-
Lilka teraz ja. - powiedział Albus.
-
Łap. - odpowiedział Lily Luna.
ROZDZIAŁ
TRZECI
Listy od nikogo
Za
ucieczkę brazylijskiego boa dusiciela Harry zarobił najdłuższą jak dotąd karę.
-
Zabije cię dosłownie, dropsie i pierniku! - krzyknął Rogacz.
-
Przecież to nie jego wina. - powiedziała Molly.
Kiedy
pozwolono mu wreszcie wyjść z komórki, zaczęły się już letnie wakacje, a Dudley
zdążył zepsuć swoją nową kamerę wideo, rozbić swój zdalnie sterowany samolot i
podczas swojej pierwszej przejażdżki rowerem wyścigowym wpaść na starą panią
Figg, która o kulach przechodziła właśnie przez Privet Drive.
-
Co za bałwan! . - jeknal Blaise.
Harry
cieszył się, że nie musi już chodzić do szkoły, ale nie uchroniło go to od
napaści bandy Dudley'a, która codziennie odwiedzała jego dom. Pierś, Dennis,
Malcolm i Gordon byli wielcy i głupi, ale Dudley, największy i najgłupszy z
nich, był ich przywódcą.
-
To, jak Crabbe i Goyle też są głupi, jak but, a nawet głupsi od buta. - zardwil
Ron.
Pozostali
członkowie bandy z rozkoszą przyłączali się do ulubionej dyscypliny sportowej
Dudley'a: polowania na Harry'ego. Harry starał się więc spędzać jak najwięcej
czasu poza domem, wałęsając się po okolicy i czekając na koniec wakacji, w czym
dostrzegał promyk nadziei. We wrześniu miał pójść do gimnazjum i po raz
pierwszy w życiu pozbyć się towarzystwa Dudley'a, bo ten został przyjęty do
prywatnej szkoły Smeltinga, tej samej, do której uczęszczał kiedyś wuj Vernon.
-
To ten mugol ukończył jakąś szkole? - zapytał zdumiony Charlie.
Miał
tam również chodzić Piers Polkiss. Natomiast Harry'ego zapisano do Stonewall,
miejscowego gimnazjum publicznego. Dudley uważał, że to bardzo zabawne.
-
W Stonewall pierwszego dnia wpychają ci głowę do muszli klozetowej. -
powiedział Harry'emu. - Chcesz pójść ze mną na górę, żeby potrenować?
-
Nie, dziękuję. - odrzekł Harry. - Biedna muszla jeszcze nigdy nie widziała
czegoś tak okropnego, jak twoja głowa, więc może ją zemdlić.
Wszyscy
ryknęli śmiechem. Huncwoci bliźniacy Huncwoci 2.0 oraz Harry Ron, Artur i bliźniacy
Prewett, Lee, Matt, Nick, Frank, a także starszy i młodszy Albus, Hugo, Ted,
Oliver leżeli na podłodze ze śmiechu.
-
Hahahahahahaahahaha!!!!!! Nie mogę!!!! Hahahaha!! To było genialne! -
powiedzieli wszyscy uczniowie.
-
Harry to było niesamowite. - powiedział dumny Rogacz.
-
Tak, Harry, to było tak genialne, że teraz mnie boli brzuch. - dodał jeszcze
bardziej dumny Łapa.
I
zwiał, zanim sens tych słów dotarł do Dudley'a.
-
Widać, że nie ma mózgu, ani szarych komórek. - odezwała wesoło Lucy.
Pewnego
lipcowego dnia ciotka Petunia zabrała Dudley'a do Londynu, żeby mu kupić
szkolny mundurek, a Harry został oddany na przechowanie do pani Figg. Tym razem
u pani Figg nie było tak nudno, jak zwykle. Okazało się, że nogę złamała,
potykając się o jednego ze swoich kotów, i już nie wyrażała się o nich tak
czule jak dawniej. Pozwoliła Harry'emu oglądać telewizję i dała mu kawałek
czekoladowego tortu, który smakował, jakby leżał w kredensie od kilku lat.
-
Fuj. - krzywiły się dziewczyny.
Tego
wieczora Dudley paradował po salonie w swym nowym mundurku. Chłopcy ze
Smeltinga nosili kasztanowe surduty, pomarańczowe pumpy zapinane pod kolanami i
płaskie słomkowe kapelusze zwane wioślarkami. Mieli też sękate kije zwane
smeltingami, którymi okładali się nawzajem, kiedy żaden nauczyciel nie patrzył.
-
Rogacz, trzeba wziąć ten kij i przywalić mocno Dursley'ów.
-
My też pójdziemy. - dodali bliźniaczy Fred i George.
Uznawano
to za dobrą szkołę przygotowującą ich do dorosłego życia. Patrząc na Dudley'a w
jego nowym mundurku, wuj Vernon burknął, że to najwspanialsza chwila w jego
życiu. Ciotka Petunia zalała się łzami i wyznała, iż nie może uwierzyć, że to
jej maleńki Dudlejek,
-
Dudlejek? - zdziwili się Fred i George, po czym wybuchnęli śmiechem, a za nimi
poszli Huncwoci i reszta Wielkiej Sali.
tak
już wyrósł i taki jest przystojny, naprawdę.
-
No w sumie, jak na prosiaka w peruce jest przystojny. - powiedział James
junior.
-
Synu, to było dobre. - rzekł Harry do Jamesa i przybił z nim przysłowiową
piątkę.
Harry
nie dowierzał sobie aż tak, żeby wyrazić swoją opinię. Trochę się bał, że kiedy
starał się powstrzymać od śmiechu, pękły mu dwa żebra.
Kiedy
następnego ranka Harry wszedł do kuchni, poczuł jakiś okropny zapach. Smród
zdawał się buchać z wielkiego kotła stojącego w zlewie, więc podszedł do niego
i zajrzał do środka.
-
Petunia coś gotuje? - zapytał się Ron.
-
Nie. - odpowiedział Harry.
W
kotle było pełno szarej wody, w której pływały jakieś brudne szmaty.
-
Co to jest? - zapytał ciotkę Petunię. Ściągnęła wargi, jak zawsze, kiedy
ośmielił się o coś zapytać.
-
Twój nowy mundurek szkolny. - odpowiedziała. Harry ponownie zajrzał do kotła.
-
Och, nie wiedziałem, że ma być mokry.
-
Nie bądź głupi. - warknęła ciotka Petunia. - Farbuję ci na szaro stare ubranie
Dudley'a. Jak skończę, będzie wyglądało jak normalny szkolny mundurek.
-
Zabije cię głupi Dropsie. - powiedział Łapa.
Harry
poważnie w to wątpił, ale uznał, że lepiej nie wyrażać swojego zdania. Usiadł
przy stole i starał się nie myśleć o tym, co będzie, kiedy w czymś takim wkroczy
po raz pierwszy do gimnazjum Stonewall. Jakby miał na sobie płaty skóry słonia.
Wszedł Dudley, a za nim wuj Vernon, obaj marszcząc nosy z powodu zapachu
bijącego z nowego mundurka Harry'ego. Wuj Vernon jak zwykle otworzył gazetę, a
Dudley zaczął bębnić po stole swoim kijem, z którym już się nie rozstawał.
-
A tak przy okazji walnij się tym kijem w głowę. Może mózg ci wleci. -
powiedział Hugo.
Usłyszeli
szczęk klapki osłaniającej szczelinę w drzwiach i pacnięcia listów spadających
na matę.
-
Przynieś pocztę, Dudley. - powiedział wuj Vernon znad gazety.
-
Niech Harry przyniesie.
-
On nie jest skrzatem domowym, Dursley, ty wielki wielorybie. - warknęła Lily
Luna.
-
Przynieś pocztę, Harry.
-
Niech Dudley przyniesie.
-
Dudley, przyłóż mu smeltingiem. - Harry umknął przed smeltingiem i poszedł do
drzwi.
-
Żebym ja cię Dursley nie walnęła tym kijem, albo lepiej włożę Ci to dupy ten
kij! - warknęła wściekła Lily. Wszyscy przełknęli ślinę.
Na
macie leżały trzy przesyłki: pocztówka od siostry wuja Vernona, Marge, która
wyjechała na urlop na wyspę Wight, brązowa koperta, wyglądająca na rachunek, i
- list do Harry'ego.
Harry podniósł go, czując, że serce zadygotało mu jak gigantyczna gumowa taśma.
Jeszcze nigdy nie otrzymał listu. Bo i od kogo?
-
Od nas. - powiedziała Minerwa.
Nie
miał przyjaciół, nie miał innych krewnych, nie był zapisany do żadnej
biblioteki, więc nigdy nie otrzymywał nawet zwykłych ponagleń, by oddać
książki. A jednak ta koperta była zaadresowana tak wyraźnie, że nie było mowy o
pomyłce:
-
List z Hogwartu! - powiedzieli uczniowie.
Pan
H. Potter
Komórka pod Schodami
Privet Drive 4
Little Whinging
Surrey
-
Otwórz to! - krzyknęli wszyscy.
Koperta
była gruba i ciężka, z żółtawego pergaminu, a adres wypisano
szmaragdowozielonym atramentem. Nie było żadnego znaczka. Odwróciwszy kopertę
drżącą ręką, Harry dostrzegł woskowa pieczęć z herbem: lew, łabędź, borsuk i
wąż wokół dużej litery H.
-
Pospiesz się, chłopcze! - krzyknął z kuchni wuj Vernon.
-
Teraz wiem, wsadzę Ci do dupy, a także Petunii i Dropsowi też wsadzę i podpalę!
. - warknęła Lily.
-
Co ty tam robisz? Sprawdzasz, czy w listach nie ma bomby? - Zachichotał z
własnego dowcipu.
-
Bomba będzie, kiedy ja się pojawię! Chciałam powiedzieć, kiedy się pojawimy. -
powiedziała Lily.
-
My rude musimy trzymać się razem. - stwierdziła Ginny.
-
Jasne. - odpowiedziały pozostałe rude.
Harry
wrócił do kuchni, wciąż wpatrując się w swój list. Wręczył wujowi Vernonowi
rachunek i pocztówkę, usiadł i zaczął powoli otwierać żółtą kopertę. Wuj Vernon
rozerwał rachunek, chrząknął z niesmakiem i rzucił okiem na pocztówkę.
-
Marge jest chora. - poinformował ciotkę Petunię. - Jadła jakieś trąbiki...
-
Tato! - zawołał Dudley. - Tato, Harry coś dostał!
-
No to po nim. - pisnęła uczennica Ravenclaw.
Harry
rozkładał już list, napisany na takim samym grubym pergaminie, kiedy mu go
wyrwała ręka wuja Vernona.
-
To do mnie! - powiedział Harry, próbując odzyskać list.
-
Tak? A niby kto miałby do ciebie napisać? - zarechotał wuj Vernon, otwierając
list jednym ruchem. Jego twarz zmieniła się z czerwonej na zieloną szybciej niż
światła na rogu ulicy. A na tym się nie skończyło. Po kilku sekundach
poszarzała już jak stara owsianka.
-
Ohyda! . - krzywiła się Domique .
-
P-P-Petunio! - wyrzucił z siebie wraz z oddechem. Dudley próbował złapać list,
żeby go przeczytać, ale wuj Vernon trzymał kartkę z dala od niego. Ciotka
Petunia łapczywie chwyciła list i przeczytała pierwszą linijkę. Przez chwilę
wyglądała tak, jakby miała zemdleć. Złapała się za szyję i wydała kilka
dźwięków charakterystycznych dla osób, które się krztuszą.
-
Vernon! O Boże... Vernon! - Wpatrywali się w siebie, jakby zapomnieli, że Harry
i Dudley są nadal w kuchni. Dudley nie był do tego przyzwyczajony. Pacnął ojca
smeltingiem w głowę.
-
Ty Dudley wsadź sobie ten smelting w dupę i wsadź też im. - rzekl Fred junior.
-
Chcę to przeczytać. - oznajmił głośno.
-
Nie, ja chcę to przeczytać - krzyknął Harry - bo to list do mnie!
-
Wynoście się obaj. - zaskrzeczał wuj Vernon, wsuwając list do koperty. Harry
nie drgnął.
-
CHCĘ MÓJ LIST! - krzyknął.
-
Muszę go zobaczyć! - wrzasnął Dudley.
-
WYNOCHA! - ryknął wuj Vernon, po czym chwycił Harry'ego i Dudley'a za karki i
wyrzucił ich do przedpokoju, zatrzaskując za nimi drzwi do kuchni. Harry i
Dudley rzucili się na siebie w milczeniu, walcząc o to, kto przyłoży ucho do
dziurki od klucza. Zwyciężył Dudley, więc Harry, z okularami wiszącymi mu na
jednym uchu, położył się płasko na brzuchu, drugim uchem przywierając do
szczeliny między drzwiami a podłogą.
-
Vernonie. - mówiła ciotka Petunia rozdygotanym głosem. - spójrz na ten adres...
skąd oni mogli wiedzieć, gdzie on sypia?
-
Dropsie zabije cię, a później wskrzeszę, by zabić Ciebie jeszcze raz! -
krzyknął wkurzony Rogacz.
-
James uspokój się wreszcie! - krzyknęła Minerwa.
-
Pani by inaczej mówiła, gdyby się dowiedziała, że pani syn spał w komórce pod
schodami! - krzyknął Rogacz.
-
Przepraszam was bardzo. - powiedział Drops.
-
W dupę wsadź sobie te twoje marne przeprosimy! - krzyknęli Lily i Rogacz.
-
Albo najlepiej ten kij sam se wsadź. - dodał Łapa.
-
Od dzisiaj Harry zamieszka z nami. - oznajmiła Molly.
-
Naprawdę? - zapytał z nadzieją Harry.
-
Tak Harry, jesteś członkiem naszej rodziny i bardzo Cie kochany. - powiedział
Artur.
-
Dziękuję!!! . - zawołał Harry i przytulił Artura i Molly.
-
Och Molly i Arturze. - powiedziała Lily i przytuliła ich razem z Rogaczem.
-
Myślisz, że obserwują nasz dom?
-
Obserwują... szpiegują... może za nami łażą. - mruknął wuj Vernon.
-
Dursley oczywiście, że obserwujemy twój dom. Pierwszy raz coś mądrze powiedziałeś.
Brawo ty. - stwierdził Neville.
-
Więc co powinniśmy zrobić, Vernonie? Odpisać? Powiedzieć im, że nie chcemy... -
Harry widział czarne, błyszczące półbuty wuja Vernona, maszerujące tam i z
powrotem po kuchni.
-
Nie. - oznajmił w końcu. - Nie, po prostu to zignorujemy. Jeśli nie otrzymają
odpowiedzi... Tak, to najlepsze wyjście... po prostu nic nie zrobimy...
-
A jednak nie jesteś mądry. Jesteś jednak głupi. My tak łatwo się nie poddajemy.
- powiedział Neville.
-
Ale...
-
Petunio, nikogo takiego nie ma w naszym domu! Czy kiedy go przygarnęliśmy, nie
przysięgliśmy sobie, że wyplenimy z niego te niebezpieczne bzdury?
-
Sam jesteś cholibka niebezpieczną bzdurą. - oburzył się Hagrid.
Tego
popołudnia, po powrocie do domu, wuj Vernon zrobił coś, czego nigdy dotąd nie
robił: odwiedził Harry'ego w jego komórce pod schodami.
-
Gdzie jest mój list? - zapytał Harry, gdy tylko wuj Vernon przecisnął się przez
drzwi. - Kto do mnie napisał?
-
Nikt. List zaadresowano do ciebie przez pomyłkę. - oświadczył krótko wuj Vernon.
- Spaliłem go.
-
To nie była pomyłka. - powiedział ze złością Harry. - Była na nim moja komórka.
-
MILCZ! - ryknął wuj Vernon,
-
Ja go zamorduje. - krzyknęła Lily Luna.
a
kilka pająków spadło z sufitu. Wziął parę głębokich oddechów, a potem zmusił
się do uśmiechu, który wyglądał tak, jakby go rozbolał brzuch.
-
Eee... tak, Harry... co do tej komórki... Twoja ciotka i ja pomyśleliśmy
sobie... że jesteś już taki duży... No więc uważamy, że może by ci było
wygodniej w drugiej sypialni Dudley'a.
-
To Dudley ma druga sypialnię? - zapytał się szokowany Lunatyk.
-
ZABIJE GO I CIEBIE DROPSIE I W DUPIE MAM, ŻE CIEBIE TYLKO VOLDEK SIĘ BOI, ALE
NAJPIERW DOSTANIESZ TAKIEGO UPIOROGACKA W JAJA I DUPĘ, ŻE POPAMIĘTASZ MNIE
PRZEZ CAŁE ŻYCIE! - krzyczała ruda furia.
-
I W DUPIE MAMY, ŻE MASZ MERLIN PIERWSZEJ KLASY ZA JAKIEŚ TAM OSIĄGNIĘCIA, A TY
DOBRZE WIEDZIAŁEŚ, BO MINNE, CI MÓWIŁA, ŻE NIE DAWAĆ TAM HARRY'EGO, A TY JAK
ZWYKLE NIE POSŁUCHAŁEŚ! - dodał nieźle wkurzony James. Wszyscy popatrzyli na
Dropsa wkurzeni.
-
Dlaczego? - wyjąkał Harry.
-
Nie zadawaj pytań! - warknął wuj. - Zabierz swoje rzeczy i idź na górę.
Dursley'owie mieli cztery sypialnie: jedną dla wuja Vernona i ciotki Petunii,
jedną dla gości (zwykle nocowała tam Marge, siostra wuja Vernona), jedną, w
której spał Dudley, i jedną, w której trzymał swoje stare zabawki i rzeczy,
które nie mieściły się w jego pierwszej sypialni. Harry'emu wystarczyło przejść
z komórki na pierwsze piętro tylko raz, aby przenieść wszystko, co posiadał.
-
Harry przepraszam Cię. - powiedział Drops.
-
Z całym szacunkiem dyrektorze A dupę wsadź te twoje przeprosiny. - odpowiedział
Harry.
-
Właśnie. - powiedzieli Weasley'owie.
Usiadł
na łóżku i rozejrzał się po pokoju. Prawie wszystko było połamane lub zepsute.
Stara kamera wideo leżała na małym czołgu na baterie, którym Dudley wjechał
kiedyś w psa sąsiadów; w kącie stał pierwszy telewizor Dudley'a, który rozwalił
kopniakiem, kiedy przestano nadawać jego ulubiony program; była też wielka
klatka dla ptaków, w której kiedyś mieszkała papuga, ale pewnego dnia Dudley
wymienił ją w szkole na prawdziwą wiatrówkę. Klatka stała na półce, której
jeden koniec zwisał smętnie, bo Dudley kiedyś na niej usiadł. Inne półki
zawalone były książkami. Były to jedyne przedmioty w tym pokoju, które
wyglądały, jakby ich nikt nigdy nie dotykał.
-
Bo nic nie czytał. - powiedział Rose.
Z
dołu dobiegły jęki Dudley'a, skarżącego się matce:
-
Nie chcę go tam... Ten pokój jest mi potrzebny... Wywal go stamtąd... - Harry
westchnął i wyciągnął się na łóżku. Jeszcze wczoraj oddałby wszystko, żeby tu
zamieszkać. Dzisiaj wolałby siedzieć w swojej komórce z tym listem niż tutaj
bez niego.
-
Nie martw się Harry. Pamiętasz, co było dalej? - odezwal Hagrid. Harry się
tylko uśmiechnął.
Następnego
dnia przy śniadaniu było dość spokojnie. Dudley pogrążony był w głębokim szoku.
Nie pomogło wycie, grzmocenie ojca smeltingiem, symulowanie wymiotów, kopanie
matki, rzucenie żółwiem w ściankę terrarium, tak że wpadł przez zbitą szybę do
środka. Drugiej sypialni nie odzyskał. Harry wspominał wczorajszy poranek i
przeklinał sam siebie, że nie otworzył listu w przedpokoju.
-
Bo ty Potter nie masz mózgu. - zardwil Zachariasz Smith.
-
Zamknij się, bo dostaniesz upiorogackiem, a Lily wsadzi ci runę w dupę. -
warknęła Ginny. Smith zbadał i ucichł.
Wuj
Vernon i ciotka Petunia spoglądali na siebie ponurym wzrokiem. Kiedy przyszła
poczta, wuj Vernon, który sprawiał wrażenie, jakby chciał być miły dla
Harry'ego, kazał Dudley'owi ją przynieść. Najpierw usłyszeli łomot, kiedy walił
smeltingiem we wszystko, co było w przedpokoju, a potem jego okrzyk:
-
Co za bachor. - powiedziała Poppy.
-
Jest następny! „Pan H. Potter, Najmniejsza Sypialnia, Privet Drive 4..."
-
Mówiłem, że tak łatwo się nie poddajemy. - uśmiechała się Parvati.
Wuj
Vernon wydał z siebie zduszony okrzyk, zerwał się z krzesła i pobiegł do
przedpokoju, a za nim pobiegł Harry. Żeby wydrzeć Dudley'owi list, wuj Vernon
musiał powalić go na podłogę, co okazało się trudne, bo Harry złapał wuja
Vernona od tyłu za szyję. Po minucie zażartej walki, w której jedna i druga
strona oberwała smeltingiem, wuj Vernon wyprostował się, dysząc ciężko, z
listem Harry'ego w ręku.
-
Idź do swojej komórki...
-
Zamknij się Dursley. - rzekł Albus.
znaczy
się, do swojej sypialni. - wycharczał w stronę Harry'ego. - A ty Dudley...
odejdź... po prostu zejdź mi z oczu.
-
UUUU.... Tatuś... - zaczął Fred.
-
Się na dziubaczka... - ciągnął George.
-
Zdenerwował. - skończyli razem.
Harry
krążył po swoim nowym pokoju, nie mogąc się uspokoić. Ktoś wiedział, że
przeniesiono go z komórki i że prawdopodobnie nie otrzymał pierwszego listu.
Może spró¬bują jeszcze raz? Na pewno. Ale tym razem się nie zawiodą. Harry miał
już pewien plan.
-
Ciekawe. - zastanawiała się Victoire.
Następnego
ranka zreperowany budzik zadzwonił o szóstej. Harry szybko wyłączył alarm i
ubrał się po cichu. Wiedział, że nie może obudzić Dursley'ów. Zszedł ostrożnie
na dół, nie zapalając żadnego światła. Miał zamiar czekać na listonosza na rogu
Privet Drive i wziąć od niego listy przeznaczone dla numeru czwartego. Serce
biło mu jak młot, kiedy skradał się ciemnym przedpokojem do frontowych drzwi...
-
AAAAU! - Harry podskoczył w powietrze; wszedł jedną nogą na coś wielkiego i
rozlazłego, co spoczywało na macie przed drzwiami. - coś żywego! Na górze
pstryknęły światła i Harry, ku swemu przerażeniu, zobaczył, że to coś wielkiego
i rozlazłego było twarzą jego wuja.
-
I po planie. - jeknal Ron.
Wuj
Vernon leżał pod drzwiami w śpiworze, najwyraźniej chcąc się upewnić, że Harry
nie zrobi tego, co właśnie próbował zrobić. Wrzeszczał na Harry'ego przez pół
godziny, a potem kazał mu iść do kuchni i przynieść filiżankę herbaty.
Ginny przytuliła
Harry'ego.
Zrozpaczony
Harry powlókł się do kuchni, a kiedy wrócił, listy akurat wpadły przez szparę
prosto w ręce wuja Vernona. Harry zdążył zauważyć trzy listy zaadresowane tym
samym zielonym atramentem.
-
Chcę... - zaczął, ale wuj Vernon darł już listy na kawałki.
Tego
dnia wuj Vernon nie poszedł do pracy. Został w domu i zabił gwoździami szparę
na listy.
-
On już zwariował. - stwierdził Louis.
-
Już dawno temu Louis - oznajmił Łapa
-
Mam na nich sposób. - wyjaśnił ciotce Petunii przez zęby, którymi ściskał kilka
gwoździ. - Jeśli nie będą mogli dostarczyć listów, po prostu dadzą nam spokój.
-
Poddaj się Vernon i tak nie wygrasz. - powiedział Ron.
-
Nie jestem pewna, czy to poskutkuje, Vernonie.
-
Och, Petunio, oni rozumują bardzo dziwnie, oni nie są tacy jak ty albo ja. -
powiedział wuj Vernon, próbując wbić gwóźdź w kawałek owocowego ciasta, który
mu właśnie przyniosła ciotka Petunia.
W
piątek przyszło aż dwanaście listów zaadresowanych do Harry'ego. Szpara w
drzwiach była zabita, więc wciśnięto je przez szczelinę pod drzwiami, wetknięto
w szpary po bokach, a kilka wepchnięto przez małe okienko łazienki na parterze.
-
Hahahahaha!! - zaśmiali się uczniowie.
Wuj
Vernon znowu nie poszedł do pracy. Po spaleniu wszystkich listów wziął młotek i
gwoździe, po czym pozabijał szpary i szczeliny w drzwiach frontowych i
kuchennych, tak że nikt nie mógł wyjść. Nucił pod nosem "Na palcach przez
tulipany" i podskakiwał przy najcichszym odgłosie.
W
sobotę wszystko zaczęło się wymykać spod kontroli. Do domu przeniknęły
dwadzieścia cztery listy, zwinięte w kulki i ukryte w dwóch tuzinach jajek,
które zdumiony mleczarz podał ciotce Petunii przez okno w salonie. Podczas gdy
wuj Vernon dzwonił, wściekły, na pocztę i do mleczarni, próbując znaleźć kogoś,
komu by mógł złożyć zażalenie, ciotka Petunia miażdżyła listy na papkę w
mikserze.
-
Oni są chorzy. Twoja siostra jest wariatką, Lily. - mruknela Ginny.
-
Bardzo jestem ciekaw, komu może aż tak bardzo zależeć, żeby się z tobą
porozumieć? - zapytał Dudley Harry'ego.
*
* *
Kiedy
w niedzielę rano wuj Vernon usiadł przy stole, wyglądał na człowieka zmęczonego
i niezbyt zdrowego, ale szczęśliwego.
-
W niedziele nie przynoszą poczty. - przypomniał im radośnie, rozsmarowując dżem
po gazecie. - Dziś nie będzie żadnych przeklętych listów...
-
Sowy w niedzielę też pracują. - powiedział Lee. - Prawda kochanie? - dodał do
Alicji . Ta tylko przewróciła oczami.
Coś
spadło przez komin i pacnęło go mocno w tył głowy. W następnej chwili jakieś
trzydzieści albo czterdzieści listów wystrzeliło spod okapu kuchennego jak
seria pocisków. Dursley'owie zrobili serię uników, ale Harry podskoczył,
próbując złapać jeden list w powietrzu...
-
Dasz radę Harry! . - zawołał Łapa.
-
Wynocha! WYNOCHA! - Wuj Vernon zdążył złapać Harry'ego wpół i wypchnąć do
przedpokoju. Po chwili z kuchni wypadła ciotka Petunia, a za nią Dudley,
osłaniając głowy rękami. Wuj Vernon szybko zatrzasnął drzwi. Wszyscy słyszeli,
jak nieprzerwany strumień listów wlewa się do kuchni, odbijając od ścian i
podłogi. - Dość tego. - rzekł wuj Vernon, starając się mówić spokojnie, ale
jednocześnie wyrywając sobie spore kępki wąsów. - Za pięć minut macie być
gotowi do opuszczenia domu. Spakujcie tylko niezbędne ubrania. Żadnych
dyskusji!
-
Gdzie się wybieracie? - zapytała Ginny.
-
Do hotelu kochanie - odpowiedział Harry Ginny nie mogła się powstrzymać i go
pocałowała.
-
Harry kocha rudą! Harry kocha rudą! - zaśpiewał Łapa.
-
Ogarnij się Syriusz! . - warknela Marlena.
-
Czy ja wlasnie słyszalem swoje imię? pewnie mówiłaś tym wszystkim że jaki
jestem niebiańsko przystojny i się we mnie na zabój zakochałaś? - mówił Łapa i
uśmiechał się
-
Powiem Ci tak nawet gdybyś był ostatni facetem na tej ziemi to wolałabym umrzeć
samotności niż być z tobą - rzekła Marlena
-
Aha to spoko bo ja nie jestem zainteresowany takimi wrednymi księżniczkami
wiesz! - wkurzył się Łapa że Mar dała mu kosza
- Rycerzem na białym koniu to ty nie jesteś stawiam raczej na no nie wiem na klauna na ośle! - zardwila Marlena. Sala opadły szczęki
-
To musiało boleć - stwierdził Fred II
-
Marlena! - zawołała Lily I
Wyglądał
tak groźnie, że nikt nie ośmielił mu się sprzeciwić. Dziesięć minut później
udało im się wyłamać pozabijane drzwi i po chwili siedzieli w samochodzie,
pędząc ku autostradzie. Dudley chlipał na tylnym siedzeniu; oberwał od ojca po
głowie, kiedy próbował wcisnąć do torby sportowej telewizor, wideo i komputer.
Jechali
i jechali.
-
Jechali. - dodał Ron.
-
Jechali. - dodał Fred.
-
Jechali. - dodał George.
-
I jechali. - zakończył Lee.
Ciotka
Petunia nie śmiała nawet zapytać, dokąd jadą. Co chwilę wuj Vernon zakręcał
ostro i przez jakiś czas jechał w przeciwną stronę niż dotychczas.
-
Odczepić się od nich... zgubić ich. - mruczał pod nosem za każdym razem.
-
On ma już kuku na muniu. - powiedział Harry. - Pamiętam to doskonale.
Przez
cały dzień nie zatrzymali się, aby coś zjeść lub czegoś się napić. Kiedy zapadł
wieczór, Dudley wył jak pies. Tak podłego dnia nie przeżył jeszcze nigdy w
życiu. Był głodny, przepadło mu pięć programów telewizyjnych i jeszcze nigdy
nie upłynęło aż tyle czasu, odkąd po raz ostatni zrobił krwawą miazgę z
kilkunastu przeciwników w grze komputerowej.
-
Świat się kończy. - stwierdziła Molly I.
Wuj
Vernon zatrzymał się w końcu przed ponuro wyglądającym hotelem na przedmieściu
jakiegoś dużego miasta. Dudley i Harry dostali jeden pokój z bliźniaczymi
łóżkami i wilgotnymi, zatęchłymi prześcieradłami. Dudley chrapał, ale Harry i
tak nie spał, siedząc w oknie, patrząc na światła przejeżdżających samochodów i
rozmyślając...
-
Będzie dobrze. - powiedziała Hermiona.
Następnego
dnia dostali na śniadanie wyraźnie przeterminowane płatki kukurydziane i
pomidory z puszki na zimnych tostach. Właśnie skończyli, kiedy do ich stolika
podeszła właścicielka hotelu.
-
Przepraszam, ale ktoś z państwa jest chyba panem H. Potterem? Właśnie
przynieśli mi do recepcji ze sto takich listów.
-
Dobrzy są. - ucieszył się James junior.
Podniosła
list, tak że każdy mógł przeczytać wypisany zielonym atramentem adres:
Pan
H. Potter
Pokój 17
Hotel „Dworcowy"
Cokeworth
Harry
sięgnął po list, ale wuj Vernon podbił mu rękę w powietrzu i sam złapał
kopertę. Kobieta wytrzeszczyła oczy.
-
Ja je wezmę. - powiedział wuj Vernon, zrywając się z krzesła i wychodząc za nią
z jadalni.
*
* *
-
Kochanie, czy nie byłoby lepiej wrócić do domu? - zapytała nieśmiało ciotka
Petunia kilka godzin później, ale wuj Vernon sprawiał wrażenie, że jej nie
słyszy.
-
On już do reszty zwariował. - rzekła Rose.
Nikt
nie miał pojęcia, dokąd właściwie jadą i czego wuj szuka. Raz zatrzymał
samochód pośrodku wielkiego lasu, wysiadł, rozejrzał się, potrząsnął głową,
wrócił do auta i ruszył dalej. To samo wydarzyło się pośrodku pola ornego, w
połowie długiego mostu i na szczycie wielopoziomowego parkingu.
-
Tatuś zwariował, prawda? - zapytał po południu Dudley ciotkę Petunię. Wuj
Vernon zaparkował na plaży, zamknął ich w samochodzie i zniknął.
-
No co ty naprawdę? Ja nie wiedziałem, że zwariował. A wy wiedzieliście ??? - zapytał
Teddy uczniów. - Jak się prosiaku w peruce domyśliłeś, że zwariował? Musiałeś
długo myśleć, prawda??
-
Tak dublejku. Twój tatuś zwariował. - rzekła Dorcas.
Zaczęło
padać. Wielkie krople bębniły w dach samochodu. Dudley chlipał, cały
zasmarkany.
-
Dzisiaj jest poniedziałek. - biadolił. - Wieczorem będzie "Wielki
Humberto". Chcę się zatrzymać gdzieś, gdzie będzie telewizja.
-
Co to ten Wielki Humberto? - zapytał Gryfon.
-
Huragan tropikalny. - odpowiedział Harry.
Poniedziałek.
To Harry'emu o czymś przypomniało. Jeśli jest poniedziałek, a zwykle można było
polegać na Dudley'u, jeśli chodzi o dni tygodnia, z powodu wszystkich seriali,
które regularnie oglądał, to jutro, we wtorek, są jedenaste urodziny Harry'ego.
-
I pójdzie do Hogwartu i mnie pozna. - krzyknął szczęśliwy Ron.
Oczywiście
jego urodziny nigdy nie były specjalnie przyjemne. W ubiegłym roku wuj Vernon
dał mu wieszak i parę starych skarpetek. No, ale nie co dzień kończy się
jedenaście lat. Wuj Vernon wrócił uśmiechnięty. Niósł jakiś długi, wąski
pakunek i nie odpowiedział ciotce Petunii, kiedy go zapytała, co kupił.
-
Znalazłem wspaniałe miejsce! - oznajmił. - Szybko! Wszyscy wysiadają! - Było
bardzo zimno.
-
Gdzie idziecie teraz? - zapytała Samanta.
-
Do jakiejś chaty. - odpowiedział Harry.
Wuj
Vernon wskazywał na coś, co wyglądało jak wielka skała wystająca z morza. Na
jej szczycie widniała jakaś mizerna chałupka. Jedno było pewne: nie należało
się tam spodziewać telewizora.
-
Na noc zapowiadają sztorm. - powiedział wuj Vernon wesoło, zacierając dłonie. -
A ten zacny jegomość zgodził się pożyczyć nam łódź!
-
On do reszty zwariował. - jęknęli uczniowie.
W
tym momencie podszedł do nich jakiś bezzębny starych, wskazując na starą
szalupę, podskakującą na stalowo-szarej wodzie.
-
Zdobyłem też trochę prowiantu. - rzekł wuj Vernon. - Więc wszyscy na pokład! W
łodzi było przeraźliwie zimno. Lodowate rozpryski fal i krople deszczu spływały
im po plecach, a mroźny wiatr chłostał im twarze. W końcu, a wydawało się, że
upłynęły całe godziny, dopłynęli do owej skały, gdzie wuj Vernon, potykając się
i ślizgając, powiódł ich do zrujnowanego domu.
-
On... - zaczął Fred.
-
Jest głupi... - ciągnął George.
-
Czy głupszy? - skończyli razem.
-
Na pewno głupszy. - powiedział Rogacz.
Wewnątrz
było okropnie: cuchnęło zgniłymi wodorostami, wiatr gwizdał przez dziury w
drewnianych ścianach, a puste palenisko zamokło. Na dodatek dom miał tylko dwie
izby.
„Prowiant" wuja Vernona okazał się czterema torebkami chipsów i czterema
bananami. Próbował rozpalić ogień, ale torebki po chipsach narobiły tylko
trochę dymu i zwinęły się w ruloniki.
-
Teraz mogą nam nakichać, co? - zagadywał wesoło.
-
Jasne, oczywiście. - powiedział z ironią Harry.
Był
w bardzo dobrym nastroju. Najwidoczniej uznał, że nikt nie dostarczy tu poczty,
zwłaszcza podczas sztormu. Harry zgadzał się z tym, ale jego wcale to nie
wprawiało w dobry humor.
Kiedy
zapadła noc, rozpętał się zapowiadany sztorm. Olbrzymie fale chłostały ściany
chatki, a dziki wiatr łomotał w brudne okna. Ciotka Petunia znalazła kilka
zapleśniałych koców i zrobiła Dudley'owi posłanie na zjedzonej przez mole
kanapie. Ona i wuj Vernon zajęli kulawe łóżko w sąsiedniej izbie, a Harry
musiał sobie znaleźć najbardziej miękki kawałek podłogi i zwinąć się na nim w
kłębek pod najcieńszym i najbardziej postrzępionym kocem.
-
Ja ich zamorduję. - rzekły ociekając słodyczą rude dziewczyny.
Sztorm
rozszalał się na dobre i Harry nie mógł zasnąć. Dygotał z zimna i przewracał
się na twardej podłodze, czując, jak burczy mu w brzuchu z głodu. Koło północy
chrapanie Dudley'a zagłuszyły przetaczające się nisko grzmoty. Podświetlona
tarcza elektronicznego zegarka, połyskująca na zwisającej z kanapy ręce
Dudley'a, powiedziała Harry'emu, że jest za dziesięć jedenasta.
-
To wszystko przez ciebie, dropsie głupi. - powiedziała przez zaciśnięte zęby
Ginny.
Leżał
i patrzył, jak zbliżają się jego urodziny, rozmyślając smętnie, czy
Dursley'owie będą o nich pamiętać i zastanawiając się, gdzie może być teraz
nadawca listów.
Pięć
minut przed północą Harry usłyszał jakieś okropne trzaski. Miał nadzieję, że
sufit się nie zapadnie, chociaż z drugiej strony może byłoby mu cieplej, gdyby
tak się stało. Jeszcze cztery minuty. Może w domu na Privet Drive po ich
powrocie będzie tyle listów, że uda mu się jakoś skraść choć jeden?
-
Na pewno. - powiedział Colin.
Trzy
minuty. Czy to morze tak łomoce w skałę? I (dwie minuty) co to za dziwne
skrzypienie? Czyżby ta skała zapadała się w morze? Jeszcze jedna minuta i
będzie miał jedenaście lat. Trzydzieści sekund... dwadzieścia... dziesięć...
dziewięć... Może by tak obudzić Dudley'? Trzy... dwie... jedna.
BUUM.
-
Co się dzieje? - zapytał przerażony pierwszak z Hufflepuffu.
Cała
chatka zadygotała, a Harry poderwał się, wytrzeszczając oczy w ciemności. Ktoś
był na zewnątrz i najwyraźniej łomotał w drzwi.
-
Koniec rozdziału. - oświadczył Albus młodszy. - Kto chce czytać dalej? -
zapytał Gryfon.
-
To może ja cholibka będę czytał? - odpowiedział pytaniem na pytanie wesoło
Hagrid, a Harry zaczął się śmiać z tego, bo wiedział, co się wydarzy później.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz