piątek, 16 czerwca 2023

Rozdział 8 Więzień

 

- Teraz ja chcę czytać – powiedziała Hanna.

 

- Proszę, ciociu! – uśmiechnęła się Hope.

 

Rozdział ósmy

 

Ucieczka Grubej Damy

 

Obrona Przed Czarną Magią stała się najbardziej ulubionym przedmiotem prawie wszystkich uczniów trzeciej klasy. Prawie wszystkich, bo Draco Malfoy i jego banda korzystali z każdej okazji, by kpić sobie z profesora Lupina.

 

- A nie jakże inaczej – prychnął Scorpius.

 

- Zobaczcie, w czym on chodzi – mówił Malfoy teatralnym szeptem, kiedy mijał ich profesor Lupin – Ubiera się jak nasz domowy skrzat.

 

- Weź zrób coś z tymi włosami, bo ciebie chyba fretka ulizała! – odparował George II.

 

Poza grupką Ślizgonów nikt jednak nie przejmował się tym, że szaty profesora Lupina są połatane i wystrzępione. Jego kolejne lekcje były równie ciekawe jak pierwsza. Po boginach zapoznali się z czerwonymi kapturkami, małymi, podobnymi do goblinów stworzeniami, które zwabia świeża krew i które czają się w lochach zamków i na opustoszałych polach bitew, gotowe zdzielić pałką każdego, kto się tam zabłąkał.

 

- I to jest prawdziwy nauczyciel – stwierdziła Mary – Prawda Sevuś?

 

- Nie mów do mnie Sevuś! – warknął – Snape.

 

- A nie, przepraszam jesteś teraz światowym modelem, który uwielbia się przebierać w babcine ciuszki! – zadrwiła Mary. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

 

- McDonald ja cię zabije! – wycedził starszy Severus.

 

Po czerwonych kapturkach nauczyli się walczyć z wodnikami kappa, istotami podobnymi do pokrytych rybią łuską małp, które wyciągały płetwiaste łapy, by udusić nieostrożnego wędrowca brodzącego przez leśne sadzawki. Harry mógł tylko marzyć o tym, aby i inne przedmioty były równie ciekawe i przyjemne. Najgorsze były eliksiry. Snape zrobił się wyjątkowo złośliwy i surowy, a powód wszyscy dobrze znali.

 

- Powinieneś odejść Severusie – powiedziała młodsza Lily.

 

Opowieść o upiorze, który przybrał jego postać w stroju babci Neville'a, błyskawicznie obiegła całą szkołę. Okazało się, że Snape nie dostrzegł w tym nic śmiesznego. W jego oczach pobłyskiwała nienawiść, kiedy tylko ktoś wspomniał profesora Lupina, a Neville'a dręczył jeszcze bardziej niż zwykle.

 

Augusta patrzyła na profesorka jadowitym wzrokiem.

 

Harry'ego przerażały też coraz bardziej godziny spędzane w dusznym pokoju na szczycie Wieży Północnej na odczytywaniu znaczenia powikłanych kształtów i symboli, podczas których wielkie oczy pani Trelawney niezmiennie zachodziły łzami, gdy tylko na niego spojrzała. Nie mógł jej polubić, choć w większości uczniów – a zwłaszcza uczennic – budziła szacunek graniczący z czcią.

 

- Zwłaszcza Parvati i Lavender – skrzywiła się Hermiona.

 

Parvati Patil i Lavender Brown odwiedzały ją na wieży podczas przerwy na drugie śniadanie i zawsze wracały stamtąd z takimi minami, jakby dowiedziały się mnóstwa rzeczy, o których nikt inny nie ma pojęcia.

 

- Podzielicie się tym towarem? – spytał Fred II.

 

- Takim towarem? – zapytała Parvati.

 

- Nie wiem. Maryśka? – wzruszył ramionami Fred II.

 

Kiedy zwracały się do Harry'ego, mówiły szeptem, jakby już leżał na łożu śmierci.

 

- Ja tam leżę w łożu z Ginny – wyszczerzył się Harry, a Ginny zarumieniła się mocno.

 

- Nie chciałem tego słyszeć! – krzyknęli bracia i synowie Harry'ego i Ginny.

 

Nikt nie lubił Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami.

 

- To za dużo słowo, że nikt nie lubił, Hagridzie! – zawołała szybko Hermiona, bo ten miał łzy w oczach.

 

- Mów za siebie – powiedziała Lavender.

 

Po pierwszej dość dramatycznej lekcji następne okazały się wyjątkowo nudne. Hagrid wyraźnie utracił wiarę w siebie. Na jego lekcjach uczyli się teraz wyłącznie opieki nad gumochłonami, które były chyba najnudniejszymi magicznymi stworzeniami na świecie.

 

- To był ciężki czas! – jęknął Seamus.

 

- A niby po co w ogóle opiekować się nimi? – zapytał Ron po kolejnej godzinie spędzonej na wpychaniu gumochłonom posiekanej sałaty do oślizgłych gardeł. Na początku października Harry zajął się jednak czymś, co wynagradzało mu nudę i mękę znoszenia tych nieprzyjemnych przedmiotów. Zbliżał się sezon quidditcha i w pewien czwartek Oliver Wood, kapitan drużyny Gryfonów,

 

Oliver wypiął dumnie pierś.

 

- Tatuś – uśmiechnęła się Samanta.

 

zwołał zebranie, by przedyskutować taktykę gry w nowym sezonie. Drużyna quidditcha składa się z siedmiu graczy: trzech Ścigających, których zadaniem było zdobywanie punktów przez przerzucanie kafla (czerwonej kuli wielkości piłki futbolowej) przez jedną z obręczy przeciwnika na końcu boiska;

 

Angelina, Katie i Alicja przybiły piątkę.

 

dwóch Pałkarzy z grubymi pałkami do odbijania tłuczków (dwóch ciężkich czarnych kuł szybujących w powietrzu i atakujących graczy);

 

Fred i George przybili sobie piątkę.

 

Obrońcy i Szukającego, który ma najtrudniejsze zadanie, polegające na schwytaniu złotego znicza, maleńkiej, skrzydlatej piłki wielkości orzecha włoskiego, co kończyło mecz i zapewniało drużynie tego Szukającego dodatkowe sto pięćdziesiąt punktów.

 

- Jesteś równie dobrym Szukającym jak jesteś świetny w łóżku i umiesz mnie zadowolić – wyszeptała erotycznym głosem piegowata pani Potter.

 

- Dziękuję. Staram się wykonywać dobrze swoje obowiązki – oznajmił Harry do ucha i pocałował ją w szyję, a ta westchnęła zadowolonym głosem.

 

Oliver Wood był krzepkim siedemnastolatkiem, uczniem siódmej i ostatniej klasy w Hogwarcie. Gdy przemawiał do sześciu zawodników swej drużyny w zimnej przebieralni na końcu ginącego w gęstniejącym mroku boiska do quidditcha, w jego głosie pobrzmiewał desperacki ton.

 

Katie uśmiechnęła się i wlazła Oliverowi na kolana, a ten popatrzył na nią szoku.

 

- Co? – spytała niewinnym głosem.

 

- Pięknie wyglądasz, Katie. Pozwól mi pocałować te twoje piękne usta – powiedział Oliver i pocałował ją w usta. Najpierw była w szoku, a później westchnęła i całowała go z pasją.

 

- Awwwww! – zawołały kobiety i dziewczyny wzruszone.

 

- Nasz mały Oliverek stał się mężczyzną! – wzruszyli się Fred i George oraz Lee wycierając niewidzialne łzy wzruszenia.

 

- Nasza mała Katie stała się kobietą – dodały Angelina oraz Alicja wzruszone.

 

- Proszę państwa, Oliver Wood całuje się z Katie Bell! Czy to się skończy ślubem? – zapytał się Lee – Co sądzisz, Harry? Czy to się skończy ślubem?

 

- Eeeeee...!

 

- Ja myślę, że to się skończy ślubem – stwierdził Jared – bo oni pasują do siebie. Tak mi powiedziało wewnętrzne oko.

 

- Wewnętrzne oko powiedziało mi co Jared powiedział – oznajmił Ron Katie i Oliver oderwali się od siebie i zarumienili się.

 

- Siedź – rozkazał Oliver, kiedy Katie chciała wstać i posadził ją powrotem na swoje kolana i pocałował ją w czoło.

 

- Dobrze, Oli – westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w niego jeszcze bardziej.

 

- To nasza ostatnia szansa... moja ostatnia szansa... aby zdobyć Puchar Quidditcha – mówił, chodząc przed nimi tam i z powrotem – Pod koniec roku odchodzę. Już nie będę miał na to wpływu. Gryffindor nie zdobył pucharu od siedmiu lat. Tak, wiem, mieliśmy bardzo parszywe szczęście... kontuzje... potem odwołanie rozgrywek w ubiegłym roku... – Wood przełknął ślinę, jakby te wspomnienia przeszkadzały mu w gardle jak bolesny wrzód.

 

Katie pocałowała go w policzek.

 

- Ale wiem również, że mamy najlepszą... najostrzejszą... drużynę... w szkole – powiedział, akcentując każde słowo i po każdym uderzając pięścią w dłoń, a oczy płonęły mu chorobliwym blaskiem – Mamy trzech wyśmienitych Ścigających.

 

- Pani Weasley, pani Jordan i pani Wood – powiedział Oliver – Katie, czy zostaniesz moją dziewczyną? – ale ta nic nie odpowiedziała, tylko go pocałowała w usta, a później się oderwała i mruknęła:

 

- Tak, panie Wood – i pokazała na policzek, a ten pocałował ją w policzek i znowu westchnęła zadowolonym głosem,.

 

- Awwwww! – krzyknęły dziewczyny i kobiety, a Samanta przytuliła ich do siebie.

 

Wskazał na Alicję Spinnet, Angelinę Johnson i Katie Bell.

 

- Mamy dwóch Pałkarzy nie do pokonania.

 

- Oh przestań Oliver, czujemy się głupio – powiedzieli razem Lordowie Weasley, czując rumieńce na policzkach.

 

- Przestań, Oliver, czujemy się głupio – powiedzieli równocześnie Fred i George Weasley'owie, udając zawstydzonych.

 

- I mamy Szukającego, który jeszcze nigdy nas nie zawiódł! – zagrzmiał Wood, patrząc na Harry'ego z dziką dumą.

 

- To mój chrześniak! – zawołali obie wersje Łapy.

 

- No i mnie – dodał jakby po namyśle.

 

- Uważamy, że ty też jesteś bardzo dobry, Oliver – powiedział George.

 

- Super Obrońca – dodał Fred.

 

- Myślę, że masz zajebisty sześciopak – mruknęła Katie.

 

- Pokazać Ci? – spytał Oliver.

 

- Panie Wood! – skarciła jego zachowanie Minerwa.

 

- Rzecz w tym – ciągnął Wood, zaczynając znowu chodzić tam i z powrotem – że na Pucharze Quidditcha już od dwóch lat powinna być plakietka z nazwą naszej drużyny. Kiedy Harry do nas dołączył, byłem pewny, że mamy to jak w banku. Ale się nie udało i w tym roku stajemy przed ostatnią szansą... – W głosie Wooda pobrzmiewało takie zniechęcenie, że nawet Fred i George spojrzeli na niego ze współczuciem.

 

- Nie martw się, kochanie, ten rok będzie nasz – powiedziała przyszła pani Wood.

 

- Nie martw się, to jest nasz rok – rzekł Fred.

 

- Dokonamy tego! – powiedziała Angelina.

 

- Na pewno – dodał Harry. Tak więc drużyna zaczęła ostro trenować trzy razy w tygodniu. Pogoda pogarszała się z każdym dniem, wieczory były coraz ciemniejsze, ale Harry'emu ani błoto, ani wiatr czy deszcz nie były w stanie zaćmić wizji zdobycia srebrnego Pucharu Quidditcha.

 

- Rogacz miał to samo – stwierdził starszy Łapa.

 

Pewnego wieczoru Harry wrócił po treningu do wspólnego pokoju Gryffindoru zziębnięty i ledwo żywy, ale zadowolony. W pokoju wrzało jak w ulu.

 

- Co się stało? – zapytał Rona i Hermionę, którzy siedzieli w najlepszych fotelach przy kominku i uzupełniali jakieś mapy gwiazd na Astronomię.

 

Dwie wersje Łapy, Regulusa, Narcyzy i Andromedy wymieniły spojrzenia.

 

- Pierwszy weekend w Hogsmeade – odpowiedział Ron, wskazując na kartkę wywieszoną na starej, podniszczonej tablicy ogłoszeń – Koniec października. Noc Duchów.

 

- Ekstra – powiedział Fred, który przelazł za Harrym przez dziurę w portrecie – Muszę odwiedzić sklep Żonka, kończą mi się cuchnące gałki.

 

Harry westchnął.

 

- Nie przejmuj się, kochaneczku – powiedzieli Fred i George i puścili mu oczko.

 

Harry padł na fotel obok Rona, czując, że dobre samopoczucie ulatuje z niego jak powietrze z dziurawej dętki. Hermiona jakby czytała w jego myślach.

 

- Harry, jestem pewna, że następnym razem będziesz mógł – powiedziała – Wkrótce złapią Blacka, już go przecież widzieli.

 

- Wujku ja... – zaczęła łzami w oczach, a ten ją przytulił.

 

- Ćśśsiii... już dobrze, kochanie – odparł starszy Łapa i pocałował ją w czoło, a ta wtuliła się w niego.

 

- Black pójdzie na pocałunek! – krzyknęła Umbridge.

 

- Odwal się od mojego tatusia, ty niemyta ropucho! – warknęły Daphne, Astoria i Cassie i rzuciły zaklęcie i Umbridge. Zajęczała z bólu.


- USPOKÓJCIE SIĘ! – ryknęli nauczyciele.

 

- Jestem pod wrażeniem waszych zaklęć, dziewczynki. Cioteczka jest dumna – oznajmiła starsza Amelia.

 

- To wszystko dzięki temu przystojniakowi, ciociu. On nas nauczył – oznajmiła Daphne, wskazując na Harry'ego.

 

- Wiem, że jesteś potężnym czarodziejem Harry Potterze.

 

- Dzięki, staram się, mad...

 

- A-a-a-a-a! Dla ciebie i twoich przyjaciół jestem ciocia Amelia – oznajmiła madame Bones, a później zwróciła się Ropuchy – Syriusz nigdzie nie pójdzie, tylko zostanie ze swoją żoną i dziećmi. Prawda, panie ministrze? A, uspokój swoją kochankę, bo strasznie hałasuje – Umbridge pluła jadem.

 

- Amelia! - pogroził jej palcem Kingsley, a ta pocałowała go w policzek. Kingsley wyszczerzył się głupkowato.

 

- Black nie jest taki głupi, żeby próbować swoich sztuczek w Hogsmeade – rzekł Ron.

 

Ron popatrzył na Syriusza z przepraszającym wyrazem twarzy.

 

- Zapytaj McGonagall, może ci tym razem pozwoli. Harry, następny raz może być nie wiadomo, kiedy...

 

- Ron! – fuknęła Hermiona – Harry musi zostać w szkole...

 

- Będzie jedynym z trzeciej klasy, który zostanie. Poproś McGonagall, Harry, naprawdę...

 

- Taak, chyba to zrobię – powiedział Harry, w którym odżyła nadzieja. Hermiona otworzyła usta, aby wyrazić sprzeciw, ale w tej samej chwili Krzywołap wskoczył jej na kolana. Z pyska zwieszał mu się wielki martwy pająk.

 

Dziewczyny pisnęły.

 

- Czy on musi to jeść przy nas? – zawołał Ron, krzywiąc się z obrzydzenia.

 

- Mądry Krzywołapek, sam go upolowałeś? – zapytała Hermiona. Krzywołap żuł powoli pająka, utkwiwszy niewinne spojrzenie w Ronie.

 

- Tak, to była miłość od pierwszego wejrzenia! – parsknął śmiechem Harry.

 

- Tylko nad nim panuj, dobra? – warknął Ron, pochylając się nad swoją mapą nieba – W mojej torbie śpi Parszywek.

 

Niektórzy zaczęli warczeć.

 

Harry ziewnął. Bardzo mu się chciało spać, ale musiał uzupełnić swoją mapę nieba. Przyciągnął do siebie torbę, wyjął pergamin, atrament i pióro i zabrał się do pracy – Możesz odpisać z mojej, jak chcesz – powiedział Ron, wpisując nazwę ostatniej gwiazdy i podsuwając Harry'emu swoją mapę. Hermiona, która była przeciwna ściąganiu, wydęła wargi, ale nic nie powiedziała.

 

Ron pogłaskał ręką jej policzek, a ta westchnęła.

 

- Kocham cię, moja bogini, nawet nie wiesz jak bardzo – i pocałował ją w policzek.

 

- Uwielbiam twój dotyk na moim policzku – mruknęła zadowolonym głosem.

 

Krzywołap wciąż wpatrywał się w Rona, poruszając nerwowo końcem ogona. A potem, bez żadnego ostrzeżenia, zaatakował – PSIK! – wrzasnął Ron, chwytając za torbę, w którą Krzywołap wbił wszystkie cztery komplety pazurów i zaczął ją wściekle szarpać – PUSZCZAJ, GŁUPI BYDLAKU!

 

- Jestem wściekły na siebie – mruknął Ron.


Krzywołap nie puszczał, prychając głośno i wymachując wściekle przednią łapą.

 

- Ron, zrobisz mu krzywdę! – krzyknęła Hermiona.

 

- A co w tym chodzi? – zastanawiała się Padma.

 

- Dowiesz się – odparła Hermiona.

 

Teraz wszyscy przyglądali się tej scenie: Ron wywijał torbą wokół siebie, Krzywołap zażarcie się jej trzymał, rozrywając ją na strzępy, a Parszywek... Parszywek wyleciał nagle przez otwór i...

 

- ŁAPCIE TEGO KOTA! – zawył Ron, kiedy Krzywołap puścił resztki torby, przeskoczył przez stół i ruszył w pogoń za przerażonym Parszywkiem. George Weasley rzucił się na Krzywołapa, ale go nie złapał, Parszywek zręcznie wyminął dwadzieścia par nóg i wpadł pod starą komodę. Krzywołap wyhamował tuż przed komodą, rozpłaszczył się na podłodze, wsunął pod komodę przednie łapy i zaczął nimi na oślep wściekle atakować.

 

- Zabij go! – warknął Ron.

 

- Znamy prawdę – powiedział Harry.

 

- Jaką prawdę? – spytała Lisa.

 

- Całą prawdę – oznajmiła Hermiona.

 

- Dowiecie się wszystkiego na końcu książki – stwierdziła Ginny i wzięła rękę Harry'ego i przyłożyła do policzka, a ten ją pogłaskał, a ta westchnęła zadowolonym głosem.

 

- To nic nie zmienia. Większość z was będzie miała sprawy w ministerstwie! – warknęła Umbridge – I pójdziecie do Azkabanu! – James II, Fred II, George II, Teddy, Hugo i Louis wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się z szyderczo do Umbridge. Wyczarowali instrumenty. James II i Teddy gitary elektryczne Fred perkusja George II wziął mikrofon, Louis bas, a Hugo keyboard i zaczęli grać.

 




(George II)

 

Na trawniku, ale przy śmietniku
Leży ropucha z ministerstwa ...
Piękne usta, ładny brzuszek, krągłe udka...
O Merlinie i gały ma jak ja!

 

Sala ryknęła śmiechem. Większość z nich leżała na podłodze, śmiejąc się wniebogłosy. Umbridge zrobiła się czerwona.

 

Myślę sobie... Jesteś słaba i w płacz! I w płacz!

A w myślach skończ się mazać, reanimuj płaza, a przy nim bądź...

 

Sala ponownie wybuchła śmiechem.

 

- Oni są genialni! - zawołały Amelie Bones ze śmiechu.

 

A przy nim bądź!
I dmucham "usta-usta", ropucha pełna-pusta, trzeba dąć...
Trzeba dąć!

 

- Twój syn jest genialny! – śmiał się Regulus do Remusa i Freda.

 

- Jestem taki dumny!

 

(Louis)

 

AJEEEE! UUU! AJEEE!

 

- Co oni jeszcze powymyślali! – śmiała się Popp.

 

(James II)

 

Jestem ropucha, ale z ministerstwa,
wypoczywam, ale nagle coś dopadło mnie...
Jakiś frajer się nachyla, to gwałt...
To gwałt!

 

- To jest genialnie! – śmiała się Minerwa.

 

A w myślach, chodź, Kordku,
dmuchaj po troszeczku, przy mnie bądź...

 

- Nie mogę! – krzyczeli ze śmiechu większość ludzi na sali. Knot zrobił się wściekł.

 

A przy mnie bądź!
A teraz chodź tu do mnie i rozepnij spodnie, przestań dąć...
No przestań dąć!

 

Umbridge była na maksa wkurwiona, tak samo jak Knot.

 

- JAK ŚMIECIE!

 

- Och, zamknij się! – warknął Filius i przykleił jej taśmę na usta.

 

(George II)

 

Leż, zaufaj mi, bo wiesz, pomogę Ci, jak chcesz,
pokocham, kiedy Ty,
W tę księżniczkę zmienisz się!

 

- Rogacz oni są lepsi od nas! – krzyczał Łapa, leżąc na podłodze.

 

(James II)

 

Czy Cię pogięło...
Spójrz chłopie w gały me!
Zastanów się...

 

- Weatherby twoi bratankowie i siostrzeniec są genialni! – śmiała się Penelopa i odrzuciła włosy do tyłu.

 

No zastanów się, i:
Słuchaj stary, to nie żadne czary,
Jam jest płaz,
Zwykły płaz!

 

- To nie jest zwykły płaz, to różowa landrynka – powiedział ze śmiechu Harry.

 

A teraz, gdzie mnie bierzesz,
Co oznaczają te talerze...
Zostaw mnie...
Zostaw mnie!
Nie, nie!

 

(Louis)

 

AJEEEE! UUU! AJEEE!

 

- Chłopaki byliście genialni! – krzyczeli większość ludzi na sali.

 

- To było megamocne! – zawołał Lee.

 

- To mój synek! – krzyknęli ich ojcowie dumni.

 

- To moi wnukowie! – zawołali ich dziadkowie.

 

- To moi prawnukowie! – śmiali się ich pradziadkowie.

 

- I co, Ropucho, podobało Ci się? – spytał Teddy.

 

- Ten tekst jest głupi, że aż genialny! – śmiała się Hermiona. Matki wtuliły się w swoich synów, a synowie odgarnęli ich długie włosy z czoła i pocałowały ich w czoło, a te wtuliły się w swoich synów jeszcze bardziej. Byli megawysocy nawet, gdy ich matki były na wysokich szpilkach, a ich muskularne sylwetki przytłaczały ich drobne ciała – wiesz synku nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo cię kocham.

 

- Wiem o tym. Ja też cię kocham.

 

- Idź do swojej kobiety – oznajmiły matki, a ich żony rzuciły im się na szyję i pocałowały namiętne. Rodzice chichotali.

 

- Nasz syn wybrał mądrze – rzekli ojcowie, a żony wtuliły się w mężów i pokiwały głową.

 

Ron i Hermiona razem podbiegli do komody. Hermiona złapała Krzywołapa wpół i odciągnęła na bok, Ron położył się na brzuchu i z najwyższym trudem wyciągnął Parszywka za ogon.

 

- Spójrz na niego! – ryknął do Hermiony, wymachując przed nią szczurem – Sama skóra i kości! Trzymaj tego kocura z daleka od niego, dobrze!

 

- Krzywołap nie wie, że źle robi! – odpowiedziała roztrzęsionym głosem Hermiona – Wszystkie koty polują na szczury!

 

- Jak ty mogłaś związać się z takim imbecylem! – zadrwił Cormac do Hermiony.

 

- Jak chcesz, to ty możesz być takim imbecylem, co McLaren – oświadczył Charlie.

 

- Ale ten kot jest jakiś dziwny! – powiedział Ron, próbując przekonać wijącego się rozpaczliwie Parszywka, żeby wlazł mu do wewnętrznej kieszeni – On usłyszał, jak mówiłem, że Parszywek jest w torbie!

 

- Och, co ty pleciesz! – odpowiedziała niecierpliwie Hermiona – Mógł go zwęszyć. Ron, przecież chyba nie myślisz...

 

- Ten kot skoczył na torbę, wiedząc, że tam jest Parszywek! – upierał się Ron, nie zwracając uwagi na zbiegowisko, w którym rozlegały się stłumione chichoty – A Parszywek był tu pierwszy... i jest chory!

 

- Zabije tego szczura własnymi rękami – wycedził Ron.

 

I przeszedł, obrażony, przez pokój wspólny, znikając na schodach wiodących do sypialni chłopców.

 

- Oni nie powinni być razem! – prychnęła Lavender. Ron westchnął.

 

- Ron! Hermiona... – zaczęła dwie wersje Molly.

 

- Przepraszam kochanie, ja nie wiem jakim cudem związałaś się ze mną z takim kretynem, jak ja.

 

- Nie jesteś kretynem, Ronpowiedziała Hermiona.


- Tatusiu, mamusiu – oznajmiła Emilly – W wieku 11 lat przyjechałam do was pierwszy raz, bo Hugo mnie zaprosił na wakacje i od razu was pokochałam. Uwielbiałam przyjeżdżać do was na każde wakacje, ale muszę wam do czegoś przyznać. W wieku 15, kiedy moje stosunki z tak zwanymi rodzicami łagodnie mówiąc, się pogorszyły, to kiedy się dowiedziałeś, co wymyślili, to się wciekłeś na nich. Chciałeś ich przeknac razem ze swoją żoną, a ty mamusiu już w ogóle byłaś wściekła na nich tak bardzo, że wujek Harry musiał cię powstrzymywać, bo chciałaś ich zabić, a później, kiedy się uspokoiliśmy, przytuliłaś mnie mocno i powiedziałaś, że zamieszkam z wami. Byłam wtedy już w związku z Hugiem. Widziałam również w waszych oczach miłość do mnie do obcej dziewczyny.

 

- Nie jesteś obca – powiedziała Hermiona – Co chcieli ci zrobić?

 

- To dla mnie ciężkie. Kiedyś wam dokładnie opowiem – mruknęła Emilly – A ja pokochałam was jeszcze bardziej, bo byliście, kiedy was najbardziej potrzebowałam – i przytuliła się do małżeństwa Weasley – To wy jesteście moimi rodzicami i bardzo was kocham, dlatego od razu przełączyłam zwracaniu się do was z per "Hermiona i Ron" na per "mama i tata". Tak bardzo was kocham, że mówię do was per "mamusiu i tatusiu" i nie wyobrażam sobie mówić do was inaczej.

 

- Moje kochanie – odezwał się pani Weasley do córki z miłością w głosie przytulając ją mocno i całując w czoło.

 

Następnego dnia Ron nadal był obrażony na Hermionę. Podczas Zielarstwa prawie się do niej nie odzywał, chociaż on, Harry i Hermiona pracowali razem nad pykostrąkami.

 

- Jak się miewa Parszywek? – zapytała nieśmiało Hermiona, kiedy odrywali różowe strąki i łuskali błyszczące fasolki do drewnianego cebrzyka.

 

- Ukrywa się pod materacem w moim łóżku i wciąż cały się trzęsie – odpowiedział ze złością Ron, nie trafiając w cebrzyk i wysypując fasolki na ziemię.

 

- Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałem – mruknął Ron, bo jej siostry patrzyły na niego z mordem w oczach. Fleur podeszła do Hermiony i ją mocno przytulił.

 

- Myliłam się co do ciebie, Fleur.

 

- Daj spokój. Co było to było, teraz jesteś moją siostrą – powiedziała pani Weasley i pocałowała ją w czoło, wyrażając siostrzane uczucia, jakie do Hermiony czuła, a ta westchnęła zadowolonym głosem i wtuliła się do blondynki jeszcze bardziej.

 

- Tak, jestem twoją młodszą siostrą – wyszeptała pani Weasley, patrząc na ciemnoniebieskie oczy Fleur. Starsza Molly patrzyła na swoje córki z uśmiechem na twarzy, a później westchnęła.

 

- Czy coś się stało, mamusiu? – spytały Fleur i Hermiona.

 

- Jestem zła na siebie, że... Mój charakter...

 

- Kochasz mnie? – zapytały obie.

 

- A co to za pytanie? – spytała szokowana – Oczywiście, że kocham was, jesteście moimi córkami!

 

- A ja kocham mamusię, więc zwracam się do mamy per mamusiu – odparły – a tamto... było minęło – i obie kobiety przytuliły się do rudej pani Weasley – Mam rację mamusiu?

 

- Macie rację, moje skarby – mruknęła starsza Molly, całując je obie w czoło.

 

- Ostrożnie, Weasley, ostrożnie! – zawołała profesor Sprout, bo na ich oczach z fasolek wystrzeliły kwiaty.

 

Po Zielarstwie mieli Transmutację. Harry, który postanowił zapytać po lekcji profesor McGonagall, czy będzie mógł wybrać się razem z innymi do Hogsmeade, stanął w kolejce przed klasą, zastanawiając się, jak ją przekonać. Wkrótce jednak przeszkodziło mu w tym zamieszanie, które powstało na przodzie kolejki. Lavender Brown zalewała się łzami. Parvati obejmowała ją, wyjaśniając coś Seamusowi Finniganowi i Deanowi Thomasowi, którzy mieli bardzo poważne miny.

 

- O co chodzi, Lavender? – zapytała Hermiona, kiedy ona, Harry i Ron podeszli do całej grupy.

 

- Rano dostała list z domu – szepnęła Parvati – Chodzi o jej królika, Albinka. Lis go zamordował.

 

Lavender miała łzy w oczach. Goście z przyszłości popatrzyli na Domique i Nicka.

 

- Och... Lavender, tak mi przykro – powiedziała Hermiona.

 

- Powinnam to przewidzieć! – jęknęła Lavender – Wiesz, co dzisiaj jest?

 

- Eee...

 

- Szesnasty października! "To, czego się tak boisz, wydarzy się szesnastego października!" Nie pamiętasz? Miała rację! Miała rację!

 

- Może był stary? – pytała Rose.

 

- N-nieee! – załkała Lavender – T-to był jeszcze maleńki króliczek!

 

Teraz wokół Lavender zgromadziła się już cała klasa. Seamus kręcił głową z niedowierzaniem. Hermiona zawahała się, a potem zapytała:

 

- Naprawdę bałaś się, że lis zabije Albinka?

 

- No, może nie myślałam akurat o lisie – odpowiedziała Lavender, patrząc na Hermionę wilgotnymi oczami – ale przecież bałam się, że umrze!

 

- Każdy kiedyś umrze – mruknął Louis.

 

- Aha... – powiedziała Hermiona i urwała, po czym zapytała: – Czy ten Albinek był starym królikiem?

 

- N-nieee! – załkała Lavender – T-to był jeszcze maleńki króliczek! – Parvati objęła ją mocniej.

 

- No to, dlaczego bałaś się, że umrze? – zapytała Hermiona. Parvati spojrzała na nią z oburzeniem.

 

- Pomyślmy przez chwilę logicznie – Hermiona zwróciła się do reszty klasy – Przecież lis nie udusił Albinka dzisiaj. Dzisiaj rano Lavender tylko się o tym dowiedziała.

 

Hermiona się zarumieniła.

 

- Hermiona! – jęknęły dwie wersje Molly i Lily.

 

- Mamusie powiem wam, że nigdy z Lavender nie byłam blisko – powiedziała pani Weasley i zwróciła się do blondynki – Przepraszam, Lavender.

 

- Bo jestem chłopczycą i przyjaźnie się z bliznowatym i rudym idiotą – dodała podnieconym głosem Pansy.

 

- Od kiedy Hermiona jest chłopczycą? – spytała Ginny – Spójrz na nią i na siebie.

 

- Hermiona ma to coś, a ty nie – odezwała się Fay – bo oprócz zajebistej figury ma mózg, a ty nie masz ani tego, ani tego.

 

- Ma idealną figurę! – rozmarzył się Ron, a Hermiona pocałowała go w policzek.

 

- A tylko ja mogę mówić, że Ron jest idiotą! – warknęli Fred i George oraz Ginny – Ty nie masz prawa go obrażać, Parkinson. Jest więcej wart niż ty, kiedykolwiek będziesz!


- Ej! – oburzył się Ron.

 

- Jesteś moim braciszkiem, Ron – powiedziała pani Potter – i nie ważne, że zazwyczaj mam ochotę cię zamordować. Ja zawsze będę cię kochać, braciszku – i przytuliła się mocno do brata – Ty mnie uratowałeś, Ron.

 

- Wiem, że jestem wspaniały i sławny – rzekł Ron i pocałował ją w czoło i przytulił – Będę cię chronił nawet jeśli będziesz babcią, bo dla mnie zawsze będziesz małą siostrzyczką, wariatką zakochaną w sławnym Harrym Potterze.

 

- Nie jestem mała! – warknęła na niego – ani nie jestem wariatką! – a ten parsknął śmiechem.

 

- Już wiem po kim Lily odziedziczyła charakterek i wygląd – stwierdził rozbawionym głosem, patrząc na siostrzenicę.

 

Lavender zaszlochała głośno – i nie mogła się tego wcześniej obawiać, bo wiadomość okazała się dla niej wstrząsem...

 

- Nie zwracaj uwagi na Hermionę – powiedział głośno Ron – Jej nie obchodzą cudze zwierzątka.

 

- RON! – ryknęły jego matki, czyli Lady Potter i Lady Weasley.

 

- Gdybym wtedy wiedział, to bym za żadne skarby... – ale Hermiona nie mogła wytrzymać, więc postanowiła go pocałować w usta i kiedy skończyli pani Weasley uśmiechnęła się szeroko do niego.

 

- Ja może cię pocałuję – mruknął rozmarzonym głosem.

 

- Wiemy, że nie możecie bez siebie żyć, ale możecie się już uspokoić? - spytał Scorpius.

 

- Przypominają nas – stwierdziła starsza Lily do męża.

 

W tym momencie profesor McGonagall otworzyła drzwi klasy, co było raczej szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo Hermiona i Ron sztyletowali się oczami, a kiedy weszli do środka, usiedli po obu stronach Harry'ego i nie odzywali się do siebie przez całą lekcję.

 

- Tak, mamo oni tak cały czas – oznajmił Harry do młodszej Molly I.

 

- To była ich gra wstępna – dodała Ginny, uśmiechając się złośliwie do nich.

 

- Niech mamusia ich nie słucha, bo mówią bez sensu – rzekła Hermiona do młodszej Molly I.

 

Harry wciąż się zastanawiał, co ma powiedzieć profesor McGonagall, kiedy rozległ się dzwonek. Jednak to ona sama pierwsza poruszyła temat Hogsmeade.

 

- Jeszcze chwilę, proszę! – zawołała, kiedy wszyscy szykowali się do wyjścia – Jesteście wszyscy z mojego domu, więc przed Nocą Duchów powinniście złożyć na moje ręce formularze pozwoleń. Bez pozwolenia nikt nie ruszy się z zamku, więc radzę o tym pamiętać! – Neville podniósł rękę.

 

- Pani profesor, ja... ja chyba zapomniałem...

 

- Twoja babcia przysłała już podpisany formularz, Longbottom. Bezpośrednio do mnie. Chyba uważała, że tak będzie bezpieczniej.

 

Neville się zarumienił, a Frank II parsknął śmiechem, a Augusta powiedziała:

 

- Czy ja muszę o wszystkich pamiętać? – spytała wnuka.

 

- Teraz to Hanna się mną zaopiekuje, babciu – stwierdził Neville, uśmiechając się szeroko do niej, a Hanna zarumieniła się.


- Jak ty profesorem zostałeś Longbottom! – zawołał z niedowierzaniem Zachariasz.

 

- Jak ty zostałeś osłem, Smith! – odparował Frank II.

 

- Ja nie kłamiąc sprawiłem tą rączką jak kłamie niech mi usnie – rzekł Louis podnieconym głosem, pokazywał swoją rękę. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

 

No, to już wszystko, możecie iść.

 

- Zapytaj ją teraz – syknął Ron do Harry'ego.

 

- Ale przecież... – zaczęła Hermiona.

 

- Idź, spróbuj – nalegał Ron. Harry odczekał, aż wszyscy wyjdą i z duszą na ramieniu podszedł do biurka profesor McGonagall.

 

- O co chodzi, Potter? – Harry wziął głęboki oddech.

 

- Pani profesor, moja ciotka... i mój wuj... ee... zapomnieli mi podpisać formularz.

 

- Nie martw się, Rogaś – wyszczerzył się starszy Łapa.

 

Profesor McGonagall spojrzała na niego znad swoich prostokątnych okularów, ale nic nie powiedziała.

 

- Więc... ee... czy pani myśli, że mógłbym... no... wie pani... wybrać się do Hogsmeade? – Profesor McGonagall opuściła wzrok i zaczęła porządkować papiery na swoim biurku.

 

- Obawiam się, że to niemożliwe, Potter. Słyszałeś, co powiedziałam. Bez podpisanego formularza nie ma wycieczki do Hogsmeade. Taki jest przepis.

 

- Jak powiedział Syriusz: Nie martw się, oni to załatwią – oznajmili tajemniczym głosem Fred i George, a Huncwoci wymienili spojrzenia.

 

- Załatwią co? – spytały podejrzliwie młodsza Molly, Angelina i Nicole.

 

- Ale dzisiaj pięknie wyglądacie – powiedzieli Fred i George, zmieniając temat – Widzę nowy makijaż, nowe ubrania, nową fryzurę, tylko biżuteria taka sama.

 

- Wy coś kombinujecie – rzekły we trzy.

 

- Ale... pani profesor, moja ciotka i wuj... przecież pani wie, oni są mugolami, nie mają pojęcia o... o formularzach z Hogwartu... w ogóle o niczym – wyjąkał Harry, a stojący niedaleko Ron gorliwie potakiwał głową – Gdyby mi pani profesor pozwoliła...

 

- Ale nie pozwalam – oświadczyła profesor McGonagall, po czym wstała i zaczęła układać swoje papiery w szufladzie – Regulamin szkolny wyraźnie mówi, że rodzic lub opiekun musi osobiście podpisać formularz pozwolenia.

 

- Mam ochotę ich wykastrować – oznajmiła Luna swoim rozmarzonym głosem.

 

- Luna! – skarciła jej zachowanie Carolina.

 

- Przepraszam, babciu – mruknęła Luna – A możemy, chociaż Vernona wykastrować, proszę? – spytała patrząc na nią z nadzieją.

 

- Właśnie Carol możemy? – spytał Fleomont, robiąc słodkie oczka.

 

- Ja to zamiast mieć szóstkę dzieci to mam siódemkę! – jęknęła Euphemia

 

- Siódemka? – zdziwił się jej mąż.

 

- To tak Jamesa, Syriusza, Regulusa, Lily, Marlene, Dorcas no i Ciebie.

 

- Mnie!? Ja jestem twoim mężem!

 

- A zachowujesz się jak dziecko! – odparowała Euphemia, a Fleomont prychnął.

 

- Ty mała... – zaczął pan Potter, a ta zamknęła jego usta pocałunkiem – Okej, teraz to jestem w niebie! – rozmarzył się Fleomont. Euphemia popatrzyła na synów, a Ci patrzyli na nich z niedowierzaniem i się zarumieniła, a córki zaczęły chichotać.

 

- Brawo mamuś!! – następnie Euphemia wyszeptała coś mężowi, a ten wyszczerzył się.

 

- Ekhem!! Ekhem!! DOSYĆ TEGO! MA BYĆ SPOKÓJ! WSZYSTKIE OSOBY, KTÓRE ZACHOWUJĄ SIĘ NIEGODZIWIE BĘDĄ MIEĆ SZLABAN!!! – ryknęła Umbridge i rzucała zaklęciami w kobiety, które siedziały na kolanach swojego męża. Śmieszne było to, że nic się nie stało, bo nadal siedziały na swoich miejscach.

 

- Okazywanie uczuć szlaban! – warknęła słodkim głosem – kpicie ze mnie? Kolejny szlaban. Nazywaniem mnie ropuchą? Szlaban. Brak mundurka? Szlaban!

 

- Mi też dasz szlaban, Ropucho? – zapytała zimnym głosem madame Bones, która siedziała na kolanach Kingsley'a, lecz w tej chwili wstała i założyła ręce.

 

- Muszę nauczyć cię szacunku do mnie! – Amelia podeszła do niej.

 

- Myślisz, że ja albo ktokolwiek tutaj ma szacunek do takiej ropuchy jak ty?

 

- JAK ŚMIESZ, BONES!!

 

- Dla Ciebie to MADAME Bones landrynko! – wycedziła – A to jest, żebyś zapamiętała – i przywaliła jej z całej siły w policzek, że ona tylko jęknęła z bólu – Nie będziesz mi mówić, czy mam okazywać uczucia mojemu mężczyźnie, czy nie, a ja wiem i ty wiesz i niech się wszyscy dowiedzą, że uwielbiasz robić lodzika Knotowi, żeby jęczał prosząc cię o więcej. Później cię bzykał tak, że całe ministerstwo słyszało twoje żałosne jęki, prosząc o więcej. "O tak, o tak Knot zerżnij mnie" – I kiedy to mówiła, wszyscy mieli odruch wymiotny. Knot zrobił się czerwony – Ale tobie to nie wystarczało. O nie – szydziła przy wszystkich Amelia I – To ty udasz się do Azkabanu i tam swoim jadem będziesz pluć, bo jesteś ropucha i bzykasz się z dementorami, dlatego jesteś prostytutka – i odwróciła się i chciała usiąść, gdy ta warknęła:

 

- Ty kurwo! – krzyknęła i chciała rzucić zaklęciem w plecy madame Bones, ale powstrzymał ją Patrick.

 

- Wara od cioteczki! – zawołał Patrick i zmieniając ją w ropuchę.

 

- Brawo kochanie wreszcie będzie spokój – powiedziała Lucy.

 

- Jak chcesz to mogę tatusia zmienić w osła – mruknął jej do ucha Patrick.

 

- Nie, tatusia jeszcze zostaw – oznajmiła Lucy.

 

- Jak sobie życzysz moja pani – rzekł lord Finnigan.

 

Wyprostowała się i spojrzała na niego dziwnie. Czyżby to było współczucie? - Przykro mi, Potter, ale to moje ostatnie słowo. Lepiej się pospiesz, bo spóźnisz się na następną lekcję – Już nic nie można było zrobić. Ron wypowiedział pod adresem profesor McGonagall słowa, które oburzyły Hermionę – zrobiła taką minę, że Ron rozzłościł się jeszcze bardziej,

 

- Ron! – zawołała Angelina.

 

a Harry musiał znosić głośne rozmowy reszty kolegów, opowiadających sobie, dokąd pójdą, jak tylko znajdą się w Hogsmeade.

 

- No, ale jest przecież uczta – próbował pocieszyć Harry'ego Ron – No wiesz, uczta w Noc Duchów, wieczorem.

 

- Taak – powiedział ponuro Harry – Będzie ekstra.

 

Uczta w Noc Duchów zawsze była wspaniała, ale byłaby o wiele lepsza, gdyby wziął w niej udział w dzień po wyprawie do Hogsmeade wraz z innymi. Nic nie mogło go pocieszyć. Dean Thomas, który świetnie posługiwał się piórem, zaproponował, że podrobi podpis wuja Vernona na formularzu, ale nie miało to sensu po rozmowie z profesor McGonagall, której się przyznał, że takiego podpisu nie ma.

 

- Panie Thomas proszę się w tej chwili wytłumaczyć – powiedziała profesorka.

 

- To były żarty! – zawołał Dean – Chciałem tylko pomóc koledze.

 

Ron bąknął coś o pelerynie-niewidce, ale Hermiona żachnęła się, przypominając mu, co Dumbledore mówił o dementorach. Nawet Percy próbował Harry'ego pocieszyć, ale skutek był żałosny.

 

- Opowiadają cuda o tym Hogsmeade, ale zapewniam cię, Harry, sporo w tym przesady – powiedział z powagą No dobra, ten sklep ze słodyczami jest niezły,

 

- Słodycze! – rozmarzyli się Hugo i Ron.

 

ale u Zonka jest kupa naprawdę niebezpiecznych przedmiotów... To prawda, Wrzeszczącą Chatę warto zwiedzić, ale uwierz mi, Harry, oprócz tego nie ma czego żałować.

 

W dzień przed Nocą Duchów Harry obudził się razem z innymi i poszedł na śniadanie, czując się naprawdę podle, choć starał się robić dobrą minę do złej gry.

 

- Przywieziemy ci mnóstwo słodyczy z Miodowego Królestwa – powiedziała Hermiona, patrząc na niego z bolesnym współczuciem.

 

- Tak, całą kupę – dodał Ron.

 

- To już po grze wstępnej? – zdziwił się Bill.

 

- Bill! – warknęła Fleur tak dla zasady.

 

- Tak, kochanie? – spytał i dał jej w policzek całusa, a ta westchnęła zadowolonym głosem, a następne wtuliła się w męża.

 

W obliczu nieszczęścia Harry'ego on i Hermiona zapomnieli w końcu o swojej kłótni o Krzywołapa.

 

- Nie martwcie się o mnie – rzekł Harry, siląc się na beztroski ton – Zobaczymy się na uczcie. Bawcie się dobrze – Odprowadził ich do sali wejściowej. W drzwiach frontowych stał już Filch, sprawdzając nazwiska na długiej liście i zaglądając każdemu w twarz, żeby się upewnić, że nie prześliźnie się nikt, kto nie ma pozwolenia.

 

- Co, Potter, zostajesz?! – krzyknął Malfoy stojący w ogonku z Crabbe'em i Goyle'em Boisz się przejść obok dementorów?

 

- Tato ogarnij się! – jęknął Scorpius.

 

Harry zlekceważył go i ruszył samotnie po marmurowych schodach, a potem przez opustoszałe korytarze do wieży Gryffindoru.

 

- Hasło? – zapytała Gruba Dama, budząc się i drzemki.

- Fortuna Major – odpowiedział Harry obojętnym tonem. Portret odsunął się, a Harry przelazł przez dziurę do wspólnego pokoju. Pełno w nim było rozgadanych pierwszo- i drugoklasistów, a także kilku starszych uczniów, którzy najwidoczniej odwiedzili już Hogsmeade tyle razy, że teraz im się nie chciało.

 

Harry się skrzywił.

 

- Harry! Harry! Cześć, Harry! – Był to Colin Creevey, drugoklasista, który otaczał Harry'ego wielką czcią i zawsze korzystał z okazji, by z nim porozmawiać.

 

Colin I się zarumienił, a większość ludzi parsknęła śmiechem.

 

- Nie wybierasz się do Hogsmeade, Harry? Dlaczego? Słuchaj... – spojrzał podniecony na swoich kolegów – jak chcesz, możesz przyjść i usiąść z nami, Harry!

 

- Ee... nie, dziękuję, Colin – odpowiedział Harry, który nie miał ochoty na odegranie głównej roli w przedstawieniu polegającym na oglądaniu jego blizny na czole – Muszę... muszę pójść do biblioteki, mam tam coś do roboty.

 

- Ale kłamiesz! – zadrwiła Jessica.

 

- Cicho siedź! – odparował Harry, a ta wystawiła mu język.

 

Po tych słowach nie miał już wyboru i musiał opuścić pokój wspólny.

 

- To po co mnie budziłeś? – zawołała za nim Gruba Dama gderliwym tonem, kiedy odchodził ciemnym korytarzem. Powędrował do biblioteki, ale w połowie drogi zmienił zamiar: nie chciało mu się uczyć. Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z Filchem, który najwyraźniej wypuścił już wszystkich, których miał wypuścić.

 

- Co tu robisz? – zapytał Filch podejrzliwie.

 

- Pani Prince powiedziała, żebyś przyszedł do biblioteki – powiedział Fred II podnieconym głosem – bo ma dla Ciebie niespodziankę.

 

- Nic – odpowiedział szczerze Harry.

 

- Nic! – prychnął Filch, a policzki zadrgały mu ze złości – Uważaj, bo ci uwierzę! Czego włóczysz się samotnie po zamku, zamiast z innymi kupować w Hogsmeade te wasze śmierdzące kulki, proszek na bekanie czy charczące glizdy?

 

- Argusiku chodź do mnie kochanie! – zawołał Teddy, naśladując głos Irmy Prince. Prince i Filch patrzyli jadowitym wzrokiem na Teddy'ego, a większość ludzi parsknęła śmiechem.

 

- Już idę moja pani! – odkrzyknął Nick głosem Filcha – Masz szczęście, bo teraz idę do mojej dziewczyny! – warknął na Harry'ego.

 

- Od kiedy masz dziewczynę? – zdziwił się James II.

 

- Nie interesuj się! – warknął Nick – Ale Ci powiem. Od zawsze – Prince i Filch zrobili się czerwoni.

 

Harry wzruszył ramionami – No to wracaj mi zaraz do pokoju wspólnego w swoim domu! – warknął Filch i patrzył groźnie, póki Harry nie znikł mu z oczu. Harry nie wrócił jednak do pokoju wspólnego. Wspiął się po schodach, bo przyszło mu do głowy, że dobrze będzie odwiedzić Hedwigę w sowiarni. Kiedy szedł korytarzem na górnym piętrze, zza drzwi jednego z pomieszczeń rozległ się głos:

 

- Harry! – Odwrócił się i zobaczył profesora Lupina wyglądającego ze swojego gabinetu.

 

- Wujek Remus! – zawołała Nicole.

 

- Co tu robisz? – zapytał Lupin zupełnie innym tonem niż Filch – Gdzie jest Ron? I Hermiona?

 

- W Hogsmeade – odpowiedział Harry możliwie obojętnym tonem.

 

- Aha – Lupin przyglądał się mu przez chwilę – A może byś do mnie wpadł? Właśnie przysłali mi druzgotka. Na naszą następną lekcję.

 

- Co takiego?

 

- Demon wodny – powiedział starszy Remus.

 

Wszedł za Lupinem do gabinetu. W kącie stało wielkie akwarium. Do ścianki przywarło pyskiem jadowicie zielone stworzenie z ostrymi różkami, które robiło do nich złośliwe miny i na przemian kurczyło i rozkurczało długie, wrzecionowate palce.

 

- Jesteś najlepszy – powiedziały przyjaciółki Remusa.

 

- Demon wodny – wyjaśnił Lupin, przyglądając się z namysłem druzgotkowi – Nie powinniśmy mieć z nim kłopotów, skoro przerabialiśmy już wodniki kappa. Sztuka polega na pokonaniu jego uścisku. Zauważyłeś, jakie ma wyjątkowo długie palce? Są silne, ale bardzo kruche.

 

- To nie mógł się zdecydować? - zapytała jakaś pierwszoroczna.

 

Druzgotek obnażył zęby, po czym ukrył się w wodorostach w rogu pojemnika.

 

- Napijesz się herbaty? – zapytał Lupin, rozglądając się za czajnikiem – Właśnie miałem sobie zrobić.

 

- Chętnie – odrzekł nieśmiało Harry. Lupin stuknął różdżką w czajnik i z dziobka buchnął pióropusz pary.

 

- Siadaj – rzekł Lupin, zdejmując pokrywkę z zakurzonej puszki – Mam tylko herbatę w torebkach, ale... chyba masz już dość herbacianych fusów?

 

- Można się ponabijać – stwierdził Ron, patrząc na Lavender, która prychnęła i przytulił do siebie Hermionę jeszcze bardziej, a jego żona westchnęła zadowolonym głosem.

 

Harry spojrzał na niego. Lupin mrugał powiekami.

 

- Skąd pan o tym wie? – zapytał Harry.

 

- Od profesor McGonagall – odpowiedział Lupin, podając mu wyszczerbiony kubek z herbatą – Ale nie przejmujesz się tym, co?

 

- Nie – Przyszło mu na myśl, żeby powiedzieć Lupinowi o psie, którego zobaczył w Magnoliowym Łuku, ale szybko z tego zrezygnował.

 

- Pieski są słodkie – powiedziała Emilly.

 

Nie chciał zostać uznany za tchórza, zwłaszcza odkąd Lupin dał mu do zrozumienia, iż uważa, że Harry nie da sobie rady z boginem.

 

- Nie jesteś tchórzem Harry. Byłeś moim najlepszym uczniem – rzekł starszy Remus – i to, że jesteś moim bratankiem to nic nie znaczy, twoje umiejętności przewyższają z obrony przed czarną magią o kilka klas – Harry uśmiechnął się szeroko do swojego wujka, a Jessica i Nicole zadrwiły.

 

- Harry, żeby tylko ci palma nie uderzyła do głowy.

 

Coś z tych myśli musiało się odbić na jego twarzy, bo Lupin zapytał:

 

- Czymś się martwisz, Harry?

 

- Nie – skłamał Harry. Wypił łyk herbaty i obserwował druzgotka, który wygrażał mu pięścią – Tak – powiedział nagle, stawiając kubek na biurku Lupina – Pamięta pan ten dzień, w którym walczyliśmy z boginem?

 

- Taak – odpowiedział Lupin.

 

- Dlaczego pan profesor nie pozwolił mi z nim walczyć? – Lupin uniósł brwi.

 

- Myślałem, że to oczywiste, Harry – rzekł, wyraźnie zaskoczony. Harry, który spodziewał się raczej, iż Lupin będzie próbował twierdzić, że nie miał takiego zamiaru, spojrzał na niego ze zdumieniem.

 

- Dlaczego? – powtórzył.

 

- Myślałem, że przybierze postać Lorda Voldemorta – odezwał się Lunatyk. Niektórzy zbladli.

 

- No cóż – powiedział Lupin, lekko marszcząc czoło – byłem pewny, że kiedy bogin stanie przed tobą, przybierze postać Lorda Voldemorta – Harry wytrzeszczył oczy. Takiej odpowiedzi najmniej się spodziewał, a w dodatku Lupin wypowiedział imię Voldemorta. Jak dotąd jedyną osobą, która w jego obecności głośno wypowiedziała to imię, był profesor Dumbledore.

 

- To tylko imię – stwierdził Louis.

 

- Najwyraźniej się myliłem – rzekł Lupin, wciąż marszcząc czoło – Uważałem jednak, że to nie jest dobry pomysł, aby Voldemort zmaterializował się w pokoju nauczycielskim. Wyobrażałem sobie, że wybuchnie panika.

 

- Rzeczywiście najpierw pomyślałem o Voldemorcie – przyznał Harry – Ale potem... przypomniałem sobie o tych dementorach.

 

- Rozumiem – powiedział powoli Lupin – No, no... jestem pod wrażeniem – Uśmiechnął się na widok zaskoczenia na twarzy Harry'ego – To by znaczyło, że tym, czego się boisz najbardziej, jest... strach. To bardzo mądre, Harry.

 

Dwie wersje Lily przytuliły syna mocno.

 

Harry nie wiedział, co na to powiedzieć, więc napił się herbaty.

 

- A więc pomyślałeś, że uważam cię za niezdolnego do walki z boginem? – zapytał Lupin.

 

- No... tak – powiedział Harry. Nagle poczuł się o wiele lepiej – Panie profesorze, pan wie, że dementorzy... – Przerwało mu pukanie do drzwi.

 

- Proszę wejść! – zawołał Lupin. Drzwi się otworzyły i wszedł Snape. Trzymał wielki kufel, z którego lekko się dymiło.

 

- Co to? – spytała Mary.

 

- Eeee... witaminy! – palnął Ron – Prawda, wujku?

 

- Tak, witaminki – powiedział młodszy Remus, a młodsze wersje Dorcas, Mary, Narcyzy, Andromedy, Molly, Amelii, Kingsley'a, Caroliny, Euphemia i Alicji I zmrużyły oczy.

 

Na widok Harry'ego zatrzymał się, mrużąc czarne oczy.

 

- Ach, to ty, Severusie – rzekł Lupin z uśmiechem – Dzięki. Mógłbyś to postawić na biurku? – Snape postawił przed nim dymiący kufel, spoglądając to na Lupina, to na Harry'ego – Właśnie oglądaliśmy z Harrym druzgotka – powiedział Lupin beztrosko, wskazując na szklany pojemnik.

 

- Fascynujące – rzekł Snape, nie patrząc w tamtą stronę – Powinieneś to od razu wypić.

 

- Tak, tak, wypiję.

 

- Zrobiłem cały kociołek – ciągnął Snape – Gdybyś potrzebował więcej...

 

- Chętnie wezmę trochę jutro. Dziękuję ci bardzo, Severusie.

 

- Nie ma za co – odpowiedział Snape, ale w jego oczach pojawiło się coś, co Harry'emu nie bardzo się podobało.

 

- Co wy obaj kombinujecie? – spytała Euphemia.

 

- Eee... już mówiłem, że to są witaminki – oznajmił młodszy Remus.

 

- Kłamiesz, Remusie – powiedziała Euphemia – Gadaj mi tu natychmiast.

 

- Wszystkiego się dowiesz, babciu – oznajmiła Hermiona.

 

Kiedy Snape wyszedł z pokoju, Harry spojrzał z zaciekawieniem na kufel. Lupin uśmiechnął się.

 

- Profesor Snape był łaskaw przyrządzić mi wywar. Nigdy nie byłem zbyt dobry w eliksirach, a ten jest wyjątkowo złożony – Podniósł kufel i powąchał jego zawartość – Szkoda, że cukier niszczy jego moc – dodał, po czym wypił łyk i wzdrygnął się.

 

- Dlaczego... – zaczął Harry. Lupin spojrzał na niego i odpowiedział na nie dokończone pytanie.

 

- Nie najlepiej się czuję. Ten wywar to jedyna rzecz, która może mi pomóc. Mam szczęście, że pracuję razem z profesorem Snape'em; niewielu jest czarodziejów, którzy potrafią to uwarzyć.

 

- Lily by to zrobiła – mruknął młodszy Rogacz.

 

Wypił następny łyk, a Harry poczuł dziką ochotę, by wytrącić mu kufel z rąk.

 

- Profesor Snape bardzo interesuje się czarną magią – wypalił.

 

- Naprawdę? – powiedział Lupin, sprawiając wrażenie, jakby go to nie bardzo zainteresowało, i wypił następny łyk eliksiru.

 

- Niektórzy uważają... – Harry zawahał się przez chwilę, po czym brnął dalej: – Niektórzy uważają, że zrobiłby wszystko, byle tylko dostać stanowisko nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią.

 

- Potter! – wycedził starszy Severus.

 

Lupin wypił resztę napoju i skrzywił się.

 

- Okropne – powiedział – No, Harry, muszę zająć się swoją pracą. Zobaczymy się na uczcie.

 

- Oczywiście – rzekł Harry, odstawiając kubek po herbacie na biurko. Z pustego kufla wciąż się dymiło.

 

- Co ty pijesz Remusie? – zastanawiała się młodsza Narcyza.

 

- Masz – powiedział Ron – Kupiliśmy tyle, ile mogliśmy unieść – Na podołek Harry'ego wysypał się deszcz różnobarwnych słodyczy. Zapadł już zmierzch; Ron i Hermiona dopiero co pojawili się w pokoju wspólnym, zaróżowieni od zimnego wiatru. Wyglądali, jakby przeżyli najwspanialsze chwile w swoim życiu.

 

- Dzięki – powiedział Harry, biorąc paczkę czarnych pieprzowych diabełków – No więc jakie jest to Hogsmeade? Gdzie byliście? – Z tego, co mu opowiedzieli, wynikało, że wszędzie. W sklepie z magicznymi przyrządami Derwisza i Bangesa, w królestwie żartobliwych niespodzianek Zonka, Pod Trzema Miotłami, gdzie wypili po kuflu pienistego piwa kremowego, i w wielu innych miejscach.

 

- Jedzenie! – rozmarzyli się Hugo i Ron. Emilly i Hermiona spojrzały na siebie i przywaliły swojemu mężowi w tył głowy.

 

- Aha, czyli jedzenie jest ważniejsze ode mnie? – spytały, schodząc z kolan i zrobili pozę Molly Weasley.

 

- Oczywiście, że ty jesteś ważniejsza! – zająknęli się – Dlaczego ty to robisz?

 

- Co robię?

 

- Robisz ta przerażająca pozę! – jęknęli obydwaj.

 

- Za karę – mruknęły do ucha swoim uwodzicielskim głosem – musisz mnie zadowolić.

 

- Dobra gołąbeczki, koniec gruchania! – krzyknął Nick.

 

- A poczta, Harry! Z dwieście sów, wszystkie siedzą na półkach, a ubarwione są w zależności od szybkości, z jaką ma być dostarczona przesyłka!

 

- W Miodowym Królestwie mają nowy rodzaj karmelków, dają darmowe próbki, zobacz, mamy ich trochę...

 

- Myśleliśmy, że zobaczyliśmy olbrzyma-ludojada, naprawdę, Pod Trzema Miotłami...

 

- Szkoda, że nie mogliśmy przynieść ci trochę piwa kremowego, rozgrzewa jak nie wiem...

 

- A co ty robiłeś? – zapytała Hermiona z niepokojem – Odwaliłeś jakąś pracę domową?

 

- Ciotka czy ty tylko myślisz o robieniu zadań! – jęknął Frank II.

 

- Teraz to myślę o czymś innym – mruknęła Hermiona. a Ron się zarumienił.

 

- Nie – odrzekł Harry – Lupin poczęstował mnie herbatą w swoim gabinecie. No i wszedł Snape i... – Opowiedział im o dymiącym kuflu. Ron otworzył szeroko usta.

 

- I Lupin to wypił? – wydyszał – Zwariował, czy co?

 

- Nie jesteś wariatem – rzekł szybko Ron, a ten uśmiechnął się.

 

Hermiona spojrzała na zegarek.

- Słuchajcie, musimy już iść, za pięć minut zaczyna, się uczta... – Przeskoczyli przez dziurę pod portretem i wkrótce znaleźli się w tłumie uczniów zmierzających do Wielkiej Sali, cały czas dyskutując o Snapie – Ale jeśli... no, wiecie... – Hermiona przyciszyła głos, rozglądając się nerwowo – jeśli on chce... otruć Lupina... to przecież nie zrobiłby tego w obecności Harry'ego.

- No... chyba tak – powiedział Harry.

 

- Chciałbym, ale nie mogę – odezwał się starszy Severus.

 

W Wielkiej Sali unosiły się w powietrzu setki wydrążonych dyń z płonącymi wewnątrz świecami, chmary żywych nietoperzy i mnóstwo płonących pomarańczowych serpentyn, które płynęły leniwie poprzez pochmurne sklepienie jak wspaniałe węże wodne. Jedzenie było wspaniałe; nawet Hermiona i Ron, którzy opchali się słodyczami z Miodowego Królestwa, brali dokładki wszystkiego.

 

- A kobiety przypadkiem nie liczą kalorii? – spytał Dean.

 

- Czy ty uważasz, że jestem gruba! – warknęła Hermiona.

 

- Nie! Absolutnie nie! – zawołał przerażonym głosem, widząc, z jaką mocą Hermiona patrzy na niego – Moje siostry liczą kalorie i myślałem, że każda to robi. Dla mnie masz idealna figurę.

 

Harry co jakiś czas spoglądał na stół nauczycielski. Profesor Lupin, który był w znakomitym humorze i wyglądał zdrowiej niż zwykle, prowadził ożywioną rozmowę z profesorem Flitwickiem, nauczycielem Zaklęć. Harry przebiegł wzrokiem po długim stole i zatrzymał się na profesorze Snapie. Czyżby mu się zdawało, że Snape zerka na Lupina częściej, niż można by to uznać za naturalne?

 

- Wolę kobiety, Severusie – oznajmili dwie wersje Lunatyka rozbawionym głosem, a Severusy chcieli go zamordować.

 

- Zabiję cię, Lupin! – wycedzili dwie wersje Severusa.

 

Ucztę zakończyło widowisko zorganizowane przez duchy Hogwartu. Powyskakiwały ze ścian i stołów, tworząc barwny korowód. Prawie Bezgłowy Nick, duch Gryffindoru, wzbudził ogólny podziw, znakomicie odgrywając scenę pozbawiania go głowy. Zabawa była tak wspaniała, że dobrego nastroju Harry'ego nie mógł zepsuć nawet Malfoy, który wrzasnął, przekrzykując gwar, kiedy wychodzili z Wielkiej Sali:

 

- Potter, masz pozdrowienia od dementorów!

 

- Wujku Harry, a może by tu sprowadził jednego dementora, żeby wyssał głupotę z mózgu z mojego ojca? – zasugerował Scorpius, kierując te słowa do Harry'ego. Większość ludzi ryknęła śmiechem. Draco zrobił się czerwony.

 

Harry, Ron i Hermiona powędrowali za innymi Gryfonami do swojej wieży, ale kiedy znaleźli się w korytarzu prowadzącym do portretu Grubej Damy, zobaczyli, że jest zatłoczony uczniami.

 

- Dlaczego nikt nie wchodzi? – zapytał zaintrygowany Ron. Harry wspiął się na palce, żeby zobaczyć, co się dzieje. Wyglądało na to, że dziura pod portretem jest zamknięta.

 

- Proszę mnie przepuścić – rozległ się głos Percy'ego,

 

- Idzie ważniak – rzekł Fineas – Proszę się rozejść, idzie Pan Ważniak, no już!

 

- Jak śmiesz! – warknął Percy.

 

który przepychał się z ważną miną przez tłum – Co to za korek? Przecież wszyscy nie mogli zapomnieć hasła... Przepraszam, jestem prefektem naczelnym...

 

- Przepraszam, jestem ważniakiem Gryffindoru – oznajmił Fineas.

 

- Fineas nie możesz kpić tylko, dlatego, że kocha się w Crouchu – skarciła jego zachowanie Daphne i uśmiechnęła się do rudego szyderczo.

 

- Green...! – wycedził Percy.

 

- Nazywam się Black! – warknęła Daphne – bo tamtej dziewczyny już nie ma i nigdy jej nie będzie, bo nie żyje! – i wtuliła się do Jareda, a ten ją objął, bo zaczęła dygotać. Wyszeptał jej coś do ucha na co pokiwała głowa odchyliła głowę i ten pocałował ją w znak na szyi. Daphne wydała głośne westchnie zadowolenia.

 

- Percy, Daphne i Astoria nazywają się Black – rzekła starsza Marlene – i koniec dyskusji, bo jakbyś nie wiedział to są tak samo moimi i Syriusza córkami, jak nasza Cassie. Czy pan prefekt naczelny to zrozumiał, czy mam Ci to na piśmie wysłać?

 

- Ciociu jemu to trzeba wysłać na piśmie i to oficjalnym – stwierdziła Ginny – bo się stał panem urzędnikiem.

 

- Mam nadzieję, że to tylko początek – wyszeptała pani Black do pana Blacka.

 

- To jest początek, kochanie, danie głównie to, jak będziemy sami.

 

- Nie mogę się doczekać, kiedy we mnie wejdziesz i będziesz całować moje gołe podniecone ciało.

 

Nagle zapadła cisza, najpierw z przodu, jakby wzdłuż korytarza przebiegła fala strachu. Usłyszeli, jak Percy mówi ostrym tonem:

- Niech ktoś pójdzie po profesora Dumbledore'a. Szybko – Uczniowie odwrócili głowy; ci z tyłu stawali na palcach.

 

- Co się dzieje? – zapytała Ginny, która dopiero co nadeszła. Po chwili pojawił się profesor Dumbledore; Gryfoni stłoczyli się, aby zrobić mu przejście, a Harry, Ron i Hermiona wykorzystali to, żeby znaleźć się bliżej portretu.

 

- Sherlock Harry na tropie – powiedziała Iola – i doktorzy Hermiona i Ron.

 

- Och... – krzyknęła Hermiona zduszonym głosem i złapała Harry'ego za ramię. Gruba Dama znikła z portretu, który został pocięty jakimś ostrym narzędziem, tak że paski płótna leżały na posadzce, a w samym obrazie było pełno wielkich dziur.

 

- Co tu się stało? – spytały matki.

 

Dumbledore rzucił okiem na zniszczony obraz i odwrócił się, a wtedy zobaczył spieszących ku niemu Snape'a, McGonagall i Lupina.

 

- Musimy ją odnaleźć – powiedział – Profesor McGonagall, proszę iść zaraz do Filcha i powiedzieć mu, żeby przeszukał wszystkie obrazy w zamku.

 

- Filch, gdzie jesteś, kiedy jesteś potrzebny, to cię nie ma. Masz zadanie bojowe od generała albo wodza Dumbledore – oznajmił Hugo.

 

- Powodzenie murowane! – rozległ się skrzekliwy głos. Nad głowami tłumu poszybował poltergeist Irytek. Był najwyraźniej zachwycony, jak zawsze na widok zniszczenia lub czyjegoś zmartwienia.

 

- Co masz na myśli, Irytku? – zapytał spokojnie Dumbledore, a roześmiany od ucha do ucha poltergeist nieco spoważniał, bo czuł przed nim respekt.

 

- Jest zawstydzona, wasza dyrektorska mość – odpowiedział przymilnym głosem, który wcale nie był przyjemniejszy od jego zwykłego skrzeku – Nie chce, by ją ktokolwiek zobaczył. Jest w okropnym stanie. Zobaczyłem ją, jak przebiegała przez landszaft na czwartym piętrze, chowając się wśród drzew. Wykrzykiwała coś okropnego – powiedział uradowany – Biedaczka... – dodał niezbyt przekonującym tonem.

 

- On to już szykował imprezę z tej okazji – mruknął Seamus.

 

- Mówiła, kto to zrobił? – zapytał cicho Dumbledore.

 

- Och tak, wasza profesorsko-dyrektorska mość – odpowiedział Irytek takim tonem, jakby trzymał w objęciach wielką bombę – Bardzo się rozzłościł, kiedy nie pozwoliła mu wejść.

 

Starszy Łapa udawał, że on nic nie wie.

 

Irytek wywinął kozła i wyszczerzył do Dumbledore'a zęby spomiędzy własnych nóg.

 

- Ale się wściekł ten Syriusz Black.

 

Młodszemu Łapie opadła szczęka.

 

- Szukałem tego zdrajcy! – warknął starzy Łapa. Ginny, Luna, Hermiona Daphne i Astoria przytuliły się do niego – No już nie wszystkie naraz – zażartował – dziewczyny, bo mnie udusicie.

 

- Czyli... – zaczęli, Ci którzy wiedzieli, że Peter Pettigrew jest szczurem.

 

- Tak on to zrobił – oznajmiła Hermiona – On zdradził Lily i Jamesa Potterów, to wszystko przez niego, a Ron zacisnął ręce wściekły, że przez tego cholernego szczura kłócił się z Hermioną.

 

- Koniec rozdziału – oznajmiła Hanna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...