Pov. Harry.
Ginny zaciągnęła mnie do sypialni. Popchnęła mnie na łóżko i rzuciła się na mnie, jakbym był jej obiadem. Następnie nim się zorientowałem, byłem cały nagi. Chwyciła mojego penisa i zaczęła poruszać ręką, a ja wydałem z siebie westchnienie zadowolenia. Włożyła mojego penisa do ust i zaczęła poruszać, a ja cicho jęknąłem. Odchyliłem głowę do tyłu. Z zainteresowaniem się na mnie patrzyła. Robiła to z niemałą wprawą. Widać było, iż dokłada wszelkich starań, aby zapewnić mi jak największą dawkę rozkoszy, jednocześnie posłusznie patrzyła w na mnie, dbając o kontakt wzrokowy. Ja jednak co chwilę mocno odchylałem głowę do tyłu, czemu towarzyszyły głośne pojękiwania i długie, soczyste przekleństwa. Po chwili już nie mogłem.
- Gin, ja zaraz! – krzyknąłem, a ta przyspieszyła swoje ruchy ręką i ustami. Po chwili wydałem z siebie jęk. Odchyliłem głowę do tyłu, poddając się orgazmowi. Leżałem tak przez chwilę z rozmarzoną miną, a ona położyła się obok mnie już cała naga miała tylko biżuterie i szpilki na wysokim obcasie i rozłożyła nogi.
- Harry proszę! Przeleć mnie! – i wszedłem Lady Potter. Westchnęła głośno zadowolonym głosem i oznajmiła:
- Jestem w domu – robiłem powolne ruchy, a Ginny całowała mnie po szyi, aż natrafiła na znak, a ja wydałem z siebie głośne westchnięcie, a ona nie mogła przestać i zaczęła wzdychać głośno przy każdym moim ruchu i wyszeptała mi do ucha: – Kocham Cię, Harry – i dalej mnie całowała i na przemian wydawaliśmy głośne jęki. Oderwałem Ginny od siebie, teraz ja całowałem ją po szyi i zająłem się bawić jej piersiami. Jęki Ginny były coraz głośniejsze i kiedy poczuła, że zbliża się orgazm, wydyszała: – Dochodzę! Teraz, Harry! Mocno! MOCNO! – więc posłuchałem jej prośby i przyspieszyłem swoje ruchy i po chwili Ginny wydała i długi głośny jęk. Zamknęła oczy i wygięła się w łuk. Przez całe jej ciało przeszedł prąd. Odchyliła głowę do tyłu pozwalając, żeby orgazm przepłynął po jej ciele. Wbiłem się jeszcze kilka razy, zalewając jej wnętrze i zająłem się lizaniem piersi. Ginny miała rozmarzoną twarz i poczucia się szczęśliwa i mruknęła – To było cudowne. Teraz jestem w domu. Hmmm… jak ty cudowne pachniesz, nie mogę się oprzeć temu zapachowi.
- W tej chwili to pachnę potem.
- Ja się CZUJE WSPANIALE. Teraz jestem w niebie. Co za wspaniałe uczucie i nie odsuwaj się jeszcze, teraz jesteśmy jednością. Czujesz to?
- Czuję! – i pocałowałem ją w usta, a później językiem przejechałem po jej seksownym ciele. Westchnęła. Wyszedłem z niej, a następnie bez najmniejszego wahania zanurkowałem między jej uda. Zacząłem delikatnie lizać jej nabrzmiałą łechtaczkę, co spowodowało u niej westchnienie zadowolenia. Po chwili objąłem łechtaczkę wargami i zacząłem ją delikatnie ssać, aby po chwili włożyć w tę czynność więcej energii. Wygięła ciało w łuk i wydała z siebie ciche jęknięcie, które łatwo było pomylić z głośnym westchnięciem przyjemności.
- Jeszcze Harry, wielb mnie! Mocniej! Mocniej! – krzyczała – MOCNIEJ! – Przyspieszyłem swoje ruchy językiem i po chwili Ginny wydała siebie głośny jęk. Przez jej cudownie ciało przeszedł prąd i wygięła się łuk, odchylając głowę do tyłu, poddając się cudownemu orgazmowi. Przez chwilę dalej lizałem, żeby wzmocnić jej orgazm. Następne przestałem lizać jej łechtaczkę i patrzyłem w te piękne oczy. Przez chwilę leżała nieruchomo. Miała rozmarzoną twarz, rozkoszując się chwilą, a kilka minut późnej wstała i z zainteresowaniem na mnie patrzyła. Zauważyłem, że ostatnie kilka miesięcy mocno zmieniło się jej ciało. Jej nogi i ramiona były bardziej kształtne i muskularne niż pamiętałem. Trenowała karate i kung-fu i grała w Quidditcha. Po kilku treningach miała muskularny brzuch, który zdobił piękny długi kolczyk na pępku rodu Potterów. Jej piersi były piękne i jędrne. Na palcach u dłoni miała pierścionek zaręczynowy, pierścień połączony z bransoletką i drugą bransoletkę obrączkę ślubną, kobiecy pierścień rodowy rodu Potterów na drugiej ręce i kolczyki na uszach rodu Potterów a na stopach miała szpilki na wysokim obcasie . Światło słońca iluminowała jej nagą postać i Ginny wydawała mi się niczym bogini. Nic nie dałoby mi większej radości niż wielbienie jej do końca swoich dni. Moje oczy powiedziały jej wszystko, co chciała wiedzieć. Miłość, pragnienie i pożądanie. Kiedy słońce wschodziło i promienie słońca były już widocznie zaczęła się leniwie ubierać, jakby od niechcenia. Każdy jej ruch był pełen erotyzmu, a jej seksapil był tak widoczny, że tylko się na nią gapiłem i otwierałem usta i znowu zamykałem, nie mogąc wykrztusić żadnego słowa.
- Lordzie Potter – odezwała się pani Potter i pogroziła mi palcem i stukala wysokim obcasem
- Ja... – zacząłem.
- Ciiiśś – przyłożyła mi palec do ust, a następnie pocałowała mnie namiętnie.
- Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo Cię kocham, Ginny – powiedziałem, kiedy oderwałem się od jej cudownych ust i – szlag mnie trafia, że Ci idioci patrzą na siebie i chcą Cię przelecieć – Mruknęła mi mojego ucha:
- Jak zwykle byłeś nieziemski, jak zwykle mnie bardzo zadowoliłeś i najważniejsze sprawa kocham Cię Harry. Tak bardzo Cię kocham. Mogę powiedzieć to samo o tych lakach, jak trzepoczą tymi rzęsami i robią słodkie oczka.
- Ty mnie też bardzo zadowoliłaś – odpowiedziałem – Jak ty pięknie pachniesz.
- To chyba nasze ostatnie bzykanie.
- O czym ty mówisz do cholerny!? – spytałem w szoku.
- Nie mogę spojrzeć im w oczy. Kocham Cię, Harry, ale nie mogę być twoją żoną. Oni będą mnie nienawidzić! – i próbowała ściągnąć swoją biżuterię, ale nie dała rady. Żadna nie chciała się ściągnąć ani kolczyki na uszach, ani pierścionki, ani bransoletki, ani nawet kolczyk na pępku.
- Twoja biżuteria ma na to inne zdanie – powiedziałem rozbawiony – Przykro mi Ginny to członkostwo w moim rodzie "Potter" jest dożywotnie. Musisz się z tym pogodzić, że jesteś i będziesz Lady Potter – na co Ginny westchnęła i ukryła twarz w dłoniach.
- Boję się.
- Ginny byłaś opętana – powiedziałem – Ile razy mam Ci o tym przypominać? – i pocałowałem ją w znak, a ta wydała z siebie głośne westchnienie zadowolenia.
- Nie pomagasz! – warknęła na mnie, gdy się opamiętała.
- Chodź Ginny – rzekłem, wstałem i podałem jej rękę – Jestem przy tobie i zawsze będę – Ginny też wstała i powolnym krokiem udaliśmy się do Wielkiej Sali na śniadanie i na czytanie kolejnego rozdziału.
- Teraz ja chcę – powiedział Draco.
Rozdział siedemnasty
Dziedzic Slytherina
Stał na końcu bardzo długiej komnaty wypełnionej dziwną zielonkawą poświatą. Wysokie kamienne kolumny, ozdobione takimi samymi splecionymi wężami, wspierały sklepienie ginące w mroku, rzucając długie czarne cienie.
- Gdzie jest Ginny? – spytał Bill.
- Na końcu drogi – odparł Harry.
Serce biło mu mocno, kiedy tak stał wsłuchany w przejmującą dreszczem ciszę. Może bazyliszek czai się gdzieś w mrocznym kącie albo za filarem? I gdzie jest Ginny? Wyciągnął różdżkę i zaczął iść między wężowymi kolumnami. Każdy ostrożny krok rozbrzmiewał głośnym echem odbijającym się od pogrążonych w cieniu ścian. Oczy miał zwężone, gotów zacisnąć powieki, gdy tylko spostrzeże jakikolwiek ruch lub usłyszy dźwięk. Puste oczodoły kamiennych węży zdawały się go śledzić, a kilka razy serce podskoczyło mu do gardła, bo był pewny, że któreś oko poruszyło się.
Molly płakała.
A potem, kiedy doszedł do ostatniej pary kolumn, ujrzał na tle ściany posąg wysoki jak sama Komnata. Musiał odchylić głowę, żeby spojrzeć na olbrzymią twarz, osadzoną gdzieś pod sklepieniem Komnaty: była bardzo stara, podobna do małpiej, z długą rzadką brodą, która opadała prawie do skraju pofałdowanej kamiennej szaty czarodzieja, gdzie dwie ogromne stopy spoczywały na gładkiej posadzce komnaty.
- Wasi przodkowie, Crabbe i Goyle – oznajmił Jared.
A pomiędzy stopami, twarzą w dół, leżała mała postać w czarnej szacie, z płomienistymi rudymi włosami.
- Ginny! – wymamrotał Harry, podbiegając do niej i padając na kolana – Ginny! Nie bądź martwa! Błagam cię, nie bądź martwa!
Kobiety i dziewczyny przyłożyła ręce do ust przerażone i popatrzyły przerażonym wzrokiem na Ginny, która siedziała wtulona w Harry’ego i płakała.
Odrzucił różdżkę, chwycił Ginny za ramiona i przewrócił ją na plecy. Twarz była biała jak marmur i tak jak marmur zimna, ale oczy miała zamknięte, więc nie była spetryfikowana. A skoro nie, to musi być...
- Ginny, obudź się, proszę – powtarzał, potrząsając nią rozpaczliwie.
- Myślałem, że nie żyjesz. Nie widziałem co mam robić – mruknął Harry.
Jej głowa miotała się bezwładnie to w jedną, to w drugą stronę.
Nagle zgasły światła.
- Co się dzieje?!!! – I się zaświeciły. James II trzymał gitarę, druga gitarę Frank II, bas Albus II, na perkusji siedział Hugo, a keyboard Rose, a Lily II zaczęła śpiewać i miała taki piękny głos.
Jak możesz patrzeć w głąb moich oczu jak w otwarte drzwi, które prowadzą cię do mego wnętrza, gdzie stałam się tak niewrażliwa bez duszy. Mój duch śpi gdzieś tam w zimnie.
Ginny przytuliła się mocno do Harry’ego.
Dopóki nie znajdziesz go tam i nie przyprowadzisz z powrotem do domu.
Rodzice mieli łzy w oczach.
(James II).
Zbudź mnie.
(Lily II).
Przebudź mnie od środka.
- To jest takie prawdziwe – szepnęła Ginny.
(James II).
(Nie mogę się obudzić).
(Lily II).
Przebudź mnie od środka.
- Kiedy się powiedziałam, że... – zaczęła Angelina, a Ginny przytuliła się do Angeliny – Już dobrze siostrzyczko. Jestem przy tobie.
- Kocham Cię siostrzyczko – szepnęła Ginny.
(James II).
(Ocal mnie).
(Lily II).
Wypowiedz moje imię i uratuj przed ciemnością.
Większość miała łzy w oczach.
(James II).
(Zbudź mnie).
(Lily II).
Rozkaż mojej krwi, by płynęła.
Molly płakała, tak samo jak reszta rodzimy Weasley.
(James II).
(Nie mogę się obudzić).
(Lily II).
Zanim pójdę na dno.
- Nie mogę sobie tego wyobrazić, co musiałaś czuć – rzekła Fleur, a Ginny rzuciła się jej na szyję – Wypłacz się, skarbie w moje ramię zawsze będzie do…
- Kocham Cię siostrzyczko – szepnęła jej do piersi – Tak bardzo Cię kocham.
- Ja ciebie też kocham – odezwała się Fleur i wtuliła ją do piersi.
(James II).
(Ocal mnie).
(Lily II).
Ocal mnie przed nicością, którą się stałam. Teraz, gdy wiem bez czego jestem. Nie możesz mnie tak po prostu zostawić. Tchnij we mnie życie i uczyń prawdziwą. Przywróć mnie do życia.
- Nigdy Cię nie zostawię, Ginny. Masz moje słowo – powiedział Harry.
- Naprawdę mnie nie rzucisz?
- Nigdy – rzekł Harry.
- To niewiarygodnie, że z takiej drobnej dziewczyny wyłania się tak potężny głos – powiedziała szoku Minne.
(James II).
(Zbudź mnie).
(Lily II).
Przebudź mnie od środka.
(James II).
(Nie mogę się obudzić).
(Lily II).
Przebudź mnie od środka.
(James II).
(Ocal mnie).
(Lily II).
Wypowiedz moje imię i uratuj przed ciemnością.
- Masz rację, Minerwo. Ma potężny głos i to tego piękny – stwierdził Filius.
(James II).
(Zbudź mnie).
(Lily II).
Rozkaż mojej krwi, by płynęła.
(James II).
(Nie mogę się obudzić).
(Lily II).
Zanim pójdę na dno.
(James II).
(Ocal mnie).
(Lily II).
Ocal mnie przed nicością, którą się stałam Przywróć mnie do życia.
Większość płakała.
(James II).
(Żyłem kłamstwem, we wnętrzu nic nie ma).
(Lily II).
Przywróć mnie do życia. Zmarznięta w środku bez twojego dotyku, bez twojej miłości, kochanie, tylko ty jesteś życiem pośród śmierci.
- To moja córcia – powiedziały dumne Ginny i Hanna.
- To moja wnuczka – dodały dwie wersje Lily I, Molly i Alicja I.
- A moja prawnuczka – uśmiechnęły się Euphemia, Carolina i Augusta.
(James II).
(Nie mogę uwierzyć, że przez cały ten czas nie potrafiłem ujrzeć. Trzymany w ciemności, a przecież ty byłaś tuż przede mną).
- James też ma głos – rzekła jego rodzina.
(Lily II).
Wydaje się, że spałam tysiąc lat. Muszę wreszcie otworzyć oczy na wszystko.
- To nie było takie proste – mruknęła Ginny.
(James II).
(Pozbawiony myśli, pozbawiony głosu, pozbawiony duszy).
- Ta piosenka jest piękna – szepnęła Augusta.
(Lily II).
Nie pozwól mi tu umrzeć, tam musi być coś więcej. Przywróć mnie do życia.
- Moje dzieci... Tak bardzo je kocham – powiedziała Ginny, patrząc na swoje dzieci z miłością w oczach.
(James II).
(Zbudź mnie).
(Lily II).
Przebudź mnie od środka.
(James II).
(Nie mogę się obudzić).
(Lily II).
Przebudź mnie od środka.
(James II).
(Ocal mnie).
(Lily II).
Wypowiedz moje imię i ocal mnie przed ciemnością.
(James II).
(Zbudź mnie).
(Lily II).
Rozkaż mojej krwi, by płynęła.
(James II).
(Nie mogę się obudzić).
(Lily II).
Zanim pójdę na dno.
- Ale oni są grani – powiedziała Hanna, patrząc na swoje dzieci, a także Lily II i Franka II z miłością.
(James II).
(Ocal mnie).
(Lily II).
Ocal mnie przed nicością, którą się stałam Przywróć mnie do życia.
(James II).
(Żyłem kłamstwem, we wnętrzu nie ma nic).
(Lily II).
Przywróć mnie do życia.
Ginny rzuciła im się na szyję. Wycałowała i poprzytulała muzyków.
- Moje dzieci! Tak bardzo was kocham, jestem taka dumna z was wszystkich!
- Lily, ale ty masz głos – powiedział Harry.
- Wiesz tato, to specjalny gen, które mają tylko rude dziewczyny – stwierdził James II.
- Jaki to gen? – spytała Olivia i założyła ręce.
- Gen darcia! – wyszczerzył się James II. Mężowie rudowłosych parsknęli głośnym śmiechem, a reszta ryknęła śmiechem, a rude kobiety i dziewczyny mordowały go wzrokiem.
- Ona się nie obudzi – powiedział cichy głos. Harry wzdrygnął się i obrócił na kolanach. O najbliższą kolumnę opierał się wysoki, czarnowłosy chłopiec.
- Voldemort! – warknął Harry. Dziewczyny pisnęły przerażonym głosem na dźwięk tego słowa.
Kontury jego postaci były dziwnie zamazane, jakby Harry patrzył na niego przez zamgloną szybę. Ale nie mógł się mylić.
- Tom... Tom Riddle? – Riddle pokiwał głową, nie spuszczając oczu z twarzy Harry'ego – Co to znaczy, że ona się nie obudzi? – zapytał z rozpaczą Harry – Czy ona... czy ona jest...
- Ona wciąż żyje – odpowiedział Riddle – Ale ledwo żyje.
Ginny wtuliła się w Harry’ego, jak ostatniej deski ratunku.
Harry wpatrywał się w niego uważnie. Tom Riddle był w Hogwarcie pięćdziesiąt lat temu, a oto stał przed nim jako szesnastoletni chłopak, spowity dziwną mglistą poświatą.
- Jesteś duchem? – zapytał niepewnie.
- Wspomnieniem – odrzekł spokojnie Riddle – Wspomnieniem zachowanym w dzienniku przez pięćdziesiąt lat.
- Wspomnieniem? – wydukała Astoria.
- Tak, As – odparł Harry, głaszcząc Ginny po włosach, a ona schowała twarz w jego ramieniu.
Wskazał na posadzkę przy olbrzymich stopach posągu. Leżał tam mały czarny notes, który Harry znalazł w łazience Jęczącej Marty. Przez chwilę Harry zastanawiał się, skąd się wziął tutaj ten dziennik – ale teraz miał ważniejsze sprawy na głowie.
- Musisz mi pomóc, Tom – powiedział Harry, unosząc głowę Ginny – Musimy ją stąd zabrać. Ten bazyliszek... Nie wiem, gdzie jest, ale może się pojawić w każdej chwili. Błagam cię, pomóż mi...
- Ja wtedy nie widziałem, że to Voldemort – poinformował Harry. Niektórzy wzdrygnęli się na słowo "Voldemort".
Riddle nie drgnął. Harry, zlany potem, podciągnął Ginny za ramiona i schylił się po swoją różdżkę. Ale różdżka zniknęła.
- Może widziałeś... – Spojrzał w górę. Riddle wciąż go obserwował... turlając różdżkę Harry'ego między swoimi długimi palcami – Dzięki – powiedział Harry, wyciągając rękę. Na ustach Riddle'a błąkał się lekki uśmiech. Wciąż wpatrywał się w Harry'ego, bawiąc się leniwie różdżką – Słuchaj – powiedział Harry naglącym tonem, czując jak kolana mdleją mu pod ciężarem Ginny – musimy iść! Jeśli nadejdzie bazyliszek...
Większość ludzi zbladła.
- Nie przyjdzie, dopóki nie zostanie wezwany – oznajmił spokojnie Riddle. Harry złożył z powrotem Ginny na posadzce, bo nie był w stanie dłużej jej utrzymać.
- Co chcesz przez to powiedzieć? Słuchaj, Tom, oddaj mi różdżkę, mogę jej potrzebować – Riddle uśmiechnął się.
- Nie będzie ci potrzebna – Harry wytrzeszczył na niego oczy.
- ODDAWAJ RÓŻDŻKĘ, TY HUJU! – ryknął młodszy Łapa. Dziewczęta i kobiety przyłożyły ręce do ust przerażone.
- Nie będzie mi... Co to znaczy?
- Długo czekałem na tę chwilę, Harry Porterze – powiedział Riddle – Na możliwość spotkania się z tobą. Porozmawiania z tobą.
- Posłuchaj – powiedział Harry, tracąc cierpliwość – chyba nie zdajesz sobie sprawy z sytuacji. Jesteśmy w Komnacie Tajemnic. Możemy porozmawiać później.
- Porozmawiamy teraz – rzekł Riddle, wciąż szeroko uśmiechnięty, i schował różdżkę Harry'ego do kieszeni.
- Merlinie! – wyszeptały kobiety.
Harry wpatrywał się w niego, nie mogąc pojąć, co to za dziwna gra.
- Co się stało z Ginny? – zapytał powoli.
- Cóż, to bardzo interesujące pytanie – odparł uprzejmie Riddle – I dość długa opowieść. Przypuszczam, że prawdziwą przyczyną stanu, w jakim znalazła się Ginny, była jej naiwność i nieostrożność. Otworzyła swe serce i wyjawiła wszystkie sekrety niewidzialnemu obcemu.
- O czym on mówi? – spytała Euphemia.
- Słuchaj uważnie, babciu – powiedział Harry.
- O czym ty mówisz? – zapytał Harry.
- O dzienniku. O moim dzienniku. Mała Ginny pisała w nim całymi miesiącami, zdradzając mi swoje wszystkie lęki i żale:
- CO TAKIEGO! – ryknęło większość osób na Sali.
- Twoi jak ty ich nazywasz mamusia i tatuś będą cię nienawidzić! – zadrwiła Mariette.
- Zamkniesz się wreszcie! – krzyknęła Angelina.
- Bo co mi zrobisz, Johnson? – spytała.
- Zaczynasz mnie wnerwiać, Edgecombe! - wysyczała czarnoskóra pani Weasley.
- Po pierwsze to jest pani Weasley – wtrąciła się Roxanna – a po drugie jeśli chcesz skopię Ci dupę.
- Nie chcesz tego doświadczyć na swojej skórze, Mariette – powiedział Matt.
Jak dręczyli ją bracia, jak musiała pójść do szkoły z używanymi szatami i książkami, jak... – oczy mu rozbłysły – jak słynny, dobry, wielki Harry Potter nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, ba, chyba jej nie lubił...
- To moja wina – mruknął Harry – gdybym...
- Nie, Harry. To jest wyłącznie moja wina. Jestem idiotką i kretynką!
- Nigdy tak nie mów – powiedziała Olivia – mamusiu nie jesteś ani idiotką, ani kretynką. Każdy popełnia błędy, poza tym byłaś dzieckiem, a większość dziewczynek pisze pamiętniki i muszę Ci się do czegoś przyznać. Wasz syn uratował mi kiedyś życie. Byłam w twoim wieku, byłam słaba, miałam kompleksy i myślałam, że nie jestem nikomu potrzebna, ale wasz syn był uparty, jak osioł i walczył o mnie. Jak mógł po tym, jak Ci ludzie wyrzucili mnie z domu po tym, jak się okazało, że jestem czarownicą. Powiedzieli, żebym się nie pojawiała, bo chcą mieć normalną córkę, a nie dziwoląga, jak ja a ja byłam tak rozchwiana psychicznie, że zaczęłam się ciąć. Gdy się cięłam czułam ulgę – Dziewczyny i kobiety przyłożyły sobie rękę do ust, patrząc na żonę Jamesa II przerażonym wzrokiem.
- ZABIJE TYCH SKURWYSYNÓW! – ryknęła Ginny wściekła – I W DUPIE BĘDĘ MIAŁA AZKABAN!
- A później znalazł mnie z żyletką w ręku, bo nie chciałam już żyć, a on wyrwał mi z ręki i mnie przytulił, a ja rozryczałam się i z desperacją się wtuliłam, bo chwilę wcześniej chciałam się zabić. Musiałam skorzystać z pomocy specjalistów, a James i wy wszyscy mnie wspieraliście, żebym wyszła na prostą. Wasz syn – powiedziała do Ginny i Harry’ego – James Syriusz uzdrowił moją duszę, jest moim przyjacielem, moim aniołem stróżem i miłością mojego życia i przez pewien czas chodziłam do specjalistów i kiedy pierwszy raz przyszłam do was, to przyjęliście mnie i opiekowaliście się mną, jakbym była waszą córką, a Lily to już w ogóle się do mnie kleiła.
- Ja po prostu kocham ratować pięknie kobiety – stwierdził James II i pocałował ją w czoło, a jego żona westchnęła zadowolonym głosem i wtuliła się w niego.
- Dziecko – wyszeptała Ginny i przytuliła ją mocno do siebie.
- Dlatego szlag mnie trafia, jak ci debile was obrażają? Jesteście moimi rodzicami i będę was chroniła, jak wy chroniliście mnie – oznajmiła Lady Potter.
- Ty nazywasz się żoną syna wielkiego Harry’ego Pottera? – spytała z kpiną Pansy.
- Zamknij się! – warknęła Ginny – odwal się od mojej córki, bo ci przywalę zaklęciami! – stanęła przed Olivią, chcąc ją w ten sposób chronić przed Pensy.
- Odwal się od mojej siostry albo zmienię Cię w mopsa! – wycedziła Lily Luna.
Przez cały czas Riddle nie spuszczał oczu z twarzy Harry'ego. Był w nich jakiś dziwny głód.
- To było bardzo nudne, wysłuchiwać tych wszystkich śmiesznych żalów jedenastoletniej dziewczynki. Byłem jednak cierpliwy. Odpisywałem jej, współczułem, byłem uprzejmy. Ginny mnie uwielbiała. Nikt nie rozumie mnie tak mu jak ty, Tom... Tak się cieszę, że mam ten dziennik, że mogę mu zaufać... To tak, jakbym miała przyjaciela, którego mogę nosić ze sobą w kieszeni...
- Ginny – mruknęły w szoku dwie wersje Marlene.
Riddle roześmiał się. Był to piskliwy, zimny śmiech, który w ogóle do niego nie pasował. Harry poczuł, że włosy mu sztywnieją i dreszcz przebiega po karku.
- Nie wstydzę się przyznać, Harry, że zawsze potrafiłem oczarować ludzi, którzy mi byli potrzebni. Ginny obnażyła przede mną swą duszę, a jej dusza okazała się akurat tym, czego potrzebowałem. Żywiłem się jej najgłębszymi lękami, najbardziej skrytymi tajemnicami i stawałem się coraz silniejszy.
- Ty pierdolony psycholu! – krzyknęli Potterowie i Weasley'owie. Ginny zamknęła oczy i nie patrzyła na rodziców ani na rodzeństwo, których bardzo zawiodła.
Stawałem się coraz potężniejszy, Harry, o wiele potężniejszy od małej panny Weasley. Na tyle potężny, że zacząłem karmić pannę Weasley moimi sekretami, że zacząłem przelewać swoją duszę w jej duszę...
- Co masz na myśli? – zapytał Harry, któremu zaschło w ustach.
- Jeszcze się nie domyślasz, Harry Potterze? – zapytał łagodnie Riddle – To Ginny Weasley otworzyła Komnatę Tajemnic.
Większości ludzi opadły szczęki.
- Ginny otworzyła Komnatę Tajemnic? – spytała przerażonym głosem starsza Lily I. Rodzice i rodzeństwo Ginny ryknęło płaczem.
To ona wydusiła szkolne koguty i nabazgrała te groźne napisy na ścianach. To ona poszczuła węża Slytherina na szlamy i na kota tego charłaka.
- Była opętana! – krzyknął Harry – Nie wiedziała, co robi!
- To jest wyłącznie moja wina! – zawołała płaczem Ginny – Wiem, że was zawiodłam i nigdy sobie tego nie wybaczę, bo mogłam nie pisać w tym dzienniku, a ja jak ostatnia kretynka pisałam. Wybacz mi, Harry nie możemy być razem nie jestem ciebie godna!
- O nie, młoda panno! – warknął Harry – Jesteś moją żoną i nie pozwolę Ci odejść! – Ginny wstała i chciała odejść od niego, jak najdalej, ale ten ją przytrzymał i znów siedziała mu na kolanach.
- Co ty robisz, Harry?! – warknęła na niego.
- Robię to co uważam za słuszne, Ginny! – odparował – Tu jest twoje miejsce, tu na moich kolanach, a ja jestem uparty i dostaje to, co chcę, a chcę ciebie siedzącą mi na kolanach!
- Ale...
- Zamknij się i posłuchaj mnie uważnie: Czy ci się podoba, czy jesteś moją żoną i przełożę Cię przez kolano, bo zaczynasz gadać głupoty. Poza tym nikt nie może obrażać mojej żony, nawet ty sama!
- Nie – wyszeptał Harry.
- Tak – powiedział spokojnie Riddle – Oczywiście z początku nie wiedziała, co robi. To było bardzo zabawne. Żebyś zobaczył jej ostatnie zapisy w dzienniku... Teraz są o wiele ciekawsze... Kochany Tomie – wyrecytował, obserwując przerażoną twarz Harry'ego – wydaje mi się, że tracę pamięć. Na mojej szacie znalazłam pełno koguciego pierza i nie mam pojęcia, skąd się wzięło. Kochany Tomie, nie mogę sobie przypomnieć, co robiłam w Noc Duchów, ale ktoś' napadł na kota, a ja byłam w pobliżu, cała umazana czerwoną farbą.
- Merlinie! – wyszeptały kobiety i dziewczyny przerażone.
Kochany Tomie, Percy wciąż mi mówi, że jestem blada i dziwnie się zachowuję. Myślę, że mnie podejrzewa... Dzisiaj doszło do kolejnej napaści, a ja nie wiem, gdzie byłam. Tom, co mam robić? Wydaje mi się, że wariuję... Wydaje mi się, że to ja napadam na każdego... Tom!
- Siedź! – warknął Harry, kiedy Ginny wyrwała się z jego uścisku.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić, Harry Potterze!
- Nie? Ja Ci zaraz pokażę, Ginny Potter! – i pocałował ją namiętnie w usta. Ginny najpierw chciała zakończyć pocałunek i przywalić mu z liścia, ale po chwili westchnęła i oddała pocałunek z taką samą mocą. Powodem było, że Harry dotknął jej znamienia – I co? – spytał, kiedy oderwał się od niej ust. Teraz Ginny pocałowała namiętnie Harry’ego i kiedy się oderwała, Harry powiedział do rodziców – Ginny jest miłością mojego życia i nie zmienicie tego, co czuję do tej piękniej rudowłosej kobiety.
Harry zaciskał pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w dłonie.
- Długo trwało, zanim ta głupia Ginny przestała ufać swojemu dziennikowi – rzekł Riddle – W końcu zaczęła coś podejrzewać i próbowała pozbyć się go. I właśnie wtedy ty wkroczyłeś na scenę, Harry. Ty znalazłeś mój dziennik, a mnie bardzo to odpowiadało. Och, jak bardzo, Harry... Każdy mógł się na niego natknąć, ale to byłeś ty, osoba, którą tak bardzo chciałem spotkać...
- TY PIERDOLONY SKURWIELU WYKORZYSTAŁEŚ MOJĄ MAMĘ, ŻEBY SPOTKAĆ SIĘ Z MOIM TATĄ! – ryknęły dzieci Ginny i Harry’ego.
- Voldemort jest jakiś pierdolonym pedofilem! – warknęli starszy i młodszy James I.
- A dlaczego chciałeś się ze mną spotkać? – zapytał Harry. Kipiał w nim gniew i trudno mu było opanować głos.
- Bo, widzisz, Ginny wszystko mi o tobie opowiedziała, Harry. Twoją całą fascynującą historię – Omiótł spojrzeniem bliznę na czole Harry'ego, a głód w jego oczach stał się jeszcze bardziej przerażający – Wiedziałem, że muszę się o tobie dowiedzieć więcej, muszę z tobą porozmawiać, spotkać się z tobą, jeśli tylko zdołam.
- Pedofil! – warknęły dwie wersje Łapy.
Więc, aby zdobyć twoje zaufanie, postanowiłem ci pokazać, jak wyprowadziłem w pole tego kretyna Hagrida.
- Hagrid jest moim przyjacielem – powiedział Harry drżącym głosem – A ty go wykorzystałeś, tak? Myślałem, że popełniłeś omyłkę, a... – Riddle znowu wybuchnął piskliwym śmiechem.
- Moje słowo przeciw słowu Hagrida, Harry. Chyba rozumiesz, jak to musiało wyglądać w oczach starego Armanda Dippeta.
- Kolejny stary dziad! – prychnęła Mary.
Po jednej stronie Tom Riddle, biedny, ale taki zdolny, sierota, ale taki dzielny, prefekt szkoły, ideał ucznia; z drugiej strony wielki, nierozgarnięty Hagrid, co tydzień wpadający w kłopoty, próbujący hodować szczenięta wilkołaka pod łóżkiem, wymykający się do Zakazanego Lasu, żeby siłować się z trollami.
- Wcale się nie siłowałem z trollami! – krzyknął Hagrid.
Muszę jednak przyznać, że sam byłem zaskoczony, jak bezbłędnie działał ten plan. Obawiałem się, że ktoś musi w końcu zrozumieć, iż Hagrid nie może być dziedzicem Slytherina. Mnie zajęło aż pięć lat odkrycie prawdy o Komnacie Tajemnic i odnalezienie tajnego wejścia do niej... a przecież Hagrid był półgłówkiem, pozbawionym czarodziejskiej mocy!
Ropucha zachichotała bezczelnie wraz z Luckiem, gorylami, Pansy i ich przyjaciółmi.
Jeden Dumbledore, nauczyciel Transmutacji, był przekonany, że Hagrid jest niewinny. Zdołał przekonać Dippeta, żeby pozostawił Hagrida w Hogwarcie jako gajowego. Tak, myślę, że Dumbledore coś podejrzewał. Byłem ulubieńcem wszystkich nauczycieli, tylko on jeden nigdy mnie nie lubił...
- Mamy Ci współczuć, idioto! – warknął Fred II.
- Założę się, że cię przejrzał – powiedział Harry, zgrzytając zębami.
- No, rzeczywiście, po wyrzuceniu Hagrida przyglądał mi się bardzo uważnie – powiedział beztrosko Riddle – Wiedziałem, że nie byłoby bezpiecznie otwierać Komnatę ponownie, zanim opuszczę szkołę. Nie zamierzałem jednak marnować tych lat, które spędziłem na jej poszukiwaniu. Postanowiłem pozostawić ten dziennik, w którym utrwaliłem swoją szesnastoletnią tożsamość, tak aby pewnego dnia, przy odrobinie szczęścia, poprowadzić kogoś innego moimi śladami i zakończyć szlachetne dzieło Slytherina.
- On jest dziedzicem Salazara – mruknął Ron.
- No i go nie zakończyłeś – powiedział Harry triumfalnym tonem – Tym razem nie zginął nikt, nawet kot. Za kilka godzin dojrzeją mandragory i wszyscy spetryfikowani odzyskają zdrowie.
- Czy już ci nie mówiłem – powiedział spokojnie Riddle – że uśmiercanie szlam już mnie nie interesuje? Od wielu miesięcy mam nowy cel, a jest nim... jesteś nim ty...
- Co?! – krzyknęli rodzice, dziadkowie i siostry zielonookiego.
Harry wytrzeszczył na niego oczy.
- Możesz sobie wyobrazić, jak byłem wściekły, kiedy dziennik wpadł w ręce Ginny i to ona do mnie pisała, a nie ty. Potem zobaczyła ciebie z dziennikiem i wpadła w panikę. A jeśli odkryjesz, jak on działa, a ja powtórzę ci wszystkie jej sekrety? A jeśli, co gorsza, powiem ci, kto wydusił koguty? No i ta głupia smarkula poczekała, aż w waszym dormitorium nie będzie nikogo i wykradła dziennik.
- Ja nie wiedziałam, co robię, ja nie wiedziałam, co robię – mówiła jakby była w transie.
Ale ja wiedziałem, co mam zrobić. Było jasne, że jesteś na tropie dziedzica Slytherina. Z tego, co mi Ginny o tobie opowiedziała, wynikało, że zrobisz wszystko, by wyjaśnić tę tajemnicę... zwłaszcza kiedy została napadnięta tak droga ci przyjaciółka. A Ginny powiedziała mi, że w całej szkole aż huczy, bo ty potrafisz mówić językiem węży... Nakłoniłem więc Ginny, żeby napisała na ścianie swoje pożegnanie i ściągnąłem ją tutaj na dół, żeby na ciebie czekać. Wyrywała się i wrzeszczała... prawdę mówiąc, zrobiła się bardzo męcząca...
- Zaczęła się opierać – wyszeptał Albus II i przytulił swoją matkę, a ta wtuliła się w jego pierś. Był wyższy od niej o jakieś dziesięć centymetrów i był bardzo atrakcyjny i wysportowany, a później zrobiła to Lily II, młodsza kopia swojej matki i James II oraz Olivia, Amelia i Frank.
- Mamo, nie płacz – powiedział James II i wytarł łzy z jej policzków. Był dobre piętnaście centymetrów wyższy od niej, a jego muskularna sylwetka przytłaczała jej drobną postać – Wszystko będzie dobrze, mamo. Jesteś najsilniejszą kobietą, jaką znam, bo wychowałaś mnie i Albusa, którzy darli się na siebie nawzajem. Ja się do teraz dziwię, że nie zwariowałaś z nami i wyobraź sobie, kiedy Albus szedł do Hogwartu, to go wkurzałem i wystarczyło, że ty na mnie spojrzałaś tym swoim wzrokiem, to od razu się zamknąłem – dodał rozbawionym głosem – Masz taką samą minę jak babcia Molly, kiedy się wkurzy.
- I tę samą pozę – dodała rozbawionym głosem Lily II – Frank się boi, kiedy robię tę słynną pozę babci Molly. Tak samo jak Albus i James, kiedy ty robisz tę pozę, a Olivia i Amelia nauczyły się od ciebie.
- I nie mów, że jesteś słaba. Jesteś silna, bo się z Jamesem nie pozabijaliśmy przez 20 lat i tylko ty dałaś radę.
- A taka Cho, by nie dała rady, bo jest na to za cienka – stwierdził James II. Cho zrobiła się czerwona.
- A ja mam najlepszą teściową – powiedział Frank II, całując ją w policzek – a ty masz mamo najlepszego zięcia, prawda? – ta tylko pokiwała głową i uśmiechnęła się do niego promiennie i go przytuliła.
- Mamuś jesteś najbardziej niesamowitą kobietą – oznajmiły Olivia i Amelia – bo urodziłaś tych przystojniaków i wychowałaś ich na porządnych mężczyzn.
- Ty urodziłaś mojego bohatera, który uzdrowił moją duszę – rzekła Olivia.
- Widzisz! – krzyknął Harry – Miałem rację. Nie jesteś słaba, jesteś silna! – Ginny rzuciła się na szyję swoim dzieciom i się desperacko do ich wtuliła.
Nie pozostało w niej jednak wiele życia: zbyt dużo przelała w mój dziennik, we mnie. Wystarczyło, bym wreszcie mógł opuścić jego stronice. Wiedziałem, że przyjdziesz. Mam do ciebie wiele pytań, Harry Potterze.
- Na przykład? – warknął Harry, wciąż zaciskając pięści.
- Na przykład – odrzekł Riddle, uśmiechając się z wdziękiem – jak to się stało, że nie obdarzonemu szczególną czarodziejską mocą niemowlęciu udało się pokonać największego czarodzieja wszystkich czasów? W jaki sposób ocalałeś, z jedną zaledwie blizną, podczas gdy wielki Lord Voldemort utracił swą moc?
- Bo jesteś kretynem – powiedział George II.
W jego wygłodniałych oczach pojawił się dziwny czerwony blask.
- Dlaczego tak cię obchodzi, jak ocalałem? – zapytał powoli Harry – Voldemort był dawno po tobie.
- Voldemort – powiedział cicho Riddle – jest moją przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, Harry Pot-terze...
- Za chwilę wyjawi mi swoją godność – mruknął Harry.
Wyciągnął z kieszeni różdżkę Harry'ego i zaczął nią wywijać w powietrzu, wypisując świetliste litery:
TOM MARVOLO RIDDLE
Potem ponownie machnął różdżką, a litery pozmieniały miejsca:
I AM LORD VOLDEMORT
- Powinno być "ja jestem Voldek bez nosa" – odezwał się Ron. Parę osób parsknęło w swoje puchary.
- Widzisz? – wyszeptał – Tego nazwiska używałem już w Hogwarcie, oczywiście wobec moich najbardziej zaufanych przyjaciół. Myślisz, że będę wiecznie używać nazwiska mojego ojca, nędznego mugola? Ja, w którego żyłach płynie krew samego Salazara Slytherina poprzez linię mojej matki? Ja mam nosić nazwisko zwykłego plugawego mugola, który porzucił mnie, zanim się narodziłem, bo się dowiedział, że jego żona jest czarownicą?
- Tak, Voldemort jest półkrwi – powiedziała Hermiona – Opadła wam trochę szczęka, prawda? – spytała Hermiona Lucka i gangu fretki.
- Nie miał prawa krzywdzić moich córek! – warknęła Molly I – Jak go tylko znajdę zabije go własnymi rękami! – Hermiona przytuliła się mocno do mamy Molly, to samo zrobiła Ginny.
- Mamusiu uwielbiam, gdy mówisz do mnie córeczko albo córko – wyszeptała Hermiona, tuląc się do niej.
- Bo jesteś członkinią mojego rodu i twoje członkostwo jest u nas. Weasley'em jesteś na zawsze, jestem twoją mamą, a ty moją córką i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej, pani minister. Twoja biżuteria jak i moja jest rodem Weasley, więc ja i Ty może nie jesteśmy Weasley'ami z krwi i kości, ale jesteśmy z ducha. To się też was też tyczy, dziewczynki – zwróciła się do Fleur Angeliny, Nicole i Audrey.
- Tak, mamuś – stwierdziły Nicole, Fleur i Angelina.
Nie, Harry. Zaprojektowałem sobie nowe nazwisko i wiedziałem, że będą się je bali wymawiać wszyscy czarodzieje, kiedy stanę się największym czarownikiem na świecie! – Harry czuł się tak, jakby mózg zamienił mu się w mrożoną galaretkę. Wpatrywał się tępo w Riddle'a, chłopca z sierocińca, który dorósł, by zamordować rodziców Harry'ego i tylu innych...
- Ta dziewczyna – odezwała się Dolores, a głos ociekał słodyczą. Pokazała na Ginny – pójdzie siedzieć do Azkabanu – Siostry-wojowniczki i Zakon Braterstwa wyciągnęli różdżki i wycelowali w Umbridge.
- Teraz ładnie przeproś Ginny – wycedziły dwie wersje Lily I.
- Jak śmiesz! – warknęła Umbridge – Ja jestem sekretarzem ministerstwa!
- Masz na to pięć sekund – oznajmiła Daphne, ignorując jej słowa.
- 1... 2... 3... 4... 5 – wyliczała Astoria.
- Nasza ropucha nie przeprosiła naszej siostry, dziewczyny – odezwały się Flora i Hestia.
- Nie celujcie we mnie! – krzyknęła wściekła – Ja jestem sekretarzem ministerstwa! Knot, zrób coś!?
- Knot Ci nie pomoże, bo zaraz zsika się w spodnie – odparła Angelina – prawda Korneliuszu? Chyba że założyłeś pampersa.
- Jak śmiesz, smarkulo! – zawołał Knot.
- Nazywam się Angelina Weasley, jestem dla Ciebie i dla twojej kochanki jestem per "pani Weasley" i jestem członkinią rodu Weasley. Proszę mnie tak tytułować i nie jestem żadna smarkula! Poza tym mamusia i tatuś mogą to potwierdzić!
- Ta piękna czarnoskóra kobieta, to pani Weasley, a dokładnie to Angelina Weasley członkini rodu Weasley i proszę okazać szacunek dla naszej córki – odezwał się Artur miłym głosem, a ta przytuliła się do nich mocno, a Molly I pocałowała ją w czoło, wyrażając swoje macierzyńskie uczucia, jakie do niej żywiła, a ta się do niej wtuliła i westchnęła ze szczęścia.
- W tej chwili błagajcie nas o wybaczenie, że powiedzieliście takie rzeczy – rzekła Katie.
- Nie będę nikogo przepraszała, ja mam tytuł madame!
- Możesz być nawet ropuszą księżniczką – powiedziała Jessica.
- USPOKÓJCIE SIĘ WSZYSCY! – ryknął Dumbledore. O dziwo, wszyscy się uspokoili.
W końcu przełamał niemoc i powiedział z nienawiścią:
- Nie jesteś.
- Czym nie jestem? – prychnął Riddle.
- Nie jesteś największym czarownikiem na świecie – rzekł Harry, oddychając szybko – Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale największym czarodziejem na świecie jest Albus Dumbledore.
- Uzależnionego od dropsów – mruknęła pani Lupin, która siedziała na kolanach Remusa, a ten pocałował ją w policzek.
Każdy ci to powie. Nawet kiedy byłeś silny, nie próbowałeś opanować Hogwartu. Dumbledore przejrzał cię, kiedy byłeś w szkole i nadal go się boisz, gdziekolwiek się dzisiaj ukrywasz – Uśmiech spełzł z twarzy Riddle'a, ustępując plugawej wściekłości.
- Ależ mu powiedziałeś, Rogaś! – parskał śmiechem starszy Łapa – nadszarpnąłeś jego wybujane ego!
- Wystarczyło moje wspomnienie, żeby Dumbledore został usunięty z zamku – syknął.
- Nie odszedł na zawsze, jak ci się wydaje! – krzyknął Harry. Chciał zranić Riddle'a, chciał mu dopiec do żywego, choć sam już nie wierzył w to, co mówi. Riddle otworzył usta, lecz nagle zamarł. Skądś napłynęła muzyka.
- Co się dzieje! – krzyknęło większość ludzi na Sali.
Riddle obrócił się błyskawicznie, by spojrzeć na pustą komnatę. Muzyka rozbrzmiewała coraz głośniej. Była to dziwna, budząca dreszcze, nieziemska muzyka; Harry'emu włosy zjeżyły się na głowie, serce mu nabrzmiało, tłukąc się w piersi. I kiedy muzyka osiągnęła taką moc, że czuł ją pod żebrami, na szczycie najbliższego filaru buchnęły płomienie.
- Muzyka w podziemnej komnacie? – zapytała zdziwiona Audrey.
Pojawił się szkarłatny ptak wielkości łabędzia – to on wyśpiewywał tę dziwną melodię ku pogrążonemu w mroku sklepieniu. Miał połyskujący złoty ogon, długi jak ogon pawia, i złote szpony, w których trzymał jakiś łachman.
- To feniks! – krzyknęli w szoku uczniowie i dorośli.
W chwilę później ptak poszybował prosto ku Harry'emu. Upuścił szmatę u jego stóp, a potem usiadł ciężko na jego ramieniu. Kiedy złożył swoje wielkie skrzydła, Harry zerknął w górę i zobaczył, że ptak ma długi, ostry, złoty dziób i oczy jak czarne paciorki.
- To ten feniks dyrka! – zawołał Colin I – Jak mu było?
- Fawkes – odparł Harry.
Ptak przestał śpiewać. Siedział cicho, wpatrując się w Riddle'a. Harry czuł jego ciepło na policzku.
- To jest feniks... – powiedział Riddle, przyglądając mu się bystro.
- Fawkes? – szepnął Harry i poczuł, jak złote pazury ptaka zaciskają się delikatnie na jego ramieniu.
- On cię lubi. To słodkie, Harry – odezwała się Cho i zrobiła słodkie oczka.
- Cho, nigdy nie będę z tobą, pogódź się z tym wreszcie – powiedział Harry – a ty masz siedzieć – dodał do Ginny – i się nigdzie nie ruszać – i osłonił jej szyję, gdzie miała piętno naznaczenia i pocałował, a jego żona wydała z siebie głośne westchnienie zadowolenia.
- Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo Cię kocham Ginny – wyszeptał jej do ucha.
- Twój głos jest taki seksy – odparła podniecona i odetchnęła głęboko.
- A to... – rzekł Riddle, patrząc teraz na szmatę, którą Fawkes upuścił – to jest stara szkolna Tiara Przydziału – Tak było. Połatana, postrzępiona i wyświechtana, leżała u stóp Harry'ego.
- Tiara Przedziału? – zapytała zdziwiona Jessica.
- Zaraz zobaczysz siostrzyczko – stwierdził Harry.
Riddle wybuchnął śmiechem. Śmiał się tak głośno, że cała komnata dźwięczała tym śmiechem, jakby śmiało się z dziesięciu Riddle'ów naraz.
- A więc to Dumbledore przysyła swojemu obrońcy! Śpiewającego ptaka i stary kapelusz! Czujesz się dzielniejszy, Harry Potterze? Czujesz się teraz bezpieczniejszy?
- ZAMKNIJ SIĘ! STUL PYSK! – ryknęła Nicole.
Harry nie odpowiedział. Nie miał pojęcia, jaki może być pożytek z Fawkesa czy Tiary Przydziału, ale nie był już sam i z rosnącą otuchą w sercu czekał, aż Riddle przestanie się śmiać.
- Do rzeczy, Harry – powiedział Riddle, wciąż uśmiechnięty – Spotkaliśmy się dwukrotnie: w twojej przeszłości, w mojej przyszłości. I dwukrotnie nie udało mi się ciebie zabić. W jaki sposób przeżyłeś? Powiedz mi wszystko. Im dłużej rozmawiamy – dodał łagodnie – tym dłużej żyjesz.
- On mnie przeraża – mruknęła Padma.
Harry myślał gorączkowo, obliczając szansę. Riddle miał różdżkę. On, Harry, miał Fawkesa i Tiarę Przydziału. W pojedynku niewiele mogli mu pomóc. Jego sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. Im dłużej jednak Riddle mówił, tym więcej życia uchodziło z Ginny... a... sam Riddle... tak, Harry nagle to dostrzegł... kontury jego postaci robiły się coraz wyraźniejsze, coraz bardziej realne. Jeśli ma dojść do walki, lepiej żeby doszło do niej jak najprędzej.
- Moje dzieci – wyszeptały dwie wersje Lady Potter przerażonym głosem.
- Nikt nie wie, dlaczego utraciłeś swą moc, kiedy mnie zaatakowałeś – powiedział – Ja sam też tego nie wiem. Wiem jednak, dlaczego nie mogłeś mnie zabić. A nie mogłeś mnie zabić, bo moja matka oddała za mnie życie. Moja zwykła, urodzona w mugolskiej rodzinie matka – dodał, dygocąc z wściekłości – To ona powstrzymała cię od odebrania mi życia.
Dwie wersje Lily I zaczęły płakać i wtuliły się w swojego męża, a większość miała łzy w oczach.
A ja widziałem prawdziwego ciebie, zobaczyłem cię w ubiegłym roku. Jesteś wrakiem. Jesteś prawie trupem. Ukrywasz się w cudzej skórze. Jesteś szpetny, plugawy! – Twarz Riddle'a wykrzywił ohydny grymas, lecz po chwili zmusił się do strasznego uśmiechu.
- A więc to tak. Twoja matka umarła, aby cię ocalić. Tak, to jest potężne przeciwzaklęcie. Teraz rozumiem... W tobie nie ma nic szczególnego, Harry. Długo się nad tym zastanawiałem. Bo... widzisz, Harry, między nami jest dziwne podobieństwo. Nawet ty musiałeś to zauważyć. Obaj jesteśmy półkrwi czarodziejami, sierotami wychowanymi przez mugoli. Obaj znamy mowę wężów, chyba jako jedyni w dziejach Hogwartu od czasów samego wielkiego Slytherina. Nawet wyglądamy trochę podobnie...
- Harry jest przystojniejszy i seksowniejszy od ciebie, a ty jesteś skurwysynem! – krzyknęła Ginny.
I oto okazuje się, że uratował cię tylko szczęśliwy przypadek. To wszystko, co chciałem wiedzieć – Harry stał, cały napięty, czekając, aż Riddle uniesie różdżkę. Ale Riddle znowu uśmiechnął się szeroko – A teraz, Harry, udzielę ci małej lekcji. Niech zmierzy się moc Lorda Voldemorta, Dziedzica Salazara Slytherina, z mocą Harry'ego Pottera, wyposażonego w najlepszy oręż, na jaki było stać starego Dumbledore'a.
- Co on chce zrobić! – zawołała Carolina. Ginny wtuliła się w Harry'ego.
Rzucił rozbawione spojrzenie na Fawkesa i Tiarę Przydziału, po czym odszedł. Harry, czując strach paraliżujący mu nogi, patrzył, jak Riddle zatrzymuje się między wysokimi kolumnami i spogląda w kamienną twarz Slytherina, piętrzącą się nad nim w półmroku. Otworzył szeroko usta i zasyczał – lecz Harry zrozumiał, co mówi.
- Przemów do mnie, Slytherinie, największy z Czwórki Hogwartu.
- Czy on... – zaczęła Euphemia.
- Tak, babciu – odparł Harry – Zaraz wypuści bazyliszka.
- CO ZROBI!? – ryknęli rodzice, siostry i ich przyjaciele, patrząc na Harry’ego przerażonym wzrokiem.
- Wypuści bazyliszka – mruknęła Ginny, patrząc na nich ze łzami w oczach i wtuliła się Harry'ego.
- Oj zawiodłaś ich, Weasley już nie będziesz ich córeczką. Tylko nie będą mogli na Ciebie patrzeć, na taką zdradziecką sukę! – zadrwiła Cho – i Harry wróci do mnie!
- Zamknij się! – warknęła starsza wersja pani Potter – Jak śmiesz nazywać tak Ginny!
- Chang zaraz ci przypierdolę tak, że będziesz w Mungu leżeć na oiomie – wycedziły wściekłe córki Ginny, tak samo, jak jej rodzina i przyjaciółki.
- Nie wrócę do ciebie Chang – powiedział Harry – i nigdy nie będę z tobą. Powiem szczerze: Jesteś tylko pustą lalką, może się w tobie zabujałem, ale dawno mi już przeszło. Jestem z Ginny i ty nic z tym nie zrobisz. Ona ma obrączkę i kobiecy pierścień rodowy rodu Potterów i jest silna, piękna, mądra i potężna i szaleje za nią i mam z nią dzieci, więc odpuść sobie!
- SPOKÓJ! – ryknęła Minerwa.
Harry obrócił się, żeby spojrzeć na posąg; Fawkes zakołysał się na jego ramieniu. Kamienna twarz posągu drgnęła. Usta otwierały się coraz szerzej i szerzej, tworząc olbrzymią dziurę.
- NIE! – ryknęła Ginny – NIE CHCĘ TEGO DRUGI RAZ PRZEŻYWAĆ!!! TO WYŁĄCZNIE MOJA WINA!!! – i nagle osunęła się o ziemię.
- GINNY! – ryknęli Harry, bracia, siostry i rodzice.
- MAMUSIA/CIOCIA! – krzyknęli przerażonym głosem jej dzieci i jej przyjaciół.
- Ginny... ej... Ginny, obudź się – mówił Harry, próbował ją ocucić.
- Harry, pocałuj mnie – mruknęła cicho, a Harry spełnił jej prośbę.
- Co się stało? Ostatnio, co pamiętam, to zrobiło mi się ciemno przed oczami.
- Zemdlałaś – oznajmił James II.
Coś się kłębiło wewnątrz tych ust. Coś wyślizgiwało się z czarnej czeluści. Harry cofał się powoli, aż uderzył plecami w ścianę Komnaty, a kiedy zacisnął powieki, poczuł, że skrzydło Fawkesa muska mu policzek, jakby ptak zamierzał odlecieć. Miał ochotę zawołać: "Nie zostawiaj mnie!"... ale cóż za szansę ma feniks w walce z królem wężów?
- Jak ty to przeżyłeś? – spytał młodszy Remus.
- Słuchaj dalej, a się dowiesz.
Coś wielkiego spadło na kamienną posadzkę: Harry poczuł, jak zadrżała. Wiedział, co się dzieje, wyczuwał to, prawie widział olbrzymiego gada wysuwającego się z ust Slytherina. A potem usłyszał syk Riddle'a:
- Zabij go.
- NIE, MERLINIE! NIE! – ryczeli przyjaciele i rodzina Harry’ego.
Bazyliszek zbliżał się powoli. Harry słyszał złowrogi szelest łusek na zakurzonej posadzce. Zaczął uciekać na oślep, nie otwierając oczu, wyciągając przed siebie ręce jak ślepiec, macając nimi bezradnie. Riddle śmiał się przeraźliwie... Harry potknął się. Upadł na kamienną posadzkę i poczuł smak krwi.
- To się nie dzieje naprawdę! – krzyknęli rodzina i przyjaciele.
Wąż był już blisko, słyszał go, czuł. Gdzieś w górze, nieco na prawo od niego, rozległo się nagle donośne plaśnięcie i coś ciężkiego ugodziło Harry'ego z taką siłą, że rzuciło go na ścianę. Czekając na kły, które zatopią się w jego ciele, usłyszał rozwścieczony syk i głuchy łoskot cielska walącego raz po raz w kamienne filary. Nie mógł już dłużej wytrzymać. Rozchylił powieki na tyle, by rzucić okiem na to, co się dzieje.
- Braciszku! – zawołały Nicole i Jessica.
Olbrzymi, jadowicie zielony wąż, gruby jak pień dębu, sprężył pionowo górną część cielska, tak że jego wielki łeb kołysał się między kolumnami. Drżąc ze strachu, gotów natychmiast zacisnąć powieki, Harry dostrzegł wreszcie, co odciągnęło uwagę węża od niego. Nad potwornym łbem krążył Fawkes, a bazyliszek atakował go wściekle, usiłując dosięgnąć kłami długimi i ostrymi jak szable.
- Fawkes! – krzyknęło większość ludzi na Sali.
Fawkes zanurkował. Jego długi złoty dziób nagle zniknął, a po chwili na podłogę lunął strumień czarnej krwi. Ogon gada przeleciał ze świstem tuż obok Harry'ego, uderzając w posadzkę. Zanim zdążył zamknąć oczy, potwór zwrócił ku niemu łeb. Harry ujrzał, że wypukłe żółte oczy bazyliszka są przekłute przez feniksa; krew tryskała z nich na posadzkę, a wąż pluł jadem w bezsilnej wściekłości.
- Co robi ten feniks? – zapytała Lisa.
- Wydłubuje mu oczy, bym miał większe szanse – odparł Harry.
- Nie! – krzyknął Riddle – Zostaw ptaka! Zostaw ptaka! Za tobą jest chłopiec! Możesz go wyczuć węchem! Zabij go!
Oślepiony wąż zakołysał się, wciąż śmiertelnie groźny. Fawkes krążył nad jego łbem, wyśpiewując swoją dziwną pieśń i raz za razem zadając mu potężne ciosy złotym dziobem.
- Dajesz, Fawkes, pokaż mu! – krzyczeli większość na Sali.
- Pomocy, pomocy – bełkotał Harry nieprzytomnie – Niech mi ktoś pomoże... ktokolwiek! – Ogon węża ponownie omiótł posadzkę. Harry zrobił unik. Coś miękkiego uderzyło go w twarz. Bazyliszek zagarnął ogonem Tiarę Przydziału i przypadkowo cisnął ją w ramiona Harry'ego. Harry złapał ją. To wszystko, co mu pozostało, jego ostatnia szansa.
- To uratowało mi życie – mruknął Harry.
- Tiara Przydziału? – zapytała Astoria.
- Tak.
Włożył ją na głowę i rozpłaszczył się na podłodze, kiedy bazyliszek ponownie machnął ogonem. Pomóż mi...pomóż mi... błagał w myślach Harry, zaciskając powieki wewnątrz tiary. Pomóż mi! Nie usłyszał odpowiedzi, ale nagle tiara skurczyła się gwałtownie, jakby jakaś niewidzialna ręka ścisnęła ją z całej siły. Coś bardzo twardego i ciężkiego ugodziło go w głowę, prawie zwalając z nóg.
- Co takiego? – zapytały dziewczyny.
Widząc gwiazdy przed oczami, złapał koniec tiary, żeby ją ściągnąć z głowy, i wyczuł pod nią coś długiego i twardego. Spod tiary wyłonił się błyszczący srebrny miecz, z rękojeścią wysadzaną rubinami wielkości kurzych jajek.
Wszystkim opadły szczęki.
- Z Tiary Przydziału wyleciał miecz! – zawołał z niedowierzaniem Seamus.
- Ale super! – krzyknął Colin I.
- Zabij chłopca! Zostaw ptaka! Chłopiec jest za tobą! Węsz... wyczuj go węchem!
- SPIERDALAJ! – ryknęli dwie wersje Łapy, Rogacza oraz James II.
Harry stał już na rozkraczonych nogach, gotów do walki. Łeb bazyliszka opadał powoli, a potworne cielsko zwijało się w sploty. Widział olbrzymie, krwawiące oczodoły, widział rozwarty szeroko pysk, dość szeroki, by go połknąć w całości, widział rząd kłów długich jak jego miecz, cienkich, połyskujących, jadowitych... Łeb wystrzelił ku niemu na oślep. Harry cofnął się i uderzył plecami w ścianę.
- Harry/Tatuś/Wujek! – wołali bliscy Harry’ego.
Bazyliszek zaatakował po raz drugi, a rozwidlony język chlasnął Harry'ego w bok. Zacisnął mocno obie dłonie na rękojeści miecza i wzniósł go nad głowę. Łeb bazyliszka opadł ponownie i tym razem wycelował dobrze, lecz gdy paszcza rozwarła się tuż nad Harrym, ten wbił miecz po rękojeść w czarne podniebienie gada.
Wszystkim opadły szczęki. Patrzyli na Harry’ego wielkimi oczami i otwartą szczęką, nie mogąc wykrztusić słowa.
Ciepła posoka zalała mu ramiona. Poczuł ostry ból tuż nad łokciem. Jeden długi, jadowity kieł ugodził go w ramię i zagłębiał się w nie coraz bardziej, aż w końcu pękł, gdy bazyliszek szarpnął łbem i padł w drgawkach na kamienną posadzkę.
- Oooonnnn ppppoookkkonal bbbbazzzyliszka! – jąkało się większość ludzi na Sali.
Harry osunął się po ścianie. Chwycił kieł, który sączył w niego jad, i wyrwał go z ramienia.
- O nie, jad! – krzyknęły kobiety i dziewczyny przerażone, mając łzy w oczach.
- Jad bazyliszka szybko się rozprzestrzenia! – dodała Hermiona.
- Jak to uleczyłeś? – spytała Tracy.
- Zaraz będzie opisane – odpowiedział Harry.
Wiedział jednak, że jest już za późno. Po jego ciele rozchodził się powoli ostry, piekący ból. Upuścił kieł i patrzył, jak krew nasącza jego szaty, lecz widział wszystko jakby przez mgłę. Komnata rozpływała się w wirze mętnych barw.
- Niech ktoś mu pomoże! – krzyczały matki i babcie.
Zobaczył śmigającą koło siebie plamę czerwieni.
- Fawkes – powiedział ochrypłym szeptem – Byłeś wspaniały. Fawkes... – Poczuł, że ptak przyciska swoją cudowną głowę do miejsca, w które ugodził go wąż. Usłyszał odgłos szybkich kroków i zobaczył przed sobą jakiś cień.
- Jesteś już martwy, Harry Porterze – rozległ się nad nim głos Riddle'a – Martwy.
- Zaraz ty będziesz martwy, skurwielu! – warknął Harry.
Wie o tym nawet ptak Dumbledore'a. Wiesz, co on robi, Potter? Płacze – Harry zamrugał powiekami. Głowa feniksa pojawiała się i znikała z pola widzenia. Po jedwabistych piórach toczyły się perłowe łzy.
- Chwilą czy on Cię leczy? – spytała Daphne, a Harry uśmiechnął się tajemniczo.
- Będę tu siedział i patrzył na twoją śmierć, Harry. Mamy czas. Nigdzie się nie spieszę – Harry'ego ogarnęła senność. Wszystko wokoło zdawało się wirować – I tak kończy słynny Harry Potter – usłyszał odległy głos Riddle'a – Samotny w Komnacie Tajemnic, zapomniany przez przyjaciół, zwyciężony w końcu przez Czarnego Pana, którego tak nierozważnie wyzwał na pojedynek.
- Harry Potter ma przyjaciół, ma rodziców, ma siostry, braci oraz kochająca kobietę, którzy kochają go do granic obłędu i nigdy nie będzie sam! – krzyknęła Ginny zła, że on śmiał mówić takie rzeczy o Harrym.
Wkrótce wrócisz do swojej szlamowatej matki, Harry... Kupiła ci dwanaście lat pożyczonego życia... ale Lord Voldemort w końcu cię dopadł. Przecież wiedziałeś, że tak się musi stać.
- TY SKURWIELU! – ryknęły dzieci, wnuki, rodzice, mężczyźni i rodzina dwóch wersji Lady Potter – JAK ŚMIESZ JĄ TAK NAZYWAĆ MOJE MAMUSIE/BABCIE/SIOSTRY/CIOCIE/UKOCHANĄ/CÓRECZKĘ?!
‘Jeśli to jest umieranie’. Pomyślał Harry. ‘To wcale nie jest takie straszne. Nawet ból był już coraz słabszy...’ Ale czy to była śmierć? Komnata wcale nie rozpłynęła się w czerni, przeciwnie, widział ją coraz wyraźniej. Potrząsnął lekko głową i zobaczył Fawkesa, wciąż tulącego głowę do jego ramienia. Wokół rany jaśniała plama perłowych łez... tyle że... nie było żadnej rany...
- Fawkes uleczył Harry'ego/tatusia/wujka! – krzyknęło większość ludzi na Sali. Dolores zrobiła wściekłą minę, tak samo jak gang fretki i Lucek.
- Uciekaj, ptaku! – rozległ się nagle głos Riddle'a – Zostaw go! Powiedziałem, uciekaj! – Harry podniósł głowę. Riddle celował różdżką w Fawkesa; huknęło, jakby ktoś wystrzelił, i feniks wzleciał w powietrze jak złoto-szkarłatny wir – Łzy feniksa... – powiedział cicho Riddle, wpatrując się w ramię Harry'ego – Oczywiście... uzdrawiająca moc... zapomniałem... – Spojrzał Harry'emu w oczy – Ale to niczego nie zmienia, Harry. Właściwie... może nawet lepiej. Tylko ty i ja, Harry Porterze... ty i ja... – Uniósł różdżkę.
- SPIERDALAJ OD HARRY'EGO! – ryknęła wściekła Luna – NIKT NIE MA PRAWA PODNOSIĆ RÓŻDŻKI NA HARRY’EGO! – Harry podbiegł do Luny i ją mocno przytulił, a ta przytuliła się do niego mocno i poczuła się bezpiecznie w ramionach swojego brata i następnie pocałował ją w czoło. Pokazywał wszystkim jakie braterskie uczucia do niej żywił.
- Jeśli ktoś będzie mówił o mojej siostrzyczce Lunie, że jest pomyluną albo, że powinna się leczyć, to nie ręczę za siebie – powiedział z mocą stali do wszystkich – ZROZUMIANO, CZY MAM TO POWTÓRZYĆ! – gdy ryknął większość podskoczyło przestraszona – A Ciebie kocham Luna, jesteś moją siostrzyczką i będę się chronił, bo jestem twoim bratem, a ty moją siostrzyczką.
- Ja Ciebie też kocham, Harry. Jestem twoją siostrą, a ty moim bratem – odparła Luna z miłością w głosie, a ten znowu pocałował ją w czoło.
- Rolf opiekuj się moją siostrzyczką, a jeśli ją skrzywdzisz, to Cię rozszarpię, zrozumiałeś? – spytał Harry Rolfa.
- Tak, Harry zrozumiałem – odparł Rolf, a Harry kiwnął głową i usiadł na swoje miejsce. Wziął Ginny na kolana i się do niej przytulił, a następnie pocałował ją usta.
- Jaki ty jesteś potężnym i czarującym mężczyzną, a do tego tak słodko opiekujesz się swoimi siostrami – wyszeptała Ginny, całując go w policzek.
I znowu załopotały skrzydła feniksa i coś upadło Harry'emu na podołek. Dziennik. Przez ułamek sekundy obaj, Harry i Riddle, wpatrywali się w czarną książeczkę. Różdżka wciąż była wycelowana w Harry'ego. Potem, bez namysłu, bez wahania, jakby zamierzał to zrobić od dawna, Harry chwycił leżący obok niego kieł bazyliszka, uniósł rękę i z całej siły wbił go w czarny notes. Rozległ się długi, straszny, przeszywający krzyk. Z dziennika chlusnęły strumienie atramentu, zalewając Harry'emu dłonie, ściekając na podłogę. Riddle skręcał się, zwijał i miotał, wrzeszcząc przeraźliwie...
Ginny odsunęła się od Harry'ego, dysząc ciężko.
- ZDYCHAJ SKURWIELU POPIERDOLONY! – wrzasnęła na wspomnienie – ZDYCHAJ!! ZDYCHAJ!!! – Ginny puściły nerwy. Krzyczała, nie mogąc się opanować. Harry chwycił ją i mocno przytulił. Przez moment próbowała się wyrwać, ale w końcu się rozluźniła i wtuliła się w jego ciało płacząc, a ten głaskał jej włosy.
- Już dobrze, Ginny, jesteś już bezpieczna. Nie ma dziennika. Kocham Cię, Ginny.
- Harry ty mogłeś zginąć – szepnęła.
- Żyje Ginny i mam się dobrze – oznajmił Harry – Jesteś moją żoną i bardzo, ale to bardzo Cię kocham.
- Ale rodzice...
- Moimi rodzicami się nie przejmuj, teraz jesteś ty i ja – odparł Lord Potter, głaskając jej policzek, a ona pocałowała go namiętnie usta. Dziewczyny i kobiety zaczęły wzdychać nad szczęściem Ginny Potter.
- Lily oni muszą być razem – oznajmili dwie wersje Jamesa – Zobacz, jak Ginny patrzy na Harry'ego z taką miłością.
- Widzę, James – odparły dwie wersje Lily – ale Ginny pisała w tym dzienniku. I co mam z nią zrobić?
- Nie możesz ich rozdzielać, Lily – szeptał starszy James I, żeby tylko ona i ich młodsze wersje to usłyszały. Starsza Lily westchnęła i popatrzyła, jak jej syn patrzy na Ginny z taką miłością. Przytula ją tak, że nie mogłaby zrobić tego swojemu synowi. Nie może próbować ich rozdzielić.
- No, nie mogę, bo ja pokochałam ją, jak własną córkę. Jest członkiem naszego rodu Potter i nawet ten głupi dziennik tego nie zmienił, bo dalej kocham ją, jak córkę, James.
i nagle... Zniknął. Różdżka Harry'ego upadła z trzaskiem na posadzkę i zapadła cisza, przerywana tylko równomiernym kapaniem atramentu wciąż ściekającego z dziennika. Jad bazyliszka wypalił w nim skwierczącą dziurę. Dygocąc na całym ciele, Harry dźwignął się na nogi. W głowie mu wirowało, jakby odbył właśnie długą podróż po użyciu proszku Fiuu. Powoli sięgnął po swoją różdżkę i Tiarę Przydziału, a potem chwycił za rękojeść miecza i szarpnął mocno, wyciągając błyszczącą klingę z czarnego podniebienia bazyliszka. Wtedy usłyszał słaby jęk dochodzący z końca Komnaty. Ginny poruszyła się.
- Ginny się obudziła! – zawołało większość osób na sali szczęśliwa. Ginny widziała, jak jej matka pędem strusia biegła, a za nim Artur, ledwo za nią nadarzając, w nich stronę nim się Harry zorientował, jego druga mama przytuliła go mocno, płacząc do jego piersi, a Harry jęknął.
- Uratowałeś moją małą córeczkę – mówiła do niego, dalej miażdżąc go swoim uciskiem.
- Mamo! – jęknął Harry – Nie mogę oddychać!
- MOLLY PUŚĆ HARRY'EGO, BO GO UDUSISZ! – krzyknął Artur do żony, żeby się opamiętała. Molly nagle rozluźniła uchwyt, ale dalej go przytulała.
- To największy zaszczyt, że nazywasz mnie swoją mamą. Zresztą i tak do mnie mówisz per "Mamo", a ja, osobiście i najbardziej kocham, gdy mówisz do mnie per "mamusiu" – powiedziała pani Weasley, patrząc na niego miłością.
- Ja powiem więcej – oznajmił Artur – Teraz mówię do chłopaków: żaden z was nie jest godzien mojej córki, tylko jeden mężczyzna jest godzien Ginny. Ty Harry Jamesie Potterze, tylko ty mój synu jesteś godzien mojej córki – i go przytulił ze łzami w oczach.
- Tato – powiedział wzruszony Harry.
- Kochaneczku tak bardzo Cię kocham – oznajmiła pani Weasley i znowu go przytuliła.
- Mamusiu jesteście moimi rodzicami przecież – stwierdził Harry – ale nie możecie zapomnieć o Ronie i Hermionie, bo oni mi bardzo pomogli, więc trzeba im podziękować – i w jednej chwili Molly już nie było, gdyż teraz przytulała Hermionę i Rona.
- Hermiono, córeczko moja. Tak bardzo Cię kocham. Ron mój synku tak bardzo Cię kocham. Moje dzieci, moje piękne potężne dzieci, gdyby nie wy...
- Już dobrze, mamusiu – odparła Hermiona i przytuliła ją do siebie.
- - To największy zaszczyt, że nazywasz mnie swoją mamą. Zresztą i tak do mnie mówisz per "Mamo", a ja, osobiście i najbardziej kocham, gdy mówisz do mnie per "mamusiu" – powiedziała pani Weasley, patrząc na nią z miłością.
- Bo jestem twoją córeczką, mamuś – powiedziała młodsza pani Weasley, całując ją w policzek – a ty jesteś moją mamusią i jesteśmy Weasley'ami, nie z krwi tylko z ducha i mamy biżuterię rodu Weasley'ów i pierścienie rodowe, których nie możemy na szczęście zdjąć, więc nie mamy innego wyjścia. Musimy się kochać, mamusiu jak matka z córką, z czego osobiście jestem bardzo zadowolona i szczęśliwa – i uśmiechnęła się szeroko i promienne do Molly I, a ona odpowiedziała tym samym.
- Ja też jestem tego samego zdania, co ty, córciu – rzekła Lady Weasley – Ron, kocham Cię, synku – zwróciła się do najmłodszego syna i go przytuliła mocno – ty i Harry jesteście braćmi.
Harry podbiegł do niej, a ona usiadła. Otworzyła szeroko oczy i spojrzała na martwego bazyliszka, na Harry'ego w zakrwawionej szacie, potem na dziennik, który trzymał w ręku. Westchnęła głęboko i łzy zaczęły spływać jej po policzkach.
- Harry... och, Harry... próbowałam ci powiedzieć na ś-śniadaniu, ale n-nie mogłam tego zrobić przy Percym. Tak, to ja, Harry... ale... p-przysięgam, ja tego nie chciałam... to R-Riddle mnie do tego z-zmusił, on mnie opętał... i... jak ci się udało zabić to... to coś? G-gdzie jest Riddle? Ostatnie, co p-pamiętam, to jak wychodził z dziennika i...
- Ciiiśś... już po wszystkim – powiedział Harry do Ginny a Ginnyz desperacją się w niego wtuliła.
- Uspokój się, już po wszystkim – powiedział Harry, podnosząc dziennik i pokazując jej dziurę – Nie ma już Riddle'a. Popatrz! Jego i bazyliszka. Chodź, Ginny, musimy się stąd wydostać...
- Na pewno mnie wyrzucą! – zaszlochała Ginny, kiedy Harry pomógł jej stanąć na nogach – Tak marzyłam o Hogwarcie, odkąd wrócił z niego B-Bill, a t-teraz mnie wyrzucą i... c-co powiedzą rodzice?
- Jakoś nikt Cię nie wyrzucił! – prychnęła Cho – gdyby Cię wyrzucili, wtedy Harry byłby mój!
- Pójdziesz do Azkabanu! – warknęła Umbridge. Za ten komentarz dostała zaklęciami i zapiszczała z bólu.
Fawkes czekał na nich w wejściu do Komnaty. Przeszli koło martwych splotów bazyliszka, między dwoma rzędami wężowych kolumn i wrócili do mrocznego tunelu. Kamienne drzwi zasunęły się za nimi z cichym sykiem. Po kilku minutach wędrówki ciemnym tunelem Harry usłyszał odległy chrobot kamieni.
- Ron! – zawołał, przyspieszając kroku – Ginny żyje! Mam ją tutaj!
Ginny rzuciła się na szyję Rona i go przytuliła. Jej bracia przyłączyli się do brata i także go przytulili, nawet Percy. Gdy skończyli, zaczęli tulić Harry’ego.
Dobiegł go przytłumiony okrzyk radości Rona, a kiedy minęli następny zakręt korytarza, zobaczyli jego rozradowaną twarz wyglądającą przez dziurę, którą udało mu się wygrzebać w gruzowisku.
- Ginny! – Ron wyciągnął ręce przez dziurę, żeby wciągnąć ją pierwszą – Żyjesz! Nie mogę w to uwierzyć! Co się stało? – Chciał ją przytulić, ale Ginny odepchnęła go lekko, łkając – No, ale żyjesz i jesteś zdrowa – powiedział Ron, uśmiechając się do niej – Już po wszystkim, już... A skąd się wziął ten ptak? – Przez dziurę przeleciał Fawkes.
- To ptak Dumbledore'a – powiedział Harry, przełażąc do nich.
- I skąd masz ten miecz? – zdumiał się Ron, gapiąc się na błyszczący oręż w ręku Harry'ego.
- Z zajebistej czapki! – krzyknął Antoine.
- Wyjaśnię ci, kiedy stąd wyjdziemy – odrzekł Harry, zerkając z ukosa na Ginny.
- Ale...
- Później – uciął Harry. W obecności Ginny nie bardzo chciał mówić, kto otworzył Komnatę – Gdzie jest Lockhart?
- Tam, z tyłu – rzekł Ron, szczerząc zęby i wskazując głową w kierunku, z którego tu przyszli – Nie jest w najlepszym stanie. Zresztą sam zobaczysz.
- Chcę to zobaczyć! – krzyknęły dwie wersje Łapy.
Prowadzeni przez feniksa, którego szerokie szkarłatne skrzydła promieniowały złotą poświatą, wrócili do wylotu rury. Siedział tam Gilderoy Lockhart, nucąc coś pod nosem.
- Stracił pamięć – wyjaśnił Ron – Jego Zaklęcie Zapomnienia zadziałało do tyłu. No, wiesz, korzystał z mojej różdżki... Walnęło w niego, zamiast w nas. Nie ma pojęcia, kim jest, gdzie jest i kim my jesteśmy. Powiedziałem mu, żeby tutaj poczekał. Może sobie zrobić krzywdę.
- Tak! – krzyknęli Łapa, Rogacz, Lunatyk w dwóch wersjach oraz Frank I.
Lockhart spojrzał na nich dobrodusznie.
- Witajcie – powiedział – To dziwne miejsce, prawda? Mieszkacie tutaj?
- Ty tu mieszkasz – stwierdził Fred II.
- Nie – odrzekł Ron, patrząc na Harry'ego i podnosząc brwi. Harry pochylił się i zajrzał w czeluść rury.
- Zastanawiałeś się, w jaki sposób wrócimy na górę? – zapytał Rona. Ron pokręcił głową, ale feniks Fawkes przemknął obok Harry'ego i unosił się teraz przed nimi; jego paciorkowate oczy migotały w ciemności. Nastroszył długie złote pióra w ogonie. Harry przyglądał mu się niepewnie.
- Chce on was wziąć na przejażdżkę lotną! – zawołała Emilly.
- Sprawia wrażenie, jakby chciał, żebyś go schwycił za ogon... – powiedział Ron z zakłopotaną miną – Ale przecież jesteś za ciężki, żeby taki ptak cię uciągnął.
- Fawkes – rzekł Harry – nie jest zwykłym ptakiem – Odwrócił się szybko do pozostałych – Każdy niech złapie mocno drugiego. Ginny, złap Rona za rękę. Profesorze Lockhart...
- Mówi do ciebie – powiedział ostro Ron do Lockharta.
Większość ludzi parsknęła śmiechem.
- Proszę chwycić drugą rękę Ginny – Harry włożył za pas miecz i Tiarę Przydziału, Ron uchwycił się jego szaty na plecach, a Harry wyciągnął rękę i zacisnął dłoń na dziwnie gorących piórach tworzących ogon Feniksa. Nagle poczuł się dziwnie lekki, a w następnej sekundzie świsnęło i wszyscy czworo pomknęli w górę czarnym tunelem rury. Harry słyszał gdzieś pod sobą stłumione okrzyki Lockharta: "Zdumiewające! Po prostu jak czary!"
- Zamknij się! – warknęło większość osób na Sali.
Zimne powietrze targało mu włosy i zanim zdążył nacieszyć się tą niesamowitą jazdą, już się skończyła – wszyscy czworo powypadali na mokrą podłogę łazienki Jęczącej Marty, a kiedy Lockhart prostował swoją tiarę, umywalka ukrywająca wylot rury zasuwała się już na swoje miejsce. Marta zachichotała na ich widok.
- Żyjesz – bąknęła do Harry'ego.
- Nie widzę powodu do rozczarowania – odpowiedział ponuro, wycierając plamy krwi i śluzu z okularów.
- Och... Ja tylko... tak sobie myślałam... że jeśli umrzesz, to... będziesz mile widziany w mojej toalecie – powiedziała Marta, rumieniąc się na srebrno.
Ginny prychnęła.
- Uau! – ucieszył się Ron, kiedy opuścili łazienkę i znaleźli się w ciemnym, opustoszałym korytarzu – Harry! Coś mi się wydaje, że Marta się w tobie zakochała! Ginny, masz rywalkę! – Ale po policzkach Ginny wciąż spływały strumienie łez – Gdzie teraz? – zapytał Ron, patrząc z niepokojem na Harry'ego. Harry wskazał ręką. Fawkes ich prowadził, rozjaśniając korytarz złotym blaskiem. Poszli za nim, a w chwilę później znaleźli się przed gabinetem profesor McGonagall. Harry zapukał i otworzył drzwi.
- Koniec rozdziału – oznajmił Draco trochę zły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz