- Teraz ja chcę czytać – powiedziała Hanna.
- Proszę, ciociu! – uśmiechnęła się Hope.
Rozdział ósmy
Ucieczka Grubej Damy
Obrona Przed Czarną Magią stała się najbardziej
ulubionym przedmiotem prawie wszystkich uczniów trzeciej klasy. Prawie wszystkich,
bo Draco Malfoy i jego banda korzystali z każdej okazji, by kpić sobie z
profesora Lupina.
- A nie jakże inaczej – prychnął Scorpius.
- Zobaczcie, w czym on chodzi – mówił Malfoy
teatralnym szeptem, kiedy mijał ich profesor Lupin – Ubiera się jak nasz domowy
skrzat.
- Weź zrób coś z tymi włosami, bo ciebie chyba
fretka ulizała! – odparował George II.
Poza grupką Ślizgonów nikt jednak nie przejmował
się tym, że szaty profesora Lupina są połatane i wystrzępione. Jego kolejne
lekcje były równie ciekawe jak pierwsza. Po boginach zapoznali się z czerwonymi
kapturkami, małymi, podobnymi do goblinów stworzeniami, które zwabia świeża
krew i które czają się w lochach zamków i na opustoszałych polach bitew, gotowe
zdzielić pałką każdego, kto się tam zabłąkał.
- I to jest prawdziwy nauczyciel – stwierdziła
Mary – Prawda Sevuś?
- Nie mów do mnie Sevuś! – warknął – Snape.
- A nie, przepraszam jesteś teraz światowym
modelem, który uwielbia się przebierać w babcine ciuszki! – zadrwiła Mary.
Większość ludzi parsknęła śmiechem.
- McDonald ja cię zabije! – wycedził starszy
Severus.
Po czerwonych kapturkach nauczyli się walczyć z
wodnikami kappa, istotami podobnymi do pokrytych rybią łuską małp, które
wyciągały płetwiaste łapy, by udusić nieostrożnego wędrowca brodzącego przez
leśne sadzawki. Harry mógł tylko marzyć o tym, aby i inne przedmioty były
równie ciekawe i przyjemne. Najgorsze były eliksiry. Snape zrobił się wyjątkowo
złośliwy i surowy, a powód wszyscy dobrze znali.
- Powinieneś odejść Severusie – powiedziała
młodsza Lily.
Opowieść o upiorze, który przybrał jego postać w stroju
babci Neville'a, błyskawicznie obiegła całą szkołę. Okazało się, że Snape nie
dostrzegł w tym nic śmiesznego. W jego oczach pobłyskiwała nienawiść, kiedy
tylko ktoś wspomniał profesora Lupina, a Neville'a dręczył jeszcze bardziej niż
zwykle.
Augusta patrzyła na profesorka jadowitym wzrokiem.
Harry'ego przerażały też coraz bardziej godziny
spędzane w dusznym pokoju na szczycie Wieży Północnej na odczytywaniu znaczenia
powikłanych kształtów i symboli, podczas których wielkie oczy pani Trelawney
niezmiennie zachodziły łzami, gdy tylko na niego spojrzała. Nie mógł jej
polubić, choć w większości uczniów – a zwłaszcza uczennic – budziła szacunek
graniczący z czcią.
- Zwłaszcza Parvati i Lavender – skrzywiła się
Hermiona.
Parvati Patil i Lavender Brown odwiedzały ją na
wieży podczas przerwy na drugie śniadanie i zawsze wracały stamtąd z takimi
minami, jakby dowiedziały się mnóstwa rzeczy, o których nikt inny nie ma
pojęcia.
- Podzielicie się tym towarem? – spytał Fred II.
- Takim towarem? – zapytała Parvati.
- Nie wiem. Maryśka? – wzruszył ramionami Fred II.
Kiedy zwracały się do Harry'ego, mówiły szeptem,
jakby już leżał na łożu śmierci.
- Ja tam leżę w łożu z Ginny – wyszczerzył się
Harry, a Ginny zarumieniła się mocno.
- Nie chciałem tego słyszeć! – krzyknęli bracia i
synowie Harry'ego i Ginny.
Nikt nie lubił Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami.
- To za dużo słowo, że nikt nie lubił, Hagridzie!
– zawołała szybko Hermiona, bo ten miał łzy w oczach.
- Mów za siebie – powiedziała Lavender.
Po pierwszej dość dramatycznej lekcji następne
okazały się wyjątkowo nudne. Hagrid wyraźnie utracił wiarę w siebie. Na jego
lekcjach uczyli się teraz wyłącznie opieki nad gumochłonami, które były chyba
najnudniejszymi magicznymi stworzeniami na świecie.
- To był ciężki czas! – jęknął Seamus.
- A niby po co w ogóle opiekować się nimi? –
zapytał Ron po kolejnej godzinie spędzonej na wpychaniu gumochłonom posiekanej
sałaty do oślizgłych gardeł. Na początku października Harry zajął się jednak
czymś, co wynagradzało mu nudę i mękę znoszenia tych nieprzyjemnych
przedmiotów. Zbliżał się sezon quidditcha i w pewien czwartek Oliver Wood,
kapitan drużyny Gryfonów,
Oliver wypiął dumnie pierś.
- Tatuś – uśmiechnęła się Samanta.
zwołał zebranie, by przedyskutować taktykę gry w
nowym sezonie. Drużyna quidditcha składa się z siedmiu graczy: trzech
Ścigających, których zadaniem było zdobywanie punktów przez przerzucanie kafla
(czerwonej kuli wielkości piłki futbolowej) przez jedną z obręczy przeciwnika
na końcu boiska;
Angelina, Katie i Alicja przybiły piątkę.
dwóch Pałkarzy z grubymi pałkami do odbijania
tłuczków (dwóch ciężkich czarnych kuł szybujących w powietrzu i atakujących
graczy);
Fred i George przybili sobie piątkę.
Obrońcy i Szukającego, który ma najtrudniejsze
zadanie, polegające na schwytaniu złotego znicza, maleńkiej, skrzydlatej piłki
wielkości orzecha włoskiego, co kończyło mecz i zapewniało drużynie tego
Szukającego dodatkowe sto pięćdziesiąt punktów.
- Jesteś równie dobrym Szukającym jak jesteś
świetny w łóżku i umiesz mnie zadowolić – wyszeptała erotycznym głosem
piegowata pani Potter.
- Dziękuję. Staram się wykonywać dobrze swoje
obowiązki – oznajmił Harry do ucha i pocałował ją w szyję, a ta westchnęła
zadowolonym głosem.
Oliver Wood był krzepkim siedemnastolatkiem,
uczniem siódmej i ostatniej klasy w Hogwarcie. Gdy przemawiał do sześciu
zawodników swej drużyny w zimnej przebieralni na końcu ginącego w gęstniejącym
mroku boiska do quidditcha, w jego głosie pobrzmiewał desperacki ton.
Katie uśmiechnęła się i wlazła Oliverowi na
kolana, a ten popatrzył na nią szoku.
- Co? – spytała niewinnym głosem.
- Pięknie wyglądasz, Katie. Pozwól mi pocałować te
twoje piękne usta – powiedział Oliver i pocałował ją w usta. Najpierw była w
szoku, a później westchnęła i całowała go z pasją.
- Awwwww! – zawołały kobiety i dziewczyny
wzruszone.
- Nasz mały Oliverek stał się mężczyzną! –
wzruszyli się Fred i George oraz Lee wycierając niewidzialne łzy wzruszenia.
- Nasza mała Katie stała się kobietą – dodały
Angelina oraz Alicja wzruszone.
- Proszę państwa, Oliver Wood całuje się z Katie
Bell! Czy to się skończy ślubem? – zapytał się Lee – Co sądzisz, Harry? Czy to
się skończy ślubem?
- Eeeeee...!
- Ja myślę, że to się skończy ślubem – stwierdził
Jared – bo oni pasują do siebie. Tak mi powiedziało wewnętrzne oko.
- Wewnętrzne oko powiedziało mi co Jared
powiedział – oznajmił Ron Katie i Oliver oderwali się od siebie i zarumienili
się.
- Siedź – rozkazał Oliver, kiedy Katie chciała
wstać i posadził ją powrotem na swoje kolana i pocałował ją w czoło.
- Dobrze, Oli – westchnęła zadowolonym głosem,
wtulając się w niego jeszcze bardziej.
- To nasza ostatnia szansa... moja ostatnia
szansa... aby zdobyć Puchar Quidditcha – mówił, chodząc przed nimi tam i z
powrotem – Pod koniec roku odchodzę. Już nie będę miał na to wpływu. Gryffindor
nie zdobył pucharu od siedmiu lat. Tak, wiem, mieliśmy bardzo parszywe
szczęście... kontuzje... potem odwołanie rozgrywek w ubiegłym roku... – Wood
przełknął ślinę, jakby te wspomnienia przeszkadzały mu w gardle jak bolesny
wrzód.
Katie pocałowała go w policzek.
- Ale wiem również, że mamy najlepszą... najostrzejszą...
drużynę... w szkole – powiedział, akcentując każde słowo i po każdym uderzając
pięścią w dłoń, a oczy płonęły mu chorobliwym blaskiem – Mamy trzech
wyśmienitych Ścigających.
- Pani Weasley, pani Jordan i pani Wood –
powiedział Oliver – Katie, czy zostaniesz moją dziewczyną? – ale ta nic nie
odpowiedziała, tylko go pocałowała w usta, a później się oderwała i mruknęła:
- Tak, panie Wood – i pokazała na policzek, a ten
pocałował ją w policzek i znowu westchnęła zadowolonym głosem,.
- Awwwww! – krzyknęły dziewczyny i kobiety, a
Samanta przytuliła ich do siebie.
Wskazał na Alicję Spinnet, Angelinę Johnson i
Katie Bell.
- Mamy dwóch Pałkarzy nie do pokonania.
- Oh przestań Oliver, czujemy się głupio –
powiedzieli razem Lordowie Weasley, czując rumieńce na policzkach.
- Przestań, Oliver, czujemy się głupio –
powiedzieli równocześnie Fred i George Weasley'owie, udając zawstydzonych.
- I mamy Szukającego, który jeszcze nigdy nas nie
zawiódł! – zagrzmiał Wood, patrząc na Harry'ego z dziką dumą.
- To mój chrześniak! – zawołali obie wersje Łapy.
- No i mnie – dodał jakby po namyśle.
- Uważamy, że ty też jesteś bardzo dobry, Oliver –
powiedział George.
- Super Obrońca – dodał Fred.
- Myślę, że masz zajebisty sześciopak – mruknęła
Katie.
- Pokazać Ci? – spytał Oliver.
- Panie Wood! – skarciła jego zachowanie Minerwa.
- Rzecz w tym – ciągnął Wood, zaczynając znowu
chodzić tam i z powrotem – że na Pucharze Quidditcha już od dwóch lat powinna
być plakietka z nazwą naszej drużyny. Kiedy Harry do nas dołączył, byłem pewny,
że mamy to jak w banku. Ale się nie udało i w tym roku stajemy przed ostatnią
szansą... – W głosie Wooda pobrzmiewało takie zniechęcenie, że nawet Fred i
George spojrzeli na niego ze współczuciem.
- Nie martw się, kochanie, ten rok będzie nasz –
powiedziała przyszła pani Wood.
- Nie martw się, to jest nasz rok – rzekł Fred.
- Dokonamy tego! – powiedziała Angelina.
- Na pewno – dodał Harry. Tak więc drużyna zaczęła
ostro trenować trzy razy w tygodniu. Pogoda pogarszała się z każdym dniem,
wieczory były coraz ciemniejsze, ale Harry'emu ani błoto, ani wiatr czy deszcz
nie były w stanie zaćmić wizji zdobycia srebrnego Pucharu Quidditcha.
- Rogacz miał to samo – stwierdził starszy Łapa.
Pewnego wieczoru Harry wrócił po treningu do
wspólnego pokoju Gryffindoru zziębnięty i ledwo żywy, ale zadowolony. W pokoju
wrzało jak w ulu.
- Co się stało? – zapytał Rona i Hermionę, którzy
siedzieli w najlepszych fotelach przy kominku i uzupełniali jakieś mapy gwiazd
na Astronomię.
Dwie wersje Łapy, Regulusa, Narcyzy i Andromedy wymieniły
spojrzenia.
- Pierwszy weekend w Hogsmeade – odpowiedział Ron,
wskazując na kartkę wywieszoną na starej, podniszczonej tablicy ogłoszeń –
Koniec października. Noc Duchów.
- Ekstra – powiedział Fred, który przelazł za
Harrym przez dziurę w portrecie – Muszę odwiedzić sklep Żonka, kończą mi się
cuchnące gałki.
Harry westchnął.
- Nie przejmuj się, kochaneczku – powiedzieli Fred
i George i puścili mu oczko.
Harry padł na fotel obok Rona, czując, że dobre
samopoczucie ulatuje z niego jak powietrze z dziurawej dętki. Hermiona jakby
czytała w jego myślach.
- Harry, jestem pewna, że następnym razem będziesz
mógł – powiedziała – Wkrótce złapią Blacka, już go przecież widzieli.
- Wujku ja... – zaczęła łzami w oczach, a ten ją
przytulił.
- Ćśśsiii... już dobrze, kochanie – odparł starszy
Łapa i pocałował ją w czoło, a ta wtuliła się w niego.
- Black pójdzie na pocałunek! – krzyknęła
Umbridge.
- Odwal się od mojego tatusia, ty niemyta ropucho!
– warknęły Daphne, Astoria i Cassie i rzuciły zaklęcie i Umbridge. Zajęczała z
bólu.
- USPOKÓJCIE SIĘ! – ryknęli nauczyciele.
- Jestem pod wrażeniem waszych zaklęć,
dziewczynki. Cioteczka jest dumna – oznajmiła starsza Amelia.
- To wszystko dzięki temu przystojniakowi, ciociu.
On nas nauczył – oznajmiła Daphne, wskazując na Harry'ego.
- Wiem, że jesteś potężnym czarodziejem Harry
Potterze.
- Dzięki, staram się, mad...
- A-a-a-a-a! Dla ciebie i twoich przyjaciół jestem
ciocia Amelia – oznajmiła madame Bones, a później zwróciła się Ropuchy –
Syriusz nigdzie nie pójdzie, tylko zostanie ze swoją żoną i dziećmi. Prawda,
panie ministrze? A, uspokój swoją kochankę, bo strasznie hałasuje – Umbridge
pluła jadem.
- Amelia! - pogroził jej palcem Kingsley, a ta
pocałowała go w policzek. Kingsley wyszczerzył się głupkowato.
- Black nie jest taki głupi, żeby próbować swoich
sztuczek w Hogsmeade – rzekł Ron.
Ron popatrzył na Syriusza z przepraszającym
wyrazem twarzy.
- Zapytaj McGonagall, może ci tym razem pozwoli.
Harry, następny raz może być nie wiadomo, kiedy...
- Ron! – fuknęła Hermiona – Harry musi zostać w
szkole...
- Będzie jedynym z trzeciej klasy, który zostanie.
Poproś McGonagall, Harry, naprawdę...
- Taak, chyba to zrobię – powiedział Harry, w
którym odżyła nadzieja. Hermiona otworzyła usta, aby wyrazić sprzeciw, ale w
tej samej chwili Krzywołap wskoczył jej na kolana. Z pyska zwieszał mu się
wielki martwy pająk.
Dziewczyny pisnęły.
- Czy on musi to jeść przy nas? – zawołał Ron,
krzywiąc się z obrzydzenia.
- Mądry Krzywołapek, sam go upolowałeś? – zapytała
Hermiona. Krzywołap żuł powoli pająka, utkwiwszy niewinne spojrzenie w Ronie.
- Tak, to była miłość od pierwszego wejrzenia! –
parsknął śmiechem Harry.
- Tylko nad nim panuj, dobra? – warknął Ron,
pochylając się nad swoją mapą nieba – W mojej torbie śpi Parszywek.
Niektórzy zaczęli warczeć.
Harry ziewnął. Bardzo mu się chciało spać, ale
musiał uzupełnić swoją mapę nieba. Przyciągnął do siebie torbę, wyjął pergamin,
atrament i pióro i zabrał się do pracy – Możesz odpisać z mojej, jak chcesz –
powiedział Ron, wpisując nazwę ostatniej gwiazdy i podsuwając Harry'emu swoją
mapę. Hermiona, która była przeciwna ściąganiu, wydęła wargi, ale nic nie
powiedziała.
Ron pogłaskał ręką jej policzek, a ta westchnęła.
- Kocham cię, moja bogini, nawet nie wiesz jak
bardzo – i pocałował ją w policzek.
- Uwielbiam twój dotyk na moim policzku – mruknęła
zadowolonym głosem.
Krzywołap wciąż wpatrywał się w Rona, poruszając
nerwowo końcem ogona. A potem, bez żadnego ostrzeżenia, zaatakował – PSIK! –
wrzasnął Ron, chwytając za torbę, w którą Krzywołap wbił wszystkie cztery
komplety pazurów i zaczął ją wściekle szarpać – PUSZCZAJ, GŁUPI BYDLAKU!
- Jestem wściekły na siebie – mruknął Ron.
Krzywołap nie puszczał, prychając głośno i
wymachując wściekle przednią łapą.
- Ron, zrobisz mu krzywdę! – krzyknęła Hermiona.
- A co w tym chodzi? – zastanawiała się Padma.
- Dowiesz się – odparła Hermiona.
Teraz wszyscy przyglądali się tej scenie: Ron
wywijał torbą wokół siebie, Krzywołap zażarcie się jej trzymał, rozrywając ją
na strzępy, a Parszywek... Parszywek wyleciał nagle przez otwór i...
- ŁAPCIE TEGO KOTA! – zawył Ron, kiedy Krzywołap
puścił resztki torby, przeskoczył przez stół i ruszył w pogoń za przerażonym
Parszywkiem. George Weasley rzucił się na Krzywołapa, ale go nie złapał,
Parszywek zręcznie wyminął dwadzieścia par nóg i wpadł pod starą komodę.
Krzywołap wyhamował tuż przed komodą, rozpłaszczył się na podłodze, wsunął pod
komodę przednie łapy i zaczął nimi na oślep wściekle atakować.
- Zabij go! – warknął Ron.
- Znamy prawdę – powiedział Harry.
- Jaką prawdę? – spytała Lisa.
- Całą prawdę – oznajmiła Hermiona.
- Dowiecie się wszystkiego na końcu książki –
stwierdziła Ginny i wzięła rękę Harry'ego i przyłożyła do policzka, a ten ją
pogłaskał, a ta westchnęła zadowolonym głosem.
- To nic nie zmienia. Większość z was będzie miała
sprawy w ministerstwie! – warknęła Umbridge – I pójdziecie do Azkabanu! – James
II, Fred II, George II, Teddy, Hugo i Louis wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się
z szyderczo do Umbridge. Wyczarowali instrumenty. James II i Teddy gitary
elektryczne Fred perkusja George II wziął mikrofon, Louis bas, a Hugo keyboard
i zaczęli grać.
(George II)
Na trawniku, ale przy śmietniku
Leży ropucha z ministerstwa ...
Piękne usta, ładny brzuszek, krągłe udka...
O Merlinie i gały ma jak ja!
Sala ryknęła śmiechem. Większość z nich leżała na
podłodze, śmiejąc się wniebogłosy. Umbridge zrobiła się czerwona.
Myślę sobie... Jesteś słaba i w płacz! I w płacz!
A w myślach skończ się mazać, reanimuj płaza, a
przy nim bądź...
Sala ponownie wybuchła śmiechem.
- Oni są genialni! - zawołały Amelie Bones ze
śmiechu.
A przy nim bądź!
I dmucham "usta-usta", ropucha pełna-pusta, trzeba dąć...
Trzeba dąć!
- Twój syn jest genialny! – śmiał się Regulus do
Remusa i Freda.
- Jestem taki dumny!
(Louis)
AJEEEE! UUU! AJEEE!
- Co oni jeszcze powymyślali! – śmiała się Popp.
(James II)
Jestem ropucha, ale z ministerstwa,
wypoczywam, ale nagle coś dopadło mnie...
Jakiś frajer się nachyla, to gwałt...
To gwałt!
- To jest genialnie! – śmiała się Minerwa.
A w myślach, chodź, Kordku,
dmuchaj po troszeczku, przy mnie bądź...
- Nie mogę! – krzyczeli ze śmiechu większość ludzi
na sali. Knot zrobił się wściekł.
A przy mnie bądź!
A teraz chodź tu do mnie i rozepnij spodnie, przestań dąć...
No przestań dąć!
Umbridge była na maksa wkurwiona, tak samo jak
Knot.
- JAK ŚMIECIE!
- Och, zamknij się! – warknął Filius i przykleił
jej taśmę na usta.
(George II)
Leż, zaufaj mi, bo wiesz, pomogę Ci, jak chcesz,
pokocham, kiedy Ty,
W tę księżniczkę zmienisz się!
- Rogacz oni są lepsi od nas! – krzyczał Łapa,
leżąc na podłodze.
(James II)
Czy Cię pogięło...
Spójrz chłopie w gały me!
Zastanów się...
- Weatherby twoi bratankowie i siostrzeniec są genialni!
– śmiała się Penelopa i odrzuciła włosy do tyłu.
No zastanów się, i:
Słuchaj stary, to nie żadne czary,
Jam jest płaz,
Zwykły płaz!
- To nie jest zwykły płaz, to różowa landrynka – powiedział ze śmiechu
Harry.
A teraz, gdzie mnie bierzesz,
Co oznaczają te talerze...
Zostaw mnie...
Zostaw mnie!
Nie, nie!
(Louis)
AJEEEE! UUU! AJEEE!
- Chłopaki byliście genialni! – krzyczeli
większość ludzi na sali.
- To było megamocne! – zawołał Lee.
- To mój synek! – krzyknęli ich ojcowie dumni.
- To moi wnukowie! – zawołali ich dziadkowie.
- To moi prawnukowie! – śmiali się ich
pradziadkowie.
- I co, Ropucho, podobało Ci się? – spytał Teddy.
- Ten tekst jest głupi, że aż genialny! – śmiała
się Hermiona. Matki wtuliły się w swoich synów, a synowie odgarnęli ich długie
włosy z czoła i pocałowały ich w czoło, a te wtuliły się w swoich synów jeszcze
bardziej. Byli megawysocy nawet, gdy ich matki były na wysokich szpilkach, a
ich muskularne sylwetki przytłaczały ich drobne ciała – wiesz synku nie zdajesz
sobie sprawy jak bardzo cię kocham.
- Wiem o tym. Ja też cię kocham.
- Idź do swojej kobiety – oznajmiły matki, a ich
żony rzuciły im się na szyję i pocałowały namiętne. Rodzice chichotali.
- Nasz syn wybrał mądrze – rzekli ojcowie, a żony
wtuliły się w mężów i pokiwały głową.
Ron i Hermiona razem podbiegli do komody. Hermiona
złapała Krzywołapa wpół i odciągnęła na bok, Ron położył się na brzuchu i z
najwyższym trudem wyciągnął Parszywka za ogon.
- Spójrz na niego! – ryknął do Hermiony,
wymachując przed nią szczurem – Sama skóra i kości! Trzymaj tego kocura z
daleka od niego, dobrze!
- Krzywołap nie wie, że źle robi! – odpowiedziała
roztrzęsionym głosem Hermiona – Wszystkie koty polują na szczury!
- Jak ty mogłaś związać się z takim imbecylem! – zadrwił
Cormac do Hermiony.
- Jak chcesz, to ty możesz być takim imbecylem, co
McLaren – oświadczył Charlie.
- Ale ten kot jest jakiś dziwny! – powiedział Ron,
próbując przekonać wijącego się rozpaczliwie Parszywka, żeby wlazł mu do
wewnętrznej kieszeni – On usłyszał, jak mówiłem, że Parszywek jest w torbie!
- Och, co ty pleciesz! – odpowiedziała
niecierpliwie Hermiona – Mógł go zwęszyć. Ron, przecież chyba nie myślisz...
- Ten kot skoczył na torbę, wiedząc, że tam jest
Parszywek! – upierał się Ron, nie zwracając uwagi na zbiegowisko, w którym
rozlegały się stłumione chichoty – A Parszywek był tu pierwszy... i jest chory!
- Zabije tego szczura własnymi rękami – wycedził
Ron.
I przeszedł, obrażony, przez pokój wspólny,
znikając na schodach wiodących do sypialni chłopców.
- Oni nie powinni być razem! – prychnęła Lavender.
Ron westchnął.
- Ron! Hermiona... – zaczęła dwie wersje Molly.
- Przepraszam kochanie, ja nie wiem jakim cudem
związałaś się ze mną z takim kretynem, jak ja.
- Nie jesteś kretynem, Ron
– powiedziała Hermiona.
- Tatusiu, mamusiu – oznajmiła Emilly – W wieku 11
lat przyjechałam do was pierwszy raz, bo Hugo mnie zaprosił na wakacje i od
razu was pokochałam. Uwielbiałam przyjeżdżać do was na każde wakacje, ale muszę
wam do czegoś przyznać. W wieku 15, kiedy moje stosunki z tak zwanymi rodzicami
łagodnie mówiąc, się pogorszyły, to kiedy się dowiedziałeś, co wymyślili, to
się wciekłeś na nich. Chciałeś ich przeknac razem ze swoją żoną, a ty mamusiu
już w ogóle byłaś wściekła na nich tak bardzo, że wujek Harry musiał cię
powstrzymywać, bo chciałaś ich zabić, a później, kiedy się uspokoiliśmy,
przytuliłaś mnie mocno i powiedziałaś, że zamieszkam z wami. Byłam wtedy już w
związku z Hugiem. Widziałam również w waszych oczach miłość do mnie do obcej dziewczyny.
- Nie jesteś obca – powiedziała Hermiona – Co
chcieli ci zrobić?
- To dla mnie ciężkie. Kiedyś wam dokładnie
opowiem – mruknęła Emilly – A ja pokochałam was jeszcze bardziej, bo byliście,
kiedy was najbardziej potrzebowałam – i przytuliła się do małżeństwa Weasley –
To wy jesteście moimi rodzicami i bardzo was kocham, dlatego od razu
przełączyłam zwracaniu się do was z per "Hermiona i Ron" na per
"mama i tata". Tak bardzo was kocham, że mówię do was per "mamusiu i
tatusiu" i nie wyobrażam sobie mówić do was inaczej.
- Moje kochanie – odezwał się pani Weasley do
córki z miłością w głosie przytulając ją mocno i całując w czoło.
Następnego dnia Ron nadal był obrażony na
Hermionę. Podczas Zielarstwa prawie się do niej nie odzywał, chociaż on, Harry
i Hermiona pracowali razem nad pykostrąkami.
- Jak się miewa Parszywek? – zapytała nieśmiało
Hermiona, kiedy odrywali różowe strąki i łuskali błyszczące fasolki do
drewnianego cebrzyka.
- Ukrywa się pod materacem w moim łóżku i wciąż
cały się trzęsie – odpowiedział ze złością Ron, nie trafiając w cebrzyk i
wysypując fasolki na ziemię.
- Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałem – mruknął
Ron, bo jej siostry patrzyły na niego z mordem w oczach. Fleur podeszła do
Hermiony i ją mocno przytulił.
- Myliłam się co do ciebie, Fleur.
- Daj spokój. Co było to było, teraz jesteś moją
siostrą – powiedziała pani Weasley i pocałowała ją w czoło, wyrażając
siostrzane uczucia, jakie do Hermiony czuła, a ta westchnęła zadowolonym głosem
i wtuliła się do blondynki jeszcze bardziej.
- Tak, jestem twoją młodszą siostrą – wyszeptała
pani Weasley, patrząc na ciemnoniebieskie oczy Fleur. Starsza Molly patrzyła na
swoje córki z uśmiechem na twarzy, a później westchnęła.
- Czy coś się stało, mamusiu? – spytały Fleur i
Hermiona.
- Jestem zła na siebie, że... Mój charakter...
- Kochasz mnie? – zapytały obie.
- A co to za pytanie? – spytała szokowana –
Oczywiście, że kocham was, jesteście moimi córkami!
- A ja kocham mamusię, więc zwracam się do mamy
per mamusiu – odparły – a tamto... było minęło – i obie kobiety przytuliły się
do rudej pani Weasley – Mam rację mamusiu?
- Macie rację, moje skarby – mruknęła starsza
Molly, całując je obie w czoło.
- Ostrożnie, Weasley, ostrożnie! – zawołała
profesor Sprout, bo na ich oczach z fasolek wystrzeliły kwiaty.
Po Zielarstwie mieli Transmutację. Harry, który
postanowił zapytać po lekcji profesor McGonagall, czy będzie mógł wybrać się
razem z innymi do Hogsmeade, stanął w kolejce przed klasą, zastanawiając się,
jak ją przekonać. Wkrótce jednak przeszkodziło mu w tym zamieszanie, które
powstało na przodzie kolejki. Lavender Brown zalewała się łzami. Parvati
obejmowała ją, wyjaśniając coś Seamusowi Finniganowi i Deanowi Thomasowi,
którzy mieli bardzo poważne miny.
- O co chodzi, Lavender? – zapytała Hermiona,
kiedy ona, Harry i Ron podeszli do całej grupy.
- Rano dostała list z domu – szepnęła Parvati –
Chodzi o jej królika, Albinka. Lis go zamordował.
Lavender miała łzy w oczach. Goście z przyszłości
popatrzyli na Domique i Nicka.
- Och... Lavender, tak mi przykro – powiedziała
Hermiona.
- Powinnam to przewidzieć! – jęknęła Lavender –
Wiesz, co dzisiaj jest?
- Eee...
- Szesnasty października! "To, czego się tak
boisz, wydarzy się szesnastego października!" Nie pamiętasz? Miała rację!
Miała rację!
- Może był stary? – pytała Rose.
- N-nieee! – załkała Lavender – T-to był jeszcze
maleńki króliczek!
Teraz wokół Lavender zgromadziła się już cała
klasa. Seamus kręcił głową z niedowierzaniem. Hermiona zawahała się, a potem
zapytała:
- Naprawdę bałaś się, że lis zabije Albinka?
- No, może nie myślałam akurat o lisie –
odpowiedziała Lavender, patrząc na Hermionę wilgotnymi oczami – ale przecież
bałam się, że umrze!
- Każdy kiedyś umrze – mruknął Louis.
- Aha... – powiedziała Hermiona i urwała, po czym
zapytała: – Czy ten Albinek był starym królikiem?
- N-nieee! – załkała Lavender – T-to był jeszcze
maleńki króliczek! – Parvati objęła ją mocniej.
- No to, dlaczego bałaś się, że umrze? – zapytała
Hermiona. Parvati spojrzała na nią z oburzeniem.
- Pomyślmy przez chwilę logicznie – Hermiona
zwróciła się do reszty klasy – Przecież lis nie udusił Albinka dzisiaj. Dzisiaj
rano Lavender tylko się o tym dowiedziała.
Hermiona się zarumieniła.
- Hermiona! – jęknęły dwie wersje Molly i Lily.
- Mamusie powiem wam, że nigdy z Lavender nie
byłam blisko – powiedziała pani Weasley i zwróciła się do blondynki –
Przepraszam, Lavender.
- Bo jestem chłopczycą i przyjaźnie się z
bliznowatym i rudym idiotą – dodała podnieconym głosem Pansy.
- Od kiedy Hermiona jest chłopczycą? – spytała
Ginny – Spójrz na nią i na siebie.
- Hermiona ma to coś, a ty nie – odezwała się Fay
– bo oprócz zajebistej figury ma mózg, a ty nie masz ani tego, ani tego.
- Ma idealną figurę! – rozmarzył się Ron, a
Hermiona pocałowała go w policzek.
- A tylko ja mogę mówić, że Ron jest idiotą! –
warknęli Fred i George oraz Ginny – Ty nie masz prawa go obrażać, Parkinson.
Jest więcej wart niż ty, kiedykolwiek będziesz!
- Ej! – oburzył się Ron.
- Jesteś moim braciszkiem, Ron – powiedziała pani
Potter – i nie ważne, że zazwyczaj mam ochotę cię zamordować. Ja zawsze będę
cię kochać, braciszku – i przytuliła się mocno do brata – Ty mnie uratowałeś,
Ron.
- Wiem, że jestem wspaniały i sławny – rzekł Ron i
pocałował ją w czoło i przytulił – Będę cię chronił nawet jeśli będziesz
babcią, bo dla mnie zawsze będziesz małą siostrzyczką, wariatką zakochaną w
sławnym Harrym Potterze.
- Nie jestem mała! – warknęła na niego – ani nie
jestem wariatką! – a ten parsknął śmiechem.
- Już wiem po kim Lily odziedziczyła charakterek i
wygląd – stwierdził rozbawionym głosem, patrząc na siostrzenicę.
Lavender zaszlochała głośno – i nie mogła się tego
wcześniej obawiać, bo wiadomość okazała się dla niej wstrząsem...
- Nie zwracaj uwagi na Hermionę – powiedział
głośno Ron – Jej nie obchodzą cudze zwierzątka.
- RON! – ryknęły jego matki, czyli Lady Potter i
Lady Weasley.
- Gdybym wtedy wiedział, to bym za żadne skarby...
– ale Hermiona nie mogła wytrzymać, więc postanowiła go pocałować w usta i
kiedy skończyli pani Weasley uśmiechnęła się szeroko do niego.
- Ja może cię pocałuję – mruknął rozmarzonym
głosem.
- Wiemy, że nie możecie bez siebie żyć, ale
możecie się już uspokoić? - spytał Scorpius.
- Przypominają nas – stwierdziła starsza Lily do
męża.
W tym momencie profesor McGonagall otworzyła drzwi
klasy, co było raczej szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo Hermiona i Ron
sztyletowali się oczami, a kiedy weszli do środka, usiedli po obu stronach
Harry'ego i nie odzywali się do siebie przez całą lekcję.
- Tak, mamo oni tak cały czas – oznajmił Harry do
młodszej Molly I.
- To była ich gra wstępna – dodała Ginny,
uśmiechając się złośliwie do nich.
- Niech mamusia ich nie słucha, bo mówią bez sensu
– rzekła Hermiona do młodszej Molly I.
Harry wciąż się zastanawiał, co ma powiedzieć
profesor McGonagall, kiedy rozległ się dzwonek. Jednak to ona sama pierwsza
poruszyła temat Hogsmeade.
- Jeszcze chwilę, proszę! – zawołała, kiedy
wszyscy szykowali się do wyjścia – Jesteście wszyscy z mojego domu, więc przed
Nocą Duchów powinniście złożyć na moje ręce formularze pozwoleń. Bez pozwolenia
nikt nie ruszy się z zamku, więc radzę o tym pamiętać! – Neville podniósł rękę.
- Pani profesor, ja... ja chyba zapomniałem...
- Twoja babcia przysłała już podpisany formularz,
Longbottom. Bezpośrednio do mnie. Chyba uważała, że tak będzie bezpieczniej.
Neville się zarumienił, a Frank II parsknął
śmiechem, a Augusta powiedziała:
- Czy ja muszę o wszystkich pamiętać? –
spytała wnuka.
- Teraz to Hanna się mną zaopiekuje, babciu –
stwierdził Neville, uśmiechając się szeroko do niej, a Hanna zarumieniła się.
- Jak ty profesorem zostałeś Longbottom! – zawołał
z niedowierzaniem Zachariasz.
- Jak ty zostałeś osłem, Smith! – odparował Frank
II.
- Ja nie kłamiąc sprawiłem tą rączką jak kłamie
niech mi usnie – rzekł Louis podnieconym głosem, pokazywał swoją rękę.
Większość ludzi parsknęła śmiechem.
No, to już wszystko, możecie iść.
- Zapytaj ją teraz – syknął Ron do Harry'ego.
- Ale przecież... – zaczęła Hermiona.
- Idź, spróbuj – nalegał Ron. Harry odczekał, aż
wszyscy wyjdą i z duszą na ramieniu podszedł do biurka profesor McGonagall.
- O co chodzi, Potter? – Harry wziął głęboki
oddech.
- Pani profesor, moja ciotka... i mój wuj... ee...
zapomnieli mi podpisać formularz.
- Nie martw się, Rogaś – wyszczerzył się starszy
Łapa.
Profesor McGonagall spojrzała na niego znad swoich
prostokątnych okularów, ale nic nie powiedziała.
- Więc... ee... czy pani myśli, że mógłbym...
no... wie pani... wybrać się do Hogsmeade? – Profesor McGonagall opuściła wzrok
i zaczęła porządkować papiery na swoim biurku.
- Obawiam się, że to niemożliwe, Potter.
Słyszałeś, co powiedziałam. Bez podpisanego formularza nie ma wycieczki do
Hogsmeade. Taki jest przepis.
- Jak powiedział Syriusz: Nie martw się, oni to załatwią – oznajmili tajemniczym głosem Fred i George, a Huncwoci wymienili
spojrzenia.
- Załatwią co? – spytały podejrzliwie młodsza
Molly, Angelina i Nicole.
- Ale dzisiaj pięknie wyglądacie – powiedzieli
Fred i George, zmieniając temat – Widzę nowy makijaż, nowe ubrania, nową
fryzurę, tylko biżuteria taka sama.
- Wy coś kombinujecie – rzekły we trzy.
- Ale... pani profesor, moja ciotka i wuj...
przecież pani wie, oni są mugolami, nie mają pojęcia o... o formularzach z
Hogwartu... w ogóle o niczym – wyjąkał Harry, a stojący niedaleko Ron gorliwie
potakiwał głową – Gdyby mi pani profesor pozwoliła...
- Ale nie pozwalam – oświadczyła profesor
McGonagall, po czym wstała i zaczęła układać swoje papiery w szufladzie –
Regulamin szkolny wyraźnie mówi, że rodzic lub opiekun musi osobiście podpisać
formularz pozwolenia.
- Mam ochotę ich wykastrować – oznajmiła Luna
swoim rozmarzonym głosem.
- Luna! – skarciła jej zachowanie Carolina.
- Przepraszam, babciu – mruknęła Luna – A możemy,
chociaż Vernona wykastrować, proszę? – spytała patrząc na nią z nadzieją.
- Właśnie Carol możemy? – spytał Fleomont, robiąc
słodkie oczka.
- Ja to zamiast mieć szóstkę dzieci to mam
siódemkę! – jęknęła Euphemia
- Siódemka? – zdziwił się jej mąż.
- To tak Jamesa, Syriusza, Regulusa, Lily,
Marlene, Dorcas no i Ciebie.
- Mnie!? Ja jestem twoim mężem!
- A zachowujesz się jak dziecko! – odparowała
Euphemia, a Fleomont prychnął.
- Ty mała... – zaczął pan Potter, a ta zamknęła
jego usta pocałunkiem – Okej, teraz to jestem w niebie! – rozmarzył się
Fleomont. Euphemia popatrzyła na synów, a Ci patrzyli na nich z niedowierzaniem
i się zarumieniła, a córki zaczęły chichotać.
- Brawo mamuś!! – następnie Euphemia wyszeptała
coś mężowi, a ten wyszczerzył się.
- Ekhem!! Ekhem!! DOSYĆ TEGO! MA BYĆ SPOKÓJ!
WSZYSTKIE OSOBY, KTÓRE ZACHOWUJĄ SIĘ NIEGODZIWIE BĘDĄ MIEĆ SZLABAN!!! – ryknęła
Umbridge i rzucała zaklęciami w kobiety, które siedziały na kolanach swojego
męża. Śmieszne było to, że nic się nie stało, bo nadal siedziały na swoich miejscach.
- Okazywanie uczuć szlaban! – warknęła słodkim
głosem – kpicie ze mnie? Kolejny szlaban. Nazywaniem mnie ropuchą? Szlaban.
Brak mundurka? Szlaban!
- Mi też dasz szlaban, Ropucho? – zapytała zimnym
głosem madame Bones, która siedziała na kolanach Kingsley'a, lecz w tej chwili
wstała i założyła ręce.
- Muszę nauczyć cię szacunku do mnie! – Amelia
podeszła do niej.
- Myślisz, że ja albo ktokolwiek tutaj ma szacunek
do takiej ropuchy jak ty?
- JAK ŚMIESZ, BONES!!
- Dla Ciebie to MADAME Bones landrynko! –
wycedziła – A to jest, żebyś zapamiętała – i przywaliła jej z całej siły w
policzek, że ona tylko jęknęła z bólu – Nie będziesz mi mówić, czy mam okazywać
uczucia mojemu mężczyźnie, czy nie, a ja wiem i ty wiesz i niech się wszyscy
dowiedzą, że uwielbiasz robić lodzika Knotowi, żeby jęczał prosząc cię o
więcej. Później cię bzykał tak, że całe ministerstwo słyszało twoje żałosne
jęki, prosząc o więcej. "O tak, o tak Knot zerżnij mnie" – I kiedy to
mówiła, wszyscy mieli odruch wymiotny. Knot zrobił się czerwony – Ale tobie to
nie wystarczało. O nie – szydziła przy wszystkich Amelia I – To ty udasz się do
Azkabanu i tam swoim jadem będziesz pluć, bo jesteś ropucha i bzykasz się z
dementorami, dlatego jesteś prostytutka – i odwróciła się i chciała usiąść, gdy
ta warknęła:
- Ty kurwo! – krzyknęła i chciała rzucić zaklęciem
w plecy madame Bones, ale powstrzymał ją Patrick.
- Wara od cioteczki! – zawołał Patrick i
zmieniając ją w ropuchę.
- Brawo kochanie wreszcie będzie spokój –
powiedziała Lucy.
- Jak chcesz to mogę tatusia zmienić w osła –
mruknął jej do ucha Patrick.
- Nie, tatusia jeszcze zostaw – oznajmiła Lucy.
- Jak sobie życzysz moja pani – rzekł lord
Finnigan.
Wyprostowała się i spojrzała na niego dziwnie.
Czyżby to było współczucie? - Przykro mi, Potter, ale to moje ostatnie słowo.
Lepiej się pospiesz, bo spóźnisz się na następną lekcję – Już nic nie można
było zrobić. Ron wypowiedział pod adresem profesor McGonagall słowa, które
oburzyły Hermionę – zrobiła taką minę, że Ron rozzłościł się jeszcze bardziej,
- Ron! – zawołała Angelina.
a Harry musiał znosić głośne rozmowy reszty
kolegów, opowiadających sobie, dokąd pójdą, jak tylko znajdą się w Hogsmeade.
- No, ale jest przecież uczta – próbował pocieszyć
Harry'ego Ron – No wiesz, uczta w Noc Duchów, wieczorem.
- Taak – powiedział ponuro Harry – Będzie ekstra.
Uczta w Noc Duchów zawsze była wspaniała, ale
byłaby o wiele lepsza, gdyby wziął w niej udział w dzień po wyprawie do
Hogsmeade wraz z innymi. Nic nie mogło go pocieszyć. Dean Thomas, który
świetnie posługiwał się piórem, zaproponował, że podrobi podpis wuja Vernona na
formularzu, ale nie miało to sensu po rozmowie z profesor McGonagall, której
się przyznał, że takiego podpisu nie ma.
- Panie Thomas proszę się w tej chwili wytłumaczyć
– powiedziała profesorka.
- To były żarty! – zawołał Dean – Chciałem tylko
pomóc koledze.
Ron bąknął coś o pelerynie-niewidce, ale Hermiona
żachnęła się, przypominając mu, co Dumbledore mówił o dementorach. Nawet Percy
próbował Harry'ego pocieszyć, ale skutek był żałosny.
- Opowiadają cuda o tym Hogsmeade, ale zapewniam
cię, Harry, sporo w tym przesady – powiedział z powagą – No dobra, ten
sklep ze słodyczami jest niezły,
- Słodycze! – rozmarzyli się Hugo i Ron.
ale u Zonka jest kupa naprawdę niebezpiecznych
przedmiotów... To prawda, Wrzeszczącą Chatę warto zwiedzić, ale uwierz mi,
Harry, oprócz tego nie ma czego żałować.
W dzień przed Nocą Duchów Harry obudził się razem
z innymi i poszedł na śniadanie, czując się naprawdę podle, choć starał się
robić dobrą minę do złej gry.
- Przywieziemy ci mnóstwo słodyczy z Miodowego
Królestwa – powiedziała Hermiona, patrząc na niego z bolesnym współczuciem.
- Tak, całą kupę – dodał Ron.
- To już po grze wstępnej? – zdziwił się Bill.
- Bill! – warknęła Fleur tak dla zasady.
- Tak, kochanie? – spytał i dał jej w policzek
całusa, a ta westchnęła zadowolonym głosem, a następne wtuliła się w męża.
W obliczu nieszczęścia Harry'ego on i Hermiona
zapomnieli w końcu o swojej kłótni o Krzywołapa.
- Nie martwcie się o mnie – rzekł Harry, siląc się
na beztroski ton – Zobaczymy się na uczcie. Bawcie się dobrze – Odprowadził ich
do sali wejściowej. W drzwiach frontowych stał już Filch, sprawdzając nazwiska
na długiej liście i zaglądając każdemu w twarz, żeby się upewnić, że nie
prześliźnie się nikt, kto nie ma pozwolenia.
- Co, Potter, zostajesz?! – krzyknął Malfoy
stojący w ogonku z Crabbe'em i Goyle'em – Boisz się przejść obok dementorów?
- Tato ogarnij się! – jęknął Scorpius.
Harry zlekceważył go i ruszył samotnie po
marmurowych schodach, a potem przez opustoszałe korytarze do wieży Gryffindoru.
- Hasło? – zapytała Gruba Dama, budząc się i
drzemki.
- Fortuna Major – odpowiedział Harry
obojętnym tonem. Portret odsunął się, a Harry przelazł przez dziurę do
wspólnego pokoju. Pełno w nim było rozgadanych pierwszo- i drugoklasistów, a
także kilku starszych uczniów, którzy najwidoczniej odwiedzili już Hogsmeade
tyle razy, że teraz im się nie chciało.
Harry się skrzywił.
- Harry! Harry! Cześć, Harry! – Był to Colin
Creevey, drugoklasista, który otaczał Harry'ego wielką czcią i zawsze korzystał
z okazji, by z nim porozmawiać.
Colin I się zarumienił, a większość ludzi
parsknęła śmiechem.
- Nie wybierasz się do Hogsmeade, Harry? Dlaczego?
Słuchaj... – spojrzał podniecony na swoich kolegów – jak chcesz, możesz przyjść
i usiąść z nami, Harry!
- Ee... nie, dziękuję, Colin – odpowiedział Harry,
który nie miał ochoty na odegranie głównej roli w przedstawieniu polegającym na
oglądaniu jego blizny na czole – Muszę... muszę pójść do biblioteki, mam tam
coś do roboty.
- Ale kłamiesz! – zadrwiła Jessica.
- Cicho siedź! – odparował Harry, a ta wystawiła
mu język.
Po tych słowach nie miał już wyboru i musiał
opuścić pokój wspólny.
- To po co mnie budziłeś? – zawołała za nim Gruba
Dama gderliwym tonem, kiedy odchodził ciemnym korytarzem. Powędrował do
biblioteki, ale w połowie drogi zmienił zamiar: nie chciało mu się uczyć.
Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z Filchem, który najwyraźniej wypuścił już
wszystkich, których miał wypuścić.
- Co tu robisz? – zapytał Filch podejrzliwie.
- Pani Prince powiedziała, żebyś przyszedł do
biblioteki – powiedział Fred II podnieconym głosem – bo ma dla Ciebie niespodziankę.
- Nic – odpowiedział szczerze Harry.
- Nic! – prychnął Filch, a policzki zadrgały mu ze
złości – Uważaj, bo ci uwierzę! Czego włóczysz się samotnie po zamku, zamiast z
innymi kupować w Hogsmeade te wasze śmierdzące kulki, proszek na bekanie czy
charczące glizdy?
- Argusiku chodź do mnie kochanie! – zawołał
Teddy, naśladując głos Irmy Prince. Prince i Filch patrzyli jadowitym wzrokiem
na Teddy'ego, a większość ludzi parsknęła śmiechem.
- Już idę moja pani! – odkrzyknął Nick głosem
Filcha – Masz szczęście, bo teraz idę do mojej dziewczyny! – warknął na
Harry'ego.
- Od kiedy masz dziewczynę? – zdziwił się James
II.
- Nie interesuj się! – warknął Nick – Ale Ci
powiem. Od zawsze – Prince i Filch zrobili się czerwoni.
Harry wzruszył ramionami – No to wracaj mi zaraz
do pokoju wspólnego w swoim domu! – warknął Filch i patrzył groźnie, póki Harry
nie znikł mu z oczu. Harry nie wrócił jednak do pokoju wspólnego. Wspiął się po
schodach, bo przyszło mu do głowy, że dobrze będzie odwiedzić Hedwigę w sowiarni.
Kiedy szedł korytarzem na górnym piętrze, zza drzwi jednego z pomieszczeń
rozległ się głos:
- Harry! – Odwrócił się i zobaczył profesora
Lupina wyglądającego ze swojego gabinetu.
- Wujek Remus! – zawołała Nicole.
- Co tu robisz? – zapytał Lupin zupełnie innym
tonem niż Filch – Gdzie jest Ron? I Hermiona?
- W Hogsmeade – odpowiedział Harry możliwie
obojętnym tonem.
- Aha – Lupin przyglądał się mu przez chwilę – A
może byś do mnie wpadł? Właśnie przysłali mi druzgotka. Na naszą następną
lekcję.
- Co takiego?
- Demon wodny – powiedział starszy Remus.
Wszedł za Lupinem do gabinetu. W kącie stało
wielkie akwarium. Do ścianki przywarło pyskiem jadowicie zielone stworzenie z
ostrymi różkami, które robiło do nich złośliwe miny i na przemian kurczyło i
rozkurczało długie, wrzecionowate palce.
- Jesteś najlepszy – powiedziały przyjaciółki
Remusa.
- Demon wodny – wyjaśnił Lupin, przyglądając się z
namysłem druzgotkowi – Nie powinniśmy mieć z nim kłopotów, skoro przerabialiśmy
już wodniki kappa. Sztuka polega na pokonaniu jego uścisku. Zauważyłeś, jakie
ma wyjątkowo długie palce? Są silne, ale bardzo kruche.
- To nie mógł się zdecydować? - zapytała jakaś
pierwszoroczna.
Druzgotek obnażył zęby, po czym ukrył się w
wodorostach w rogu pojemnika.
- Napijesz się herbaty? – zapytał Lupin,
rozglądając się za czajnikiem – Właśnie miałem sobie zrobić.
- Chętnie – odrzekł nieśmiało Harry. Lupin stuknął
różdżką w czajnik i z dziobka buchnął pióropusz pary.
- Siadaj – rzekł Lupin, zdejmując pokrywkę z zakurzonej
puszki – Mam tylko herbatę w torebkach, ale... chyba masz już dość herbacianych
fusów?
- Można się ponabijać – stwierdził Ron, patrząc na
Lavender, która prychnęła i przytulił do siebie Hermionę jeszcze bardziej, a
jego żona westchnęła zadowolonym głosem.
Harry spojrzał na niego. Lupin mrugał powiekami.
- Skąd pan o tym wie? – zapytał Harry.
- Od profesor McGonagall – odpowiedział Lupin,
podając mu wyszczerbiony kubek z herbatą – Ale nie przejmujesz się tym, co?
- Nie – Przyszło mu na myśl, żeby powiedzieć
Lupinowi o psie, którego zobaczył w Magnoliowym Łuku, ale szybko z tego
zrezygnował.
- Pieski są słodkie – powiedziała Emilly.
Nie chciał zostać uznany za tchórza, zwłaszcza
odkąd Lupin dał mu do zrozumienia, iż uważa, że Harry nie da sobie rady z
boginem.
- Nie jesteś tchórzem Harry. Byłeś moim najlepszym
uczniem – rzekł starszy Remus – i to, że jesteś moim bratankiem to nic nie
znaczy, twoje umiejętności przewyższają z obrony przed czarną magią o kilka
klas – Harry uśmiechnął się szeroko do swojego wujka, a Jessica i Nicole zadrwiły.
- Harry, żeby tylko ci palma nie uderzyła do
głowy.
Coś z tych myśli musiało się odbić na jego twarzy,
bo Lupin zapytał:
- Czymś się martwisz, Harry?
- Nie – skłamał Harry. Wypił łyk herbaty i
obserwował druzgotka, który wygrażał mu pięścią – Tak – powiedział nagle,
stawiając kubek na biurku Lupina – Pamięta pan ten dzień, w którym walczyliśmy
z boginem?
- Taak – odpowiedział Lupin.
- Dlaczego pan profesor nie pozwolił mi z nim
walczyć? – Lupin uniósł brwi.
- Myślałem, że to oczywiste, Harry – rzekł,
wyraźnie zaskoczony. Harry, który spodziewał się raczej, iż Lupin będzie
próbował twierdzić, że nie miał takiego zamiaru, spojrzał na niego ze
zdumieniem.
- Dlaczego? – powtórzył.
- Myślałem, że przybierze postać Lorda Voldemorta
– odezwał się Lunatyk. Niektórzy zbladli.
- No cóż – powiedział Lupin, lekko marszcząc czoło
– byłem pewny, że kiedy bogin stanie przed tobą, przybierze postać Lorda
Voldemorta – Harry wytrzeszczył oczy. Takiej odpowiedzi najmniej się
spodziewał, a w dodatku Lupin wypowiedział imię Voldemorta. Jak dotąd jedyną
osobą, która w jego obecności głośno wypowiedziała to imię, był profesor
Dumbledore.
- To tylko imię – stwierdził Louis.
- Najwyraźniej się myliłem – rzekł Lupin, wciąż
marszcząc czoło – Uważałem jednak, że to nie jest dobry pomysł, aby Voldemort
zmaterializował się w pokoju nauczycielskim. Wyobrażałem sobie, że wybuchnie
panika.
- Rzeczywiście najpierw pomyślałem o Voldemorcie –
przyznał Harry – Ale potem... przypomniałem sobie o tych dementorach.
- Rozumiem – powiedział powoli Lupin – No, no...
jestem pod wrażeniem – Uśmiechnął się na widok zaskoczenia na twarzy Harry'ego
– To by znaczyło, że tym, czego się boisz najbardziej, jest... strach. To
bardzo mądre, Harry.
Dwie wersje Lily przytuliły syna mocno.
Harry nie wiedział, co na to powiedzieć, więc
napił się herbaty.
- A więc pomyślałeś, że uważam cię za niezdolnego
do walki z boginem? – zapytał Lupin.
- No... tak – powiedział Harry. Nagle poczuł się o
wiele lepiej – Panie profesorze, pan wie, że dementorzy... – Przerwało mu
pukanie do drzwi.
- Proszę wejść! – zawołał Lupin. Drzwi się
otworzyły i wszedł Snape. Trzymał wielki kufel, z którego lekko się dymiło.
- Co to? – spytała Mary.
- Eeee... witaminy! – palnął Ron – Prawda, wujku?
- Tak, witaminki – powiedział młodszy Remus, a
młodsze wersje Dorcas, Mary, Narcyzy, Andromedy, Molly, Amelii, Kingsley'a,
Caroliny, Euphemia i Alicji I zmrużyły oczy.
Na widok Harry'ego zatrzymał się, mrużąc czarne
oczy.
- Ach, to ty, Severusie – rzekł Lupin z uśmiechem
– Dzięki. Mógłbyś to postawić na biurku? – Snape postawił przed nim dymiący
kufel, spoglądając to na Lupina, to na Harry'ego – Właśnie oglądaliśmy z Harrym
druzgotka – powiedział Lupin beztrosko, wskazując na szklany pojemnik.
- Fascynujące – rzekł Snape, nie patrząc w tamtą
stronę – Powinieneś to od razu wypić.
- Tak, tak, wypiję.
- Zrobiłem cały kociołek – ciągnął Snape – Gdybyś
potrzebował więcej...
- Chętnie wezmę trochę jutro. Dziękuję ci bardzo,
Severusie.
- Nie ma za co – odpowiedział Snape, ale w jego
oczach pojawiło się coś, co Harry'emu nie bardzo się podobało.
- Co wy obaj kombinujecie? – spytała Euphemia.
- Eee... już mówiłem, że to są witaminki –
oznajmił młodszy Remus.
- Kłamiesz, Remusie – powiedziała Euphemia – Gadaj
mi tu natychmiast.
- Wszystkiego się dowiesz, babciu – oznajmiła
Hermiona.
Kiedy Snape wyszedł z pokoju, Harry spojrzał z
zaciekawieniem na kufel. Lupin uśmiechnął się.
- Profesor Snape był łaskaw przyrządzić mi wywar.
Nigdy nie byłem zbyt dobry w eliksirach, a ten jest wyjątkowo złożony –
Podniósł kufel i powąchał jego zawartość – Szkoda, że cukier niszczy jego moc –
dodał, po czym wypił łyk i wzdrygnął się.
- Dlaczego... – zaczął Harry. Lupin spojrzał na
niego i odpowiedział na nie dokończone pytanie.
- Nie najlepiej się czuję. Ten wywar to jedyna
rzecz, która może mi pomóc. Mam szczęście, że pracuję razem z profesorem
Snape'em; niewielu jest czarodziejów, którzy potrafią to uwarzyć.
- Lily by to zrobiła – mruknął młodszy Rogacz.
Wypił następny łyk, a Harry poczuł dziką ochotę,
by wytrącić mu kufel z rąk.
- Profesor Snape bardzo interesuje się czarną
magią – wypalił.
- Naprawdę? – powiedział Lupin, sprawiając
wrażenie, jakby go to nie bardzo zainteresowało, i wypił następny łyk eliksiru.
- Niektórzy uważają... – Harry zawahał się przez
chwilę, po czym brnął dalej: – Niektórzy uważają, że zrobiłby wszystko, byle
tylko dostać stanowisko nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią.
- Potter! – wycedził starszy Severus.
Lupin wypił resztę napoju i skrzywił się.
- Okropne – powiedział – No, Harry, muszę zająć
się swoją pracą. Zobaczymy się na uczcie.
- Oczywiście – rzekł Harry, odstawiając kubek po
herbacie na biurko. Z pustego kufla wciąż się dymiło.
- Co ty pijesz Remusie? – zastanawiała się młodsza
Narcyza.
- Masz – powiedział Ron – Kupiliśmy tyle, ile
mogliśmy unieść – Na podołek Harry'ego wysypał się deszcz różnobarwnych
słodyczy. Zapadł już zmierzch; Ron i Hermiona dopiero co pojawili się w pokoju
wspólnym, zaróżowieni od zimnego wiatru. Wyglądali, jakby przeżyli
najwspanialsze chwile w swoim życiu.
- Dzięki – powiedział Harry, biorąc paczkę
czarnych pieprzowych diabełków – No więc jakie jest to Hogsmeade? Gdzie
byliście? – Z tego, co mu opowiedzieli, wynikało, że wszędzie. W sklepie z
magicznymi przyrządami Derwisza i Bangesa, w królestwie żartobliwych
niespodzianek Zonka, Pod Trzema Miotłami, gdzie wypili po kuflu pienistego piwa
kremowego, i w wielu innych miejscach.
- Jedzenie! – rozmarzyli się Hugo i Ron. Emilly i
Hermiona spojrzały na siebie i przywaliły swojemu mężowi w tył głowy.
- Aha, czyli jedzenie jest ważniejsze ode mnie? –
spytały, schodząc z kolan i zrobili pozę Molly Weasley.
- Oczywiście, że ty jesteś ważniejsza! – zająknęli
się – Dlaczego ty to robisz?
- Co robię?
- Robisz ta przerażająca pozę! – jęknęli obydwaj.
- Za karę – mruknęły do ucha swoim uwodzicielskim
głosem – musisz mnie zadowolić.
- Dobra gołąbeczki, koniec gruchania! – krzyknął
Nick.
- A poczta, Harry! Z dwieście sów, wszystkie
siedzą na półkach, a ubarwione są w zależności od szybkości, z jaką ma być
dostarczona przesyłka!
- W Miodowym Królestwie mają nowy rodzaj
karmelków, dają darmowe próbki, zobacz, mamy ich trochę...
- Myśleliśmy, że zobaczyliśmy olbrzyma-ludojada,
naprawdę, Pod Trzema Miotłami...
- Szkoda, że nie mogliśmy przynieść ci trochę piwa
kremowego, rozgrzewa jak nie wiem...
- A co ty robiłeś? – zapytała Hermiona z
niepokojem – Odwaliłeś jakąś pracę domową?
- Ciotka czy ty tylko myślisz o robieniu zadań! –
jęknął Frank II.
- Teraz to myślę o czymś innym – mruknęła
Hermiona. a Ron się zarumienił.
- Nie – odrzekł Harry – Lupin poczęstował mnie
herbatą w swoim gabinecie. No i wszedł Snape i... – Opowiedział im o dymiącym
kuflu. Ron otworzył szeroko usta.
- I Lupin to wypił? – wydyszał – Zwariował, czy
co?
- Nie jesteś wariatem – rzekł szybko Ron, a ten
uśmiechnął się.
Hermiona spojrzała na zegarek.
- Słuchajcie, musimy już iść, za pięć minut
zaczyna, się uczta... – Przeskoczyli przez dziurę pod portretem i wkrótce
znaleźli się w tłumie uczniów zmierzających do Wielkiej Sali, cały czas
dyskutując o Snapie – Ale jeśli... no, wiecie... – Hermiona przyciszyła głos,
rozglądając się nerwowo – jeśli on chce... otruć Lupina... to przecież nie
zrobiłby tego w obecności Harry'ego.
- No... chyba tak – powiedział Harry.
- Chciałbym, ale nie mogę – odezwał się starszy
Severus.
W Wielkiej Sali unosiły się w powietrzu setki
wydrążonych dyń z płonącymi wewnątrz świecami, chmary żywych nietoperzy i
mnóstwo płonących pomarańczowych serpentyn, które płynęły leniwie poprzez
pochmurne sklepienie jak wspaniałe węże wodne. Jedzenie było wspaniałe; nawet
Hermiona i Ron, którzy opchali się słodyczami z Miodowego Królestwa, brali
dokładki wszystkiego.
- A kobiety przypadkiem nie liczą kalorii? –
spytał Dean.
- Czy ty uważasz, że jestem gruba! – warknęła
Hermiona.
- Nie! Absolutnie nie! – zawołał przerażonym
głosem, widząc, z jaką mocą Hermiona patrzy na niego – Moje siostry liczą
kalorie i myślałem, że każda to robi. Dla mnie masz idealna figurę.
Harry co jakiś czas spoglądał na stół
nauczycielski. Profesor Lupin, który był w znakomitym humorze i wyglądał
zdrowiej niż zwykle, prowadził ożywioną rozmowę z profesorem Flitwickiem,
nauczycielem Zaklęć. Harry przebiegł wzrokiem po długim stole i zatrzymał się
na profesorze Snapie. Czyżby mu się zdawało, że Snape zerka na Lupina częściej,
niż można by to uznać za naturalne?
- Wolę kobiety, Severusie – oznajmili dwie wersje
Lunatyka rozbawionym głosem, a Severusy chcieli go zamordować.
- Zabiję cię, Lupin! – wycedzili dwie wersje
Severusa.
Ucztę zakończyło widowisko zorganizowane przez
duchy Hogwartu. Powyskakiwały ze ścian i stołów, tworząc barwny korowód. Prawie
Bezgłowy Nick, duch Gryffindoru, wzbudził ogólny podziw, znakomicie odgrywając
scenę pozbawiania go głowy. Zabawa była tak wspaniała, że dobrego nastroju
Harry'ego nie mógł zepsuć nawet Malfoy, który wrzasnął, przekrzykując gwar,
kiedy wychodzili z Wielkiej Sali:
- Potter, masz pozdrowienia od dementorów!
- Wujku Harry, a może by tu sprowadził jednego
dementora, żeby wyssał głupotę z mózgu z mojego ojca? – zasugerował Scorpius,
kierując te słowa do Harry'ego. Większość ludzi ryknęła śmiechem. Draco zrobił
się czerwony.
Harry, Ron i Hermiona powędrowali za innymi
Gryfonami do swojej wieży, ale kiedy znaleźli się w korytarzu prowadzącym do
portretu Grubej Damy, zobaczyli, że jest zatłoczony uczniami.
- Dlaczego nikt nie wchodzi? – zapytał
zaintrygowany Ron. Harry wspiął się na palce, żeby zobaczyć, co się dzieje.
Wyglądało na to, że dziura pod portretem jest zamknięta.
- Proszę mnie przepuścić – rozległ się głos
Percy'ego,
- Idzie ważniak – rzekł Fineas – Proszę się
rozejść, idzie Pan Ważniak, no już!
- Jak śmiesz! – warknął Percy.
który przepychał się z ważną miną przez tłum – Co
to za korek? Przecież wszyscy nie mogli zapomnieć hasła... Przepraszam, jestem
prefektem naczelnym...
- Przepraszam, jestem ważniakiem Gryffindoru –
oznajmił Fineas.
- Fineas nie możesz kpić tylko, dlatego, że kocha
się w Crouchu – skarciła jego zachowanie Daphne i uśmiechnęła się do rudego
szyderczo.
- Green...! – wycedził Percy.
- Nazywam się Black! – warknęła Daphne – bo tamtej
dziewczyny już nie ma i nigdy jej nie będzie, bo nie żyje! – i wtuliła się do
Jareda, a ten ją objął, bo zaczęła dygotać. Wyszeptał jej coś do ucha na co pokiwała
głowa odchyliła głowę i ten pocałował ją w znak na szyi. Daphne wydała głośne
westchnie zadowolenia.
- Percy, Daphne i Astoria nazywają się Black –
rzekła starsza Marlene – i koniec dyskusji, bo jakbyś nie wiedział to są tak
samo moimi i Syriusza córkami, jak nasza Cassie. Czy pan prefekt naczelny to
zrozumiał, czy mam Ci to na piśmie wysłać?
- Ciociu jemu to trzeba wysłać na piśmie i to
oficjalnym – stwierdziła Ginny – bo się stał panem urzędnikiem.
- Mam nadzieję, że to tylko początek – wyszeptała
pani Black do pana Blacka.
- To jest początek, kochanie, danie głównie to,
jak będziemy sami.
- Nie mogę się doczekać, kiedy we mnie wejdziesz i
będziesz całować moje gołe podniecone ciało.
Nagle zapadła cisza, najpierw z przodu, jakby
wzdłuż korytarza przebiegła fala strachu. Usłyszeli, jak Percy mówi ostrym
tonem:
- Niech ktoś pójdzie po profesora Dumbledore'a.
Szybko – Uczniowie odwrócili głowy; ci z tyłu stawali na palcach.
- Co się dzieje? – zapytała Ginny, która dopiero
co nadeszła. Po chwili pojawił się profesor Dumbledore; Gryfoni stłoczyli się,
aby zrobić mu przejście, a Harry, Ron i Hermiona wykorzystali to, żeby znaleźć
się bliżej portretu.
- Sherlock Harry na tropie – powiedziała Iola – i
doktorzy Hermiona i Ron.
- Och... – krzyknęła Hermiona zduszonym głosem i
złapała Harry'ego za ramię. Gruba Dama znikła z portretu, który został pocięty
jakimś ostrym narzędziem, tak że paski płótna leżały na posadzce, a w samym
obrazie było pełno wielkich dziur.
- Co tu się stało? – spytały matki.
Dumbledore rzucił okiem na zniszczony obraz i
odwrócił się, a wtedy zobaczył spieszących ku niemu Snape'a, McGonagall i
Lupina.
- Musimy ją odnaleźć – powiedział – Profesor
McGonagall, proszę iść zaraz do Filcha i powiedzieć mu, żeby przeszukał wszystkie
obrazy w zamku.
- Filch, gdzie jesteś, kiedy jesteś potrzebny, to
cię nie ma. Masz zadanie bojowe od generała albo wodza Dumbledore – oznajmił
Hugo.
- Powodzenie murowane! – rozległ się skrzekliwy
głos. Nad głowami tłumu poszybował poltergeist Irytek. Był najwyraźniej
zachwycony, jak zawsze na widok zniszczenia lub czyjegoś zmartwienia.
- Co masz na myśli, Irytku? – zapytał spokojnie
Dumbledore, a roześmiany od ucha do ucha poltergeist nieco spoważniał, bo czuł
przed nim respekt.
- Jest zawstydzona, wasza dyrektorska mość –
odpowiedział przymilnym głosem, który wcale nie był przyjemniejszy od jego
zwykłego skrzeku – Nie chce, by ją ktokolwiek zobaczył. Jest w okropnym stanie.
Zobaczyłem ją, jak przebiegała przez landszaft na czwartym piętrze, chowając
się wśród drzew. Wykrzykiwała coś okropnego – powiedział uradowany –
Biedaczka... – dodał niezbyt przekonującym tonem.
- On to już szykował imprezę z tej okazji –
mruknął Seamus.
- Mówiła, kto to zrobił? – zapytał cicho
Dumbledore.
- Och tak, wasza profesorsko-dyrektorska mość –
odpowiedział Irytek takim tonem, jakby trzymał w objęciach wielką bombę –
Bardzo się rozzłościł, kiedy nie pozwoliła mu wejść.
Starszy Łapa udawał, że on nic nie wie.
Irytek wywinął kozła i wyszczerzył do Dumbledore'a
zęby spomiędzy własnych nóg.
- Ale się wściekł ten Syriusz Black.
Młodszemu Łapie opadła szczęka.
- Szukałem tego zdrajcy! – warknął starzy Łapa.
Ginny, Luna, Hermiona Daphne i Astoria przytuliły się do niego – No już nie
wszystkie naraz – zażartował – dziewczyny, bo mnie udusicie.
- Czyli... – zaczęli, Ci którzy wiedzieli, że
Peter Pettigrew jest szczurem.
- Tak on to zrobił – oznajmiła Hermiona – On
zdradził Lily i Jamesa Potterów, to wszystko przez niego, a Ron zacisnął ręce
wściekły, że przez tego cholernego szczura kłócił się z Hermioną.
- Koniec rozdziału – oznajmiła Hanna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz