- Kuzynie, teraz ja chcę! – krzyknął George II.
- Masz – powiedział Fred II.
Rozdział szesnasty
Przepowiednia profesor Trelawney
- Cóż znowu! – jęknęli Carolina.
Euforia Harry'ego z powodu zdobycia Pucharu Quidditcha trwała przynajmniej tydzień. Nawet pogoda zdawała się świętować ich zwycięstwo: zbliżał się czerwiec, dni były bezchmurne i parne, wszyscy marzyli tylko o tym, aby wylec na błonia, rozłożyć się na murawie i popijać mrożony sok z dyni, grać sobie w gargulki albo po prostu gapić się na wielką kałamarnicę, sunącą leniwie poprzez jezioro.
- Ale nie mogliśmy, bo zbliżały się egzaminy! – jęknął Seamus.
Ale nie mogli. Zbliżały się egzaminy i zamiast leniuchować na błoniach, siedzieli w zamku, starając się zmusić swoje mózgi do koncentracji, podczas gdy fale letniego powietrza wpływały przez otwarte okna, nęcąc ich i rozpraszając. Nawet Freda i George'a widywano nad książkami: czekało ich zdobycie Standardowych Umiejętności Magicznych, nazywanych przez uczniów „sumami".
- Kujoni – oznajmił Lee .
- Sam siedziałeś przy książkach! – odparowali Fred i George.
Percy przygotowywał się do "owutemów" (Okropnie Wyczerpujących Testów Magicznych), ostatecznych egzaminów przed ukończeniem pełnego kursu Hogwartu, a ponieważ marzył o posadzie w Ministerstwie Magii, zależało mu na najlepszych ocenach.
- I być kochankiem pana Croucha – dodał Bill.
- Bill, Charlie, Fred, George, Ron i Ginny uspokójcie się! – warknęła dwie wersje Molly I.
Zrobił się okropnie drażliwy i rozdzielał surowe kary wśród wszystkich, którzy wieczorami zakłócali spokój pokoju wspólnego. Jedyną osobą, która zdawała się denerwować bardziej od niego, była Hermiona.
- Jakbym widział Rose/Emilly – powiedzieli razem Scorpius i Hugo.
- Bo to jest moja mamusia – odparły Rose i Emilly, a Hermiona przyciągnęła je do siebie i przytuliła.
Harry i Ron już dawno przestali pytać, jak jej się udaje być jednocześnie na kilku lekcjach, ale nie mogli się powstrzymać, kiedy zobaczyli jej rozkład egzaminów. Pierwsza kolumna głosiła:
PONIEDZIAŁEK
9:00 - Numerologia
9:00 - Transmutacja
Drugie śniadanie
13:00 - Zaklęcia
13:00 - Starożytne Runy
- Kochanie, jak ty chcesz napisać dwa egzaminy jednocześnie? – zapytała młodsza Molly I, patrząc na Hermionę uważnie.
- Mamusia dowie się w przedostatnim rozdziale – oznajmiła Hermiona z uśmiechem na twarzy.
- Czy ty... – zaczęły dwie wersje Lily i podeszły do córki z gracją i wdziękiem i mruknęły jej do ucha – używałaś zmieniacza czasu?
- Skąd mamusia to wie? – zapytała Hermiona w szoku.
- Innej opcji nie ma, kochanie – stwierdziła starsza Lily, całując ją w czoło, a jej córka westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Lily. Wszytskie miały uśmiech na twarzy.
- Hermiono – zagadnął ją ostrożnie Ron, bo ostatnio łatwo wybuchała, kiedy jej ktoś przeszkodził w nauce – eee... jesteś pewna, że dobrze zapisałaś te godziny?
- Co? – warknęła Hermiona, porywając swój plan egzaminów i przyglądając mu się z niepokojem – Tak, jestem pewna.
- Hermiono – mruknął jej do ucha Ron – tak sobie pomyślałem, żebyś ubrała w nocy tą seksowną piżamę.
- A po co? – spytała – nie wolisz mi pomóc ściągnąć te szmatki i widzieć, podziwiać mnie jak mnie natura stworzyła?
- W sumie masz rację – powiedział Ron.
- W czym ma rację? – spytał Łapa.
- Wujku, nie chcesz wiedzieć – oznajmiła pani Weasley.
- Dziewuchy, w tej chwili macie zejść z kolan tych smarkaczy! - zawołała nagle Umbridge.
- Nie – odparły kobiety – i jak śmiesz nazywać nas dziewuchami? Jak śmiesz mówić do mojego męża smarkacz?
- Jak to nie? Dla was jestem Madame Umbridge.
- Madame Umbridge? Dobre sobie, dla nas jesteś tylko różowa ropucha. No nie, jeśli nie słyszysz umyj sobie te swoje ropusze uszy – powiedziały kobiety – Jest mi tu dobrze i czuję się bezpiecznie w ramiona mojego męża, który jest moim rycerzem i nie mam zamiaru tego zmieniać tylko dlatego ze taka różowa ropucha tego chce.
- Wy małe smarkule... ! – zaczęła Umbridge.
- Ty słodko pierdząca ropucho, przestań bzykać Kordka sikającego w portki! ON CIĘ NIE CHCE BZYKAĆ! – wtrącił się James II, a Sala parsknęła głośnym śmiechem. Knot zrobił się czerwony, jak burak. Umbridge patrzyła z mordem w oczach i się wkurzyła.
- Kłamstwa! Same kłamstwa! – krzyczał Louis głosem Ropuchy. Większość ludzi parsknęła jeszcze większym śmiechem, gdyż Louis świetnie naśladował głos Umbridge.
- Powiedział mi, że wolałby się pobzykać z Voldemortem niż bzykać się z takim przesłodzonym szaleńcem, jak ty.
Nie mogę! – powiedzieli ze śmiechu Lee, Fred, George, Łapa i Jared.
- Nieeeee!!!
- Może byś przestała latać cała na różowo. Barbie była modna kilka lat temu!
- Czy jest sens pytać cię, w jaki sposób zamierzasz odwalić dwa egzaminy jednocześnie? – zapytał Harry.
- Nie – odpowiedziała krótko Hermiona – Czy któryś z was widział moją Numerologię i gramatykę!
- Och, tak, pożyczyłem ją sobie, żeby poczytać w łóżku – odpowiedział Ron, ale bardzo cicho.
Hermiona wtuliła się w męża i westchnęła szczęśliwym głosem, po czym wdychała jego zapach wody kolońskiej.
- Tak bardzo cię kocham – mruknął Ron.
Hermiona zaczęła bez słowa przerzucać stosy pergaminów na swoim stole, szukając książki. W tej samej chwili coś zatrzepotało w oknie i wleciała Hedwiga, ściskając w dziobie liścik.
- To od Hagrida – powiedział Harry, rozrywając kopertę – Apelacja w sprawie Hardodzioba... Termin wyznaczono na szóstego...
- To ostatni dzień egzaminów – zauważyła Hermiona, wciąż szukając podręcznika Numerologii.
- Weasley uspokój się! – zawołał Draco.
- A odbędzie się tutaj, w zamku – dodał Harry, nadal czytając list – Przyjedzie ktoś z Ministerstwa Magii... i... kat.
- Kat! – kobiety wzdrygnęły. Umbridge uśmiechnęła się szyderczo.
Hermiona wzdrygnęła się i przerwała poszukiwanie.
- Co? Ściągają kata na apelację? Przecież to tak, jakby już zapadł wyrok!
- Tak to wygląda – powiedział wolno Harry.
- Nie mogą! – krzyknął Ron – Spędziłem mnóstwo godzin na wyszukiwaniu materiałów do obrony, nie mogą tego tak po prostu zignorować!
- Ron chciałeś zapunktować u Hermiony – powiedzieli bliźniacy Weasley.
- A co, zazdrościcie, że Hermiona mnie wybrała? – spytał Ron.
- Nie, Hermiona nie jest w naszym typie – stwierdzili Fred i George.
Ale Harry czuł, że Komisja Likwidacji Niebezpiecznych Stworzeń już podjęła decyzję, zgodną z tym, czego sobie życzył pan Malfoy.
- Żaden pan Malfoy, on dla nas jest roszpunka – powiedziała głośno Ginny.
- Weasley, zabiję się! – warknął Lucek.
- Nazywam się Potter, Malfoy! – odparowała Ginny – A tak z ciekawości, jak tam potrzeby swojej żony? Umiesz je zaspokoić? – spytała z drwiną. Lucek chciał rzucić Avadę na rudą.
- Ginny to, że Lucek ma problemy z erekcją i jest impotentem nie można się z tego śmiać – skarciła jej zachowane Lily.
- Przepraszam mamusiu – mruknęła, a Lily ją mocno przytuliła – ale on mnie denerwuje swoim zachowaniem.
- Ty jako Dama i Lady rodu Potterów musisz zachować spokój – oznajmiła Lily.
Draco, który po finale Quidditcha wyraźnie przycichł, ostatnio odzyskał dawną butę. Z kpiących uwag podsłuchanych przez Harry'ego wynikało, iż Malfoy jest absolutnie pewny wyroku skazującego i chełpi się, że to jego zasługa. Wiele samozaparcia kosztowało Harry'ego, by w takich momentach nie pójść w ślady Hermiony i nie trzasnąć Malfoy'a w pyszałkowatą twarz.
- Kobiecie to ujdzie na sucho, ponieważ jak kobieta przywali mężczyźnie twarz, to będzie się wstydził, że kobieta go uderzyła – powiedziała Angelina. Hermiona się zarumieniła.
A najgorsze było to, że nie mieli ani czasu, ani możliwości, by odwiedzić Hagrida, ponieważ wciąż obowiązywały ścisłe środki bezpieczeństwa, a Harry nie śmiał wydobyć peleryny-niewidki z ciemnego szybu pod posągiem jednookiej czarownicy.
- Ale jestem sławny – powiedział młodszy Łapa.
- Tatusiu – mruknęła Daphne i przytuliła się do Łapy mocno.
- Moja córeczka tatusia – powiedział Łapa – Jesteś moją córeczką tatusia, prawda?
- Oczywiście, że jestem twoją "córeczką tatusia", tatuś. Od kiedy powiedziałeś, że jestem twoją córeczką, kocham cię. Tatusiu, nigdy tak się wspaniale nie czułam, jak teraz – Łapa pocałował ją w czoło, wyrażając ojcowskie uczucia, jakie do niej żywił. Blondynka mruknęła.
- Tatuś – powiedziała i wtuliła się Łapę.
- Jesteś Blackiem, Daphne – rzekła Marlene.
- Jestem Blackiem i noszę to nazwisko z dumą – oświadczyła Daphne – bo mam mamusię i tatusia oraz mężczyznę mojego życia, a także moje kochane dzieciaczki, które bardzo kocham i nie pozwolę takim idiotom, jak niektórzy w tej sali, ich obrażali.
- A ja nie pozwolę, żeby ktoś mówił, że nie jesteś moją córeczką – powiedzieli razem Łapa i Marlene.
- Mamusia – odezwały się córki Daphne.
- Zaraz puszcze pawia! – jęknął Blaise, więc Jared mu wyczarował worek i mu rzucił, a ten poparzył na niego z mordem w oczach.
W końcu rozpoczęły się egzaminy i nienaturalna cisza ogarnęła zamek. W poniedziałek trzecioklasiści wyszli z transmutacji zmordowani i z poszarzałymi twarzami, porównując między sobą wyniki i żaląc się na trudność zadań, jakie przed nimi postawiono;
- No wiecie, co to są podstawowe zaklęcia! – krzyknęła Minerwa.
jednym z nich była zamiana dzbanka do herbaty w żółwia błotnego. Wszyscy zżymali się na Hermionę, która denerwowała się tym, że jej żółw bardziej przypominał żółwia morskiego niż błotnego, co dla reszty byłoby szczytem marzeń.
- Mamo, ale ty miałaś problemy – rzekł Hugo.
- Pewnie i tak miała wybitny – dodał Scorpius – widać, kto jest matką Rose – i wywrócił oczami.
- Czy Rose... – zaczął Ron do Scorpiusa.
- Taaak, tato, Rose też – powiedział Scorpius – to rodzinne – i uniknął ciosu od Rose.
- Hej! Stop, stop, stop! Nie wymachuj tą różdżką, bo jeszcze komuś tym oko wydłubiesz! – prychnął Hugo, kierując te słowa do Scorpiusa, naśladując przemarzały głos Rose – Poza tym mówisz to źle, jest leviOOsa, a nie leviosAA – Większość ludzi spadło ze śmiechu na podłogę. Rose patrzyła na brata morderczym wzrokiem i chciała go udusić własnymi rękami, a ten uśmiechnął się do niej szyderczo.
- Hugo! – zawołała Emilly trochę zła, trochę rozbawiona.
- Jakbym słyszał Hermionę! – parsknął głośnym śmiechem Ron.
- Jaka matka – powiedział James II.
- Taka córka – skończył Albus II.
- Prawda Rosie/Mionka? – spytali niewinnym głosem Scorpius i Ron uśmiechając się niewinnie.
- Nie mów do mnie Mionka/Rosie! – warknęły Hermiona i Rose. Sala parsknęła śmiechem.
- Mój miał dzióbek zamiast ogona, co za koszmar...
- Myślicie, że żółwie powinny wydychać parę?
- Mój miał wciąż na skorupie niebieski chiński wzorek, myślicie, że odejmą mi za to punkty?
- Problemy nastolatków – powiedział z powagą Fred II.
- Ty to już miałeś w ogóle na wszystko wyrąbane! – prychnęła Alicja II do męża.
- Czy on...? – zaczęła Angelina.
- Cały czas, mamuś – rzekła Alicja II.
- Ranisz moje uczucia, kochaniutka – oznajmił, łapiąc się za serce, a pani Weasley wywróciła oczami.
- Przypominasz mi Syriusza – powiedział Frank I.
- A James Syriusz przypomina mi Rogacza – rzekł Lunatyk.
- A Louis przypomina mi Ciebie Luniek – stwierdził James I.
- A George Franka – powiedział Łapa.
Po pospiesznie zjedzonym drugim śniadaniu musieli wrócić na górę na egzamin z Zaklęć. Hermiona miała rację: profesor Flitwick rzeczywiście zamierzał sprawdzić ich umiejętność rzucania zaklęć rozweselających. Harry, zdenerwowany, trochę przesadził, i Ron, który był jego partnerem, dostał ataku histerycznego śmiechu,
Harry się zarumienił.
więc został wyprowadzony do pustej klasy; wrócił po godzinie, kiedy się uspokoił i dopiero wówczas sam przeszedł test.
Po obiedzie wszyscy rozeszli się do pokojów wspólnych w swoich domach, ale wcale nie po to, aby wreszcie odpocząć, ale by zabrać się za powtarzanie wiadomości z Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami, Eliksirów i Astronomii.
- Gwiazdy wskażą Ci drogę – powiedział Frank II tonem znawcy.
Następne przedpołudnie zaczęło się od egzaminu z Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami. Hagrid był markotny i jakby nieobecny duchem. Przyniósł wielką kadź młodych gumochłonów, rozdzielił je między uczniów i powiedział im, że jeśli gumochłon pozostanie nadal żywy po godzinie, to egzamin będzie zdany. Ponieważ gumochłony mają się najlepiej, kiedy zostawi się je w spokoju, był to najłatwiejszy egzamin w ich szkolnej karierze.
- Parszywy mieszaniec! – wycedziła Umbridge.
- Parszywa dziwka! – odparował Teddy – Masz jakiś problem?
- Jak śmiesz tak do mnie mówić!
- A co, to nie jest prawda? Bzykasz się z każdy w Ministerstwie Magii na prawo i lewo – oznajmiła starsza Amelia I.
- Bones, zamorduje cię! – krzyknęła Umbridge.
- Uspokój się, proszę, bo ci żyłka pęknie – powiedział starszy Kingsley – a poza tym dla ciebie jest per Madame Bones i proszę, żebyś tak się do niej zwracała – i puścił oczko do Amelii, która się zarumieniła.
- Jesteście tacy słodcy – oznajmiła Susan do cioci i wujka z radością wypisana na twarzy.
Harry, Ron i Hermiona mieli więc okazję, by trochę z Hagridem porozmawiać.
- Dziobek markotnieje – powiedział im, pochylając się nad ich stołem i udając, że sprawdza, czy gumochłon Harry'ego wciąż żyje – Za długo siedzi zamknięty. No, ale pojutrze już wszystko będzie jasne... albo wte, albo wewte...
- Głupia Fretka i jego ojczulek! – warknęła Astoria, a ci popatrzyli na nią, zwłaszcza Lucek, jakby chcieli ją zamordować.
- Macie jakiś problem? – spytała Narcyza, przytulając Astorię i całując ją w czoło, a ta wtuliła się w matkę jeszcze bardziej.
- To ja jestem twoim mężem! – krzyknął Lucek – a Draco jest twoim synem, a nie ta dziewucha!
- A Astoria jest moją córką! – odparowała Narcyza – a poza tym wiesz, że męża można sobie zmienić, a córkę już nie, bo kocham ją nad życie. Spróbujcie ją tylko dotknąć, a zamienię wasze życie w koszmar. Nie, Pansy, nie będziesz z Dracusiem, bo ja na to nie pozwolę.
- To wszystko twoja wina, Greengrass, zabrałaś mi Dracusia i jego matka jest po twojej stronie! – warknęła Pansy.
- Greengrass, dobre sobie – prychnęła Lady Malfoy – Astoria jest moją córeczką i nazywa się... – i nie skoczyła, bo Astoria rzuciła się na Narcyzę i się mocno wtuliła – nazywa się Malfoy, Lady Malfoy. Jest damą rodu Malfoy'ów.
- Naprawdę!? – zapytała Astoria w szoku – Czy mamusia daje mi swoje nazwisko?
- Czy wyglądam, jakbym żartowała, kochanie? – spytała pani Malfoy, patrząc jej w oczy – Młoda damo, jesteś Malfoy i moją córeczką, Astorio i nie ma tu żadnej dyskusji. Czy wyraziłam się jasno?
- Tak, mamusiu – odparła młodsza pani Malfoy. Starsza pani Malfoy uśmiechnęła się szeroko i pocałowała ją w czoło, wyrażając macierzyńskie uczucia, jakie do niej żywiła. Astoria westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w matkę jeszcze bardziej.
- Witaj w rodzinie, skarbie – mruknęła jej do ucha – i musimy trzymać się razem – a późnej uśmiechnęła się szyderczo do męża.
Po południu mieli egzamin z eliksirów, który okazał się prawdziwą katorgą, a dla Harry'ego zakończył się klęską. Choć wyłaził ze skóry, w żaden sposób nie mógł doprowadzić swojej mikstury powodującej chaos w głowie do odpowiedniej konsystencji. Snape, stojąc nad nim z miną wyrażającą mściwą satysfakcję, zapisał w swoim notesie coś, co wyglądało jak wielkie zero, i odszedł bez słowa.
- Sam jesteś wielkie zero, Snape! – wycenili dwie wersje Rogacza.
- Panie Potter u mnie jesteś bardzo dobry? – zdziwił się Horacy.
- Bo pan profesor bardzo dobrze uczy – powiedział Harry i uśmiechnął się lekko.
- Odziedziczyłeś talent po matce, Harry – rzekł Horacy.
- Jak to było? – zastawiał się James II – a wiem, cytuje "odziedziczyłeś swój talent do eliksirów po swojej matce, słodkiej Lily Evans" – i wywrócił oczami.
- Znam to na pamięć – oznajmił Albus II – cytuję: "Odziedziczyłeś talent do eliksirów po ojcu, Albusie. Był jednym z najlepszych moich uczniów, tak samo, jak twoja babcia, słodka Lily Evans".
- Jestem ciekawa czy nie ma przypadkiem ołtarzyka z podobizną mojej babci! – wypaliła Lily II, a Horacy się zrobił czerwony.
- Nie masz, prawda? – zapytała młodsza Lily, patrząc na profesora z niedowierzaniem.
- Nie mam! – krzyknął Horacy.
O północy na najwyższej wieży odbył się egzamin z Astronomii, a w środę przed południem z Historii Magii. Harry napisał wszystko, co mu Florian Fortescue opowiedział o średniowiecznych polowaniach na czarownice, marząc jednocześnie o jego czekoladowo-orzechowych lodach.
- Tato twój ulubiony przedmiot! – parsknął śmiechem Frank II.
Tego samego dnia po południu mieli egzamin z Zielarstwa w rozprażonej od słońca cieplarni; potem wrócili do pokoju wspólnego ze spalonymi karkami i marzyli, żeby już było po wszystkim. Przedostatnim egzaminem, w czwartek przed południem, była Obrona Przed Czarną Magią.
- Luniek, co im wymyśliłeś? – spytał podniecony młody Łapa.
Profesor Lupin wymyślił im zupełnie niezwykły sprawdzian: tor przeszkód na wolnym powietrzu. Musieli przebrnąć przez sadzawkę, w której ukrywał się druzgotek, pokonać kilka wykrotów pełnych czerwonych kapturków, przejść krętą ścieżką przez bagno, ignorując mylącego drogę zwodnika i wleźć do dziupli w starym pniu, by stoczyć walkę z nowym boginem.
- Pomysłowe! – zawołali Rogacze.
- Wspaniale, Harry – mruknął Lupin, kiedy Harry wyłonił się z dziupli, uśmiechnięty od ucha do ucha – Najwyższa ocena.
- Moja krew – powiedzieli dumni ojcowie Harry'ego.
Harry zarumienił się ze szczęścia i wrócił, żeby zobaczyć, jak sobie poradzą Ron i Hermiona. Ron radził sobie nieźle, póki nie doszedł do zwodnika, któremu udało się wciągnąć go w bagno. Hermiona bez przeszkód dotarła do pnia, ale po minucie wyskoczyła z niego z wrzaskiem.
- Hermiono! – zawołał Lupin, nieco zaniepokojony – Co się stało?
- Właśnie, co się stało? – spytała młoda Andromeda.
- P-p-profesor McGonagall! – wydyszała Hermiona, wskazując na pień – P-powiedziała, że wszystko oblałam!
Hermiona się zarumieniła.
- Oj, Granger z ciebie taka Gryfonka, jak ze mnie...! – zadrwił Draco.
- Fretka – skoczyła jego wypowiedź Hermiona – Przynajmniej w tym się zgadzamy.
- Nie jestem żadną fretką, Granger!
- Jesteś również karaluchem – dodał Ron – a i ta piękna dziewczyna nazywa się Weasley, nie zapominaj o tym, Fretko.
- Wiewiórka!
Trochę trwało, zanim udało się ją uspokoić. Kiedy się w końcu opanowała, wrócili razem do zamku. Ron trochę się podśmiewał z bogina Hermiony, ale zanim doszło do ostrzejszej kłótni, zobaczyli z daleka coś, co kazało im zapomnieć o egzaminach.
- Ronuś i Mionka zaczęli się bawić w grę wstępną! – zadrwili Fred i George.
- NIE MÓW DO MNIE MIONKA/RONUŚ! – warknęli młode państwo Weasley do bliźniaków Weasley.
Na szczycie schodów stał Korneliusz Knot, pocąc się trochę w swojej pelerynie w prążki i obserwując błonia. Na widok Harry'ego drgnął.
- Znowu nie założyłeś pampersa, Kordek? – zadrwił z Knota Teddy. Knot zrobił się czerwony.
- Mamusia nie założyła syneczkowi pampersa? – spytał Hugo Korneliusza – spodnie były już mokre?
- Jak śmiesz! – zawołał Kordek.
- Witaj, Harry! Prosto z egzaminu, co? Już prawie koniec?
- Tak – powiedział Harry – Hermiona i Ron, którzy jeszcze nigdy nie rozmawiali z samym Ministrem Magii, stanęli z tyłu, onieśmieleni.
- Poznając tego idiotę bliżej zmieniłem/zmieniłam zdanie – odparli młode państwo Weasley.
- Matko jedyna, to wielki Kordek sikający w portki! – zawołała Rose głosem Hermiony.
- O ja pierdziele, Kordek! – krzyknął Hugo, naśladując głos Rona – pierwszy raz widzę, żeby Minister Magii miał wielką plamę na portkach – Większość ludzi parsknęła śmiechem.
- Piękny dzień – powiedział Knot, rzucając okiem na jezioro – Szkoda... szkoda... – Westchnął głęboko i spojrzał z góry na Harry'ego – Jestem tutaj w niezbyt przyjemnej misji, Harry.
- Nie musisz się chwalić, że zsikałeś się w portki, panie Knot – powiedział Harry.
Komisja Likwidacji Niebezpiecznych Stworzeń musi mieć swojego świadka podczas egzekucji wściekłego hipogryfa. A ponieważ i tak miałem odwiedzić Hogwart, żeby sprawdzić, jak się przedstawia sytuacja z Blackiem, powierzyli mi tę misję.
- Czy to oznacza, że apelacja już się odbyła? – zapytał Harry, postępując krok do przodu.
- Nie, nie, wyznaczono ją na dzisiejsze popołudnie – odrzekł Knot, patrząc dziwnie na Rona.
- A tak w ogóle chciało się panu Kordkowi tarabanić do Hagrida? – spytał James II głosem Harry'ego – Trzeba było zadzwonić, teraz są takie atrakcyjne pakiety telefoniczne.
- Przyjęło się, że osobiście – odparł Fred II głosem Knota – a właśnie, Hagrida nie ma, to wam powiem, że dzwonek do drzwi ma zepsuty.
- A tak, Hagrid nam powiedział, że dawno temu mu się dzwonek spier... – kiedy Fred II popatrzył na niego w szoku – to znaczy z pierwszym lutego dzwonek odmówił posługi, tak nam Hagrid powiedział – Sala ryknęła śmiechem. Huncwoci, Fred, George, Lee, Jared oraz kuzyni Huncwotów 2.0 spadli ze śmiechu na podłogę.
- A teraz głos zabierze Lily, prosimy bardzo – stwierdził Hugo, wskazując na kuzynkę.
- A co ja mam niby powiedzieć, głąbie? - zapytała Lily II, patrząc dziwnie na kuzyna.
- Tak to ci się japa nie zamyka. Kombinuj kuzyneczko – stwierdził Hugo. Większość ludzi parsknęła śmiechem.
- Jesteście zajebiści! – krzyczał ze śmiechu Seamus.
- To może pan w ogóle nie będzie musiał być świadkiem egzekucji! – powiedział Ron buntowniczym tonem – Przecież mogą uwolnić hipogryfa! – Zanim Knot zdołał odpowiedzieć, zza jego pleców wyłoniło się z zamku dwóch czarodziejów. Jeden był tak stary, że zdawał się więdnąć na ich oczach, drugi był wysoki i krzepki, z cienkim czarnym wąsikiem. Harry zrozumiał, że to przedstawiciele Komisji Likwidacji Niebezpiecznych Stworzeń, bo sędziwy czarodziej zerknął w stronę chatki Hagrida i wystękał słabym głosem:
- Ajajaj, robię się już na to za stary... więc o drugiej, tak, panie Knot?
- Przyczepiliście do biednego hipogryfa! – warknęła Hermiona.
- Także tego... także ee tego... ale, że jeszcze różową ropuchę z ministerstwa ministerstwo ją jeszcze nie spaliło na stosie? – wypalił James II. Sala ryknęła jeszcze większym śmiechem. Ropucha patrzyła na Jamesa II z mordem oczach, a ten uśmiechnął się szyderczo.
- Nie ładnie, panie Knot – dodał George II.
- Jesteście niemożliwi – stwierdziła ze śmiechu Ginny.
Krzepki mężczyzna z wąsikiem pomacał za pasem; Harry przyjrzał się lepiej i zobaczył, że nieznajomy przesuwa grubym kciukiem po lśniącym ostrzu topora. Ron otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale Hermiona szturchnęła go mocno w żebra i wskazała brodą na wejście do zamku.
- Dlaczego mnie powstrzymałaś? – zapytał ze złością Ron, kiedy weszli do Wielkiej Sali na drugie śniadanie.
- Bo cię kocham – odparła Hermiona.
- Widziałaś ich? Przygotowali już topór! I to ma być sprawiedliwość!
- Ron, twój tata pracuje w ministerstwie. Nie możesz obrażać jego szefa! – powiedziała Hermiona, ale ona też była bardzo przygnębiona.
Dwie wersje Artura mówili.
- Yhy Hermiono ty też jesteś...
- Ron, nasz tatuś pracuje w ministerstwie. Nie możesz obrażać Kordka sikającego w portki! – powiedziała Hermiona, przerywając mu i patrząc surowo na męża, a późnej uśmiechnęła się do teścia, którego teraz uważała za swojego tatusia.
- No właśnie, Ron – powiedzieli dwie wersje Artura i klasnęli z radością, że Hermiona powiedziała "nasz tatuś".
- Jak śmiesz, Granger, wcale nie sikam w portki! – warknął Knot. Hermiona wywróciła oczami.
- Ona to nazywa się Weasley, panie Knot – odparł starszy Artur – bo jest moją córeczką.
- Mój Tatuś ma rację, panie Knot. Noszę nazwisko Weasley, bo wyszłam za Ronalda Weasley'a – rzekła płomiennie pani Weasley – a i państwo Weasley są teraz moją mamusią i moim tatusiem i tak właśnie się do ich zwracam.
- Hermiona i Artur mają rację, panie Knot proszę nazywać Hermionę per "pani Weasley", albo "Lady Weasley" – odparła pani Weasley głosem nieznośny sprzeciwu, że jest inaczej i zrobiła słynną pozę – Czy pan Knot to rozumie, czy mam panu to powtórzyć bardziej dosadnie?
- I sikasz w gacie, Korneliuszu – oznajmił Scorpius.
- Jeśli tylko Hagrid znowu nie straci głowy i przytoczy odpowiednie argumenty, nie mogą skazać Hardodzioba... – Harry czuł jednak, że Hermiona sama nie wierzy w to, co powiedziała. Wokół nich wszyscy rozmawiali z ożywieniem, ciesząc się już z bliskiego końca egzaminów, ale Harry, Ron i Hermiona, przytłoczeni troską o Hagrida i Hardodzioba, nie włączali się do tych rozmów.
Molly I przytuliła mocno Hermionę Harry'ego i Rona.
- Moje kochane dzieci – mruknęła miłością w głosie.
- Mamo, nie przy ludziach! – jęknęli Ron i Harry czerwoni, kiedy zaczęła ich całować w czoło. Hermiona nie miała nic przeciwko temu, tylko wtuliła się w Molly, kiedy ta pocałowała ją w czoło i tylko westchnęła zadowolonym głosem.
- Kocham cię, mamusiu – mruknęła do jej piersi zadowolonym głosem. Molly uśmiechnęła się z miłością wypisaną na twarzy do Hermiony.
Harry'ego i Rona czekał już tylko egzamin z Wróżbiarstwa, a Hermiona miała zdawać Mugoloznawstwo. Weszli razem po marmurowych schodach. Hermiona rozstała się z nimi na pierwszym piętrze, a oni wspięli się wyżej, aż na siódme piętro, gdzie większość trzeciej klasy siedziała już na spiralnych schodkach wiodących do klasy pani Trelawney, próbując powtórzyć materiał w ostatniej chwili.
- Wzywa każdego osobno – poinformował ich Neville, kiedy usiedli obok niego. Na kolanach trzymał swój egzemplarz Demaskowania przyszłości, otwarty na stronach poświęconych kryształowym kulom – Słuchajcie, czy ktoś z was kiedykolwiek zobaczył coś w tej kuli? – zapytał strapiony.
- Nie – odrzekł prosto z mostu Ron, który wciąż zerkał na zegarek;
- Krótko i na temat – powiedziała Alicja II.
Harry wiedział, że Ron odlicza czas do początku rozprawy apelacyjnej. Kolejka na schodach zmniejszała się bardzo powoli. Kiedy ktoś złaził po srebrnej drabinie, wszyscy pytali podnieconym szeptem:
- O co pytała? Jak było? Udało ci się? – Ale nikt nie chciał odpowiadać na te pytania.
- Powiedziała, że zobaczyła w kryształowej kuli, że jeśli wam powiem, o co pytała i jak mi poszło, będę miał straszliwy wypadek! – pisnął Neville, kiedy zszedł z drabiny i podszedł do Harry'ego i Rona, którzy byli już na klatce schodowej.
- Ona cię straszyła, tato – oznajmił Frank II.
- Bardzo wygodne – prychnął Ron – Wiesz co, zaczynam uważać, że Hermiona miała rację co do tej... – Wskazał kciukiem klapę w suficie – To po prostu stara oszustka.
- Taak – powiedział Harry, patrząc na zegarek. Było już pół do drugiej – Tylko żeby się trochę pospieszyła... – Parvati wróciła, pusząc się jak paw.
- Powiedziała, że mam wszystkie znamiona prawdziwego jasnowidza – poinformowała Harry'ego i Rona.
- Jasne, oczywiście, że tak – rzekli Lysander i Lorcas wywrócili oczami.
- Macie jakiś problem? – spytała Parvati groźnie.
- Problem? Jaki problem? Nie mamy żadnego problemu, tylko zgodziliśmy się mamusią, że mamusi jest prawdziwą jasnowidzką – odparli szybko. Seamus, Ron, Harry i Jared nie wytrzymali i parsknęli głośnym śmiechem, a Parvati popatrzyła na nich z mordem w oczach.
- Zobaczyłam mnóstwo rzeczy... No to powodzenia! – I zbiegła spiralnymi schodami, żeby się pochwalić Lavender.
- Ronald Weasley – rozległ się znajomy, mglisty głos nad ich głowami.
- Moje wewnętrzne oko mi podpowiada, że spalimy Umbridge na stosie – opowiedział Ron, używając mitycznego głosu. Większość ludzi parsknęła śmiechem.
Ron wykrzywił się do Harry'ego, wspiął się po srebrnej drabinie i zniknął. Harry był ostatni w kolejności. Usiadł na posadzce z plecami opartymi o ścianę, wsłuchując się w nerwowe bzykanie muchy obijającej się o szybę, a myślami łącząc się z Hagridem w chatce na skraju lasu.
W końcu, po blisko dwudziestu minutach, na drabinie pojawiła się wielka stopa Rona.
- Jak ci poszło? – zapytał Harry, podnosząc się z podłogi.
- Daj spokój, to wszystko bzdury – odpowiedział Ron – Nic kompletnie nie widziałem, więc wstawiłem jakiś kit. Tylko nie jestem pewien, czy się nie kapnęła...
Sybilla prychnęła.
- Spotkamy się w pokoju wspólnym – mruknął Harry, kiedy profesor Trelawney zawołała:
- Harry Potter! – W pokoju na szczycie wieży było jeszcze cieplej niż zwykle; kotary w oknach były zasunięte, na kominku płonął ogień, a odurzające wonności były tak intensywne, że Harry zaczął kaszleć, kiedy prawie po omacku przedzierał się przez gąszcz krzeseł i stolików do miejsca, w którym siedziała pani Trelawney przed wielką kryształową kulą – Dzień dobry, mój drogi chłopcze – powitała go łagodnie – Bądź tak łaskaw i spojrzyj w kulę... poczekaj trochę... i powiedz mi, co w niej widzisz... – Harry pochylił się nad kryształową kulą i wbił w nią wzrok. Gapił się w nią i gapił, aż oczy zaszły mu łzami, ale widział tylko kłębiącą się białą mgiełkę – No i co? – pobudziła go delikatnie pani Trelawney – Co widzisz?
- Ginny, która całuje mnie w usta – stwierdził Harry, a bracia oraz synowie Ginny się krzywili, a Ginny pocałowała go w namiętne usta.
- Pokaże mi, Lord Potter, jak bardzo mnie Lord kocha – wyszeptała mu do ucha erotycznym głosem.
- Czyżby Lady Potter chciała się ze mną pobzykać? – spytał Harry podnieconym głosem.
- Melinie, tak. Jaka ja jestem na ciebie napalona – wystękała Ginny – Chcę, żebyś mnie przeleciał, a ja w nagrodę ugaszę twoje potrzeby – i robiła sobie wiatr dłonią.
Było nieznośnie gorąco, a w nosie czuł przykre pieczenie od wdychania wonnego dymu unoszącego się z kominka. Postanowił wziąć przykład z Rona i udawać, że coś widzi.
- Ee... jakiś ciemny kształt...
- Co ci to przypomina? – wyszeptała profesor Trelawney – Pomyśl... – Harry pozwolił myślom pobłądzić, aż natknęły się na Hardodzioba.
- Hipogryfa – oznajmił stanowczo.
- Hipogryfa! – szepnęła pani Trelawney, zapisując coś na pergaminie, który trzymała na kolanach – Mój chłopcze, może uda ci się zobaczyć wynik tej przykrej rozprawy, którą biednemu Hagridowi wytoczyło Ministerstwo Magii! Przyjrzyj się uważniej... czy ten hipogryf ma... głowę?
- Tak – odpowiedział Harry.
- Jesteś pewny? Nie masz najmniejszych wątpliwości? A nie widzisz przypadkiem, że wije się na ziemi, a jakaś ciemna postać unosi nad nim topór?
- Nie dobrze mi jest – mruknęła Victoire.
- Nie! – zaprzeczył Harry, czując, że zbiera mu się na wymioty.
- Nie ma krwi? Nie ma szlochającego Hagrida?
- Nie! – powtórzył Harry, pragnąc natychmiast opuścić ten pokój i odetchnąć chłodniejszym powietrzem – Jest cały i zdrów... odlatuje... – Profesor Trelawney westchnęła.
- No cóż, drogi chłopcze, myślę, że na tym poprzestaniemy... choć odczuwam pewien zawód... ale jestem pewna, że bardzo się starałeś.
- Czy ona właśnie nie była zadowolona, że hipogryf wersji Harry'ego przeżył? – szepnęła młodsza Lily.
- Tak – oznajmił Harry.
Harry poczuł ulgę, wyprostował się, porwał swoją torbę i odwrócił się, by odejść, gdy nagle za plecami usłyszał przenikliwy, chrapliwy głos:
- TO SIĘ STANIE DZISIAJ – Odwrócił się gwałtownie. Profesor Trelawney siedziała sztywno w fotelu, oczy miała nieprzytomne, a z ust ciekła jej ślina.
- Ja wiedziałem, że Sybilla ćpa! – zawołał Seamus.
- Ćpa? – spytała Daphne – Co ćpa?
- Narkotyki – odparł Dean – Są bardzo niebezpieczne i łatwo się można uzależnić.
- Ja nie biorę żadnych narkotyków! – krzyknęła wściekła Sybilla.
- S-słucham? – wyjąkał Harry. Ale profesor Trelawney zdawała się go nie słyszeć. Oczy jej stanęły w słup. Wyglądała, jakby dostała jakiegoś ataku. Harry'ego ogarnęła panika. Zawahał się, myśląc gorączkowo, czy nie pobiec do skrzydła szpitalnego... a wówczas pani Trelawney przemówiła ponownie tym samym chrapliwym głosem, zupełnie nie swoim:
- CZARNY PAN SPOCZYWA SAMOTNY, BEZ PRZYJACIÓŁ, PORZUCONY PRZEZ SWOICH WYZNAWCÓW, JEGO SŁUGA BYŁ UWIĘZIONY PRZEZ DWANAŚCIE LAT. DZISIAJ, PRZED PÓŁNOCĄ, SŁUGA ROZERWIE ŁAŃCUCHY I WYRUSZY W DROGĘ, BY POŁĄCZYĆ SIĘ ZE SWOIM PANEM. CZARNY PAN POWSTANIE Z JEGO POMOCĄ, JESZCZE BARDZIEJ POTĘŻNY I STRASZNY NIŻ PRZEDTEM. DZIŚ... PRZED PÓŁNOCĄ... SŁUGA... WYRUSZY... BY POŁĄCZYĆ SIĘ... ZE SWOIM... PANEM...
Wszystkim opadły szczęki. Patrzyli na Sybillę wielkimi oczami i otwartą szczęką. Niektórzy, jak Parvati i Lavender pisnęły przerażonym głosem.
- Ja tego nie pamiętam – szepnęła Sybilla.
- Czy ona właśnie... – jąkała się młodsza Lily.
- Wygłosiła przepowiednię? Tak właśnie to zrobiła – potwierdził Harry.
Głowa opadła jej na pierś. Chrząknęła głośno i nagle poderwała ją.
- Przepraszam cię, mój kochany – powiedziała sennym głosem. – Mamy taki upalny dzień... zdrzemnęłam się na chwilkę... – Harry stał nadal, wlepiając w nią oczy – Czy coś cię gnębi, drogi chłopcze?
- Pani... pani właśnie mi powiedziała, że... Czarny Pan ma znowu odzyskać moc... że wraca jego sługa...
- Ja, naprawdę tego nie pamiętam! – krzyknęła profesor Trelawney.
Profesor Trelawney spojrzała na niego z niekłamanym zdumieniem.
- Czarny Pan? Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać? Mój drogi chłopcze, to nie jest coś, z czego można stroić sobie żarty... Odzyskać moc, też mi znowu...
- Ale pani to dopiero co powiedziała! Mówiła pani, że Czarny Pan...
- Podejrzewam, że ty też się zdrzemnąłeś, mój kochany!
- Czyli to nie był sen – szepnęła Sybilla.
- Ona mnie przeraża – stwierdziła Astoria.
Nie sądzę, bym mogła przepowiedzieć coś tak niedorzecznego! – Harry zszedł po srebrnej drabinie, a potem po spiralnych schodach, zastanawiając się przez cały czas nad tym, co usłyszał. Czyżby to była prawdziwa przepowiednia? A może pani Trelawney chciała po prostu w tak wymyślny sposób zakończyć egzamin?
- Nie, to prawdziwa przepowiednia – powiedział z powagą w głosie Dumbledore.
Kiedy pięć minut później mijał pospiesznie posterunki trolli w korytarzu wiodącym do wieży Gryffindoru, słowa profesor Trelawney wciąż kołatały mu w głowie. Z wieży wychodzili inni Gryfoni, śmiejąc się i żartując, aby zażyć na błoniach tak długo oczekiwanej wolności. Kiedy dotarł do dziury pod portretem i wszedł do pokoju wspólnego, nie było tam już prawie nikogo. W kącie siedzieli jednak Ron i Hermiona.
- Całowaliście się? – spytała z nadzieją Emilly.
- Mieliśmy tylko trzynaście lat! – zawołała Hermiona – ale teraz chętnie bym go pocałowała – i przygryzła wargi.
- Ja wam mówię UFO podmieniło Hermionę – oznajmił Neville, patrząc na Hermionę, która wywróciła oczami.
- No, po pierwsze: Ubierasz się seksownie, a nigdy tak sie nie ubierałaś. Po drugie: Siedzisz ciągle na kolanach Rona i ciągle mówisz coś do ucha, mając przy tym podniecony głos. Po trzecie ty nie chodzisz, ty płyniesz, chodząc w szpilkach, bo chodzisz inaczej – wymieniała Angelina.
- Masz niesamowitą figurę, tylko raz cię taką widziałam – oznajmiła Katie.
- Nawet tego nie przypominaj! – jęknął Ron. Miał na myśli Bal Bożonarodzeniowy na czwartym roku.
- I od kiedy oni się zjawili – Alicja wskazała na gości z przyszłości – zmieniłaś się nie do poznania.
- Mówi to ta i jej koleżanki które ciągle siedzą na kolanach George'owi, Lee i Oliverowi ubierają się seksownie i mają na stopach szpilki i wzdychają zadowolonym głosem – rzekła pani Weasley i założyła ręce - i widocznie mało o mnie wiecie – powiedziała, całując Rona w policzek – mam ochotę na szybki numerek – wyszeptała mu do ucha.
- Najwyraźniej – powiedział Seamus.
- Podobam ci się taka, Ronuś? – spytała Rona uwodzicielskim głosem i zaczęła trzepać rzęsami, a Ron przełknął ślinę. Nie mógł oderwać od niej wzroku, więc Ginny przywaliła mu w tył głowy.
- Ron, ogarnij się! – warknęła Ginny – A ty przestań go podrywać.
- I kto to mówi! – prychnęła Hermiona – Sama podrywasz Harry'ego, a on ślini się na twój widok.
- Nie chce tego słuchać! – jęknęli dzieci państwa Potterów i Weasley'ów.
- Profesor Trelawney – wydyszał Harry – właśnie mi powiedziała... – I nagle urwał na widok ich twarzy.
- Już po Hardodziobie – mruknął Ron – Hagrid nam to przysłał.
- Co!? Nie! – krzyknęły kobiety.
List od Hagrida był tym razem suchy, ale ręka, która go pisała, musiała się tak trząść, że trudno było odczytać słowa.
Przegrałem apelację. Egzekucja ma się odbyć o zachodzie słońca. Nic nie możecie poradzić. Nie przychodźcie. Nie chcę, żebyście na to patrzyli.
Hagrid
- Musimy iść – powiedział natychmiast Harry – Nie może tam sam siedzieć i czekać na kata!
- Ale to ma być o zachodzie słońca – zauważył Ron, który patrzył przez okno dziwnie szklistym wzrokiem.
- Ty płaczesz? – spytał Charlie na brata.
- Bo lubię Hagrida, mimo że miałem ochotę go zamordować za te pająki. Dlaczego nie mogły być to motyle! – jęczał Lord Weasley – zamiast wielkiej Akromantuli, Aragoga mógłby to być wielki motyl o imieniu Aragog, ale nie, to musiały być pająki! – Hermiona przytuliła go do piersi i wyszeptał – Potrzebuje cię Hermiono, bez ciebie jestem nikim.
- Kocham Cię Ron, tak bardzo cię kocham i nie jesteś nikim, jesteś moim mężem i jesteś mój na zawsze – i popatrzyła mu w oczy – Spójrz na mnie, Ronaldzie i posłuchaj – ten spojrzał w jej piękne brązowe oczy – Uratowałeś moje życie przed Górskim Trollem. Jestem twoja na zawsze, a dowodem są biżuteria i znamię na mojej szyi.
- Jesteś moja żoną i pamiętasz, co James zaśpiewał na naszym ślubie? "Będziesz wiedziała, że przybędę dla ciebie, dla nikogo innego, tylko dla ciebie. Tak, przybędę dla ciebie, ale tylko, kiedy będziesz tego chciała i będę walczył dla ciebie, będę kłamał, to prawda. Oddam swoje życie za ciebie, wiesz, że ja zawsze przybędę dla ciebie" – a Hermiona namiętne go pocałowała.
- Awwww! – zawołały kobiety i dziewczyny wzruszone, oprócz kilku, wśród których była Lavender, która mordowała wzrokiem Hermionę.
- Teraz naprawdę mam ochotę na seks i na szybki numerek – wystękała pani Weasley, robiąc wiatr dłonią. Była podniecona.
- Jak skończy się rozdział to... – zaczął ostrożnie Ron.
- Pospiesz się z tym czytaniem! – zarządziła Hermiona do tego, kto czytał.
Przecież nam nie pozwolą... a zwłaszcza tobie, Harry... – Harry ukrył głowę w dłoniach, myśląc gorączkowo.
- Gdybyśmy mieli pelerynę-niewidka...
- A gdzie ona jest? – zapytała Hermiona. Harry opowiedział, jak był zmuszony zostawić pelerynę pod posągiem jednookiej czarownicy.
- ...jeśli Snape znowu mnie gdzieś w pobliżu zobaczy, będę miał poważne kłopoty... – zakończył.
- To prawda – powiedziała Hermiona, wstając – Jeśli zobaczy ciebie... Jak się otwiera ten garb?
- Trzeba... stuknąć różdżką i powiedzieć: Dissendium. Ale... – Hermiona nie czekała na resztę zdania, tylko szybko przeszła przez pokój, pchnęła portret Grubej Damy i znikła im z oczu.
- Co byście zrobili beze mnie? Jesteście jak dzieciaki, które potrzebują pomoc – powiedziała Hermiona.
- Hermiona! – jęknęli Ron i Harry.
- Ale chyba nie poszła po nią? – powiedział Ron, gapiąc się na portret.
Poszła. Wróciła po kwadransie nieco grubsza, bo pod szatą miała ukrytą srebrną pelerynę.
- Hermiono, naprawdę nie wiem, co w ciebie ostatnio wstąpiło! – zawołał Ron, szczerze zdumiony – Najpierw trzasnęłaś Malfoy'a, potem wyszłaś z lekcji profesor Trelawney, teraz...
- Bo mam ochotę się z tobą kochać – wyszeptała mu do ucha – ale nie muszę tu siedzieć, bo czytamy – i zrobiła smutna minkę.
Hermiona zrobiła taką minę, jakby usłyszała komplement.
Zeszli na kolację ze wszystkimi, ale nie wrócili do wieży Gryffindoru. Harry schował pelerynę-niewidkę pod szatą, tak że musiał wciąż trzymać ręce założone na piersi, żeby ukryć wybrzuszenie. Zaszyli się w jakiejś pustej komnacie obok sali wejściowej, odczekali, aż zrobi się zupełnie cicho, a wtedy Hermiona uchyliła drzwi, wytknęła głowę i szepnęła:
- W porządku... nikogo nie ma... pod pelerynę...
- Moja mała córeczka tatusia – powiedział starszy Rogacz – Łamie zasady, jestem taki dumny – wycierając łzy wzruszenia.
- Oj, dziadku poczekaj, mamusia się dopiero rozkręca. Będziesz w szoku – stwierdził Hugo.
- Pod tą maską "kujonki" kryje się potężna czarownica o niesamowitych magicznych zdolnościach – powiedział Scorpius.
Trzymając się blisko siebie, żeby nikt ich nie zobaczył, przeszli na palcach przez salę, otworzyli dębowe drzwi i po kamiennych schodach zeszli na błonia. Słońce już zachodziło za Zakazanym Lasem, złocąc szczyty drzew. Doszli do chatki Hagrida i zapukali. Nie od razu otworzył, a kiedy to zrobił, stanął w drzwiach, rozglądając się nieprzytomnie, blady i drżący.
- To my – syknął Harry – Mamy na sobie pelerynę-niewidkę. Wpuść nas, to ją zdejmiemy.
- Nie powinniście tu przychodzić! – wyszeptał Hagrid, ale cofnął się, a oni weszli do środka. Zamknął szybko drzwi, a Harry ściągnął pelerynę.
- Szlaban! – krzyknęła Umbridge – Zamknąć całą trójkę w Azkabanie!
- Co ty powiedziałaś?! – spytała Nicole.
- Kochanie, a może ją jednak spalimy na stosie, bo zaczyna mnie bardzo irytować? – spytała starsza Amelia do Kingsley'a.
- Ty tu jesteś szefową – oznajmił jej ukochany, całując w czoło, która ta westchnęła zadowolonym głosem – będzie z niej przynajmniej piękna pieczona ropucha i zrobimy ognisko. Kupię Ci wianek kwiatowy, dwie bransoletki, biustonosz hawajski oraz spódniczkę hawajską – mówił to rozmarzonym głosem wyobrażał ją w tym stroju – będziesz tańczyć w rytmie hawajskiej muzyki a ja razem z tobą ubrany w hawajską koszulę i spodenki – Amelia Bones zarumieniła się mocno, a inni patrzyli na niego w szoku.
- Myślę, że to doskonały pomysł – powiedział po chwili Bill – Fleur by w tym stroju wyglądałaby jak bogini.
- Bill ma rację. Moja żona wyglądałaby pięknie – stwierdzili reszta chłopaków i mężczyzn. Kobiety i dziewczyny zarumieniły się.
- Kiedy jedziemy na zakupy?! – krzyknęli podnieconym głosem.
Hagrid nie płakał i nie rzucił im się na szyje. Wyglądał jak człowiek, który nie bardzo wie, gdzie jest i co ma zrobić. Ta beznadziejna rozpacz była gorsza od łez.
- Chcecie herbatki? – zapytał. Ręce mu się trzęsły, gdy sięgał po czajnik.
- Gdzie jest Hardodziob, Hagridzie? – zapytała nieśmiało Hermiona.
- Wy... wypuściłem go trochę – odrzekł Hagrid, rozlewając mleko na stół – Przywiązałem koło mojej grządki dyniowej. Pomyślałem, że powinien sobie popatrzyć na drzewa... i nawdychać się świeżego powietrza... zanim... – Ręka tak mu się zatrzęsła, że wypuścił dzban z mlekiem, który rozbił się na drobne kawałki.
- Ale z ciebie jest kaleka! – zadrwił Blaise.
- A może spalimy również Zabiniego? Mamusiu, mogę go przywiązać i go podpalić? – spytała Daphne Marlene, patrząc na nią z nadzieją.
- Nie, kochanie – odparła jej mamusia.
- Tatusiu, mogę go podpalić? – zapytała Łapę – Proszę, wiem, że mamusia się nie zgodziła, ale może ty, tatusiu się zgodzisz? – Łapa popatrzył na Daphne i zamrugał oczami.
- Syriusz! – warknęła ostrzegawczo Marlene.
- Nie, księżniczko, nie możesz nikogo podpalać – powiedział Łapa z powagą w głosie. Ich córka była zawiedziona, bo chciała Blaise'a podpalić, bo ciągle ją irytował.
- Ja to zrobię, Hagridzie – powiedziała szybko Hermiona, chwytając za jakąś ścierkę i zabierając się do sprzątania.
- W kredensie jest drugi – mruknął Hagrid, siadając i ocierając czoło rękawem. Harry zerknął na Rona, a ten spojrzał na niego, nie wiedząc, co powiedzieć.
- Czy nic nie da się zrobić, Hagridzie? – zapytał Harry, siadając obok niego – Dumbledore...
- Próbował – odrzekł Hagrid ponuro – Nie ma nad nimi władzy. Powiedział im, że Hardodziob jest w porządku, ale oni trzęśli portkami... wiecie, jaki jest ten Lucjusz Malfoy... pewno ich zastraszył...
Astoria przywaliła Fretce w tył głowy.
- Greengrass przestań mnie bić! – warknął Fretka.
- Nazywam się Malfoy, Dracuś. Tak nazwała mnie nasza mamusia – oznajmiła Astoria i usiadła mu na kolanach i przyciągnęła i pocałowała go namiętne w usta. Ten tylko westchnął. a później się oderwała – A tak dokładnie to Lady Astoria Malfoy i nie zapominaj o tym Dracuś – Wszystkim opadły szczęki. Pansy wychodziła z siebie, tak samo, jak Lucek.
- Petrificus Totalus! – krzyknęły dwie wersje Narcyzy i Rose trafiając w dwie wersje Lucka i Pansy.
- Nie zapomnę, muszę przyznać, że dobrze całujesz, pani Malfoy – mruknął Draco.
- I tak zostanę twoją dziewczyną, Fretko.
- To słodkie! – zawołała Rose.
- Nareszcie są razem! – dodały dwie wersje Narcyzy radosnym głosem i przybiły piątkę z Rose.
- Astoria zmienisz go, chociaż na chwilę we fretkę? – spytał Ron z nadzieją. Astoria zaczęła chichotać.
- Weasley, zabiję cię zaraz! – warknął Fretka.
- Jako fretka przynajmniej byłeś uroczym zwierzątkiem – powiedziały Flora i Hestia chichotały.
a ten kat, Macnair, to stary kumpel Malfoy'a... ale wszystko ma się odbyć szybko i sprawnie... a ja będę przy nim... – Przełknął łzy i rozejrzał się rozpaczliwie po izbie, jakby szukał jakiegoś strzępu nadziei lub pociechy – Dumbledore ma tu przyjść... Napisał mi dziś rano, że chce... chce być ze mną. Równy z niego gość... – Hermiona, która grzebała w kredensie, szukając drugiego dzbanka, załkała krótko, a potem odwróciła się do nich, z trudem powstrzymując łzy.
- Zostaniemy z tobą, Hagridzie... – zaczęła, ale on pokręcił swoją kudłatą głową.
- Jesteś wspaniałą przyjaciółką, Hermiono – rzekł Hagrid.
- Musicie wracać do zamku, już wam mówiłem, nie chcę, żebyście na to patrzyli. Zresztą i tak nie wolno wam tu być... Jak Knot albo Dumbledore przyłapią cię tutaj, Harry, będziesz miał poważne kłopoty... – Po twarzy Hermiony płynęły łzy, ale ukryła je przed Hagridem, krzątając się koło kredensu.
Hermiona wtuliła się w Rona, mając łzy w oczach. a ten pocałował ją w czoło a ta jeszcze bardziej się wtuliła i westchnęła zadowolonym głosem.
- Nie mogę oddychać – wystękał młody pan Weasley.
- Przepraszam – mruknęła pani Weasley i zarumieniła się.
- Od kiedy zaczęłaś ćwiczyć masz siłę – powiedział Ron.
- Przy tobie czuję się bezpiecznie, jak domu – mruknęła Hermiona – Dlatego uwielbiam się przytulać, bo wtedy czuję bezpiecznie.
Znalazła butlę z mlekiem i już miała nalać go do dzbanka, gdy nagle wrzasnęła przeraźliwie.
- Ron! Nie... to niemożliwe... ale... to przecież jest Parszywek! – Ron wytrzeszczył na nią oczy.
- Co? Coś ty powiedziała? – Hermiona przyniosła do stołu dzbanek i odwróciła go dnem do góry. Rozległ się rozpaczliwy pisk i skrobanie pazurków po fajansie i po chwili na stole wylądował szczur Parszywek – Parszywku! – wydyszał Ron – Parszywku, co ty tutaj robisz?
- Zabije tego szczura własnymi rękami! – warknął Ron.
- Ron, to tylko szczur – powiedział zmartwionym głosem młodszy Artur.
- Jak go tylko znajdę, to go zabije! – warczał Ron nie słuchając ojca. Huncwoci oraz ich żony miały wściekłe wyrazy twarzy.
- Ron, uspokój się – powiedziała młodsza Molly.
- Nie uspokoję się! – wycedził do matki – Przez tego szczura byłem wściekły na Hermionę i nigdy sobie tego nie wybaczę, że ją skrzywdziłem, bo jestem debilem, bo skrzywdziłem osobę, która kocham!
- Nie jesteś debilem, Ronaldzie Weasley! – krzyknęła Hermiona
- Zapomniałeś dodać, że rudym debilem – rzekł Cormac.
- Czy ciebie ktoś pytał o zdanie, idioto! – warknęli bracia i siostra Rona.
- Mój tatuś nie jest debilem! – wycedziły Emilly i Rose, patrząc na niego z mordem w oczach.
- Zamknij się Mclaggen albo ci przywalę w jaja, bo zaczynasz mnie wnerwiać!
- Pani Weasley! – krzyknęła Minerwa zszokowana, że Hermiona używa brzydkiego słownictwa – Słownictwo!
- Pocałuj mnie natychmiast – mówiła to do swojego męża. Głos miała władczy, więc Ron, patrząc jej w oczy pocałował ją.
- Awwww! – zawołały dziewczyny i kobiety wzruszone. Kiedy się oderwali od siebie dziewczyna miała rozmarzona twarz i wzdychała zadowolonym głosem.
- Ach te hormony u nastolatków! – jęknęła Minerwa.
Chwycił wyrywającego mu się szczura i zbliżył do światła. Parszywek wyglądał okropnie. Był jeszcze bardziej chudy i wyleniały, a wił się i miotał w dłoni Rona, jakby za wszelką cenę chciał się uwolnić – Spokojnie, Parszywku! – uspokajał go Ron – Nie ma żadnych kotów! Nikt cię tutaj nie skrzywdzi!
- Oprócz mnie! – warknął Lord Weasley.
- I mnie! – dodał Lord Potter.
- Usmażę go – powiedzieli razem.
Nagle Hagrid wstał, z oczami utkwionymi w oknie. Jego zwykle rumiana twarz miała teraz kolor pergaminu.
- Idą... – Harry, Ron i Hermiona rzucili się do okna. Po stopniach wiodących do zamku schodziła grupa ludzi. Na przedzie kroczył Albus Dumbledore, ze srebrną brodą jaśniejącą w ukośnych promieniach zachodzącego słońca. Za nim posuwał się truchtem Korneliusz Knot, potem wlókł się zgarbiony staruszek z komisji, a na końcu szedł kat Macnair.
Kordek patrzył na całą czwórkę z morderczym wzrokiem.
- Musicie wiać – powiedział Hagrid, dygocząc na całym ciele – Nie mogą was tutaj zastać... idźcie już, prędzej... – Ron wepchnął Parszywka do kieszeni, a Hermiona porwała pelerynę-niewidkę – Wyprowadzę was tylnym wyjściem - mruknął Hagrid. Wyszli za nim do ogródka. Harry czuł się dziwnie nierealnie, a wrażenie to wzmogło się, kiedy zobaczył Hardodzioba przywiązanego do drzewa za grządką z dyniami. Hipogryf zdawał się wiedzieć, co go czeka. Kręcił niespokojnie głową i deptał nerwowo ziemię.
- Biedny Dziobek – mruknęła Iola.
- Spokojnie, Dziobku – powiedział łagodnie Hagrid – Spokojnie... – Odwrócił się do Harry'ego, Rona i Hermiony – Wiejcie. I to migiem – Ale oni nie ruszali się z miejsca.
- Hagridzie, nie możemy...
- Powiemy im, co naprawdę się stało...
- Nie mogą go zabić...
- Zjeżdżajcie mi stąd! – prawie krzyknął Hagrid – Jeszcze tylko tego brakuje, żebyście wpakowali się w tarapaty!
- Tarapaty to nasze drugie imię – oznajmił Ron.
- Nasze też – powiedzieli zgodnie Huncwoci 1.0 i 2.0.
Nie mieli wyboru. Kiedy Hermiona zarzuciła na nich pelerynę, usłyszeli głosy dochodzące już sprzed chatki. Hagrid spojrzał na miejsce, w którym przed chwilą zniknęli, i powiedział ochrypłym głosem:
- Wiejcie szybko... Nie słuchajcie... – Wrócił do środka w tym samym momencie, gdy ktoś zapukał do drzwi.
- Bo dzwonek nie działa – rzekł Frank II.
Powoli, oniemiali z rozpaczy, Harry, Ron i Hermiona powlekli się wokół chaty. Kiedy wyszli zza węgła, drzwi frontowe zatrzasnęły się z hukiem.
- Pospieszmy się – szepnęła Hermiona – Ja tego nie zniosę. Nie wytrzymam...
- To odpuść Granger – odezwała się Lavender.
- Zamknij się, Brown! – odparował Ron.
Ruszyli w górę łagodnego zbocza do zamku. Słońce prawie już zaszło, niebo zasnuło się jasną szarością podszytą purpurą, ale na zachodzie płonęła rubinowa poświata. Ron zatrzymał się jak wryty.
- Och, błagam... – jęknęła Hermiona.
- To Parszywek... wyrywa mi się... – Ron pochylił się, chcąc za wszelką cenę utrzymać Parszywka w kieszeni, ale szczur zupełnie oszalał, piszczał dziko, miotał się, wił i próbował ugryźć Rona w rękę – Parszywku, to ja, kretynie... to ja, Ron – syknął Ron.
- Zaraz wykręcę ci kark – dodał jadowicie Ron. Większość ludzi zbladła.
- Ron, co ty mówisz! – krzyknęła młodsza Molly przerażonym głosem.
- To, co trzeba – powiedział Ron.
Usłyszeli odgłos otwieranych drzwi i męskie głosy.
- Och, Ron, chodźmy już, zaraz to zrobią! – wydyszała Hermiona.
- Ojej... Parszywku... siedź tam... – Ruszyli naprzód. Harry, tak samo jak Hermiona, starał się nie słyszeć głosów dochodzących zza ich pleców. Ron znowu się zatrzymał – Nie mogę go utrzymać... Parszywku, zamknij się, wszyscy nas usłyszą...
- Jest tylko jedno wyjście: Zabicie tego szczura, żeby nie cierpiał, biedak – stwierdził Ron. Większość ludzi patrzyła na Rona przerażonym wzrokiem.
- Ron, przestań! – jęknęła Hermiona.
- Kochanie, przez tego cholernego szczura... – zaczął Ron, ale Hermiona zamknęła mu usta pocałunkiem – cię skrzywdziłem.
Szczur piszczał, jak oszalały, ale nie aż tak, żeby zagłuszyć głosy dobiegające z ogrodu Hagrida. A potem nagle wszystko ucichło i w tej ciszy rozległ się najpierw świst, a potem głuche uderzenie topora. Hermiona zachwiała się.
- Kocham cię, mamusiu i trzymam cię mamusiu – szepnęła Emilly i przytuliła Hermionę do siebie – Zawsze będę przy tobie, mamuś, tak samo, jak ty byłaś przy mnie i opiekowałaś się mną i przytulałaś mnie do snu i całowałaś w czoło. Ty jesteś moją mamusią , pamiętam, jak na Boże Narodzenie przyjechaliśmy do Nory, byliśmy wtedy na piątym roku, a ty od razu zauważyłaś, że coś między mną a Hugiem się zmieniło i kiedy wam powiedzieliśmy, że jesteśmy razem ,to przytuliłaś mnie mocno i wyszeptałaś mi do ucha, że: Wiesz, co to oznacza, kochanie.
<<Retrospekcja>>
- Emilly Hugo czy cos chcieliście nam powiedzieć? - zapytała Hermiona przyglądając sie nam uważnie Pani Minister była naprawdę przepiękną kobietą każdy jej uch był wykonywany z niezwykłą gracja i wdziękiem nie dziwię się ze mezszyzni oglądali sie za nią wzrokiem w ministerstwie czy jak szła po prostu ulica co bardzo denerwowało jej męża jej ubrania były popasowane do jej seksowniej figury miała spódnice bluzkę i kurtkę na stopach miała kozaki na wysokim obcasie które idealnie dopasowane były do jej stopy
- Mamo, tato ja i Emilly jesteśmy razem – powiedział Hugo. Popatrzył na mnie z iskierkami miłości, a mama Huga pisnęła podbiegła do mnie mimo że miała buty na wysokim obcasie z niezwykla gracja i wdziękiem i przytuliła mnie mocno do swojej piersi .
- Kochanie, czy wiesz, co to oznacza między nami oraz tobą i Ronem? – spytała Lady Weasley mi prosto w oczy. Jej głos był podniecony i pocałowała mnie w czoło.
- Tak, mamusiu – westchnęłam zadowolonym głosem, wtulając się w kobietę jeszcze bardziej i miałam szczęśliwy głos – moim obowiązkiem jako Lady Weasley jest zwracać się do was tylko "mamusia" i tylko "tatuś" to tak mówi Etykieta dobrego wychowania savoir-vivre
- Mądra z ciebie jest dziewczynka Emilly – oznajmiła mi moja mamusia z radością i następnie mnie tuliła a ja wtuliłam się jej ciało jeszcze bardziej .
- mamusiu bo jestem bardzo grzeczną dziewczynką i przestrzegam etykiety savoir-vivre mówiąca że do rodziców swojego chłopaka nie mówi się po imieniu tylko mamusia i tatuś a ja uwielbiam mówić do was "mamusia" i "tatuś" i uwielbiam jak mamusia mnie przytula i całuję mnie w czoło wzdycham zadowolonym głosem wtulając się w mamusie jeszcze bardziej – powiedziałam jej z radością, że mam zakaz ich nazywać "Hermiona" i "Ron" tylko mogę ich nazywać mamusią i tatusiem – Od pierwszej chwili, kiedy mamusię poznałam czuje od mamusi miłość i akceptację i kochasz mnie taką, jaką jestem, mamuś! .
- Bo wszystko jest z tobą w porządku, córeczko, a kto powie inaczej będzie odpowiadać przed Ministrem Magii – odezwała się moja mama z mocą stali – a ja mam teraz kolejne dziecko, drugą córeczkę. Więc postanowione od teraz mówisz do mnie tylko "mamusia" a do Rona mówisz tylko "tatuś" czy wyraziłam się jasno? - jej głos był twardy i nieznoszący sprzeciwu Ja pokiwałam głowa szczęśliwa że mam zakaz już nazywać ich "Hermiona" i "Ron" tylko muszę mówić do ich mówić "mamusia" i "tatuś" - kochanie mam coś dla ciebie córeczko - i dała mi szkatułkę
- Czy to jest!? - pisnęlam podniecona
- Biżuteria rodu Weasley , kochanie - rzekła mamusia i otworzyłam. Zobaczyłam piękną biżuterię z rodem Weasleyów - Załóż córeczko.
- Jaka piękna - odpowiedziałam i założyłam biżuterie. Stało się jasno światło.
- Biżuteria przyjęła cię, jako nowego właściciela - oznajmiła z uśmiechem na twarzy mamusia, a ja wtuliłam się w moją mamusię, - Ja też mam rodem Weasleyów, córeczko witaj w rodzinie pani Weasley
- Bo jesteś naszą córeczka Hermiono a nie żadną synową - oznajmiła babcia Molly tuląc mamę do swojej piersi i pocałowała ją w czoło na nogach miała botki na wysokim obcasie i dopasowane ubranie podkreskaly jej kobiece kształty
- Kocham Cię mamusiu! - wesnela zadowolonym głosem wtulając się w babcie jeszcze bardziej
- Ja Ciebie też kocham córeczko - mruknela i patrzyła na nią z miłościa - zawsze będziesz moją córeczką kochanie
- A mamusia zawsze będzie moja mamusią
A dziadziu dodal który też dobrze wyglądał - dla mnie zawsze będziesz moja córeczka tatusia Hermiono - i pocałował ją w czoło
- Kocham Cię tatusiu! - wesnela zadowolonym głosem wtulając się w dziadka jeszcze bardziej
- Ja Ciebie też kocham córeczko - mruknął - zawsze będziesz moją córeczką kochanie
- A tatuś zawsze będzie moim tatusiem - a Dziadziu popatrzył sie na nia w uśmiechem Między czasie mój tatuś mnie przytulił i pocałował mnie czoło a ja wesnelam zadowolonym głosem wtulając się tatusia jeszcze bardziej
- Kocham Cię tatusiu - oznajmiłam zadowolonym głosem
- Pani Weasley - powiedział tatuś a mi zrobiło się cieplutko na serduszku i pocałował mnie w rękę - stanowi pani piękne i mądre dopełnienie i pasuje pani idealne do naszego rodu Lady Weasley
- Dziękuję panie Weasley za te mile słowa - oznajmiłam a później parsknelismy śmiechem
- Córeczko - stwierdził ponownie mnie przytulił a ja wesnelam zadowolonym głosem wtulając się w tatę jeszcze bardziej mimo ze miałam szpilki na wysokim obcasie które połączyły sie z moimi stopami a przy moim tatusiu byłam jak mała dziewczynka bo mój tatuś był bardzo wysokim przystojnym mezszyzna miał dopasowane ubranie i brodę i był umięśniony później zwróciłam się do mamusi
- Dziękuję , mamuś. Kocham cię bardzo mocno,
mamusiu.
- Ja ciebie też, kocham córeczko i pokochałam od pierwszej chwili, kiedy cię poznałam córeczko, a pokochałam per "mamusia" z twoich ust.
- A ja pokochałam per "córeczka" .
Wszystkie babcie ciotki i kuzynki Huga oraz jego siostra podeszły do mnie z niezwykla gracja i wdziękiem wszystkie chodziły w butach na wysokim cienkim obcasie jedne miały szpilki drugie sandały kozaki botki oczywiście na wysokim cienkim obcasie nie mogąc ich zdjąć bo, te buty zachowują się jak druga skora i jesteśmy z butów bardzo zadowolone bo uwielbiamy chodzić w takich butach co ma wysoki cienki obcas i pokazywać swoje wdzięki nawet chodząc po domu a przy okazji bardzo to podniecało naszych mezszyzn i przytuliły mnie witając mnie w rodzinie wujkowie i kuzyni Huga zrobili to samo
<<Koniec rekolekcji>>
- Tak właśnie było – powiedziała Emilly – Jesteście moimi rodzicami, a ja jestem waszą córką i nie obchodzi mnie to, że w tej chwili jesteście młodsi ode mnie, pani Weasley – pokazała na Hermionę – jest moją mamusią, a pan Weasley jest moim tatusiem – wskazała na Rona – byli, są i będę moimi rodzicami i bardzo ich kocham a ta biżuterie uwielbiam i gdyby mogła to i tak by ją nie ściągnęła – Hermiona odgarnęła jej włosy z czoła i pocałowała.
- Moja mała córeczka – a później zwróciła się do syna – Hugonie, wybrałeś mądrze – kiedy Emilly przytuliła się do matki i westchnęła zadowolonym głosem – Ja ciebie też kocham bardzo mocno, pani Weasley.
- No pewnie, że mądrze wybrałem, bo jestem zajebisty – stwierdził Hugo.
- Jesteś głąbem! – zadrwiła Rose – więc Emilly musi być superbohaterką wybierając ciebie, braciszku.
- Za to Scorpius musi zażywać melisę uspokajającą, bo jesteś irytująca, Rosie! – odparował Hugo.
- Nie mów do mnie Rosie! – warknęła Rose.
- Ja teraz to nie wiem, czy Rose i Hugo przypominają mi Ginny i Rona, czy Rona i Hermionę? – zastanawiał się Harry, a głos miał rozbawiony.
- Trudno stwierdzić, tato! – parsknął śmiechem James II.
- Zrobili to! - szepnęła – N-n-nie mogę w to uwierzyć... Oni to zrobili!
Emilly poparzyła na Knota, Fretkę i Lucka mogłaby ich zamordować samym spojrzeniem.
- Daj spokój Emilly – mruknęła Hermiona i przytuliła ją do siebie – Jesteś damą i Lady rodu Weasley – kiedy Hermiona ją przytuliła w jednym momencie się uspokoiła.
- Koniec rozdziału – powiedział George II.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz