- Ja bym chciała przeczytać – odezwała się Augusta i zaczęła czytać.
ROZDZIAŁ SZESNASTY
Komnata Tajemnic
- Wiecie, gdzie jest Komnata Tajemnic? – spytała w szoku starsza wersja Lady Black.
- Oczywiście, że wiemy, ciociu Marlene – odpowiedzieli Ron z Harrym.
- Tyle razy byliśmy w tej łazience, a ona siedziała zaledwie trzy kabiny dalej – powiedział z żalem Ron przy śniadaniu następnego dnia – i mogliśmy ją zapytać, a teraz...
- Jesteście kretynami! – zadrwił Blaise.
I tak już było ciężko wymknąć się z zamku w pogoni za pająkami. Wymknięcie się spod opieki nauczycieli na tak długo, by wśliznąć się do łazienki, łazienki dla dziewczyn, w dodatku położonej tuż przy miejscu pierwszej napaści, wydawało im się prawie niemożliwe. Podczas pierwszej lekcji, a była to transmutacja, wydarzyło się jednak coś, co kazało im zapomnieć o Komnacie Tajemnic po raz pierwszy od wielu tygodni. Po dziesięciu minutach lekcji profesor McGonagall oznajmiła im, że egzaminy rozpoczną się pierwszego czerwca – dokładnie za tydzień.
- Egzaminy! – jęknęli uczniowie.
- Egzaminy? – jęknął Seamus Finnigan – To jednak mamy mieć egzaminy?
Susan, która siedziała na kolanach Seamusa, przytuliła się do niego.
- Wiecie co? – powiedziała niewinnym głosem Lucy – jakbym słyszała Patricka.
- Tak, tak – zgodziła się Amelia.
- Wcale... – zaczął oburzony Patrick, ale Lucy zamknęła jego usta pocałunkiem, który był bardzo namiętny.
- Lucy przestań go całować – powiedział Percy, który był wyraźnie oburzony – i zejdź z niego wreszcie – Jego córka oderwała usta od swojego męża i odpowiedziała wściekłym tonem:
- Dlaczego mam przestać całować swojego męża? I dlaczego mam zejść z niego? Nie będziesz mi mówić co mam robić!
- Jestem twoim ojcem! – oburzył się Percy.
- Na razie to nie jesteś ojcem, tylko ślepo zakochany w ministerstwie, różowej Ropuchy i Knota, który sika w portki przed zobaczeniem prawdy! – odparowała Lucy i na złość ojcu zaczęła całować się z Patrickiem. Patrick pocałował ją w znak, a ta wydała z siebie głośne westchnienie zadowolenia.
- Lucy ma rację – powiedziała Molly II i też pocałowała namiętnie Sebastiana, a on odpowiedział tym samym i po chwili też się całowali. Po chwili odrzuciła włosy z jednego skraju szyi i machnięciem różdżki rozproszyła maskowanie. Znak zalśnił. Miała runy i dwa dzięcioły w kształcie yin i yang, a Sebastian oczy brązowe i niebieskie w kształcie yin i yang. I pocałował ją w znak i też wydała z siebie westchnienie zadowolenia.
- Ty też – powiedziała Audrey.
- Oczywiście, że też – oznajmiła pani Carish – bratnie dusze – dodała i popatrzyła na męża z iskierkami miłości. Była podniecona.
- Uuuuu, twoje córeczki mają charakterki – stwierdzili Fred i George, patrząc na brata – nie słuchają tatusia sztywniaka.
Za Harrym coś okropnie huknęło. To różdżka Neville'a Longbottoma ześliznęła się z ławki, niszcząc jedną z jej nóg. Profesor McGonagall odtworzyła ją jednym machnięciem swojej różdżki i zwróciła się do Seamusa, marszcząc czoło.
- Jeśli szkoła nie została dotąd zamknięta, to tylko z troski o waszą edukację – powiedziała surowym tonem – Dlatego egzaminy odbędą się tak jak zawsze i mam nadzieję, że wszyscy pilnie się do nich przygotowujecie.
- Przygotujemy się, tylko musimy coś wcześniej załatwić – stwierdził Ron niewinnym głosem.
Pilnie się przygotowujecie! Harry'emu nigdy nie przyszło do głowy, że w tym stanie rzeczy mogą się odbyć jakieś egzaminy. Rozległo się buntownicze szemranie, co wprawiło profesor McGonagall w jeszcze gorszy humor.
- Instrukcje profesora Dumbledore'a były jasne. Mamy się starać, żeby wszystko toczyło się normalnym trybem. I muszę wam wyraźnie przypomnieć, że oznacza to, między innymi, konieczność sprawdzenia, czego się nauczyliście w tym roku – Harry spojrzał smętnie na parę białych królików, które miał zamienić w bambosze. Czego się nauczył w tym roku?
- Że mogą sobie wjechać latającym samochodem Weasley'a do Hogwartu – powiedział starszy Severus.
Może i coś umiał, ale jakoś nie potrafił sobie przypomnieć niczego, co przydałoby mu się podczas egzaminów. Ron wyglądał, jakby mu przed chwilą powiedziano, że od jutra ma zamieszkać w Zakazanym Lesie.
- Z Aragogiem – dodała Pansy z drwiną.
- Zamknij się! – warknęła Emilly.
- Potrafisz sobie mnie wyobrazić, jak zdaję egzamin z tym? – zapytał Harry'ego, podnosząc swoją różdżkę, która zaczęła głośno gwizdać.
Trzy dni przed pierwszym egzaminem profesor McGonagall zabrała ponownie głos podczas śniadania.
- Mam dobrą wiadomość – oznajmiła, a Wielka Sala, zamiast ucichnąć, wybuchła podnieconymi okrzykami.
- Dumbledore wraca! – ryknęło kilkanaście uradowanych głosów.
- Dziedzic Slytherina schwytany! – pisnęła jedna z dziewczyn siedząca przy stole Krukonów.
- Lockharta zamknęli w wariatkowie! – krzyknął młodszy Łapa.
- Filch został naukowcem i odszedł z Hogwartu! – zawołał młodszy Rogacz.
- Będzie wesele Filcha i Prince! – odezwał się Frank I.
- Severus wreszcie umył głosy! – odparł młodszy Remus. Większość parsknęła śmiechem.
- Mecze quidditcha przywrócone! – wrzasnął Wood.
- Ty tylko o jednym – mruknęła Katie.
Profesor McGonagall odczekała, aż wrzawa nieco ucichnie i powiedziała:
- Profesor Sprout poinformowała mnie, że mandragory są wreszcie gotowe do wycięcia. Dziś wieczorem ożywimy te osoby, które zostały spetryfikowane. A pragnę wam przypomnieć, że jedna z nich może nam powiedzieć, kto albo co kryje się za tymi atakami. Mam nadzieję, że ten okropny rok zakończy się schwytaniem złoczyńcy.
- Moje dzieci na szczęście wrócą! – krzyknęły szczęśliwe dwie wersje Lady Potter oraz Lady Weasley.
- Siostrzyczka i braciszek wracają – odparły siostry wojowniczki radośnie, oprócz Jessici, która powiedziała tylko Siostrzyczka. Jessica pocałowała namiętnie Colina.
- Awwwww! – zawołały dziewczyny i kobiety.
- A to za co? – spytał, kiedy oderwał się od jej ust.
- Za to, że jesteś, Colin – odparła pani Creevey i pogłaskała go po policzku.
Rozległy się głośne wiwaty i oklaski. Harry spojrzał na stół Ślizgonów i nie zdziwił się, widząc, że Draco Malfoy nie cieszy się razem z innymi. Za to Ron wyraźnie poweselał.
Ron pocałował Hermionę w znak, a ta wydała z siebie głośne westchnięcie zadowolenia i o dziwo nie skarciła jego zachowania, tylko pocałowała go w policzek. Niektórzy popatrzyli na nich z niedowierzaniem.
- Nie skarcisz go? – spytała Rose.
- Nie – odpowiedziała beztrosko Hermiona – Hugo, czuję się znakomicie – kiedy jej syn już otwierał usta.
- A więc nieważne, że nie zapytaliśmy Marty! – powiedział do Harry'ego – Hermiona na pewno odpowie na wszystkie pytania, kiedy ją obudzą! Zwariuje, jak się dowie, że za trzy dni mamy egzaminy. Nic nie powtarzała. Może lepiej byłoby ją pozostawić w tym stanie do końca egzaminów?
Za ten komentarz przywaliła mu w tył głowy.
- Nie rozumiem kobiet – stwierdził Jared – Teraz go bije, bo palnął "Może lepiej byłoby ją pozostawić w tym stanie do końca egzaminów?" A za wcześniejszą to podziękowała i w nagrodę pocałowała go w policzek.
- Kobiety trudno zrozumieć – stwierdził Fleomont.
W tym momencie pojawiła się Ginny Weasley i usiadła obok Rona. Wyglądała na bardzo poruszoną, a Harry zauważył, że wykręca sobie ręce złożone na podołku.
- Co jest? – zapytał Ron, nabierając nową porcję owsianki. Ginny nie odpowiedziała, ale popatrzyła po stole Gryfonów z tak żałosną miną, że kogoś Harry'emu przypomniała, choć nie wiedział, kogo.
Harry przytulił swoją żonę, a ta się mocno w niego wtuliła.
- Wyrzuć to z siebie – powiedział Ron, przyglądając się jej uważnie. Harry nagle uświadomił sobie, kogo mu Ginny przypomina. Ginny kołysała się lekko do tyłu i do przodu zupełnie jak Zgredek, kiedy miał ujawnić jakąś zakazaną informację.
Molly I podeszła do córki i ją mocno przytuliła.-
- Kochanie, co się dzieje? Powiedz mi. Jestem twoją mamą – odparła starsza Lily I, patrząc na nią przerażona – Proszę Ginny, nie ufasz mi? – spytała młodsza Lily I.
- Boję się, że będziesz mnie nienawidzisz – mruknęła Ginny.
- Będziesz miała przesrane ruda! – zadrwiła Milicenta.
- Zamknij się! – warknęła Fleur.
- Muszę wam coś powiedzieć – wybąkała Ginny, starając się nie patrzyć na Harry'ego.
- A co takiego? – zapytał Harry. Ginny wyglądała, jakby jej zabrakło odpowiednich słów.
- No co? – zapytał Ron. Ginny otworzyła usta, ale nie padło z nich ani jedno słowo. Harry nachylił się do niej i powiedział tak cicho, że tylko Ginny i Ron mogli go usłyszeć:
- Czy to ma coś wspólnego z Komnatą Tajemnic? Widziałaś coś? Coś, co się dziwnie zachowywało?
- No pochwal się – powiedział Michael.
- Nie jesteś godna niczego, a zwłaszcza Harry’ego! – odezwała się Cho.
- A ty jesteś? – spytał Harry.
- Tak! – odparowała – bo nie jestem taką kretynką, jak ona!
- Nie tym tonem, Chang! – wysyczał z jadem w głosie Harry – Mówisz do mojej żony! Nie pozwolę, żebyś ją obrażała!
- Co ona ma, czego ja nie mam!?
- Wszystko – powiedział krótko Harry.
Ginny wzięła głęboki oddech, lecz w tym momencie pojawił się Percy Weasley, sprawiający wrażenie, jakby miał za chwilę paść ze zmęczenia.
- Jeśli już skończyłaś, to zajmę twoje miejsce, Ginny. Umieram z głodu, dopiero co skończyłem służbę patrolową.
- Percy! – jęknęli dwie wersje Łapy.
Ginny podskoczyła, jakby jej krzesło zostało podłączone do prądu o wysokim napięciu, obrzuciła Percy'ego przerażonym wzrokiem i uciekła. Percy usiadł i przysunął sobie wielki dzbanek.
- Percy! – powiedział ze złością Ron – Właśnie miała nam powiedzieć coś ważnego! – Percy zakrztusił się herbatą.
- A co? – zapytał, kaszląc.
- Właśnie zadałem jej pytanie, czy nie widziała czegoś dziwnego, a ona zaczęła...
- Och... to... to nie ma nic wspólnego z Komnatą Tajemnic – przerwał mu szybko Percy.
- Cimcirci! – zadrwili Fred i George.
- A ty skąd wiesz, o co ją zapytaliśmy? – zdziwił się Ron, unosząc brwi.
- No... ee... jeśli już chcecie wiedzieć, to Ginny... ee... wpadła na mnie tamtego dnia, kiedy... no... zresztą nieważne... chodzi o to, że zobaczyła, że coś robię i... no wiecie... poprosiłem ją, żeby o tym nikomu nie mówiła. Myślałem, że dotrzyma słowa. To nic ważnego, naprawdę, ja tylko... – Harry jeszcze nigdy nie widział Percy'ego w takim stanie.
- Całował się z Penne – powiedział Ron.
- Całus tu, całus tam. Weatherby i blondi całują się tu i tam! – zadrwił Bill, a młodszy brat mordował go wzrokiem. Niektórzy ludzie parsknęli śmiechem.
- A co ty robiłeś, Percy? – zapytał Ron, szczerząc zęby – No powiedz, nie będziemy się z ciebie śmiali – Percy nie był jednak skłonny ani do żartów, ani do zwierzeń.
- Podaj mi te naleśniki, Harry, konam z głodu.
- Bo byłem w ministerstwie, a tam nie dają jedzenia – powiedział Charlie.
Harry wiedział, że cała tajemnica może się rozwiązać już jutro bez ich udziału, ale nie potrafiłby zrezygnować z możliwości porozmawiania z Jęczącą Martą, gdyby tylko się pojawiła – i ku jego radości taka możliwość rzeczywiście się nadarzyła przed południem, kiedy Gilderoy Lockhart prowadził ich na Historię Magii.
- To nie zamknęli go w wariatkowie? – jęknął młodszy Łapa.
Lockhart, który tak często ich zapewniał, że wszystkie zagrożenia już minęły, teraz kiedy już niedługo miało się okazać, kto ma rację, był najwyraźniej całkowicie przekonany, że prowadzenie ich na lekcje przez profesorów jest bezsensowne. Był lekko rozczochrany, bo przez większość nocy patrolował czwarte piętro.
- Zapamiętajcie moje słowa – powiedział, wyprowadzając ich zza węgła – Pierwsze słowa, które wyjdą z ust tych spetryfikowanych nieszczęśników, będą brzmiały: To byt Hagrid. Szczerze mówiąc, bardzo mnie dziwi, że profesor McGonagall wciąż się upiera przy tych wszystkich środkach ostrożności.
- Zgadzam się, panie profesorze – powiedział Harry, co spowodowało, że Ronowi wyleciały z rąk książki.
Większość popatrzyła na niego w szoku.
- Dziękuję ci, Harry – rzekł Lockhart łaskawym tonem, kiedy czekali w długim rzędzie, żeby przepuścić Puchonów – Chodzi mi o to, że my, nauczyciele, mamy zbyt dużo innych zajęć, żeby prowadzić uczniów do klas i stać na warcie przez całą noc...
- Słusznie – powiedział Ron, który połapał się już, o co chodzi – Niech nas pan profesor już dalej nie prowadzi, mamy przejść jeszcze tylko jeden korytarz.
- Co wy kombinujecie? – spytała Susan, patrząc na nich podejrzliwie.
- Wiesz, co, Weasley, to bardzo dobry pomysł – rzekł Lockhart – Powinienem pójść przygotować się do mojej następnej lekcji – I odszedł szybkim krokiem.
- Przygotować się do lekcji – prychnął za nim Ron – Raczej zakręcić sobie loki.
- Laluś z tego Lockharta! – prychnęła Susan, a Seamus już otwierał usta, więc t a go pocałowała usta.
- Mamo, możesz się uspokoić! – jęknął Patrick.
- Nie – odpowiedziała Lady Finnigan.
- Jestem za – stwierdził Lord Finnigan z głupkowatym uśmiechem na twarzy.
- Patrick nie przeszkadzaj mamusi i tatusiowi w całowaniu! – skarciła jego zachowanie młoda lady Finnigan.
- Ale Lucy… – zaczął młody Lord Finnigan, a ta zamknęła jego usta w pocałunkiem.
- Słuchaj mojej córeczki Patrick, bo dobrze mówi – oznajmiła Susan, patrząc na Lucy z uśmiechem.
Pozwolili, by reszta Gryfonów ruszyła do przodu, dali nurka w boczny korytarz i pobiegli do łazienki Jęczącej Marty. I kiedy gratulowali sobie znakomitego pomysłu...
- Potter! Weasley! Co wy tu robicie? – Była to profesor McGonagall, a jej usta były najcieńszą z cienkich linii.
- Minie! – krzyknęło większość osób w Wielkiej Sali.
- My właśnie... no... – wyjąkał Ron – my chcieliśmy... zobaczyć...
- Hermionę – wpadł mu w słowo Harry. Ron i profesor McGonagall spojrzeli na niego – Nie widzieliśmy jej od wieków, pani profesor – ciągnął Harry, następując Ronowi na stopę – i pomyśleliśmy sobie, że przemkniemy się do skrzydła szpitalnego i... i powiemy jej, że mandragory są już prawie gotowe i... ee... że nie musi się już martwić.
- Jesteście wspaniali – powiedziała wzruszona pani Weasley.
- Ja to wiem i ty to wiesz – stwierdzili wyszczerzem.
Profesor McGonagall utkwiła w nim spojrzenie i Harry pomyślał, że za chwilę wybuchnie, ale kiedy przemówiła, jej głos był dziwnie wilgotny i ochrypły.
- Oczywiście – powiedziała, a Harry ze zdumieniem zobaczył, że w jej oku zalśniła łza – Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to wszystko jest bardzo ciężkie dla przyjaciół tych, którzy zostali... Bardzo dobrze to rozumiem.
- Widziałam u was taką samą więź, jaką widziałam u Jamesa Pottera, Syriusza Blacka i Remusa Lupina – powiedziała Minne.
- Dzięki Minnie! – zawołali dwie wersje Huncwotów.
- Nam to samo powiedziałaś – oznajmił George II i wskazał na Freda II, Jamesa II i Louisa.
Tak, Potter, możecie odwiedzić pannę Granger. Poinformuję profesora Binnsa, dokąd poszliście. Powiedzcie pani Pomfrey, że macie moje pozwolenie – Harry i Ron odeszli, nie mogąc uwierzyć, że uniknęli szlabanu. Kiedy zniknęli za rogiem korytarza, usłyszeli, jak profesor McGonagall hałaśliwie wydmuchuje nos.
- Kochanie, możesz stać? – spytali Harry i Ron. Zdziwione stanęły, a Ron i Harry podeszli do Minne i ją przytulili.
- Awwwwww!
- A to za to? – spytała wzruszona.
- Jesteś dla nas wielkim autorytetem, pani profesor – oznajmili Harry i Ron.
- I w ogóle jesteś wspaniała. Przez te 5 lat szkoły byłaś dla mnie jak Hogwarcka babcia – stwierdził Harry.
- Hogwarcka babcia, to dobre określenie! - wyszczerzył się Ron. Minerwa nie mogła wydusić ani słowa. Była tak wzruszona ich wyznaniem. Miała łzy w oczach, tylko rzuciła się im się na szyję i przytuliła ich mocno, a następnie rozryczała się.
- Od pierwszej chwili kiedy się tu pojawiłeś pokochałam cię, Harry jak własnego wnuka. Ciebie też pokochałam Ron w ogóle całe twoje rodzeństwo to potężni czarodzieje, a szczególności Ginewra. Niezwykły talent do Quidditcha.
- Jeśli chodzi o przyszłość Ginny Potter – powiedziała Lily II – to została profesjonalnym graczem Quidditcha i grała na pozycji Ścigającej – Wszystkim opadły szczęki.
- Zostałam graczem Quidditcha? – spytała w szoku Ginny.
- Nie byle jakim graczem, zostałaś gwiazdą, mamo – odpowiedział James II – Harpie z Holyhead.
- Dzięki tobie zostali mistrzami ligi – oznajmił Albus II.
GINEWRA MOLLY POTTER ZOSTAŁA NOWYM ZAWODNIKIEM! HARPIE Z HOLYHEAD! BĘDZIE GRAŁA NA POZYCJI ŚCIGAJĄCEJ!
i było zdjęcie Ginny w trochę starszej wersji.
- Jaka ty jesteś seksowną kobietą, Ginny – oznajmił Harry, a Ginny pocałowała go namiętne w usta.
- Następne – oznajmiła Olivia.
- DZIĘKI WSPANIAŁEJ GRZE PANI POTTER HARPIE HOLYHEAD PO WIELU LATACH ZOSTALI MISTRZAMI LIGI! TA RUDOWŁOSA PIĘKNOŚĆ TO ŻONA ZNANEGO CZARODZIEJA, HARRY’EGO POTTERA. ZASŁYNĄŁ Z POKONANIA W 1998 ROKU LORDA VOLDEMORTA!
Było zdjęcie Ginny z pucharem. Wszyscy popatrzyli na Lady Potter.
- Albo
DZIĘKI WSPANIAŁEJ GRZE GINNY POTTER HARPIE HOLYHEAD OBROBILI TYTUŁ!
I było zdjęcie Ginny też pucharem.
- Jej, moja córeczka została gwiazdą Quidditcha! – krzyknęli dwie wersje Rogacza oraz dwie wersje Lily I.
- Nasza mała córeczka została gwiazdą Quidditcha! Kochanie, jesteśmy dumni – powiedzieli Artur i Molly I.
- Kochanie moje, jestem z Ciebie taki dumny! – krzyknął Harry i przytulił żonę do siebie.
- Ja też jestem dumny/dumna z mojej siostrzyczki! – zawołali bracia Ginny oraz Siostry Wojowniczki i Zakon Braterstwa.
- Kiedy dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży ze mną – odparł James II – przestałaś grać i zostałaś korespondentką Quidditcha dla Proroka Codziennego.
WIELKA GWIAZDA ŚCIGAJĄCA GINERWA POTTER Z HARPIE HOLYHEAD KOŃCZY KARIERĘ! TO WIELKIE OSŁABIENIE DLA CAŁEJ DRUŻYNY!
- Ginny Potter mówi – przeczytała Olivia – „Zakończyłam karierę, bo chcę się skupić na mojej rodzinie i to jest odpowiedni moment, ponieważ spodziewam się dziecka”. PO URODZENIU DZIECKA I PO URLOPIE MACIERZYŃSKIM PANI POTTER ZOSTAŁA NOWĄ KORESPONDENTKĄ QUIDDITCHA. DLA PROKOKA CODZIENNEGO PANI POTTER BYŁA GWIAZDĄ DRUŻYNY HARPIE HOLYHEAD!
i było zdjęcie Ginny.
- Jejku kochanie, ale z Ciebie jest laska – powiedział Harry.
- Nawet nie wiesz, jaka jestem z Ciebie dumna/dumny, kochanie – powiedzieli rodzice Ginny.
GINNY MOLLY POTTER LAT 38 ZOSTAŁA SZEFOWĄ DZIAŁU KORESPONDENTKI QUIDDITCHA PROKOKU CODZIENNEGO! GRATUJEMY!
i było zdjęcie Ginny. Harry bez uprzedzenia wbił się w usta Ginny i całował ją namiętnie, a ta odpowiedziała tym samym.
- Ty jesteś moją boginią. Pozwól mi cię wielbić – powiedział jej do ucha i odgarnął jej włosy i pocałował ją w znak, a ta wydała z siebie głośne westchnienie zadowolenia.
- Pozwolę – mruknęła Ginny podniecona.
- To najlepszy kit, jaki kiedykolwiek wstawiłeś, Harry – powiedział zachwycony Ron. Teraz nie mieli już wyboru i poszli prosto do skrzydła szpitalnego, żeby powiedzieć pani Pomfrey, że mają pozwolenie profesor McGonagall na odwiedzenie Hermiony. Pani Pomfrey wpuściła ich, choć zrobiła to niechętnie.
- Przemawianie do osoby spetryfikowanej nie ma najmniejszego sensu – oświadczyła, a oni musieli przyznać jej rację, kiedy usiedli przy Hermionę. Było oczywiste, iż Hermiona nie ma zielonego pojęcia, że ma gości.
Hermiona przytuliła się desperacko mocno do Rona.
- Jestem przy tobie – mruczał jej do ucha.
- Nie opuścisz mnie? – spytała z nadzieją.
- Nigdy – powiedział Ron.
Z równym powodzeniem mogliby tłumaczyć stojącej przy jej łóżku szafce nocnej, żeby się nie martwiła.
- Ciekawe, czy zobaczyła napastnika, prawda? – powiedział Ron, spoglądając ponuro na nieruchomą twarz Hermiony – Bo jeśli zakradł się i napadł na każdego z nich znienacka, to nigdy się nie dowiemy... – Ale Harry nie patrzył na twarz Hermiony. Bardziej go interesowała jej prawa ręka. Zaciśnięta dłoń spoczywała na okrywającym ją prześcieradle, a kiedy pochylił się niżej, zobaczył, że z tej dłoni wystaje kawałek papieru.
- A co to? – spytała młodsza wersja Lady Potter.
- Wskazówka, co petryfikuje uczniów, mamusiu – oznajmiła Lady Weasley.
Upewniwszy się, że pani Pomfrey nie ma w pobliżu, wskazał to Ronowi.
- Spróbuj to wyciągnąć – szepnął Ron, przesuwając krzesło, żeby go zasłonić. Nie było to łatwe. Dłoń Hermiony zaciśnięta była tak mocno, że Harry bał się podrzeć kartkę. Ron pilnował, czy pani Pomfrey nie idzie, a on męczył się w pocie czoła, aż w końcu, po kilku minutach okropnego napięcia, udało mu się kartkę wyciągnąć. Była to stronica wydarta z bardzo starej książki.
Pani Prince mordowała Hermionę wzrokiem.
- No co? To było ważne.
Harry wygładził ją gorączkowo, a Ron pochylił się, by odczytać ją razem z nim.
Wśród wielu wzbudzających lęk bestii i potworów, które lęgną się w naszym kraju, nie ma dziwniejszego i bardziej złowrogiego stworzenia od bazyliszka, nazywanego również "Królem Węży". Wąż ów, który może osiągać olbrzymie rozmiary i żyć wiele setek lat, rodzi się z kurzego jajka podłożonego ropusze.
- Dolores Umbridge jest matką bazyliszka! – krzyknęli w szoku Fred I, George i Lee.
- Bazyliszku, gdzie jest twoja mamusia? – spytał Nick.
- Moja mamusia jest w ministerstwie – odpowiedział Teddy nieco syczącym głosem.
- A jak wygląda?
- Wygląda jak ropucha.
- A jak się nazywa?
- Dolores Umbridge.
- A jak jest ubrana?
- Różowe ubranko, a na głowie ma tego samego koloru kokardkę – oznajmił Teddy. Większość wybuchła śmiechem.
- Jak śmiecie, bachory! – warknęła Umbridge wściekła.
- Nie tym tonem do moich dzieci! – warknęły Fleur, Alicja i Nimfadora.
- Wy małe dziewuchy! – zawołała wściekła Dolores.
- Pertyfikus Totalus! - ryknęły córki Lady Weasley, Lady Lupin i pani Jordan, a Umbridge upadła.
- Uspokójcie się! – krzyknął Drops.
- Ona nie ma prawa mówić tak do mojej mamusi! – odparowały córki Fleur, Nimfadory i Alicji.
Zadziwiające są jego sposoby uśmiercania ofiar, bo prócz jadowitych kłów, bazyliszek dysponuje śmiertelnym spojrzeniem, a ten, w kim utkwi swoje złowrogie ślepia, pada natychmiast trupem. Bazyliszek jest śmiertelnym wrogiem pająków, które uciekają przed nim w popłochu, a on sam lęka się jedynie piania koguta, które jest dla niego zgubne.
- Kukuryku! – krzyknął Fred II – i po bazyliszku.
- Przykro mi Dolores, ale twoja córka zostanie zabita – stwierdził George II.
- Jest groźna dla otoczenia – powiedział Louis.
Pod tym tekstem dopisano jedno słowo, a Harry natychmiast rozpoznał charakter pisma Hermiony. Rury. Poczuł się tak, jakby ktoś nagle zapalił światło w jego mózgu.
- Ron – szepnął – to jest to. To jest odpowiedź. Potwór z Komnaty Tajemnic to bazyliszek... olbrzymi wąż! Dlatego wciąż słyszałem ten głos, a nikt inny go nie słyszał. Ja przecież znam mowę węży...
- Mam złe przeczucia, co do tej dwójki – odezwała się starsza Marlene, wskazując na Harry’ego i Rona.
Spojrzał na sąsiednie łóżka.
- Bazyliszek zabija ludzi swoim spojrzeniem. Ale nikt nie umarł... bo nikt nie spojrzał mu prosto w oczy. Colin zobaczył go w wizjerze swojego aparatu. Bazyliszek spalił film w kamerze, ale Colin został tylko spetryfikowany. Justyn... Justyn musiał zobaczyć bazyliszka przez Prawie Bezgłowego Nicka! Nick przyjął najgorsze uderzenie morderczego spojrzenia, ale przecież nie mógł umrzeć po raz drugi... A przy Hermionie i tej Krukonce znaleziono lusterko. Hermiona dopiero co odkryła, że ten potwór to bazyliszek.
- To są jakieś Bzury! – warknęła Umbridge – ta dziewucha – wskazała na Hermionę – powinna zostać ukarana za nielegalne robienie elik... – I nim się zorientowała, dostała z liścia od kogoś, kogo najmniej się spodziewała. Była to Molly Weasley, która patrzyła na nią w furią. Umbridge trzymała się za policzek.
- Jeszcze raz obrazisz moją córkę, a nie będę dla Ciebie taka miłosierna. W ogóle jak śmiałaś obrazić członkinie mojego rodu!
- Molly, uspokój się – odezwał się dyrektor.
- Nie z tobą gadam dyrektorze. To jest rozmowa między mną, a tą Ropuchą! – warknęła Molly I w stronę dyrektora, a później popatrzyła na Dolores z mordem w oczach – Słucham wyjaśnień od ciebie. Czekam! Nie? To ja ci wyjaśnię i posłuchaj mnie raz na zawsze: Jeśli kiedykolwiek obrazisz albo skrzywdzisz jakiegoś członka mojego rodu, to zrobię coś gorszego niż tylko przywalenie Ci z liścia, a właściwie to – i przywaliła ją wysokim obcasem w brzuch. Jęknęła z bólu i upadła na podłogę. Wszystkim opadły szczęki. Chwyciła jej ubrania i wyszeptała jej do ucha – To jest za to, co zrobiłaś mojemu synkowi Harry’emu, który jest członkiem mojego rodu – i ją puściła – Moja córka, Hermiona powiedziała mi, że jestem lwicą. Tak, jestem lwicą i jestem z tego dumna i będę chroniła swoje młode, swoje córki i swoich synów przed tą żmiją i tak właśnie zrobiłam, bo kocham moich synków i moje córeczki. Wszystkie, bez wyjątku – wszystkie córki przybiegły do niej i mocno się do niej przytuliły.
- Mamusiu, to było cudowne! – krzyczały.
- Ale kop! – zawołała druga. A ta uśmiechnęła się szeroko i pocałowała każdą z osobna w czoło, a te desperacko się do niej wtuliły. Ich matka objęła ich jakby miała ich chronić przed złem. Następnie zrobiła to z samo Ginny, Fleur, Angelina, Nicole, Jessicą i Luną, a one zrobiły to samo co Hermiona.
- Kocham Cię, mamusiu – wyszeptały córki pani Weasley.
- Jesteście członkiniami mojego rodu i nikt, ani nic tego nie zmieni.
- Mamuś ja nie mam zamiaru rezygnować z tego członkostwa – odezwała się Fleur.
- No ja też nie, mamusiu – zgodziły się reszta córek Molly I z blondwłosą Lady Weasley.
- No ja myślę! – zachichotała najstarsza Lady Weasley.
- Mamo ja nie wiem, co powiedzieć – stwierdzili w szoku jej synowie, a ta zrobiła to samo, co z córkami. Następnie najstarsza Lady Weasley zachichotała i oznajmiła:
- Opadła wam trochę szczęka, prawda? Bo nikt nie ma prawa obrażać moich dzieci. Harry jesteś członkiem mojego rodu i nikt, ani nic tego nie zmieni.
- Mamusiu – mruknął Harry i przytulił się do Molly I – Kocham cię. Nie mam zamiaru anulować członkostwa w tym rodzie. Rodzice Ginny są moimi rodzicami – Matrona rodu Weasley miała łzy w oczach i przytuliła go do siebie.
- Kocham cię, Harry. Tak bardzo cię kocham.
- Ooo, ja chce jeszcze raz, żeby babcia przywaliła Ropusze! – krzyknęli wszystkie wnuki Matrony Weasley.
- Jak mnie zdenerwuje, to jej przywalę – odparła pani Weasley.
Założę się, o co chcesz, że ostrzegła pierwszą osobę, którą spotkała, żeby zanim minie róg korytarza, obejrzała dalszą drogę w lusterku! No i ta dziewczyna wyjęła lusterko... i...
- Teraz to ja się nie dziwię, że dostał szefem aurorów, a później Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów – powiedziała Minne.
Ronowi opadła szczęka.
- A Pani Norris? – wyszeptał podniecony. Harry zastanowił się, wyobrażając sobie scenę, jaka się rozegrała w Noc Duchów.
- Woda – powiedział młody Lord Potter – było wtedy pełno wody – a jego żona Lady Ginny Potter desperacko się do niego wtuliła i pocałowała go w policzek.
- Woda... – powiedział powoli – Woda z łazienki Jęczącej Marty. Założę się, że Pani Norris zobaczyła tylko odbicie w kałuży... – Znowu wpatrzył się w kartkę, przebiegając ją gorączkowo wzrokiem. Im dłużej się przyglądał, tym bardziej nabierał przekonania, że tak właśnie było – Pianie koguta... jest dla niego zgubne! – przeczytał na głos – Padły wszystkie koguty Hagrida! Dziedzic Slytherina nie chciał, żeby któryś z nich znalazł się w pobliżu zamku, kiedy już Komnata Tajemnic zostanie otwarta! Pająki... uciekają przed nim w popłochu! Wszystko pasuje!
- Ale jak ten bazyliszek łazi po zamku? – zapytał Ron – Olbrzymi gad... Przecież ktoś by go zobaczył...
- Rury – odezwał się młody Lord Weasley – Hermiona dopisała na tej kartce słowo „rury” – a ta pocałowała go w policzek i pogłaskała.
Harry wskazał na słowo dopisane ręką Hermiony u dołu strony.
- Rury... Rury... Ron, ten gad wykorzystuje kanalizację. Ten głos dochodził jakby ze ściany... – Ron nagle złapał Harry'ego za ramię.
- Wejście do Komnaty Tajemnic! – powiedział ochrypłym szeptem – A jeśli to łazienka? Jeśli to...
- ...łazienka Jęczącej Marty – dokończył za niego Harry.
Ron i Harry wymienili spojrzenia.
Siedzieli, dysząc z podniecenia, ledwo mogąc uwierzyć w to wszystko.
- A to znaczy – powiedział Harry – że ja nie jestem jedyną osobą w szkole znającą mowę wężów. Dziedzic Slytherina też ją zna. W ten sposób panuje nad bazyliszkiem.
- Co teraz zrobimy? – zapytał Ron, a oczy mu płonęły – Pójdziemy prosto do McGonagall?
- Idziemy do pokoju nauczycielskiego – rzekł Harry, zrywając się na nogi – Będzie tam za dziesięć minut, zbliża się przerwa.
- Ginny to nie jest twoja wina – wyszeptał jej do ucha.
Zbiegli po schodach. Nie chcąc, by ktoś ich nakrył, jak szwendają się po korytarzu, weszli od razu do pokoju nauczycielskiego. Był to duży, wyłożony boazerią pokój pełen drewnianych krzeseł z poręczami. Harry i Ron obeszli go wokoło, zbyt podekscytowani, żeby usiąść. Nie doczekali się jednak dzwonka na przerwę. Zamiast niego usłyszeli głos profesor McGonagall, magicznie zwielokrotniony, odbijający się echem po korytarzach:
- Wszyscy uczniowie mają natychmiast wrócić do swoich dormitoriów. Natychmiast – Harry okręcił się w miejscu, żeby spojrzeć na Rona.
- Chyba to nie kolejny atak? Nie teraz...
- To coś gorszego – wyszeptała Molly I płaczliwie.
- Co?! – krzyknęli drudzy rodzice Ginny oraz państwo Black i państwo Longbottom.
- Co robimy? Wracamy do dormitorium?
- Nie – odpowiedział Harry, rozglądając się gorączkowo. Po lewej stronie zobaczył wnękę pełną płaszczy nauczycieli – Włazimy tutaj. Podsłuchamy, o co chodzi. Potem możemy im powiedzieć, co odkryliśmy.
Ginny wtuliła się w Harry’ego, a gang Fretki oraz Mariette uśmiechnęli się szyderczo.
Ukryli się w między płaszczami, nasłuchując tupotu setek nóg nad głowami i trzaskania drzwi od pokoju nauczycielskiego. Przez szpary między zatęchłymi płaszczami obserwowali nauczycieli wchodzących do pokoju. Niektórzy wyglądali na zaskoczonych, inni na przerażonych. Na końcu pojawiła się profesor McGonagall. W pokoju zaległa cisza.
- Stało się – oznajmiła – Potwór porwał uczennicę. Zawlókł ją do samej Komnaty.
- SŁUCHAM!? – ryknęli ci, którzy nie wiedzieli. Molly ryknęła płaczem tak samo jak Weasley'e.
- Tylko mi nie mówcie, że… – zaczęły dwie wersje Lily przerażonym głosem i wzrokiem, patrząc na Ginny, która desperacko wtuliła się z Harry’ego, a on próbował ją uspokajać.
- Harry – powiedział młodsza wersja Łapy. Ten pokiwał głową, patrząc na nich smutno, próbując dalej ją uspakajać.
- Nie!! Moja córeczka! – krzyknęły blade i przerażone Lady Potter.
- Moja mamusia! – zawołały dzieci młodszej Lady Potter.
- Moja wnuczka! – ryknęli państwo Potter i państwo Evans.
Profesor Flitwick pisnął. Profesor Sprout zakryła usta dłońmi. Snape zacisnął ręce na oparciu krzesła i zapytał:
- Skąd pewność, że tak się stało?
- Dziedzic Slytherina – odpowiedziała profesor McGonagall blada jak ściana – pozostawił wiadomość. Dokładnie pod pierwszą. Jej szkielet będzie spoczywać w Komnacie na wieki.
- KURWA MAĆ! – ryknęli dwie wersje Jamesa I.
Profesor Flitwick wybuchnął płaczem.
- Kto to jest? – zapytała pani Hooch, opadając na krzesło – Czyja uczennica?
- Ginny Weasley – odpowiedziała profesor McGonagall.
Jessica i Nicole pisnęły przerażone, tak samo jak Siostry Wojowniczki, Zakon Braterstwa oraz rodzina Potter, Weasley, Longbottom, Black, Lupin i Delacour.
- Ten chuj nie miał prawa skrzywdzić mojej młodszej siostrzyczki! – warknęła Fleur i zaczęła się świecić.
- Ja powiem więcej. Ten skurwysyn nie miał prawa krzywdzić mojej starszej siostrzyczki! – dodała Gabriella i również zaczęła się świecić.
- A ja powiem jeszcze dobitniej. Ten skurwiel nie miał prawa krzywdzić mnie, Colina, Ginny i innych! – krzyknęła Hermiona wściekła i też się świeciła.
- Sukinsyn! – warknęły Hanna i Susan. Większość ludzi zrobiła wielkie oczy, że osoby, których najmniej się spodziewali, używają i znają takie przekleństwa.
- Co, myśleliście, że jestem grzeczną dziewczynką i nie potrafię używać takich słów? – spytały drwiną – To źle myśleliście!
Harry poczuł, że Ron osuwa się cicho na podłogę.
- Będziemy musieli jutro wysłać wszystkich uczniów do domu – oświadczyła profesor McGonagall – To koniec Hogwartu. Dumbledore zawsze mówił... – Drzwi do pokoju nauczycielskiego otworzyły się z hukiem. Przez chwilę Harry był pewien, że to Dumbledore. Ale nie, wszedł Lockhart, jak zwykle bardzo z siebie zadowolony.
- Zaraz mu przyjebie – wysyczały wściekle Hermiona, Jessica, Nicole, Fleur, Angelina, Daphne, Astoria, Tracy, Nimfadora, Flora i Hestia.
- Tak mi przykro... Co mnie ominęło? – Zdawał się nie dostrzegać, że reszta nauczycieli patrzy na niego z wyraźną niechęcią. Snape zrobił kilka kroków w jego stronę.
- Oto nasz człowiek – powiedział – Właściwy człowiek. Potwór porwał dziewczynkę. Zawlókł ją do samej Komnaty Tajemnic. Nadeszła chwila, abyś zaczął działać, Lockhart – Lockhart zbladł.
- Coś ty taki blady! – warknął młodszy Łapa – Zaraz mu przywalę!
- Tak, Gilderoy – zaszczebiotała profesor Sprout – Czy to nie ty mówiłeś wczoraj wieczorem, że doskonale wiesz, gdzie jest wejście do Komnaty Tajemnic?
- Ja... tego... ja... – wybąkał Lockhart.
- Tak, czy nie mówiłeś mi, że dobrze wiesz, co jest w tej Komnacie? – pisnął profesor Flitwick.
- J-ja? Naprawdę... nie pamiętam...
- To twoja wina Dumbledore! – zawołały matki Ginny – Ty przyjąłeś tego imbecyla Obrony Przed Czarną Magią, jaki on nie jest, a moja córka została porwana!
- Ale ja bardzo dobrze pamiętam, jak mówiłeś, że żałujesz, że nie rozwaliłeś tego potwora, zanim aresztowano Hagrida – powiedział Snape – Nie mówiłeś, że wszystko spartaczono i że od samego początku powinni ci dać wolną rękę w rozprawieniu się z potworem? – Lockhart wytrzeszczył oczy na kamienne twarze swoich kolegów.
- Ja... ja naprawdę nigdy... Musiałem zostać źle zrozumiany...
- A więc teraz masz wolną rękę, Gilderoy – oświadczyła profesor McGonagall – Dziś wieczorem nadarza się świetna okazja, aby to uczynić. Zadbamy, aby nikt nie wchodził ci w drogę. Będziesz mógł robić z potworem, co ci się spodoba. Masz pełną swobodę działania – Lockhart rozejrzał się rozpaczliwie, ale nikt nie kwapił się, by mu pomóc. Nie był już owym przystojnym, pewnym siebie mężczyzną z wiecznym szerokim uśmiechem na twarzy. Wargi mu drżały, szczęka opadła, ramiona obwisły.
- Ginny, już dobrze kochanie moje – szeptał jej do ucha. Córki Ginny mocno to przeżywały, więc podeszły do niej przytuliły się do niej.
- Potrzebuje cię, Harry – odezwała się Ginny płaczliwe, kiedy oderwała się od córek.
- Jestem przy tobie – powiedział Harry.
- Przeleć mnie – szeptała mu do ucha – Masz mnie bzyknąć.
- Eee co! – jąkał się Harry.
- Rozumiesz? Masz mnie bzykać. Masz mnie przelecieć, chcę cię poczuć, Lordzie, chcę zapomnieć o tym koszmarze, chcę czuć tylko ciebie, chcę się kochać, potrzebuje tego, jak tlenu.
- Oczywiście, kochanie – i pocałował ją w usta.
- N-n-no dobrze – wyjąkał – B-b-będę w swoim gabinecie, muszę się przygotować... – I wyszedł.
- Świetnie – powiedziała profesor McGonagall, której nozdrza drgały groźnie – Przynajmniej zszedł nam z oczu. I sprzed naszych butów. Opiekunowie domów pójdą poinformować uczniów, co się stało. Powiedzcie im, że jutro rano wsiądą do ekspresu Hogwart-Londyn. Reszta niech zadba o to, żeby żaden uczeń czy uczennica nie wystawili nosa spoza swojego dormitorium.
Ron i Harry ponownie wymienili spojrzenia.
Nauczyciele powstali i jeden po drugim opuścili pokój.
Był to chyba najgorszy dzień w życiu Harry'ego. On, Ron, Fred i George siedzieli razem w kącie pokoju wspólnego Gryffindoru, niezdolni do rozmowy. Percy'ego z nimi nie było. Poszedł wysłać sowę do państwa Weasley'ów, a potem zamknął się w swoim dormitorium.
Molly płakała tak samo jak reszta kobiet.
Żadne popołudnie nie ciągnęło się tak długo jak to i jeszcze nigdy wieża Gryffindoru nie była tak zatłoczona, a jednak cicha. Fred i George poszli spać o zachodzie słońca, nie mogąc dłużej tak siedzieć.
- Ona się czegoś dowiedziała – powiedział Ron, odzywając się po raz pierwszy od czasu, gdy ukryli się między płaszczami w pokoju nauczycielskim – Dlatego ją porwano. I nie były to żadne głupoty o Percym. Wykryła coś, co wiąże się z Komnatą Tajemnic. To dlatego została... – potarł szybko oczy – Przecież ona jest czystej krwi. Nie było innego powodu.
- Była przynętą – powiedział Harry.
- Przynętą? – spytała przerażona Nicole.
- HARRY JAMESIE POTTERZE GADAJ MI TU NATYCHMIAST! – ryknęła młodsza wersja Lily I, bo starsza ryknęła płaczem, bo pomyślała, co miał na myśli jej syn.
Harry patrzył przez okno na krwawoczerwone słońce, zachodzące za linię horyzontu. Jeszcze nigdy nie czuł się tak okropnie. Gdyby tylko było coś, co można by zrobić. Nic.
- Harry – powiedział Ron – czy myślisz, że w ogóle są jakieś szanse, że ona nie... no wiesz... – Harry nie wiedział, co powiedzieć. Trudno mu było założyć, że Ginny nadal żyje – Wiesz, co? – powiedział Ron – Myślę, że powinniśmy porozmawiać z Lockhartem. Powiemy mu, co wiemy. Zamierza spróbować dostać się do tej Komnaty. Możemy mu powiedzieć o bazyliszku i o tym, gdzie, według nas, trzeba jej szukać.
Ginny rzuciła się na Rona i go najmocniej jak można była przytuliła.
- Ginny – wykrztusił ledwo Ron – możesz mnie trochę puścić? Nie mogę oddychać – Ginny rozluźniła uchwyt i Ron mógł swobodnie oddychać.
- Braciszku nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo Cię kocham! – Ginny popatrzyła na brata ze łzami w oczach.
- Ginny nie płacz, bo rozmazujesz sobie makijaż i będziesz wyglądać, jak straszydło – odezwał się Ron, który próbował rozładować napięcie, wycierając łzy siostrze.
- I tak wyglądam lepiej niż ty – rzekła Ginny i wtuliła się w niego.
- Kocham Cię, Ginny i zawsze będę Cię chronił, bo jesteś moją młodszą siostrzyczką.
Harry nie był w stanie wymyślić nic innego, a sam bardzo chciał coś zrobić, więc się zgodził. Reszta Gryfonów wokół nich była w tak żałosnym stanie i tak współczuła Weasley'om, że nikt nie próbował ich zatrzymać, kiedy wstali, przeszli przez pokój i opuścili go przez dziurę w portrecie. Kiedy szli do gabinetu Lockharta, zapadała już ciemność. Zatrzymali się pod drzwiami, zza których dochodziły dziwne odgłosy: jakieś szurania, dudnienia, trzaski i pospieszne kroki. Harry zapukał i nagle wszystko ucichło. Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyli jedno oko Lockharta łypiące na nich przez bardzo wąską szparę.
- Och... pan Potter... pan Weasley... – wybąkał, uchylając drzwi nieco szerzej. - Jestem akurat trochę zajęty. Gdybyście mogli się streszczać...
- Co ty kombinujesz? – spytała Olivia.
- Panie profesorze, mamy dla pana pewne informacje – powiedział Harry – Sądzimy, że mogą panu pomóc.
- Ee... no... to nie jest aż tak... – Przynajmniej na tej stronie twarzy Lockharta, którą widzieli przez szparę, było widać ogromne zmieszanie – To znaczy... no... dobrze – Otworzył drzwi i weszli do środka. Jego gabinet został prawie całkowicie ogołocony. Na podłodze stały dwa wielkie kufry. Do jednego wrzucono w nieładzie ciemnozielone, jasnoróżowe, śliwkowe i granatowe szaty, w drugim znajdowały się byle jak ułożone książki. Fotografie, które zwykle wisiały na ścianach, teraz leżały w pudełkach na biurku.
- Spakował się skurwysyn! – krzyknął starszy Łapa.
- Wybiera się pan gdzieś? – zapytał Harry.
- Eee... no... tak – odpowiedział Lockhart, zdzierając z drzwi plakat ze swoim zdjęciem naturalnej wielkości i zwijając go w rulon – Pilne wezwanie... nie mogę odmówić... muszę jechać...
- A CO Z MOJĄ MAMUSIĄ/SIOSTRZYCZKĄ/CÓRECZKĄ! - ryknęły dzieci rodzice Ginny, Siostry Wojowniczki, bracia i Zakon Braterstwa.
- A CO Z GINNY! – dodali przyjaciele rodziców.
- A co z moją siostrą? – zapytał ostro Ron.
- No... jeśli chodzi o to... niesłychanie mi przykro... – odpowiedział Lockhart, unikając ich spojrzeń i wysuwając szufladę, której zawartość zaczął przekładać do torby – Chyba nikomu nie jest tak żal, jak mnie...
Najstarsza Lady Weasley wtuliła się Lorda Weasley'a.
- Jest pan nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią! – zawołał Harry – Nie może pan teraz odejść! Tutaj się dzieją straszne rzeczy!
- To np. Potterowie, Weasley'owie, Malfoy'owie, Longbottomowie, Creevey'owie, Delacourowie i inni mają się za bachory? – odezwała Mariette. Luna zeszła z kolan Rolfa i podeszła do Marietty. Niektórzy przełknęli ślinę, kiedy zobaczyli Lunę w pełniej okazałości. Jej figura była idealna, jej włosy i makijaż były idealne, a jej chód na szpilkach był pełen gracji. Zachowywała się jak prawdziwa dama i Lady. Podeszła do Marietty i uśmiechnęła się do niej, po czym całej siły jej przywaliła w twarz.
- Moje dzieci ani dzieci moich przyjaciół nie są żadnymi, bachorami! - warknęła Luna.
- Luna! - krzyknęła wicedyrektor.
- Luna umów się ze mną? – zapytał się jakiś chłopak.
- Nie – odparła krótko Lady Scamander.
- Dlaczego! – jęknął ten sam chłopak.
- Bo ja już mam chłopaka – powiedziała pani Scamander i odwróciła się z gracją i podeszła do Rolfa, po czym usiadła mu na kolanach.
- No cóż, muszę powiedzieć... kiedy przyjmowałem to stanowisko... – mruknął Lockhart, układając stertę skarpetek na swoich barwnych szatach – zakres obowiązków nie wskazywał... nie mogłem się spodziewać, że...
- Czy to znaczy, że pan po prostu daje nogę? – zapytał z niedowierzaniem Harry – Po tym wszystkim, co pan opisywał w swoich książkach?
- KŁAMCA! – ryknęła Rose.
- Książki można źle zrozumieć – powiedział łagodnie Lockhart.
- Przecież to pan je napisał! – krzyknął Harry.
- Mój drogi chłopcze – rzekł Lockhart, prostując się i marszcząc czoło – Skorzystaj ze swojego zdrowego rozsądku. Moje książki nie sprzedawałyby się tak dobrze, gdyby ludzie nie sądzili, że to właśnie ja dokonałem tego wszystkiego. Nikt nie zechce czytać o jakimś szpetnym armeńskim czarowniku, nawet jeśli uwolni wioskę od wilkołaków. Wyglądałby okropnie na okładce.
- Gdzie on jest?! – warknął starszy James I – Gdzie!?
- Dowiesz się – powiedział Harry.
Bez smaku, stylu, źle ubrany i w ogóle. A czarownica, która przepędziła zjawę z Bandon, miała zajęczą wargę. Chodzi mi o to, że...
- To znaczy, że pan przypisuje sobie czyny, których dokonali inni? – zapytał Harry z niedowierzaniem.
- Harry, Harry – powiedział Lockhart, kręcąc niecierpliwie głową – to nie jest takie proste, jak ci się wydaje. Włożyłem w to mnóstwo pracy. Musiałem tych ludzi odnaleźć. Zapytać ich, jak im się udało tego dokonać. Rzucić na nich Zaklęcie Zapomnienia, żeby nie pamiętali, że coś takiego zrobili. Z czego jak z czego, ale z moich zaklęć pamięci jestem naprawdę dumny. Ciężko na to wszystko zapracowałem, Harry.
- Co za oszust, a moja mamusia była w niebezpieczeństwie! – krzyknęły córki Ginny.
- Zajebie go – wysyczały młodsza i starsza Lily I wciekłe.
- Wiewiórka sama jest sobie winna! – zadrwiła Pansy.
- Chcesz coś jeszcze powiedzieć! – warknęła Molly I – Wara od mojej córki!
Tu nie chodzi o jakieś tam rozdawanie autografów czy robienie sobie zdjęć. Jeśli chcesz być sławny, musisz być przygotowany na długą, ciężką orkę – Zatrzasnął wieka kufrów i zamknął je na klucz – Rozejrzyjmy się – powiedział – Chyba już wszystko. Tak. Pozostało tylko jedno – Wyciągnął różdżkę i odwrócił się do nich – Okropnie mi przykro, chłopcy, ale muszę na was rzucić moje Zaklęcie Zapomnienia. Nie mogę pozwolić, żebyście łazili po zamku i zdradzali wszystkim moje sekrety. Nie sprzedałbym kolejnej książki...
- Wara od mojego tatusia – krzyknęły dzieci Harry’ego i Rona – albo poczujesz, co to ból!
Harry zdążył wyciągnąć swoją różdżkę. Lockhart już podnosił swoją, kiedy Harry ryknął:
- Expelliarmus! – Lockharta odrzuciło do tyłu; upadł, przewracając się o swoje kufry. Jego różdżka wyleciała w powietrze; Ron złapał ją i wyrzucił przez otwarte okno.
- TAK! ŚWIETNIE, CHŁOPAKI! – ryknęli Huncwoci 2.0 oraz Regulus, Frank Artur i Zakon Braterstwa, a także Siostry Wojowniczki.
- Świetnie synkowie – odezwały się Lady Potter i Lady Weasley.
- Doskonale, tatusiowie – powiedziały ich córki.
- Skopcie mu dupę! – krzyknęli chłopaki z przyszłości.
- Nie trzeba było pozwolić, żeby Snape nauczył nas tego zaklęcia – powiedział Harry ze złością, odsuwając kopniakiem kufer. Lockhart patrzył na niego z podłogi, znowu żałosny i jakby sflaczały. Harry wciąż celował w niego różdżką.
- Czego ode mnie chcecie? – jęknął Lockhart – Nie wiem, gdzie jest ta Komnata. Nic wam nie pomogę.
- Ma pan szczęście – rzekł Harry, zmuszając go końcem różdżki do powstania – Tak się składa, że my wiemy, gdzie ona jest. I co jest w środku. Idziemy.
- Idziecie po jakiegoś nauczyciela, prawda? – spytała powoli młodsza Dorcas.
Wyprowadzili Lockharta z gabinetu i zeszli po najbliższych schodach, a potem, idąc ciemnym korytarzem z magicznymi napisami, doszli do drzwi łazienki Jęczącej Marty.
- Gdzie są nauczyciele! – krzyknęły matki.
- Nie ma – odparł Ron beztroskim tonem – jest tylko Harry, Lockhart i ja, a i Marta.
- Ssssłuccham! – jąkały Jessica i Nicole oraz ich dziadkowie, wujkowie, ciocie i rodzice.
Kazali Lockhartowi wejść pierwszemu. Wszedł, dygocąc na całym ciele, co Harry'emu sprawiło dziwną satysfakcję. Jęcząca Marta siedziała na rezerwuarze w ostatniej kabinie.
- Ach, to ty – powiedziała, kiedy zobaczyła Harry'ego – Czego chcesz tym razem?
- Czy jesteś w związku z Irytkiem? - odpowiedział pytaniem na pytanie Fred II.
- Zapytać cię, jak umarłaś – odpowiedział Harry. Marta nagle całkowicie się zmieniła. Sprawiała wrażenie zachwyconej tym pytaniem, które najwyraźniej połechtało jej próżność.
- Oooooch, to było straszne – powiedziała z rozkoszą – To stało się właśnie tutaj. Umarłam w tej oto kabinie. Pamiętam to dobrze. Schowałam się tutaj, bo Oliwia Hornby dokuczała mi z powodu moich okularów.
- Nie dziwię się – mruknął Teddy.
- Ted! – warknęła Victoire.
Drzwi były zamknięte, ja ryczałam i nagle usłyszałam, że ktoś wchodzi. Wchodzi i mówi coś dziwnego. Chyba w jakimś obcym języku. W każdym razie, wydawało mi się, że to mówi chłopiec. Więc otworzyłam drzwi, żeby mu powiedzieć, że to toaleta dla dziewczyn, i wtedy... – Marta zrobiła ważną minę, twarz jej zajaśniała – wtedy umarłam.
- Jak? – zapytał Harry.
- Nie mam pojęcia – odpowiedziała Marta przyciszonym głosem – Pamiętam tylko, że zobaczyłam parę wielkich żółtych oczu.
- Wzrok bazyliszka – odezwała się Cassie.
Poczułam, jakby mi zdrętwiało całe ciało, a potem... potem już szybowałam w powietrzu, odlatywałam... – Spojrzała na Harry’ego rozmarzonym wzrokiem – A potem wróciłam. Postanowiłam nastraszyć Oliwię Hornby. Och, bardzo żałowała, że wyśmiewała się z moich okularów.
- Pewnie padła na zawał serca – oznajmiła Olivia.
- Gdzie dokładnie zobaczyłaś te oczy? – zapytał Harry.
- Gdzieś tu – odpowiedziała Marta, machając ręką w stronę umywalki. Harry i Ron podbiegli do umywalki. Lockhart stał nieruchomo, z twarzą zastygłą w przerażeniu.
- On zaraz się zsika w spodnie ze strachu – rzekł James II – Kordek masz z nim wiele wspólnego. Obaj jesteście idiotami sikających w portki. Kordek zrobił się czerwony i wściekły.
Umywalka wyglądała zupełnie zwyczajnie. Zbadali ją dokładnie, cal po calu, wewnątrz i na zewnątrz, łącznie z rurami pod spodem. I nagle Harry to zobaczył: na boku jednego z mosiężnych kranów wydrapany był maleńki wąż.
- Ten kran nigdy nie działał – powiedziała beztrosko Marta, kiedy próbował go odkręcić.
- Harry – szepnął Ron – powiedz coś. W języku wężów.
- Ale... – Harry zaczął myśleć gorączkowo. Do tej pory udawało mu się mówić tym językiem tylko wtedy, gdy miał do czynienia z prawdziwym wężem. Wpatrywał się w maleńki rysunek, starając się wyobrazić sobie, że to żywy wąż – Otwórz się – powiedział.
- Nie tak – oznajmił George II wyciągnął różdżkę i powiedział - kranos otwierajtos! – Machnął różdżką, jak przy Alohomora. Hope siedziała mu na kolanach i patrzyła na niego z niedowierzaniem i powiedziała.
- Kranos otwierajtos?
- Glupotos bezmogzos – stwierdziła Sofie. Większość z nich parsknęła śmiechem.
- Ej! – krzyknął wściekły George II.
Spojrzał na Rona, który potrząsnął głową i powiedział:
- Po angielsku – Harry znowu popatrzył na węża, całą siłą woli zmuszając się do uwierzenia, że to żywy wąż. Kiedy poruszył głową, blask świecy wywołał wrażenie, jakby wąż drgnął.
- Otwórz się – powtórzył. Tym razem nie usłyszał własnych słów, ale dziwny syk, a kran natychmiast rozjarzył się białym blaskiem i zaczął się obracać. W następnej sekundzie poruszyła się cała umywalka. I nagle znikła, ukazując wylot olbrzymiej rury, tak szerokiej, że mógłby się do niej wśliznąć człowiek.
Wszystkim opadły szczęki.
Harry usłyszał zduszony okrzyk Rona. Podniósł głowę i spojrzał na niego. Już wiedział, co teraz zrobi.
- Schodzę tam – powiedział.
- CO?! – ryknęli w szoku rodzice, dziadkowie, siostry i przyjaciele.
- Harry leć po nauczyciela! Czy ciebie do reszty porąbało! – zawołała z przerażeniem w głosie jego siostra bliźniaczka.
- Nicole to się już wydarzyło – odezwał się Harry, który tulił do siebie Ginny.
Nie mógł tego nie zrobić, teraz, kiedy wreszcie znalazł wejście do Komnaty Tajemnic, nawet gdyby nie było choć najmniejszej, najbardziej nieprawdopodobnej szansy, że Ginny może jeszcze żyć.
- Ja też – powiedział Ron. Zapanowało krótkie milczenie.
- Czy moi braciszkowie idą ratować moją siostrzyczkę! – zawołała Jessica – Nie, to mi się śni, na pewno!
- Nie, Jessica, oni to naprawdę robią – odezwał się Colin I. Dwie wersje Lily nagle zbladły zakręciło im się głowie i osunęły się na ziemię, gdyby nie siedziały na kolanach swojego Jamesa i silne ramiona Lorda Pottera to by upadła na ziemię.
- Mamusia! – krzyknęli dzieci Lady Potter.
- Babcia! – odezwały się wnuki Lily I.
- Lily! – zawołali jej rodzice oraz siostry i bracia.
- Lily! Lily! – i uderzali lekko policzek, żeby ją ocucić. Otworzyły oczy i spytały:
- Co się stało?
- Zemdlałaś – odparli dwie wersje jej męża – Nie rób mi tego więcej, rozumiesz! Przestraszyłaś mnie!
- Przepraszam... To jest dla mnie za wiele – mruknęły dwie wersje starszej Lady Potter – Moi synkowie idą ratować moją córeczkę. Druga córcia jest spetryfikowana, tak samo jak trzeci synek! – Ginny przybiegła do mamy i rzuciła jej się na szyję i rozpłakała się w jej piersi. Zaczęła mamrotać, że ona też i zaczęły ryczeć. Później gestem zaprosiła Hermionę i ona też się rozryczała.
- Colin chodź do nas – mruknęła Lily, wycierając łzy. Colin podszedł i z całej siły się przytulili i po raz kolejny się rozryczały.
- No... chyba już mnie nie potrzebujecie – rzeki Lockhart, a na jego pobladłej twarzy pojawił się cień jego dawnego uśmiechu – Więc ja po prostu... – Położył rękę na klamce, ale i Ron, i Harry wycelowali w niego różdżki.
- Wejdziesz tam pierwszy – warknął Ron. Lockhart, biały jak kreda, pozbawiony swojej różdżki, zbliżył się do otworu.
- Skacz, kurwa! – warknął młodszy Łapa.
- Chłopcy... – wybąkał słabym głosem – Chłopcy, co nam to da? – Harry dźgnął go w plecy końcem różdżki. Lockhart włożył nogi do rury – Naprawdę nie sądzę... – zaczął, ale Ron popchnął go i Lockhart zniknął im z oczu.
- Denerwował mnie! – oświadczył Ron, a Hermiona patrzyła na niego z ognikami miłości i pocałowała go namiętnie.
Harry szybko wskoczył za nim. Poczuł się tak, jakby ze straszliwą szybkością pomknął niekończącą się, śliską, krętą i ciemną zjeżdżalnią w parku wodnym. Raz po raz migały po bokach wyloty innych rur, ale już nie tak szerokich jak ta, którą spadał coraz niżej i niżej, głębiej niż lochy pod zamkiem. Za sobą słyszał Rona, obijającego się na zakrętach.
Uczniowie i dorośli patrzyli na ich wielkimi oczami.
A potem, kiedy już zaczął się niepokoić, co będzie, jeżeli w końcu wypadnie, rura zmieniła kierunek na prawie poziomy i wyleciał z niej z mokrym plaśnięciem na dno ciemnego tunelu, dość wysokiego, by w nim stanąć. Tuż obok Lockhart dźwigał się na nogi, cały okryty szlamem i blady jak duch. Harry odsunął się, bo usłyszał wylatującego z rury Rona.
- Musimy być chyba parę mil pod szkołą – powiedział Harry, a jego głos odbił się głuchym echem po tunelu.
- Może pod jeziorem – dodał Ron, przyglądając się ciemnym, obślizgłym ścianom. Wszyscy trzej wpatrzyli się w ciemność przed nimi.
- Lumos! – mruknął Harry do swojej różdżki, a ta natychmiast zapłonęła bladym światłem – Idziemy – rzekł do Rona i Lockharta.
- Ja nie wiem, co powiedzieć – stwierdziła słabo Euphemia.
Ruszyli przed siebie, chlupocąc nogami po mokrej posadzce. Tunel był tak ciemny, że niewiele widzieli przed sobą. Ich cienie na wilgotnych ścianach poruszały się jak mroczne widma.
- Pamiętajcie – powiedział cicho Harry – kiedy tylko usłyszycie lub zobaczycie jakiś ruch, natychmiast zamknijcie oczy...
- Gdzie jest Ginny?! – krzyknęła Daphne.
Ale w tunelu było cicho jak w grobie, a pierwszym nieoczekiwanym odgłosem, jaki usłyszeli, było donośne chrupnięcie, kiedy Ron nadepnął na coś, co okazało się czaszką szczura.
Dziewczyny miały nietęgie miny.
Harry opuścił różdżkę, żeby przyjrzeć się posadzce i zobaczył, że jest zasłana kośćmi małych zwierząt. Starając się nie myśleć o tym, jak będzie wyglądać Ginny, kiedy ją odnajdą, prowadził ich ciemnym tunelem, który zakręcał teraz łagodnie.
Ginny płaczliwie wtuliła się w Harry’ego, tak samo jak inne kobiety i dziewczyny wtuliły się w swojego mężczyznę.
- Harry, tam coś jest... – rozległ się ochrypły głos Rona, a potem poczuł jego uścisk na ramieniu. Zamarli, wbijając oczy w ciemność. Harry dostrzegł zarys czegoś wielkiego i poskręcanego, co leżało przed nimi w tunelu. Nie poruszało się.
- Może śpi – wydyszał, odwracając się, żeby spojrzeć na Rona i Lockharta.
- A może przyszedł wam udzielić ślubu! – zadrwił Zachariasz.
- Zamknij się, ty kretynie! – warknęły Susan i Hanna.
Lockhart przyciskał dłonie do oczu. Harry znowu odwrócił głowę w kierunku tego czegoś, a serce biło mu tak szybko, że aż bolało. Powoli, mrużąc oczy tak, że ledwo widział przez wąskie szparki powiek, ruszył naprzód, wyciągając przed sobą różdżkę. Jej światło ześliznęło się po olbrzymiej, jadowicie zielonej skórze węża, spoczywającej w splotach na podłodze tunelu. Potwór, który ją zrzucił, musiał mieć przynajmniej dwadzieścia stóp.
- O Merlinie! – krzyknęło większość ludzi przerażonym głosem.
- O rany... – szepnął Ron. Nagle coś się za nimi poruszyło. Gilderoy’owi Lockhartowi kolana odmówiły posłuszeństwa.
- Wstawaj – powiedział ostro Ron, celując w niego różdżką. Lockhart wstał... a potem rzucił się na Rona, zwalając go z nóg.
- Wara od mojego męża! Ty…! – zaczęła wściekła Hermiona, a on pocałował ją w usta. W jednym momencie się uspokoiła i pocałowała swojego Lorda w policzek. Popatrzyła na niego erotycznym wzrokiem. Większości uczniów nie poznawała Hermiony, która teraz była pewna siebie i niezwykle piękną kobietą.
Harry skoczył do przodu, ale zrobił to za późno. Lockhart zdążył się wyprostować. Dyszał ciężko, ale uśmiech wrócił na jego twarz. W ręku trzymał różdżkę Rona.
- Koniec przygody, chłopcy! – powiedział swoim dawnym tonem – Wezmę kawałek tej skóry, powiem im, że było za późno, żeby uratować tę dziewczynkę, a wy dwaj w tragiczny sposób postradaliście rozum na widok jej poszarpanego ciała. Pożegnajcie się ze swoimi wspomnieniami!
- TY BEZMÓZGI IDIOTO! WARA OD MOJEGO MĘŻA! – ryknęły wściekłe Lady Potter i Lady Weasley.
Uniósł oklejoną taśmą różdżkę Rona i ryknął:
- Obliviate! – Różdżka eksplodowała z siłą małej bomby. Harry złapał się za głowę i rzucił się do przodu. Ślizgając się na skórze węża, zdążył umknąć przed wielkimi kawałami sufitu, które waliły się na podłogę.
- ZAJEBIE GO! ON MÓGŁ ZABIĆ MOJE DZIECI! – zawołały dwie wersje Lily I, które były od kresu wytrzymałości.
- Szkoda, że tego nie zrobił – mruknął Lucek, lecz Lady Potter to usłyszała i strzeliła go zaklęciem jajcomiazgi. Ten jęknął z bólu.
- CHCESZ COŚ JESZCZE POWIEDZIEĆ, MALFOY?! – Większość ludzi przełknęła ślinę, bo zaczęli się bać matki Harry’ego Pottera.
- Wiecie, co, zaczynam się jej bać – mruknął Dean.
W następnej chwili stał samotnie, wpatrując się w piętrzącą się przed nim ścianę gruzu.
- Ron! – krzyknął – Nic ci nie jest? Ron!
- Jestem tutaj! – dobiegł go zduszony głos Rona spoza zwaliska gruzu – Nic mi się nie stało. Ale ten parszywiec... chyba go rozsadziło.
- Bardzo dobrze – powiedziała Euphemia – Przykro mi, córciu nie zabijesz go – i przytuliła ją do siebie i pocałowała ją w czoło. Lily westchnęła i wtuliła się w nią jeszcze bardziej.
- Mamusiu, ja jestem już u kresu wytrzymałości – mruknęła jej do piersi.
- Wiem, skarbie, ale wiedz, że możesz się do mnie przytulać, kiedy tylko będziesz chciała i bardzo, ale to bardzo cię kocham i uwielbiam, gdy mówisz do mnie per "mamusiu".
- Nie wyobrażam sobie mówić do Ciebie inaczej niż tylko "mamusia" i nie zdajesz sobie sprawy, mamuś jak bardzo Cię kocham. I tak jak rodzice Jamesa są moimi rodzicami – Euphemia miała łzy w oczach, ale to były łzy szczęścia.
- Jesteś członkinią Potterów – oświadczył Fleomont – A tym samym naszą córką.
- Oczywiście, że tak, tatusiu – rzekły Lady Potter do Fleamonta i przytuliły się do niego.
- Tak, na zawsze – powiedziała Olivia – Ponieważ twoja biżuteria połączyła się w swoim DNA i jeszcze wzmocniono herbem Potterów i za żadne skarby nie dasz rady ich ściągnąć, nawet kolczyków, jakie masz na ciele. Sama próbowałam. Także babciu to członkostwo na zawsze – James I wyszczerzył się szeroko.
Rozległ się głuchy łomot, a potem głośne "auuu!" Sprawiało to wrażenie, jakby Ron z całej siły kopnął Lockharta w goleń.
- Nie jest mi go żal – stwierdziła Rolanda.
- Co teraz? – rozległ się głos Rona, brzmiący raczej rozpaczliwie – Nie przejdziemy. Potrwa całe wieki, zanim się przekopiemy – Harry spojrzał na sklepienie tunelu. Pojawiły się na nim szerokie szczeliny. Jeszcze nigdy nie próbował rozwalić za pomocą magii czegoś tak solidnego, jak to zwalisko, a ta chwila wcale nie wydawała się najodpowiedniejsza do prób. A jeśli cały tunel się zawali?
- MOJA CÓRECZKA! - ryknęła płaczem Molly I.
- Twoja córeczka jest cała i zdrowia. Przestań dramatyzować! – warknęła Pansy – poza tym sama jest sobie winna.
Spoza ściany gruzu rozległo się kolejne głuche łupnięcie i jeszcze jedno „auuu!" Tracili czas. Ginny już od wielu godzin jest w Komnacie Tajemnic. Harry zrozumiał, że ma tylko jedno wyjście.
- Poczekaj tutaj! – zawołał do Rona – Czekaj tu z Lockhartem. Ja idę dalej. Jeśli nie wrócę w ciągu godziny – zawiesił głos.
- Zabije tego idiotę! – zawołała Daphne.
- Spróbuję usunąć trochę tego gruzu – odezwał się Ron, starając się, żeby jego głos brzmiał spokojnie – Więc będziesz mógł... będziesz mógł wrócić. I... Harry...
- Niedługo się zobaczymy – powiedział Harry, starając się, żeby zabrzmiało to przekonująco. I ruszył samotnie naprzód, mijając skórę olbrzymiego węża.
- Mam złe przeczucia – mruknęła Lavender.
- No co ty nie powiesz! – warknął Ron.
Wkrótce umilkł hałas, jaki robił Ron, starając się poszerzyć wyłom w ścianie gruzu. Tunel wciąż zmieniał kierunek. Każdy nerw w ciele Harry'ego był boleśnie napięty. Bardzo chciał, żeby tunel już się skończył, a jednocześnie bardzo się bał, co spotka na końcu. I wreszcie, kiedy minął jeszcze jeden zakręt, zobaczył przed sobą solidny mur, na którym wyrzeźbione były dwa splecione ze sobą węże z oczami z wielkich, połyskujących szmaragdów.
- Gdzie jest Feminiotko! – krzyknął dwie wersje Łapy.
- Gdzie jest moja mamusia! – zawołały przerażone Olivia, Amelia i Lily II. Cho wywróciła oczami.
Harry podszedł do ściany, czując dziwną suchość w gardle. Nie było potrzeby udawać, że kamienne węże są żywe, bo ich oczy naprawdę wyglądały jak żywe. Domyślił się, co powinien zrobić. Odchrząknął i wydało mu się, że szmaragdowe oczy drgnęły.
- Otwórz się – rozkazał cichym sykiem.
- Była w tej komnacie – oznajmił Harry, tuląc Ginny.
Węże rozdzieliły się, pojawiła się szczelina i dwie połowy muru rozsunęły się gładko, ginąc w ścianie. Harry, dygocąc od stóp do głów, wszedł do środka.
- Koniec rozdziału – powiedziała Augusta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz