- Teraz ja chce! – krzyknął Fineas.
- Proszę brat – odparła Cedrella.
Rozdział piętnasty
Aragog
Ron zbladł.
- Tatusiu co Ci jest? – spytała Emilly.
- Słońce, po prostu nie lubię tego imienia – mruknął Ron.
Na otaczające zamek łąki wpełzało lato: niebo i jezioro przybrało kolor kwiatów barwinka, a w cieplarniach wystrzeliły wielkie jak kapusty kwiaty. Bez Hagrida, krążącego po łąkach z Kłem przy nodze, zielona sceneria, na którą Harry patrzył z okien zamku, wydawała mu się jednak dziwnie nieprzyjemna i jakby niepełna. Nie lepiej było zresztą i wewnątrz zamku, gdzie coraz trudniej było wytrzymać.
- Hogwart bez Hagrida nie istnieje – stwierdził Harry, a Hagrid popatrzył na niego ze wzruszeniem.
Harry i Ron spróbowali odwiedzić Hermionę, ale teraz wszelkie odwiedziny w skrzydle szpitalnym zostały zakazane.
- Nie chcemy ryzykować – powiedziała pani Pomfrey przez szparę w szpitalnych drzwiach – Nie, bardzo mi przykro, ale istnieje możliwość, że napastnik wróci, żeby wykończyć tych biedaków...
Po odejściu Dumbledore'a lęk ogarnął wszystkich. Gotyckie podwójne okna zamku zdawały się nie przepuszczać słońca ogrzewającego mury. Trudno było napotkać niezasępioną twarz, a przypadkowy śmiech na korytarzu brzmiał nienaturalnie i natychmiast cichł, zduszony zalegającą wszędzie ponurością. Harry wciąż powtarzał sobie w duchu ostatnie słowa Dumbledore'a. Naprawdę opuszczę szkołę tylko wtedy, kiedy już nikt w całym Hogwarcie nie pozostanie mi wierny... Ci, którzy o pomoc poproszą, zawsze ją otrzymają. Co z tego wynika?
- Co dyrektor miał na myśli? – zastanawiała się młodsza Lily.
Kto ma poprosić o pomoc, skoro wszyscy są tak przerażeni i rozbici?
O wiele łatwiej było zrozumieć uwagę Hagrida o pająkach, tyle że teraz nigdzie nie było ani śladu tych pożytecznych stworzeń. Harry rozglądał się za nimi uważnie wszędzie, gdzie szedł, wspomagany (raczej niechętnie) przez Rona. Oczywiście, trudniej im było szukać, bo nie mogli chodzić po zamku samotnie, tylko w dużej grupie wszystkich Gryfonów. Większość ich kolegów wydawała się zadowolona z tego, że nauczyciele prowadzili ich od klasy do klasy, ale Harry'ego strasznie to denerwowało.
- Jestem introwertykiem – stwierdził Harry.
Był jednak ktoś, kto wyraźnie cieszył się z gęstej atmosfery podejrzeń i lęków. Draco Malfoy chodził po szkole dumny jak paw, jakby go właśnie mianowano naczelnym prefektem.
- Jeszcze 5 lat tatusiu i muszą Cię jeszcze wybrać tym prefektem naczelnym! – zadrwiła Rose, uśmiechając się słodko.
- Nie jestem twoim tatusiem! – warknął Draco.
- Tatusiu uspokój się, bo Ci żyłka pęknie – powiedziała Rose słodkim głosem, jakby nie usłyszała, co powiedział – i jesteś moim tatusiem czy Ci się podoba, czy nie.
- Kto tak mówi?
- Ja tak mówię, ja jako Pani Malfoy tak mówię – powiedziała, pokazując kobiecy pierścień rodowy rodu Malfoy'ów i obrączkę ślubną – a to nie wiesz ze kiedy podpisałam kontrakt małżeński z twoim synem – i przejechała po swoim znaku i cicho westchnęła – stałam się częścią rodziny Malfoy, a tym samym stałam się twoja córeczką. Także przyzwyczajaj się do tego tatusiu, że teraz nie masz tylko synusia masz też córeczkę – odparła Rose, a Scorpius pocałował jej policzek.
Harry nie zdawał sobie sprawy, co go tak cieszy, aż do pewnej lekcji eliksirów, jakieś dwa tygodnie po odejściu Dumbledore'a i Hagrida, kiedy siedząc tuż za Malfoy’em, podsłuchał, jak się chwali przed Crabbe'em i Goyle'em.
- Zawsze uważałem, że tylko mój ojciec może wykurzyć starego Dumbledore'a – powiedział, nie starając się nawet ściszyć głosu – Mówiłem wam, że uważa Dumbledore'a za najgorszego dyrektora, jakiego szkoła kiedykolwiek miała. Może teraz dostaniemy wreszcie kogoś z klasą. Kogoś, kto dopilnuje, żeby nie zamknięto Komnaty Tajemnic. McGonagall też już długo nie pociągnie, zresztą tylko odwala papierkową robotę...
McGonagall zrobiła się czerwona.
- Panie Malfoy, ja się świetnie czuję!
- Żebyś się nie zdziwił, tatusiu – powiedziała Rose do Draco, a goście z przyszłości zaczęli chichotać.
Obok Harry'ego przeszedł Snape, powstrzymując się od uwagi na temat pustego miejsca i kociołka Hermiony.
- Panie profesorze – powiedział głośno Malfoy – Panie profesorze, dlaczego pan nie kandyduje na stanowisko dyrektora?
- Bo się nie nadaje – odparła Emilly – Minerwa się nadaje na to stanowisko, jest surowa, ale sprawiedliwa, ma autorytet i kiedy trzeba jest opiekuńcza i niezwykle kochana i liczy się ze zdaniem innych – dodała w stronę dyrektora.
- Dziękuję.
- No, no, Malfoy – odrzekł Snape, ale nie mógł powstrzymać bladego uśmiechu – Profesor Dumbledore został jedynie zawieszony przez radę nadzorczą. Mam nadzieję, że wkrótce do nas wróci.
- Taaak, na pewno – powiedział Malfoy, chichocąc.
- Jakoś tu jestem, panie Malfoy – oznajmił Drops lekko grobowym tonem.
- Ale gdyby pan kandydował, to według mnie mógłby pan liczyć na głos mojego ojca. Powiem ojcu, że pan jest najlepszym nauczycielem, panie profesorze... – Snape również zachichotał, krążąc po lochu. Na szczęście nie zauważył Seamusa Finnigana, który udawał, że wymiotuje do kociołka.
Susan pocałowała go w policzek.
- Dziwię się, że szlamy nie spakowały już swoich
kufrów – ciągnął Malfoy – Założę się o pięć galeonów, że wkrótce ktoś wykorkuje. Szkoda, że nie
Granger...
Nim się wszyscy zorientowali Malfoy pisnął z bólu. Trzymał się za jaja popatrzył czerwony, a Astoria stała przed nim i oznajmiła, a
- Boli? Miało boleć ty kretynie – jej głos ociekał słodyczą. Pogłaskała go po policzku – a teraz ładnie przeproś mugolaki za te wszystkie krzywdy jakie wyrządziłeś albo moja noga, na którym mam wysoka szpilkę - pokazała swoje wysokie szpilki które miała na nogach – wbije się jeszcze raz w twojego ptaszka – Draco popatrzył na matkę, a ta tylko zamiast mordować wzrokiem Astorię, to ona mordowała jego.
- Na twoim miejscu bym się jej posłuchała, Smoku – odezwała się Narcyza - ona nie żartuje. Widziałam jak trenowała, potrafi mocniej. Jestem z niej taka dumna!
- Czekam! – wycedziła Astoria.
- Przepraszam – mruknął Draco.
- Nie usłyszałam!
- Przepraszam! – zawołał Draco. Wszystkim opadły szczęki, a Astoria pokiwała głową i odeszła, a Draco przed chwilą patrzył jak odchodzi. Patrzył na nią, otwierał i zamykał szczękę. Patrzył na nią wielkimi oczami. Jej krok był według niego idealny i jej figura była idealna tak samo jak słodko ogarniała swoje czarne włosy za ucho kiedy przytulała mugolaki i miała ten zajebisty uśmiech była naprawdę przepiękną młodą kobietą.
- Baba Cię pokonała, Draco i ty jej uległeś – wycedził Lucek – Co z ciebie za facet!
Rozległ się dzwonek, co było szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo po ostatnich słowach Malfoy’a Ron zerwał się z taboretu, więc w ogólnym rozgardiaszu jego próba rzucenia się na Malfoy’a została niezauważona.
- Puśćcie mnie, muszę mu dołożyć – warczał, kiedy Harry i Dean uwiesili się na jego ramionach – Mam wszystko gdzieś, nie potrzebuję różdżki, zabiję go gołymi rękami...
- Dziękuję, Ron – wyszeptała Hermiona, a ten pocałował ją w usta.
- Tatuś jest taki opiekuńczy – stwierdziła Emilly.
- Pospieszcie się, zaraz was zaprowadzę na zielarstwo! - pokrzykiwał Snape nad głowami uczniów. Wyszli długim rzędem (Ron nazywał ten szyk "krokodylim"), z Harrym, Ronem i Deanem w ogonie. Ron wciąż usiłował się wyrwać z ich uścisków.
- Mój ty rycerzu – powiedziała Hermiona, próbując pocałować go w policzek, a Ron przesunął głowę, że pocałowała go w usta, a kiedy przestali miała rozmarzona twarz, a ten głupkowato się uśmiechał.
Puścili go dopiero wtedy, gdy Snape wyprowadził ich z zamku i szli ścieżką wiodącą między grządkami warzyw w kierunku cieplarni. Na zielarstwie wydarzenia ostatnich miesięcy najbardziej dawały o sobie znać: brakowało Justyna i Hermiony.
- Nie wiem, co bym zrobił gdybyś nie wróciła – oznajmił Ron do żony.
Profesor Sprout kazała im przycinać abisyńskie figi. W pewnym momencie Harry podszedł z naręczem łodyg do kupy kompostu i spotkał przy niej Erniego Macmillana. Ernie wziął głęboki oddech i powiedział bardzo formalnym tonem:
- Chcę ci tylko powiedzieć, Harry, że bardzo mi przykro, że podejrzewałem ciebie. Wiem, że nigdy byś nie napadł na Hermionę Granger i przepraszam za wszystkie świństwa, jakie o tobie powiedziałem. Jedziemy teraz na jednym wózku, więc...
- Widzicie, przeprosiłem! – krzyknął Ernie.
Wyciągnął pulchną dłoń, a Harry ją uścisnął. Ernie i jego przyjaciółka Hanna znaleźli się przy tej samej fidze, co Harry i Ron.
Hanna siedziała na kolanach Neville’a. Przytuliła się do męża, a późnej popatrzyła na kobiecy pierścień rodowy rodu Longbottomów i obrączkę ślubną, bo stała się Lady Longbottom, uśmiechała się promienne.
- Ten Draco Malfoy to niezłe ziółko – powiedział Ernie, odłamując martwe gałązki – Zdaje się, że to wszystko bardzo go rajcuje, prawda? Wiecie co, według mnie to on jest dziedzicem Slytherina.
- Ale z ciebie mądrala – mruknął Ron, który nie zaakceptował Erniego tak szybko, jak Harry.
- Dzięki! – burknął Ernie.
- A ty, Harry, myślisz, że to może być on? – zapytał Ernie.
- Nie – odpowiedział Harry tak stanowczo, że Ernie i Hanna wlepili w niego oczy. Chwilę później Harry zobaczył coś, co sprawiło, że uderzył Rona sekatorem w rękę.
- Auuu! Co ty...
- Dlaczego go biłeś? – spytała Ginny.
Harry wskazał na ziemię, kilka stóp od nich. Maszerowało po niej kilkanaście wielkich pająków.
- Ach, taaak – powiedział Ron, daremnie starając się zrobić ucieszoną minę – Ale teraz nie możemy za nimi iść... – Ernie i Hanna słuchali tego z najwyższym zainteresowaniem.
- Bo było ciekawe – stwierdziła Hanna.
Harry patrzył, jak pająki oddalają się coraz bardziej.
- Wygląda na to, że zmierzają do Zakazanego Lasu...
- Wy chyba nie chcecie… – zaczęła Nicole i przyłożyła rękę do ust.
Ron zrobił jeszcze bardziej nieszczęśliwą minę. Po zielarstwie profesor Snape odprowadził ich na Obronę Przed Czarną Magią. Harry i Ron zostali w tyle, żeby spokojnie porozmawiać.
- Będziemy musieli znowu użyć peleryny-niewidki – powiedział Harry – Możemy zabrać ze sobą Kła. Zawsze chodził po lesie z Hagridem, może okazać się pomocny.
- Nie ma mowy! – krzyknęła starsza Lily I – Nie zgadam się!
- Mamo, to już się wydarzyło – odezwał się Harry.
- Dobra – odpowiedział Ron, wyczyniając jakieś dziwne rzeczy ze swoją różdżką. A kiedy zajęli swoje zwykłe miejsca w klasie Lockharta, dodał: – Ee... czy tam... no... czy w tym lesie nie ma wilkołaków? – Harry wolał pominąć to pytanie, więc powiedział:
- Niektóre leśne stworzenia są zupełnie w porządku. Na przykład centaury... jednorożce...
- I Wielkie pająki! – jęknął Ron.
Ron jeszcze nigdy nie był w Zakazanym Lesie. Harry był tam tylko raz i wówczas miał głęboką nadzieję, że już nigdy do niego nie wróci. Wkroczył Lockhart i wszystkie oczy zwróciły się na niego. Wszyscy inni nauczyciele mieli miny bardziej ponure niż zwykle, ale on wydawał się nie tracić pogody ducha.
- No, co jest, młodzieży? – zawołał, szczerząc zęby – Co to za ponure miny?
- Moja córka jest spetryfikowana, idioto! – warknęła Molly I.
- Moi córka i syn są spetryfikowani imbecylu! – krzyknęły dwie wersje Lily I wściekle.
- Moja mamusia/mój tatuś są spetryfikowani idioto! – krzyknęli dzieci Hermiony i Colina I.
- To jest tylko twoja synowa, a nie córka – powiedziała Cho do Molly I – a Colin to twój zięć, a nie syn – dodała do Lily.
- A wy – zwróciła się do Hermiony i Colina I – nie wiecie, że mamę ma się jedną? Teściowa czy teściu to żadna rodzina i żadne mamo i tato, a tym bardziej mamusia i tatuś.
- A Ciebie ktoś pytał o zdanie, Chang! – warknęły dwie wersje Lily i Molly I – Hermiona/Colin /jest moją/moim córka/synem!
- Ja już wyraziłam swoje zdanie na ten temat Cho – stwierdziła Hermiona – Molly i Artur Weasley są moimi rodzicami, a skoro są moimi rodzicami to chyba logiczne, że mówię do ich "mamusia" i "tatuś" a nie po imieniu, ponieważ to moi rodzice. Czy Ci się podoba, czy nie będę do ich mówiła "mamusia" i "tatuś". Po drugie należę do rodu Weasley stałam się ich częścią , a tym samym córką i siostrą ich córeczką od czasu, gdy zaczęłam się spotykać z Ronaldem. A kiedy podpisałam kontrakt małżeński, otrzymałam znak na szyi wydry i psa Jack Russell Terrier w kształcie yin i yang i jego moc jest we mnie cały czas i ja ją czuję, bo teraz ja i Ron jesteśmy jednością i tym bardziej jego rodzice stali się moimi rodzicami. Następnie wzięłam z nim ślub, więc mam to i to – wskazała na kobiecy pierścień rodowy rodu Weasley oraz obrączkę ślubną – i stałam się panią Weasley i tym bardziej stałam się ich córeczką, a ja ani nie mogę, ani tym bardziej nie mam ochoty próbować ściągnąć z nas tej cudownej klątwy. Po trzecie przestań podrywać Harry’ego i próbować go poderwać. Ja Cię tylko ostrzegam, bo widziałam, co Ginny może zrobić, kiedy trenowała i jak wyżyła się na worku treningowym, kiedy była wkurzona i ty nim się zorientujesz, będziesz w Mungu leżeć połamana – Państwo Weasley przytulili Hermionę, a Lady Weasley pocałowała ją z miłością w czoło i wyszeptała.
- Moja córeczka – a młoda pani Potter mordowała swoją rywalkę wzrokiem.
- Moja piękna córeczka Hermiona powiedziała wam od A do Z – odparła Lady Molly Weasley.
- Mam to samo zdanie, co Hermiona względem Lily i Jamesa – zgodził się Colin I, a Jessica całowała go policzek. Rogacz mrugnął i wyszczerzył się do Colina, a Lily się wzruszyła i go przytuliła i pocałowała go w czoło z miłością, następnie popatrzyła na Cho i oznajmiła:
- Ją jako matka myślę, że nie jesteś godna mojego syna. Tylko Ginny jest go godna, bo czuje z nią więź, a z tobą to ani trochę.
- Jesteś tylko pustą lalą – dodała Jessica – no co taka prawda.
- Czy Ci się podoba, czy nie, Ginny jest panią Potter, a tym samym moją córeczką i miej się na baczności, bo jak tylko spróbujesz Harry'ego podrywać, to nim się zorientujesz, będziesz leżeć w Mungu – stwierdziła starsza wersja Lady Potter.
- Posłuchaj lepiej mojej mamusi – powiedziała Ginny i popatrzyła na nią, po czym przytuliła się do niej mocno, a ta pocałowała ją czułością w czoło.
- Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo Cię kocham, mamusiu – mruknęła jej do piersi Ginny.
- Ja Ciebie też kocham, słońce – odparła pani Potter i pogłaskała jej rude włosy. Ginny popatrzyła na Lily i oznajmiła.
- Nie wyobrażam sobie mówić do Ciebie inaczej niż tylko "mamusia". Nie ma w tym żadnej złośliwości. Poza tym już mówiłam, rodzice mojego mężczyzny są moimi rodzicami.
- Inne formy mówienia przez Ciebie do mnie, moja kochana córeczko – odpowiedziały dwie wersje Lily I – będą przeze mnie poprawiane na formę mamusia. Możesz ewentualnie mówić Mamo, bo jestem twoją mamą, od kiedy związałaś się z moim synem. I jesteś, po pierwsze teraz jednością, a po drugie moją córką w takim samym stopniu, jak Nicole, Jessica, Luna i Hermiona, a trzecia sprawa jest taka, że kocham Cię bardzo.
Uczniowie spojrzeli po sobie ze złością, ale milczeli.
- Co, jeszcze do was nie dotarło – powiedział bardzo powoli, jakby miał do czynienia z gromadą półgłówków – że niebezpieczeństwo już minęło? Głównego winowajcy już tu nie ma!
- Zaraz mu przypierdolę! – warknął starszy Łapa.
- A ja ci pomogę – dodał starszy Rogacz.
- A ja poprawię – stwierdził Frank I.
- To znaczy kogo? – zapytał głośno Dean Thomas.
- Drogi młodzieńcze, Minister Magii nie zabrałby stąd Hagrida, gdyby nie był na sto procent pewny, że to on – odpowiedział Lockhart takim tonem, jakby wyjaśniał Deanowi, że jeden plus jeden to dwa.
- Jak ty mogłeś przyjąć tego idiotę na stanowisko profesora! – krzyknęła Euphemia w stronę dyrektora.
- Wcale nie był pewny – powiedział Ron, jeszcze głośniej niż Dean.
- Pochlebiam sobie, że wiem troszkę więcej o aresztowaniu Hagrida niż pan, panie Weasley – rzekł Lockhart, wyraźnie zachwycony sobą.
- Narcyz – powiedział Louis.
Ron już zaczynał odpowiadać, że jest akurat odwrotnie, ale urwał, kiedy Harry kopnął go z całej siły pod ławką.
- Nie było nas tam, zapomniałeś? – warknął półgębkiem Harry. Ale obrzydliwa wesołkowatość Lockharta, jego aluzje, że od dawna wiedział, kto jest winowajcą, jego zarozumiała pewność, że wszystko się skończyło, rozwścieczyła Harry'ego tak, że sam powstrzymał się z trudem, by nie cisnąć Włóczęg z ghulami prosto w jego głupkowatą twarz.
- Dlaczego…! – jęknęli Huncwoci i Huncwoci 2.0.
- Tego nie zrobiłeś, tato! – dodał Frank II.
Zadowolił się wyskrobaniem krótkiej notki do Rona: "Zrobimy to dzisiaj wieczorem". Ron przeczytał, przełknął ślinę i zerknął na puste miejsce, zwykle zajęte przez Hermionę. Ten widok musiał dodać mu odwagi, bo skinął głową.
Ron popatrzył na żonę w uwielbieniem.
- Kocham Cię Ron! – pocałowała go namiętnie w usta, rozkoszując się chwilą.
- Yhy! – krzyknęła Ginny, gdy się wreszcie oderwali.
- Zajmij się Harrym Ginny – odezwała się Hermiona.
- Możecie już przestać!? – jęknął Hugo. Umbridge próbowała rzucić zaklęcia, żeby dziewczyny nie siedziały na kolanach swoich chłopaków i żeby znikła ich biżuteria i mieli mundurki, ale nic to nie dało. Dziewczyny siedziały dalej i miały swoją biżuteria i swoje ubrania. Umbridge była wściekła.
- Ta cała nasza biżuteria, którą mamy na sobie jest magiczna – odezwała się Victoire – i połączyły się z naszym DNA, a późnej Merlin je pobłogosławił i je wzmocnił logiem rodu naszych mężów, więc nie dasz rady zdjąć, więc daj sobie spokój.
- A ubrania są tak skonstruowane, że tam, gdzie
jest za ciepło, to chłodzi, a tam, gdzie jest zimno, to grzeje – dodała Domique, a dziewczyny i kobiety, które miały biżuterie i nowe
ubrania uśmiechały się szeroko i bezczelnie do Umbridge.
- Widocznie jesteś beznadziejna, Dolores – powiedziała Minne, patrząc na nią z wyższością – bo kochasz faceta, który sika w pory, a nie powinien jeszcze sikać. Cała Wielka Sala, gdy to usłyszała, ryknęli śmiechem. Knot zrobił się czerwony, a Dolores warknęła wściekła.
- Jak śmiesz!
W tych dniach pokój wspólny Gryfonów był zawsze pełny, bo po szóstej nie wolno im było opuszczać wieży i nie mieli co ze sobą zrobić. Było zresztą tyle spraw do omówienia, że w pokoju wspólnym robiło się pusto dopiero po północy. Zaraz po kolacji Harry wyjął z kufra pelerynę-niewidkę i spędził cały wieczór, siedząc na niej i czekając, aż wszyscy pójdą spać. Fred i George wyzwali Harry'ego i Rona na kilka partii Eksplodującego Durnia, a Ginny przyglądała się grze, siedząc w fotelu zwykle zajmowanym przez Hermionę.
- Tak bardzo tęskniłam za tobą, Miona – oznajmiła Ginny. Piękna brunetka przytuliła rudowłosa piękność.
- Twoim przeznaczeniem było bycie Potterem, Ginny – stwierdziła pani Weasley – Powiem więcej, byłaś, jesteś i będziesz Potterem. Ty i Harry pasujecie do siebie jak ulał, a ja zyskałam siostrę.
Harry i Ron specjalnie przegrywali, starając się jak najszybciej skończyć grę, ale i tak minęła już północ, kiedy Fred i George w końcu poszli spać.
- Myśleliśmy, że mamy dobry dzień! – burknęli Fred i George.
Harry i Ron nasłuchiwali, aż po raz ostatni trzasną drzwi obu dormitoriów, a wówczas chwycili pelerynę, narzucili ją na siebie i przeleźli przez dziurę w portrecie. Czekała ich kolejna trudna wędrówka po zamku i omijanie wszystkich stojących na straży profesorów.
Ron i Harry uśmiechnęli się szeroko do profesorów.
W końcu dotarli do sali wejściowej, odsunęli zasuwę na drzwiach frontowych i prześliznęli się przez nie, starając się nie robić najmniejszego hałasu. Odetchnęli dopiero na zalanych światłem księżyca błoniach.
- Oczywiście trzeba przyjąć i taką możliwość – powiedział nagle Ron, kiedy szli przez czarną trawę – że w lesie nie znajdziemy żadnych śladów. Te pająki mogły tam wcale nie dojść. Wiem, że wyglądały, jakby szły w tamtym kierunku, ale... – Zawiesił głos, jakby miał wielką nadzieję, że w rzeczywistości wcale tam nie polazły.
Ron zbladł, kiedy sobie o tym przypomniał.
Doszli do chatki Hagrida, sprawiającej bardzo smutne wrażenie z nieoświetlonymi oknami. Kiedy Harry otworzył drzwi, Kieł zwariował z radości na ich widok. Obawiając się, że obudzi cały zamek swoim głuchym, donośnym ujadaniem, nakarmili go pospiesznie krajanką z melasy, która skleiła mu szczęki. Harry zostawił pelerynę-niewidkę na stole Hagrida. I tak nie będzie im potrzebna w ciemnym lesie.
- Wy to naprawdę robicie – powiedziała Molly II.
- Tak, Molly – odparł Ron.
- No, Kieł, idziemy na spacer – powiedział, klepiąc się po udzie, a rozradowany brytan wyskoczył za nimi z chatki, pomknął na skraj lasu i uniósł tylną nogę przy pniu wielkiej sykomory. Harry wyjął różdżkę, mruknął: Lumos! i na jej końcu zapłonęło światełko, w sam raz, by widzieli ścieżkę, wypatrując na niej śladów pająków.
- Dobry pomysł – powiedział Ron – Zapaliłbym i swoją, ale sam wiesz... mogłaby wybuchnąć albo coś w tym rodzaju...
- Szkoda, że tego nie zrobiłeś, Weasley! – zadrwił Pink.
- Cicho tam Pikachu! – odparował Ron.
Harry trącił Rona w ramię, wskazując na trawę. Dwa samotne pająki uciekały przed światłem w cień drzew.
- W porządku – westchnął Ron, godząc się z losem – Jestem gotowy. Idziemy.
- Jestem z tobą, tato – oznajmił Scorpius.
Tak więc weszli do lasu, a Kieł biegał wokół nich, obwąchując korzenie drzew i zeschłe liście. W świetle różdżki Harry'ego widzieli sznurek pająków posuwających się po ścieżce. Szli za nimi przez blisko dwadzieścia minut, nasłuchując w milczeniu jakichkolwiek innych odgłosów poza trzaskiem łamanych gałązek i szelestem liści. A potem, kiedy drzewa zgęstniały tak, że nad głowami nie było już widać gwiazd, a różdżka Harry'ego rzucała krąg bladego światła w oceanie ciemności, zobaczyli, że pająki schodzą ze ścieżki.
Matki wymieniły między sobą przerażone spojrzenia.
Harry zatrzymał się, żeby zobaczyć, dokąd pająki zmierzają, ale poza kręgiem światła roztaczała się nieprzenikniona ciemność. Poprzednim razem nie zawędrował tak daleko. Pamiętał, że Hagrid go ostrzegał, żeby nigdy nie zbaczał ze ścieżki. Ale teraz Hagrid był setki, a może tysiące mil stąd, najprawdopodobniej w jednej z cel Azkabanu, a przed odejściem wyraźnie im powiedział, żeby poszli za pająkami. Coś mokrego dotknęło jego dłoni, i odskoczył, miażdżąc Ronowi stopę,
Mariette pokazywała serduszko i uśmiechała się z drwiną:
- No co ty Potter, Weasley tylko chce trzymać Cię za rączkę, bo się w tobie zakochał – Ginny zeszła z Harry’ego i przywaliła Mariettcie z liścia, a ta jęknęła z bólu.
- To też za zeszły rok, kapusiu – rzuciła nienawiścią.
- Uciekaj – powiedziała Hermiona do Marietty – Trzymaj się z dala ode mnie, Rona i naszych przyjaciół albo cię dorwiemy – Marietta chwiejnie podniosła się na nogi i uciekła.
- Pani Potter! – krzyknęła Minne – Pani Weasley!
- Ona próbuje zrobić z mojego męża geja! – warknęły Hermiona i Ginny.
- Jaka ty jesteś seksowna – powiedzieli z uwielbieniem Ron i Harry do Hermiony i Ginny.
- Dziękuję, słońce – odparły, patrząc na nich iskierkami miłości.
ale był to tylko nos Kła.
- Co robimy? – zapytał szeptem Rona, widząc tylko jego oczy, w których odbijało się światełko różdżki.
- Zaszliśmy tak daleko... – odpowiedział Ron. Weszli więc między drzewa za szybko poruszającymi się cieniami pająków. Teraz musieli zwolnić kroku, bo drogę zagradzały im korzenie drzew i spróchniałe pniaki, ledwo widoczne w ciemności. Harry czuł oddech Kła na swojej dłoni. Co jakiś czas przystawali, a Harry pochylał się, by odnaleźć pająki w bladym świetle różdżki.
Przedzierali się tak przez las z pół godziny, strzępiąc szaty na nisko zwieszających się gałęziach i sękach. Po chwili poczuli, że teren opada, choć drzewa nadal rosły tak samo gęsto jak uprzednio. Nagle Kieł zaszczekał głośno, tak że podskoczyli ze strachu, a szczekanie odbiło się dalekim echem.
- Co się dzieje? – spytał Justin.
- Co jest? – wydyszał Ron, rozglądając się nerwowo i ściskając Harry'ego za łokieć.
- Tam się coś rusza – odpowiedział Harry zduszonym szeptem – Posłuchaj... Chyba coś dużego – Nasłuchiwali. Gdzieś na prawo coś wielkiego łamało gałęzie, przedzierając się przez las.
- O nieee – jęknął Ron – O nie, nie, nie...
- Zamknij się – warknął Harry – Usłyszy cię.
- Usłyszy mnie? – zapytał Ron nienaturalnie wysokim głosem – Już usłyszało. Cicho, Kieł!
Większość ludzi siedziało na szpilkach słuchając, co się będzie działo.
Ciemność zdawała się wciskać im gałki oczu do wnętrza czaszek, kiedy tak stali, zmartwiali z przerażenia. Coś dziwnie zadudniło i zrobiło się cicho.
- Jak myślisz, co ono teraz robi? – zapytał Harry.
- Myślę, że przygotowuje się do skoku – odpowiedział Ron. Nasłuchiwali, nie śmiejąc się poruszyć.
- M-myślisz, że sobie poszło? – szepnął Harry.
- Nie wiem... – A potem z prawej strony buchnęło białe światło, tak przeraźliwie jaskrawe w tej ciemności, że obaj zasłonili oczy rękami. Kieł zaskomlał i rzucił się do ucieczki, ale uwiązł w jakimś kolczastym krzaku i skomlał jeszcze głośniej – Harry! – krzyknął Ron, a głos załamał mu się nagłą ulgą – Harry, to nasz samochód!
- Archi, twój samochód? – krzyknął młodszy Łapa.
- Co?
- Chodź! – Harry poszedł za nim ku światłu, potykając się i przewracając, i w chwilę później wyszli z lasu na polanę. Auto pana Weasley'a stało pośrodku polanki, tak małej, że gęste gałęzie drzew tworzyły nad nim dach. Reflektory tryskały światłem, a w środku nie było nikogo, lecz nagle auto ruszyło samo ku Ronowi, jak wielki, turkusowy pies witający swojego pana – Było tutaj przez cały czas! – zawołał uradowany Ron, obchodząc samochód – Popatrz. Zupełnie zdziczało w tym lesie...
Ron i Harry wymienili spojrzenia.
Skrzydła bagażnika były podrapane i umazane błotem: najwidoczniej samochód sam próbował wydostać się z puszczy. Kieł nie był zachwycony nowym towarzystwem, trzymał się tuż przy Harrym, który czuł, jak pies drży ze strachu. Harry powoli odzyskał oddech i schował różdżkę do kieszeni szaty.
- A myśmy się bali, że się na nas rzuci! - zawołał Ron, pochylając się nad maską i klepiąc ją pieszczotliwie.
Ron zbladł.
- Ron? – spytała Luna.
- Jest mi niedobrze! – jęknął Ron. Hermiona szybko wyczarowała worek i Ron zaczął wymiotować.
- To z nerwów – mruknął Harry – On wie, co zaraz będzie.
- Co? – zapytała starsza Dorcas.
- Coś, czego nienawidzę – oznajmił blady Ron.
- Nieraz sobie myślałem, co z nim się stało! – Harry rozglądał się po jasno oświetlonej ziemi w poszukiwaniu pająków, ale wszystkie pouciekały przed blaskiem reflektorów.
- Straciliśmy ślad – powiedział – Chodź, musimy je odnaleźć – Ron milczał. Nie poruszał się. Oczy miał utkwione w jakiś punkt znajdujący się z dziesięć stóp nad ziemią, tuż za Harrym. Na jego twarzy zastygł wyraz przerażenia.
Ronowi dalej było niedobrze.
Harry nie zdążył nawet się obrócić. Rozległ się dziwny klekot i nagle poczuł, że coś długiego i włochatego chwyta go za pas i unosi, tak że zawisł głową w dół. Zaczął się wyrywać i wierzgać, ogarnięty śmiertelnym strachem, znowu usłyszał złowieszcze klikanie i zobaczył, jak nogi Rona również odrywają się od ziemi. W następnej chwili coś pociągnęło go w ciemność między drzewami. Kieł zaskomlał i zaszczekał rozpaczliwie.
Dziewczyny i kobiety pisnęły.
Wisząc głową w dół, Harry spostrzegł, że to, co go wlokło w mroczny gąszcz, posuwało się na sześciu niezwykle długich, włochatych nogach, z których dwie przednie trzymały go mocno pod parą lśniących czarnych szczypców. Za sobą słyszał przedzierające się przez krzaki podobne stworzenie, niewątpliwie taszczące Rona. Potwory kierowały się ku samemu sercu lasu. Harry słyszał Kła, który usiłował się uwolnić z uścisku trzeciego potwora, warcząc i skamląc, ale sam nie był w stanie nawet pisnąć, bo wszystko wskazywało, że głos zostawił przy samochodzie na polance.
- O kurwa! – zawołali mężczyźni.
Nie miał pojęcia, jak długo znajdował się w uścisku włochatych odnóży. Wiedział tylko, że nagle ciemność nieco zbladła i że zasłane zeschłymi liśćmi podłoże lasu roi się od pająków.
- Pająki! – jęknął Scorpius – Dlaczego nie mogą być to na przykład Wielkie Stopy?!
Wyciągając szyję to tu, to tam, zobaczył, że są na skraju olbrzymiej zapadliny wolnej od drzew. Wkrótce gwiazdy oświetliły najstraszniejszą scenę, jaką kiedykolwiek widział w życiu. Pająki. Nie małe pajączki, jak te, które mrowiły się po liściach. Pająki wielkości koni pociągowych, z ośmioma ślepiami, ośmioma nogami, czarne, włochate, gigantyczne.
Dziewczyny i kobiety zbladły i pisnęły przerażonym głosem. Scorpius dołączył do teścia i też zaczął wymiotować.
- Jak ja nienawidzę pająków!
- Nażarły się hormonu wzrostu! – zawołał James II.
Ten, który go niósł, wlazł do jaru i pomknął w dół zbocza, ku połyskującej mglisto tulei utkanej z pajęczyny. Zewsząd zbiegały się inne potwory, klekocąc szczypcami na widok jego zdobyczy.
- Powtarzam jeszcze raz czemu pająki! – jęknął Ron.
Pająk puścił go i Harry wylądował na czworakach. Ron i Kieł upadli koło niego. Kieł już nie skamlał, skulił się tam, gdzie upadł. Ron wyglądał dokładnie tak, jak Harry się czuł. Usta miał otwarte, jakby krzyczał, a oczy wyłaziły mu z orbit.
- Tatuś! – krzyknęły córki Rona przerażonym głosem.
Harry zdał sobie nagle sprawę, że pająk, który go tu przyniósł, coś mówi. Trudno go było zrozumieć, bo po każdym słowie klekotał szczypcami.
- Aragog! – zawołał – Aragog! – Z tulejowatej mglistej sieci wyłonił się powoli pająk wielkości młodego słonia. Włosy na tułowiu i nogach przyprószone miał siwizną, a oczy mlecznobiałe. Był ślepy.
- To ich przywódca – oznajmił Harry, bo Ron się nie odzywał.
- Co to jest? – zapytał, klikając szybko szczypcami.
- Ludzie – odklekotał pająk, który przy wlókł Harry'ego.
- Czy to Hagrid? – zapytał Aragog, zbliżając się i przewracając mlecznymi oczami.
- Obcy – odklikał pająk, który przyniósł Rona.
- Zabijcie ich – powiedział Aragog, wyraźnie rozdrażniony.
- NIE! – ryknęło większość ludzi na Sali.
- TAK! – krzyknęli nie przyjaciele.
- Spałem...
- Jesteśmy przyjaciółmi Hagrida! – krzyknął Harry. Serce uwięzło mu w gardle i tłukło się tam, jakby chciało odzyskać wolność. Klik, klik, klik, zaklekotały szczypce pająków zgromadzonych na dnie dziury.
- Hagrid nigdy nie przysyłał nam tu ludzi – powiedział wolno Aragog.
- Hagrid ma kłopoty – rzekł Harry, z trudem łapiąc oddech.
- Wiem, że jesteś profesorem Hagrid, ale jeśli przyjmiesz do siebie jeszcze jakieś dziwne zwierzątka, to Cię zatłukę! – jęknęła młodsza Lady Lily I trzymając się za głowę. Ron przestał wymiotować i wymienił niespokojnie spojrzenia Harrym i innymi.
- Właśnie dlatego przyszliśmy.
- Kłopoty? – powtórzył sędziwy pająk i Harry dosłyszał troskę w klekocie jego szczypców – Ale dlaczego przysłał was? – Harry pomyślał, że dobrze byłoby wstać, ale uznał, że lepiej nie próbować, bo nogi mogą odmówić mu posłuszeństwa. Przemówił więc z ziemi, tak spokojnie, jak potrafił:
- Tam, w szkole, myślą, że Hagrid wypuścił... e... e... coś na uczniów. Zabrali go do Azkabanu.
- A teraz już wiesz, więc my sobie pójdziemy grzecznie, żeby sprawdzić, czy nas nie ma w Hogwarcie – stwierdził Hugo – to pa!
Aragog zaklikał wściekle szczypcami, co podchwyciły wszystkie pająki zgromadzone na dnie jamy; zabrzmiało to jak aplauz, tyle że aplauz zwykle nie sprawiał, że Harry'emu robiło się niedobrze ze strachu.
- Ale to było przed wieloma laty – powiedział Aragog – Wiele lat temu. Dobrze to pamiętam. Dlatego wyrzucili go ze szkoły. Myśleli, że to ja jestem potworem mieszkającym w lochu, który nazywają Komnatą Tajemnic. Myśleli, że Hagrid otworzył Komnatę i uwolnił mnie.
- A ty... ty nie wyszedłeś z Komnaty Tajemnic? – zapytał Harry, który czuł, jak pot ścieka mu powoli po czole.
- Ja?! – zaklikał ze złością Aragog.
- Trzeba go zadowolić! – jęknął Frank II – Wiem! Może damy im Ropuchę na kolację!
- Jedna ropucha im nie wystarczy! – rzekła Alicja II.
- I damy też Kordka, który sika w majtki – oznajmił Scorpius.
- Goryli! – krzyknął Teddy – Przykro mi, chłopaki musicie się poświęcić dla dobra sprawy, bo z was przynajmniej się pożywią, bo macie mięsko.
- Milicenta też jest kawał mięsa – powiedział Patrick.
- To, co Aragog wymiana? Wy sobie bierzcie goryli Milicenty, Ropuchę i Knota zamiast Harry’ego, Rona i Kła, to dobra wymiana. Tam przynajmniej jest mięsko, a tu popatrz na nich. Tylko skóra i kości – stwierdził z nadzieją James II.
- Dzięki – burknęli.
- Siedźcie cicho! – warknął James II.
- Ja nie urodziłem się w zamku. Pochodzę z dalekiego kraju. Pewien podróżnik dał mnie Hagridowi, kiedy byłem jajkiem. Hagrid był wtedy jeszcze chłopcem, ale dbał o mnie, ukrył mnie w komórce w zamku, żywił resztkami ze stołu. Hagrid to mój dobry przyjaciel, to dobry człowiek. Kiedy dowiedziano się o moim istnieniu i oskarżono o zabicie tej dziewczynki, Hagrid mnie ocalił. Odtąd zamieszkałem tutaj, w lesie, a Hagrid wciąż mnie odwiedza. Znalazł mi nawet żonę, Mosag, i sam widzisz, jak rozrosła się nasza rodzina... Dzięki dobroci Hagrida...
- Ile ich było? – spytała Barbara.
- Nie chcesz wiedzieć – mruknął Harry.
Harry zebrał w sobie resztki odwagi.
- Więc nigdy... nigdy nikogo nie zaatakowałeś?
- Nigdy. Byłoby to zgodne z moim instynktem, ale z szacunku do Hagrida nigdy nie zrobiłem krzywdy człowiekowi. Ciało tej dziewczynki znaleziono w łazience, a ja nigdy nie opuściłem komórki, w której wyrosłem. My, pająki, lubimy ciemność i spokój...
- Co za ulga – powiedziała młodsza Dorcas.
- Ale... Wiesz, kto zabił tę dziewczynkę? – zapytał Harry – Bo cokolwiek to było, wróciło i znowu napada na ludzi... – Jego słowa utonęły w złowrogim klekocie mnóstwa nóg. Otoczyły go podniecone czarne kształty.
- To jest coś, co mieszka w zamku – rzekł Aragog – Prastara istota, której my, pająki, boimy się najbardziej. Dobrze pamiętam, jak błagałem Hagrida, żeby pozwolił mi odejść, kiedy wyczułem obecność tej bestii w szkole.
- Co to jest? – Znowu rozległo się podniecone klekotanie i chrzęst chitynowych odnóży; pająki zbliżały się do Harry'ego coraz bardziej.
- My o tym nie mówimy! – krzyknął Aragog – Nie nazywamy tego! Nawet Hagridowi nigdy nie wyjawiłem imienia tej strasznej istoty, choć prosił mnie o to wiele razy.
- Robi się późno, Aragog to my sobie jednak pójdziemy – stwierdził Fred II.
Harry nie chciał przeciągać struny, zwłaszcza wobec tłumu pająków otaczających go ze wszystkich stron. Aragog sprawiał wrażenie, jakby go zmęczyła ta rozmowa. Wycofywał się powoli w głąb sieci, natomiast jego krewniacy wciąż przysuwali się do Harry'ego i Rona.
- No to my już sobie pójdziemy! – zawołał Harry rozpaczliwie do Aragoga, słysząc za sobą szelest liści.
- Pójdziemy? – powtórzył powoli Aragog – Nie sądzę...
- Ale... ale...
- Moi synowie i moje córki nigdy nie skrzywdzą Hagrida, bo taka jest moja wola. Nie mogę jednak zakazać im świeżego mięsa, kiedy samo włazi do naszej nory. Żegnajcie, przyjaciele Hagrida!
- Merlinie! – krzyknęły kobiety i dziewczyny przerażonym głosem.
Harry odwrócił się gwałtownie. Tuż przed nim piętrzyła się zwarta ściana pająków, klekocących zawzięcie i błyskających ślepiami osadzonymi w obrzydliwych czarnych głowach... Harry sięgnął po różdżkę, ale wiedział już, że to ich nie uratuje. Pająków było za dużo. Postanowił jednak powstać i umrzeć, walcząc. A kiedy to uczynił, rozległ się głośny warkot i jaskrawe światło omiotło skraj jamy. Samochód pana Weasley'a
- Samochód tatusia/dziadziusia/Artura! – zawołali wszyscy bliscy rodziny Weasley.
zjeżdżał na dno zapadliny, rycząc, dudniąc, wyjąc klaksonem i błyskając reflektorami, a przede wszystkim roztrącając pająki jak suche krzaki. Niektóre przewróciły się na grzbiety i leżały, wymachując długimi nogami w powietrzu. Samochód zatrzymał się przed Harrym i Ronem. Drzwi otworzyły się z rozmachem.
- Bierz Kła! – ryknął Harry, dając nurka na przednie siedzenie. Ron złapał brytana wpół i wrzucił go, skamlącego, na tylne siedzenie. Drzwi zatrzasnęły się. Ron nawet nie dotknął pedału gazu, bo samochód wcale tego nie potrzebował: silnik zaryczał i ruszyli pod górę, roztrącając jeszcze więcej pająków.
- Twój samochód Archi jest zajebisty! – krzyknęli dwie wersje Łapy i Rogacza.
Wyjechali z zapadliny i wkrótce zaczęli się przedzierać przez gęsty las. Gałęzie łomotały w szyby, koła podskakiwały na korzeniach, kiedy samochód sprytnie omijał najgorsze wyrwy i najgrubsze pnie, posuwając się po szlaku, który najwidoczniej znał.
- Super, jak sztuczna inteligencja – powiedział Denis podniecony, a Gabrielle uśmiechnęła się do niego. Denis popatrzył na nią i też się uśmiechnął.
- Dobra – stwierdził Colin II – Dajcie sobie buziaka w usta i po sprawie.
- Fuj! – jęknął Antoine.
- Colin! – warknęła czerwona Gabrielle.
- Tak, Mamo? – spytał niewinnie.
Harry zerknął z boku na Rona. Ron miał wciąż otwarte usta, ale oczy nie wyłaziły mu już orbit.
- Nic ci nie jest? – Ron wpatrywał się przed siebie, nie mogąc wykrztusić słowa. Auto przedzierało się dzielnie przez poszycie, miażdżąc gałązki z głośnym trzaskiem, Kieł wył na tylnym siedzeniu, a Harry zobaczył, jak odpada boczne lusterko, kiedy o centymetry minęli gruby pień dębu.
Po kilkunastu minutach hałaśliwej jazdy po dzikich wertepach i chaszczach las przerzedził się i znowu pojawiły się gwiazdy.
- Co za ulga – odparły matki.
Samochód zatrzymał się tak raptownie, że mało brakowało, a wylecieliby przez przednią szybę. Znajdowali się na skraju lasu. Kieł rzucił się na okno, pragnąc za wszelką cenę uwolnić się z tego straszliwego pudła, a kiedy Harry otworzył drzwi, wyskoczył i z podkulonym ogonem pomknął prosto do chatki Hagrida. Harry również wysiadł, a po minucie albo dwóch Ron też odzyskał czucie w nogach i wytoczył się na zewnątrz. Harry poklepał pieszczotliwie karoserię, a auto cofnęło się do lasu i znikło im z oczu.
- To była przygoda, nie? – oznajmił Harry, patrząc na wszystkich.
- HARRY JAMESIE POTTERZE, MASZ SZLABAN DO KOŃCA ŻYCIA! – ryknęła starsza Lily I. Ron zaczął chichotać.
- TY TEŻ RONALDZIE BILIUSIE WEASLEY, MASZ SZLABAN! – dodała Lily I, patrząc na drugiego syna. Ron przestał chichotać i popatrzył na drugą mamę wielkimi oczami.
- Ale Mamo! – jęknęli oboje.
- Nie mamujcie mi tu – odparła starsza Lily – Mogliście zginąć – dodała, przytulać ich mocno do siebie. Miała łzy w oczach. Wytarli jej łzy i przytulili ją mocno i mruknęli:
- Kocham Cię, mamo.
- Ja was też bardzo – odparła Lady Potter.
Harry wrócił do chatki Hagrida po pelerynę-niewidkę. Kieł wlazł do swojego koszyka i schował się pod koc, wciąż dygocąc ze strachu. Kiedy Harry wyszedł, znalazł Rona nękanego gwałtownymi mdłościami na grządce dyni.
- Idźcie za pająkami – wybełkotał Ron, ocierając usta rękawem – Nigdy tego Hagridowi nie przebaczę. Mamy szczęście, że jeszcze żyjemy.
- Twoje auto, tato uratowało nam wtedy życie – powiedział Harry do Artur.
- Na pewno myślał, że Aragog nie zrobi krzywdy jego przyjaciołom – powiedział Harry.
- I to jest właśnie problem z tym Hagridem! – krzyknął Ron, bębniąc pięściami w ścianę chatki – Zawsze mu się wydaje, że potwory nie są tak złe, jak wyglądają! I dokąd go to zaprowadziło? Do celi w Azkabanie! – Teraz dygotał już na całym ciele – I po co nas wysłał do tego lasu? Czego się tam dowiedzieliśmy?
- Że Hagrid nigdy nie otworzył Komnaty Tajemnic – oznajmiła Daphne.
- Że Hagrid nigdy nie otworzył Komnaty Tajemnic – powiedział Harry, zarzucając pelerynę na Rona i ciągnąc go za rękę – Jest niewinny – Ron prychnął głośno. Trzymanie Aragoga w komórce najwyraźniej nie mieściło się w jego rozumieniu niewinności. Zbliżali się do zamku i Harry obciągnął pelerynę, żeby nie wystawały im spod niej stopy, a potem pchnął skrzypiące dębowe drzwi. Przeszli ostrożnie przez salę wejściową i wspięli się po marmurowych schodach, wstrzymując oddech, kiedy mijali korytarze, po których spacerowali czuwający w nocy wartownicy. W końcu znaleźli się w bezpiecznym pokoju wspólnym Gryffindoru, gdzie na kominku wciąż żarzył się ogień. Zdjęli pelerynę i krętymi schodami wspięli się do swojego dormitorium.
- Przyprowadzisz jeszcze jedno zwierzątko, to Cię zatłukę nie ważne, że jesteś moim przyjacielem Hagrid – powiedział Ron do Hagrida.
- Ron, no wiesz – mruknął Harry.
- O nie! – jęknął młody Lord Weasley, gdy przypomniał sobie kolejne lata.
Ron padł na łóżko, nawet się nie rozbierając. Harry nie był jednak śpiący. Usiadł na skraju łóżka, rozmyślając nad tym, co powiedział mu Aragog. W zamku nadal ukrywa się gdzieś potwór... potwór straszliwy jak sam Voldemort, skoro inne potwory nie chciały nawet wymówić jego imienia. Po tych wszystkich okropnych przygodach on i Ron nie zbliżyli się wcale do odkrycia, co to za potwór, gdzie mieszka i w jaki sposób petryfikuje swoje ofiary. Nawet Hagrid nigdy się nie dowiedział, kto mieszka w Komnacie Tajemnic.
- Kumpel Voldka – mruknął Lord Potter.
Harry wyciągnął się na łóżku i oparł na poduszkach, obserwując księżyc, patrzący na niego przez wąskie okno wieży. Nie miał pojęcia, co jeszcze mogą zrobić. Po raz kolejny znaleźli się w ślepym zaułku. Riddle schwytał niewłaściwą osobę, dziedzic Slytherina przyczaił się i nikt nie wiedział, czy to on, czy ktoś inny otworzył Komnatę tym razem.
- Sam otworzył – odezwała się młoda brunetka Lady Weasley.
Nie było już kogo zapytać. Harry leżał, wciąż rozmyślając nad tym, co powiedział mu Aragog. Ogarniała go już senność, kiedy nagle zaświtało mu w głowie coś, co wydało mu się ich ostatnią nadzieją. Usiadł gwałtownie na łóżku.
- Ron – syknął w ciemności – Ron! – Ron zaskomlał zupełnie jak Kieł, otworzył oczy, rozejrzał się nieprzytomnie i zobaczył Harry'ego.
- Dostałeś orgazmu czy co? – zadrwił Draco. Astoria przyłożyła mu w tył głowy.
- Ron... ta dziewczyna, która zginęła. Aragog powiedział, że znaleziono ją w łazience – szeptał gorączkowo, nie zważając na niecierpliwe posapywanie Neville'a w kącie sypialni.
- Teraz o wiele lepiej mi się śpi – wyszeptał swojej żonie do ucha Neville.
- Mam tak samo – mruknęła mu do ucha i młoda piękna blondowlosa Lady Longbottom. Odgarnął jej blond włosy i pocałował ją w jej znak na szyi, a ta wydała z siebie głośne westchnienie zadowolenia, którego nie mogła powstrzymać.
- Neville, nie tutaj! – warknęła zarumieniona młoda Lady Longbottom, która ogarnęła po chwili, co się stało, a ten zrobił minę niewiniątka.
- A jeśli ona nigdy nie opuściła łazienki? Może nadal tam jest? – Ron przetarł oczy, marszcząc czoło w świetle księżyca. I nagle do niego dotarło.
- Chyba nie myślisz, że... że to Jęcząca Marta?
- To Martusia, najlepsza kobieta-duch w Hogwarcie – powiedział Fineas – Koniec rozdziału – stwierdził Fineas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz