- Teraz ja – oznajmiła Iola.
Rozdział trzynasty
Bardzo sekretny dziennik
Hermiona spędziła w skrzydle szpitalnym kilka tygodni. Kiedy reszta szkoły powróciła z ferii bożonarodzeniowych, natychmiast zaczęło krążyć mnóstwo pogłosek na temat jej zniknięcia, bo oczywiście wszyscy pomyśleli, że padła ofiarą kolejnej napaści. Wokół skrzydła szpitalnego kręciło się tyle osób, żeby zajrzeć do środka i choć przez chwilę zobaczyć Hermionę, że pani Pomfrey znowu wyciągnęła swój parawan i ustawiła go wokół jej łóżka, aby oszczędzić jej wstydu.
- Szkoda, że nie nas nie wpuściła – mruknęli Seamus i Dean.
Harry i Ron odwiedzali ją co wieczór. Kiedy zaczął się nowy semestr, przynosili jej codziennie książki i tematy prac domowych.
- Gdyby mnie wyrosły kocie wąsy, to przestałbym się uczyć – powiedział pewnego wieczoru Ron, kładąc stos książek na stoliku przy łóżku Hermiony.
- Ja jako twoja żona Ci na to nie pozwolę, Ronaldzie – oznajmiła młodsza pani Weasley.
- Nie bądź głupi, Ron, muszę się jakoś trzymać – odpowiedziała dziarsko Hermiona. Była w o wiele lepszym nastroju, bo z jej twarzy zniknęła już sierść, a oczy powoli przybierały dawny brązowy kolor – No i co – dodała szeptem, żeby pani Pomfrey nie usłyszała – wciąż nie macie żadnych nowych śladów?
- Nic – przyznał ponuro Harry.
- A taki byłem pewny, że to Malfoy – powiedział po raz setny Ron.
- Pudło, wiewiórko! – parsknął śmiechem Draco.
- Co to jest? – zapytał Harry, wskazując na coś złotego, co wystawało spod poduszki Hermiony.
- A... to tylko kartka z życzeniami powrotu do zdrowia – odpowiedziała szybko Hermiona, próbując ją schować, ale Ron był szybszy. Wyciągnął złożony kartonik, otworzył go i przeczytał na głos:
Hermiona mordowała go wzrokiem.
Dla Panny Granger, z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia od jej zatroskanego nauczyciela, profesora Gilderoy'a Lockharta, kawalera Orderu Merlina Trzeciej Klasy, Honorowego Członka Ligi Obrony przed Czarnymi Mocami i pięciokrotnego laureata Nagrody Czarującego Uśmiechu tygodnika "Czarownica".
- Honorowego Członka Ligi Obrony przed Czarnymi... Moje dzieci by go pokonał jednym ruchem – stwierdził Teddy. Większość ludzi patrzyła na siebie z niedowierzaniem.
Ron spojrzał na Hermionę z niesmakiem.
- Spisz z tym pod poduszką?
- A co jesteś zazdrosny? – zapytała Miona.
- Wtedy chyba byłem – mruknął Ronald.
- Chyba?
- Mieliśmy po 12 lat – odparł Ron.
- A teraz?
- Jesteś jedną z najpiękniejszych dziewcząt w szkole, a ci idioci patrzą na Ciebie i się... – ale nie skończył, bo Hermiona go pocałowała i powiedziała słodko:
- Zamknij się. Za dużo mówisz. Oni nie są tobą i niech sobie patrzą i niech się ślinią. Daleko wam do ideału. Znajdźcie odpowiedniego stylistę dla siebie, bo jesteście niemodni. A co do ciebie, Ronaldzie, przypominam Ci, że jesteśmy małżeństwem i jestem panią Weasley.
- No tak
- I twoi rodzice są moimi rodzicami, a Twoi rodzeństwo są moim rodzeństwem.
- No tak.
- Jesteśmy jednością, kochanie – i pogłaskała go po policzku i pocałowała – i nie mam zamiaru tego zmieniać – i wtuliła się jego ramiona.
- Ja też – mruknął Ron.
- Jesteście tacy słodcy, że aż mnie mdli – stwierdził Harry.
Na szczęście pani Pomfrey oszczędziła Hermionie męki odpowiedzi na to pytanie, bo wkroczyła z wieczorną porcją leków i oznajmiła, że to koniec wizyty.
- Słuchaj, czy ten Lockhart to największy lizus, jakiego spotkałeś w życiu, czy może znasz większego? – zapytał Ron Harry'ego, kiedy opuścili dormitorium i szli ku wieży Gryffindoru.
Harry popatrzył wymownie na swojego ojca chrzestnego, a później na jego syna.
Snape zadał im tyle pracy domowej, że Harry nie wierzył, by udało mu się z nią uporać przed ukończeniem szkoły. Ron właśnie opowiadał, jak mu żal, że nie zapytał Hermiony, ile ogonów szczurzych trzeba dodać do Eliksiru Bujnego Owłosienia, kiedy usłyszeli jakiś rozgniewany głos dochodzący z górnego piętra.
- To Filch – mruknął Harry.
Filch przytulił swoją kotkę.
Pomknęli po schodach i zatrzymali się za węgłem, nasłuchując.
- Ale chyba nie myślisz, że ktoś znowu został napadnięty? – Stali nieruchomo, wyciągając głowy w stronę głosu Filcha, który dostał prawdziwego ataku histerii.
- On powinien się leczyć na głowę – stwierdził Fred II.
- ...i znowu harówka! Co, może wyobrażają sobie, że będę zmywać podłogę przez całą noc, jakbym nie miał dość roboty przez cały dzień?! O nie, mam już tego dość, idę do Dumbledore'a... – Usłyszeli oddalające się kroki, a po chwili trzasnęły gdzieś drzwi. Wychylili głowy zza węgła. Filch najwidoczniej zamierzał zająć swój zwykły posterunek obserwacyjny: było to miejsce, gdzie Pani Norris padła ofiarą napaści złych mocy. Natychmiast spostrzegli, co go tak rozeźliło. Połowę podłogi korytarza pokrywała woda, która wciąż wypływała spod drzwi do łazienki Jęczącej Marty. Teraz kiedy Filch przestał wrzeszczeć, usłyszeli jej donośne zawodzenia.
- Co jej się stało? – zapytał Ron.
- Wejdźmy tam i zobaczmy – odrzekł Harry.
- Kolejna napaść? – zapytała młodsza Dorcas.
Podkasali szaty i przeszli przez wielką kałużę aż do drzwi z napisem "Nieczynna", i weszli do środka. Jęcząca Marta zawodziła jeszcze głośniej i namiętniej niż zwykle, jeśli to w ogóle możliwe, ukryta w swojej kabinie. W toalecie było ciemno, bo świece pogasły; mokra była nie tylko posadzka, ale i ściany.
- Marto, co się stało? – zapytał Harry.
- Irytek mnie rzucił! – jęknął Hugo.
- Ktoś ty? – zachlipała Marta – Przyszedłeś, żeby znowu we mnie czymś rzucić, tak? – Harry podszedł do kabiny. W butach miał pełno wody.
- Dlaczego miałbym czymś w ciebie rzucać?
Ginny wtuliła się w Harry'ego, a dwie wersje Lily obserwowały ją dokładnie.
- Odczep się! – krzyknęła Marta i przeniknęła przez drzwi kabiny wraz z nową falą wody, która chlusnęła na już zalaną podłogę – Ja pilnuję własnego nosa, a ktoś uważa, że to wspaniała zabawa, rzucać we mnie książką...
- Ale przecież nie można cię skrzywdzić, rzucając czymś w ciebie – powiedział Harry, nie tracąc rozsądku – To znaczy... przecież wszystko przez ciebie przelatuje, prawda?
- Oj, stary – mruknął Jared – zatkaj sobie uszy lepiej.
Uwaga może i była rozsądna, ale okazała się nie do końca przemyślana. Marta nadęła się i wrzasnęła:
- Tak, niech wszyscy rzucają w Martę książkami, bo ona przecież nic nie czuje! Dziesięć punktów za przerzucenie książki przez jej żołądek! Pięćdziesiąt, jeśli przeleci przez jej głowę! Ha, ha, ha! Wspaniała gra, nie ma co!
- Wspaniała – zgodzili się Fred i George.
- No dobrze, ale kto rzucił w ciebie książką? – zapytał Harry.
- A skąd mam wiedzieć? Siedziałam sobie w kolanku odpływu, rozmyślając o śmierci, kiedy nagle ta książka przeleciała mi przez głowę – odpowiedziała Marta, patrząc na nich ze złością.
Ginny chciała uciec, ale Harry ją podtrzymał. Rodzina młodej Potter popatrzyła na nią smutno.
- Jest tam, musiała wypłynąć – Harry i Ron spojrzeli pod umywalkę, tam, gdzie pokazywała Marta. Leżała tam mała, cienka książeczka. Miała postrzępioną czarną okładkę i była mokra, jak zresztą wszystko w toalecie. Harry zrobił krok, żeby ją podnieść, ale Ron nagle złapał go z tyłu za szatę.
- Co jest? – zapytał Harry.
- Zwariowałeś? To może być niebezpieczne.
- Niebezpieczne? – powtórzył Harry, parskając śmiechem – Nie wygłupiaj się, niby w jaki sposób?
- No np. znalezieniem się w książce – mruknął młody Lord Potter.
- O czym ty mówisz? – spytała kolejna Lady Weasley, czyli Nicole.
- Niedługo zobaczycie – stwierdził Harry.
- Nie podoba mi się to – oznajmiła pani Creevey, czyli Jessica, wtulając się w Colina.
- Nie, Umbridge, nie mam zamiaru schodzić z kolan mojego mężczyzny i nie mam zamiaru zmieniać ubrań – oznajmiły kobiety i dziewczyny i wtuliły się bardziej.
- Możesz się narazić na przykrą niespodziankę – odpowiedział Ron, wpatrując się w książkę – Niektóre z książek skonfiskowanych przez ministerstwo... tata mi mówił... była taka, która wypalała oczy. A każdy, kto przeczytał Sonety czarnoksiężnika, mówił limerykami aż do śmierci. A jedna stara wiedźma w Bath miała książkę, której nigdy nie można było przestać czytać, jak się raz zaczęło! Trzeba było chodzić wszędzie z nosem w tej książce... a jak się chciało coś zrobić, to tylko jedną ręką i na oślep.
- Hermiona – mruknął Dean.
- A...
- No dobra, już przestań, zrozumiałem – przerwał mu Harry. Książeczka leżała na podłodze, mokra, postrzępiona i tajemnicza – Ale nie dowiemy się, co to za książka, jeśli do niej nie zajrzymy – dodał i błyskawicznie porwał ją z podłogi. Natychmiast poznał, że ma w ręku czyjś dziennik. Z wyblakłych cyfr na okładce wynikało, że pochodzi sprzed pięćdziesięciu lat. Otworzył go skwapliwie. Z trudem odczytał nazwisko na pierwszej stronie, bo atrament się rozmazał: T.M. Riddle.
- To jest dziennik Voldemorta! – jęknął młodszy Rogacz.
- Dokładnie tak – zgodził się Ron, a Ginny wtuliła się Harry’ego.
- Czy wy zawsze
musicie iść tam gdzie jest niebezpiecznie!? – spytała słabo Euphemia
Odkąd zobaczyłem ciebie nie mogę jeść, nie mogę spać. Jak do
tego doszło, nie wiem? Miłość o sobie dała znać.
- Jestem aurorem! – powiedzieli Ron i Harry.
- Nie jesteście uczniami – poprawiła Molly I
- Znam to nazwisko – powiedział Ron, który zbliżył się ostrożnie i zajrzał mu przez ramię – T.M. Riddle dostał nagrodę za specjalne zasługi dla szkoły pięćdziesiąt lat temu.
- A niech cię! A ty skąd o tym wiesz? – zdumiał się Harry.
- Bo Filch kazał mi polerować jego pamiątkowy medalion chyba przez godzinę, jak dostałem szlaban – odpowiedział Ron ze wstrętem – Akurat odbiło mi się ślimakami i wszystko poleciało na tę złotą tarczę. Gdybyś musiał przez godzinę wycierać ślimaczy śluz z czyjegoś nazwiska, to byś też je zapamiętał, uwierz mi na słowo.
- Moj ty bohaterze – mruknęła Hermiona i potarła jego policzek ręką i następnie go pocałowała.
- Granger możesz przestać! – warknęła Lavender – Mon-Ron powinien być mój.
- Brown ona teraz nazywa się Weasley i pogódź się z tym wreszcie! – odparował Ron – i Hermiona jest moją żoną i panią Weasley, a nie ty.
Harry zaczął przewracać mokre kartki. Były idealnie czyste, bez najmniejszego śladu atramentu czy ołówka, bez takich choćby zapisków, jak „urodziny cioci Mabel" albo „dentysta 15.30".
- Nic nie zapisywał – rzekł Harry, bardzo zawiedziony.
- Ale dlaczego ktoś chciał go się pozbyć, spuszczając z wodą do klozetu? – zapytał Ron.
Ginny była biała.
Harry spojrzał na tylną okładkę i zobaczył wydrukowane nazwisko właściciela sklepiku z gazetami w Londynie, przy Vauxhall Road.
- Musiał urodzić się w rodzinie mugoli – powiedział z namysłem Harry – skoro kupił sobie notes na Vauxhall Road...
- W każdym razie niczego się z niego nie dowiemy – rzekł Ron – Pięćdziesiąt punktów, jeśli rzucisz nim przez nos Marty – dodał ściszonym głosem.
- Ja bym dał 100 punktów – oznajmił Jared – Prawda, Percy?
Ale Harry schował mokry dziennik do kieszeni.
Na początku lutego Hermiona opuściła skrzydło szpitalne odwąsowiona, odogoniona i odfuterkowana. W pierwszy wieczór po jej powrocie do wieży Gryffindoru Harry pokazał jej dziennik T.M. Riddle'a i opowiedział, jak go znaleźli.
- Oooch... może ukrywać tajemne moce... – wyszeptała podniecona Hermiona i chwyciła dziennik, by mu się bliżej przyjrzeć.
- I wtedy miała zadatki na ministra magii! – prasnął śmiechem Hugo.
- Jeśli tak, to musi je bardzo dobrze ukrywać – zauważył Ron – Może jest nieśmiały. Bardzo jestem ciekaw, Harry, dlaczego go nie wyrzuciłeś.
- A ja bardzo bym chciał wiedzieć, dlaczego ktoś próbował go wyrzucić – odrzekł Harry – I chętnie bym się dowiedział, za co Riddle dostał specjalną nagrodę.
- Czy ja wiem? Mógł dostać za wszystko. Może zarobił trzydzieści punktów, albo uratował jakiegoś nauczyciela przed wielkim pająkiem. Może zamordował Martę, co wszyscy przyjęli z wielką ulgą...
- Ron ty miałeś rację – wyszeptała mu do ucha Hermiona.
- Chyba wolałem jak się kłócili – skomentował to Harry.
Po minie Hermiony Harry poznał jednak, że i ona myśli o tym samym, co on.
- Co? – zapytał Ron, spoglądając to na niego, to na nią.
- Sam pomyśl... Komnata Tajemnic została otwarta właśnie pięćdziesiąt lat temu, prawda? Tak nam powiedział Malfoy.
- No taak – przyznał Ron.
- A ten dziennik pochodzi sprzed pięćdziesięciu lat, prawda? – dodała Hermiona, stukając palcem w okładkę.
- Więc?
- Och, Ron, obudź się wreszcie! – warknęła Hermiona.
- Jestem obudzony! – oburzył się Ron.
- Wiemy, że osoba, która ostatnio otworzyła Komnatę, została wyrzucona ze szkoły pięćdziesiąt lat temu. Wiemy, że T.M. Riddle dostał nagrodę za specjalne zasługi dla szkoły pięćdziesiąt lat temu. A może ten Riddle dostał specjalną nagrodę za schwytanie dziedzica Slytherina?
Złota trójca wymieniła spojrzenia z Hagridem.
Jego dziennik mógłby nam powiedzieć wszystko: gdzie jest ta Komnata, jak ją otworzyć i co za potwór w niej mieszka. Osoba, która kryje się za ostatnimi napaściami, nie chciałaby, żeby coś takiego wpadło komuś w ręce, prawda?
- To naprawdę olśniewająca hipoteza, Hermiono – powiedział Ron – Ma tylko jeden słaby punkt. W tym dzienniku nikt niczego nie zapisał.
- Intrygujące - mruknął James II.
Ale Hermiona już wyciągała różdżkę z torby.
- To mógł być niewidzialny atrament! – wyszeptała z przejęciem. Stuknęła w dziennik trzykrotnie i powiedziała:
- Aperacjum! – Nic się nie wydarzyło. Nie zrażona tym Hermiona sięgnęła ponownie do torby i wyjęła coś, co wyglądało jak jaskrawoczerwona gumka do wycierania – To ujawniacz, kupiłam go na ulicy Pokątnej – wyjaśniła. Potarła mocno puste miejsce pod napisem: „1 stycznia". Nic się nie wydarzyło.
Gang fretki uśmiechnęła się szyderczo.
- Mówię wam, tu nic nie ma – upierał się Ron – Riddle po prostu dostał dziennik na Boże Narodzenie i nie chciało mu się go prowadzić.
Harry nie potrafił wyjaśnić, nawet samemu sobie, dlaczego po prostu nie wyrzucił dziennika Riddle'a. Mało tego, choć wiedział, że wszystkie strony są czyste, wciąż brał dziennik do ręki i przewracał je, jakby to była powieść, którą chce skończyć. I choć był pewny, że nigdy przedtem nie słyszał nazwiska T.M. Riddle, miał niejasne poczucie, że ono coś dla niego znaczy, jakby ten Riddle był jego przyjacielem,
- Wtedy nie wiedziałem, że do Voldek – rzekł Harry.
kiedy Harry był bardzo mały i prawie go nie pamiętał. Oczywiście, było to absurdalne. Nigdy nie miał przyjaciół przed pójściem do Hogwartu. Dudley o to zadbał. Harry postanowił jednak dowiedzieć się czegoś więcej o Riddle'u, więc następnego dnia, w czasie przerwy w lekcjach, udał się do izby pamięci, żeby zbadać jego specjalną nagrodę. Towarzyszyła mu równie zaciekawiona Hermiona i całkowicie sceptyczny Ron,
Ron się zarumienił, a Hermiona nie mogła się powstrzymać i skomentowała to słowami:
- Ron jak ty się pięknie rumienisz – Większość parsknęła śmiechem.
- Ronuś jak ty się pięknie rumienisz! – zadrwili z brata Fred i George.
który powiedział im, że w izbie pamięci przebywał już na tyle długo, że wystarczy mu do końca życia. Złoty medalion Riddle'a schowany był w narożnej gablotce. Nie było na nim ani słowa, za co został przyznany ("I Bogu dzięki, bo byłby większy i polerowałbym go do tej pory". Powiedział Ron). Nazwisko Riddle'a znaleźli jednak również na starym medalu "Za zasługi na polu magii" i na liście dawnych prefektów szkoły.
- Zaleciało mi wujaszkiem Percym – stwierdził Hugo – i trochę Molly i Rose – Percy zrobił się czerwony.
- Zaleciało mi Percym – oświadczył Ron, marszcząc nos z odrazą – Prefekt, prymus, na pewno pierwszy we wszystkim.
- Jaki ojciec taki syn – mruknęła Hermiona.
- Jakby było w tym coś złego – powiedziała Hermiona nieco urażonym tonem.
Słońce, choć blade, znowu zajaśniało nad Hogwartem. Wewnątrz zamku atmosfera nieco się polepszyła. Od czasu napaści na Justyna i Prawie Bezgłowego Nicka nie wydarzyło się nic złowrogiego, a pani Pomfrey miała przyjemność zameldować, że mandragory zrobiły się markotne i jakieś tajemnicze, co oznaczało, że wychodzą z okresu dzieciństwa.
Jessica wtuliła się do Colina.
- Jak tylko zejdą im pryszcze, będą gotowe do rozsady – powiedziała kiedyś Filchowi – A potem tylko patrzeć, jak je wytniemy i wrzucimy do kociołka. Jeszcze trochę cierpliwości, a Pani Norris wróci do siebie – Harry przypuszczał, że dziedzic – lub dziedziczka – Slytherina mógł – lub mogła – stracić odwagę. Otwarcie Komnaty Tajemnic w okresie, gdy w szkole huczało od podejrzeń, stawało się coraz bardziej ryzykowne.
- Nie ma żadnej Komnaty Tajemnic! – warknęła Dolores.
- Ropucho, zamknij się! – zawołał James II.
- Wiesz, kim jestem?! Ja jestem...!
- Prostytutka ministerstwa – skończył jej wypowiesz Hugo – tak wiemy, nie musisz się już tym statutem chwalić – Ropucha zrobiła wściekłą minę.
Może nawet ów potwór, czymkolwiek był, zapadł już w sen na kolejne pięćdziesiąt lat... Ernie Macmillan z Hufflepuffu nie podzielał tego optymizmu. Wciąż był przekonany, że to Harry jest owym dziedzicem i że "puścił farbę" podczas nauki pojedynków.
Ernie przełknął ślinę, kiedy Luna popatrzyła na niego morderczym wzrokiem.
Irytek też dbał o podgrzewanie nastroju: wciąż włóczył się po korytarzach, podśpiewując: "Potter, diabła kumoter..." i wykonując przy tym skomplikowany taniec w powietrzu. Gilderoy Lockhart sprawiał wrażenie, jakby był święcie przekonany, że to on przerwał serię złowrogich napaści.
- Taaaaa, jasne! Gilderoy obrońca Hogwartu – powiedział Patrick.
Harry podsłuchał, jak przechwalał się przed profesor McGonagall, kiedy Gryfoni zbierali się na lekcję transmutacji.
- Nie sądzę, by coś podobnego znowu się miało wydarzyć, Minerwo – oświadczył, pukając się palcem po nosie i mrugając znacząco.
Minne wywróciła oczami.
- Uważam, że tym razem Komnata została zamknięta na zawsze. Ten złoczyńca musiał zrozumieć, że schwytanie go to dla mnie tylko kwestia czasu. Więc dał spokój, bo w końcu to jedyne rozsądne wyjście w jego sytuacji. Teraz szkole potrzebne jest coś, co wzmocni jej morale.
- Zabijcie Cię – stwierdziła beztroskim tonie Luna – i dać na pożarcie gardulom.
Trzeba czymś spłukać złe wspomnienia z poprzedniego semestru. Nie powiem na razie nic więcej, ale myślę, że wiem, jak tego dokonać... – Jeszcze raz popukał się znacząco po nosie i odszedł.
Pomysł Lockharta na wzmocnienie morale szkoły stał się znany 14 lutego w porze śniadania.
Ginny spaliła buraka i ukryła twarz w szyi Harry’ego.
- Panno Weasley proszę natychmiast zejść z pana Pottera – powiedziała słodko Umbridge.
- Nie ma takiej opcji – odezwała się Ginny – Tu jest mi dobrze i nie mam zamiaru tego zmieniać. Ja, jako jego żona mam prawo do siedzenia na jego kolanach i się do niego przytulać.
- Żona? – spytał w szoku Knot.
- Tak, żona – oznajmiła Ginny – Ginny Potter – i uśmiechnęła się szeroko – tu masz obrączkę, a tu masz kobiecy pierścień rodowy Potterów.
- Poza tym pani Umbridge nie jest profesorem, tylko różową Ropuchą i jeśli się nie mylę w statucie szkolnym jest tak, że osoba z zewnątrz nie może rozkazywać studentom i odejmować punktów – rzekła Hermiona.
- Jak śmiesz, Granger! – warknęła.
- Masz przestarzałe informacje – odezwała się słodkim głosem – Hermiona Weasley, żona Rona Weasley'a. Tu masz obrączkę, a tu kobiecy pierścień rodowy Weasley'ów. Molly powiedziała do Umbridge:
- Nie tym tonem Umbridge do moich córek, Dolores i proszę przestać mówić "jak śmiesz" to się robi nudne. Wszystkie moje córki są bardzo mądre i piękne, a ty to ani trochę, bo twoja mamusia była w takim szoku twoim wyglądem, jak się urodziłaś, że wyleciałaś jej z rąk i upadłaś na ziemię. Okaz im SZACUNEK – Większość ludzi prasnęła śmiechem.
- Córki?
- Dziewczyny moich synów są moimi córkami – oznajmiła dumna pani Weasley – Są one przyjaciółkami moich córek, też są i siostrami jednej mojej córki.
- Nie wyobrażam sobie mówić do Ciebie inaczej niż tylko "mamusia" – oświadczyła Hermiona do teściowej i się do niej przytuliła – i nie ma w tym żadnym złośliwości, bo rodzice Rona są moimi rodzicami – a Molly uśmiechnęła się do niej promienne.
- Czuję to samo, co Hermiona. Tylko "mamusia" i nie ma w tym żadnej złośliwości – dodały partnerki synów i uśmiechnęły się szeroko do pani Weasley – Poza tym już mówiłam, rodzice mojego mężczyzny są moimi rodzicami – pani Weasley tak się wzruszyła, że przytuliła do siebie partnerki swoich synów.
- Są inne formy mówienia przez was do mnie moje kochane córeczki – zwróciła się do partnerek synów Molly I – będą przeze mnie poprawiane na formę mamusia. Możecie ewentualnie mówić Mamo, bo jestem waszą mamą, od kiedy związaliście się z moimi synami i jesteście, po pierwsze teraz jednością, a po drugie moimi córkami w takim samym stopniu, jak Ginny, a trzecia sprawa jest taka, że kocham was dziewczynki bardzo.
- A my Ciebie mamusiu!
- Zluzuj majty, Dolores – powiedział starszy Rogacz.
- Kim ty w ogóle jesteś?
- James Potter moim, synem jest Harry, jestem też ojcem Nicole, Hermiony i Jessici jak i również Luny no i oczywiście Ginny, Rona, bliźniaków i Colina.
- Mój synek walczył z Voldemortem – dodała starsza Lily – Lily Potter, nie miło mi Cię widzieć Umbridge. Jesteś strasznie brzydka. Czy któryś z twoich rodziców nie był przypadkiem ropuchą? – Uczniowie ryknęli śmiechem tak, jak dorosła część.
- Lily! – krzyknęły matki Lily.
- Tak, mamusie?
- Przeproś w tej chwili panią ropuchę – oświadczyły Euphemia i Caroline.
- Przepraszam panią Ropuchę. Czy pani ropucha przyjmie moje szczere przeprosiny?
- Harry twoja mama jest zajebista! – krzyknął Dean.
Poprzedniego wieczoru Gryfoni trenowali quidditcha do później nocy i Harry nie wyspał się, jak należy, więc spóźnił się trochę na śniadanie. Kiedy wszedł do Wielkiej Sali, przez chwilę myślał, że wybrał niewłaściwe drzwi.
Chłopaki mieli nietęgie miny.
Ściany pokryte były wielkimi, bladoróżowymi kwiatami. Co gorsza, z bladoniebieskiego sklepienia spadał deszcz konfetti w kształcie serduszek. Harry ruszył ku stołowi Gryfonów, gdzie zastał Rona wyglądającego, jakby go okropnie mdliło, i Hermionę, która była trochę rozchichotana.
- Co się dzieje? – zapytał Harry, siadając i zdmuchując konfetti z bekonu.
- Lockhart to się dzieje – mruknął Seamus.
Ron wskazał bez słowa na stół nauczycielski; był najwyraźniej zbyt zdegustowany, by coś powiedzieć. Lockhart, ubrany w okropną bladoróżową szatę, znakomicie pasującą do dekoracji, machał ręką, aby uciszyć salę. Reszta nauczycieli miała grobowe miny.
- Zastanawiają się, kto pierwszy zabije Lockharta – oznajmił George II.
- Stawiam na Severusa – stwierdził Fred II.
Pani profesor McGonagall nerwowo drgał policzek. Snape wyglądał, jakby przed chwilą wypił wielki kubek Szkiele-Wzro.
- Minne to taka cicha woda jest, stawiam na nią – rzekł James II.
- Witajcie w walentynki! - krzyknął Lockhart – I niech mi będzie wolno podziękować tym czterdziestu sześciu osobom, które przysłały mi kartki! Tak, pozwoliłem sobie na zaaranżowanie tej małej niespodzianki... ale nie koniec na tym!
- Czterdzieści sześć wariatek – mruknęli Lorcas i Lysander.
- Kto był taki głupi – zaczął Lorcas.
- To znaczy bardzo mądry – ciągnął Lysander, kiedy Luna popatrzyła na swoich synów.
- Że wysłały te wspaniałe kartki walentynkowe – skoczyli razem, bo wiedzieli, że Luna mu wysłała.
Klasnął w dłonie i do sali wkroczył tuzin dość gburowato wyglądających krasnoludów. Nie były to jednak byle jakie krasnoludy. Lockhart podoczepiał im złote skrzydełka; każdy niósł też harfę.
- Moje słodkie kupidyny, niebiańscy posłańcy! – zawołał rozpromieniony Lockhart.
- Jemu odbiło! – jęknął Fineas.
- Dzisiaj będą krążyć po szkole, rozdając wam walentynkowe kartki! I na tym nie koniec zabawy! Jestem pewny, że moi szanowni koledzy chętnie się do niej przyłączą! Dalej, młodzieży, nie wahaj się poprosić profesora Snape'a, by puścił w obieg Eliksir Miłości!
Dwie wersje Łapy ryknęło śmiechem, a za nim poszli jego przyjaciele. Dwie wersje Severusa mieli minę mordercy.
A jeśli już jesteśmy przy tym temacie, to zapewniam was, że profesor Flitwick wie więcej o zaklęciach wprawiających w upojny trans niż jakikolwiek inny czarodziej! Nuże, stary szelmo, pokaż im, co potrafisz!
- On powinien się leczyć na głowę – stwierdziła Cedrella.
Profesor Flitwick ukrył twarz w dłoniach. Snape wyglądał, jakby zamierzał podać truciznę pierwszej osobie, która go poprosi o Eliksir Miłości.
- Hermiono, błagam cię, powiedz, że nie byłaś jedną z tych czterdziestu sześciu osób, które mu posłały kartki – powiedział Ron, kiedy wyszli z Wielkiej Sali, udając się na pierwszą lekcję.
Hermiona się zarumieniła i ukryła twarz w szyi Rona.
Hermiona zaczęła nagle gorączkowo przetrząsać swoją torbę w poszukiwaniu rozkładu zajęć i w związku z tym nic nie odpowiedziała.
Przez cały dzień, ku zgrozie nauczycieli, krasnoludy włóczyły się po klasach, wręczając kartki walentynkowe. Późnym popołudniem jeden z nich wypatrzył Harry'ego, który razem z innymi Gryfonami szedł po schodach na lekcję zaklęć.
Ginny popatrzyła na Harry’ego i pocałowała go policzek.
- Hej, ty! Arry Potter! - krzyknął, a wyglądał na wyjątkowego gbura. I ruszył ku Harry'emu, roztrącając innych uczniów łokciami. Na myśl o tym, że zaraz dostanie kartkę walentynkową na oczach tłumu pierwszoroczniaków (tak się złożyło, że była wśród nich Ginny), Harry'emu zrobiło się gorąco.
- Rogaś dostanie walentynkę – powiedział szczęśliwi młodszy Łapa.
Karzeł zręcznie torował sobie drogę, kopiąc ludzi w golenie i dopadł go, zanim Harry zrobił dwa kroki.
- Mam wiadomość muzyczną, którą muszę osobiście przekazać Arry'emu Porterowi – oznajmił, szarpiąc struny harfy w bardzo niebezpieczny sposób.
Wszyscy popatrzyli na Ginny, która była już czerwona jak jej rude włosy i chciała uciec, ale Harry ją przytulił i pocałował ją w usta, a ona rozmarzyła się.
- Nie tutaj – syknął Harry, próbując uciec.
- Stój! – ryknął krasnolud, chwytając torbę Harry'ego i ciągnąc go z powrotem.
- Puść mnie! – warknął Harry, wyrywając mu torbę. Torba rozdarła się z głośnym trzaskiem. Książki, różdżka, pergamin i pióro wysypały się na podłogę, a na to wszystko upadł kałamarz i roztrzaskał się na drobne kawałki. Harry padł na kolana, żeby to pozbierać, zanim krasnolud zacznie śpiewać. Na korytarzu zrobił się okropny korek.
- Co tu się dzieje? – rozległ się zimny głos Dracona Malfoy'a.
- Harry dostanie walentynkę – powiedział starszy Rogacz.
- A ty zostaniesz fretką – dodał Jared.
Harry zaczął gorączkowo zgarniać wszystko do rozdartej torby, pragnąc za wszelką cenę opuścić tę scenę, zanim Malfoy usłyszy jego muzyczną walentynkę.
- Co to za zbiegowisko? – zapytał inny znajomy głos. Na scenę wkroczył Percy Weasley. Harry stracił głowę i rzucił się do ucieczki, ale krasnolud złapał go za nogi i powalił na posadzkę.
- Siedź cicho – mruknął, przygniatając mu stopy – Oto twoja śpiewająca walentynka.
- Jestem ciekawy – mruknął Frank II.
Ma oczy zielone jak pikle z ropuchy.
Jego włosy są czarne jak tablica.
O, gdyby moim został, bohater mych snów.
Służyłabym mu jak diablica.
Większość ludzi ryknęła śmiechem. Ginny spaliła buraka i wtuliła się w szyję męża. Jej synowie leżeli ze śmiechu na podłodze tak samo, jak ich kuzyni i jej bracia. Łapa i Rogacz oraz Remus, Frank, Regulus i Artur jak i starsi, i że kochali Ginny, próbowali zachować powagę, ale Łapa nie wytrzymał i prasnął głośnym śmiechem, a za nim poszła reszta.
- Tak, śmiejcie się, śmiejcie! – burknęła Ginny.
- To było takie słodkie – powiedziała Olivia, a Lily i Amelia pokiwały głowami.
- Kochanie to było piękne – stwierdziły dwie wersje Lily.
- Masz talent Ginny – dodała Mary. Kiedy się uspokoili Hugo, Patrick, Teddy i Scorpius wymienili spojrzenia i wzięli sprzęt.
- Tę piosenkę dedykujemy tym, co mają zielone oczy i ich drugie połówki nie mogą się na nich napatrzeć, prawda Ciociu Ginny? – spytał Hugo niewinnym głosem. Ginny spaliła buraka i zaczęli grać, a Hugo zaczął śpiewać.
Odkąd zobaczyłem ciebie Nie mogę jeść, nie mogę spać Jak do tego doszło, nie wiem? Miłość o sobie dała znać
Większość ludzi prasnęła śmiechem.
Co poradzić mogę na to, że miłość przyszła właśnie dziś, że w sercu mym jest lato, a w moich myślach jesteś ty.
Przez twe oczy, te oczy zielone oszalałem. Gwiazdy chyba twym oczom oddały cały blask! A ja serce miłości spragnione ci oddałem. Tak zakochać, zakochać się można tylko raz.
Harry, Ginny, Albus, Olivia, dwie wersje Lily, Amelia, Nicole i Remus zarumienili się mocno. James II, dwie wersje Rogacza, Fred mieli banany na twarzy. Większość parsknęli śmiechem.
- Pani Potter mogę prosić panią do tańca? – spytali dwie wersje Rogacza do Lily I, podając swoją dłoń.
- Tak – powiedziały i zaczęli tańczyć, patrząc sobie oczy.
- Awwwww! – zawołały kobiety i dziewczyny wzruszone.
- Czy pani doktor zatańczy ze swoim mężem? – zapytał James II.
- Oczywiście – odparła Olivia i też tańczyli.
- A pani też zatańczy ze mną? – spytali Fred i Albus i bez gadania wzięli je na ręce i zanieśli na parkiet – puść mnie idioto! – mimo sytuacji głosy miały wesołe. Postawili je na podłodze, a te ich pocałowały i zaczęli tańczyć. Harry bez żadnego gadania wziął Ginny na ręce, a ta pisnęła. Zaniósł ją na parkiet i wtedy spytał:
- Czy najpiękniejsza rudowłosa piękność i najlepsza ścigająca świata zatańczy ze zwykłym Harrym Potterem?
- Tak! – krzyknęła Ginny i też tańczyli.
- Chodź Remus! – zawołała Nimfadora i pociągnęła Lunatyka na parkiet i też tańczyli.
W mych ramionach cię ukryję. U stóp Ci złożę cały świat. Serce me dla ciebie bije i czeka na twój mały znak.
- Popatrz jak nasze dzieci są szczęśliwe – powiedziały wzruszone Carolina, Euphemia i Molly I do swoich mężów.
Jeden uśmiech twój wystarczy i moje serce gubi rytm. O twą miłość będę walczył, o miłość walczyć to nie wstyd.
Przez twe oczy, te oczy zielone oszalałem, gwiazdy chyba twym oczom oddały cały blask.
- Zapraszamy wszystkich na parkiet! – krzyknął Hugo. Większość par zaczęli tańczyć, bawiąc się znakomicie.
A ja serce miłości spragnione ci oddałem. Tak zakochać, zakochać się można tylko raz!
- Jestem ciekawa, co oni jeszcze wymyślą! – parsknęła śmiechem Rolanda.
Przez twe oczy, te oczy zielone oszalałem. Gwiazdy chyba twym oczom oddały cały blask! A ja serce miłości spragnione ci oddałem. Tak zakochać, zakochać się można tylko raz.
Przez twe oczy, te oczy zielone oszalałem. Gwiazdy chyba twym oczom oddały cały blask! A ja serce miłości spragnione ci oddałem. Tak zakochać, zakochać się można tylko raz.
Harry oddałby całe złoto Gringotta, gdyby mógł wyparować z tego miejsca.
- A ja razem z tobą – dodała Ginny.
Starając się dzielnie śmiać razem z wszystkimi, wstał, chwiejąc się na nogach zdrętwiałych od ciężaru krasnoluda. Percy Weasley robił, co mógł, żeby rozpędzić zbiegowisko. Większość ryczała z uciechy.
- Rozejść się, rozejść się, już pięć minut po dzwonku, do klasy, no już! – nawoływał Percy, zaganiając stadko młodszych uczniów – Ty też, Malfoy – Harry zobaczył, że Malfoy pochyla się i szybko podnosi coś z podłogi, a potem pokazuje to Crabbe'owi i Goyle'owi, patrząc na nich znacząco. Poznał dziennik Riddle'a.
- Oddaj to – wycedził przez zęby Harry.
- Ciekawe, co też Potter w nim zapisał – powiedział wolno Malfoy, który najwidoczniej nie zauważył roku na okładce i był pewien, że to dziennik Harry'ego. W tłumie rozległ się szmer i zapadła cisza. Ginny spoglądała to na dziennik, to na Harry'ego, wyraźnie przerażona.
- Córeczko…? – mruknęła zaniepokojona młodsza Lily, kiedy Ginny wtuliła się do niej piersi.
- Będzie opisane – mruknęła Ginny.
- Ginny, ile razy mam Ci mówić to nie twoja wina – oznajmił Harry.
- To twoja wina – powiedziała szyderczo Mariette.
- Zamknij się! – warknęła Hermiona.
- Oddaj to, Malfoy – powiedział Percy groźnym tonem.
- Oddam, tylko sobie popatrzę – odrzekł Malfoy, wymachując czarnym notesem.
- Jako prefekt szkoły... – zaczął Percy, ale Harry stracił już cierpliwość. Wyciągnął różdżkę i krzyknął:
- Expelliarmus!
- Percy, Harry nie ma czasu na twoje mądrości, tylko działa – powiedzieli Fred i George.
Czując się jak Lockhart rozbrojony przez Snape'a, Malfoy zobaczył, jak czarna książeczka wymyka mu się z ręki i wzlatuje w powietrze. Ron złapał ją, śmiejąc się triumfalnie.
- Harry! – krzyknął Percy – Żadnych czarów na korytarzach. Będę musiał złożyć raport, wiesz o tym!
- Harry ma w nosie te twoje wykłady. Idzie do komnaty, żeby się napić z wężami – rzekł Lee.
Ale Harry miał to w nosie. Zdobył punkt w rozgrywce z Malfoy'em, a to było warte pięć punktów odjętych Gryffindorowi. Malfoy był wściekły. Kiedy Ginny mijała go, idąc do klasy, zawołał:
- Nie sądzę, żeby Porterowi spodobała się twoja walentynka!
- Nie słuchaj go – mruknął Harry.
Ginny zakryła twarz rękami i wbiegła do klasy. Ron wydał zduszony okrzyk i też wyciągnął różdżkę, ale Harry odciągnął go na bok. Nie zamierzał pozwolić, żeby Ron wymiotował ślimakami przez całą lekcję zaklęć.
- Przynajmniej Granger by go rzuciła i byłaby moja! – warknął Cormac.
- Tyle jest wolnych dziewcząt, taka Lavender albo Cho, albo Milicenta. Czemu przyczepiłeś się mnie! – jęknęła Hermiona – A po drugie nazywam się Weasley, wbij sobie to do głowy.
- Jeszcze będziesz moją żoną!
- Nie, nie będę! – krzyknęła młodsza pani Weasley – Nie jesteś w moim typie. Zrozum to w swoim małym móżdżku, że nigdy nie będę twoja! Nigdy! Jakbyś nie wiedział, to ja już podpisałam kontrakt małżeński i nie mogę tego zdjąć, a nawet jeślibym mogła, to nie chcę!
- Odwal się od mojej żony albo ci przywalę! – warknął Ron, a Hermiona przygryzła wargę, patrząc na męża jak na ósmy cud świata.
Dopiero kiedy doszli do klasy profesora Flitwicka, Harry zauważył coś dziwnego. Wszystkie książki powalane były szkarłatnym atramentem, a dziennik Riddle'a pozostał zupełnie czysty. Chciał o tym powiedzieć Ronowi, ale Ron miał znowu trudności ze swoją różdżką: z jej końca wydymały się wielkie purpurowe bąble.
- Musisz zdobyć nową – mruknęła Alison.
***
Tego wieczoru nikt nie poszedł do łóżka tak wcześnie jak Harry. Częściowo dlatego, że miał już dosyć wyśpiewywania przez Freda i George'a: "Ma oczy zielone jak pikle z ropuchy",
- Przez twe oczy, twe oczy zielone oszalałam! – śpiewali Fred i George.
a częściowo dlatego, że chciał jeszcze raz zbadać dziennik Riddle'a, a wiedział, że Ron uzna to za stratę czasu. Usiadłszy na swoim łożu pod baldachimem, zaczął przerzucać czyste kartki. Na żadnej nie było ani śladu czerwonego atramentu. Wyjął pełną butelkę z szafki przy łóżku, zanurzył w niej pióro i zrobił wielki kleks na pierwszej stronie.
- Co ty kombinujesz? – spytała Jessica.
- Zobaczysz.
Atrament zalśnił czerwienią, ale po sekundzie zniknął, jakby całkowicie wsiąknął w papier. Harry, podekscytowany tym odkryciem, ponownie umoczył pióro i szybko napisał: "Nazywam się Harry Potter". Litery zabłysły przez chwilę i znikły bez śladu. A potem coś się wreszcie wydarzyło.
- Co takiego? – padło pytanie z wielu ust.
Na czystej stronicy pojawiły się słowa wypisane jego czerwonym tuszem, ale na pewno nie przez niego:
- Witaj, Harry. Nazywam się Tom Riddle. Skąd masz mój dziennik?
Wszystkim opadły szczęki.
- Ten dziennik ci odpisał? – zapytała Daphne, patrząc w szoku na Harry’ego.
- Tak – odpowiedział Harry.
- Ale to Voldemort! – krzyknął starszy Rogacz.
- Wtedy tego nie wiedzieliśmy tatusiu, - odparła Hermiona i wtuliła się w rudzielca.
Te słowa również natychmiast znikły, ale Harry zdążył odpisać:
- Ktoś próbował utopić go w toalecie – Czekał niecierpliwie na odpowiedź Riddle'a.
- Całe szczęście, że zanotowałem swoje wspomnienia czymś trwalszym od czerwonego atramentu. Ale zawsze wiedziałem, że znajdą się tacy, którzy nie będą chcieli, żeby ktoś przeczytał mój dziennik.
- Co masz na myśli? – naskrobał Harry, robiąc wielkiego kleksa.
- To, że dziennik zawiera opis strasznych wydarzeń. Wydarzeń, które zręcznie zatuszowano. Wydarzeń, które miały miejsce w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
- Nie podoba mi się to wszystko – wyszeptała młodsza Lily.
- Właśnie w niej jestem – odpisał szybko Harry – Jestem w Hogwarcie i dzieją się tu straszne rzeczy. Czy wiesz coś o Komnacie Tajemnic? – Serce biło mu jak młotem. Riddle natychmiast odpowiedział, a jego pismo stało się niechlujne, jakby się spieszył, żeby powiedzieć wszystko, co wie.
- Oczywiście, wiem o Komnacie Tajemnic. Za moich czasów mówiono nam, że to legenda, że Komnata nie istnieje. To kłamstwo. Kiedy byłem w piątej klasie, ktoś ją otworzył i potwór zaatakował kilkanaście osób, a w końcu jedną uśmiercił. Wykryłem, kto otworzył Komnatę, i wyrzucono go ze szkoły, ale dyrektor, profesor Dippet zawstydzony, że coś takiego wydarzyło się w Hogwarcie, zakazał mi mówienia prawdy. Według oficjalnej wersji dziewczynka zginęła w nieszczęśliwym wypadku. Dali mi ładny, błyszczący medalion z wygrawerowanym nazwiskiem i kazali siedzieć cicho. Wiem jednak, że to się może powtórzyć. Potwór przeżył, a tego, kto go uwolnił, nie uwięziono.
Hagrid wymienił spojrzenia ze złotą trójcą.
Harry tak się spieszył, że o mało co nie rozlał butelki z atramentem.
- To się znowu zaczęło. Były już trzy ataki i nikt nie wie, kto za tym się kryje. Kto to był za twoich czasów?
- Mogę ci pokazać, jeśli chcesz. Do tego niepotrzebne są słowa. Mogę ci pokazać moje wspomnienie tej nocy, w której go schwytałem.
- Harry, nie rób tego – wyszeptała Jessica, patrząc na brata przerażonym wzrokiem.
Harry zawahał się, zatrzymując pióro w powietrzu. Co Riddle ma na myśli? Jak można pokazać komuś drugiemu swoje wspomnienia? Zerknął nerwowo na drzwi dormitorium. Robiło się coraz ciemniej. Kiedy znowu spojrzał na dziennik, ujrzał świeży zapis.
- Pozwól, żebym ci pokazał.
Tym razem Harry zawahał się tylko przez ułamek sekundy i odpisał:
- OK.
- To się już wydarzyło, Jessico – powiedział Harry.
Strony dziennika zaczęły się szybko przewracać, jakby powiał na nie silny wiatr, i zatrzymały się na czerwcu. Harry'emu szczęka opadła, bo mały kwadrat oznaczający datę 13 czerwca zamienił się w coś w rodzaju maleńkiego ekranu telewizyjnego.
- Byłeś w dzienniku? Super! – krzyknęli podnieceni synowie oraz ich kuzyni.
Drżącymi rękami podniósł dziennik, żeby przycisnąć oko do tego okienka i zanim zorientował się, co się dzieje, coś go pociągnęło do przodu, okienko rozszerzyło się, poczuł, jak jego ciało odrywa się od łóżka i nagle został wciągnięty głową naprzód w wir barw i cieni. Wylądował na czymś twardym. Stał, dygocąc na całym ciele, a zamazane kształty wokół niego nagle zyskały ostrość.
Wszyscy popatrzyli na Harry’ego.
Natychmiast poznał, gdzie się znajduje. Ten okrągły pokój ze śpiącymi portretami na ścianach to przecież gabinet Dumbledore'a... ale to nie Dumbledore siedział za biurkiem. Był to pomarszczony, wątły staruszek, prawie całkowicie łysy, z paroma kępkami siwych włosów. Czytał jakiś list przy świecy. Harry nigdy wcześniej go nie widział.
- Dippet – mruknął Drops.
- Przepraszam – wybąkał – Nie chciałem tak nagle wpadać... – Ale stary czarodziej nawet nie podniósł głowy. Dalej czytał list, marszcząc czoło. Harry przysunął się bliżej i wyjąkał: – Ee... mam już sobie iść, tak?
- Jesteś kretynem czy idiotą Potter? – spytała Pansy, a goryle parsknęli śmiechem.
Czarodziej nadal go ignorował. Sprawiał wrażenie, jakby go w ogóle nie słyszał. Myśląc, że może staruszek jest głuchy, Harry prawie krzyknął:
- Przepraszam, że przeszkodziłem, już sobie idę – Czarodziej złożył list, westchnął, wstał i przeszedł obok Harry'ego, nawet na niego nie spojrzawszy, a potem podszedł do okna i rozsunął kotary.
- Jesteś wspomnieniach i on cię nie widzi ani nie słyszy, Harry – powiedziała Luna rozmarzonym głosem.
Harry zdążył zauważyć, że niebo miało rubinowy kolor; zapewne zachodziło słońce. Czarodziej wrócił do biurka, usiadł i zaczął kręcić młynka kciukami, wpatrzony w drzwi. Harry rozejrzał się po gabinecie. Nie dostrzegł nigdzie feniksa Fawkesa, nie było też wirujących srebrnych mechanizmów. To był Hogwart z czasów Riddle'a, a dyrektorem nie był Dumbledore, tylko ten zasuszony staruszek o nieznanym nazwisku,
- Dippet – powtórzył Drops.
tymczasem on, Harry, był tylko fantomem, całkowicie niewidzialnym dla ludzi sprzed pięćdziesięciu lat. Rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę wejść – powiedział staruszek słabym głosem. Wszedł chłopiec w wieku około szesnastu lat, zdejmując spiczastą tiarę. Na jego piersi błyszczała srebrna odznaka prefekta.
- Voldemort! – warknął Harry.
Był o wiele wyższy od Harry'ego, ale też miał kruczoczarne włosy.
- Ach, to ty, Riddle – powiedział dyrektor.
- Wzywał mnie pan, panie profesorze Dippet? – zapytał Riddle. Wyglądał na przestraszonego.
- Usiądź – rzekł Dippet – Właśnie przeczytałem list, który mi przysłałeś.
- Aha – mruknął Riddle i usiadł, ściskając mocno dłonie.
- Mój drogi chłopcze – rzekł łagodnie Dippet – chyba nie będę mógł pozwolić ci zostać w szkole przez całe lato. Nie chcesz wrócić do domu na wakacje?
- On jest z domu dziecka…? – mruknął Ron, a Hermiona pokiwała głową.
- Nie – odpowiedział szybko Riddle – Na pewno wolę zostać w Hogwarcie, niż wrócić do tego... tego...
- O ile wiem, podczas wakacji mieszkasz w mugolskim sierocińcu, tak?
- Tak, panie profesorze – odpowiedział Riddle, czerwieniąc się lekko.
- Twoi rodzice byli mugolami?
- Pół na pół. Ojciec był mugolem, matka czarownicą.
- A rodzice...
- Matka umarła tuż po moim narodzeniu. W sierocińcu powiedzieli mi, że zdążyła nadać mi imiona: Tom po moim ojcu i Marvolo po moim dziadku – Dippet zacmokał współczująco.
- Współczuję mu trochę – mruknęła Lavender.
- Rzecz w tym, Tom – westchnął – że właściwie można by ci tu coś zorganizować, ale w obecnych okolicznościach...
- Ma pan na myśli te napaści, panie profesorze? – zapytał Riddle, a Harry'emu serce zabiło i przysunął się bliżej, nie chcąc uronić ani jednego słowa.
- Tak, właśnie to – odpowiedział dyrektor – Mój drogi chłopcze, musisz zrozumieć, że byłbym głupcem, gdybym pozwolił ci pozostać w zamku po zakończeniu semestru. Zwłaszcza w świetle ostatniej tragedii... po śmierci tej biednej dziewczynki... W sierocińcu będziesz o wiele bezpieczniejszy.
- Jemu to nic nie groziło! – warknęła nagle Ginny – Uchronisz mnie przed tym psycholem, prawda?
- O czym ty mówisz!? – zapytała Mary.
- Przy tobie czuje się bezpiecznie – mruknęła pani Potter i wtuliła się mocno Harry’ego.
Prawdę mówiąc, Ministerstwo Magii rozważa nawet możliwość zamknięcia szkoły. Nie przybliżyliśmy się ani o włos do znalezienia... ee... źródła tych niemiłych... – Oczy Riddle'a rozszerzyły się gwałtownie.
- Panie profesorze... a gdyby ten ktoś został schwytany... gdyby to wszystko się skończyło...
- Co za skurwiel! – warknął James II.
- James, nie przeklinaj! – skarciła jego zachowanie Ginny.
- To są wszystko bzdury! – krzyknęła Umbridge.
- Bzury to są twoje ubranka Umbridge! – odparowała Victoire.
- Co masz na myśli? – zapytał Dippet piskliwym głosem, prostując się w fotelu – Riddle, czyżbyś coś wiedział o tych napaściach?
- Nie, panie profesorze – odpowiedział szybko Riddle. Harry czuł jednak, że było to takie samo "nie" jak to, które on skierował do Dumbledore'a. Dippet zgarbił się w fotelu, sprawiając wrażenie nieco zawiedzionego.
- Możesz odejść, Tom...
- Zejdź mi z oczu – odezwał się Jared.
Riddle ześliznął się z fotela i wyszedł z pokoju. Harry ruszył za nim. Zeszli spiralnymi schodami. Tuż obok chimery, u wylotu ciemnego korytarza, Riddle zatrzymał się, więc Harry zrobił to samo, obserwując go. Był pewny, że Riddle zastanawia się nad czymś głęboko, bo przygryzał wargi i marszczył czoło.
- Co on kombinuje? – pytała Euphemia.
Po chwili, jakby nagle coś postanowił, cofnął się i szybko odszedł. Harry poszybował za nim. Nie spotkali nikogo po drodze aż do sali wejściowej, gdzie wysoki czarodziej z długimi kasztanowymi włosami zawołał do Riddle'a z marmurowych schodów:
- Co tutaj robisz o tak późnej porze, Tom? – Harry wytrzeszczył na niego oczy. To był Dumbledore, tyle że o pięćdziesiąt lat młodszy!
- I chyba pięćdziesiąt razy mądrzejszy – mruknął młodszy Łapa.
- Pan dyrektor mnie wezwał, panie profesorze.
- No dobrze, a teraz biegiem do łóżka – odrzekł Dumbledore, obdarzając Riddle'a tym samym badawczym spojrzeniem, które Harry tak dobrze znał – Lepiej nie włóczyć się po korytarzach... od czasu... – Westchnął ciężko, powiedział Riddle'owi dobranoc i odszedł. Riddle odczekał, aż Dumbledore zniknie mu z oczu, a wtedy szybko wbiegł na kamienne schody wiodące do lochów. Harry ledwo za nim zdążył.
- Ciekawe, co on tym razem kombinuje? – zapytała młodsza Marlene.
Ku zaskoczeniu Harry'ego, Riddle nie powiódł go jednak do jakiegoś ukrytego przejścia czy tajnego tunelu, tylko do piwnicy, w której obecnie Snape nauczał eliksirów. Pochodnie nie płonęły i kiedy Riddle pchnął przymknięte drzwi, Harry ledwo go widział. Stanął przy drzwiach, lekko je uchylił i zamarł bez ruchu, wpatrzony w mroczny korytarz.
- Nie podoba mi się to wszystko – skomentowała to Lisa.
Harry odniósł wrażenie, że stali tam z godzinę. Widział tylko nieruchomą jak posąg postać Riddle'a na tle ciemnych drzwi. I właśnie wówczas, kiedy Harry uspokoił się już i rozluźnił, a nawet zaczął tęsknić za powrotem do rzeczywistości, usłyszał, że coś się za drzwiami poruszyło.
- Pająki? – spytał przerażonym głosem Scorpius.
Ktoś skradał się korytarzem. Ktoś minął drzwi, za którymi był ukryty Riddle. Po chwili Riddle wyjrzał przez nie i ruszył za oddalającymi się krokami. Harry pobiegł za nim na palcach, zapominając, że jest niewidzialny.
- Ale z Ciebie jest imbecyl! – drwił Blaise, a jego kumple uśmiechnęli się szyderczo.
Szli tak z pięć minut, aż w końcu Riddle nagle się zatrzymał, wyciągając głowę w kierunku nowych odgłosów. Harry usłyszał skrzypienie otwieranych drzwi i czyjś ochrypły szept:
- No właź... musisz se pobiegać... no chodź... właź do pudła...
Hagrid miał nietęgą minę.
W tym głosie było coś znajomego.
- Kto to? – zapytała starsza wersja pani Potter.
Riddle nagle wyskoczył zza węgła. Harry poszybował za nim. Zobaczył ciemny zarys wielkiego chłopca, skulonego w otwartych drzwiach, a tuż obok niego sporą skrzynię.
- Dobry wieczór, Rubeusie – powiedział Riddle ostrym tonem.
Tym, co nie wiedzieli opadły szczęki.
- Hagrid? – spytała niedowierzaniem młodsza Marlena.
Chłopiec zatrzasnął drzwi i wyprostował się.
- Co tutaj robisz, Tom? – Riddle podszedł bliżej.
- To już koniec – powiedział – Zamierzam cię wydać, Rubeusie. Jeśli te napaści nie ustaną, zamkną szkołę.
- Co ty mi...
- Wiem, że nie chcesz nikogo zabić. Ale potwory nie są domowymi zwierzątkami, które się trzyma dla przyjemności. Wypuszczasz go, żeby sobie pobiegał, a on...
- W sumie ma trochę racji – mruknął młodszy Remus.
- Nigdy nikogo nie zabiłem! – krzyknął wielki chłopiec, zasłaniając sobą drzwi. Zza drzwi dobiegało jakieś dziwne skrobanie i mlaskanie.
- Daj spokój, Rubeusie – powiedział Riddle, podchodząc jeszcze bliżej – Jutro przyjadą rodzice tej dziewczynki. Jedyne, co szkoła może zrobić, to upewnić się, że ten potwór nie zabije już nikogo...
- To mi się nie mieści w głowie! – jęknęli dwie wersje Łapy.
- To nie on! – ryknął chłopiec, a jego głos odbił się echem po ciemnym korytarzu. – On by tego nie zrobił! Nie on!
- Odsuń się – rzekł Riddle, wyciągając różdżkę. Jego zaklęcie rozjaśniło korytarz nagłym wybuchem płomienistego światła. Drzwi rozwarły się z taką siłą, że stojący przed nimi chłopiec runął na przeciwległą ścianę. A z ciemnego lochu za drzwiami wylazło coś tak strasznego, że Harry wydał z siebie długi, przenikliwy okrzyk, którego na szczęście nie usłyszał nikt prócz niego.
- Hagrid pójdzie do Azkabanu! – krzyknęła szczęśliwa i słodko Umbridge.
- Zamknij się! – warknęła Lucy – albo Ci przywalę.
- Oj, Dolores, Lucy może być córka Weatherby’ego, ale umie przywalić i łamać zasady w przeciwieństwie do swojego tatusia – powiedział Patrick – Pana perfekcyjnego prefekta.
- Finnigan nie drwij ze mnie! – wysyczał Percy, a ten uśmiechnął się z drwiną – Lucy twój mężuś nie szanuje starszych!
- A ja twierdzę, że ma rację – odezwała się Lucy – Ty, zamiast trochę wyluzować, to zachowujesz się, jakbyś miał kij w dupie. Pan niby idealny, a wolisz ministerstwo niż swoją rodzinę, która będzie z tobą na dobre i złe, a ministerstwo kopnie cię w dupę, jak pójdzie coś nie tak. Jeśli tego nie zrozumiesz, jesteś idiotą.
Ogromne owłosione cielsko i plątanina czarnych odnóży, blask wielu ślepi i para ostrych jak brzytwy szczypców...
Scorpius i Ron zbledli.
- Dlaczego to muszą być pająki! – jęknęli Scorpius i Ron – Czemu nie mogą być np. motyle!
Riddle ponownie uniósł różdżkę, ale zrobił to za późno. Potwór powalił go na podłogę i pomknął w ciemność jak olbrzymi pająk z rozdętym tułowiem. Riddle dźwignął się na nogi, rozglądając się za nim, podniósł różdżkę, wycelował, ale wielki chłopak skoczył na niego, wyrwał mu ją i ponownie powalił go na podłogę, rycząc:
- NIEEEEEE!
- Aragog – mruknął słabo Ron, a Hermiona go mocno przytuliła, żeby się uspokoił. Pocałowała go najpierw w policzek, a później w usta i mruknęła go niego:
- Kocham Cię – Rose zrobiła to samo ze Scorpiusem.
Cała scena zawirowała, ciemność zgęstniała, Harry poczuł, że zapada się w nią i nagle spadł na plecy z rozłożonymi rękami i nogami na swoje łoże w dormitorium Gryffindoru. Na jego brzuchu leżał otwarty dziennik Riddle'a. Zanim zdążył odzyskać oddech, drzwi się otworzyły i wszedł Ron.
- A, tu jesteś – powiedział. Harry usiadł. Był zlany potem i dygotał – Co ci jest? – zapytał Ron, przyglądając mu się z niepokojem.
- Ron, to był Hagrid. To Hagrid otworzył Komnatę Tajemnic pięćdziesiąt lat temu.
- TO NIE JA! – ryknął Hagrid.
- Pójdziesz do Azkabanu – odezwała się Dolores słodkim głosem.
- Koniec rozdziału – powiedziała Lola.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz