- Teraz ja – powiedziała Cedrella.
- Jasne – stwierdziła Iola.
Rozdział czternasty
Korneliusz Knot
- O ten idiota ma swój własny rozdział! – jęknął Seamus.
- JAK ŚMIESZ! – ryknął Knot – NIE JESTEM IDIOTĄ!
- JESTEŚ! – krzyknęła większość osób na Sali.
Harry, Ron i Hermiona od dawna wiedzieli, że Hagrid odczuwa niestety pociąg do wielkich i strasznych stworzeń.
Hagrid prychnął.
Podczas pierwszego roku ich pobytu w Hogwarcie próbował wyhodować smoka w swojej małej chatce, a z pewnością długo nie zapomną olbrzymiego trójgłowego psa, którego nazwał Puszkiem.
- Potrzebował wybiegu – skomentował Ron.
Dla Harry’ego było oczywiste, że jeśli Hagrid jako chłopiec dowiedział się o uwięzionym gdzieś w podziemiach zamku potworze, to nie spoczął, póki go nie zobaczył. Prawdopodobnie uznał za nieludzkie trzymanie takiego uroczego stworzenia w zamknięciu i postanowił stworzyć mu możliwość rozprostowania tak wielu nóg.
Scorpius i Ron mieli nietęgie miny.
Harry potrafił bez trudu wyobrazić sobie trzynastoletniego Hagrida, jak próbuje dopasować potworowi obrożę i smycz.
- Słoneczko, do nogi! – zawołali Fred i George. Hagrid się zarumienił.
Był jednak pewny, że Hagrid nie zamierzał nikogo uśmiercić. Prawdę mówiąc, Harry zaczął żałować, że odkrył sekret dziennika Riddle’a. Ron i Hermiona wciąż i wciąż prosili go, żeby im jeszcze raz wszystko opowiedział, aż w końcu miał już tego dość, podobnie jak rozmowy, która się potem wywiązała.
- Riddle mógł złapać niewłaściwą osobę – powiedziała Hermiona – Może jakiś inny potwór atakował ludzi...
- A ile, według ciebie, jest potworów w tym zamku? – zapytał Ron.
- Kilku by się znalazło – mruknęła Hermiona.
- Od dawna wiedzieliśmy, że Hagrida wyrzucono ze szkoły – tłumaczył im po raz któryś Harry – No i te ataki musiały ustać, od kiedy go wylano. Bo gdyby nie ustały, Riddle nie dostałby nagrody – Ron spróbował od innej strony.
- Ten Riddle bardzo przypomina Percy’ego...
- Jak śmiesz! – warknął Percy.
Kto go prosił, by wyszpiegował Hagrida i złapał go na gorącym uczynku?
- Ron, przecież ten potwór kogoś zabił – jęknęła Hermiona.
- No i gdyby zamknięto szkołę, Riddle miał wrócić do jakiegoś mugolskiego sierocińca – przypomniał Harry – Wcale się nie dziwię, że chciał tu zostać...
Pani Potter zawarczała.
Ron przygryzł wargi, a potem rzucił niedbałym tonem:
- Harry, spotkałeś Hagrida na ulicy Śmiertelnego Nokturnu, tak?
- Kupował jakiś środek na ślimaki zżerające mu sałatę – odpowiedział szybko Harry.
- Aha! – krzyknęła Dolores – Pójdziesz do Azkabanu.
- Nie, nie pójdzie. Ty tam wylądujesz – powiedział James II – twoja cela już czeka na ciebie. Śliczna i rozgrzana.
- Ja jestem sekretarzem ministerstwa!
- A ja jestem szefem aurorów – odpowiedział Teddy – Tu masz Ministra Magii – wskazał na Hermionę – A tu szefa Departamentu Przestrzegania Prawa – wskazał na Harry’ego, którzy uśmiechnęli się szeroko.
Przez jakiś czas wszyscy milczeli. Potem Hermiona zadała najbardziej dręczące ich pytanie:
- Nie sądzicie, że powinniśmy iść do Hagrida i zapytać go o to wszystko?
- To będą wesołe odwiedziny, nie ma co – zauważył Ron – Cześć, Hagrid, powiedz nam, czy może widziałeś ostatnio coś okropnego i włochatego włóczącego się po zamku?
- Cholibka! To moja psiapsi się zgubiła, Ron – odpowiedział Hugo, naśladując głos Hagrida.
Większość wybuchła śmiechem, a Hagrid spalił buraka.
W końcu postanowili, że nie powiedzą nic Hagridowi, chyba że dojdzie do kolejnej napaści, a kiedy mijał dzień po dniu i bezcielesny głos już się nie odzywał, zaczęli mieć nadzieję, że może nigdy nie będą musieli z nim rozmawiać na temat powodów wyrzucenia go ze szkoły. Minęły prawie cztery miesiące od spetryfikowania Justyna i Prawie Bezgłowego Nicka i niemal wszyscy uważali, że napastnik, kimkolwiek był, dał szkole spokój na dobre.
- Lockhart go wykurzył swoją głupotą – stwierdził młodszy Łapa.
Irytka znudziło w końcu podśpiewywanie „Potter, diabła kumoter”, Ernie Macmillan pewnego dnia poprosił Harry’ego na zielarstwie, żeby podał mu cebrzyk ze skaczącymi muchomorami, a w marcu kilkanaście mandragor zaczęło wydzierać się ochryple w cieplarni numer trzy. Profesor Sprout była z siebie bardzo dumna.
- Od momentu, kiedy zaczną przeskakiwać do siebie z doniczki do doniczki, będziemy mieli pewność, że są już dojrzałe – powiedziała Harry’emu – A wtedy będziemy w stanie przywrócić życie tym biedakom ze szpitalnego skrzydła.
Pomona uśmiechnęła się.
Drugoklasiści mieli się nad czym zastanawiać podczas ferii wielkanocnych. Nadszedł czas wyboru przedmiotów, których będą się uczyć w trzeciej klasie, co Hermiona potraktowała bardzo poważnie.
- Zaczyna się! – jęknął Hugo.
- To może wpłynąć na całą naszą przyszłość – stwierdziła uroczyście, kiedy wraz z Harrym i Ronem przeglądali listę nowych przedmiotów, stawiając przy nich ptaszki.
- Ja po prostu mam dosyć eliksirów – oświadczył Harry.
- Jak to? – spytał w szoku Horacy.
- Tego nam nie wolno – powiedział ponuro Ron – Musimy zachować stare przedmioty... oprócz Obrony Przed Czarną Magią, bo ja to olewam.
- Ale to jest bardzo ważne! – krzyknęła Hermiona, naprawdę wstrząśnięta.
- Lockhart! – krzyknęli prawie wszyscy.
- Mam to w nosie, dopóki uczy tego Lockhart – rzekł Ron – Jak dotąd nauczył mnie tylko jednego: żeby nie wypuszczać chochlików – Neville Longbottom dostał listy od wszystkich czarownic i czarodziejów ze swojej rodziny; każdy zawierał inne rady co do wyboru nowych przedmiotów. Zaniepokojony i oszołomiony, wciąż ślęczał nad listą przedmiotów i zadawał wszystkim dziwne pytania, na przykład, czy według nich Numerologia jest trudniejsza od Starożytnych Runów.
Neville się zarumienił.
Dean Thomas, który, podobnie jak Harry, wychował się wśród mugoli, po długich namysłach zamknął oczy i zaczął dziabać różdżką w listę, wybierając te przedmioty, na których wylądował jej koniec. Hermiona nikogo nie prosiła o radę i po prostu wybrała wszystko.
- No kto by się spodziewał – oznajmił James II rozbawionym głosem – Hugo?
- Mi tam powiedziało wewnętrzne oko już wcześniej, że mamusia wybierze wszystko – odparł Hugo, a głos miał rozbawiony.
- Ha, ha, ha, ale śmieszne! – burknęła pani Weasley, a większość ludzi prasnęła śmiechem, w tym jej mąż i brat.
Harry uśmiechał się posępnie w duchu na myśl, co by powiedzieli Dursley'owie, gdyby spróbował przedyskutować z nimi swoją karierę czarodzieja. Znalazł jednak doradcę: Percy Weasley był gotów podzielić się z nim swoim doświadczeniem.
- Ja, jako prefekt Gryffindoru… – zaczęli Fred i George, ale zostali stłumieni namiętnym pocałunkiem przez Nicole i Angelinę, a później popatrzyli na siebie i zaczęły chichotać – to działa.
- Wszystko zależy od tego, co chcesz osiągnąć, Harry, i gdzie zamierzasz żyć. Nigdy nie jest za wcześnie, żeby pomyśleć o przyszłości, więc doradzałbym ci Wróżbiarstwo. Mówią, że Mugoloznawstwo jest bezsensowne, ale ja, osobiście uważam, że czarodzieje powinni bardzo dobrze znać społeczność mugoli, zwłaszcza jeśli zamierzają pracować w bliskim z nimi kontakcie. Na przykład mój ojciec... wciąż ma do czynienia z produktami mugoli.
- Na przykład nasz ojciec... wciąż ma do czynienia z produktami mugoli – poprawił jego wypowiedź Artur, a Harry uśmiechnął się szeroko i się wzruszył.
Mój brat Charlie zawsze wolał pracę w terenie, więc wybrał Opiekę Nad Magicznymi Stworzeniami. Przymierz się do swoich uzdolnień i możliwości, Harry.
- Nasz brat, Charlie zawsze wolał pracę w terenie, więc wybrał Opiekę Nad Magicznymi Stworzeniami – dodali Fred i George.
Ale jedynym "przedmiotem", w którym Harry czuł się, naprawdę dobry, był Quidditch. W końcu wybrał te same nowe przedmioty, co Ron, czując, że jeśli będzie miał z nimi trudności, to przynajmniej w towarzystwie przyjaciela, który mu pomoże.
- W tym brata – powiedział Ron.
- Bracia na zawsze – oznajmił Harry i przybili piąteczkę.
- Masz rację. Bracia – powiedziały dwie wersje Lily.
W następnym meczu Gryfoni mieli się zmierzyć z Puchonami. Wood uparł się przy codziennych treningach, a że odbywały się wieczorem, po kolacji, Harry nie miał czasu na nic innego poza Quidditchem i pracą domową. Treningi stawały się jednak coraz przyjemniejsze, a przynajmniej coraz bardziej suche,
- Zdarzyliśmy wyschnąć – powiedziała Katie.
- Zgadzam się z tobą, pani kapitan! – prasnęła śmiechem Alicja i razem z Angeliną i innymi siostrami, po czym zaczęły chichotać.
- Całus tu, całus tam. Katie i Olivier całują się tu i tam – odezwała się Angelina i patrzyła na Katie z niewinną miną.
- Oli, lubię Cię takim, jakim jesteś – zaczął Fred.
- Serio, Katie? – spytał z nadzieją George.
- Serio – odparł Fred.
- Och, Katie! – krzyknął szczęśliwy George.
- Oli! – zawołał Fred.
- ZAMKNĄĆ SIĘ! – warknęli czerwoni przyszłe państwo Wood.
i wieczorem przed sobotnim meczem, kiedy szedł do dormitorium, żeby zostawić tam swoją miotłę, był w dobrym nastroju, wierząc, że ich szansę na zdobycie pucharu nigdy nie były większe. Dobry nastrój nie trwał jednak długo. Na szczycie schodów spotkał Neville’a Longbottoma, który wyglądał, jakby miał gorączkę.
- Co się stało? – spytała Alicja I przerażonym głosem.
- Harry... nie wiem, kto to zrobił. Ja po prostu wszedłem i... – I przyglądając się Harry’emu z lękiem, otworzył drzwi. Zawartość kufra Harry’ego była porozrzucana po całym dormitorium. Jego peleryna leżała skłębiona na podłodze. Obok piętrzyła się w nieładzie pościel, a na materac wysypano zawartość szuflady z nocnej szafki.
Ginny zbladła.
- No, powiedz, jak to było? – spytała Mariette – Może ja powiem – i uśmiechnęła się szyderczo.
- Odpierdol się od mojej mamy! – wysyczały córki Ginny.
- Ja niosę tylko prawdę – odparła Mariette.
- Ja Ci zaraz przywalę! – warknęła Molly I – Od mojej córki się odwal, bo nie ręczę za siebie!
Harry podszedł do łóżka, depcąc po wyrwanych stronicach Podróży z trollami. Kiedy razem z Neville'em słali łóżko, weszli Ron, Dean i Seamus. Dean zaklął głośno.
- Harry, co się stało?
- Nie mam pojęcia – Ron przyglądał się uważnie szatom Harry’ego. Wszystkie kieszenie były wywrócone na lewą stronę.
- Ktoś tu czegoś szukał – powiedział – Zginęło ci coś?
- Dziennik Riddle’a – mruknęła Ginny.
- Skąd to wiesz? – zapytała Euphemia.
- Będzie opisane – powiedziała Hermiona, przytulając mocno Ginny – Wszystko będzie dobrze, kochana. Jesteś moją młodsza siostrzyczka i nic i nikt tego nie zmieni, nawet ta głupia Edgecombe.
- Byłaś , jesteś i będziesz Weasley'em, Hermiono – oznajmiła Ginny – i moją siostrzyczką.
- Odkąd cię poznałem stałaś się Weasley'em – stwierdził Artur – i moją córeczką, Hermiono – a ona przytuliła się do pana Weasley'a.
- Kocham cię, tatusiu – mruknęła.
- Ja ciebie też, córeczko.
Harry zaczął zbierać swoje rzeczy i wrzucać je do kufra. Dopiero kiedy wrzucił ostatni tom dzieł zebranych Lockharta, zdał sobie sprawę, czego brakuje.
- Nie ma dziennika Riddle'a – powiedział półgłosem Ronowi.
- Co?!
Ginny wtuliła się w Harry’ego, jakby miała ostatni raz się do niego przytulić.
Harry w milczeniu wskazał głową drzwi i obaj wyszli z dormitorium. Pobiegli na dół, do pokoju wspólnego Gryffindoru, w którym było niewiele osób. Hermiona siedziała samotnie, czytając książkę pod tytułem Starożytne Runy wcale nie są trudne.
- Zgadzam się – stwierdziły Emilly i Rose.
Była przerażona, kiedy usłyszała, co się stało.
- Ale... tylko któryś z Gryfonów mógł to zrobić... przecież nikt inny nie zna naszego hasła...
- No właśnie – powiedział Harry.
Kiedy obudzili się następnego dnia, świeciło słońce i wiał lekki, odświeżający wietrzyk.
- Doskonałe warunki do Quidditcha! – zawołał z entuzjazmem Wood przy stole Gryfonów, nakładając góry jajecznicy na talerze członków drużyny – Harry, wsuwaj, musisz się dobrze najeść!
- Katie, dlaczego nic nie mówisz? – spytała Alicja – ty jako jego żona powinnaś się z nim zgodzić.
- Całus tu, całus tam. Alicja i Lee całują się tu i tam! – odparowała Katie.
- Chciałbym! – rozmarzył się Lee i pokazał policzek. Alicja pocałowała go i mruknęła czerwona – Zadowolony?
- Bardzo, kochanie – odpowiedział Lee i pocałował ją w usta tak przypadkiem.
- Awwwww!
- Przepraszam to taki odruch – mruknął zażenowany Lee, kiedy się oderwał od jej ust Alicja była cała czerwona.
- To się nie wydarzyło – stwierdziła Alicja czerwona.
- Ale… – zaczął Nick.
- Cicho siedź! – warknęła Alicja.
Harry spoglądał po twarzach zgromadzonych przy stole Gryfonów, zastanawiając się, czy nowy właściciel dziennika Riddle’a nie siedzi akurat naprzeciw niego. Hermiona nalegała, aby doniósł o rabunku, ale jemu ten pomysł nie bardzo się podobał. Musiałby opowiedzieć wszystko o dzienniku, co oznaczało, że cała szkoła dowiedziałaby się, dlaczego pięćdziesiąt lat temu wyrzucono Hagrida ze szkoły.
- Teraz wszyscy wiemy – powiedział Michael.
Nie chciał być tym, który wywleka całą sprawę na nowo. Kiedy razem z Ronem i Hermioną opuścił Wielką Salę, aby pójść po swój sprzęt do Quidditcha, na rosnącej liście jego zmartwień przybyła kolejna pozycja. Właśnie postawił stopę na marmurowych schodach, kiedy usłyszał ponownie:
- Tym razem zabić... rozedrzeć... rozerwać na strzępy... – krzyknął, a Ron i Hermioną odskoczyli od niego, przerażeni.
- To znowu ten głos! – krzyknęły matki Harry’ego.
- Głos! – zawołał, oglądając się przez ramię – Właśnie znowu go usłyszałem... a wy nie? – Ron potrząsnął głową; przyglądał się Harry’emu rozszerzonymi oczami. Hermioną klasnęła się dłonią w czoło.
- Harry... chyba coś zrozumiałam! Muszę iść do biblioteki! – I pobiegła po schodach.
- Co ona zrozumiała? – zapytał Harry, wciąż rozglądając się i próbując ustalić, skąd mógł dochodzić głos.
- W każdym razie więcej ode mnie – odpowiedział Ron, kręcąc głową.
- I za to cię kocham, moja piękna – wyszeptał jej do ucha Ron, a przez Hermionę przeszedł dreszcz podniecenia.
- Ty dobrze wiesz, co będziemy robić późnej – powiedziała, mając iskierki w oczach, a ten uśmiechnął się głupkowato.
- Ale dlaczego musiała polecieć do biblioteki?
- Bo ona zawsze to robi – powiedział Ron, wzruszając ramionami – Nie pamiętasz? Kiedy masz jakieś wątpliwości, idź do biblioteki.
- Powinni nazwać hogwarcki bibliotekę imienia Hermiony Weasley – stwierdził Hugo.
Harry stał niezdecydowany, nasłuchując, czy głos odezwie się jeszcze raz, ale za jego plecami wybuchł gwar, bo wszyscy opuszczali już Wielką Salę i wymieniali głośne uwagi na temat meczu.
- Lepiej się pospiesz – mruknął Ron – Zbliża się jedenasta... Mecz –Harry popędził na wieżę Gryffindoru, wziął swojego Nimbusa Dwa Tysiące i wkrótce dołączył do wielkiego tłumu zdążającego łąkami w stronę stadionu,
- Złapie znicz! – krzyknęli dwie wersje Łapy.
ale myślami wciąż był w zamku, a w uszach dźwięczał mu tamten głos. Kiedy znalazł się w szatni i nałożył szkarłatną szatę, pocieszał się tylko tym, że teraz wszyscy będą na zewnątrz, by obserwować mecz. Drużyny wkroczyły na boisko wśród ogłuszających okrzyków. Oliver Wood zrobił krótką rozgrzewkę, oblatując bramki, pani Hooch uwolniła piłki.
Uczniowie wymienili spojrzenia, a Hermiona wtuliła się mocno w męża, a ten złapał ją w ramiona, jakby miał chronić przed złem.
Puchoni, ubrani na żółto, stali w zbitej gromadce, po raz ostatni omawiając taktykę. Harry dosiadł już miotły, kiedy na boisko prawie wbiegła profesor McGonagall z ogromnym purpurowym megafonem.
- Co się dzieje! – krzyknęły kobiety, które nie wiedziały, co zaraz nastąpi.
Harry poczuł, że serce ciąży mu jak kamień.
- Mecz został odwołany! – zawołała profesor McGonagall przez megafon.
- Dlaczego? – spytał dwie wersje Regulusa.
Widownia zawyła, rozległy się krzyki i gwizdy. Oliver Wood wylądował na trawie i biegł ku profesor McGonagall, nie zsiadając z miotły.
- Ale... pani profesor! – krzyknął – Musimy zagrać... Puchar... Gryffindor... – Profesor McGonagall nie zwróciła na niego uwagi i nadal wołała przez megafon:
- Wszyscy uczniowie mają wrócić do swoich pokojów wspólnych, gdzie członkowie kierownictwa szkoły podadzą im kolejne informacje. Proszę to zrobić jak najszybciej!
- Jestem przy tobie i kocham Cię – wyszeptał Ron – i będę Cię kochał i jeszcze jeden dzień dłużej. Jesteś miłością mojego życia. Nie pozwolę żeby ktoś Cię skrzywdził – i chwycił ją za dłoń.
- Mam nadzieję, że mnie przelecisz w nocy – wyszeptała mu do ucha swoim erotycznym głosem, żeby tylko on to usłyszał, a Ron pocałował ją w znak, a ta wydała z siebie głośne westchnięcie, a później warknęła na niego czerwona.
- Nie teraz!
- Możecie przestać! – jęknął Harry.
Potem opuściła megafon i gestem przywołała do siebie Harry’ego.
- Potter, myślę, że będzie lepiej, jak pójdziesz ze mną... – Zastanawiając się, co tym razem go czeka i czego McGonagall mogła się dowiedzieć, Harry zobaczył, że Ron odrywa się od rozżalonego tłumu i biegnie w ich kierunku. Ruszyli w stronę zamku. Ku jego zdziwieniu, profesor McGonagall nie sprzeciwiła się, by Ron im towarzyszył.
- Gdzie ty ich ciągniesz? – pytała Euphemia.
- Tak, Weasley, ty też chodź z nami – Niektórzy z otaczających ich uczniów nie kryli, co sądzą o odwołaniu meczu, inni wyglądali na przestraszonych. Profesor McGonagall zaprowadziła ich do zamku, a tam powiodła marmurowymi schodami na pierwsze piętro. Tym razem nie zabrała ich jednak do któregoś z gabinetów profesorskich.
Ron tulił Hermionę.
- Uprzedzam, że to może być dla was wstrząsem – powiedziała zaskakująco łagodnym tonem, kiedy zbliżyli się do skrzydła szpitalnego – Doszło do kolejnej napaści... do kolejnego podwójnego ataku.
- Kto! – krzyknęli przerażonym głosem rodzice Hermiony oraz ich przyjaciele, ale gdy tylko dwie wersje Lily popatrzyły na Hermionę, a później na jej dzieci, a na końcu na Rona i Harry’ego którzy warczeli – Zabije sukinsyna! – i na Jamesa juniora, który był poważny to już wiedzieli, kto został zaatakowany.
- Hermiona! – krzyknęły płaczliwie dwie wersje pani Potter, a ta rzuciła się i wtuliła się do pani Potter. Jej mąż miał nietęgą minę, kiedy uświadomili sobie, że tą ofiarą była Hermiona. Podeszli do niej i ja mocno przytulili, a później jej dziadkowie, którzy mieli łzy w oczach oraz jej siostry i reszta rodziny.
- Nikt nie miał prawa tknąć ciebie ani Colina, ani i nikogo innego – powiedziała Nicole jadowitym głosem, a Jessica pokiwała głową.
- Nogi z dupy mu powyrywam – dodała jeszcze bardziej jadowitym głosem Jessica i popatrzyła na Mariettę, która uśmiechnęła się szyderczo, a ta zawarczała – MASZ JAKIŚ PROBLEM?!
Wnętrzności Harry’ego wykonały gwałtowne salto. Profesor McGonagall otworzyła drzwi. Weszli do środka. Pani Pomfrey pochylała się nad wysoką dziewczyną z piątej klasy. Harry poznał ją: była to owa Krukonka z długimi, kręcącymi się włosami, którą przypadkowo zapytał o drogę do pokoju wspólnego Ślizgonów.
- Penelopa – mruknął słabo Percy.
A na sąsiednim łóżku...
- Hermiona! – jęknął Ron.
Molly I płaczliwie wtuliła się w Artura, bo to była jej córeczka. Od pierwszej chwili ją pokochała od pierwszego poznania, a później ucieszyła się kiedy jej syn związał się z Hermioną i się z nią ożenił, a jej serce skakało z radości kiedy pierwszy raz powiedziała, że ona jest jej mamą i że rodzice Rona też są jej rodzicami. Podeszła do córki i ją mocno przytuliła, a Hermiona poczuła się bezpiecznie bo się mocno wtuliła .
Hermiona leżała bez ruchu, oczy miała otwarte i szkliste.
- Znaleziono je w pobliżu biblioteki – powiedziała profesor McGonagall – Może któryś z was potrafi mi to wyjaśnić? To leżało obok nich na podłodze... – Pokazała im małe okrągłe lusterko. Harry i Ron pokręcili głowami, wciąż gapiąc się na Hermionę.
- Nikt nie miał prawa jej nawet tknąć! – warknęła Emilly.
- Zaprowadzę was do waszej wieży – oznajmiła profesor McGonagall ponurym głosem – Zresztą i tak muszę przemówić do uczniów. Od dzisiaj wszyscy uczniowie wracają do pokojów wspólnych w swoich domach przed szóstą wieczorem. Po tej godzinie nikomu nie wolno opuszczać domów. Na każdą lekcję będzie was prowadził nauczyciel. Z łazienki można korzystać tylko w obecności nauczyciela. Odwołuje się wszystkie treningi i mecze quidditcha. Nie będzie też żadnych zajęć wieczornych.
- A miało być bezpiecznie! – zawołała wściekle pani Evans.
Stłoczeni w pokoju wspólnym Gryfoni wysłuchali słów profesor McGonagall w głębokiej ciszy. Zwinęła pergamin, z którego odczytywała zarządzenia, i dodała trochę zduszonym głosem:
- Chciałabym powiedzieć, że już dawno nie byłam tak przygnębiona i wstrząśnięta. Wszystko wskazuje na to, że zamkną szkołę, jeśli nie złapiemy tego, kto kryje się za tymi napaściami. Jeśli ktokolwiek z was wie coś na ten temat, to bardzo proszę, żeby mnie o tym poinformował.
- A kto się znajduje w samym środku tego? – powiedziała Minne – Harry i Ron, którzy nawet nie raczyli powiedzieć, co chcą zrobić.
- Czy oni…? – zaczęła z niedowierzaniem Euphemia.
- Bedzie wszystko opisane, babciu – stwierdził Ron.
I niezbyt zręcznie przeszła przez dziurę w portrecie, a pokój wspólny Gryfonów natychmiast wypełniły podniecone głosy.
- Policzmy ofiary. Mamy dwójkę Gryfonów, nie licząc ducha z Gryffindoru, jedną Krukonkę i jednego Puchona – powiedział przyjaciel bliźniaków Lee Jordan, licząc na palcach – Czy żaden nauczyciel nie zauważył, że jakoś nic nie przytrafia się Ślizgonom? Czy nie jest oczywiste, że to wszystko wiąże się ze Slytherinem? Dziedzic Slytherina, potwór Slytherina... A może trzeba po prostu wywalić na zbity łeb wszystkich Ślizgonów? – ryknął, a wszyscy zaczęli kiwać głowami i pokrzykiwać.
Daphne, Astoria, Tracy i bliźniaczki Carrow mordowały go wzrokiem a ten przełknął ślinę – Chcesz coś jeszcze powiedzieć, Jordan? – wycedziły jadowicie – Moja siostrzyczka Ginny nauczyła mnie rzucać Upiorogacka i chcesz dostać w dupę czy w jaja?
- W tej chwili masz je przeprosić Jordan! – warknęła Alicja Spinet.
- Przepraszam – powiedział Lee i klęknął przed dziewczynami – Wiem, że nie powinien tak mówić. Nie jesteście złe. Jesteście wspaniałe. Proszę o łagodny wymiar kary.
- Dobry chłopiec – powiedziały Ślizgonki – Przepraszałeś nas tak wspaniale, że ci odpuścimy.
- Wiesz, że jesteś seksowną kobietą? – spytał Jared.
- Ja to wiem i ty to wiesz i to mi wystarczy – odpowiedziała Daphne, całując go w policzek.
Percy Weasley siedział za Jordanem, ale tym razem jakoś nie rwał się do wypowiedzenia swojej opinii. Był blady i lekko nieprzytomny.
- Percy jest w szoku – szepnął George – Ta Krukonka... Penelopa Clearwater... jest prefektem. Do tej pory na pewno uważał, że potwór nie ośmieli się zaatakować prefekta.
- Potwora nie odchodzi czy jesteś zwykłym uczniem, prefektem, czy prefektem naczelnym, Percy każdy do wie – stwierdził Bill, a Fleur, która siedziała u niego na kolanach patrzyła na niego z iskierkami nie mogąc się powstrzymać o pocałowała go w policzek i wtuliła się w niego – A to za co? – spytał.
- Za to że jesteś mój – odpowiedziała Fleur – Jak ty pięknie pachniesz, Bill.
- Perfumy są specjalnie dla ciebie moja piękna willo – mruknął Bill, całując ją w usta.
- Kolejni! – jęknął Louis.
- Mamusia i tatuś są w sobie zakochani, Louis – oznajmiła Samanta, a Fleur i Bill puścili do niej oczko i uśmiechnęli się szeroko.
Ale Harry prawie go nie słyszał. Wciąż miał przed oczami widok Hermiony leżącej na szpitalnym łóżku jak kamienny posąg i był pewien, że jeśli złoczyńca nie zostanie schwytany, czeka go dożywocie w domu Dursley’ów.
- Nie Harry – odezwała się Luna swoim marzycielskim głosem – Zabijemy ich powoli. Co ja mówię! Bardzo powoli aż będą nas błagać o litość.
- Luna zaczynam się Ciebie bać – powiedział Dean.
- Bo nikt nie ma prawa krzywdzić mojego braciszka – odezwała się swoim rozmarzonym głosem – Tak, Umbridge, ty będziesz następna – powiedziała, kiedy Umbridge otwierała już usta.
Tom Riddle wydał Hagrida, bo gdyby wtedy zamknięto szkołę, oddano by go z powrotem do mugolskiego sierocińca. Teraz Harry wiedział już dokładnie, co Riddle wówczas czuł.
- Co robimy? – rozległ się w jego uchu przyciszony głos Rona – Myślisz, że podejrzewają Hagrida?
- Musimy z nim porozmawiać – odpowiedział Harry, zbierając myśli – Nie wierzę, że to on, ale skoro wtedy wypuścił potwora, to na pewno wie, jak się dostać do Komnaty Tajemnic, a od tego musimy zacząć.
- Wy chyba nie mówicie poważnie – szepnęła Lisa.
- Mówią bardzo poważnie – odparła Hanna.
- Ale McGonagall powiedziała, że poza lekcjami nie wolno nam opuszczać wieży...
- Myślę – rzekł Harry jeszcze ciszej – że najwyższy czas, by znowu skorzystać ze starego płaszcza mojego taty.
- To jest jakiś płaszcz! – warknęła Umbridge.
- Zobaczcie, jakie to jest straszliwie badziewie – oznajmił James II, pokazując na Umbridge – Umbridge to najbrzydsza i najgłupsza rzecz, jaka jest!
- Jak śmiesz! – krzyknęła Dolores.
- Jesteś nudna, wiesz o tym – odezwał się Albus II.
Harry odziedziczył po ojcu tylko jedną rzecz: długą i srebrną pelerynę-niewidkę. Była to ich jedyna szansa wymknięcia się z zamku i odwiedzenia Hagrida tak, aby nikt się o tym nie dowiedział. Położyli się do łóżek o zwykłej porze, poczekali, aż Neville, Dean i Seamus przestaną rozprawiać o Komnacie Tajemnic i w końcu zasną, a wtedy wstali, ubrali się i zarzucili na siebie pelerynę.
- Nie przejmuj się, babciu – oznajmiła Olivia – James jest taki sam jak ojciec.
- A Harry jest taki sam jego ojciec – powiedziały dwie wersje Lily I.
- A James jest taki sam jak Fleomont – odezwała się Euphemia.
Wędrówka przez ciemne i opustoszałe korytarze nie była przyjemna. Harry, który już nieraz włóczył się nocą po zamku, jeszcze nigdy nie widział takich tłumów po zachodzie słońca. Nauczyciele, prefekci i duchy krążyli parami po korytarzach, wypatrując czegokolwiek niezwykłego.
- Robiliśmy to samo! – wyszczerzył się starszy Remus – No co, byłem Huncwotem.
Pod peleryną-niewidką nikt ich nie mógł zobaczyć, ale wciąż mógł usłyszeć; szczególnie niebezpieczny był moment, kiedy Ron potknął się o kilka metrów od stojącego na straży Snape’a. Na szczęście Snape kichnął prawie w tej samej chwili, kiedy Ron zaklął. Poczuli ulgę, kiedy dotarli do dębowych drzwi i otworzyli je, by wyjść z zamku.
- O mały włos – odparł Fred II z ulgą.
Była jasna, gwiaździsta noc. Pobiegli ku oświetlonym oknom domku Hagrida i ściągnęli pelerynę dopiero tuż przed jego drzwiami. Zastukali, a Hagrid natychmiast otworzył. Stał na progu z wycelowaną w nich kuszą
- Po co Ci kusza? – spytała Daphne – i dlaczego celujesz do moich braci?
i brytanem Kłem ujadającym głośno za jego plecami.
- Och – wysapał, opuszczając kuszę i wytrzeszczając na nich oczy – Co wy tu robicie?
- A to na kogo? – zapytał Harry, wskazując na kuszę, kiedy Hagrid wpuścił ich do środka.
- Eee... to nic... nic... – mruknął Hagrid – Czekałem... Nieważne... Siadajcie... zrobię herbatki... – Zachowywał się trochę nieprzytomnie.
- Coś kręcisz – powiedziała Tracy, patrząc na niego podejrzliwie.
Prawie zagasił ogień, wylewając nań wodę z wiadra, a potem rozbił dzbanek do herbaty nerwowym ruchem twardej dłoni.
- Hagridzie, nic ci nie jest? – zapytał Harry – Słyszałeś o Hermionie?
- Taaak... s-słyszałem... – odrzekł Hagrid, jąkając się lekko. Wciąż zerkał niespokojnie w okna.
- Kogo ty tak wypatrujesz? – spytały Flora i Hestia.
Podał im po wielkim kubku wrzątku (zapomniał włożyć torebki z herbatą) i właśnie nakładał na talerz kawał placka z owocami, kiedy rozległo się głośne pukanie do drzwi. Hagrid upuścił placek.
- Szkoda placka – mruknął Hugo.
Harry i Ron wymienili przerażone spojrzenia, narzucili na siebie pelerynę-niewidkę i schowali się w kącie. Hagrid sprawdził, czy ich nie widać, chwycił kuszę i jeszcze raz otworzył drzwi.
- Dobry wieczór, Hagridzie – Był to Dumbledore.
- Dobry wieczór, panie psorze – odparł George II głosem Hagrida.
Wszedł ze śmiertelnie poważną miną, a za nim wkroczył ktoś jeszcze. Był to bardzo dziwny mężczyzna, niski, korpulentny, z rozczochranymi siwymi włosami i przerażonymi oczami. Ubrany był równie dziwacznie: miał na sobie garnitur w prążki, szkarłatny krawat, długi czarny płaszcz i spiczaste purpurowe buty. Pod pachą trzymał cytrynowozielony melonik.
- Cholibka to pan Korneliusz Knot, Minister Magii we własnej osobie! – krzyknął James II szczęśliwy.
- Hagrid – odparł Louis.
- Ale to fajnie, że Pan wpadł! – oznajmił James II – Tortu?
- Jest źle, Hagridzie – mruknął Fred II.
- Ale n-no, w czym problem? – zająknął się James II.
- To jest szef taty! – szepnął zdumiony Ron – Korneliusz Knot, Minister Magii! – Harry szturchnął go mocno łokciem, żeby siedział cicho. Hagrid pobladł i oblał się potem. Opadł na jedno z krzeseł i spoglądał to na Dumbledore’a, to na Korneliusza Knota.
- Jest niedobrze, Hagridzie – powiedział Knot – Bardzo niedobrze. Musiałem przyjść. Cztery napaści na urodzonych z mugoli. Sprawy zaszły za daleko. Ministerstwo musi coś z tym zrobić.
- Ministerstwo dopiero teraz się obudziło. Brawa dla Ciebie, panie Knot! – zawołał Teddy i zaczął bić ironiczne brawa. Knot zrobił się czerwony.
- Ja nigdy... – zaczął Hagrid, patrząc błagalnie na Dumbledore’a – Pan mnie zna, panie psorze... pan wie, że ja nigdy...
- Chcę, żeby to było jasne, Korneliuszu, Hagrid cieszy się moim pełnym zaufaniem – rzekł Dumbledore, spoglądając surowo na Knota.
- Więc wynoś się z mojego domu – odparł Fineas – Hagrid mówi papa Knot.
- Posłuchaj, Albusie, akta Hagrida świadczą przeciwko niemu. Ministerstwo musi coś zrobić... Rada nadzorcza nalega...
- Powtarzam ci jednak, Korneliuszu, że usunięcie Hagrida w niczym nie pomoże – oświadczył stanowczo Dumbledore, a jego niebieskie oczy zapłonęły ogniem, jakiego Harry nigdy jeszcze nie widział.
- Wziął braveran – mruknął Alvaro, a goście z przyszłości ryknęli śmiechem.
- Spójrz na to z mojego punktu widzenia, Albusie – rzekł Knot, nerwowo mnąc swój melonik – Jestem pod dużym naciskiem. Oczekuje się, że coś z tym zrobię. Jeśli się okaże, że to nie Hagrid, wróci do szkoły i po sprawie. Ale teraz muszę go zabrać. Muszę. To po prostu mój obowiązek...
- Zabrać mnie? – wybuchnął Hagrid, trzęsąc się jak osika na wietrze – Dokąd?
- Nie na długo – powiedział Knot, nie patrząc mu w oczy – To nie jest kara, Hagridzie, to tylko środek ostrożności. Jeśli schwytają kogoś innego, wypuścimy cię i przeprosimy...
Knot bawił się swoim melonikiem.
- Ale... nie do Azkabanu? – zachrypiał Hagrid. Zanim Knot zdążył mu odpowiedzieć, znowu rozległo się głośne pukanie do drzwi. Dumbledore wstał, by otworzyć. Tym razem Harry dostał łokciem w żebra, bo wydał z siebie zduszony okrzyk. Do chatki Hagrida wkroczył Lucjusz Malfoy, spowity w długi płaszcz podróżny, z zimnym i zadowolonym uśmiechem na twarzy.
- Czuję kłopoty! – jęknął Scorpius.
Kieł zaczął warczeć.
- Knot, ty już tutaj? – powiedział na powitanie – Dobrze, bardzo dobrze...
- Czego tu chcesz? – ryknął ze złością Hagrid – Wynocha z mojego domu!
- Mój poczciwy człowieku, wierz mi, przebywanie w twoim... ee... jak mówisz... domu... nie sprawia mi najmniejszej przyjemności – powiedział Lucjusz Malfoy, rozglądając się po izbie z pogardą – Po prostu powiedziano mi w szkole, że dyrektor jest tutaj.
- A czego właściwie ode mnie chcesz, Lucjuszu? – zapytał Dumbledore uprzejmym tonem, ale w jego oczach wciąż płonął ogień.
- To okropne, Dumbledore – wycedził pan Malfoy, wyciągając długi zwój pergaminu – ale rada nadzorcza uznała, że najwyższy czas, aby cię zawiesić w wykonywaniu obowiązków dyrektora.
- Oj, Malfoy, nie wiesz, co mówisz – wycedził młodszy Łapa.
Oto uchwała w tej sprawie... Znajdziesz pod nią wszystkie dwanaście podpisów. Obawiamy się, że straciłeś kontrolę nad tym, co tu się dzieje. Do ilu napaści już doszło? A dzisiaj rano dwie kolejne, prawda? Jak tak dalej pójdzie, w Hogwarcie nie zostanie ani jedna osoba mugolskiego pochodzenia, a wszyscy wiemy, jaka by to była straszna strata dla szkoły.
- Och... Lucjuszu... poczekaj... zaraz... – wyjąkał Knot, wyraźnie zaniepokojony – Dumbledore zawieszony... nie, nie... tego by nam tylko brakowało...
- Mianowanie... odwołanie... albo zawieszenie... dyrektora szkoły należy do uprawnień rady nadzorczej, Knot – powiedział pan Malfoy spokojnie.
- Nie wiedziałeś o tym, panie Knot? – spytał z drwiną Scorpius.
- A ponieważ Dumbledore'owi nie udało się powstrzymać tych ataków...
- Ależ, Lucjuszu, jeśli Dumbledore nie jest w stanie ich powstrzymać – powiedział Knot, a szczęka pokryła mu się kroplami potu – to kto tego dokona?
- Fuj! – skrzywiły się dziewczyny.
- Nad tym się zastanowimy – odpowiedział pan Malfoy z obleśnym uśmiechem – Skoro jednak dwanaście głosów padło za... – Hagrid zerwał się na nogi. Jego kudłata czarna czupryna zamiotła sufit.
- A ilu z nich zaszantażowałeś, albo im zagroziłeś, zanim się zgodzili, co? – ryknął.
- Nie tym tonem, Hagrid! – warknął Lucek.
- No, no, no... Hagridzie, wiesz, co ci powiem? Podobne zachowanie może ci w najbliższej przyszłości przysporzyć poważnych kłopotów. W każdym razie nie radziłbym ci tak wrzeszczeć na strażników Azkabanu. Im na pewno to się nie spodoba.- Nie możecie zabrać Dumbledore’a! - krzyknął Hagrid takim głosem, że Kieł schował się do koszyka, skamląc cicho. - Jak go zabierzecie, urodzeni wśród mugoli nie będą tutaj mieli najmniejszej szansy! Dojdzie do nowych mordów!
- Harry i Ron zrobią czarną robotę, a dyrektor będzie zbierał pochwały – mruknęła Hermiona.
- Uspokój się, Hagridzie – powiedział Dumbledore ostrym tonem, patrząc na Lucjusza Malfoy’a – Jeśli rada nadzorcza pragnie, bym się usunął, Lucjuszu, to oczywiście odejdę.
- Ale... – wyjąkał Knot.
- NIE! – ryknął Hagrid. Dumbledore nie spuszczał swoich jasnych, niebieskich oczu z zimnych, szarych oczu Lucjusza Malfoy’a.
- Jednak przekonacie się – powiedział Dumbledore, bardzo powoli i bardzo wyraźnie, żeby dotarło do nich każde jego słowo – że naprawdę opuszczę szkołę tylko wtedy, kiedy już nikt w całym Hogwarcie nie pozostanie mi wierny. Przekonacie się również, że ci, którzy o pomoc poproszą, zawsze ją otrzymają.
Dumbledore i Harry wymienili spojrzenia.
- Godny podziwu sentyment – powiedział Malfoy, chyląc głowę – Będzie nam brakować twoich... ee... wyjątkowo oryginalnych metod kierowania szkołą, Albusie, i mam tylko nadzieję, że twojemu następcy uda się zapobiec nowym... ee... mordom – Podszedł do drzwi, otworzył je i skłonił się, wypraszając Dumbledore’a na zewnątrz. Knot, mnąc swój melonik, czekał, aż Hagrid wyjdzie przed nim, ale olbrzym nie ruszał się z miejsca.
- Nie daj się, Hagrid! – krzyknął młodszy Rogacz.
Po chwili wziął głęboki oddech i oświadczył:
- Jakby ktoś chciał znaleźć trochę tego paskudztwa, powinien iść za pająkami.
- Dlaczego to muszą być pająki! – jęknął Ron – nie mogą być to fretki?!
- Ron, fretka jest tylko jedna i siedzi tam – stwierdził Harry i wskazał na Draco, a Astoria zaczęła się śmiać, a później doszła reszta.
- ZAMKNIJ SIĘ, POTTER! – ryknął Draco czerwony.
One już go zaprowadzą! No i tyle – Knot spojrzał na niego ze zdumieniem – Dobra, dobra, już idę – powiedział Hagrid, narzucając swoją pelerynę z krecich futerek. Kiedy był już przy drzwiach, zatrzymał się i dodał głośno: – I ktoś musi karmić Kła, jak mnie nie będzie – Drzwi trzasnęły i Ron ściągnął pelerynę-niewidkę.
- Teraz naprawdę wpadliśmy – powiedział ochrypłym głosem – Nie ma Dumbledore’a. Już lepiej, gdyby zamknęli szkołę dziś wieczorem. Mówię ci, nie minie dzień bez niego, a dojdzie do kolejnej napaści – Kieł zaczął wyć, wpatrzony w zamknięte drzwi.
- Koniec rozdziału – oznajmiła Cedrella.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz