- Teraz ja, teraz ja! – krzyczał Fred II i
po chwili zaczął czytać.
Rozdział piętnasty
Finał Quidditcha
Olivier miał banan na twarzy, tak samo,
jak reszta drużyny, która wtedy brała udział w meczu.
- Przysłał mi... to – powiedziała Hermiona,
wyciągając ku nim list. Harry wziął pergamin. Był wilgotny, a olbrzymie krople
łez tak rozmazały pismo w kilku miejscach, że trudno je było odczytać.
Kochana Hermiono,
Przegraliśmy. Pozwolili mi zabrać
Hardodzioba z powrotem do Hogwartu. Data wykonania wyroku zostanie ustalona.
Dziobkowi podobał się Londyn. Nigdy nie zapomnę, jak nam pomogłaś.
Hagrid
Hermiona chciała udusić Lucka, ale Ron ją
powstrzymał.
- Nie mogą tego zrobić – powiedział Harry –
Nie mogą. Hardodziob wcale nie jest niebezpieczny.
- To ojciec Malfoy'a tak nastraszył komisję –
powiedziała Hermiona, ocierając sobie oczy – Wiecie, jaki on jest. A oni to
banda trzęsących się ze strachu starych głupoli.
- Jak śmiesz dziewucho! – zawołał
Korneliusz.
- Zjedz sobie lepiej melonik, bo zaczynasz
straszne gwiazdorzyc, Kordek – oznajmił Hugo.
- Masz jakiś problem albo coś? – dodał
Scorpius do Knota.
- Fajnie by było jakby się mamusia
pojawiła, to Ci pokaże, że z Ciebie to frajer jest – stwierdziła Emilia do
Knota – Chodzi mi o twoją starszą wersję, mamuś – dodała do Hermiony.
Ale będzie apelacja, zawsze tak jest. Tylko
że straciłam już nadzieję... nic się nie zmieni.
- Nieprawda, zmieni się – zaperzył się Ron –
Tym razem nie będziesz odwalała wszystkiego sama, Hermiono. Pomogę ci.
- Och, Ron!
Hermiona zarzuciła mu ręce na szyję i
pocałowała go w namiętnie w usta.
- Bardzo cię kocham ,Hermiono – powiedział
i przejechał zewnętrzną dłonią po jej policzku a ta miała iskierki w oczach.
- Ja wtedy coś czułam do ciebie – rzekła
Hermiona – Ja się w tobie podkochiwałam, a teraz jestem w tobie zakochana, mój
ty rycerzu na miotle.
- Ja zawsze będę chronił swoją damę –
powiedział, patrząc na żonę z uwielbieniem, a ta wtuliła się w niego i
westchnęła zadowolonym głosem, a Lavender prychnęła.
Hermiona zarzuciła mu ręce na szyję i rozkleiła
się kompletnie. Ron zrobił przerażoną minę i poklepał ją nieśmiało po głowie. W
końcu odsunęła się od niego.
- Ron, naprawdę, tak mi przykro z powodu
Parszywka... – zatkała.
- Och... no dobra... był już stary –
powiedział Ron, któremu najwyraźniej ulżyło, kiedy go puściła.
- Bo mnie dusiłaś swoim uściskiem – dodał
szybko, kiedy jego żona popatrzyła na niego.
- I w ogóle był trochę bezużyteczny. A teraz
rodzice może kupią mi sowę.
Łapa puścił oczko do rudzielca, który, gdy
to zauważył uśmiechnął się do niego.
Środki bezpieczeństwa zastosowane wobec
uczniów po drugim pojawieniu się Blacka w zamku uniemożliwiały Harry'emu,
Ronowi i Hermionie odwiedzanie Hagrida wieczorami. Mogli z nim porozmawiać
jedynie podczas lekcji Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami. Hagrid wciąż nie
mógł się otrząsnąć z szoku po werdykcie.
- To moja wina. Język mi skołowaciał.
Siedzieli tam rzędem w tych czarnych szatach, a mnie wciąż notatki wylatywały z
rąk i wciąż zapominałem tych dat, które mi wyszukałaś, Hermiono.
- Nic się nie martw, Hagridzie. Wszystko
będzie dobrze – odezwał się Harry a Lucek zrobił wściekłą minę, a starszy
Syriusz zachichotał pod nosem, co przypominało lekkie szczeknięcie.
A potem wstał Lucjusz Malfoy i palnął parę
słów, a komisja zrobiła to, co im powiedział...
- Ale jest jeszcze apelacja! – zawołał Ron –
Nie poddawaj się, pracujemy nad tym!
- Moje dzieci na pewno coś wymyślą –
rzekły młodsza Molly I, młodsza Lily I i reszta młodszych kobiet będące ich
matkami.
- Mamusiu, ja, Ron i Harry jesteśmy w
Hogwarcie od zadań specjalnych – oznajmiła pani Weasley – bo niektórym się nie
chce brudzić sobie rączek.
Wracali do zamku razem z resztą klasy. Z
przodu szedł Malfoy z Crabbe'em i Goyle'em i wciąż zerkał na nich przez ramię,
śmiejąc się ironicznie.
- To nic nie da, Ron – stwierdził
ponuro Hagrid, kiedy doszli do schodów prowadzących do zamku – Ta komisja
siedzi w kieszeni Malfoy'a. Teraz to ja tylko chcę zapewnić Dziobkowi takie
szczęście, jakiego jeszcze nie zaznał... do końca jego dni. Jestem mu to
winien...
- To się nie może tak skończyć! – jęknęła
Nicole.
- I nie skończy – powiedzieli zgodnie
Harry, Ron, Hermiona, Dumbledore i Syriusz. Wszyscy na nich spojrzeli zgodnie
zdziwieni i poruszeni.
Odwrócił się na pięcie, ukrył twarz w
wielkiej chustce i oddalił się szybkim krokiem, zmierzając do swojej chaty.
- Patrzcie na tego mazgaja!
- Patrzcie, to ludzka Fretka i jego
niedorozwinięci goryle! – krzyknął Patrick, na co połowa sali zgodnie się
zaśmiali.
Malfoy, Crabbe i Goyle stali we wrotach zamku
– Widzieliście kiedy coś tak żałosnego? – zadrwił Malfoy – I on ma być naszym
nauczycielem! – Harry i Ron podbiegli do niego, rozwścieczeni, ale Hermiona
była szybsza.
CHLAST!
Harry i Ron popatrzyli na Hermionę, która
się zarumieniła, a większość ludzi wymieniła zszokowane spojrzenia.
Trzasnęła go w twarz z całej siły. Malfoy
zachwiał się. Harry, Ron, Crabbe i Goyle stali jak sparaliżowani, a Hermiona
znowu podniosła rękę.
- To moja mamusia! – zawołały uradowane
Rose i Emilly – Z lady Weasley się nie zadziera.
- Pokaz tej Fretce, Hermiono – dodały
siostry z zakonu sióstr wojowniczek.
- Jak śmiesz mówić o Hagridzie, że jest
żałosny, ty głupi... podły...
- Hermiono! – zawołał Ron i spróbował chwycić
jej rękę, kiedy się zamachnęła.
- Zjeżdżaj, Ron!
- To moja córcia! – krzyknęły dwie wersje
Molly I i Lily I z radością.
- Zasłużył sobie – oznajmiła lady Weasley.
- Masz jakiś problem, Dracuś? – spytała
Astoria. Ten wyjątkowo milczał.
Hermiona wyciągnęła różdżkę. Malfoy cofnął
się o krok. Crabbe i Goyle spojrzeli na niego, oczekując rozkazu, kompletnie
ogłupiali.
- Idziemy – wybełkotał Malfoy i po chwili
wszyscy trzej zniknęli w wejściu do lochów.
- Hermiono! - wydyszał Ron z niekłamanym
podziwem.
- Harry, musisz go pobić w finale Quidditcha!
– powiedziała ostro Hermiona – Musisz, bo ja bym po prostu nie zniosła
zwycięstwa Ślizgonów!
- Tak jest – powiedział Harry, salutując
jej. Hermiona pokręciła głową ze śmiechu.
- Harry udusisz mnie – wychrypiała
Hermiona, kiedy on ją mocno przytulił.
- Przytulam moją siostrzyczkę – oznajmił
Harry beztrosko.
- Chyba już się zaczęły zaklęcia – powiedział
Ron, wciąż gapiąc się na Hermionę – Lepiej się pospieszmy – Popędzili po
marmurowych schodach do klasy profesora Flitwicka.
- Spóźniliście się, chłopcy! – przywitał ich
profesor Flitwick, gdy otworzyli drzwi – Chodźcie szybko, wyciągnijcie różdżki,
ćwiczymy dzisiaj zaklęcia rozweselające. Już podzieliliśmy się na pary...
- Super – mruknął z ironią Zachariasz.
Harry i Ron usiedli przy swoim stoliku z tyłu
i otworzyli torby. Ron spojrzał przez ramię.
- Gdzie się podziała Hermiona? – Harry też
się rozejrzał po klasie. Hermiony nigdzie nie było, a przecież na pewno stała
tuż za nim, kiedy otwierał drzwi.
- Nie poszła na zajęcia – powiedział
zszokowany Hugo – Mówimy o tej samej Hermionie Weasley, która siedzi tam? –
wskazała na matkę, która siedziała na kolanach Rona.
- Może w Hogwarcie jest inna Hermiona? –
dodał Scorpius – A tą, którą znamy, kosmici podmienili.
- Nikt mnie nie podmienił! – prychnęła
Lady Weasley.
- Hermiono, ty nie poszłaś na zajęcia – oznajmił
Lee – Dlatego jesteśmy w szoku.
- Największa kujonica w Hogwarcie nie
przyszła na zajęcia, to coś nowego – zadrwił Zachariasz.
- Nie jestem kujonica! – warknęła Hermiona
– ale ty jesteś największym osłem i ciągle masz jakiś problem!
- Nie jestem żadnym osłem! – zawołał
czerwony Smith i wyciągnął różdżkę.
- Uspokój się, proszę, albo będziesz leżał
na ziemi ze złamanym nosem – powiedział Ron – a od mojej kobiety się odwal, bo
mówi prawdę, jesteś osłem.
- O Merlinie, jak to mówiłeś? Byłeś taki
męski i byłeś bardzo seksy – oznajmiła Hermiona podnieconym głosem i robiła
sobie wiatr, żeby się uspokoić, a
Ron popatrzył na nią z dzikim spojrzeniem.
- Mam na ciebie ochotę – powiedział
erotycznym głosem do ucha żony.
- Merlinie, Ron przestań mówić takim seksy
głosem, bo jestem na ciebie już napalona! – jęknęła cicho do ucha Rona –
Uspokój się!
- To dziwne – powiedział, patrząc na Rona –
Może... może poszła do toalety czy co? – Ale Hermiona nie pojawiła się do końca
lekcji.
- Powinna rzucić zaklęcie rozweselające na
samą siebie – zauważył Ron, rozbawiony, kiedy szli na lunch, śmiejąc się od
ucha do ucha; po tej lekcji wszyscy byli w dobrym humorze.
- To była fajna lekcja – rzekł Seamus, a
Susan pokiwała głową, następnie całując go w policzek, a ten miał banan na
twarzy.
Hermiona nie przyszła również na drugie
śniadanie. Kiedy już zjedli po kawałku jabłecznika, efekty rozweselających
zaklęć osłabły i obaj zaczęli się niepokoić – Chyba nie myślisz, że Malfoy coś
jej zrobił, co? – zapytał Ron, kiedy szli na górę do wieży Gryffindoru.
Ron mordował wzrokiem Malfoy'a, a ten robił to samo.
- Uspokójcie się! – zawołała Rose.
- Nic jej nie zrobiłem! – warknął Draco.
Minęli posterunki trolli, podali Grubej
Darnie hasło ("Gaduła") i przeleźli do pokoju wspólnego przez dziurę
w portrecie.
Hermiona spała przy stole, z głową opartą na
podręczniku Numerologii. Podeszli i usiedli przy niej. Harry obudził ją
szturchnięciem.
- Nawet jak śpi z głową opartą na
podręczniku Numerologii wygląda i śpi jak bogini – mruknął Ron, a Hermiona
pocałowała go w policzek. Harry i Ginny to usłyszeli, popatrzyli na siebie z
niedowierzaniem, a późnej parsknęli śmiechem.
- C-coo? – wyjąkała, podnosząc gwałtownie
głowę i rozglądając się nieprzytomnie dookoła – Już czas iść? J-jaką lekcję
teraz mamy?
- Wróżbiarstwo, ale dopiero za dwadzieścia
minut – odrzekł Harry – Hermiono, dlaczego nie byłaś na Zaklęciach?
- Co? Och, nie! Zapomniałam pójść na
Zaklęcia!
- Ale jak mogłaś zapomnieć? Przecież byłaś z
nami przed drzwiami klasy?
- No nie! Nie mogę w to uwierzyć! – jęknęła
Hermiona.
- Kochanie co ty ukrywasz? – zapytała pani
Weasley, patrząc na córkę podejrzliwym wzrokiem.
- Nic nie ukrywam, mamusiu – odparła z
niewinną miną.
- Lady Weasley, wiem, że coś ukrywasz. Ja,
jako twoja matka to czuję.
- No... będzie opisane, Lady Weasley –
powiedziała Hermiona.
- Dla ciebie jestem per mamusia,
kochaniutka.
- Wiem o tym mamuś, sama mamusia mnie
nazwała Lady Weasley, więc oddałam tym samym – oznajmiła Hermiona i uśmiechnęła
się szeroko do swojej drugiej matki.
- Flitwick się wściekał? Och, to wszystko
przez Malfoy'a, myślałam o nim i coś mi się pomyliło!
- Wiesz co, Hermiono? – odezwał się Ron,
spoglądając na olbrzymią księgę, której Hermiona użyła jako poduszki – Ty chyba
dostajesz świra. Za dużo na siebie wzięłaś.
- Nie, to nieprawda! – oburzyła się Hermiona,
odgarniając włosy z oczu i rozglądając się za swoją torbą – Po prostu mi się
pomyliło, to wszystko! Zaraz pójdę do profesora Flitwicka i go przeproszę...
Zobaczymy się na Wróżbiarstwie!
- Na twoim ulubionym przedmiocie,
kochanie! – parsknął śmiechem Ron.
- Nawet mi o tym nie przypominaj –
mruknęła Hermiona.
Dwadzieścia minut później spotkała się z nimi
u stóp drabiny prowadzącej do klasy profesor Trelawney. Wyglądała na bardzo
znękaną.
- Nie mogę uwierzyć, że nie byłam na
zaklęciach rozweselających! A założę się, że będą na egzaminach. Profesor
Flitwick dał mi to do zrozumienia!
- Byłem bardzo zdziwiony, że nie było pani
Weasley na zajęciach – rzekł Filius.
Wspięli się po drabinie do mrocznej, dusznej
komnaty na szczycie wieży. Na każdym stoliku leżała kryształowa kula wypełniona
perłowobiałą mgiełką. Usiedli we trójkę przy tym samym rozklekotanym stoliku.
- Kiedy wychodziłem z tej sali czułem się,
jakbym był naćpany – stwierdził Louis.
- Mnie głowa trochę bolała – powiedziała
Samanta.
- Myślałem, że kryształowe kule zaczniemy
dopiero w przyszłym semestrze - mruknął Ron, rozglądając się czujnie, czy
profesor Trelawney nie czai się gdzieś w pobliżu.
- Nie narzekaj, to oznacza, że skończyliśmy z
wróżeniem z ręki – odpowiedział cicho Harry – Niedobrze mi się robiło, jak
wzdrygała się za każdym razem, kiedy spoglądała na moją.
- Dzień dobry, moi mili! – rozległ się
znajomy, tajemniczy głos i profesor Trelawney wyłoniła się, jak zwykle, z
cienistego kąta. Parvati i Lavender zadrżały z podniecenia, pochylone nad swoją
kulą, od której biła mleczna poświata.
- Mnie na przykład, co innego wywołuje
podniecenie – wypaliła nagle Hanna i wtuliła się w Neville'a.
- Mamo! – jęknęli Fred II i Frank II, a
Neville uśmiechnął się głupkowato.
- To miło, że moja praca nie idzie na
marne, pani Longbottom – mruknął pan Longbottom do żony. Ta miała iskierki w
oczach i robiła sobie wiatr, bo
już była podniecona.
- Postanowiłam wprowadzić kryształową kulę
nieco wcześniej niż planowałam – powiedziała profesor Trelawney, siadając
plecami do kominka i rozglądając się po klasie – Wgląd w przyszłość pozwala mi
mniemać, że będziecie mieć z nią do czynienia podczas egzaminów, więc chcę,
żebyście dobrze się z nią zapoznali.
- Ja tam jestem bardzo zadowolony z
przyszłości – powiedzieli mężczyźni – Mam najpiękniejszą na świecie żonkę i
wspaniałe dzieciaki.
Hermiona prychnęła.
- No nie... "Wgląd w przyszłość pozwala
mi mniemać"... A niby kto ustala tematy egzaminów z Wróżbiarstwa? Ona
sama! Cóż za zdumiewający dar przewidywania przyszłości! – powiedziała, nie
dbając o to, że mówi dość głośno.
Lavender i Parvati prychnęły głośno.
- Mon-Ron ona gardzi profesor Trelawney!
Jak ona śmie!
- Ja poszedłem na Wróżbiarstwo, żeby się
pośmiać z tych głupot – powiedział Ron – I nie mów do mnie Mon-Ron!
- Ale ta przepowiednia o Harrym... –
zaczęła powoli Gabriela.
- Może jakąś ma moc – mruknęła Susan,
wtulając się w Seamusa.
- No w sumie – stwierdzili Złota Trójca.
Trudno powiedzieć, czy profesor Trelawney to
usłyszała, ponieważ jej twarz ukryta była w cieniu. W każdym razie ciągnęła
dalej.
- Odczytywanie przyszłości z kryształowej
kuli jest wyjątkowo subtelną, wyrafinowaną sztuką – oznajmiła śpiewnym,
rozmarzonym głosem – Nie oczekuję, że którekolwiek z was zobaczy coś, kiedy po
raz pierwszy spojrzy w nieskończone głębie kuli. Zaczniemy od relaksacji umysłu
i zewnętrznych oczu... – Ron zaczął chichotać w sposób zupełnie
niekontrolowany, więc musiał wsadzić sobie pięść do ust, żeby to zagłuszyć.
- Z czego tak się śmiejesz Ron? – spytał
Charlie.
- ...aby oczyścić wewnętrzne oko i
nadświadomość. Być może, jeśli dopisze nam szczęście, niektórzy z was zobaczą
coś przed końcem lekcji – Zaczęli się więc relaksować.
- A co innego mieliśmy robić – powiedziała
Daphne.
Harry czuł się wyjątkowo głupio, gapiąc się w
kryształową kulę i próbując "oczyścić umysł", w którym nieustannie
błąkała się myśl: "to czysta głupota". I wcale mu nie pomagało to, że
Ron wciąż dusił się ze śmiechu, a Hermiona wyrażała minami swoją dezaprobatę.
- Widzicie już coś? – zapytał ich Harry po
kwadransie wpatrywania się w kulę.
- Tak, na stole jest wypalony ślad – mruknął
Ron – Ktoś przewróciłświeczkę.
- To kompletna strata czasu – syknęła
Hermiona – Mogłabym ćwiczyć coś bardziej pożytecznego.
- Mogłabym ćwiczyć coś bardziej
pożytecznego – powtórzyła Hermiona, patrząc wymownie na męża z drapieżnym
błyskiem oczu, następnie oblizała wargi.
Na przykład zaklęcia rozweselające...
- To może zaczekać, miałam na myśli co
innego – wypaliła Hermiona. Większość ludzi popatrzyła na nią z niedowierzaniem
i się zarumieniła. Wtem nagle zainteresowała się swoim pierścieniem rodowym
rodu Weasley'ów.
Profesor Trelawney przeszła obok nich,
szeleszcząc jedwabiami.
- Czy ktoś by chciał, żebym mu pomogła
zinterpretować mgliste kształty wewnątrz kuli? – zapytała, podzwaniając
bransoletami.
- Ja nie potrzebuję żadnej pomocy – szepnął
Ron.
- Przecież to jasne. Wieczorem będzie bardzo
mglisto – Harry i Hermiona wybuchnęli śmiechem.
Większość ludzi wybuchła śmiechem.
Profesor Trelawney popatrzyła na rudego mężczyzna morderczym wzrokiem.
- Panie Weasley zakłócasz wibracje na
moich lekcjach!
- Cóż to znowu! – fuknęła profesor Trelawney,
kiedy wszystkie głowy zwróciły się w ich stronę – Zakłócacie wibracje! –
Podeszła do ich stolika i spojrzała na kryształową kulę. Harry poczuł niemiły
skurcz w żołądku. Już wiedział, co za chwilę usłyszy... – Tutaj coś jest! –
szepnęła profesor Trelawney, pochylając się i zbliżając twarz do kuli, która
teraz odbijała się w obu szkłach jej wielkich okularów – Coś się porusza... ale
co to jest?
- Co takiego? – spytała Euphemia.
Harry był gotów założyć się o wszystko, nawet
o Błyskawicę, że nie czekają go dobre wiadomości. I miał rację... – Mój drogi
chłopcze... – wydyszała profesor Trelawney, wpatrując się w Harry'ego – To
znowu jest tutaj, jeszcze wyraźniej niż przedtem... skrada się ku tobie, jest
coraz większe... to ponu...
- Och, nie, na miłość boską! –
powiedziała głośno Hermiona – Tylko nie ten śmieszny ponurak!
- Coś takiego, to na pewno Ponurak! –
zawołał Ron, udając przerażenie.
Profesor Trelawney zwróciła na nią swoje
olbrzymie oczy. Parvati szepnęła coś do Lavender i obie również spojrzały na
Hermionę, wyraźnie oburzone. Profesor Trelawney wyprostowała się i zmierzyła ją
gniewnym spojrzeniem.
- Ktoś cię nie lubi, cioteczko –
powiedział Teddy.
- Przykro mi, ale muszę ci powiedzieć, że od
momentu, w którym pojawiłaś się w mojej klasie, moja droga, stało się dla mnie
oczywiste, iż nie posiadasz tego, czego wymaga szlachetna sztuka przepowiadania
przyszłości. Muszę wyznać, że nie pamiętam, bym kiedykolwiek spotkała osobę o
umyśle tak beznadziejnie doczesnym.
- Moja mamusia nie ma umysłu
beznadziejnego! – prychnęła Emilly.
- Jesteś irytującą dziewuchą, Granger –
powiedział młodszy Lucek do Hermiony.
- Ty to już w ogóle jesteś imbecylem,
Malfoy, więc się nie odzywaj!
- Ty głupia dziewucho, dla ciebie jestem
pan Malfoy! – Cyzia przywaliła mu mocno tył głowy.
- Hermiona nie jest irytującą dziewuchą,
Malfoy, tylko wspaniałą młodą kobietą, której miałam zaszczyt zostać jej
ciocią, prawda kochanie?
- Tak, ciociu Cyziu – powiedziała młoda
pani Weasley i podeszła do niej, pokazując swój wdzięk i grację i przytuliła
się do niej mocno, a ta popatrzyła na nią z miłością i pocałowała ją w czoło.
Hermiona westchnęła i wtuliła się w blondynkę.
- Nikt nie będzie Ci mówił, że jesteś
głupią dziewuchą. Cioteczka Cyzia na to nie pozwoli, skarbie.
- Dobrze, ciociu – westchnęła zadowolonym
głosem, wtulając się Narcyzę.
- Nie przytulaj tej głupiej dziewu... –
zaczął młodszy Lucek, ale nie skończył, bo jęknął z bólu, trzymając się za
krocze. Oczy wyszły mu z orbit, że aż klęknął. Nad nim stała Cyzia. Miała
wściekłą minę i stukała wysokim obcasem o posadzkę.
- Mówiłam Ci, żebyś nie obrażał Hermiony,
ale ty jak zwykle mnie nie słuchasz! – i odrzuciła włosy do tyłu.
- To musiało boleć! – skrzywił się
Scorpius.
- Ciociu, nie musiałaś – mruknęła młoda
Lady Weasley.
- Musiałam, kochanie, bo dałaś mi szanse
być lepszym człowiekiem – oznajmiła Cyzia, a Hermiona pocałowała ją w policzek.
Zapanowało milczenie. A potem...
- Świetnie! – powiedziała nagle Hermiona,
wstając i wsuwając swój egzemplarz Demaskowania przyszłości do torby –
Świetnie! – powtórzyła, zarzucając torbę na ramię z takim zamachem, że o mało
co nie strąciła Rona z krzesła – Mam tego dosyć! Rezygnuję!
- Wreszcie – mruknęła Lavender.
I ku ogólnemu zdumieniu podeszła do klapy w
podłodze, otworzyła ją kopniakiem i po chwili znikła, opuszczając się po
drabinie.
- Ja wiedziałem, że ciocia Hermiona ma
niezłego kopa, że ma to coś – oznajmił Sebastian – Widziałem ten talent w jej
oczach.
- Bez przesady – oznajmiła zarumieniona,
całując Rona w policzek.
Klasa uspokoiła się dopiero po kilku
minutach. Profesor Trelawney sprawiała wrażenie, jakby w ogóle zapomniała o
ponuraku. Odwróciła się gwałtownie od stolika Harry'ego i Rona, oddychając
nieco szybciej i głębiej, i otuliła się szczelniej swoim muślinowym szalem.
- Niech jeszcze ubierze kożuch, bo tak jej
powiedziało wewnętrzne oko, bo na pewno jest zimno – zadrwiła Domique.
- Pokręcona babka – stwierdziła Roxana.
- Oooooo! – krzyknęła nagle Lavender, tak że
wszyscy wzdrygnęli się i spojrzeli na nią ze strachem – Oooooo, pani
profesor, właśnie mi się przypomniało! Przecież pani przepowiedziała, że ona
odejdzie, prawda? Prawda, pani profesor? "Około Wielkanocy jedno z was
opuści nas na zawsze!" Pani to powiedziała bardzo dawno, dawno temu, pani
profesor!
- To tylko lekcja Wróżbiarstwa, Lavender –
oznajmiła Hermiona, wywracając oczami – a ty powiedziałaś to, tak jakbym miała
umierać.
Profesor Trelawney obdarzyła ją ponurym
uśmiechem.
- Tak, moja droga, rzeczywiście wiedziałam,
że panna Granger nas opuści. Zawsze jednak ma się nadzieję, że się błędnie
odczytało znaki... Tak, tak, wewnętrzne oko może być nie lada ciężarem... –
Lavender i Parvati wyglądały na bardzo przejęte i przesunęły się tak, żeby
profesor Trelawney mogła usiąść przy ich stoliku.
- Ależ Hermiona ma dzień... – mruknął Ron do
Harry'ego, a w oczach miał prawdziwą grozę.
- Do tego jest piękna i niebezpieczna –
oznajmił jakiś Gryfon, patrząc na dziewczynę rozmarzonym wzrokiem.
- No – zgodzili się reszta singli.
Hermiona zarumieniła się, a Ron chciał na nich rzucić Avadę.
- Taak... – Harry spojrzał w swoją kulę, ale
zobaczył tylko kłębiącą się mgiełkę. Czyżby profesor Trelawney naprawdę zobaczyła
ponuraka? A on, czy znowu go zobaczy?
- Mamusię? – zapytała z nadzieją w głosie
Olivia.
- Chciałbym! - jęknął Harry, a Ginny
pocałowała go w policzek. Cho prychnęła.
- Co tak prychasz, Cho? – spytała Ginny.
- Nie twój zasrany interes!
Zbliżał się finał Pucharu Quidditcha i
jeszcze jeden groźny wypadek był ostatnią rzeczą, której by sobie teraz życzył.
Podczas ferii wielkanocnych raczej nie dane
im było odpocząć. Jeszcze nigdy nie zadano im tyle prac domowych. Neville
Longbottom bliski był załamania nerwowego – zresztą nie on jeden.
- Zrobię Ci masaż, że poczujesz się
lepiej, kochanie – powiedziała Hanna do ucha Neville'a podniecona – A ty
zrobisz mi?
- Już nie mogę się doczekać – oznajmił
Neville.
- Czego nie możesz się doczekać! – spytał
starszy Frank I.
- No... eee...
- Neville nie może się doczekać, kiedy
będzie pełnoletnii, tatusiu – powiedziała Hanna.
- Taaaa jasne – mruknął młodszy Frank I.
- I to mają być wakacje! – ryknął pewnego
dnia Seamus Finnigan w pokoju wspólnym – Do egzaminów jeszcze daleko, co oni
sobie myślą?
- Pani Finnigan, na amory to nie tu –
rzekła Minerwa, a ta założyła ręce obrażona, bo chciała powiedzieć Seamusowi,
żeby zrobi mu najlepszy masaż.
Ale i tak nikt nie miał tyle pracy, co
Hermiona. Nawet po zrezygnowaniu z Wróżbiarstwa miała najwięcej zajęć ze
wszystkich. Zwykle opuszczała pokój wspólny ostatnia, już w nocy, i pierwsza
pojawiała się w bibliotece rano; oczy miała podkrążone jak Lupin i stale
wyglądała tak, jakby miała się za chwilę rozpłakać.
Dwie wersje Molly I popatrzyły na Hermionę
matczynym wzrokiem.
- Granger jak zwykle chce wszystkim
pokazać, jaka jest zajebista – powiedziała Lavender.
- Bo jest zajebista, Brown! – odparował
Ron – i do tego jest mądra, piękna i niezwykle seksowna i ma to wszystko, czego
tobie wyraźnie brakuje – Lavender zrobiła się czerwona.
- Jak śmiesz, Weasley! – warknęła
blondynka.
- Och, Ron! – zawołała Hermiona i
namiętnie pocałowała go w usta – Mówisz, że jestem piękna i niezwykle seksowna?
- Tak i totalnie w tobie jestem zakochany
– rzekł Ron i wyczarował jej czerwona róże – a to dla ciebie, Lady Weasley – a
ta i znowu go pocałowała.
- Awwwww!
- Ron potrafi być romantykiem? – spytała
Ginny w szoku.
- Potrafi – odezwała się wtulona i
westchnęła zadowolonym głosem – To mój rycerz na złotej miotle.
- Moje ukochane dzieci – rzekły dwie
wersje Molly I i przytuliły ich do siebie.
- Mamusia – mruknęła zadowolona pani
Weasley wtulona do piersi monarchini rodu Weasley'ów, a Artur pokazali kciuki
do góry swojej żonie.
Ron zajął się apelacją w sprawie Hardodzioba.
Kiedy tylko nie odrabiał prac domowych, wertował opasłe tomy takich dzieł, jak:
Podręcznik psychologii hipogryfów oraz Ptak czy podlec? Z badań nad
dzikością hipogryfów. Tak był tym pochłonięty, że zapomniał o znęcaniu się
nad Krzywołapem.
- To ty umiesz czytać, Weasley! – zadrwił
Cormac – Weź się ogarnij, Granger i zostaw tego rudego idiotę!
- A ty przypadkiem nie masz małego ptaszka
między nogami, a poza tym Ron był, jest i będzie od ciebie potężniejszy,
przystojniejszy i seksowniejszy, bo moim zdaniem jest piekielnie seksowny.
- Bzykasz się i puszczasz się z nim na
prawo i lewo. Zdejmij te szpilki i te szmaty, bo wyglądasz jak dzi...
Chlast!
Hermiona z całej siły go spoliczkowała, że
ten jęknąl z bólu trzymając się za policzek.
- Słuchaj Mclaggen, jesteś dla mnie nikim!
Słyszysz? Nikim i zostaw mnie i mojego męża oraz dzieci spokoju albo
pożałujesz, że się urodziłeś! Widzisz moich synków? Oni mają ochotę cię
zamordować za to, że mnie obraziłeś, a moje córeczki aż palą się, żeby cię
trafić upiorogackiem – Ron chciał się rzucić na Mclaggena, ale Harry go
powstrzymał z Fredem I i Georgem I.
- Puśćcie mnie. Chcę go zabić! – krzyknął,
próbując się wyrwać Harry'emu, Fredowi i George'owi, ale kobieta odwróciła się
i odeszła od niego do Rona i momentalnie się do niego przytuliła, a ten ją
objął, a siostry wojowniczki patrzyły na Mclaggena jakby miały go zamordować.
- Jestem w domu – mruknęła do piersi Rona
– Trzymaj mnie dobrze – i wdychała perfumy Rona – Pachniesz tak dobrze.
- Zawsze będę cię trzymać, skarbie – objął
ją jeszcze mocniej, gdy usłyszeli jęk bólu.
- Taki frajer, jak ty, który nie ma nic do
zaoferowania nie będzie obrażał mojej mamusi! – warknęły córki pani Weasley.
- Próbowałem ją powstrzymać! – bronili się
Scorpius i Hugo.
Natomiast Harry musiał codziennie godzić
naukę z treningami, nie wspominając już o nie kończących się dyskusjach z
Woodem na temat strategii i taktyki.
- Byłeś męczący, Oliver – powiedziała
Angelina.
- I kto to mówi – odparł George I – Ale
pięknie dzisiaj wyglądasz, kochanie. Nowa fryzura? Ale masz figurę – kiedy
popatrzyła na niego z mordem w oczach.
Mecz między Gryfonami i Ślizgonami miał się
odbyć w pierwszą sobotę po feriach wielkanocnych. Ślizgoni prowadzili w tabeli
dwustoma punktami. Oznaczało to (jak nieustannie przypominał zespołowi Wood),
że muszą z nimi wygrać wyższą liczbą punktów, jeśli chcą zdobyć puchar.
Znaczyło to również, że ciężar zwycięstwa spoczywał głównie na Harrym, ponieważ
schwytanie znicza dawało sto pięćdziesiąt punktów.
- Da radę to ogarnąć – oznajmił młodszy
Łapa.
- Musisz go złapać, kiedy będziemy mieli
ponad pięćdziesiąt punktów – powtarzał mu wciąż Wood – Tylko wtedy, kiedy
będziemy mieli pięćdziesiąt punktów, Harry, bo inaczej wygramy mecz, ale nie
zdobędziemy pucharu. Jasne? Musisz złapać znicza dopiero wtedy, kiedy...
Oliver spalił buraka.
- WIEM, OLIVERZE! – ryknął Harry.
- I tak wytrzymał długo, podziwiam, bo
wujek Oliver potrafi być męczący – stwierdził James II.
Wszyscy Gryfoni dostali prawdziwego bzika na
punkcie tego meczu. Nie zdobyli pucharu od czasu, kiedy Szukającym był
legendarny Charlie Weasley (starszy brat Rona).
- Bez przesady – mruknął zarumieniony
Charlie – a, ważna sprawa, jestem też twoim bratem Harry, nie zapominaj o tym –
Harry się wzruszył.
Harry wątpił jednak, by ktokolwiek inny,
nawet Wood, pragnął zwycięstwa tak żarliwie, jak on sam. Konflikt między nim a
Malfoy'em osiągnął punkt krytyczny. Malfoy wciąż zgrzytał zębami na wspomnienie
incydentu pod Wrzeszczącą Chatą, a wściekał się tym bardziej, że Harry'emu jakoś
udało się wymigać od kary.
- Tatusiu twoim przeznaczeniem jest bycie
Fretką, tak mi podpowiedziało wewnętrzne oko – powiedziała Rose, używając
mistycznego głosu – Mamusiu, mogę zmienić tatusia we Fretkę? Mogę!? Proszę,
mamusiu, mogę? – mówiła Rose do Astorii, używając dziecinnego głosu, patrząc na
Astorię z nadzieją w oczach. Większość ludzi parsknęła śmiechem, a Draco był
wściekły – Tatusiu nie bądź taki wściekły, bo Ci żyłka pęknie.
Harry nie mógł mu darować próby sabotażu
podczas meczu z Krukonami, ale jego żądzę zemsty podsycała jeszcze bardziej
sprawa Hardodzioba. To głównie z tego powodu pragnął zwyciężyć Malfoy'a na
oczach całej szkoły.
- Z Ciebie to cienki bolek jest. Jako
Fretka byłeś przynajmniej słodki, wiesz – stwierdziła Daphne do Draco.
Jeszcze nigdy, jak sięgała pamięć uczniów i
profesorów, oczekiwaniu na mecz Quidditcha nie towarzyszyła tak napięta
atmosfera. Pod koniec ferii wielkanocnych napięcie między dwoma drużynami i ich
domami sięgnęło zenitu. Na korytarzach dochodziło do bójek i przepychanek, a
ich kulminacją stał się paskudny incydent, w wyniku którego pewien Gryfon z
czwartej klasy i Ślizgon z szóstej znaleźli się w szkolnym szpitalu, bo z uszu
powyrastały im pędy dorodnych porów.
- Widzisz Dracuś, nie lepiej być takim
fajnym zwierzątkiem, jak fretka? – spytała Luna swoim marzycielskim głosem.
- Zamknij się Lovegood!
- Ona jest Scamanderem, Malfoy – poprawił
go Rolf, a Luna pocałowała go w policzek i wtuliła się w swojego męża.
- Do damy i Lady tak nie można mówić, bo
to nie ładnie – oznajmiły Rani i Salomi i pogroziły mu palcami.
Szczególnie przykre było to wszystko dla
Harry'ego. Ślizgoni nieustannie podkładali mu nogi na korytarzach, Crabbe i
Goyle włóczyli się za nim, prowokując go brutalnie i dając mu spokój tylko
wtedy, gdy był otoczony Gryfonami.
- Zamorduję! – wycedziła Nicole.
W końcu Wood polecił, by ktoś zawsze mu
towarzyszył, na wypadek, gdyby Ślizgoni chcieli w jakiś sposób wyeliminować go
z gry. Cały dom Gryffindoru przyjął to z entuzjazmem, więc odtąd Harry zaczął
się wciąż spóźniać na lekcje, bo nieustannie otaczał go hałaśliwy tłum. On sam
bardziej dbał o bezpieczeństwo Błyskawicy niż swoje.
Kobiety pokręciły głowami z
niedowierzaniem.
- Faceci i ich miotły – skomentowały.
Kiedy jej nie używał, trzymał ją w zamkniętym
kufrze i często na przerwach zaglądał do dormitorium, żeby sprawdzić, czy
miotła wciąż tam jest.
W przededniu meczu w pokoju wspólnym
Gryffindoru nikt nie miał głowy do nauki. Nawet Hermiona odłożyła swoje
książki.
- Nie potrafię się skupić – wyznała.
W jednej chwili Fred I i George I
podbiegli do Hermiony i przyłożyły swoją dłoń do jej czoła Hermiony.
- Nie masz gorączki, siostrzyczko –
oznajmili razem, a ona popatrzyła na nich z niedowierzaniem – Jesteś osłabiona?
Może musisz iść do pani Pomfrey?
- Mogę wiedzieć, co wy głąby robicie? –
spytała wreszcie.
- Jak to, co? Opiekujemy się naszą małą
siostrzyczką – odparli – bo nie możesz się skupić. Mama ugotuje i przygotuje ci
pyszny rosołek.
- Mamusiu oni potrzebują Poppy, chyba żeby
zbadała ich mózgi – stwierdziła Hermiona do Molly I.
- Ej! – prychnęli. Większość ludzi wybuchnęli
śmiechem, a oni obdarzyli ją w niedźwiedzim ucisku, a Hermiona poczuła się
bezpiecznie.
- Obaj jesteście głąbami, ale was kocham –
mruknęła.
- Jesteś Weasley'em, kochaniutka – rzekli,
naśladując głos swojej matki.
- Jestem – mając iskierki w oczach,
następnie popatrzyła na pierścień rodowy Weasley'ów.
- Nie mogę uwierzyć, że przez te wszystkie
lata nie wiedziałam, że Hermiona ma taką boską figurę – powiedziała Padma, a
jej w głosie była zazdrość.
- Moje ukochane córeczki mi to
uświadomiły, że mogę być piękną. Kocham je nad życie – rzekła, a Emilly i Rose
rzuciły się na szyję Hermiony i się przytuliły – nawet jeśli Rose jeszcze nie
urodziła.
- Mamusiu to nic takiego – oznajmiła
Emilly, a Hermiona pocałowała ją w czoło, a ta westchnęła zadowolonym głosem,
wtulając się w matkę jeszcze bardziej.
- My ci tylko uświadomiły mi, że jesteś
piękną kobietą – dodała Rose i również ją pocałowała oraz również wtuliła się w
matkę.
- Hugo wybrał mądrze – mruknęła pani
Weasley, kiedy popatrzyła na Emilly – a ja zyskałam córkę i teraz mam dwie
wspaniałe córeczki, a ród Weasley zyskał wspaniałą członkinię.
- Kocham Cię mamusiu – mruknęła – i kocham
być twoją córką i być Lady Weasley.
- Zawsze nią będziesz, kochanie –
stwierdziła Hermiona.
Fred i George Weasley'owie byli jeszcze
bardziej hałaśliwi i nieznośni niż zwykle. Oliver Wood ślęczał w kącie nad
makietą boiska do Quidditcha, przesuwając różdżką maleńkie figurki graczy i
mrucząc coś do siebie.
- Oliver mam ześwirował – stwierdził
młodszy Regulus.
Angelina, Alicja i Katie zaśmiewały się z
dowcipów Freda i George'a.
- Ja mam niezły żart – oznajmił Fred II.
- Dajesz! – krzyknęli Fred i George
podnieceni.
- Przybiega wujek Seamus i do ciotki
Hermiony i krzyczy: - Hermiona,
znasz jakieś zaklęcie, żeby wyczarować benzynę?! Znasz???- Znam. A co jest?
Pali się?- Tak, gabinet Umbridge! Ale trochę jakby przygasa! – Sala ryknęła
śmiechem. Większość z nich leżała ze śmiechu śmiejąc się wniebogłosy.
- Dobre!! Ha, ha, ha, ha!! Dobre!! – śmiał
się Seamus z podłogi.
- Witajcie w moim świecie – powiedziała ze
śmiechu Alicja II.
- Ja też mam niezły. Mogę powiedzieć? – dodał
George II.
- Mów! – zawołali Huncwoci, jeszcze
bardziej podnieceni, zwłaszcza Łapa i Rogacz.
- Dolores Umbridge mówi do Harry'ego
Pottera:- Panie Potter idź i zetrzyj tablicę szmatką – Wujek Harry szuka
szmatki i szuka. Za ten czas Umbridge pyta się uczniów:-Kochani co byście
napisali na moim nagrobku, gdybym umarła?? – A wujek Harry znalazł szmatkę i krzyczy:- Tu leży ta
szmata!!!!! – Sala ponownie ryknęła śmiechem, śmiejąc się głośno leżąc na
podłodze. Umbridge była wnerwiona.
- Dobre!!! – śmiał się Ron z podłogi.
- Moja krew! – dodał Fred I również z
podłogi.
- NIE JESTEM ŻADNĄ SZMATĄ! – ryknęła
Umbridge – JESTEM - SEKRETARZEM MINISTERSTWA!
- mylisz się byłaś jesteś i będziesz
szmatą – oznajmił Teddy.
- Witajcie w moim świecie – oznajmiła
Hope.
Harry siedział z Ronem i Hermiona, starając
się zapomnieć, co go czeka, bo za każdym razem, gdy pomyślał o jutrzejszym
meczu, miał uczucie, jakby coś olbrzymiego próbowało wydostać się z jego
żołądka na zewnątrz.
- Dasz sobie radę! – pocieszała go Hermiona,
choć wyglądała na bardzo przerażoną.
- Masz Błyskawicę! – dodał Ron.
- No taak... – mruknął Harry, czując, że
żołądek mu się ściska – Poczuł ulgę, kiedy wreszcie Wood wstał i krzyknął:
- Drużyna! Do łóżek!
- Tak, jest panie Kapitanie! –
zasalutowała drużyna Wooda.
- Dobrej nocy, kochani – powiedziała
Angelina z niewinną miną – a ty Oliver tylko bądź grzeczny i żadnych nocnych
igraszek z Katie.
- Weasley, zabiję cię! – krzyknęła
czerwona Katie. Lady Weasley parsknęła śmiechem, a niektórzy zaczęli chichotać.
- Och, nie, czy znajdzie się jakiś rycerz,
który uratuje damę w opałach?
- Ja cię uratuje, moja piękna, gdyż
przybyłem na miotle – oznajmił George I i pocałował ją w rękę – pokonam ją i
polecimy do gwiazd – a Angelina zarumieniła się. W oczach miała iskierki i
namiętnie go pocałowała.
- Awwww! – zawołały kobiety i dziewczyny
wzruszone.
- Widzisz, jak mamusia i tatuś się kochają
– zagruchała Alicja II do męża.
Harry źle spał tej nocy. Najpierw mu się
przyśniło, że zaspał i obudził go wrzask Wooda: "Gdzie ty byłeś? Zamiast
ciebie musieliśmy wystawić Neville'a!".
- To był koszmar – mruknął Harry.
Potem, że Malfoy i reszta drużyny Ślizgonów
pojawili się na boisku na smokach. Szybował z zawrotną szybkością, próbując
uniknąć strumieni ognia tryskających z pyska smoka Malfoy’a,
Ci, którzy wiedzieli, co się wydarzyło
podczas Pierwszego Zadania Turnieju Trójmagicznego popatrzyło po sobie,
wiedząc, że Harry musiał pokonać najgroźniejszego smoka.
- O co chodzi? – spytała młodsza Lily I.
- Nic, mamuś – powiedziała Ginny do Lily
trochę za szybko, co wzbudziło podejrzenie młodej Lady Potter.
- Ginny, ty coś wiesz – odezwała się,
patrząc na dziewczynę, która została jej córką z podejrzliwym wzrokiem.
- Lily, nie męcz Ginny – rzekł młodszy
Rogacz – Hogwart na pewno nie sprowadzi żadnych smoków, tylko dlatego, że
Hagrid czy Charlie kochają smoki.
- Mam złe przeczucie, James – odezwała się
Lily I – Czuję to – Harry przełknął ślinę, tak samo, jak dyrektor i większość
ludzi na sali, którzy wiedzieli o Turnieju.
kiedy zdał sobie sprawę, że zapomniał dosiąść
Błyskawicy. Zaczął spadać jak kamień i obudził się gwałtownie.
Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego,
że mecz jeszcze się nie odbył, że leży bezpiecznie w łóżku i że Ślizgonom na
pewno by nie pozwolono grać na smokach.
Fay popatrzyła na Knota z mordem w oczach,
następnie puściła oczko do Anthony'ego, który się zarumienił, a ona zaczęła
chichotać.
Wyschło mu w ustach, więc ostrożnie, żeby nie
zbudzić innych, wylazł z łóżka, żeby nalać sobie wody ze srebrnego dzbanka
stojącego pod oknem. Za oknem była cisza i spokój. Najlżejszy powiew wiatru nie
poruszał wierzchołkami drzew w Zakazanym Lesie, gałązki Wierzby Bijącej zamarły
w bezruchu, tak że wyglądała równie niewinnie, jak wszystkie normalne drzewa.
Trudno było marzyć o lepszych warunkach do rozegrania meczu.
- Hmm... Moje wewnętrzne oko mi
podpowiada, że Harry złapie znicz, a Fretka znowu się zbłaźni – powiedziała
Fay, używając mistycznego głosu Anthony parsknął śmiechem, a ta uśmiechnęła się
szeroko do niego.
- Masz piękny uśmiech, Fay – wypalił.
- Wiem, że mam – odparła.
Harry odstawił czarkę i już miał odejść od
okna, by wrócić do łóżka, gdy coś przykuło jego uwagę. Po rozsrebrzonej łące
skradało się jakieś zwierzę.
- To pewnie ponurak, który próbuje zjeść
mojego chrześniaka! – krzyknął młodszy Łapa. Niektóre dziewczyny pisnęły ze
strachu, a Harry wywrócił oczami.
Rzucił się do nocnego stolika, złapał okulary
i założył je w pośpiechu, po czym wrócił do okna. 'To nie może być
ponurak... nie, nie teraz... nie tuż przed meczem...'. Wyjrzał ponownie
przez okno i po minucie gorączkowego przeszukiwania wzrokiem błoni wyłowił na
skraju Zakazanego Lasu ruchomy kształt. To nie żaden ponurak... to kot...
- Krzywołap? – spytała Fleur.
- Tak, siostrzyczko! – uśmiechnął się
Harry.
Harry poczuł ulgę, gdy rozpoznał puszysty
ogon przypominający szczotkę do butelek. To tylko Krzywołap... Ale... czy tylko
Krzywołap? Wytężył wzrok, przyciskając nos do szyby. Krzywołap zatrzymał się.
Harry był pewny, że w cieniu drzew coś jeszcze się poruszało. W następnej
chwili to coś wynurzyło się z cienia: olbrzymi, kudłaty, czarny pies skradał
się przez łąkę, a Krzywołap biegł wolnym truchtem przy jego boku.
- Pies? – spytała Euphemia. Łapa udawał, że jest zaskoczony.
Harry wytrzeszczył oczy. Co to ma znaczyć?
Jeśli Krzywołap również widzi tego psa, to przecież nie może to być omen
śmierci!
- Pies i kot? – zdziwił się Fleomont.
- Ron! – syknął – Ron! Obudź się!
- Coo...
- Harry, miałem taki wspaniały sen, że ja
i Hermiona bierzemy ślub i mamy dzieci.
- Spełnił się twój sen, Ronaldzie – oznajmiła
Hermiona.
- Chodź tu, musisz mi powiedzieć, czy coś
widzisz!
- Jest ciemno, Harry – mruknął Ron
zachrypniętym głosem – O czym ty pleciesz?
- Tu, na dole... – Harry ponownie spojrzał
przez okno. Krzywołap i pies zniknęli. Harry wspiął się na parapet, żeby
zajrzeć w cień zamku, ale i tam ich nie było. Gdzie się podziali?
- Masz omamy, Potter?! – zadrwiła
Mariette.
- Ja z kretynkami nie rozmawiam. Cho, jak
ty możesz się z nią przyjaźnić? – odpowiedział pytaniem Harry.
Głośne chrapanie powiedziało mu, że Ron znowu
zasnął.
Następnego ranka drużyna Gryfonów wkroczyła
do Wielkiej Sali w burzy oklasków i wiwatów. Harry nie mógł się powstrzymać od
szerokiego uśmiechu, kiedy zobaczył, że oklaskują ich również stoły Krukonów i
Puchonów. Ślizgoni ograniczyli się do głośnych gwizdów.
Daphne wywróciła oczami.
Harry zauważył, że Malfoy jest jeszcze
bledszy niż zwykle.
- Miałeś już mokre gacie, Dracuś? –
spytała Ginny Dracze z drwiną.
- Tak, bo Dracuś nie miał wtedy pampersa,
Ginny – powiedziała Tracy i uśmiechała się niewinnie.
- Pan Minister Magii Knot go nie
zaopatrzył w pampersy! – zachichotały Flora i Hestia.
- Dlaczego Panie Ministrze nie zadbałeś
najbardziej potrzebującym, czyli nie zaopatrzyłeś Dracusia i jego goryli w
pampersy? – spytała Daphne Knota.
- Wy małe dziewuchy... – zaczął Draco.
- Mój ojciec dowie się o tym! – krzyknęła
Astoria – Tak, wiemy Dracuś, nie musisz się powtarzać – dodała do blondyna. Większość ludzi parsknęła śmiechem, a Draco zrobił
się czerwony.
Wood przez całe śniadanie zachęcał swą drużynę
do jedzenia, choć sam nie tknął niczego. Potem, zanim reszta skończyła jeść,
poprowadził ich szybko na boisko, żeby zapoznać się z warunkami. Kiedy
opuszczali salę, znowu rozległy się wiwaty.
- Powodzenia, Harry! – zawołała Cho Chang, a
Harry poczuł, że się czerwieni.
Ginny patrzyła na Cho, jakby miała ją
zamordować.
- W porządku... żadnego wiatru... słońce
trochę za mocne, może czasem przeszkadzać... trzeba na to uważać... boisko
twarde, świetnie, można się będzie dobrze odbić... – Wood przemierzał powoli
boisko, rozglądając się uważnie, a cała drużyna kroczyła za nim.
- Jak pieski – powiedziała Pansy z kpiną.
- Mówisz o sobie, Parkinson? – rzekła
Katie – Do nogi, Pansy!
W końcu zobaczyli, jak w oddali otwierają się
drzwi do zamku i reszta szkoły wysypuje się na błonie.
- Do szatni – powiedział Wood. Nikt nic nie
mówił, gdy przebierali się w szkarłatne szaty. Harry zastanawiał się, czy inni
czują się tak jak on: jakby na śniadanie zjadł coś bardzo ruchliwego. Zdawało
mu się, że nie minęło nawet pół minuty, gdy usłyszał głos Wooda:
- No dobra, już czas, wychodzimy...
- Będzie dobrze, Rogaś – oznajmił młodszy
Łapa.
Wyszli na boisko, witani przeraźliwym rykiem.
Trzy czwarte widowni miało szkarłatne rozetki i powiewało szkarłatnymi
chorągiewkami z lwem Gryffindoru albo kołysało transparentami z hasłami:
GRYFFINDOR NAPRZÓD! Czy PUCHAR DLA LWÓW! Za bramkami Ślizgonów zgromadziły się
jednak ze dwie setki widzów ubranych na zielono; tu na chorągiewkach połyskiwał
wąż Slytherinu, a w pierwszym rzędzie siedział profesor Snape, również w
zielonej szacie, z bardzo posępnym uśmiechem na twarzy.
- Założyłeś już pampersa, Severusie? –
spytał młodszy Rogacz z kpiną do Snape'a.
- A oto są Gryfoni! – ryknął Lee Jordan,
który jak zwykle pełnił obowiązki komentatora – Potter, Bell, Johnson, Spinnet,
Weasley, Weasley i Wood.
- Potter, Wood, Weasley, Jordan, Weasley,
Weasley i Wood! – krzyczał do mikrofonu Lee.
- Nie mogłeś się powstrzymać? – zapytała
Alicja.
- Nie, żonko! – odparł Lee ze szczerzem na
twarzy.
- Tylko się nie... – zaczął Matt, ale
Alicia namiętne pocałowała Lee w usta – całujcie – dokończył z rezygnacją.
- Dlaczego mamusia i tatuś nie mieliby się
całować Matthew Jordanie? – zapytała Roxana i zaczęła stukać wysokim obcasem o
podłogę, a ten popatrzył na żonę, mając nietęgą minę.
- Ale z ciebie jest pantoflarz, braciszku!
– zadrwił Nick z brata.
- Mówisz o sobie, głąbie! – odparował
Matt. Nick popatrzył na Domique i przełknął ślinę – twoja to pół willa, a i
obie to Weasley, a to są niebezpieczne kobiety, począwszy od babuni Molly po
Lily.
- Potwierdzam! – krzyknęli Teddy, Artur,
Sebastian, Patrick, Frank, II, Scorpius i Harry oraz synowie Molly I i wnuki
Molly. Alicia, używając swojego wdzięku i gracji podeszła do Roxanny i ją do
siebie mocno przytuliła. Uśmiechnęła się do niej i pocałowała w czoło. Roxana
westchnęła i wtuliła się w Alicję jeszcze bardziej. Lee uśmiechnął się do niej
szeroko.
- Kocham cię, mamuś – mruknęła Roxana do
jej piersi.
- Ja Ciebie też kocham, skarbie – rzekła
Alicia – Chodź, Domique – Ruda kobieta podeszła do niej i się przytuliła z
uśmiechem na twarzy.
- Wiem, co powiesz, mamusiu. Jako
Jordanowie musimy się trzymać razem i okiełznać tych tam.
- Masz rację, kochanie.
Zdaniem wielu najlepsza drużyna, jaką miał
Gryffindor od dobrych kilku lat... – Koniec zdania zagłuszyły przeraźliwe
gwizdy i buczenie od strony bramek Ślizgonów – A teraz wchodzi drużyna
Ślizgonów, prowadzona przez jej kapitana, Flinta. Flint dokonał pewnych
zmian... wydaje się, że postawił raczej na rozmiary i wagę zawodników niż na
ich umiejętności...
- Tatuś zawsze miał śmieszne teksty! –
parsknęła śmiechem Domique – Nic się tatusiu nie zmieniłeś.
- Bo jestem zajebisty, córeczko – odparł
Lee.
Kibice Ślizgonów ponownie go zagłuszyli.
Harry pomyślał, że Lee trafił w sedno: Malfoy był najmniejszym zawodnikiem w
drużynie, reszta składała się z potężnych osiłków.
- Mój tatuś też ma fajne teksty –
powiedziała Olivia.
- Kapitanowie, uściśnijcie sobie ręce! –
powiedziała pani Hooch. Flint i Wood zbliżyli się do siebie i uścisnęli sobie
dłonie tak mocno, jakby jeden drugiemu chciał połamać palce.
- Mam nadzieję, że połamałeś mu palce,
tato – rzekł z nadzieją Louis.
- Na miotły! – zawołała pani Hooch – Trzy...
dwa... jeden... – Odgłos gwizdka utonął w potężnym ryku, gdy czternastu graczy
wzbiło się w powietrze. Harry poczuł, że pęd zgarnia mu włosy z czoła, cudowny
dreszcz emocji uspokaja nerwy; rozejrzał się szybko, zobaczył, że Malfoy siedzi
mu na ogonie, więc przyspieszył gwałtownie, wypatrując znicza.
- Tatuś blondasa pokona – powiedziała
Amelia – bez obrazy – dodała do tych, co mają blond włosy.
- Gryfoni w posiadaniu kafla, Alicja Spinnet
mknie prosto ku bramkom Ślizgonów, jest już blisko... dobrze, Alicjo! Oj,
nieeee... Warrington przejmuje kafla, wzbija się wysoko... ŁUUUP!... George
Weasley pięknie zagrał tłuczkiem, trafił prosto w Warringtona, Warrington
puszcza kafla... przejmuje go Johnson, Gryfoni znowu przy piłce, znakomicie,
Angelino... wspaniały zwód, ograła Montague... nurkuj, Angelino, to tłuczek!...
JEEEST! TRAFIŁA! DZIESIĘĆ DO ZERA DLA GRYFONÓW!
- TAK! – ryknęli dwie wersje Łapy i
Rogacza.
Angelina zatoczyła triumfalny łuk wokół
bramek Ślizgonów, a morze szkarłatu na widowniach zawyło z zachwytu...
- AUU! – Angelina ledwo utrzymała się na
miotle, gdy Marcus Flint uderzył w nią z rozpędu.
- Przepraszam! – zawołał Flint, gdy na dole
rozległy się gwizdy – Przepraszam, nie widziałem jej! – W następnej chwili
George Weasley "zawadził" pałką o głowę Flinta. Flint rąbnął nosem w
rączkę swojej miotły i zaczął krwawić.
- Mój ty bohaterze – powiedziała z
uwielbieniem Angelina.
- Musiałem ratować moją boginię – odezwał
się George II.
- Pokażesz mi w nocy, jak bardzo mnie
kochasz? – spytała Angelina do jego ucha, a ten pocałował ją w znak, a ta
wydała z siebie głośne westchnienie zadowolenia.
- Wielbienie takiej bogini to dla mnie, jak
Boże Narodzenie – mruknął jej do ucha.
- Czemu jest tu tak gorąco…? – westchnęła.
- Dosyć tego! – wrzasnęła pani Hooch,
podlatując do nich – Rzut wolny dla Gryfonów za niesprowokowany atak na ich
Ścigającego! Rzut wolny dla Ślizgonów za rozmyślne kontuzjowanie ich
Ścigającego!
- Niech pani sobie daruje te szopki! –
krzyknął Fred, ale pani Hooch już zagwizdała i podleciała Alicja, aby wykonać
rzut wolny.
- Naprzód, Alicjo! – ryknął Lee w ciszy,
która zaległa na trybunach – TAAK! OGRAŁA OBROŃCĘ! DWADZIEŚCIA DO ZERA DLA
GRYFONÓW!
- Wspaniale mamusiu! – krzyczały Domique i
Roxana.
Harry zrobił ostry zwrot, żeby popatrzeć, jak
Flint, któremu wciąż z nosa ciekła krew, podlatuje, by wykonać rzut wolny dla
Ślizgonów. Wood czaił się przed bramkami Gryfonów, szczęki miał zaciśnięte –
Pamiętajmy, że Wood to wspaniały obrońca - oznajmił Lee tłumowi, gdy Flint
czekał na gwizdek pani Hooch. - Super! Niezwykle trudny do pokonania... bardzo
trudny... TAAK! NIE WIERZĘ WŁASNYM OCZOM! OBRONIŁ!
Oliver wypiął dumnie pierś.
- Świetnie, Oliver! – krzyczeli Gryfoni.
Harry z ulgą poszybował dalej, wypatrując
znicza, ale wciąż powtarzając sobie w duchu instrukcje Wooda. Pamiętał, że musi
utrzymać Malfoy'a z dala od znicza, póki Gryfoni nie zdobędą ponad pięćdziesiąt
punktów przewagi – Gryfoni przy piłce, nie, Ślizgoni przy piłce... nie!...
Gryfoni znowu w ataku... i kto to jest... tak, to Katie Bell, Katie Bell z
Gryffindoru ma kafla, wzbija się wysoko... TO BYŁ ROZMYŚLNY FAUL!
- Zabiję tego idiotę – powiedziała
wściekła Samanta.
Montague, ścigający Ślizgonów, śmignął tuż
przed Katie Bell, ale zamiast odebrać jej kafla, złapał ją za głowę. Katie
zrobiła młynka w powietrzu, utrzymała się na miotle, ale puściła kafla.
- Zabijemy go razem – stwierdził Louis.
- Moje kochane dzieci – wzruszyła się
Katie i przytuliła je do siebie. Samanta wtuliła się w matkę, a Louis zaczął
jęczeć.
- Mamo dusisz mnie, nie mogę oddychać!
Znowu rozległ się ostry gwizdek pani Hooch,
która podleciała do Montague i zaczęła mu wymyślać. Minutę później Katie wbiła
z wolnego kolejnego gola dla Gryfonów.
- TRZYDZIEŚCI DO ZERA! MACIE ZA SWOJE,
NĘDZNE, PODSTĘPNE...
- Mówiłem do tych idiotów, dziewczyny –
powiedział Lee.
- Wiemy Lee – rzekły Flora i Hestia.
- Jordan, jeżeli nie potrafisz zachować
bezstronności...!
- Mówię, jak jest, pani profesor! – Harry
poczuł przejmujący dreszcz podniecenia. Zobaczył już zniczu – połyskiwał u
samego dołu jednego ze słupków Gryfonów – ale wiedział, że jeszcze nie wolno mu
go złapać. A jeśli zobaczy go Malfoy...
- On i tak nie umie grać! – zadrwił
Seamus.
- Prawda, Dracuś – dodała Susan.
- Twoja miotełka nic Ci nie da, bo u
Gryfonów liczy się talent, a nie, że twój blond włosy tatuś kupi ci miotełkę.
Wiesz co, Dracuś? Możesz tą swoją miotełkę najwyżej zamiatać podłogę –
oznajmiła Hermiona i uśmiechnęła się do niego, a Draco zrobił wściekłą minę.
Wstał, a Hermiona założyła ręce.
Udając, że pilnie się w coś wpatruje,
poderwał Błyskawicę i poszybował ku bramkom Ślizgonów. Podziałało. Malfoy
puścił się za nim, najwyraźniej sądząc, że Harry zobaczył tam znicza....
- Pamiętaj... – zaczął młodszy Rogacz.
- Tatusiu, Harry pamięta, co Oliver mu
gadał – oznajmiła Ginny.
SZSZU!
Jeden z tłuczków, odbity przez olbrzymiego
pałkarza Ślizgonów, Derricka, śmignął mu tuż obok prawego ucha. A po chwili...
SZSZU!
Drugi tłuczek musnął mu łokieć.
- Quidditch – mruknęła blada, jak ściana
Lily I.
Harry dostrzegł obu pałkarzy Ślizgonów,
Bole'a i Derricka, pędzących ku niemu z dwóch stron z uniesionymi pałkami... W
ostatniej chwili szarpnął rączkę Błyskawicy i wzbił się w górę. Bole i Derrick
wpadli na siebie z okropnym trzaskiem.
- Ha! Macie pecha, chłopaki! Trzeba było
wcześniej pomyśleć, to przecież Błyskawica! – komentował Lee, który nie mógł
się powstrzymać od komentarzy.
- Tatusiu to wujek Harry jest największą
gwiazdą, a nie tatuś! – chichotała Domique.
- Ja jestem tylko na chwilkę córeczko –
odparł Lee - Wujek Harry się nie obrazi, że jestem gwiazdą wieczoru?
- Nie obrażę się! – parsknął śmiechem
Harry.
- Ha-haaaa! – zawył Lee Jordan, kiedy
pałkarze odskoczyli od siebie, trzymając się za głowy – Macie pecha, chłopaki!
Trzeba było wcześniej pomyśleć, to przecież Błyskawica! A teraz Gryfoni znowu
przy piłce, Johnson ma kafla... Flint obok niej... dziabnij go w oko, Angelino!
To był żart, pani profesor, tylko żart... och, nieee...
- Nick komentował podobnie! – parsknął
śmiechem Teddy.
- Jaki ojciec, taki syn – powiedział
Sebastian.
Flint przejmuje kafla, leci w kierunku
słupków Gryfonów, no, śmiało, Wood, broń...! – Ale Flint strzelił gola. Z końca
trybun zajętego przez kibiców Ślizgonów wzbił się w powietrze ryk radości, a
Lee zaklął tak brzydko, że profesor McGonagall spróbowała odebrać mu magiczny
megafon.
- Tatusiu! – skarciła go Roxana.
- Przepraszam, pani profesor, przepraszam! To
już się nie powtórzy! No więc Gryfoni prowadzą trzydzieści do dziesięciu, znowu
są przy piłce... – Gra robiła się coraz bardziej zacięta i brutalna; Harry
jeszcze nigdy nie uczestniczył w tak ostrym meczu. Ślizgoni, rozwścieczeni tak
szybkim objęciem prowadzenia przez Gryfonów, zaczęli stosować wszystkie chwyty,
byle tylko przejąć kafla. Bole uderzył Alicję pałką i zaczął się tłumaczyć, że
pomylił ją z tłuczkiem, ale urwał, bo George Weasley ugodził go łokciem w
twarz.
- Ale miałam dużo siniaków! – jęknęły
Ściągające.
Pani Hooch ukarała oba zespoły rzutami
wolnymi, a Wood popisał się jeszcze jedną widowiskową obroną. Gryfoni
prowadzili już czterdzieści do dziesięciu.
- Macie idioci! – krzyknął Lee.
Znicz znowu gdzieś zniknął. Malfoy trzymał
się wciąż blisko Harry'ego, który krążył nad boiskiem, wypatrując złotego
błysku... Żeby tylko zdobyć pięćdziesiąt punktów przewagi... Katie strzeliła
gola. Pięćdziesiąt do dziesięciu.
- Dalej Gryffindor! – krzyczał Rogacz.
Fred i George zataczali wokół niej koła,
wywijając pałkami, na wypadek, gdyby któryś ze Ślizgonów zechciał ją
unieszkodliwić. Bole i Derrick wykorzystali nieobecność bliźniaków, by odbić
oba tłuczki w kierunku Wooda. Oba trafiły go w żołądek, jeden po drugim; Wood
zwinął się wpół, kurczowo trzymając się miotły i z trudem łapiąc oddech. Pani
Hooch wychodziła z siebie.
- Nie wolno atakować obrońcy, jeśli kafla
nie ma w polu bramkowym! – krzyczał wściekły młodszy Łapa.
- Nie wolno atakować obrońcy, jeśli kafla nie
ma w polu bramkowym! – wrzasnęła do Bole'a i Derricka – Rzut wolny dla
Gryfonów! – I Angelina strzeliła bramkę. Sześćdziesiąt do dziesięciu.
- To Moja córeczka – oznajmiły dwie wersje
Molly I – Kocham cię, kochaniutka
- Jestem i zawsze będę twoją córeczką,
mamusiu – rzekła Angelina, wtuliwszy się w Molly, a ta westchnęła zadowolonym
głosem – Kocham cię mamusiu.
- Jesteś moim największym skarbem i jestem
dumna, że mogę być twoją mamusią. Kochanie, jesteś Weasley'em. Mój kolejny syn
wybrał mądrze, a ja zyskałam kolejną córeczkę – i pocałowała ją w czoło,
wyrażając macierzyńskie uczucia, jakie do niej żywiła. Czarnoskóra pani Weasley
westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w matkę jeszcze bardziej.
- Molly chłopcy wybierają mądrze, bo
wybierają pięknie i mądre kobiety - oznajmili dwie wersje Artura. Molly
uśmiechnęła się, tuląc Angelinę.
W parę minut później Fred Weasley posłał
tłuczka prosto w Warringtona, wytrącając mu z rąk kafla, którego natychmiast
złapała Alicja i przerzuciła przez jedną z obręczy Ślizgonów. Było
siedemdziesiąt do dziesięciu.
- Tak! – krzyczała starsza Lily.
Tłum kibiców Gryffindoru zdzierał sobie
gardła w straszliwym wrzasku – Gryfoni prowadzili już sześćdziesięcioma
punktami, więc jeśli Harry teraz złapie znicza, puchar będzie ich. Harry prawie
czuł setki par śledzących go oczu, kiedy krążył nad boiskiem, ponad resztą
graczy, z Malfoy'em siedzącym mu wciąż na ogonie. I wtedy zobaczył znicza.
Migotał ze dwadzieścia stóp ponad nim.
- Harry! Harry! – krzyczały siostry.
Harry przyspieszył gwałtownie, aż pęd
powietrza zagrał mu w uszach. Wyciągnął rękę... gdy nagle Błyskawica
zwolniła...
- Dlaczego? – zapytała Euphemia.
Przerażony, spojrzał przez ramię. To Malfoy
rzucił się do przodu, złapał za ogon miotły i ciągnął ją do tyłu.
- Ty mały gówniarzu! – krzyknęli Łapa i
Rogacz wściekli, a Draco przełknął ślinę.
- Ty... – Harry'ego ogarnęła taka wściekłość,
że chciał go uderzyć, ale nie mógł go dosięgnąć. Malfoy dyszał z wysiłku, ale
oczy płonęły mu złośliwą uciechą. Osiągnął to, co chciał – znicz znowu zniknął.
- Rzut wolny! Rzut wolny dla Gryfonów! Czegoś
takiego jeszcze nie widziałam! – wrzeszczała pani Hooch, śmigając w kierunku
Malfoy'a, który oddalał się na swoim Nimbusie Dwa Tysiące Jeden.
- TY WREDNA SZUMOWINO! – krzyczał Lee Jordan
do mikrofonu, podskakując poza zasięgiem rąk profesor McGonagall – TY PODŁY
OSZUŚCIE, TY... – Profesor McGonagall nawet go nie upomniała. Wymachiwała
pięścią w kierunku Malfoy'a, kapelusz jej spadł i sama wrzeszczała ile sił w
płucach. Alicja wykonała rzut wolny, ale była tak wściekła, że chybiła o kilka
stóp. Gryfoni tracili koncentrację, a Ślizgoni, uradowani faulem Malfoy'a na
Harrym, zaatakowali z nową energią – Ślizgoni przy piłce, Montague szybuje do
bramki... goool! – jęknął Lee – Siedemdziesiąt do dwudziestu dla Gryfonów... –
Harry trzymał się teraz Malfoy'a tak blisko, że co jakiś czas zderzali się
kolanami. Nie zamierzał pozwolić, by Malfoy znalazł się sam w pobliżu znicza...
- Odwal się, Potter! – ryknął Malfoy, kiedy
spróbował zrobić zwrot, a Harry go zablokował.
- Angelina Johnson przejmuje kafla...
naprzód, Angelino, NAPRZÓD!
- Teraz to Lady Angelina Weasley –
powiedział George radosnym głosem, a
Angelina pokiwała głową i wtuliła się w swojego męża.
Harry rozejrzał się. Wszyscy Ślizgoni, prócz
Malfoy'a, mknęli ku swoim bramkom, chcąc zablokować Angelinę... Zrobił
gwałtowny zwrot, pochylił się tak nisko, że leżał płasko na rączce, i
wystrzelił ku Ślizgonom jak pocisk.
- AAAAAACH! – Na widok pędzącej ku nim
Błyskawicy rozpierzchli się w popłochu; Angelina miała czyste pole.
- STRZELA! GOOOL! Gryfoni prowadzą
osiemdziesięcioma do dwudziestu!
- Świetnie, kochanie! – krzyczały kobiety,
które były w Gryffindorze.
- Angelina, Angelina! – skanowali Gryfoni.
Harry, który mknął w kierunku trybun,
zahamował ostro, zawrócił i ruszył w stronę środka boiska. I wówczas zobaczył
coś, co sprawiło, że zamarło mu serce. Malfoy nurkował z wyrazem triumfu na
twarzy – a pod nim, zaledwie kilka stóp ponad trawą boiska, lśniła maleńka
złota plamka.
- Dasz radę, Harry! – krzyczeli mężczyźni,
którzy byli w Gryffindorze.
Harry skierował Błyskawicę ostro w dół, ale
Malfoy był bardzo, bardzo daleko.
- Tata/wujek/tatuś/Harry dasz radę!
- Szybciej! Szybciej! Szybciej! – przynaglał
miotłę, słysząc świst powietrza i widząc, jak sylwetka Malfoy'a rośnie mu w
oczach. Przywarł do rączki, gdy Bole odbił ku niemu tłuczka... już był przy
stopach Malfoy'a... już się z nim zrównał...
- Da radę czy nie, o Merlinie?! – zawołały
dwie wersje Lily.
Rzucił się do przodu, odrywając od miotły
obie dłonie. Odtrącił wyciągniętą rękę Malfoy'a i...
- TAAAK!
- To by oznaczało...! – krzyczeli z
nadzieją rodzina Harry'ego i przyjaciele.
- Że Dracusiowi niestety się nie udało –
odparł Harry, a Draco zrobił wściekła minę.
W ostatniej chwili, tuż nad ziemią, zadarł
gwałtownie miotłę i wystrzelił w górę, unosząc wysoko rękę. Stadion oszalał.
Harry krążył nad tłumem, czując dziwne dzwonienie w uszach. Maleńka złota piłka
trzepotała się rozpaczliwie w jego dłoni.
- HARRY POTTER ZŁAPAŁ ZNICZ! WYGRALI
GRYFONI! – ryknął Lee – GRYFFINDOR WYGRALI PUCHAR QUIDDITCHA!
- TAK! – ryknęli Gryfoni. Rogacze
rozpłakali się, jak małe dzieci – Harry – tylko tyle zdołali powiedzieć
Rogacze, nim rzucili się stojącemu przed nim mężczyźnie na szyję. Rogacz
również przyciągnął do siebie Lily I.
- Jestem z Ciebie taki dumny Harry –
powiedzieli Rogacze.
- Ja zrobiłem tylko swoją robotę – mruknął
Harry.
- Wyrosłeś na mężczyznę, z którego każdy
ojciec chciałby mieć – Lily Potter przytuliła się do syna, a późnej spojrzała w
jego zielone oczy, a Harry odwzajemnił spojrzenie. Patrzyli na siebie przez
chwilę.
- Nie dość, że jest przystojny i do tego
seksowny to jeszcze najlepszy Szukający, gitarzysta i piosenkarz – powiedziała
Ginny, patrząc na Harry'ego z iskierkami miłości.
- No tak – stwierdził Harry z wyszczerzem,
a Ginny wtuliła się w swojego męża.
Już szybował ku niemu Wood, ledwo widząc
przez łzy. Złapał Harry'ego za szyję i rozszlochał się w jego ramię.
- No już Oliver przytul się do mnie –
mruknęła Katie.
Już Fred i George walili go po plecach, już
Angelina, Alicja i Katie wyśpiewywały mu nad uchem: "Zdobyliśmy puchar!
Zdobyliśmy puchar!". Splątani w wieloramiennym uścisku Gryfoni opadali
razem na ziemię, wrzeszcząc ochryple. Przez barierki przewalały się na boisko
szkarłatne fale kibiców Gryffindoru. Każdy chciał ich dotknąć.
- Jak zawsze sławny! – warknęła Mariette.
Harry miał wrażenie, że tonie w morzu krzyków
i uścisków. A potem tłum porwał ich, dźwignął na ramiona i poniósł w
triumfalnym pochodzie. Zobaczył Hagrida, całego oblepionego szkarłatnymi
rozetkami... "Zwyciężyłeś, Harry, zwyciężyłeś! Poczekaj, powiem
Dziobkowi!". Percy podskakiwał jak wariat, zapominając o swojej godności.
- Godność to on stracił, kiedy związał się
z Crouchem – powiedziała Ginny – bo pan Crouch powiedział, a bo pan Crouch
nazywa mnie Weatherby, pan Crouch pozwolił mi polizać swoje buty, pan Crouch...
- DOŚĆ! – ryknął Percy, patrząc na siostrę
z mordem w oczach – JAK ŚMIESZ!
- Masz jakiś problem, Percy? – spytała i
zrobiła pozę wściekłą Molly Weasley i jej minę. Widzieli ogień w jej oczach,
zrozumiali wreszcie czemu Bill, Charlie, Fred, George, Percy, Ron oraz jej
przyszli synowie boją się tej rudowłosej piękności – przecież mam rację. Ja to
wiem i wszyscy o tym wiedzą, że twoją niespełnioną miłością jest Bartemiusz
Crouch.
- Mamusia jest niebezpieczną i piękną
kobietą – skomentowała to Olivia – a ja widzę ją jako kobietę o złotym sercu.
Profesor McGonagall szlochała jeszcze
bardziej niż Wood, ocierając sobie oczy wielką flagą Gryffindoru, a przez tłum
przedzierali się ku niemu Ron i Hermiona. Słowa ich zawiodły. Po prostu
promienieli z radości, patrząc, jak tłum niesie Harry'ego ku trybunom, gdzie stał
już Dumbledore z olbrzymim Pucharem Quidditcha.
- Mój chłopak – powiedział dumny Oliver –
Wiesz co mam na myśli, Harry.
- Jasne Oliver – odparł Harry.
Ach, gdyby tak pojawił się w pobliżu jakiś
dementor... Kiedy szlochający ze szczęścia Wood uniósł wysoko puchar,
- A podobno prawdziwi faceci nie płaczą –
powiedziała Pansy.
- Och, zamknij się! – warknęła Katie.
a potem mu go podał, Harry poczuł, że teraz
wyczarowałby najlepszego na świecie patronusa.
- Koniec tego wspaniałego rozdziału –
oznajmił Fred II.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz