spytała zdziwiona młodsza Lily I.

 

- Od kiedy dorosły facet jedzie pociągiem – dodał w szoku młodszy Rogacz.

 

Było to bardzo dziwne, bo ekspres do Hogwartu zarezerwowany był zwykle dla uczniów i jeszcze nigdy nie spotkali w nim dorosłego prócz czarownicy, która rozwoziła słodycze i napoje. Nieznajomy miał na sobie niezwykle wyświechtane szaty czarodzieja, pocerowane i połatane w wielu miejscach. Nie wyglądał dobrze i najwyraźniej był bardzo zmęczony. Choć wydawał się jeszcze dość młody, wśród jasnobrązowych włosów można było dostrzec siwe pasma.

 

Starszy Remus oraz starsi uczniowie wymienili spojrzenia.

 

- Jak myślicie, kto to może być? – szepnął Ron, kiedy usiedli jak najdalej od okna i cicho zasunęli drzwi.

 

- Profesor R. J. Lupin – odpowiedziała bez wahania Hermiona.

 

Gościom z przeszłości oraz starszej wersji Marlene, Dorcas, Frankowi, Alicji, Jamesowi i Regulusowi opadły szczęki.

 

- Mój Tatuś został profesorem! – zawołały Victoire i Hope szczęśliwe. Starszy Remus uśmiechnął się do swoich córek.

 

- Skąd wiesz?

- Tak jest tam napisane – wskazała półkę na bagaże, gdzie spoczywała zniszczona, obwiązana mnóstwem zgrabnie połączonych sznurków walizeczka, z wytłoczonym w rogu nazwiskiem: PROFESOR R. J. LUPIN.

 

- Luniek zostałeś profesorem! – krzyknęli dwie wersje Rogacza szczęśliwi.

 

- Zostałem profesorem? – spytał w szoku młodszy Lunatyk.

 

- Tak, wujku Remusie – odparła Hermiona.

 

- Ciekawe, czego on uczy – powiedział Ron, przyglądając się bladej twarzy profesora i marszcząc czoło.

 

- To przecież jasne – szepnęła Hermiona – Jest tylko jeden wakat, prawda? Obrona Przed Czarną Magią.

 

- Mam nadzieję, że byłem choć trochę dobry od tych kretynów? – spytał młodszy Remus.

 

- Byłeś najlepszy – stwierdzili chóralnie uczniowie.

 

Harry, Ron i Hermiona mieli już dwóch nauczycieli Obrony Przed Czarną Magią; każdy uczył ich zaledwie rok. Krążyły pogłoski, że to stanowisko przynosi pecha.

 

- Mam nadzieję, że coś potrafi – rzekł Ron powątpiewającym tonem.

 

- Oj, potrafi – odparł zielonooki.

 

- Bo wygląda, jakby go mógł załatwić pierwszy lepszy urok. No, ale... – odwrócił się do Harry'ego – co chcesz nam powiedzieć? – Harry opowiedział im o sprzeczce między panem i panią Weasley i o ostrzeżeniu, które przekazał mu pan Weasley. Kiedy skończył, Ron wyglądał jak rażony piorunem, a Hermiona zatkała sobie usta rękami. W końcu opuściła je i wykrztusiła:

 

- Syriusz Black uciekł, aby dopaść ciebie? Och, Harry... musisz być naprawdę, naprawdę bardzo ostrożny! Unikaj wszelkich kłopotów, Harry...

 

Dwie wersje Łapy jęknęli i walnęli głową o stół.

 

- Ja nie szukam żadnych kłopotów – odpowiedział Harry rozdrażnionym głosem – To kłopoty zwykle znajdują mnie.

 

- To cecha wyróżniająca i cechująca ród Potterów – westchnęły kobiety z rodu Potterów.

 

- Musiałby być ostatnim tumanem, gdyby szukał czubka, który chce go zabić – powiedział Ron roztrzęsionym głosem.

 

- Tatuś nie jest czubkiem! – warknęła Cassie do Rona.

 

Przyjęli to gorzej, niż się Harry spodziewał. Zarówno Ron, jak i Hermiona sprawiali wrażenie, jakby byli bardziej przerażeni od niego – Nikt nie wie, jak mu się udało zbiec z Azkabanu – szepnął z lękiem Ron – Przed nim nikt tego nie dokonał. A był strzeżony lepiej od innych więźniów.

 

- Ale jakoś mi się udało – stwierdził młodszy Łapa.

 

- Ale złapią go, prawda? – powiedziała z przejęciem Hermiona – Przecież szukają go również wszyscy mugole...

 

Hermiona popatrzyła na Syriusza przepraszającym wyrazem twarzy, a ten puścił do niej oczko.

 

- Co to takiego? Słyszycie? – zapytał nagle Ron. Skądś wydobywał się cichy gwizd. Rozejrzeli się gorączkowo po całym przedziale.

 

- To gwiżdże coś w twoim kufrze, Harry – powiedział Ron, wstając i sięgając na półkę z bagażami. Pogrzebał w kufrze i w chwilę później wyciągnął spomiędzy szat Harry'ego kieszonkowy wykrywacz podstępów. Wirował szybko na dłoni Rona i błyskał jasnym światłem.

 

- Czy to jest fałszoskop? – zapytała zaintrygowana Hermiona, wstając, żeby lepiej mu się przyjrzeć.

 

- Tak – odpowiedział Ron.

 

- Taak... ale wiesz... nic nadzwyczajnego, bardzo tani – odpowiedział Ron. – Zaczął wirować, kiedy przywiązywałem go Errolowi do nóżki, żeby wysłać Harry'emu.

 

- A robiłeś wówczas coś nieuczciwego?

 

- Skąd! No... chyba nie powinienem użyć do tego Errola. Wiesz, że nie najlepiej znosi długie dystanse... Ale niby jak miałem przesłać Harry'emu prezent?

 

- Mogłem wziąć Hermesa, ale nasz romantyk pisał do swojej perfekcyjnej blondynki Penne – odezwał się Ron.

 

- Przykro mi Audrey, ale musisz to jakoś wytrzymać – powiedziała Ginny.

 

- Wsadź go z powrotem do kufra – powiedział Harry, gdy fałszoskop zagwizdał przeraźliwie – bo on może się obudzić – Wskazał głową na profesora Lupina.

 

- Czyżby to było pełnia – mruknął cicho młodszy Łapa do młodszego Rogacza.

 

Ron wsadził fałszoskop do pary wyjątkowo ohydnych starych skarpetek wuja Vernona, co stłumiło gwizd, a potem zamknął wieko kufra.

 

- Można go dać do sprawdzenia w Hogsmeade – powiedział Ron, siadając z powrotem. – Fred i George mówili, że u Derwisza i Bangesa sprzedają najróżniejsze magiczne przyrządy.

 

- Wiecie coś więcej o tym Hogsmeade? – zapytała Hermiona – Czytałam, że to jedyna miejscowość w całej Wielkiej Brytanii, w której nie mieszka ani jeden mugol.

 

- To prawda – oznajmił Horacy.

 

- Tak, chyba tak jest – przyznał Ron – ale wcale nie dlatego chciałbym tam być. Zależy mi tylko na jednym: na odwiedzeniu Miodowego Królestwa.

 

- Co to takiego? – zapytała Hermiona.

 

- To cukiernia – odpowiedział Ron rozmarzonym tonem – gdzie mają naprawdę wszystko... Pieprzne diabełki... mówię wam, aż się dymi z ust... i olbrzymie gały czekoladowe pełne truskawkowego musu i kremu, i naprawdę wspaniałe cukrowe pióra, które możesz sobie ssać na lekcji, a wyglądasz, jakbyś się zastanawiał, co napisać...

 

Hugo się rozmarzył.

 

- Ale Hogsmeade to bardzo ciekawa miejscowość, prawda? – nalegała Hermiona – W Historycznych miejscowościach magicznych piszą, że tamtejsza gospoda była kwaterą główną w powstaniu goblinów w 1612 roku, a Wrzeszcząca Chata jest podobno najbardziej nawiedzanym przez duchy domem w całej Anglii...

- Nie ma to jak wykład naukowy ciotki Hermiony – stwierdził rozbawionym głosem Fred II. Hermiona się zarumieniła.

 

- ...i takie twarde lodowe kulki... wystarczy je possać, a unosisz się na parę cali w powietrze – ciągnął Ron, do którego najwyraźniej nie dotarło, że Hermiona coś powiedziała.

 

Większość ludzi parsknęła śmiechem. Ron popatrzył na żonę rozbawionym wzrokiem, a Hermiona pocałowała go w policzek i się wtuliła, po czym westchnęła, bo poczuła się bezpiecznie, kiedy Ron ją przytulił. Lavender i Cormac prychnęli.

 

Hermiona spojrzała na Harry'ego.

 

- Fajnie by było urwać się ze szkoły i zwiedzić to Hogsmeade, co?

 

- Pewnie tak – powiedział Harry, wzdychając ciężko – Będziecie mi musieli opowiedzieć, jak sami zobaczycie.

 

- Bo co? – zapytał Ron.

 

- Bo ja nie mogę. Dursley'owie nie podpisali mi pozwolenia, a Knot też nie chciał.

 

Fred i George puścili oczko Harry’emu.

 

Ron wytrzeszczył oczy.

- Nie masz pozwolenia? Ale przecież... Daj spokój, Harry... McGonagall na pewno da ci glejt... – Harry roześmiał się ponuro. Profesor McGonagall, opiekunka domu Gryfonów, była bardzo zasadniczą osobą – ...możemy też skorzystać z pomocy Freda i George'a, znają każde tajne wyjście ze szkoły...

- Ron! – przerwała mu ostro Hermiona – Przecież Harry nie może opuścić potajemnie szkoły, dopóki Black jest na wolności...

 

- Tak, bo mam zamiar zabić Harry’ego Pottera – powiedział młodszy Łapa z ironią.

 

- Wujku Syriuszu! – warknęły Hermiona, Ginny i Luna.

 

- Tak, słońca? – spytał młodszy Łapa i rozłożył ręce – No chodźcie do wujcia Łapy – cała trójka dziewcząt uśmiechnęły się do niego szeroko i przytuliły się do niego. Pocałował Lunę w czoło, wyrażając stryjeczne uczucia, jakie do niej żywił, a Luna westchnęła i wtuliła się w jego ramiona. Luna popatrzyła na przyszywanego brata Rogacza.

 

- Wiesz, co teraz to oznacza, Luna? – spytał, mając iskierki w oczach.

 

- Że jesteś moim drugim wujkiem, prawda? – spytała z nadzieją Luna.

 

Tak jestem twoim wujkiem, my Lady – odpowiedział młodszy Łapa, a Luna uśmiechnęła się szeroko i pocałowała go w policzek.

 

- A ja jestem twoją ciocią, Luna – odezwała się młodsza Marlene.

 

- Tak, ciociu Marlenę – stwierdziła Luna, kiedy usiadła na kolanach Rolfa i się do niego wtuliła, a Marlene usiadła na kolanach Syriusza.

 

- No właśnie, to samo powiedziałaby McGonagall, gdybym ją poprosił o pozwolenie – powiedział z goryczą Harry.

 

- Ale gdyby był z nami, Black by się nie ośmielił...

 

- Och, Ron, przestań wygadywać głupstwa – prychnęła Hermiona – Black zamordował już tuzin ludzi, i to w biały dzień, na ruchliwej ulicy.

 

- Ja tego nie zrobiłem! – jęknął dwie wersje Łapy.

 

- Odwalcie się od mojego tatusia! – warknęły córki Łapy.

 

- Wtedy nie wiedzieliśmy, że zostałeś wrobiony, więc musisz nam to wybaczyć – powiedział Ron.

 

Czy ty naprawdę myślisz, że jak nas zobaczy, to się przestraszy i zrezygnuje z zaatakowania Harry'ego? – Mówiąc to, bawiła się rzemykami zamykającymi wieko koszyka Krzywołapa.

 

- Uważaj, bo ucieknie! – krzyknął Ron, ale było już za późno. Krzywołap wyskoczył z koszyka, przeciągnął się, ziewnął i wskoczył Ronowi na kolana. Wybrzuszenie na piersi Rona zadrgało gwałtownie. Ze złością zrzucił kota z kolan.

 

- Psiiik! Wynocha!

 

Ron był wściekły, że Krzywołap nie zjadł Parszywka.

 

- Ron, jak śmiesz! – powiedziała ze złością Hermiona. Ron już miał jej coś odpowiedzieć, kiedy profesor Lupin poruszył się. Zamarli, obserwując go z napięciem, ale tylko przekręcił głowę na bok, nie otwierając oczu, i spał dalej. Usta miał lekko rozchylone.

 

Dwie wersje Lunatyka się zarumienili, a Victoire parsknęła śmiechem.

 

- Co? – spytał starszy Lunatyk.

 

- Bo Teddy też ma taki mocny sen, tatusiu – odparła Victoire.

 

- Bo jak pracujesz w nocy z Teddym codziennie, to taki jest efekt siostrzyczko! – zadrwił Louis, a Victoire i Teddy mordowali go wzrokiem – i dzięki tej ciężkiej pracy powstali Dora i Remus.

 

- Louis, zamknij się! – warknęła Victoire, a ten wyszczerzył się szeroko do siostry.

 

- Mogę go zamordować? – spytał Teddy żony.

 

- Za dużo papierkowej roboty, Teddy – mruknęła pani Lupin.

 

Ekspres Londyn-Hogwart mknął ze stałą szybkością na północ i za oknem robiło się coraz bardziej dziko. Pociemniało, bo chmury zgęstniały i jakby się obniżyły. Na korytarzu zapanował ruch, uczniowie przebiegali raz po raz obok drzwi ich przedziału. Krzywołap usadowił się na wolnym miejscu i zwrócił swój spłaszczony pyszczek w stronę Rona. Żółte oczy utkwił w jego górnej kieszeni.

 

Hermiona głaskała kota.

 

O pierwszej pojawiła się pulchna czarownica z wózkiem.

 

- Nie uważacie, że powinniśmy go obudzić? – zapytał Ron, wskazując głową na profesora Lupina – Chyba dobrze by mu zrobiło, gdyby coś zjadł.

 

- Dzięki, Ron – odparł starszy Remus – To było miłe.

 

Hermiona zbliżyła się ostrożnie do śpiącego.

 

- Eee... panie profesorze! Przepraszam... panie profesorze! – Nawet nie drgnął.

 

- Nie przejmuj się, moja kochana – powiedziała czarownica, wręczając Harry'emu pokaźny stos kociołkowych piegusków – Jak się obudzi i będzie głodny, to znajdzie mnie z przodu, przy lokomotywie.

 

- Mam nadzieję, że śpi – powiedział cicho Ron, kiedy czarownica zamknęła drzwi – To znaczy... chyba nie umarł, co?

 

- Nie, przecież oddycha – szepnęła Hermiona, biorąc od Harry'ego ciastko.

 

- Byłem zmęczony – mruknął starszy Lunatyk.

 

Profesor Lupin może i nie był najlepszym towarzyszem podróży, ale jego obecność w przedziale miała swoje dobre strony. Po południu, właśnie, kiedy zaczął padać deszcz, zamazując wzgórza poza oknem, znowu usłyszeli kroki na korytarzu, drzwi się rozsunęły i stanęła w nich najmniej oczekiwana osoba: Draco Malfoy. Towarzyszyli mu, jak zwykle, jego kumple, Vincent Crabbe i Gregory Goyle.

Uwaga, uwaga, dwójka goryli i fretka uciekła z londyńskiego zoo! – krzyczał Fred II – Proszę zachować spokój!

 

- Zoo jest w Londynie, goryle – stwierdził Hugo.

 

- Nie jestem gorylem! – zawołali Crabbe i Goyle.

 

- Ja jestem innego zdania – powiedział George II.

 

Draco Malfoy i Harry byli wrogami od czasu, gdy spotkali się podczas pierwszej podróży do Hogwartu. Malfoy, szczupły chłopiec z szyderczym uśmiechem przylepionym do bladej, szczurowatej twarzy, był w Slytherinie, a w drużynie Ślizgonów grał jako Szukający, a więc na tej samej pozycji co Harry w drużynie Gryfonów. Crabbe i Goyle istnieli tylko po to, by wypełniać polecenia Malfoy'a.

 

Oraz zaspokajać jego potrzeby – dodał Jared. Goryle i fretka zrobili wściekle miny, a Daphne zaczęła chichotać i wtuliła się w jego ramiona.

 

- Nie jestem gejem! – zawołał Draco.

 

- Ty może nie, ale oni to już nie jestem pewien – stwierdził Feliks, a Tracy siedziała mu na kolanach i patrzyła na niego.

 

- Co tam piękna? – spytał Feliks.

 

- Patrzę na mojego przystojniaka – odparła Tracy i pocałowała go namiętnie w usta.

 

Obaj byli tęgimi, dobrze umięśnionymi osiłkami; Crabbe był wyższy, z potężnym karkiem i wysoko podgoloną głową, Goyle miał krótkie, szczecinowate włosy, a długie ręce kołysały mu się wzdłuż boków jak prawdziwemu gorylowi.

 

- Pertyfikus Totalus Tria! – krzyknął James II, kiedy trójka Ślizgonów rzuciła się na jego ojca.

 

- Panie Potter! – krzyknęli nauczyciele, kiedy usiedli ze wściekłymi minami, zaczęli dalej czytać.

 

- No proszę, kogo tu mamy – powiedział Malfoy, jak zwykle przeciągając słowa – Nasze papużki-nierozłączki, Pękała i Mądrala – Crabbe i Goyle zarechotali.

 

- No proszę, kogo tu mamy – powiedział Hugo, przeciągając słowa, bo zaczął naśladować zachowanie Draco – Nasze papużki-nierozłączki, dwóch Goryli bez mózgów i biała tchórzliwa fretka.

 

- Tatusiu tak się nie można zachowywać! – zawołała Rose do Draco, który na słowo "tatusiu" się skrzywił.

 

- Nie mów do mnie ta... – zaczął Draco.

 

Nie będziesz mi mówił tatusiu jak mam do tatusia się zwracać? – przerwała mu Rose – Jestem twoją córeczką od kiedy połączyłam się ze Scorpiusem tym oto znakiem i teraz jestem panią Malfoy i moim obowiązkiem jako twoja córka jest zwracać się do tatusia per "tatuś" albo per "tatusia" ewentualnie "tato". Tak samo do mamusi Scorpiusa moim obowiązkiem jest zwracać do niej per "mamusia" albo "mamuś" ewentualnie "mamo" i nie ważne, że nie dzieli nas żadna krew, ale jestem żoną twojego syna, którym jestem połączona tym oto znakiem – eksponowała znak na szyi i przejechała palcami i westchnęła zadowolona głosem, bo poczuła więcej magii Scorpiusa – i teraz rodzice Scorpiusa są moimi rodzicami, bo czuję jego magię cały czas. I teraz ja i Scorpius jesteśmy jednością na zawsze i tatuś musi się wreszcie pogodzić z tym, że ma tatuś rudą córeczkę, bo ja, osobiście nie wyobrażam sobie i również nie mieści mi się głowie, żeby zwracać się do tatusia inaczej niż per "tatuś" albo per "tatusiu" i ze mną tatuś nie wygra.

 

- Rose ma obowiązek zwracać się do mnie "mamusia" albo "mamuś" ewentualnie "mamo", bo stała się moją córeczką, a do ciebie ma mówić "tato", bo podobno związałeś się ze mną i urodziłam ci syna, który związał się z Rose – odezwała się Astoria do Draco.

 

- Wolę mówić do niego "tatuś" albo "tatusiu", mamusiu – odparła Rose do Astorii, a Astoria ją przytuliła i pocałowała ją w czoło, wcześniej odgarniając jej długie rude włosy, wyrażając macierzyste uczucia, jakie do niej żywiła, a Rose westchnęła szczęśliwym pomrukiem, wtulając się Astorię jeszcze bardziej.

 

- Kocham Cię, mamusiu i nie wyobrażam sobie zwracać się do mamusi inaczej niż tylko per "mamusia" – mruknęła Rose do Astorii zadowolonym głosem, że pani Malfoy pocałowała ją czoło.

 

- Ja Ciebie też kocham, moja córeczko – i ją przytuliła – i tak jak powiedziałam, jestem twoją mamusią, a ty moją córeczką na zawsze i jeśli ktoś będzie to kwestionować, to ze mną będzie miał do czynienia – a Rose uśmiechnęła się promienne do swojej drugiej mamy i pocałowała ją w policzek i odwróciła się z gracją i wdziękiem, po czym usiadła na kolanach Scorpiusa i westchnęła szczęśliwa, kiedy Scorpius pocałował ją w czoło i wtuliła się w jego ramiona i wyszeptała mu do ucha.

 

- Przelecisz mnie, prawda? Proszę – i zrobiła minę biednego zwierzaka. Scorpius popatrzył na żonę i pokiwał głową.

 

- Oczywiście, kochanie, że cię bzyknę – Rose rozpromieniła się, a jej mąż miał głupi wyraz twarzy. Lucek był wściekły.

 

- Tnij tylko moją córeczkę/mamusie/wnuczkę, a stracisz jaja na zawsze! – warknęły Ladys Malfoy do Lucka.

 

- Weasley, słyszałem, że tego lata twój ojciec w końcu przyniósł do domu trochę złota. Czy twoja matka przeżyła taki szok?

 

- Tatusiu! – warknęła Rose do Draco, a Draco chyba dał sobie spokój, bo Rose i tak nie wygra z Weasley’ówną, bo nic się nie powiedział – musi się tatuś z tym pogodzić, a im szybciej tatuś to zrobi, tym lepiej dla tatusia.

 

Ron zerwał się tak gwałtownie, że strącił koszyk Krzywołapa. Profesor Lupin zachrapał przez sen – A to kto? – zapytał Malfoy, cofając się o krok.

 

- Nowy nauczyciel – odpowiedział Harry, który również wstał, żeby w razie czego przytrzymać Rona – Mówiłeś coś, Malfoy?

 

- Że będziemy rodziną, Ron – odparł beztrosko Hugo, naśladując głos Draco.

 

- Wspaniale! – krzyknął Frank II głosem Rona – Słyszałaś, Hermiono?

 

- Mój syn zwiąże się z waszą córką i będzie panią Malfoy! Czy to niewspaniałe?

 

- Tak, będzie z nich piękna para! – zawołał James II, naśladując głos swojej matki chrzestnej.

 

- I będą z tego małe malfoy'ówki! – krzyknął Hugo głosem Draco – Jak będzie dziewczynka, to będzie się nazywała Ariel, a chłopiec to Perseusz, a ja będę dumnym dziadkiem!

 

- To ja będę dumnym dziadkiem, fretko – powiedział Frank II, głosem wujka Rona.

 

- Ja będę wspaniałą babcią – oznajmił James II głosem Hermiony.

 

- I ja też – dodał Fred II, głosem Astorii.

 

- Wiecie co, podobają mi się te imiona – stwierdził Scorpius, a Rose zarumieniła się mocno, wtulając się w Scorpiusa.

 

Malfoy zmrużył blade oczy; nie był na tyle głupi, by wdawać się w bójkę pod nosem nauczyciela.

 

- Spadamy – mruknął do Crabbe'a i Goyle'a. I odeszli, a Harry i Ron usiedli na swoich miejscach. Ron uderzał pięścią w otwartą dłoń.

 

- W tym roku nie zamierzam znosić obelg Malfoy’a – oświadczył mściwie – Nie żartuję. Jeśli jeszcze raz obrazi moją rodzinę, złapię go za ten przylizany łeb i...

 

- Strzelę mu w pysk, a później wypijemy razem zdrowie naszych dzieci za Scorpiusa i Rose – oznajmił rozbawiony Hugo, naśladując głos ojca. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

 

- Ja? Z nim w życiu! – krzyknęli obaj z odrazą.

 

- Mój syn nie będzie pił! – warknął Lucek.

 

- O, Lucyna się uaktywniła – stwierdził George II.

 

- Uważaj na słowa, bo obrażasz moją rodzinę! – warknął Scorpius do dziadka.

 

Machnął groźnie ręką w powietrzu.

 

- Ron – szepnęła Hermiona, wskazując na profesora Lupina – uważaj... – Ale profesor Lupin wciąż smacznie chrapał.

 

Dwie wersje Lunatyka się zarumienili.

 

Im dalej na północ, tym deszcz zacinał mocniej; za szarymi oknami robiło się coraz ciemniej, aż w końcu zapłonęły światła nad półkami z bagażem i na korytarzu. Pociąg stukotał, ulewa bębniła w szyby, wiatr huczał, a profesor Lupin chrapał w najlepsze.

 

- Chyba już dojeżdżamy – powiedział Ron, wychylając się przed śpiącego profesora, żeby spojrzeć w czarne już okno. Zaledwie to powiedział, pociąg zaczął zwalniać – No, nareszcie – Ron wstał i podszedł ostrożnie do okna, żeby przez nie wyjrzeć – Konam z głodu. Chciałbym już być na uczcie...

 

Uczniowie wymienili spojrzenia i zbledli.

 

- Trochę za wcześnie – powiedziała Hermiona, patrząc na zegarek.

 

- Więc dlaczego stajemy? - Pociąg zwalniał coraz bardziej. W miarę jak cichła lokomotywa, narastał ryk wiatru i wzmagało się bębnienie deszczu o szyby. Harry, który siedział najbliżej drzwi, wstał i wyjrzał na korytarz. Ze wszystkich przedziałów wychylały się głowy.

 

Większość ludzi zbladła jeszcze bardziej.

 

Pociąg zatrzymał się tak raptownie, że bagaże pospadały z półek. A potem, bez żadnego ostrzeżenia, pogasły wszystkie światła i pogrążyli się w całkowitej ciemności.

 

- Co jest grane? – rozległ się za plecami Harry'ego głos Rona.

 

- Auu! – krzyknęła Hermiona – Ron, to moja stopa!

 

- Co tu się kurwa mać znowu dzieje! – zawołały dwie wersje Lily.

 

- Lily... - zaczęła Euphemia, ale dwie wersje pani Potter jej nie słuchały tylko przytuliły się do Matriarchaty rodu Potterów – Moja córeczka – a obie Lily się uspokoiły, gdy Lady Potter głaskała dwóm wersjom włosy.

 

- Mamusiu, wiesz, że jesteś dobrym środkiem uspakajającym?

 

- Wiem, słońce – i przytuliła je do piersi – dla Ciebie wszystko, skarbie.

 

Harry wrócił po omacku na swoje miejsce.

 

- Może coś się zepsuło?

 

- Nie mam pojęcia... – Usłyszał stłumiony pisk i zobaczył niewyraźny zarys głowy i ręki Rona, który wycierał dłonią szybę, żeby lepiej widzieć.

 

- Coś się porusza – powiedział Ron. – Chyba ktoś wsiada...

 

- Twoją głupota Weasley! – zadrwił Blaise.

 

Drzwi przedziału otworzyły się i ktoś upadł całym ciężarem na nogi Harry'ego.

 

- Przepraszam... może wiecie, co się dzieje?... Ojej... przepraszam...

 

- Ojej... przepraszam... jestem.... tylko.... bez mózgowym frajerem – kpiła Pansy.

 

- Cześć, Neville – powiedział Harry, macając wokół siebie w ciemności i ciągnąc Neville'a za płaszcz, żeby pomóc mu wstać.

 

Pansy zachichotała bezczelne w stronę Neville’a.

 

- Zjedz lepiej buty Zachariasza, mopsie, a od mojego tatusia się odpierdol! – warknęła Lily II – Prawda, tatusiu?

 

- Tak, Lily moja dzielna ruda córeczko – powiedział Neville i ją przytulił mocno.

 

- Harry? To ty? Co się dzieje?

 

- Nie wiem... usiądź... – Rozległ się głośny syk, a zaraz potem stłumiony jęk: Neville usiadł na Krzywołapie.

 

- Biedny Krzywołapek – mruknęła Alicja II.

 

- Pójdę zapytać maszynistę, co to wszystko znaczy – oświadczyła Hermiona. Harry poczuł, że ktoś przechodzi koło niego i usłyszał zgrzyt otwieranych drzwi, a potem łoskot i okrzyki:

 

- Kto to?!

 

- A ty kim jesteś?!

 

- Ginny?

 

- Hermiona?

Moja młodsza siostrzyczka! – krzyknęła Hermiona.

 

- Moja starsza siostrzyczka! – wtórowała Ginny.

 

- Wiesz, że jestem teraz panią Potter! - wtrącił się Harry głosem podnieconej Ginny – I nawet nie wiesz, jaka jestem teraz szczęśliwa!

 

- A ja jestem panią Weasley! - wtórował mu Ron, głosem podnieconej Hermiony – mówię ci Ginny, Ron jest taki seksy.

 

- Ron seksy? – skrzywił się Harry, naśladując gesty Ginny – nie to Harry jest seksowniejszy.

 

- Ha, ha, ha – mruknęły pani Weasley i pani Potter, ale pocałowały ich w policzek.

 

- Co ty tu robisz?

- Szukałam Rona i...

 

- Wchodź do środka... siadaj...

 

- Nie tutaj! – krzyknął Harry – Tu ja siedzę!

 

- Aua! – wrzasnął Neville.

 

- Spokój! – zabrzmiał ochrypły głos. Wyglądało na to, że profesor Lupin w końcu się obudził. Wszyscy zamilkli.

 

- Luniek dzieciarnia Cię słucha! – parsknął śmiechem młodszy Łapa.

 

- Dorosły się znalazł! – prychnęła Ginny.

 

Rozległ się cichy trzask i przedział wypełniło słabe, rozdygotane światło. Profesor Lupin trzymał w dłoni garść płomyków. W bladym świetle zobaczyli jego zmęczoną, szarą twarz i bystre, czujne oczy – Nie ruszajcie się z miejsc – powiedział tym samym ochrypłym głosem, po czym podniósł się niespiesznie, wyciągając przed sobą dłoń z płomykami. Drzwi rozsunęły się powoli, zanim zdążył ich dosięgnąć. Drżący blask oświetlił wysoką postać w ciemnej pelerynie, sięgająca prawie do sufitu. Twarz była całkowicie ukryta pod kapturem.

 

- Dementorzy! – pisnęły dziewczyny. Atmosfera w Wielkiej Sali zmieniła się diametralnie. Jedna część strasznie drżała, jakby Dementor rzeczywiście tam był, a druga była wściekła, za to trzecia część Sali była zaniepokojona i patrzyła na Harry’ego ze współczuciem.

 

A to, co zobaczył Harry, spowodowało, że żołądek podskoczył mu do gardła. Spod peleryny wystawała ręka... błyszcząca, szarawa, oślizgła i pokryta liszajami, jak ręka topielca, którego ciało długo przebywało w wodzie... Widział ją tylko przez ułamek sekundy, bo straszna istota jakby wyczuła jego spojrzenie i natychmiast cofnęła rękę, chowając ją w fałdach czarnej peleryny.

 

- Kto na to pozwolił! – warknęła młodsza Marlene.

 

- Ministerstwo Magii, mamusiu – odparła Daphne – a tam jest ten, co pozwolił – wskazała na Korneliusza.

 

- Tam były dzieci! – krzyknęła młodsza Dorcas.

 

- Szukali Syriusza – mruknął Harry.

 

Tam były moje dzieci, które były w niebezpieczeństwie i bezbronne! – warknęły Ladys Weasley, Longbottom, Potter, Black, Malfoy oraz Pani Finnigan – za chwilę poznasz nasz gniew, co matka może zrobić, żeby chronić swoje młode, a teraz zapłacisz za to, że puściłeś te stwory – Kordek przemknął ślinę i chciał coś powiedzieć, ale te były szybsze i rzuciły w niego zaklęciami, a ten zaczął piszczeć jak mała dziewczynka.

 

- Drogie panie, dość! – krzyknął Drops.

 

- Dość? To dopiero początek. Najpierw niech błaga na kolanach i przeprasza, że naraził moje dzieci na działanie dementorów! – warknęła pani Finnigan.

 

- Ty masz same bachory! – warknęła Mariette – twoje tak zwane dzieci są bachorami Finnigan.

 

- Po pierwsze: jak śmiesz się tak do mnie odzywać? Po drugie: zwracasz się do po mnie per "proszę pani Finnigan". Po trzecie: dzieci, a nie żadne bachory, bo mam syna i córkę, prawda córeczko?

- Tak, mamusiu – odparła Susan – Jestem Susan Finnigan, żoną Seamusa Finnigana – pokazała na Allison – Jest teraz moją mamusią, która zaraz skopię Ci dupę – i wtuliła się w jej ramiona i poczuła się bezpiecznie w ramionach swojej mamy – i jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie bachorem, to moja mamusia Cię załatwi – Wszystkie córki, które były wtedy w pociągu wtuliły się do swoich mam, a one je objęły i patrzyły jadowicie na Korneliusza.

 

A potem to coś, co ukrywało się pod kapturem, wzięło długi, świszczący oddech, jakby chciało wciągnąć w siebie nie tylko powietrze, ale i wszystko, co było w przedziale. Ogarnął ich straszliwy ziąb. Harry poczuł, że brak mu tchu. Lodowate zimno przenikało głęboko przez skórę, było już wewnątrz klatki piersiowej, mroziło serce... Popatrzył nieprzytomnie. Nic nie widział. Tonął w zimnie. W uszach mu szumiało, jakby znalazł się pod wodą. Coś ciągnęło go w dół, w straszliwą topiel chłodu, szum narastał do ryku...

 

Większość z nich zbladła.

 

Nagle gdzieś z daleka dobiegły go przerażające, przerażone, błagalne krzyki. Nie wiedział, kto tak krzyczy, ale chciał temu komuś pomóc, spróbował poruszyć ramionami, ale nie mógł... gęsta biała mgła kłębiła się wokół niego, w nim...

 

Teraz ludzie byli już biali.

- Harry, co ty widziałeś? – zapytała przerażona Euphemia.

 

- Widziałem mamę, babciu – mruknął cicho Harry, a dwie wersje Lily rzuciły się na jego szyję i przytuliły się do niego, mocno płacząc – Mamusiu, nie opuścisz mnie już prawda? Bo ja chcę mieć dwie mamy, ciebie i mamę Molly – Łzy leciały po policzkach pani Potter.

 

- Nigdy Cię więcej nie opuszczę, synku.

 

- Obiecujesz?

- Obiecuję – odparły dwie wersje rudej pani Potter.

 

- To się też ciebie tyczy, tato – mruknął Harry.

 

- Obiecuję, synku – oznajmił dwie wersje Rogacza.

 

- Harry! Harry! Co ci jest? – Ktoś klepał go po twarzy otwartą dłonią.

 

- C-cooo? – Otworzył oczy; nad półkami paliły się światła, podłoga lekko dygotała – ekspres do Hogwartu znowu mknął po szynach. Siedział na podłodze – musiał spaść ze swojego miejsca. Obok niego klęczeli Ron i Hermiona; nad ich głowami zobaczył Neville'a i profesora Lupina. Był bardzo słaby: kiedy podniósł rękę, żeby poprawić sobie okulary, które opadły na czubek nosa, poczuł zimny pot na twarzy. Ron i Hermiona wciągnęli go z powrotem na ławkę.

 

- Dobrze się czujesz? – zapytał nerwowo Ron.

 

- Taak – odpowiedział Harry, zerkając na drzwi. Zakapturzona postać znikła – Co się stało? Gdzie jest ten... to coś? Kto tak krzyczał?

 

- Nikt nie krzyczał – powiedział Ron, jeszcze bardziej wystraszony.

 

Ginny wtuliła się w Harry'ego.

 

Harry rozejrzał się po jasnym przedziale. Ginny i Neville wlepiali w niego oczy, oboje bardzo bladzi.

 

- Ale przecież słyszałem krzyki... – Coś chrupnęło głośno, aż wszyscy podskoczyli. Profesor Lupin łamał na kawałki olbrzymią tabliczkę czekolady.

 

- Czekolada! – krzyknął Teddy – Victoire daj mi czekoladę.

 

- Teddy już jadłeś. Zjadłeś całą tabliczkę czekolady – powiedziała Victoire.

 

- Ale ja chcę czekoladę! – krzyknął Teddy i zrobił focha.

 

- Mój szwagier ma świra na punkcie czekolady, a Victoire próbuję mu to ograniczyć, bo mówi co za dużo, to nie zdrowo! – parsknął śmiechem Louis.

 

- Jeszcze sobie zęby zniszczy – oznajmiła pani Lupin.

 

- Proszę – rzekł do Harry'ego, podając mu duży kawałek. - Zjedz. To ci dobrze zrobi. - Harry wziął czekoladę, ale nie włożył jej do ust.

 

- Co to było? – zapytał Lupina.

 

- Dementor – odpowiedział Lupin, częstując czekoladą pozostałych – Jeden z dementorów z Azkabanu.

 

Twój chłopak, Dolores – powiedział z drwiącym głosem Nick.

 

- Drogie dzieci może nauczymy się, co to jest liczba parzysta – odezwał się Hugo, a większość ludzi popatrzyła na niego ze zdziwieniem.

 

- Zamknij się! – warknął Draco.

 

- Tatusiu! – zawołała Rose i pogroziła mu palcem.

 

- Co to jest liczba parzysta?

 

- To znaczy, że ma parę – odpowiedział Frank II.

 

- Co to jest para?

-  Para są to dwie osoby. Jak na przykład: Czy Dementor i Ropucha są parą? – spytał Hugo.

 

- Yhy – odparł Frank II i pokiwają głową – Zgadza się – Większość ludzi parsknęła śmiechem, a Dolores zrobiła się czerwona.

 

- A czy dwójka dementorów i Ropucha są liczbą parzystą? – zapytał Hugo.

 

- Oj, nie bo nie mają pary – odpowiedział Frank II – to trójkącik. Sala ryknęła śmiechem, a Dolores rzuciła się na chłopaków. Lily II i Emilly warknęły jednocześnie:

 

- Pertyfikus Totalus! – I Dolores padła na ziemię.

 

Wszyscy wytrzeszczyli na niego oczy. Profesor Lupin zmiął puste opakowanie po czekoladzie i włożył je do kieszeni – Jedz – powtórzył – Zaraz poczujesz się lepiej. Przepraszam was, muszę porozmawiać z maszynistą... – I przeszedł obok Harry'ego, znikając w korytarzu.

 

- Jesteś pewny, że nic ci nie jest? – zapytała Hermiona, obserwując Harry'ego z niepokojem.

 

- Nic nie rozumiem... Co się stało? – wyjąkał Harry, ocierając pot z czoła.

 

- No.... to coś... ten dementor... stał tu i rozglądał się po przedziale... to znaczy... tak mi się zdaje, bo nie widziałam jego twarzy... a ty... ty...

 

- Myślałem, że dostałeś jakiegoś ataku czy coś w tym rodzaju – powiedział Ron, wciąż przerażony.

 

- Jak śmiałeś narażać moje dzieci! – krzyknęły matki i rzuciły na Knota zaklęcie jajcomiazgi, że ten piszczał z bólu.

 

- Cały zesztywniałeś... upadłeś na podłogę i zacząłeś się trząść...

 

- A profesor Lupin podszedł do tego... no.... dementora i wyciągnął różdżkę – przerwała mu Hermiona – i powiedział: "Nikt tu nie ukrywa Blacka pod płaszczem. Odejdź". Ale to... ten dementor nie ruszał się z miejsca, więc Lupin coś mruknął, z jego różdżki wystrzeliło coś srebrnego, a tamten się odwrócił i jakoś tak odpłynął...

 

Expecto Patronum – oznajmił Harry i z różdżki wyleciał jeleń.

 

- Expecto Patronum! – krzyknęły dwie wersje Rogacza oraz James i Albus i z różdżek wyleciały jelenie.

 

- To było straszne – rzekł Neville jeszcze bardziej piskliwym głosem niż zazwyczaj – Czuliście, jak się zrobiło zimno, kiedy on wszedł?

 

- Ja poczułem się bardzo dziwnie – powiedział Ron, unosząc nieco barki, jakby powstrzymywał dreszcze. – Jak gdybym już nigdy nie miał się cieszyć...

 

- Expecto Patronum! – zawołali Ron i Hugo różdżek wyleciały psy rasy Jack Russell Terrier.

 

Ginny, która kuląc się w kącie, wyglądała prawie tak samo źle, jak Harry się czuł, zaszlochała cicho. Hermiona podeszła i objęła ją ramieniem.

 

- Moja siostrzyczka – mruknęła z miłością w głosie Hermiona i objęła ją mocno do siebie.

 

- Kocham Cię siostrzyczko – rzekła Ginny.

 

- Ale nikt z was... nie spadł ze swojego miejsca? – zapytał nieśmiało Harry.

 

- Nie – odpowiedział Ron, patrząc na niego z niepokojem – Tylko Ginny trzęsła się okropnie...

 

- To musiało być okropne – odezwała się starsza Lily i patrzyła jadowicie na Korneliusza.

 

- I było, mamusiu – mruknęła Ginny. Lily rozłożyła ręce, a Ginny wtuliła się w jej ramiona.

 

- Czy wy zawsze musicie być tam, gdzie jest niebezpiecznie? – Hermiona i Luna wymieniły spojrzenia i pobiegły do pani Potter i się wtuliły – Moje córeczki.

 

- Mamo, zadaję sobie to pytanie od pierwszej klasy – stwierdził Ron do lady Potter.

 

- My nie szukamy kłopotów, to kłopoty szukają was – stwierdził Neville, patrząc, jak Hanna wtula się w starszą wersję Alicji Longbottom, a ona ją mocno objęła, bo zaczęła dygotać już na samo wspomnienie tego wydarzenia.

 

- Jesteś już bezpieczna, kochanie – mruknęła z miłością w głosie Lady Longbottom do młodszej Lady Longbottom. Hanna się rozluźniła i jeszcze bardziej się wtuliła, mówiąc.

 

- Kocham Cię, mamusiu.

 

- Ja Ciebie też kocham moja blondyneczko – powiedziała starsza Alicja I.

 

Harry nic z tego nie rozumiał. Wciąż był bardzo słaby i rozdygotany, jakby dopiero co przeszedł ciężki atak grypy. Zaczął też odczuwać wstyd. Dlaczego tak się rozkleił, skoro inni znieśli to całkiem nieźle? Wrócił profesor Lupin. Wszedł do przedziału, rozejrzał się po wszystkich, uśmiechnął się i powiedział:

 

- To nie jest zatruta czekolada, możecie mi wierzyć...

 

- Wyostrzył Ci się humor, Luniek! – parsknęli śmiechem dwie wersje Łapy i Rogacza.

 

Harry ugryzł swój kawałek i nagle poczuł falę ciepła rozchodzącą się rozkosznie po całym ciele.

 

- Dostałeś orgazmu, Potter! – zadrwił Crabbe.

 

- Zamknij się albo ty nigdy nie doświadczysz orgazmu – wycedziła Daphne. Crabbe chciał się rzucić na panią Black.

 

- Tknij ją tylko, a stracisz swojego fiuta! – warknął Jared, a Daphne wtuliła się w jego ciało.

 

- Za dziesięć minut będziemy w Hogwarcie – oznajmił profesor Lupin – No jak, Harry, lepiej się czujesz? – Harry nie zapytał, skąd Lupin zna jego imię.

 

- Jesteś cały James, tylko.... – zaczął starszy Luniek.

 

- Oczy mam po mamie – skończył Harry.

 

- Doskonale – mruknął zakłopotany. Przez resztę podróży wiele już nie rozmawiali. W końcu pociąg zatrzymał się na stacji Hogsmeade i zaczęło się normalne zamieszanie: sowy pohukiwały, koty miauczały, a ropucha Neville'a rechotała głośno spod jego spiczastego kapelusza.

 

- Ktoś z twojej rodziny Umbridge? Może siostrzyczka, bratanica, a może siostrzenica? – wymieniał Matt, pytając wkurzoną Ropuchę. Większość ludzi na sali parsknęła śmiechem. Atmosfera po opowieści o dementorze jakby wyparowała.

 

Na maleńkim peronie było zimno i mokro: deszcz zacinał lodowatymi strugami.

 

- Pirszoroczniacy za mną! – rozległ się znajomy głos. Harry, Ron i Hermiona odwrócili się jednocześnie i na końcu peronu zobaczyli olbrzymią postać Hagrida. Gromadził wokół siebie przerażonych nowych uczniów, aby ich zaprowadzić nad jezioro, skąd zgodnie z tradycją mieli popłynąć łódkami do zamku – Hej, wy troje! W porząsiu? – ryknął do nich ponad głowami tłumu.

 

- W porząsiu! – odkrzyknęli Ron i Harry i pocałowali w czoło swoje żony, a te westchnęły zadowolonym głosem.

 

- Jeszcze tutaj proszę – powiedziały im do ucha uwodzicielskim głosem i odchyliły głowę na bok, odsłaniając przed swoimi mężami swoje szyje, gdzie znajdowały się ich znamiona. Potter i Weasley patrzyli na te znamiona jakby zaczarowani i już miały je pocałować.

 

- STOP! – ryknęli ich ojcowie, a ich córki prychnęły, że ojcowie im przerwali.

 

- Ale tatusiu... – mruknęły.

 

- Co? – spytali zdziwieni Ron i Harry – Co zrobiłaś?

 

- Nic – oznajmiły niewinnym głosem.

 

- Hermiona? Ginny?

 

- No dobrze chciałam, żebyś mnie pocałował w znak, żebym poczuła więcej twojej magii, a tatusiowie mam przerwali – rzekły wściekłe.

 

- Nasze matki to wariatki – stwierdzili synowie pani Weasley i pani Potter.

 

- Musicie przystopować, moje drogie – rzekli dwie wersje Rogacza i Artura.

 

- Mówi ten, co bzyka swoją żoną codziennie – prychnęły cicho.

 

Pomachali do niego z daleka, ale nie mogli z nim porozmawiać, bo tłum uczniów pociągnął ich w drugą stronę. Wyszli ze stacji na błotnistą drogę, gdzie na pozostałych uczniów czekało ze sto dyliżansów, a do każdego musiał być zaprzężony niewidzialny koń,

 

Goście z przyszłości popatrzyli na Lily II.

 

Lily, dlaczego oni się na Ciebie patrzą? – spytały Ginny i Hanna.

 

- Bo jestem piękną kobietą – odparła beztrosko pani Longbottom i zamknięta oczy, wydając głośnie westchnienie zadowolenia, bo Frank II pocałował ją w znak na szyi, a Lily II w nagrodę pocałowała go namiętnie w usta.

 

- Możecie przestać! – zawołali James II Albus – Lily zejdź z niego!

 

- NIE! – ryknęła Pani Longbottom i wtuliła się jeszcze bardziej we Franka II.

 

bo gdy Harry, Ron i Hermiona wsiedli do jednego z nich i zatrzasnęli drzwiczki, ruszył natychmiast za innymi powozami, klekocząc, kołysząc się i podskakując na wybojach. W środku pachniało wilgotną ziemią i słomą. Po zjedzeniu czekolady Harry poczuł się lepiej, ale wciąż był osłabiony. Ron i Hermiona co jakiś czas zerkali na niego z ukosa, jakby się bali, że znowu zemdleje.

 

- Jestem... – zaczął Harry.

 

- Tak, wiemy! – przerwali mu Ron i Hermiona.

 

Kiedy podjechali do wielkich, misternie kutych w żelazie wrót między dwoma kamiennymi słupami zwieńczonymi skrzydlatymi dzikami, Harry zobaczył dwie wysokie, zakapturzone postacie, stojące na straży przy bramie. Znowu ogarnęła go fala zimna i strachu, więc opadł na oparcie wyleniałej ławki i zamknął oczy, póki nie przejechali przez bramę.

 

- Zamorduję Cię, Knot! – warknęły Ladys Potter, Longbottom oraz Weasley.

 

Powóz potoczył się teraz po długiej, krętej drodze wiodącej w górę, do zamku. Hermiona wychyliła się przez okienko, patrząc, jak zbliżają się ku nim strzeliste wieżyczki i baszty. W końcu dyliżans zatrzymał się. Ron i Hermiona wyskoczyli. Harry wysiadł za nimi i natychmiast zabrzmiał mu w uszach szyderczy, przeciągający słowa głos:

 

- Potter, podobno zemdlałeś? Neville mnie nie nabujał? Naprawdę zemdlałeś?

 

Malfoy jesteś fretką? Tata nie nabujał. Naprawdę jesteś fretką? – drwił z Dracona James II szyderczym głosem, przeciągając słowa.

 

- Zamknij się! – zawołał wściekły fretka.

 

- Malfoy jesteś tchórzofretką i karaluchem? Mama nie nabujała? Naprawdę jesteś tchórzofretką i karaluchem? – również Hugo drwił z Dracona szyderczym głosem, przeciągając słowa i uniknął zaklęcia, a później warknął – Expelliarmus!

 

To Malfoy wyminął Hermionę i stanął przed Harrym na schodach, blokując mu drogę do drzwi. Uśmiechał się drwiąco, a wodniste oczy połyskiwały złośliwie.

 

- Odwal się, Malfoy – powiedział Ron przez zaciśnięte zęby.

 

- Ty też zasłabłeś, Weasley? – zapytał głośno Malfoy – Też się przestraszyłeś tego starego dementora?

 

- To ty dalej jesteś karaluchem, co Malfoy? – spytał Frank II – Czy jesteś tchórzofretką?Draco był wściekły.

 

- Jakiś problem? – zabrzmiał łagodny głos. To profesor Lupin wysiadł z następnego dyliżansu. Malfoy spojrzał z politowaniem na jego połataną szatę i podniszczoną walizkę.

 

- Och, nie.... ee... panie...profesorze – powiedział ironicznym tonem, po czym zrobił głupią minę, skinął na Crabbe'a i Goyle'a i ruszył ku zamkowi.

 

Dracuś! – zapiszczała Nimfadora Lupin głosem Pansy – wiesz, że teraz pan Lupin też jest twoją rodziną, bo twoja ukochana kuzyneczka pani Lupin, która jest bardzo seksowna, a jej biżuteria jest piękna, tak samo jak jej ubrania i jest mega wysportowana, a jej krok w szpilkach jest z gracją i wdziękiem, że jestem bardzo zazdrosna, że ja tak nie chodzę. I wiesz, jak ona się zachowuje? Zachowuje się jak dama i lady i wyszła za niego za mąż. Czy to nie cudownie!? DRACUŚ?! SŁUCHASZ MNIE!? – Większość ludzi parsknęła śmiechem, a Pansy zrobiła się czerwona.

 

Hermiona szturchnęła Rona w plecy, żeby się pospieszył, i wszyscy troje włączyli się w tłum wstępujący po schodach prowadzących do wielkich dębowych drzwi. Przepastną salę wejściową oświetlały zatknięte przy ścianach pochodnie; na wprost wejścia wspaniałe marmurowe schody wiodły na górne piętra. Tłum uczniów kierował się na prawo, ku szeroko otwartym drzwiom do Wielkiej Sali. Zaledwie Harry zdążył rzucić okiem na zaczarowane sklepienie, które tym razem było czarne i zachmurzone, gdy zabrzmiał donośny głos:

 

- Potter! Granger! Do mnie!

 

McGonagall – mruknął Dean.

 

Harry i Hermiona odwrócili się, zaskoczeni. Profesor McGonagall, nauczycielka Transmutacji i opiekunka Gryffindoru, wołała do nich ponad głowami tłumu. Była to groźnie wyglądająca czarownica z włosami spiętymi w ciasny kok i z przenikliwymi oczami spoglądającymi srogo przez prostokątne okulary. Harry przecisnął się przez tłum, pełen złych przeczuć: kiedy stawał przed profesor McGonagall, zawsze mu się wydawało, że ma nieczyste sumienie.

 

- Jestem taka groźna? – spytała wyżej wymieniona. Większość, nawet nauczyciele, pokiwało głowami.

 

- Nie miej takiej przerażonej miny, Potter... chcę tylko zamienić z wami słówko w moim gabinecie – powiedziała – Weasley, ciebie nie wzywałam. – Ron gapił się, jak profesor McGonagall prowadzi Harry ego i Hermionę przez salę wejściową, a później marmurowymi schodami na górę. Kiedy znaleźli się w jej gabinecie, małym pokoju z wielkim, trzaskającym wesoło kominkiem, profesor McGonagall wskazała im fotele. Sama usiadła za biurkiem i powiedziała: - Profesor Lupin przysłał mi przez sowę wiadomość, że zasłabłeś w pociągu.

 

Harry jęknął.

Zanim Harry zdążył odpowiedzieć, rozległo się ciche pukanie do drzwi i wpadła pani Pomfrey, szkolna pielęgniarka.

 

Harry wydał z siebie jeszcze większy jęk.

 

Harry poczuł, że się czerwieni. Już i tak było mu głupio, że zemdlał, a teraz poczuł się jeszcze gorzej, widząc całe to zamieszanie wokół swojej osoby.

 

- Nic mi nie jest – bąknął – Naprawdę, nie trzeba...

 

- Ach, więc to o ciebie chodzi, tak? – zapytała pani Pomfrey, nie zwracając uwagi na jego słowa i pochylając się nad nim – Znowu szukałeś guza?

 

- Dzięki! – prychnął Lord Potter.

 

- To był dementor, Poppy – powiedziała profesor McGonagall. Wymieniły znaczące spojrzenia i pani Pomfrey zacmokała z niezadowoleniem.

 

- Tego tylko brakowało, żeby nam tu przysyłali tych dementorów – mruknęła, odgarniając Harry'emu włosy z czoła i kładąc na nim rękę – Założę się, że jeszcze wielu zasłabnie. Tak, cały jest mokry. To straszne potwory, a jak trafią na kogoś tak delikatnego...

 

Nie jestem delikatny! – oburzył się Harry – Jestem aurorem!

 

- Na razie to jesteś uczniem, Harry – powiedziały dwie wersje Lily.

 

- I ty Brutusie przeciwko mnie! – prychnął na matkę.

 

- Nie jestem delikatny! – oburzył się Harry.

 

- Ależ oczywiście, nie jesteś – zgodziła się dla świętego spokoju pani Pomfrey, badając mu puls.

 

- Czego mu potrzeba? – zapytała profesor McGonagall rzeczowym tonem. – Do łóżka? A może powinien spędzić noc w skrzydle szpitalnym?

 

- Czuję się świetnie! – krzyknął Harry, zrywając się na nogi. Już sama myśl o tym, co powie Malfoy, jeśli umieszczą go w szpitalu, była prawdziwą torturą.

 

Malfoy śmiał się wniebogłosy.

 

- No cóż, powinien przynajmniej zjeść trochę czekolady – oświadczyła pani Pomfrey, która teraz próbowała zajrzeć mu do oczu.

 

- Już zjadłem – powiedział szybko Harry – Profesor Lupin dał mi kawałek. Wszystkich poczęstował.

 

- Naprawdę? – Pani Pomfrey pokręciła z uznaniem głową – A więc wreszcie mamy nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią, który zna się na rzeczy?

 

- Twoje uzależnienie Luniek uratowało dzieciaki – oznajmiły dwie wersje Łapy.

 

- Jesteś pewny, że dobrze się czujesz, Potter? – zapytała surowo profesor McGonagall.

 

- Tak – odpowiedział Harry.

 

- Znakomicie. Bądź taki dobry i poczekaj na korytarzu, bo chcę zamienić słówko z panną Granger na temat jej planu zajęć, a potem razem zejdziemy na ucztę.

 

Hermiona i McGonagall wymieniły spojrzenia.

 

Harry wyszedł na korytarz z panią Pomfrey, która oddaliła się w stronę skrzydła szpitalnego, mrucząc coś pod nosem. Czekał zaledwie parę minut, po czym pojawiła się Hermiona, bardzo czymś ucieszona, a za nią profesor McGonagall, i wszyscy troje zeszli po marmurowych schodach. W Wielkiej Sali falowało morze czarnych spiczastych kapeluszy. Przy stołach należących do każdego ze szkolnych domów zasiadali uczniowie. W powietrzu unosiły się tysiące płonących świec. Profesor Flitwick, niski, drobny czarodziej z wielką siwą czupryną wynosił z sali starą, wyświechtaną tiarę i stołek o czterech nogach.

 

- Ojej – jęknęła Hermiona – Spóźniliśmy się na Ceremonię Przydziału!

 

- Nic się nie działo, to co zwykle – stwierdziła czarnoskóra pani Weasley.

 

Nowi uczniowie Hogwartu byli przydzielani do poszczególnych domów w ten sposób, że każdy musiał usiąść na stołku i nałożyć Tiarę Przydziału, a ta wykrzykiwała nazwę domu, do którego najbardziej się nadawał (Gryffindor, Ravenclaw, Hufflepuff lub Slytherin). Profesor McGonagall zasiadła na pustym krześle przy stole dla nauczycieli, a Harry i Hermiona ruszyli w przeciwną stronę, ku stołowi Gryffindoru. Wszyscy oglądali się za nimi, kiedy przechodzili, a niektórzy pokazywali sobie Harry'ego. Czyżby wiadomość o jego zasłabnięciu na widok dementora rozeszła się tak szybko?

 

- Malfoy – wycedził Ron.

 

Usiedli obok Rona, który trzymał dla nich miejsca.

 

- O co chodziło? – mruknął do Harry'ego. Harry zaczął mu szeptem wyjaśniać, ale w chwilę później wstał dyrektor szkoły, aby przemówić, więc urwał. Profesor Dumbledore jak zawsze tryskał energią, choć był już bardzo stary. Miał długie srebrne włosy, okazałą brodę i okulary-połówki osadzone na wyjątkowo haczykowatym nosie. Często o nim mówiono i pisano jako o najpotężniejszym czarodzieju swojej epoki, ale Harry darzył go wielkim szacunkiem z innego powodu.

 

Harry wywrócił oczami.

 

Był osobą, do której miał bezgraniczne zaufanie, i teraz, kiedy patrzył na jego rozradowaną twarz, poczuł, jak ogarnia go spokój – po raz pierwszy od chwili, gdy w drzwiach przedziału ujrzał zakapturzoną postać.

 

- Witajcie! – powiedział Dumbledore, a blask świec zaigrał na jego srebrnej brodzie – Witajcie u progu kolejnego roku nauki w Hogwarcie! Pragnę wam powiedzieć o kilku sprawach, a ponieważ jedna z nich jest bardzo poważna, sądzę, że najlepiej będzie, jeśli od razu przejdę do rzeczy, zanim ta wspaniała uczta zamroczy wam mózgi... – Zrobił pauzę, odchrząknął i oznajmił: - Zapewne wszyscy już wiecie, że nasza szkoła gości strażników z Azkabanu, którzy są tutaj z polecenia Ministerstwa Magii.

 

Knot przełknął ślinę, widząc mordercze spojrzenia kilku Ladys.

 

To oni przeszukali wasz pociąg – Znowu zamilkł, a Harry przypomniał sobie, co mówił pan Weasley: że Dumbledore wcale nie jest zachwycony obecnością dementorów w Hogwarcie – Strażnicy pełnią wartę przy każdym wejściu na teren szkoły – ciągnął Dumbledore – a póki są wśród nas, nikomu nie wolno opuścić szkoły bez pozwolenia. Nie łudźcie się: dementorów nie da się oszukać żadnymi sztuczkami, przebierankami... czy nawet pelerynami-niewidkami – dodał ironicznym tonem, a Harry i Ron popatrzyli na siebie.

 

- Chce taką pelerynę! – zawołali uczniowie.

 

- Nie będą wysłuchiwać żadnych próśb ani wymówek. To nie leży w ich naturze. Dlatego ostrzegam was, żebyście nie dali im powodu do zrobienia wam krzywdy. Liczę na prefektów domów i na naszą nową parę prefektów naczelnych, liczę, że zadbają, by nikt nie próbował wyprowadzić dementorów w pole – Percy, który siedział kilka miejsc dalej od Harry'ego, wypiął dumnie pierś i rozejrzał się dookoła.

 

Większość wywróciła oczami. Już mieli dość Percy'ego i jego wielkiego ego.

 

- Twoje ego jest wielkie tato – odezwał się Patrick do Percy'ego.

 

Dumbledore znowu zrobił pauzę i spojrzał z powagą po sali, w której zapadła głucha cisza – A teraz coś weselszego – powiedział po chwili – Mam przyjemność powitać w naszym gronie dwóch nowych nauczycieli. Najpierw profesora Lupina, który zgodził się łaskawie objąć stanowisko nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią.

 

Brawa dla mojego tatusia!! – krzyczały córki Remusa, a Victoire rzuciła się na niego i przytuliła się mocno do Remusa Lupina i mruknęła mu do piersi.

 

- Kocham Cię, tatusiu.

 

- Ja Ciebie też kocham. Uwielbiam, gdy mówisz do mnie per "tatuś".

 

- Bo jestem twoją córeczką, tatusiu, a ty moim tatusiem. Od kiedy mam ten znak na szyi moim obowiązkiem jest zwracać się do tatusia per "tatuś" albo per "tatusiu" ewentualnie per "„tato", ale uwielbiam zwracać się do tatusia "tatuś" – oznajmiła pani Lupin z mocą stali i rozpromieniona, przytulając się do Remusa.

 

- I tak ma być skarbie. Ja – wskazał na siebie – jestem twoim tatusiem – Ty – pokazał na nią – moją córcią – stwierdził Lunatyk i pocałował ją w czoło, wyrażając ojcowskie uczucia, jakie do niej żywił. Jego córka westchnęła szczęśliwym pomrukiem, wtulając się w niego jeszcze bardziej, następnie pocałowała go w policzek i usiadła na swoje miejsce, czyli na kolanach Teddy'ego.

 

- A do mnie masz się zwracać per "mamusia" – powiedziała Nimfadora i przyciągnęła ją do siebie, mocno przytulając i pocałowała ją w czoło, wyrażając macierzyńskie uczucia, jakie do niej żywiła. Jej córka westchnęła szczęśliwym pomrukiem, wtulając się w nią jeszcze bardziej.

 

- Tak, mamusiu – mruknęła Victoire – Jesteś moją mamusią i moim obowiązkiem jako twoja córka jest zwracać się do Ciebie per "mamusia" per "mamuś" ewentualnie per "mamo". Ja, osobiście preferuje "mamusia" i bardzo Cię kocham, mamuś.

 

- A ty moją córeczką – odezwała się pani Lupin – na zawsze i też cię kocham, moja projektantko mody. Dziękuję za ubrania, biżuterie i wysokie szpilki. Remus to nie może oderwać wzroku ode mnie, co mnie bardzo cieszy.

 

- Mamusiu widzę, że tatuś daje radę? – spytała Victoire do ucha Nimfadory.

 

 Jest zajebisty – mruknęła rozmarzonym głosem.

 

- Teddy też jest zajebisty – powiedziała cicho Victoire, a następnie pocałowała ją policzek i usiadła na swoje miejsce, czyli na kolanach Teddy’ego.

 

Rozległy się skąpe, niezbyt entuzjastyczne oklaski. Żarliwie klaskali tylko ci, którzy podróżowali z nim w jednym przedziale, w tym i Harry. Profesor Lupin wyglądał szczególnie niechlujnie wśród reszty nauczycieli wystrojonych w najlepsze szaty.

- Najważniejsze jest wnętrze, Harry – oznajmiła pani Tonks.

 

- Lubisz, kiedy jestem bez ubrań? – spytał starszy Remus. Ta pokiwała głową podniecona.

 

- Spójrz na Snape'a! – syknął Ron Harry'emu do ucha. Profesor Snape, mistrz eliksirów, wychylił się, żeby popatrzyć na Lupina. Nie było dla nikogo tajemnicą, że Snape bardzo chciał objąć stanowisko nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią, ale nawet Harry'ego, który go nie znosił, uderzył ohydny grymas na jego wychudłej, ziemistej twarzy. To nie była zwykła złość, to był grymas wstrętu i nienawiści.

 

- Ktoś tu jest zazdrosny! – krzyknęła Hope – bo mój tatuś objął stanowisko Obrony Przed Czarną Magią, a Sevuś nieee!

 

- Nie mów do mnie Sevuś! - warknął starszy Severus na Hope – Dla Ciebie jestem "profesor Snape".

 

- Tak jest, Sevuś – powiedziała Hope.

 

- Lupin twoja córka jest nieznośna – wycedził starszy Severus.

 

- Jestem córką dwóch dowcipnisiów, Severusie. Twojego najlepszego psiapsi Remusa Lupina i Freda Weasley'a. A do tego mój mąż George Weasley też jest Huncwotem i moi wujkowie George Weasley i Syriusz Black, tak samo, jak moi kuzyni też są, a i dziadziu James.

 

Harry dobrze znał ten grymas: Snape miał go na twarzy za każdym razem, kiedy spoglądał na niego – A teraz przedstawię wam drugiego nowego nauczyciela – powiedział Dumbledore, kiedy ucichły oklaski – No cóż, muszę was z przykrością powiadomić, że profesor Kettleburn, nasz nauczyciel Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami, przeszedł na zasłużoną emeryturę, żeby w spokoju pielęgnować to, co mu jeszcze z ciała pozostało.

 

- Aha – wyszeptała młodsza Dorcas.

 

Mam jednak przyjemność oznajmienia wam, że jego miejsce zajmie w tym roku Rubeus Hagrid, który zgodził się objąć to stanowisko, nie rezygnując ze swoich obowiązków gajowego Hogwartu – Harry, Ron i Hermiona wybałuszyli oczy, nie wierząc własnym uszom, a potem przyłączyli się do ogólnego aplauzu, który wybuchł w całej sali, a już szczególnie przy stole Gryfonów. Harry wychylił się, by spojrzeć na Hagrida, który poczerwieniał jak rubin i spuścił skromnie oczy, wpatrując się w swoje olbrzymie dłonie. Szeroki uśmiech prawie zniknął pod gęstwiną jego czarnej brody.

 

- To będzie masakra jakaś – stwierdziła Mary.

 

- Skąd wiesz? – spytał młody Severus.

 

- Kobieca intuicja – mruknęła młodsza Marlene.

 

- Powinniśmy sami się domyślić! – krzyknął Ron, waląc w stół – Kto inny zaleciłby nam gryzącą książkę? – Harry, Ron i Hermiona byli ostatnimi, którzy przestali klaskać, a kiedy profesor Dumbledore znowu zabrał głos, zobaczyli, że Hagrid ociera oczy serwetką.

 

- No, myślę, że z ważnych spraw to już wszystko – powiedział Dumbledore – Czas rozpocząć ucztę! – Stojące przed nimi złote półmiski i czary nagle napełniły się jedzeniem i piciem. Harry poczuł gwałtowny głód: ponakładał sobie wszystkiego, co było najbliżej i rzucił się na jedzenie. Uczta była wspaniała, jak zwykle. Wielka Sala długo rozbrzmiewała rozmowami, śmiechem i szczękiem noży i widelców. Po zaspokojeniu pierwszego głodu Harry, Ron i Hermiona zaczęli jednak z utęsknieniem wyczekiwać końca, bo bardzo chcieli porozmawiać z Hagridem.

 

- Hagrid, to jakie potwory w tym roku pokażesz? – spytała cicho młodsza Dorcas.

 

Wiedzieli, ile dla niego znaczy nominacja na nauczyciela. Hagrid nie był w pełni wykwalifikowanym czarodziejem: wyrzucono go z Hogwartu na trzecim roku za przestępstwo, którego nie popełnił. To właśnie Harry, Ron i Hermiona przywrócili mu dobre imię w ubiegłym roku. W końcu, kiedy ostatnie kawałki dyniowego ciasta znikły ze złotych półmisków, Dumbledore oznajmił, że czas rozejść się do dormitoriów. Szybko skorzystali z ogólnego zamieszania i podeszli do stołu nauczycielskiego.

 

- Nasze gratulacje, Hagridzie! – zapiszczała Hermiona.

- Ten wstrętny mieszaniec... – zaczęła Umbridge.

 

- Sama jesteś wstrętnym mieszańcem, landryno! – warknęła Emilly – Z tego, co wiem, to twoja mamusia była mugolką, a twój tatuś był czystej krwi, więc połącz sobie to i wychodzi Ci półkrwi, a i masz braciszka, który jest charłakiem.

 

- JA JESTEM CZAROWNICĄ CZYSTEJ KRWI, SZLAMO!

 

- JAK ŚMIESZ NAZYWAĆ TAK MOJĄ CÓRKĘ?! – ryknęła Hermiona, dygocząc ze złości. Wyciągnęła różdżkę i chciała ją strzelić zaklęciem – nigdy więcej nie obrażaj mojej córeczki! – wycedziła z jadem w głosie, że niektórym przeszedł dreszcz po plecach. Przerażenia Emilly przytuliła się do Hermiony, żeby ją uspokoić, mówiąc:

 

- Mamusiu, kocham Cię – i po chwili jej mama się uspokoiła.

 

- Nie pozwolę, żeby to ścierwo obrażała ciebie, moją córeczkę należącą do rodu Weasley – powiedziała pani Weasley, a Emilly przy słowach "moją córeczkę" rozpromieniła się.

 

Mam nadzieję, że mamusia jest szczęśliwa, że zwracam się do mamusi per "mamusia", per "mamusiu" lub per "mamuś"?

 

Moja córcia – odezwała się do niej i ją przytuliła – Jestem bardzo zadowolona i szczęśliwa, że tak się do mnie zwracasz, kochanie i nigdy przenigdy tego nie zmieniaj, dobrze?

 

- Dobrze, mamuś, bo to jest mój obowiązek, jak i też radość, że muszę się do mamusi tak zwracać – mruknęła Emilly rozpromieniona, wtulając się do ciała Hermiony. Hermiona głaskała jej włosy, a Umbridge chwilę później pożałowała słów Hugo. Chwycił ją za różowe ubranie i podniósł ją do góry.

 

- Hugo, puść ją! – krzyknęła Emilly.

 

- Jak sobie życzysz, moja droga! – i rzucił Umbridge, jak szmacianą lalką i wyleciała z Wielkiej Sali, krzycząc:

 

- Aaaaaaaaa!!!Emilly w tej chwili pocałowała Huga.

 

- Lew nie sprzymierza się z kojotem! – stwierdził Frank II.

 

- C-co?! – spytał zdziwiony Hugo, kiedy oderwał się od ust Emilly, która przed chwileczką całowała go namiętne w usta.

 

- No, lew, tak...? Nie sprzymierza się... z kojotem, no! – zawołał Frank II i pokazywał lwa i kojota, a Lily II, która siedziała mu na kolanach, zaczęła chichotać.

 

- N-nie, bo ja usłyszałem „Letnie kołnierze z polotem". Ale nie leżało mi w kontekście! – stwierdził niewinną miną Hugo, przytulając swoją żonę do siebie, a ta wtuliła się w niego i westchnęła zadowolonym głosem, wdychając jego zapach perfum. Niektórzy parsknęli głośnym śmiechem.

 

- To wszystko przez waszą trójkę, łobuzy – powiedział Hagrid, spoglądając na nich znad stołu i ocierając serwetką błyszczącą twarz – Nie mogłem uwierzyć... taka szycha... wielki Dumbledore... przyszedł prosto do mojej chałupy, jak tylko profesor Kettleburn powiedział, że ma dość... Cholibka, zawsze o tym marzyłem...

 

Ciemno to widzę – mruknął młodszy Remus.

 

Ogarnęło go takie wzruszenie, że ukrył twarz w serwetce, a profesor McGonagall dała im znak ręką, żeby sobie poszli. Włączyli się w strumień Gryfonów wstępujących po marmurowych schodach, a potem powędrowali długimi korytarzami, pokonali jeszcze kilka kondygnacji schodów i w końcu, bardzo już zmęczeni, stanęli przed tajnym wejściem do Gryffindoru. Gruba Dama w różowej sukni zapytała z wielkiego portretu:

 

- Hasło?

 

- Wchodźcie! Wchodźcie! - zawołał Percy ponad głowami tłumu.

 

Z oznaką prefekta naczelnego na klacie – dodali Fred i George.

 

- Nowe hasło to Fortuna Major!

 

- Och, nie... – jęknął Neville Longbottom. Zawsze miał trudności z zapamiętaniem hasła. Po kolei przełazili przez dziurę pod portretem do pokoju wspólnego, a potem rozchodzili się do swoich klatek schodowych. Harry wspiął się po spiralnych schodach, nie myśląc o niczym, czując tylko błogie zadowolenie, rozlewające się po całym ciele. A kiedy znalazł się w swoim znajomym, okrągłym dormitorium na szczycie wieży, z pięcioma łóżkami zwieńczonymi kolumienkami i osłoniętymi kotarami, poczuł, że wreszcie wrócił do domu.

- Ja mam dwa domy Hogwart i Nora – oznajmił Harry.

 

- Koniec rozdziału – oznajmił pan Delacour.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...