- Ja chce czytać – odparła Olivia i zaczęła czytać.
Rozdział siódmy
Szlamy i szepty
Większość przełknęła ślinę.
W ciągu kilku następnych dni Harry chował się za każdym razem, kiedy z daleka zobaczył Gilderoy'a Lockharta idącego korytarzem. Trudniej było mu uniknąć spotkania z Colinem Creevey'em, który chyba nauczył się na pamięć jego rozkładu zajęć. Nic tak nie podniecało Colina, jak powiedzenie "Jak tam, Harry?"
Colin zarumienił się.
- No, taki byłem, taki byłem – stwierdził Colin, a teraz patrzył na Jessicę.
- Masz wielbiciela, Jessica – powiedziała Nicole do siostry, ale ta jej nie słuchała, tylko patrzyła się na Colina.
z sześć albo siedem razy na dzień i usłyszenie "Cześć, Colin" w odpowiedzi, udzielonej choćby najchłodniejszym tonem.
- Nie ładnie, braciszku! – skarciła jego zachowanie Jessica.
Hedwiga wciąż była obrażona na Harry'ego z powodu nieszczęsnej w skutkach podróży latającym samochodem. Różdżka Rona nadal działała bardzo kapryśnie, a już w piątek przed południem przeszła samą siebie, wyrywając mu się z ręki podczas lekcji zaklęć i uderzając starego profesora Flitwicka prosto między oczy, co spowodowało powstanie wielkiego zielonego siniaka.
- Przepraszam, profesorze! – uśmiechnął się Ron do Filiusa.
- Nic się nie stało – odpowiedział profesor.
Biorąc to wszystko pod uwagę, Harry powitał nadejście końca tygodnia z prawdziwą ulgą. On, Ron i Hermiona zamierzali wreszcie odwiedzić Hagrida. W sobotę rano Harry został jednak obudzony o nieprzyzwoicie wczesnej porze przez Olivera Wooda, kapitana drużyny Gryfonów.
- Olivier ty wiesz, że powinieneś leczyć się na głowę? – spytali Fred i George.
- Co się stało? – wymamrotał Harry, nie bardzo wiedząc, gdzie się znajduje.
- Trening! – zawołał dziarsko Wood – Wstawaj!
Drużyna Gryfonów jęknęła.
Harry zerknął w okno. Złotoróżowe niebo spowijała lekka mgiełka. Teraz kiedy już się obudził, nie był w stanie zrozumieć, jak mógł spać przy tym chóralnym wrzasku, jaki robiły ptaki.
- Oliver – zachrypiał – przecież dopiero świta.
- Zgadza się – przyznał uradowany Wood.
- Samanta, jakim cudem wyszłam za mąż za Oliviera? Nie mogę tego pojąć! – krzyknęła Katie.
- Z czasem się zakochałaś – odezwała się Samanta – i nie jest taki zły.
- Dziękuję, córeczko! - uśmiechnął się pan Wood.
Był wysokim, krzepkim szóstoklasistą, a w tym momencie oczy płonęły mu prawdziwie młodzieńczym entuzjazmem.
- To część naszego nowego programu szkoleniowego. Wstawaj, łap się za miotłę i idziemy. Żadna z drużyn nie zaczęła jeszcze treningów, a my w tym roku zamierzamy być najlepsi...
- Tym razem uda wam się – powiedział młodszy pan Potter.
Ziewając i lekko dygocąc, Harry zwlókł się z łóżka i zaczął się rozglądać za swoim strojem do quidditcha.
- Dobry chłopiec – pochwalił go Wood – Za piętnaście minut spotykamy się na boisku.
- Dobra – mruknął Harry.
Harry znalazł w końcu swoją szkarłatną szatę sportową, zarzucił płaszcz, bo wciąż trząsł się z zimna, napisał kilka słów do Rona z wyjaśnieniem, dokąd się udał, i zszedł do pokoju wspólnego ze swoim Nimbusem Dwa Tysiące na ramieniu. Właśnie dotarł do dziury za portretem, gdy usłyszał za sobą stukot kroków, a kiedy się odwrócił, zobaczył Colina Creevey'a.
- Pseudofan! – parsknęła śmiechem pani Potter.
- Może masz rację? Miałem świra na punkcję Harry'ego – mruknął Colin – Teraz mi trochę przeszło – powiedział, patrząc cały czas na Jessicę.
- Ty widzisz, jak Colin patrzy na Jessicę? – spytał Rogacz Lily.
- Tak chyba się zakochał – mruknęła Lily I – On to jeszcze nic. Spójrz, jak nasza córka patrzy na niego.
- Czuję, co się święci.
(co?)
Opętał ich zły duch.
(oo)
Dam głowę,
Że w tym naszym trio
Zostanie tylko dwóch.
(ee)
Ta noc karesom sprzyja.
Miłosny tchnęła czar.
W tej sytuacji romantycznej
Co będzie strach się bać.
Miłość rośnie wokół nas w spokojną jasną noc! Nareszcie świat zaczyna w zgodzie żyć. Magiczną czując moc.
Jak mam jej wyznać miłość? Jak wytłumaczyć mam? Kim jestem, co się stało? Nie wiem. Co robić nie wiem sam.
Jest tak zamknięty w sobie, lecz nie uwierzę, że nie będzie moim mężem skoro ma. Seksowny ton i gest.
Miłość rośnie wokół nas w spokojną jasną noc! Nareszcie świat zaczyna w zgodzie żyć. Magiczną czując moc.
Miłość rośnie wokół nas. Jej zapach jest tuż-tuż. Kochać to! Pokonać troski swe. Przetrwać pośród burz! – śpiewali Huncwoci 2.0, Teddy, Hugo, Frank i II Patrick. Jessica i Colin spalili buraka, a sala parsknęła śmiechem.
- WCALE, ŻE NIE! – ryknęli razem Jessica i Colin, oszukując samym siebie.
- Yhy – mruknęli prawie wszyscy.
schodzącego po spiralnych schodkach. Na szyi dyndał mu aparat fotograficzny, a w ręku coś ściskał.
- Usłyszałem, jak ktoś na schodach wypowiedział twoje imię, Harry! Zobacz, co tutaj mam! Wywołałem to i chciałem ci pokazać... – Harry spojrzał zdumiony na fotografię, którą Colin podetknął mu pod nos.
- Colinku, zrobisz mi sesję zdjęciową? – spytał Fred II z nadzieją w głosie.
- Sam nie wiem, ale jak zrobię Ci sesję zdjęciową, to przyznasz mi, że ja Ci się podobam, Jessie? – zapytał niewinnym głosem James II.
- Colin wcale mi się nie podobasz! – warknął Fred II.
- Yhy, ta, jasne – powiedzieli reszta chłopaków z przyszłości. Nicole i Denis ryknęli śmiechem, reszta tylko parsknęła śmiechem, a Jessica i Colin znowu spalili buraka.
Czarno-biały Lockhart ciągnął z całej siły rękę, w której Harry rozpoznał swoje własne ramię. Na szczęście, jego ruchoma fotograficzna podobizna stawiała dzielny opór i nie dała się wciągnąć w pole widzenia. Lockhart dał za wygraną i oparł się, dysząc ciężko, o białą krawędź fotografii.
- Podpiszesz mi? – zapytał błagalnie Colin.
- Nie – odpowiedział Harry, rozglądając się szybko, by sprawdzić, czy w pokoju przypadkiem kogoś nie ma – Wybacz mi, Colin, ale bardzo się spieszę... rozumiesz, trening quidditcha – I przelazł przez dziurę za portretem.
- Zakład, że pójdzie za nim? – spytał Teddy.
- Uau! Zaczekaj na mnie! Jeszcze nigdy nie widziałem gry w quidditcha! – krzyknął uradowany Colin i również przelazł przez dziurę.
- To będzie naprawdę nudne – powiedział szybko Harry, ale Colin był tak podniecony, że absolutnie się tym nie przejął.
- Oj, Creevey zakochałeś się w Potterze? – zapytał z drwiną Draco.
- Creevey jest gejem! – krzyknęli Goyle i Crabbe i zaczęli rechotać.
- Zaspokoisz Potterowi jego męskie potrzeby? – spytał Blaise.
- Nie jestem gejem! – zawołał Colin czerwony.
- Oj, daruj sobie Creevey. Jesteś gejem – oznajmił Teodor. Jessica podeszła do Colina i jakby nigdy nic usiadła mu na kolana i popatrzyła mu w oczy. Po chwili go pocałowała w usta.
- Awwwwwwww! – zawołały kobiety i dziewczyny wzruszone.
- To było widać – stwierdziła Ginny – Cieszysz się, że będziesz miał fana w rodzinie? – spytała Harry'ego.
- No spoko – mruknął powoli.
- Przyznaję się, że zakochałem się w tobie i podobasz mi się, od kiedy się tu pojawiłaś Jess – rzekł, kiedy oderwali się od siebie – I zależy mi na tobie.
- Mi na tobie też zależy i już nie mogę z tym walczyć. Mam...
- ...Motyle w brzuchu?
- Tak – odpowiedziała Jessica.
- Mam i to bardzo, kiedy patrze na Ciebie. Nigdy tak nie miałem – na co Jessica uśmiechnęła się szeroko.
- Oj, braciszku zakochałeś się! – zaśmiał się Denis.
- Zakochałem się – zgodził się z bratem – Jess...?
- Tak chce zostać twoją dziewczyną – powiedziała Jessica i przytulia się do niego – i oni mają rację, zakochałeś się w Potterze, bo ja nazywam się Potter, a ja zakochałam się w Creevey'u – Colin popatrzył na nich z góry.
- Twoja córka jest świetna, Rogacz! – zaśmiał się Łapa.
- Zostałeś najmłodszym reprezentantem domu w ciągu ostatnich stu lat, prawda, Harry? Powiedz! – trajkotał Colin, biegnąc u jego boku – Musisz być naprawdę dobry. Ja jeszcze nigdy nie latałem. Czy to trudne? To twoja miotła? Jest najlepsza ze wszystkich, prawda? – Harry nie wiedział, jak go się pozbyć. Czuł się tak, jakby miał wyjątkowo gadatliwy cień.
- Lubisz dużo gadać? – spytała Jessica rozbawiona.
- Wciąż nie mogę się połapać w zasadach quidditcha – paplał Colin – Czy to prawda, że są cztery piłki? A dwie z nich latają naokoło, starając się zwalić zawodników z mioteł?
- Tak – odrzekł zrezygnowany Harry – Nazywają się tłuczki.
- Colin, żeby być zięciem Rogacza musisz znać zasady quidditcha – powiedział rozbawiony Łapa.
- Właśnie, młody musisz znać zasady gry – zgodził się Rogacz – bo jak nie poznasz, nie pozwolę Ci umawiać się z moją córką.
- James! – warknęła na męża Lily I.
- Tato! – krzyknęła Jessica – Będę się z nim umawiać czy będzie znał zasady, czy nie! – warknęła na ojca.
- Dlatego się pytałem – odezwał się Colin – Tak na wszelki wypadek, gdy taki anioł przybędzie i rozjaśni moje serce – Sala popatrzyła po sobie.
- Och, Colin jesteś taki słodki – powiedziała Jessica, która teraz siedziała na jego kolanach i go przytuliła i pocałowała.
- Braciszku, nie wiedziałem, że z ciebie taki romantyk – rzekł Denis, który miał z brata ubaw, że ten wpadł już na całego.
- Szczerze sam się zdziwiłem – stwierdził Colin.
- W każdej drużynie jest dwóch pałkarzy, którzy mają pałki i odbijają atakujące tłuczki. Naszymi pałkarzami są Fred i George Weasley'owie.
Fred i George ukłonili się.
- A po co są pozostałe piłki? – zapytał Colin, potykając się i spadając z kilku schodków, bo przez cały czas wpatrywał się z otwartymi ustami w Harry'ego.
- No więc... kaflem... to ta duża czerwona piłka... zdobywa się punkty. W każdej drużynie jest trzech ścigających, którzy podają sobie kafla i starają się przerzucić go przez pętlę na szczycie słupka... Są trzy takie słupki na końcu boiska.
- Bardzo ładnie, Harry! – uśmiechnął się Oliver.
- A czwarta?...
- To złoty znicz... bardzo mała, bardzo szybka i bardzo trudna do złapania. Ją właśnie musi złapać szukający, bo gra toczy się, dopóki tego nie zrobi. A drużyna, której szukający złapie znicza, dostaje dodatkowe sto pięćdziesiąt punktów.
- I ty jesteś szukającym Gryfonów, prawda? – zapytał Colin, okropnie przejęty.
- Tak – odpowiedział Harry. Opuścili już zamek i szli przez mokrą od rosy łąkę – I jest jeszcze obrońca, który pilnuje tych słupków. To naprawdę wszystko, Colin.
- I mamy też najlepszych kibiców na świecie – dodał Ron.
Ale Colin nie przestawał zasypywać go pytaniami przez całą drogę i Harry pozbył się go dopiero przed drzwiami szatni.
- Pójdę sobie znaleźć najlepsze miejsce, Harry! – pisnął Colin i pobiegł w kierunku trybun.
- Och, to cudownie! – pisnął Draco.
Reszta drużyny Gryfonów była już w szatni. Jedyną osobą, która wyglądała na w pełni obudzoną, był Wood. Fred i George, z zapuchniętymi oczami i potarganymi włosami, siedzieli obok Alicji Spinnet z czwartej klasy, która kiwała się sennie na ławce.
- Bo była noc jeszcze! – jęknęli Fred, George i Alicja.
Naprzeciw nich ziewały okropnie dwie pozostałe ścigające, Katie Bell i Angelina Johnson.
- Och, Katie nie możesz tak się zachowywać w stosunku do swojego męża! – zadrwił Lee, a Katie mordowała go wzrokiem.
- O, przyszła pani kapitan również – dodali Fred i George.
- Byłaś kapitanem? – zapytał podniecony Rogacz.
- Tak, byłam! – wyszczerzyła się.
- Ja też! – krzyknął Rogacz.
- A kto jest teraz? – spytał Łapa.
- Dowiesz się – odpowiedzieli Angelina, Katie, Alicja, Ron, Ginny, Harry, Golin i Denis.
- No, jesteś wreszcie, Harry, co cię zatrzymało? – zapytał Wood rześkim tonem – Zanim wejdziemy na boisko, chcę z wami chwilę pogadać, bo przez całe lato pracowałem nad nowym programem szkoleniowym, który oznacza naprawdę duże zmiany...
- Jest jeszcze za wcześnie! – jęknęła cała drużyna.
Wskazał na tablicę z wielkim wykresem boiska do quidditcha, na którym aż roiło się od różnokolorowych linii, strzałek i krzyżyków. Wyjął różdżkę i stuknął nią w tablicę, a strzałki zaczęły wić się po wykresie jak gąsienice. Kiedy zaczął im wyjaśniać podstawy swojej nowej taktyki, głowa Freda Weasley'a opadła na ramię Alicji Spinnet i rozległo się głośne chrapanie.
Fred I wyszczerzył się.
Objaśnienie wykresu zajęło mu dwadzieścia minut, ale okazało się, że pod wykresem był następny, a pod nim jeszcze jeden. Harry siedział kompletnie otępiały, a Wood nudził niemiłosiernie, mówiąc monotonnym głosem i starając się być bardzo dokładnym.
- Widzisz, nawet Harry'ego zanudzasz, profesorku od taktyki – oznajmili Fred i George, a Wood prychnął.
- To by było na tyle – powiedział w końcu dziarskim tonem, wyrywając Harry'ego z sennych marzeń, w których przeniósł się do Wielkiej Sali i właśnie zabierał się do śniadania – Wszystko jasne? Są jakieś pytania?
- Ja mam pytanie – odezwał się George, który podniósł rękę do góry, jak zadaje się pytanie na lekcji – Dlaczego nie powiedziałeś nam tego wszystkiego wczoraj, kiedy nie spaliśmy? – Większość parsknęła śmiechem. Oliver mordował go wzrokiem, a ten uśmiech miał szeroki uśmiech.
- Ja mam pytanie – odezwał się George, również wyrwany z drzemki – Dlaczego nie powiedziałeś nam tego wszystkiego wczoraj, kiedy nie spaliśmy?
Sala wybuchła śmiechem.
Wood nie był zachwycony tym pytaniem.
- Posłuchajcie mnie, parszywe lenie – powiedział, obrzucając ich płomiennym spojrzeniem – Powinniśmy zdobyć puchar w zeszłym roku. Byliśmy najlepszą drużyną. Niestety, na skutek okoliczności, na które nie mieliśmy wpływu...
- Sorry, Oliver – mruknął Harry.
Harry wyprostował się z miną winowajcy. Podczas ostatniego, decydującego meczu ubiegłego roku leżał nieprzytomny w szpitalu, co oznaczało, że Gryfoni byli pozbawieni jednego zawodnika i ponieśli najcięższą od trzystu lat porażkę. Wood przerwał na chwilę, aby się opanować. Ta ostatnia porażka wciąż go dręczyła.
- To nie jest twoja wina, Harry – powiedział Oliver.
- Więc w tym roku będziemy trenować do upadłego, tak jak jeszcze nigdy nie trenowaliśmy... No dobra, idziemy przełożyć teorię na praktykę! – krzyknął, chwytając swoją miotłę i wychodząc z szatni. Drużyna powlokła się za nim, wciąż ziewając. Byli w szatni tak długo, że słońce zdążyło już wznieść się nad horyzont, ale strzępy mgły jeszcze unosiły się nad stadionem. Harry zobaczył Rona i Hermionę na pustych trybunach.
- Jeszcze nie skończyliście? – zawołał Ron z niedowierzaniem.
- Profesor od taktyki musiał się wygadać – odrzekła Katie.
- Nawet nie zaczęliśmy! – odpowiedział Harry, patrząc zazdrośnie na tosty z dżemem, które Ron i Hermiona przynieśli sobie z Wielkiej Sali. - Wood uczył nas nowej taktyki – Dosiadł swojej miotły, odbił się od ziemi i wystrzelił w powietrze. Chłodne powietrze uderzyło go w twarz, rozbudzając o wiele skuteczniej niż przemowy Wooda. Cudownie było znaleźć się znowu na quidditchowym boisku. Pomknął nad stadionem z pełną szybkością, ścigając Freda i George'a.
- Co tak dziwnie klika? – zapytał Fred, kiedy spotkali się w rogu boiska.
Harry spojrzał na trybuny. W najwyższym rzędzie siedział Colin z podniesionym aparatem, robiąc zdjęcie za zdjęciem. Klikanie migawki odbijało się echem po pustym stadionie.
- Harry, popatrz w moją stronę! – krzyknął przenikliwym głosem.
- Kto to jest? – zapytał Fred.
- Fred, Fred, Fred – mówił George, kręcąc głową jak Lockhart – To szwagier Harry'ego! Nie wiedziałeś, że jego siostra Jessica ma chłopaka i chodzi z mim. Chyba mu na imię Colin.
- A, ten Colin! – przypomniał sobie Fred I – A Colin Creevey. Uuuu, Harry będziesz miał fana w rodzinie, nie zazdroszczę! – Colin, Harry i Jessica spalili buraka. Większość ludzi wybuchła śmiechem.
- Najpierw Ginny, później Colin, nie zapominając o Zgredku – wymieniał Lee i cała trójka miała banan na twarzy.
- Nie mam pojęcia – skłamał Harry, nabierając nagle szybkości, byle tylko znaleźć się jak najdalej od Colina.
- Jak to, nie masz pojęcia? To twój przyszły szwagier, Harry! – krzyknął Ron, rozbawiony, a Potter mordował go wzrokiem, a niektórzy mieli z tego niezły ubaw.
- Co się dzieje? – zapytał Wood, podlatując do nich i marszcząc czoło – Dlaczego ten pierwszoroczniak robi zdjęcia? Nie podoba mi się to. Może to szpieg Ślizgonów, który chce poznać naszą nową taktykę?
- Jestem Gryffindorze, Wood – warknął Creevey.
- On jest z Gryffindoru – odpowiedział szybko Harry.
- A Ślizgoni wcale nie muszą mieć szpiega – dodał George.
- Skąd ci to przyszło do głowy?
- Bo sami tutaj są – odrzekł George, wskazując ręką. Na boisko wkraczała grupa postaci w zielonych szatach, każda z miotłą w garści.
- No nie, to chyba jakiś głupi dowcip! – krzyknął Wood – Przecież to ja zamówiłem boisko na dzisiaj! Zaraz to wyjaśnimy!
- Wyczułam kłopoty – oznajmił Teddy, naśladując mistyczny głos.
Poszybował ku ziemi, ze złości lądując nieco zbyt gwałtownie. Harry, Fred i George wylądowali obok niego.
- Flint! – ryknął Wood do kapitana Ślizgonów – To nasz czas treningu! Dostaliśmy specjalne pozwolenie! Zjeżdżajcie stąd! – Marcus Flint był jeszcze wyższy od Wooda.
- Tu jest dużo miejsca, Wood – odpowiedział z chytrym uśmieszkiem trolla – Pomieścimy się.
- Może trzeba mu napisać, że powinien iść do ortodonty? – spytał James II Mugolacy i półkrwi parsknęli śmiechem.
Nadleciały Angelina, Alicja i Katie. W drużynie Ślizgonów nie było dziewczyn. Stali ramię w ramię naprzeciw Gryfonów, zerkając na swojego szefa.
- Ale to ja wynająłem boisko! – krzyknął Wood, pryskając śliną ze złości – Zamówiłem je!
- Fuj, Oliver/wuje/tato! – skrzywiły się dziewczyny.
- Tak? A ja mam tutaj specjalne pisemko, podpisane przez profesora Snape'a. Proszę:
Ja, profesor S. Snape, udzielam Ślizgonom pozwolenia na trenowanie w dniu dzisiejszym na boisku quidditcha, ze względu na konieczność przećwiczenia ich nowego szukającego.
- Kto jest nowym szukającym Ślizgonów? – spytał Rogacz.
- A jak myślisz Potter! – zadrwił Draco.
- Dla Ciebie to pan Potter! – warknął Rogacz.
- Macie nowego szukającego? – zdumiał się Wood – Kogo? – I oto zza pleców sześciu wielkich chłopców wyszedł siódmy, mniejszy, z głupawym uśmiechem na bladej, odpychającej twarzy. Był to Draco Malfoy.
- To mój Dracuś! – zawołała Pansy.
- To mój Dracula! – przedrzeźniał Scorpius Pansy.
- Zamknij się, bachorze! – warknęła Pansy.
- A co, naszczekasz na mnie, Pansy, morsie jeden! – zadrwił Scorpius. Większość ludzi parsknęła śmiechem.
- Dla Ciebie pani Pansy albo pani Parkinson! – krzyknęła Pansy.
- Jak ty się odzywasz do Pansy! – krzyknął Lucek – Twoja głupia matka nie nauczyła Cię szacunku do Pansy? Ona jest w Slytherinie!
- Nie było mnie na tej lekcji, chyba wtedy byłem chory albo zaspałem. To tak dawno było, że nie pamiętam – stwierdził Scorpius – A nie, byłem zajęty czymś innym, a od mojej mamy to się odwal, bo jest najlepsza, a ty jesteś idiotą. Byłeś, jesteś i będziesz idiotą! – Lucek zrobił się czerwony.
- Jesteś synem Lucjusza Malfoya? – zapytał Fred, patrząc na niego z odrazą.
- To śmieszne, że wspomniałeś akurat o ojcu Malfoy'a – rzekł Flint, a członkowie drużyny Ślizgonów uśmiechnęli się zjadliwie – Zobacz, jak wspaniałomyślnie wyposażył naszą drużynę.
- Wkupiłeś się, Malfoy? – spytała słodkim głosem Rose – A ty przypadkiem nie masz małego?
- Nikt Cię nie pytał – zaczął Draco – Weasley! – zawołał Draco.
Cała siódemka wyciągnęła swoje miotły. Siedem wypolerowanych, nowiutkich rączek, każda z rzędem złotych liter układających się w słowa: NIMBUS DWA TYSIĄCE JEDEN, zabłysło w porannym słońcu przed oczami oniemiałych Gryfonów.
- Najnowszy model – wyjaśnił Flint niedbale, strzepując pyłek ze swojej miotły – Wypuścili go w ubiegłym miesiącu. Podobno przewyższa Nimbusa Dwa Tysiące pod wieloma względami. A jeśli chodzi o stare Zmiataczki – uśmiechnął się złośliwie do Freda i George'a, z których każdy trzymał Zmiataczkę Numer Pięć – to przy nim nadają się tylko do zamiatania boiska.
- Z Ciebie taki szukający, jak ze mnie balerina, Malfoy – stwierdził Harry.
Gryfonów zatkało. Przez chwilę nikomu nie przychodziła do głowy żadna godna odpowiedź. Malfoy uśmiechał się tak szeroko, że jego zimne oczy zamieniły się w szparki.
- O, popatrzcie – powiedział Flint – Jakaś inwazja, czy co? – Ron i Hermiona szli ku nim przez trawnik, żeby zobaczyć, co się dzieje.
Draco nieco zbladł.
- Co się stało? – zapytał Ron Harry'ego – Dlaczego nie ćwiczycie? I co on tutaj robi? – Patrzył na Malfoy'a, wkładającego zieloną szatę.
- Jestem nowym szukającym Ślizgonów, Weasley – oświadczył Malfoy, wyraźnie bardzo z siebie zadowolony – Wszyscy zachwycają się miotłami, które mój ojciec kupił dla całej drużyny – Ron otworzył usta i wybałuszył oczy, widząc siedem wspaniałych mioteł – Niezłe, co? – rzucił niedbale Malfoy – Może sypniecie złotem i kupicie sobie takie same? W każdym razie tych Zmiataczek już dawno powinniście się pozbyć. Myślę, że jakieś muzeum chętnie by je przyjęło – Drużyna Ślizgonów ryknęła śmiechem.
- Żaden z członków drużyny Gryfonów nie musiał się do niej wkupywać – powiedziała z pogardą Hermiona – U nas liczy się talent – Malfoy siedział już spietrany.
- Ale przynajmniej żaden członek drużyny Gryfonów nie musiał się do niej wkupywać – powiedziała z pogardą Hermiona – Każdy po prostu miał talent – Zadowolona mina Malfoy'a nieco zrzedła.
- Nikt cię nie pytał o zdanie, ty nędzna szlamo – warknął.
Wszystkim opadły szczęki.
- Jak śmiesz ty nędzna kupo gówna! – warknęła Lily i już miały go strzelić klątwami, ale Scorpius krzyknął:
- Uspokójcie się!
- Ale on obraził mugolaka, czyli też mnie! – krzyknęła Lily, patrząc na niego z niedowierzaniem. Scorpius Malfoy podszedł do ojca. Draco myślał, że przybije z nim piątkę, a on z całej siły przywalił mu w nos, że został złamany. Jęknął z bólu. Z nosa leciała krew. Uczniom i nauczycielom oraz dorosłym opadły szczęki. Przyciągnął go do siebie i wycedził jadowitym głosem.
- Jeszcze raz obrazisz moją teściową, to nie będę taki miłosierny i zakopie Cię w trumnie i nikt twoich jęków pomocy nie usłyszy!
- Teściowa?! – zawołał Ron – On Cię nazwał "teściowa", Hermiona?!
- Słyszałam – powiedziała zszokowania Hermiona – To by oznaczało...
- Tak, mamo, wyszłam za Scorpiusa – oznajmiła Rose.
- Jak śmiałeś zdradzić swój ród, bachorze!
- I masz jakiś problem?
- Spokojnie Lucek, bo się zapowietrzysz – wtrącił się Sebastian – Ja myślę, że wiem, jakie są twoje problemy. Nie możesz się pogodzić, że nie potrafisz już zaspokoić potrzeb Narcyzy i dlatego jesteś wściekły – Lucek był czerwony, a Narcyza patrzyła tak, jakby Sebastian miał rację. Lucek upokorzony, warknął. Po chwili powiedział na lekkim ludzie, ale spokojnie:
- Nie będę się z tobą bił – Jednak Lucek sprowokowany chciał. Szybkim ruchem chciał go uderzyć, ale Sebastian zorientował się, więc chwycił jego pięść swoją dłonią, blokując cios.
- No dobra, niestety zmieniłem zdanie – wykręcił mu rękę z taką siłą, że wylądował fikołkiem na podłodze. Goyle, Crabbe, Blaise i Teodor zaatakowali go. Sebastian pchnął pobliskie krzesło i kopnął go w stronę goryli Malfoy'a. Ciągle był atakowany, więc nie mając wyboru przeskoczył i kopnął tak mocno, że wylądował na tym krześle i razem z nim wylądował na podłodze. Teodor i Zabini rzucili się na Seba, a ten kopnął ich w brzuchy. Ci atakowali go zaciekle, a ten się bronił. Uderzył Blaise'a w kostkę i ten upadł na podłogę. Potem wskoczył na długi stół, a Goyle rzucił się na nie, a ten przeleciał przez całą jego długość, strącając wszystko, co było na jego drodze. Skończył na podłodze. Sebastian popatrzył się na Molly, a ona mu pomachała. Ten uśmiechnął się szeroko do niej, a ta dała mu buziaka z daleka. Robiąc wywrotkę wokół własnej osi, zeskoczył. Blaise zaatakował, chcąc go uderzyć pięścią, ale ten zrobił unik. Chwycił za jego ramię i rzucił z obrotu na stół, że aż Ślizgon się przewrócił, gdzie leżał deser. Twarz Blaise'a wylądowała w misce deseru. Sebastian spytał: – I co, deser smakuje? – w ostatniej chwili zorientował się, że Teodor chce go zaatakować od tyłu. Użył ciała Blaise'a jako tarczy, by nie dostać. Następnie znowu go kopnął, używając do tego nogi chłopaka. Rzucił nim tak mocno, że głową został wrzucony do kosza i stanął bez rąk. Seba zobaczył kilka bułek z nadzieniem truskawkowym, więc by uniknąć dalszych konfrontacji na pięści, uderzył nogą talerz, tak że bułki wzniosły się w powietrze i po jednym kopnięciu (a było ich trzy) rzucił Teodora. Każda z nich poleciał w inną część twarzy (oczy i usta). Popatrzył się na Crabbe'a, Goyle'a i Blaise'a, a ci uciekli z podkulonym ogonem. Sala patrzyła na Sebastiana z otwartą szczęką i wielkimi oczami, a Molly II jakby nic, pocałowała go w usta namiętnie.
- Kochanie, byłeś niesamowity!
- A, e tam to nic takiego – mruknął zarumieniony.
- Tyle czasu żyje na tym świecie, ale czegoś takiego to jeszcze nie widziałam – oznajmiła oniemiała Minne.
- Percy twój zięć był niesamowity – stwierdzili Fred i George. Molly zorientowała się, że Lucek niebezpiecznie się zbliża podparła się na Sebastianie i kopnęła Lucka, że wylądował poza Wielką Salą, krzycząc:
- AAAAAA!! – Sebastian popatrzył na Molly, a ta uśmiechnęła się do niego szeroko.
- No, kochanie niezły kop.
- Poczuj na sobie siłę lwów – powiedział Louis.
- Uczyłam się od samego senseya.
- Wiedziałem, że masz wielki talent.
- Byłam twoją pierwszą uczennicą, mężu – Scorpius podszedł do Hermiony i Rona i uśmiechnął się.
- Ja ją naprawdę kocham. Waszą córkę. Nie jestem jak dziadek i ojciec, mam charakter mamy, tylko wyglądam jak ojciec.
- Znam ten ból – powiedział Harry.
- Scorpius mówi prawdę. Oni na siebie patrzą tak słodko, że wolę wyjść i poczekać aż skończą – oznajmił Hugo i wyszczerzył się do siostry.
- Hugo! – warknęła Rose na brata.
- Córeczko jesteś szczęśliwa? – spytała Hermiona Rose, przytulając ją do siebie.
- Tak mamusiu, jestem bardzo szczęśliwa – odpowiedziała Rose i popatrzyła na ojca – Tato?
- Chodź tu do mnie – oznajmił Ron i przytulił ją do siebie.
- A jeżeli chodzi o Ciebie, Scorpiusie – oznajmiła Hermiona – Opiekuj się naszą córeczką – i go przytuliła.
- Oczywiście, mamo – mruknął Scorpius do Hermiony i ta przytuliła go jeszcze bardziej – Mamo, proszę Cię, możesz troskę rozluźnić uchwyt? Dusisz mnie tak, jak babcia Molly!
- Przepraszam, Scorpius – mruknęła Hermiona.
- Nic nie szkodzi, mamo – powiedział Scorpius. Scorpius popatrzył na Rona, a ten wyciągnął rękę. Scorpius ją przyjął – Ale umiesz grać w szachy?
- Umiem. Czasem sobie gramy – odpowiedział Scorpius – i nie lubię pająków.
- Są takie obrzydliwe – potwierdził Ron.
- Maja za dużo nóg – wtórował Scorpius.
- I dużo oczów – dodał Ron. Astoria otrząsnęła, żeby Scorpius i Rose zwrócili na nią uwagę.
- Scorpius, może przedstawisz mnie swojej dziewczynie?
- Jasne. To jest Rose, moja żona. Rose to moja mama.
- Miło Cię poznać – oznajmiła Rose do Astorii i uśmiechnęła się.
- To wszystko wina tej dziewuchy... – zaczął Lucek i wskazał na Astorię, który wciąż nie mógł się pogodzić, że jego wnuk ożenił się z wnuczką zdrajcy krwi.
- Jeszcze Ci mało? Chyba że chcesz wylądować w mungu. Jak chcesz, mogę Ci to załatwić – wysyczała Rose, stanąwszy za plecami Astorii, jakby miała ją bronić – Nie zrobisz mojej teściowej krzywdy, zrozumiałeś czy mam Ci to pokazać! – warknęła Rose.
- Ty mała nie okaże ci ani tej dziewusze litości! – warknął Lucek.
- Ale wiesz, że nie masz z nami szans – powiedziała Emilly.
- PETRYFIKUS TOTALUS! EXPELLIARMUS! – ryknęły dziewczyny z przyszłości. Siła uderzenia była tak duża, że Lucek ponownie wyleciał z Wielkiej Sali.
- A ty w tej chwili błagaj o litość! – warknęła Rose w stronę Draco – I przepraszaj na kolanach moją mamę, że nazwałaś ją tym słowem albo skończysz jak on! – Draco stał z przerażonym wzrokiem.
- Czekam! – warknęła Emilly – Twoi goryle, twój ojczulek, twoi kumple już dostali nauczkę. Skoro chcesz do nich dołączyć, to proszę bardzo.
- Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden – wyliczała Rose – PETRYFIKUS TOTALUS! - ryknęła Rose i strzeliła w Draco zaklęciem.
- Panno Weasley! – krzyknął starszy Severus wściekły – Jaką miałaś czelność uderzysz zaklęciem mojego ucznia. Minus 50 punktów dla Gryffindoru!
- To pierwsze nazywam się pani Malfoy. Po drugie nie możesz odejmować mi punktów, bo ja już skończyłam szkołę. Po trzecie chciałam okazać mu litość, a on nawet nie powiedział "przepraszam". Po czwarte ty nic nie zrobiłeś, że twój zasrany uczeń obraził mugolaka, a po piąte jesteś idiotą i kretynem. Umyj te swoje włosy i przestań wreszcie obrażać moich rodziców i wujka Harry'ego. Sam nie jesteś lepszy. Po szóste mam ochotę Cię strzelić w mordę.
- Po siódme chcesz dostać w twarz, w jaja, czy w twarz i jaja? – dodała Emilly – i okaż trochę szacunku im.
- Jesteście bezczelne dziewuchy! – warknął starszy Severus. Ale Rose już go nie słuchała, tylko odwróciła się do Astorii, a ta zapytała syna:
- Jesteś szczęśliwy?
- Bardzo – odpowiedział Scorpius – Rose, jest świetną dziewczyną. Oczywiście, jak każde rude ma rudę furię.
- Potwierdzam – wtrącił się Hugo – Moja siostra da mu czasem popalić, a ja mam z tego niezły ubaw.
- Żebym ja Ci nie dała popalić, braciszku.
- Rose chciałaś mnie obrobić, ale przecież jestem w Slytherinie... – zaczęła Astoria.
- Jesteś moją druga mama, bo urodziłaś mojego męża – oznajmiła Rose – i będę Cię chroniła i bronić, mamo – przytuliła ją mocno do siebie, a ta następnie uśmiechnęła się. Teraz i ona przytuliła Rose. Kiedy wyciągnęli z kosza Blaise'a i doprowadzili do porządku resztę, zaczęli dalej czytać.
Harry poznał od razu, że Malfoy powiedział coś wstrętnego, bo po jego słowach zakotłowało się, Flint rzucił się, by go zasłonić przed atakiem Freda i George'a, Alicja krzyknęła: "Jak śmiesz!", a Ron pogrzebał w fałdach szaty, wyszarpnął różdżkę, wrzasnął: "Zapłacisz mi za to, Malfoy!" i pod łokciem Flinta wymierzył nią w twarz Malfoy'a.
Ron aż się skrzywił, a Hermiona pocałowała go w usta i się wtuliła, a on ją objął.
Donośny huk odbił się echem po stadionie, z końca różdżki wystrzelił strumień zielonego ognia, ugodził Rona w żołądek i przewrócił na trawę.
- Ron! Ron! Nic ci się nie stało? – zapiszczała Hermiona.
- Chciałeś mnie obronić. Już drugi raz ratujesz mi życie, kochanie – oznajmiła Hermiona – Chce być twoją żoną jak najszybciej!
- Jej! Będzie wesele – ucieszyła się Rose.
Ron otworzył usta, ale nie wyszło z nich ani jedno słowo. Zamiast tego beknął potężnie i z ust wypadło mu na podołek kilkanaście ślimaków.
Większość Ślizgonów oraz nie przyjaciele ryknęli śmiechem.
Drużynę Ślizgonów sparaliżowało ze śmiechu. Flint, zgięty wpół, wspierał się na miotle, żeby nie upaść. Malfoy klęczał, bijąc pięścią w ziemię. Gryfoni zgromadzili się wokół Rona, który wciąż wymiotował wielkimi, obślizgłymi ślimakami. Nikt jakoś nie chciał go dotknąć.
- Zaprowadźmy go lepiej do Hagrida, to najbliżej – powiedział Harry do Hermiony, która kiwnęła odważnie głową i oboje podnieśli Rona na nogi, ciągnąc go za ręce.
- Będzie trójkącik? – spytał z drwiną Zachary. Luna z całej siły przywaliła Zachariaszowi z liścia w twarz.
- Co się stało, Harry? Co się stało? Czy on jest chory? Ale go uleczysz, prawda? – To Colin zbiegł z trybuny i teraz tańczył wokół nich, kiedy opuszczali stadion.
- Wiem, byłem świrem – mruknął Colin.
Ron zaczerpnął ze świstem powietrza i zwrócił nową porcją ślimaków.
- Ooooch – powiedział Colin i uniósł aparat – Harry, czy możesz go na chwilę potrzymać, żeby się nie ruszał?
- No co? Miałem 11 lat! – zawołał Colin – Byłem podniecony Hogwartem!
- Och Colin! – chichotała Jessica.
- Zjeżdżaj, Colin! – krzyknął Harry ze złością. Udało im się jakoś wyprowadzić Rona ze stadionu. Przeszli przez łąki i dotarli na skraj lasu.
- Trzymaj się, Ron, to już blisko – powiedziała Hermiona, kiedy zobaczyli chatkę gajowego – Zaraz ci wszystko przejdzie... już prawie jesteśmy...
- Do Hagrida szybko! – zawołała Molly I.
- Mamo to nie było takie proste. Był ktoś, kto nas bardzo, ale to bardzo irytował – oznajmił Harry.
- Nie mówcie, że ten imbecyl! – jęknęła Alicja I.
- Niestety, ale tak Ciociu Alicjo – rzekła Hermiona.
- Po prostu go zabije! – warknął Łapa.
Byli o jakieś dwadzieścia stóp od chatki, kiedy otworzyły się frontowe drzwi, ale nie pojawił się w nich Hagrid. Osobą, która wyszła z jego domu, był Gilderoy Lockhart, dziś wystrojony w szatę o barwie bardzo bladego fioletu.
- On w ogóle nie czuje mody! – skrzywiła się Victoire.
- Powinien iść do Azkabanu za brak gustu – stwierdziła Domique.
- Szybko, tutaj – syknął Harry, ciągnąc Rona za pobliski krzak. Hermiona schowała się również, choć zrobiła to z pewnym oporem.
- To bardzo proste, trzeba tylko wiedzieć, co robić! – mówił Lockhart do Hagrida – Jak będziesz potrzebował pomocy, wiesz, gdzie mnie znaleźć! Przyślę ci moją książkę... Jestem zaskoczony, że dotąd jej nie masz. Jeszcze dziś podpiszę i przyślę ci egzemplarz. Do widzenia!
- On powinien się leczyć na głowę. On już dawno stał się świrem – powiedziała Marlene.
I pomaszerował dziarsko w stronę zamku. Harry odczekał, aż Lockhart zniknie, a potem wyciągnął Rona z zarośli i podprowadził do chatki. Zapukali natarczywie do drzwi. Hagrid otworzył natychmiast. Minę miał ponurą, ale uśmiech rozjaśnił mu twarz, kiedy zobaczył, kto go odwiedza.
- Myślałem, że to ten czubek – rzekł Hagrid.
- Tak se nieraz myślałem, kiedy przyjdziecie do starego Hagrida... Wchodźcie, wchodźcie... A już się bałem, że wrócił ten ważniak – Harry i Hermiona przepchnęli Rona przez próg. Chatka miała tylko jedną izbę z ogromnym łożem w jednym rogu i wesoło trzaskającym kominkiem w drugim. Harry umieścił Rona w fotelu i wyjaśnił, co mu się stało. Hagrid nie wydawał się tym zbytnio przejęty.
- Dzięki Hagrid! – prychnął Ron.
- Lepiej je zrzucać, niż łykać – oświadczył wesołym tonem, stawiając przed Ronem wielką miedzianą miednicę – No, dalej, Ron, zrzuć je wszystkie.
- Chyba nie pozostaje nam nic innego, jak czekać, aż przestanie – powiedziała z niepokojem Hermiona, patrząc, jak Ron pochyla się nad miednicą – To dość trudne zaklęcie i czasami bardzo się przydaje, ale kiedy się ma złamaną różdżkę...
- Ale wy słodko wyglądacie Ronuś i Mionka! – krzyknęli przesadnie szczęśliwi Fred i George.
Hagrid krzątał się, przygotowując im herbatę. Jego brytan Kieł zdążył już porządnie obślinić Harry'ego.
- Hagridzie, czego od ciebie chciał Lockhart? – zapytał Harry, drapiąc Kła za uszami.
- Doradzał mi, jak się pozbyć wodorostów ze studni – odpowiedział Hagrid swoim dudniącym głosem, zdejmując z wyszorowanego do szarości stołu na pół oskubanego koguta i stawiając na nim dzbanek z herbatą – Jakbym sam nie wiedział.
- A nie przyszło Ci to głowy, żeby go tam wrzucić – powiedział starszy Remus, czym zaskoczył większość zgromadzonych.
I wciąż mi gadał o jakiejś zjawie, którą przepędził. Cholibka, jeśli choć jedno słowo z tego, co mówił, jest prawdą, to ja jestem hrabią!
- Ty jesteś hrabia, a twoja dziewczyna jest hrabiną – oznajmiła Lily II.
- Hagrid jak ma na imię twoja dziewczyna?! – krzyknął podniecony Łapa.
Hagrid nigdy nie wyrażał się źle o profesorach Hogwartu, więc Harry spojrzał na niego zaskoczony. Natomiast Hermiona odchrząknęła i powiedziała podniesionym głosem:
- Myślę, że jesteś trochę niesprawiedliwy. Profesor Dumbledore uznał go za najlepszego kandydata na to stanowisko i...
- Był jedynym kandydatem na to stanowisko, Hermiono – powiedział Harry.
- Był jedynym kandydatem na to stanowisko – mruknął Hagrid, stawiając przed nimi talerz krajanki z melasy, podczas gdy Ron krztusił się i kaszlał z głową w miednicy – Jednym jedynym, ot co. Bo, widzicie, trudno znaleźć speca od czarnej magii. Ludzie jakoś się do tego nie palą. Mówią, że to przynosi pecha. Na tej posadzie jeszcze nikt miejsca nie zagrzał.
- Dlaczego? – spytał Horacy.
- Podobno ciąży na tej posadzie klątwa – odparła Lucy – Została zdjęta 2 maja 1998 roku.
- Z jakiego powodu? - zaciekawił się dyrektor.
- A jak myślisz, Dropsie? – burknęła Lily. Mężczyzna przez chwilę się zastanawiał, a potem mu coś kliknęło w głowie.
- Mam rozumieć, że on został...?
- Tak, ale nie będziemy obierać w szczegóły – dodał James II.
Ale powiedzcie mi – wskazał głową na Rona – kogo on próbował przekląć?
- Malfoy jakoś nazwał Hermionę. Musiało to być naprawdę wstrętne słowo, bo wszyscy dostali szału.
- Bo było wstrętne – odezwał się Ron ochrypłym głosem, ukazując nad stołem bladą i spoconą twarz – Malfoy nazwał ją szlamą...
- Mówi Ci to coś, Snape!? – warknęła Lily w stronę Severusa.
I dał znowu nurka pod stół, wyrzucając z siebie nową porcję ślimaków. Hagrid osłupiał z oburzenia.
- O żesz ty! Nie może być! – ryknął, patrząc na Hermionę.
- Tak, zrobił to – powiedziała – Nie bardzo wiem, co to znaczy... Oczywiście zabrzmiało to okropnie chamsko... ale ta "szlama"...
- To najbardziej obraźliwe określenie, jakie mogło przyjść mu do głowy – oznajmił Ron, przytulając Hermionę.
- W tej chwili masz przeprosić moją mamę, Malfoy albo nie będę dla Ciebie taki miłosierny – wycedził Hugo – Wiesz, co potrafię.
- To najbardziej obraźliwe określenie, jakie mogło przyjść mu do głowy – wydyszał Ron, pokazując się nad stołem – Tak się mówi o kimś, kto ma rodziców mugoli... no wiecie, kto urodził się w niemagicznej rodzinie. Że jest szlamowatej krwi. Niektórzy czarodzieje... na przykład rodzina Malfoy'a... uważają się za lepszych od innych, bo są, jak to się mówi, czarodziejami "czystej krwi".
- Jesteśmy lepsi niż wy szlamy! – ryknęli Crabbe i Goyle.
- Levicorpus! – krzyknął Hugo, a Goyle i Crabbe wisieli do góry nogami.
- Puść mnie! - zawołali wściekli.
- Panowie Crabbe i Goyle odejmuję wam po 100 punktów. Nie mam litości dla rasizmu! – zawołała Minne. Dom Slytherinu patrzył jadowitym wzrokiem na goryli Malfoy'a, a Hugo ich puścił, a ci wylądowali na podłodze z bolącymi tyłkami.
Odbiło mu się lekko i jeden mały ślimaczek wylądował na jego wyciągniętej dłoni. Wrzucił go do miednicy i ciągnął dalej:
- Oczywiście reszta nas wie, że to nie ma żadnego znaczenia. Wystarczy spojrzeć na Neville'a Longbottoma... jest czarodziejem czystej krwi, a nie potrafi ustawić kociołka we właściwy sposób.
- Dzięki, Ron! – prychnął Neville.
- Nie jesteś orłem z eliksirów – mruknął Ron.
- I jeszcze nie wynaleźli takiego zaklęcia, któremu by nie dała rady Hermiona – powiedział z dumą Hagrid, na co twarz Hermiony powlekła się delikatnym odcieniem karmazynu.
- To wstrętne, przezywać kogoś – rzekł Ron, ocierając czoło rękawem – Brudnej krwi. Pospolitej krwi. Szlamowatej krwi. To jakieś wariactwo. Przecież dzisiaj większość czarodziejów to mieszańcy. Gdybyśmy nie żenili się z mugolami, już dawno byśmy wymarli – Jęknął i znowu zniknął pod stołem.
- Ron ma rację – wyszeptała Hermiona.
- Wcale cię nie potępiam za to, że chciałeś go nafaszerować ślimakami, Ron – oznajmił Hagrid donośnym głosem, żeby zagłuszyć bębnienie ślimaków wpadających do miedzianej miednicy – Ale może to i dobrze, że twoja różdżka odpaliła do tyłu. Lucjusz Malfoy jak nic wparadowałby do szkoły, gdybyś miotnął zaklęciem w jego syna.
- Roszpunka nie miałby czasu, bo musi pielęgnować swoje białe włosy – stwierdził James II.
A tak przynajmniej nie macie kłopotów na głowie – Harry chciał powiedzieć, że kłopoty to nic w porównaniu z lawiną ślimaków wylatującą z ust, ale nie mógł, bo krajanka Hagrida skleiła mu szczęki – Harry – powiedział nagle Hagrid, jakby jakaś myśl wpadła mu do głowy – ja to mam szczęście, że cię poznałem. Słyszałem, że rozdajesz swoje zdjęcia z autografem. Mógłbym dostać jedno?
- Bardzo śmieszne! – burknął Harry, spojrzawszy na półolbrzyma.
Harry tak się wściekł, że zdołał rozewrzeć szczęki.
- Nie rozdaję żadnych zdjęć z autografem – zaprzeczył ze złością – To ten Lockhart opowiada jakieś głupoty... – I urwał, bo zobaczył, że Hagrid trzęsie się ze śmiechu.
- Ale z Ciebie jest Huncwot, Hagridzie! – parksnął śmiechem Łapa.
- Tylko żartowałem – powiedział olbrzym, klepiąc go po plecach, co spowodowało, że Harry ugodził nosem w stół – Przecież wiem, że nie jesteś taki. Powiedziałem Lockhartowi, że nie musisz. Jesteś sławniejszy od niego, choć wcale się o to nie starasz.
- I jedna taka rudowłosa piękność z piegami i brązowymi oczami jest w tobie na maksa zakochana – stwierdził Hagrid.
- Hagrid, bo nad Potterami ciąży klątwa, rudowłosa klątwa – oznajmił James II.
- Na czym ona polega? – spytał Harry.
- Siedzi Ci na kolanach, tato – odezwał się Albus II, pokazując na Ginny.
- POTTEROWIE TO POTĘŻNI CZARODZIEJE I TYLKO PRAWDZIWE RUDOWŁOSE KOBIETY SĄ GODNE, ABY BYŁY ICH ŻONAMI – powiedział mistycznym głosem James II.
- Na pewno to wymyśliłeś teraz! – warknęła Cho.
- Znaleźliśmy to w szkole – odparowała Lily II – Nie możesz się pogodzić, że tata jest z mamą, a nie z tobą.
- Fleomont i Euphemia, James i Lily, Harry i Ginny, ja i Olivia, Albus i Amelia – powiedział James I – Przypatrz się dobrze: Ruda, ruda, ruda, ruda, ruda – pokazując na Euphemię, Lily I, Ginny, Olivie i Amelię.
- Im szybciej się pogodzisz z tym, tym lepiej na Ciebie – powiedziała Ginny.
- Założę się, że nie był tym zachwycony – powiedział Harry, prostując się i rozcierając sobie podbródek.
- I zgadłeś, jak amen w pacierzu.
- I wpadłem i to mocno – oznajmił Rogaś, przytulając do siebie Ginny, a ta westchnęła ze szczęścia.
- Ja mam to samo. Wpadłam i nie mam zamiaru z tego wychodzić, jest mi dobrze, bardzo dobrze – mruknęła Ginny.
A potem mu powiedziałem, że nigdy nie przeczytałem żadnej z jego książek, no to on uznał, że nie warto ze mną gadać i sobie poszedł.
- Ciekawa jestem, jakich on głupot tam popisał? – rzekła Marlene.
Może byś zjadł kawałek krajanki, co? – dodał, kiedy twarz Rona wychynęła spod stołu.
- Nie, dzięki – odrzekł Ron słabym głosem – Lepiej nie ryzykować.
- Chodźcie, to wam pokażę, co wyhodowałem – powiedział Hagrid, kiedy Harry i Hermiona dopili herbatę.
- Co tym razem wyhodowałeś – mruknęła słabo Dorcas.
Za chatką, na małym poletku z warzywami, Harry zobaczył z tuzin największych dyni, jakie widział w życiu. Każda była wielkości olbrzymiego głazu.
- Ale wyrosły, co? – Hagrid był wyraźnie dumny ze swojego osiągnięcia – Na Noc Duchów... będą już duże.
- I będziesz tam mieszkał! – zadrwił Michael.
- Czym je nawoziłeś? – zapytał Harry. Hagrid rozejrzał się, jakby sprawdzał, czy nikt nie podsłuchuje.
- No... tego... trochę im pomogłem – Harry zauważył różowy parasol Hagrida oparty o tylną ścianę chatki. Już dawno odniósł wrażenie, że nie jest to zwyczajny parasol; prawdę mówiąc, podejrzewał, że ukryta w nim jest szkolna różdżka Hagrida.
- No, no, no Hagridzie tak nie można – oznajmili Fred i George kiwając palcem wskazującym.
Hagridowi nie wolno było używać czarów. Został wyrzucony z Hogwartu w trzeciej klasie, ale Harry'emu nigdy nie udało się dowiedzieć dlaczego – każda wzmianka na ten temat powodowała, że Hagrid chrząkał głośno i udawał głuchego tak długo, póki nie zmieniono tematu.
- Hagridzie, dlaczego zostałeś wyrzucony z Hogwartu? – zapytała Lily.
- Dowiecie się w tej książce – odpowiedziała Ginny z nietęgą miną.
- Czyli? Powiedz mi, co się dzieje, bo mam złe przeczucia – mówiła jej pani Potter.
- Boję się, że mnie znienawidzicie i będziecie czuli do mnie odrazę – mruknęła Ginny.
- Ginny, ile mam Ci mówić: to nie jest twoja wina! – krzyknął Harry na Ginny.
- Mylisz się, to jest moja wina, bo jestem idiotką! Jestem słaba i tyle! Gdybym była silna, to by nie doszło do tego! Ja nie jestem Cię godna Harry i nigdy nie byłam!
- Gadasz teraz głupoty, Ginny! – zawołał Harry – Zostaniesz moją żoną czy Ci się podoba, czy nie!
- Ja nie jestem dobrym człowiekiem! – zawołała Ginny. Miała łzy w oczach.
- ZAMKNIJ SIĘ! – ryknął Harry i pocałował ją usta namiętnie – Jesteś dobrym człowiekiem i mam w dupie co myślą inni.
- Ale ja... – zaczęła ze łzami w oczach.
- Powiedziałem, żebyś się zamknęła – powiedział Harry – Popatrz na nich – wskazał na ich dzieci – A zwłaszcza na swoją córkę. Co widzisz?
- Ona jest moją kopią – rzekła Ginny.
- Jest piękną kobietą tak samo, jak jej piękna i mega potężna mama – odezwał się Harry.
- Musieliśmy odganiać kawalerów – mruknął Albus.
- Zaklęcie Żarłoczności, tak? – zapytała Hermiona, trochę zaciekawiona, a trochę zgorszona – No, w każdym razie nieźle poskutkowało.
- To samo powiedziała twoja młodsza siostra – rzekł Hagrid do Rona – Wczoraj ją spotkałem – Zerknął z ukosa na Harry'ego, a broda lekko mu się zatrzęsła.
- Czy oni wszyscy wiedzą, że jestem na maksa zakochana w Harrym, tylko nie sam Harry Potter! – jęknęła czerwona Ginny.
- Tak – odpowiedzieli rozbawieni.
- Powiedziała, że tak sobie spaceruje po łąkach, ale... niech skonam, jeśli nie miała nadziei spotkać tutaj zupełnie kogoś innego – Puścił do Harry'ego oko – Gdyby mnie kto zapytał, to bym powiedział, że bardzo by się ucieszyła z podpisanego...
- Hagrid, ja mam już autograf – ucieszyła się Ginny i wtuliła się w ukochanego.
- Och, zamknij się – warknął Harry. Ron parsknął śmiechem i na ziemię poleciała garść ślimaków.
- Uważaj! – ryknął Hagrid, odciągając Rona od swoich drogocennych dyni. Zbliżała się pora lunchu, a Harry miał dzisiaj w ustach tylko kawałek krajanki z melasy, więc uznał, że najwyższa pora, by wrócić do szkoły. Pożegnali się z Hagridem i powędrowali do zamku. Ron co jakiś czas bekał, ale "zrzucił" tylko dwa małe ślimaki.
- Już mu przechodzi – mruknęła Fleur.
- Jesteś moim rycerzem, panie Weasley – odezwała się Hermiona.
- Kocham Cię, pani Weasley – powiedział Ron.
Zaledwie weszli do chłodnej sali wejściowej, gdy rozległ się dźwięczny głos profesor McGonagall.
- Ach, już jesteście! Potter i Weasley – Profesor McGonagall kroczyła ku nim z groźną miną – Odrabiacie dzisiaj szlaban.
- Tylko nie to! – jęknął Harry.
- Co mamy robić, pani profesor? – zapytał Ron, nerwowo powstrzymując beknięcie.
- Ty będziesz czyścił z panem Filchem srebra w izbie pamięci. Tylko bez żadnych czarów, Weasley. Zakasać rękawy i do roboty – Ron przełknął ślinę. Argus Filch, woźny, był znienawidzony przez wszystkich.
- Tak samo, jak bibliotekarka – odpadł Fred II – A to trzeba ich spiknąć. Argus, patrz, pokażę ci, jak poderwiesz swoją kobietę.
- Ciekawe, co on znowu wymyślił? – parksnął śmiechem Fleomont.
- Do Irmy trzeba się pofatygować, tak? Potem patrzysz jej w oczy, przysuwasz się, o tak. Tylko troszeczkę, prawie do końca aż troszeczkę się przesunie, prawdaż? Teraz... teraz wasze wargi... wasze wargi praktycznie się stykają, a potem mówisz jej, jak bardzo jej nienawidzisz, bo jest irytująca – oznajmił Fred II.
- Nie mogę! – parsknęli śmiechem większość ludzi na sali.
- Raczej yyy... Kocham, gdy jest irytująca, bo sam jestem irytujący – odpowiedział zdziwiony James II, naśladując głos Filcha.
- A to kot na myszy! – zawołał Fred II. Prince i Filch zrobili się czerwoni. Sala ryczała śmiechem. Leżeli ze śmiechu, śmiejąc się wniebogłosy.
- Jesteście niemożliwi – rzekła ze śmiechu Hanna.
- A ty, Potter, pomożesz profesorowi Lockhartowi odpowiadać na listy wielbicieli.
- Minne pogięło Cię! – jęknął Frank I.
- Och, nie... Czy nie mógłbym też czyścić sreber? – jęknął Harry.
- Nie, w żadnym wypadku – powiedziała profesor McGonagall, unosząc wysoko brwi – Profesor Lockhart zażyczył sobie wyraźnie, żebyś to ty mu pomógł. Punktualnie o ósmej, obaj – Harry i Ron powlekli się do Wielkiej Sali pogrążeni w rozpaczy.
- Ja też bym rozpaczał, gdybym musiał mieć karę z takim idiotą – stwierdził James II.
Hermiona wkroczyła za nimi z miną pod tytułem Sami-tego-chcieliście-łamiąc-szkolne-przepisy.
- I kto to mówi – odparł Ron – ta, która najwięcej łamie prawo – Hermiona zarumieniła się.
Zapiekanka z mięsa i kartofli nie smakowała Harry'emu tak, jak się spodziewał. Każdemu z osobna – i jemu, i Ronowi – wydawało się, że trafił gorzej.
- Filch będzie mną pomiatał przez cały wieczór – narzekał Ron – Tylko bez czarów! Przecież tam jest ze sto srebrnych pucharów! Nie znam się na mugolskich metodach czyszczenia!
- Ja bym to wziął z pocałowaniem ręki – powiedział Harry markotnym tonem – U Dursley'ów zawsze to robiłem.
Potterowie i Weasley'owie popatrzyli na dyrektorka z mordem w oczach.
A odpowiadać na listy fanów Lockharta... to czysty koszmar...
Sobotnie popołudnie mijało szybko i zanim się spostrzegli, była za pięć ósma. Harry powlókł się na drugie piętro do gabinetu profesora Lockharta. Zacisnął zęby i zapukał. Drzwi otworzyły się natychmiast. Lockhart obrzucił go zachwyconym spojrzeniem.
- On się zakochał w tacie! – krzyknęła Amelia.
- A, oto i nasz nicpoń! – powitał go radośnie.
- Scyzoryk mi się otwiera – odezwał się Teddy.
- Wchodź, Harry, wchodź – Na ścianach połyskiwały w blasku kandelabrów oprawione fotografie Lockharta. Kilka nawet podpisał.
- On kocha samego siebie – krzywił się Seamus.
- Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że jest gejem i narcyzem – skomentowała profesor Sprout. Wszyscy na nią spojrzeli zdziwieni.
Na biurku piętrzył się stos najnowszych zdjęć.
- Możesz adresować te koperty! – oznajmił Lockhart takim tonem, jakby robił Harry'emu łaskę – Pierwsza będzie do Gladys Gudgeon... to moja zagorzała wielbicielka.
- To musi być chyba chora na głowę – powiedziała Victoire.
Minuty wlokły się niemiłosiernie. Harry pozwolił, aby nieustający potok słów Lockharta przepływał gdzieś obok niego, od czasu do czasu pomrukując: "mmm", "aha" i "tak", kiedy docierały do niego zwroty w rodzaju: "Sława to kapryśny przyjaciel, Harry" albo: "Sława to sława, zapamiętaj to sobie, synu".
- On nie jest twoim synem! – warknął Rogacz.
Świece były coraz krótsze, a ich blask tańczył na mnóstwie ruchomych twarzy Lockharta, obserwujących ich ze ścian. Harry przyłożył obolałą rękę do którejś z rzędu koperty (był pewien, że tysiącznej) i wypisał adres Weroniki Smethley. 'Chyba już zbliża się czas, żeby wyjść'. Pomyślał, pragnąc, by zbliżył się już teraz... W tej samej chwili coś usłyszał... coś zupełnie różnego od trzasku gasnących płomieni świec i paplania Lockharta. Był to głos,
- Jaki głos? – spytała powoli Dorcas.
głos, który go zmroził do szpiku kości, głos zapierający dech w piersiach, głos lodowato jadowity.
- Jaki głos do cholery! – zawołali rodzice, dziadkowie i siostry Harry'ego.
- Chodź... chodź do mnie... rozszarpię cię... rozerwę cię na strzępy... zabiję...
Wszyscy przełknęli ślinę, patrząc na Harry'ego przerażeni słowami owego głosu.
- Harry powiedz mi, że zaraz powiedz "suprise!" proszę! – krzyknęła Nicole, patrząc na brata przerażonym wzrokiem.
- Że ja tylko jaja sobie robiłem! – dodała Jessica – Proszę!!!
- Chciałbym, ale niestety nie mogę – odezwał się Harry.
Harry podskoczył gwałtownie i wielki liliowy kleks pojawił się na ulicy Weroniki Smethley.
- Co? – prawie krzyknął.
- Wiem! – ucieszył się Lockhart – Sześć miesięcy na szczycie listy bestsellerów! Pobiła wszystkie rekordy!
- Nie – powiedział Harry jak w malignie – Ten głos!
- Straszny głos! – zawołała Lily – Co tu do się dzieje!?
- Słucham? – zdziwił się Lockhart – Jaki głos?
- Ten... ten głos, który powiedział... nie słyszał pan? – Lockhart wpatrywał się w niego z niekłamanym zdumieniem.
Ginny wtuliła się w Harry'ego.
- O czym ty mówisz, Harry? Może jesteś trochę śpiący? A niech to... spójrz na zegar! Pracujemy tu już od czterech godzin! Aż trudno w to uwierzyć... Ale ten czas leci, co? – Harry nie odpowiedział. Wytężył słuch, by znowu usłyszeć ten złowieszczy szept, ale usłyszał tylko Lockharta, który wspaniałomyślnie oznajmił, że nie zawsze tak będzie, jak dostanie szlaban.
- Harry Jamesie Potterze w tej chwili gadaj, co się tu dzieje, jak ty głos słyszysz!? – zawołał Rogacz.
- Będzie wszystko opisane, tatusiu – powiedziała i rzuciła się na szyję Rogacza i płakała, a Molly rozpłakała się, Artur również. Bracia mieli łzy w oczach.
- Czy ktoś może nam powiedzieć, co tu się kurwa mać dzieje!? – krzyknął Rogacz.
- Molly, Arturze, proszę was, powiedzcie nam! – zawołała Lily I.
- Ja mogę powiedzieć, że nad naszą mamą ciąży klątwa – oznajmił Albus II. Wszystkim opadły szczęki.
- Co? – szepnęła Ginny.
- Oto nadchodzi potężna czarownica, pierwsza urodzona od wielu pokoleń dziewczyna w rodzie czystej krwi. Ta oto będzie bardzo piękna i bardzo utalentowana czarownica obdarzona potężną mocą. Jej przeznaczeniem jest wyjść za mąż za bardzo potężnego czarodzieja urodzonego w rodzie półkrwi, urodzonego i naznaczonego przez potężnego czarnoksiężnika swoich czasów – przeczytał James II. Wszyscy patrzyli na to z wielkimi oczami i otwartą szczęką.
- Tata jest półkrwi i jest potężnym czarodziejem mama jest czysta urodzona w rodzinie Weasley'ów od wielu pokoleń obdarzona potężną mocą. To, kto ma za ciebie wyjść, mówi ostatnia część proroctwa, że zostałeś naznaczony, tato przez potężnego czarnoksiężnika swoich czasów. Więc wszystko składa się w jedną całość: twoim przeznaczeniem, mamo jest wyjść za tatę i tyle – odezwała się Lily II.
- Przykro mi – stwierdziła Olivia, patrząc na Cho i Michela.
- Zajebiście. Harry i Ginny są przeklęci – odezwał się Ron.
Harry pożegnał go i wyszedł, czując się lekko oszołomiony. Było tak późno, że we wspólnym pokoju Gryffindoru nie było już nikogo. Harry poszedł prosto do sypialni. Rona jeszcze nie było. Włożył piżamę, wszedł do łóżka i czekał. Pół godziny później nadszedł Ron, masując sobie prawą rękę i wnosząc do ciemnej sypialni silny zapach pasty do polerowania srebra.
Ron aż się skrzywił, przypominając to "wspaniałe" wydarzenie.
- Wszystkie mięśnie mi zesztywniały – jęknął, padając na łóżko – Kazał mi czyścić Puchar Quidditcha czternaście razy, zanim uznał, że może być. No i miałem atak ślimakowy, kiedy czyściłem Nagrodę Specjalną za Zasługi dla Szkoły. Długo trwało, zanim pozbyłem się tego śluzu... A jak było u Lockharta?
– Harry opowiedział mu szeptem, żeby nie obudzić Neville'a, Deana i Seamusa, co usłyszał w gabinecie profesora – I Lockhart powiedział, że nic nie słyszał? – zapytał Ron. W świetle księżyca Harry zobaczył, jak jego przyjaciel marszczy czoło – Myślisz, że kłamał? Ale jednego nie rozumiem... przecież nawet ktoś niewidzialny otworzyłby sobie drzwi...
- Wiem – odpowiedział Harry, opadając na poduszkę i wpatrując się w baldachim – Ja też tego nie rozumiem.
- To jest wszystko nienormalne – mruknęła Lisa.
- Koniec rozdziału – oznajmiła Olivia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz