piątek, 12 stycznia 2024

Rozdział 21 Więzień

 

- Teraz ja – powiedziała starsza Dorcas.

- Proszę mamusiu – oznajmiła Tracy, a Dorcas przytuliła ją do siebie i pocałowała w czoło, wyrażając macierzyńskie uczucia, jakie do niej żywiła. Pani Black westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w matkę jeszcze bardziej.

- Jestem twoją mamusią, kochanie i ty córciu jesteś dla mnie córką w takim samym stopniu co Pheobe i nic tego nie zmieni – oznajmiła pani Black.

- Powiem ci jedno, mamusiu: Kocham cię, mamusiu – mruknęła jej do piersi i westchnęła zadowolonym głosem, a później usiadła na kolanach Feliksa i przytuliła się do niego, a Dorcas zaczęła czytać.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Tajemnica Hermiony

- To wstrząsająca sprawa... wstrząsająca... cud, że żadne z nich nie zginęło... W życiu o czymś takim nie słyszałem... niech to dunder świśnie, jakie to szczęście, że pan tam był, Snape...

- Dziękuję, panie ministrze.

- Dziękuję, panie idioto – powiedział młodszy Łapa.

- Order Merlina drugiej klasy! Może nawet pierwszej, jak mi się uda...

- Nie szalej tak, Kordek, bo pierdolniesz – stwierdził starszy Łapa i rzucił zaklęcie na Knota i Kordek leżał teraz na ziemi – i pierdolnol – większość ludzi parsknęła śmiechem.

- Bardzo dziękuję, panie ministrze.

- Ma pan paskudne rozcięcie... To robota Blacka, co?

- Prawdę mówiąc, to robota Pottera, Weasley'a i Granger, panie ministrze...

- Co złego to nie my! – zawołali Złota Trójca – Sam się potknął i przewrócił!

- To wasza sprawka! – warknęły dwie wersje Severusa.

- Panie Knot obiecuje panu Severusowi Snape'owi Order Merlina? Przecież może sam sobie dać, jak ten pan sobie dał, i co panie Knot co pan takiego zrobił niezwykłego, że ma pan ten Order Merlina pierwszej klasy? – spytała z ciekawości Madame Bones. Knot zrobił się czerwony.

- Z pana jest tchórz, jak z Pettigrew – dodała Madame Bones – Jesteś tylko oszustem, Knot, a masz coś na swoją obronę?

- Nie, MADAME Bones!

- Dałeś sobie sam Order Merlina? – spytał starszy Rogacz z niedowierzaniem.

- No Kordek odpowiedz ładnie panu Potterowi – powiedziała młodsza Amelia I.

- Tak, PANIE Potter!

- Jesteś imbecylem, Knot – stwierdził starszy Frank.

- Dziękuję, PANIE Longbottom – powiedział Frank II, naśladując głos Knota. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

- Masz rację, tatusiu. On sobie dał Order Merlina za nic, to z jego głową jest coś nie tak – odezwała się Hanna.

- Jak śmiesz! – warknął Knot na córkę Franka Longbottoma I.

- Chyba się zapomniałeś, Knot! – wycedziły dwie wersje Alicji I – Masz sekundę, żeby przeprosić moją córeczkę pani Longbottom, że nie okazałeś mojej córeczce należyty szacunek i nie zwróciłeś się do niej per "proszę PANI " i "PANI Longbottom" albo "LADY Longbottom"!

- No słucham, panie Knot, czekam na twoje przeprosiny – powiedziała Lady Longbottom i założyła ręce. Stukała wysoką szpilką o podłogę, a później podeszła do matki – Mamusiu, kocham cię – po czym wtuliła się w matkę.

- Mamusia też cię kocha, skarbie i zawsze będę cię kochać.

- Ja dalej czekam! – warknęła Hanna na Knota.

- Bardzo PANIĄ Longbottom przepraszam, że nie okazałem PANI należyty szacunek, proszę PANI.

- Ja, jako pani Longbottom przyjmuje twoje przeprosiny, Knot – a później pocałowała Neville'a w policzek.

- Uwielbiasz kiedy zwracają się do ciebie "pani Longbottom" – stwierdził Neville.

- Kocham to – mruknęła Hanna, mając iskierki w oczach – Będziesz się ze mną kochać, prawda panie Longbottom? – wyszeptała mu do ucha.

- Pani Longbottom dla mnie to, jak prezenty na święta – odparł Neville do ucha i pocałował ją w znak, a ta wydała z siebie głośne westchnienie zadowolenia.

- Nie!

- Black ich omamił, od razu to spostrzegłem. Zaklęcie Confundus, sądząc po ich zachowaniu. Chyba myśleli, że jest niewinny. Nie można ich za to obarczać odpowiedzialnością. Z drugiej strony, ich wmieszanie się w całą sprawę mogło pomóc Blackowi w ucieczce. Najwidoczniej od samego początku uważali, że sami go złapią. Do tej pory wiele im się udawało i obawiam się, że mieli o sobie zbyt wysokie mniemanie... No i, oczywiście, dyrektor zbyt często pozwalał na wszystko temu Porterowi...

Lily patrzyły wściekle na Snape'a.

- Ach, Snape... No cóż, to przecież Harry Porter, sam pan rozumie... wszyscy przymykamy oko na jego wybryki...

- A jednak... czy to dobre dla niego, żeby go traktować w wyjątkowy sposób? Ja osobiście traktuję go tak samo jak innych uczniów.

- A tu mi jedzie czołg – oznajmił Harry.

A każdy uczeń zostałby zawieszony... przynajmniej zawieszony... gdyby wciągnął swoich kolegów w tak groźną sytuację. Niech pan się zastanowi, panie ministrze: wbrew wszystkim szkolnym przepisom... po tych wszystkich środkach ostrożności zastosowanych przecież dla jego bezpieczeństwa... wymknąć się w nocy, zadawać się z wilkołakiem i mordercą...

- TATUŚ NIE JEST MORDERCĄ, SNAPE! – ryknęła Daphne.

a mam powody, by sądzić, że odwiedzał też nielegalnie Hogsmeade...

- No, no... Snape... zobaczymy, zobaczymy... niewątpliwie chłopiec popełnił wiele głupstw...

- Tak samo, jak ty – powiedział James II.

Harry leżał, słuchając tego i zaciskając powieki. Czuł się bardzo słaby i oszołomiony. Słowa zdawały się wędrować bardzo powoli z uszu do mózgu, tak że trudno je było zrozumieć. Członki miał jak z ołowiu, powieki zbyt ciężkie, by je unieść... chciał tylko leżeć, leżeć na tym wygodnym łóżku, leżeć już tak zawsze...

- Najbardziej zdumiewa mnie zachowanie dementorów... Naprawdę pan nie wie, Snape, co spowodowało ich ucieczkę?

- Nie, panie ministrze.

- My za to wiemy, panie profesorze – powiedziała słodko Hermiona.

Kiedy przyszedłem do siebie, wracali już na swoje posterunki przy bramach...

- Niezwykłe. A jednak Black, Harry... i ta dziewczyna...

- Po pierwsze: dla ciebie to jest PAN Black i PAN Potter. Po drugie: Ta dziewczyna, jak to nazwałeś, to jest PANI Weasley, Korneliuszu i proszę ich tak tytułować – rzekła Molly I słodkim głosem, patrząc na niego z wyczekiwaniemn, a Hermiona przytuliła się do Molly radośnie.

- Dobrze, PANI Weasley – oznajmił posłusznie Knot.

- Kocham cię, mamusiu – rzekła Hermiona, tuląc się do jej piersi.

- Ja też cię kocham, skarbie i zawsze będziesz moją córeczką, kochaniutka.

- Słyszał pan, co powiedziała moja mamusia?

- Tak, PANI Weasley! – Łapa i Harry wyszczerzyli się do Molly I.

- Tylko to mogę teraz dla ciebie zrobić, Syriuszu: Że ci nie wierzyłam – rzekła Molly I, a Syriusz ją przytulił.

- Dziękuję, Molly – oznajmił Łapa.

- Wszyscy byli nieprzytomni. Oczywiście związałem i zakneblowałem Blacka, wyczarowałem nosze i ściągnąłem ich prosto do zamku.

- To nie Syriusz był zdrajcą, idioto! – warknęła młodsza Marlene.

Zapadła cisza. Mózg Harry'ego pracował teraz nieco szybciej, a wówczas coś zaczęło go nękać w żołądku. Otworzył oczy. Wszystko było lekko zamazane. Ktoś musiał mu zdjąć okulary. Leżał w ciemnym skrzydle szpitalnym. Na końcu sali zobaczył odwróconą do niego plecami panią Pomfrey, pochyloną nad łóżkiem. Wytężył wzrok i wydało mu się, że pod jej ramieniem dostrzegł rude włosy Rona.

Hermiona pocałowała go w policzek.

Przekręcił głowę na poduszce. Na prawo od niego leżała Hermiona.

Ron patrzył na nią z miłością.

Światło księżyca padało na jej łóżko. Oczy miała otwarte. Wyglądała jak spetryfikowana, ale kiedy zobaczyła, że Harry się przebudził, przyłożyła palec do ust i wskazała na drzwi. Były otwarte, a głosy Korneliusza Knota i Severusa Snape'a dobiegały z korytarza.

- Rozmowa dwóch idiotów – stwierdził młodszy Łapa.

Pani Pomfrey podeszła żwawym krokiem do łóżka Harry'ego. Odwrócił się, żeby na nią spojrzeć. Niosła największy blok czekolady, jaki widział w życiu. Wyglądał jak mała cegła.

- Ach, obudziłeś się! – powiedziała raźnym głosem. Położyła czekoladę na stoliku obok łóżka i zaczęła rozbijać blok małym młoteczkiem.

- To musiał być niezły kawał czekolady – powiedział Seamus.

- Co z Ronem? – zapytali jednocześnie Harry i Hermiona.

- Jest bardzo szczęśliwy, gdyż moja żona siedzi mi na kolanach – oznajmił Ron, patrząc na Hermionę, która zarumieniła się.

- I nigdzie się nie wybiera – dodała podniecona i przejechała palcami po policzku męża.

- I tak bym jej nigdzie nie puścił – stwierdził Ron.

- A nam mówiłeś, że jesteśmy nienormalni, Ron – wywróciła oczami Ginny.

- A sami nie jesteście lepsi – dodał Harry.

- Przeżyje – odpowiedziała ponuro pani Pomfrey – A wy... wy zostaniecie tu, póki nie będę zadowolona z waszego stanu... Potter, co ty wyprawiasz?

- Siedzę! – burknął Harry.

Harry usiadł, założył okulary i wziął do ręki różdżkę.

- Muszę się zobaczyć z dyrektorem – oświadczył.

- Potter – powiedziała pani Pomfery łagodnym tonem – już wszystko w porządku. Złapali Blacka. Zamknęli go na górze. Lada chwila dementorzy złożą swój pocałunek...

- CO?!

- Ja nie chce żadnego pocałunku! – zawołali dwie wersje Łapy.

- I nie dostaniesz od nich pocałunku, wujku Syriuszu – odświadczyła Hermiona.

- W usta tylko ja mogę go całować! – zawołały dwie wersje Marlene.

- No właśnie! – krzyknęli starszy i młodszy Łapa – Tylko pani Black może mnie całować w usta!

Harry wyskoczył z łóżka, Hermiona zrobiła to samo. Jego okrzyk usłyszano jednak na korytarzu i w następnej sekundzie Knot i Snape wpadli na salę.

- Harry, Harry, co to znaczy?! – zawołał Knot, wyraźnie poruszony – Powinieneś być w łóżku...

- Nie będziesz mi mówił, co mam robić, Kordek – oznajmił Harry.

- Dostał czekolady? – zapytał z lękiem panią Pomfrey.

- Tak, bój się, Madame Pomfrey – powiedziała słodkim głosem Poppy, a Rolanda parsknęła śmiechem.

- Powiem Ci w sekrecie, panie były ministrze – oznajmiła Minerwa – ale nawet dyrektor się jej boi, bo to bardzo niebezpieczna kobieta. Obie uwielbiamy pilates i jak będziesz niegrzecznym chłopczykiem to Madame Pomfrey Ci pokaże, ale uwiesz mi będzie cię to bolało i to bardzo.

- Potwierdzam – oznajmiła Rolanda.

- Będę grzecznym chłopcem, MADAME McGonagall, bo nie chcę dostać od MADAME Pomfrey.

- Życzę szczęścia! – parsknęła śmiechem Rolanda.

- Oj nie śmiej się z naszego małego dżentelmena! – skarciła ją Pomona, a później zachichotała – Widzisz Korneliuszu, jak cię bronię od tych niedobrych pań, więc jako nasz mały dżentelmenem musisz mi pięknie podziękować.

- To się dzieje naprawdę? – spytał Draco Astorii.

- Dzieje się naprawę Dracuś – odpowiedziała Astoria, całując go w policzek.

- Dziękuję MADAME Sprout, że PANI mnie broni. Bardzo PANI dziękuję, proszę PANI.

- Nie ma za co, skarbie – oznajmiła Pomona.

- To się tyczy również ciebie, Dolores – dodała Poppy – Czy wyraziłam się jasno, skarbeńku?

- Tak, MADAME Pomfrey, wyraziła się PANI jasno, proszę PANI – kobiety uśmiechnęły się szeroko do siebie, a uczniowie patrzyli na nauczycielki z otwartą szczęką.

- Od tego są profesorowie. Żeby uczyć szacunku, drogie dzieci – odezwała się Euphemia – Prawda, Dolores?

- Tak, LADY Potter.

- Grzeczna dziewczynka – powiedziała Caroline słodkim głosem.

- Dziękuję bardzo, PANI Evans.

- Panie ministrze, proszę mnie wysłuchać! – powiedział Harry – Syriusz Black jest niewinny! Peter Pettigrew udał własną śmierć! Widzieliśmy go! Nie może pan pozwolić dementorom, żeby zrobili to Syriuszowi, on jest... – Ale Knot kręcił głową i uśmiechał się wyrozumiale.

- Harry, Harry, wszystko ci się pomieszało, przeszedłeś ciężkie chwile, połóż się z powrotem, proszę, nie martw się niczym, panujemy nad wszystkim...

- Nad niczym nie panujesz, Knot! – warknął Harry.

- NIEPRAWDA! – ryknął Harry – ZŁAPALIŚCIE NIEWŁAŚCIWĄ OSOBĘ!

- Bardzo przepraszam, Lordzie Potter – mruknął Knot.

- Panie ministrze, niech pan posłucha – odezwała się Hermiona, która stanęła obok Harry'ego i wpatrywała się żarliwie w twarz Knota – Ja też go widziałam. To był szczur Rona, on jest animagiem, to znaczy... chodzi mi o Petera Pettigrew, i...

- Sam pan widzi, panie ministrze – powiedział Snape – Black obojgu pomieszał w głowach... Wiedział, co robi...

- Zamknij się! – warknęła Hermiona na Snape'a – Byłeś nieprzytomny, więc nie wypowiadaj się na ten temat, jak nie wiesz, co się działo, a wujek Syriusz jest niewinny!

- TY MAŁA DZIEWUCHO! – ryknął starszy Severus – JAK ŚMIESZ SIĘ TAK DO MNIE ODZY... ! – nie skończył, bo starszy Rogacz uderzył go w szczękę, że aż go przymroczyło mu przed oczami.

- James! – krzyknęły Euphemia, dwie wersje Lily i Carolina.

- Tatuś – mruknęła Hermiona przytuląc się do niego – tatusiu nie musiałeś go uderzać.

- Niezły cios, dziadku – oznajmił Hugo.

- Nie pozwolę nikomu nazywać mojej córeczki dziewuchą! – syknął Rogacz, a Hermiona wtuliła się w niego.

- A poza tym Hermiona nie jest dziewucha, tylko Lady Weasley, tak samo, jak ja jestem Lady Potter – stwierdziła Ginny.

- Harry, kochanie weź rzuć tę rudą idiotkę – powiedziała Cho erotycznym głosem – bo za bardzo sobie pozwala.

- Niech się zastanowię... Hmmm... Odpowiedź brzmi nie, i zostaw moją żonę w spokoju, Cho.

- Ale, Harry!

- Żadne "ale" – wtrąciły się dwie wersje Lily – to Ginny ma tytuł Lady Potter, ona ma znamię na szyi, ona ma biżuterie z rodem Potterów i ona jest matką moich wnucząt, a poza tym była mu przeznaczona, a ja, osobiście bardzo ją kocham, całym swoim sercem, panno Chang – Ginny była tak wzruszona, że miała łzy w oczach, że Lily musiała wytrzeć jej łzy z oczu i mocno przytuliła, a ta wtuliła się w nią – Nie płacz, bo rozmażesz sobie makijaż.

- Ja też cię kocham, mamusiu całym swoim sercem – wyszeptała do jej piersi nie chcąc jej puścić.

- Byłaś bardzo niegrzeczną dziewczynką, panno Chang – rzekł srogo starszy Łapa, a późnej zwrocił się do Ginny – Kochanieńka powiedz wujkowi Łapie, co się robi z niegrzecznymi dziewczynkami?

- Niegrzeczne dziewczynki się każe, wujku Syriuszu – oznajmiła Ginny, która dalej była przytulana przez panią Potter.

- No właśnie! – klasnął Łapa, a Cho przeknela ślinę.

- NIKT NAM NIE POMIESZAŁ W GŁOWACH! – wrzasnął Harry.

- Panie ministrze! Panie profesorze! – fuknęła pani Pomfrey ze złością – Nalegam, żeby panowie natychmiast stąd wyszli. Potter jest moim pacjentem i nie pozwolę go denerwować!

- Już się boisz Korneliuszku? – wyszeptała mu do ucha rozbawiona Rolanda.

- Nie boję się, głupia babo! - warknął Knot na Hooch.

- Słuchaj ty, nie pozwalaj sobie! Straszne szczeniacki jesteś! – wycedziła Rolanda.

- Knot nie wolno ci tak mówić do kobiety – powiedział Fleomont – A teraz ładnie ją przeproś – Rolanda strzeliła go zaklęciem.

- Przestań! – warknął Knot.

- Nigdy cię nie lubiłam, Knot – powiedziała słodkim głosem Rolanda i znowu go strzeliła.

- Rolanda możesz nie strzelać w biednego Korneliusza? – spytał dyrektor.

- Ten gówniarz mnie nie przeprosił i nie zwrócił się do mnie per "proszę PANI " i per "MADAME Hooch," PANIE dyrektorze!

- Nie przesadzacie już z tą etykietą? – spytał Dumbledore.

- NIE! A POZA TYM I NIE BĘDZIESZ MI MÓWIŁ, CO MAM ROBIĆ! – warknęły profesorki na dyrektora.

- Kiedy mówiłem "Snape" sam mówiłeś, cytuję: "Harry, to jest PROFESOR Snape" – powiedział Harry.

- TY I KNOT ORAZ UMBRIDGE JESTEŚCIE IDIOTAMI! – wycedziła Minerwa – ZAWIODŁAM SIĘ NA PANU DYREKTORZE!

- Ja nie jestem idiotą i dobrze o tym wiesz. Nie pozwalaj sobie za dużo, Minerwo! – krzyknął Drops, zaczynając tracić panowanie nad sobą.

- A kto zostawił Harry'ego Pottera u tych mugoli! – warknęła Minne – Ty! Sprawiłeś, że był wychowany bez miłości, a tyle ci mówiłam, że to zły pomysł!

- Podziwiałem cię, a kiedy się dowiedziałam, co ten chłopak miał za dzieciństwo, to mam ochotę cię strzelić zaklęciem! – dodała Poppy, a głos miała wściekły. Snape patrzył na to wielkimi oczami.

- Minerwo, Poppy musicie zrozumieć...

- Nie mów mi po imieniu, jakbyśmy wciąż byli przyjaciółmi! – wycedziły Poppy i Minerwa. Były wściekłe, jak osy. Obie podeszły do Harry'ego i obie go przytuliły.

- Jestem dumna, że jesteś w moim domu, Lordzie Potter – powiedziała Minne przytulając go do swojej piersi.

- Jestem Harry, tylko Harry – oznajmił Harry – Babciu Mini.

- Kocham cię, Harry – mruknęła, mając łzy w oczach – Kiedy przybyłeś do Hogwartu czułam, jakbym miała wnuka. Jesteś taki podobny do ojca, tylko oczy masz po matce.

- Ja też cię kocham, Babciu Mini – mruknął. Kiedy usłyszała, jak ją nazwał, zarzuciła mu ramiona na szyję i nie próbowała nawet ukryć, jak łka ze szczęścia. Niegdyś by to kwestionowała, ale teraz pragnęła jedynie trzymać w ramionach osobę, która była dla niej, jak wnuk. Większość miało łzy w oczach, widząc tę wzruszająca scenę.

- Twoje łóżko jest już gotowe w skrzydle szpitalnym – zażartowała Poppy i też go przytuliła.

- Ha! Ha! Ha! Bardzo śmieszne! - burknął Harry, a Poppy przytuliła go do siebie jeszcze mocniej.

- Też cię kocham, babciu Po – mruknął do niej. Poppy też zalała się łzami słysząc, jak Harry ją pieszczotliwie nazywa, a Dumbledore patrzył na nią z wielkimi oczami, bo go zatkało. Kobiety nagle popatrzyły na dyrektora stukaj ac swoim wysokim obcasem i założyły ręce.

- Jak sobie życzycie, drogie MADAMES– wydukał w końcu.

- Gin mam cztery babcie – powiedział radosnym głosem.

- A ty chcesz coś powiedzieć, panie Profesorze? – zapytała Rolanda Snape'a.

- Nie – odparł w szoku starszy Severus – Znaczy się tak. Możecie zmienić te ubrania i te cholerne szpilki, bo wyglądacie jak rozpuszczone panienki.

- Severus teraz to przesadziłeś – oznajmiła Lily I – Nie chcę być w twojej skórze. Teraz wiem, że jesteś bucem, Snape.

- Jak śmiesz, Snape! – warknęły nauczycielki – Nie jestem rozpuszczoną panienką – i strzeliły go zaklęciami – Nie pozwalaj sobie! Strasznie szczeniacki jesteś!

- Przepraszam, MADAMES! – zawołał Snape w lekkiej panice.

- Drogie panie, powinno być "nie pozwalaj sobie straszny Nietoperzu z lochów" – powiedział James II. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

- Nie jestem zdenerwowany, ja tylko próbuję im uzmysłowić, co się naprawdę wydarzyło! – powiedział ze złością Harry – Gdyby mnie tylko wysłuchali... – Ale pani Pomfrey nagle wepchnęła mu do ust wielki kawał czekolady. Zakrztusił się, a ona skorzystała ze sposobności i wsadziła go z powrotem do łóżka.

- A teraz, bardzo proszę, panie ministrze... Te dzieci wymagają opieki medycznej. Proszę opuścić szpital.

- Też cię nigdy nie lubiłam, Knot – odezwała się Poppy.

Drzwi ponownie się otworzyły i stanął w nich Dumbledore. Harry z trudem przełknął bryłę czekolady i znowu się podniósł.

- Panie profesorze, Syriusz Black...

- Na miłość boską! – krzyknęła pani Pomfrey histerycznym głosem – Czy to jest szpital, czy może mi się tylko tak wydaje? Panie dyrektorze, muszę stanowczo...

- Wybacz mi, Poppy,

- Dla Ciebie to MADAME Pomfrey – wyszeptała Poppy patrząc na niego groźnie tak samo jak inne kobiety .

ale muszę zamienić słówko z panem Potterem i panną Granger – oświadczył spokojnie Dumbledore – Właśnie rozmawiałem z Syriuszem Blackiem...

- Założę się, że opowiedział panu tę samą bajeczkę, którą zagnieździł w mózgu Pottera – prychnął Snape.

- Wara od mojego synka, Snape! – zawołała Euphemia.

- Coś o szczurze... i o zmartwychwstaniu Petera Pettigrew...

- Zgadza się, mówił mi o tym – rzekł Dumbledore, przyglądając się bacznie Snape'owi znad swoich okularów-połówek.

- A więc moje słowo już nic nie jest warte? – warknął Snape – Petera Pettigrew nie było we Wrzeszczącej Chacie i nie widziałem go na błoniach.

- Bo był pan nieprzytomny, panie profesorze! – wtrąciła Hermiona – Przybył pan za późno, żeby usłyszeć...

- Panno Granger, PROSZĘ LICZYĆ SIĘ ZE SŁOWAMI!

- Bo boisz się przyznać, że dwójka dzieci cię zniszczyła – zadrwiła Hermiona.

- Zabolało cię twoje wielkie ego – dodał Harry.

- Spokojnie, Snape – powiedział Knot, wyraźnie przerażony rozwojem wypadków – ta młoda dama wiele przeżyła, musimy brać pod uwagę stan, w jakim się znajduje...

- Właśnie. Dobrze mówisz, Knot jestem damą – oznajmiła Hermiona i odrzuciła włosy do tyłu.

- Oczywiście, że jesteś damą i do tego Lady naszego rodu i moją córeczką, kochaniutka – powiedziała Molly.

- A mamusia jest moją mamusią – odparła pani Weasley do Molly I.

- Oczywiście, że jestem twoją mamusią, kochanie – mruknęła i tuliła swoją córkę a ta westchnęła zadowolonym głosem kiedy pani Weasley ją przytulała.

- Chciałbym porozmawiać z Harrym i Hermioną na osobności – oświadczył nagle Dumbledore – Korneliuszu, Severusie, Poppy... proszę nas zostawić.

- Dla Ciebie to jesteśmy PANI Weasley i PAN Potter, dyrektorze – mruknęła jadowicie Hermiona, patrząc na niego z jadem w oczach. Dumbledore patrzył na Hermionę w szoku, że ta dziewczyna tak się zmieniła, nie poznawał jej i tylko westchnął. 'Większość mnie nienawidzi, że zostawiłem Harry'ego u Dursley'ów'.

- Dyrektorze! – wybełkotała pani Pomfrey – Oni wymagają opieki medycznej, potrzebują odpoczynku...

- To nie może czekać – przerwał jej Dumbledore.

- Jestem zmuszony nalegać – Pani Pomfrey ściągnęła wargi, odeszła do swojego gabinetu na końcu sali i zatrzasnęła drzwi. Knot spojrzał na wielki złoty zegarek, zwisający mu z kamizelki.

- Dementorzy pewnie już przybyli – powiedział.

- Spokojnie, skarbie, twój tatuś będzie uratowany – powiedział Harry do Daphne, kiedy przymierzała się do zabicia Knota.

- Pójdę z nimi pomówić. Dumbledore, spotkamy się na górze – Otworzył drzwi i przytrzymał je dla Snape'a, ale ten nie ruszył się z miejsca.

- Chyba pan nie wierzy w to wszystko, co opowiada Black? – szepnął, wpatrując się w twarz Dumbledore'a.

- Zamknij się wreszcie! – krzyknęły dwie wersje Marlene

- Chcę porozmawiać z Harrym i Hermioną na osobności – powtórzył Dumbledore. Snape zrobił krok w jego stronę.

- Syriusz Black wykazał, że jest zdolny do morderstwa, kiedy miał szesnaście lat. Zapomniał pan o tym, dyrektorze? Zapomniał pan, że kiedyś chciał zabić mnie?

- Jak śmiesz sprzeciwiać się panu Dumbledore'owi, Snape – wycedzila Mary.

- Mam nadal znakomitą pamięć, Severusie – odpowiedział spokojnie Dumbledore. Snape obrócił się na pięcie i wyszedł przez drzwi, które Knot wciąż przytrzymywał. Kiedy zamknęły się za nimi, Dumbledore zwrócił się do Harry'ego i Hermiony. Oboje zaczęli mówić jednocześnie.

- Panie profesorze, Black mówi prawdę... widzieliśmy Petera Pettigrew...

- ...on uciekł, kiedy profesor Lupin zamienił się w wilkołaka...

- ...on jest szczurem...

- ...jego przednia łapa... to znaczy palec... on go sobie odciął, kiedy...

- ...to Pettigrew zaatakował Rona, nie Syriusz... – Ale Dumbledore podniósł rękę, żeby powstrzymać ten potok wyjaśnień.

- Gadacie, jak my – oznajmili rozbawieni Fred i George.

- Uczyliśmy się od mistrzów – zaśmiał się Harry.

- Teraz wy musicie mnie wysłuchać i proszę mi nie przerywać, bo czasu mamy niewiele. Nie ma ani cienia dowodu na to, o czym opowiada Black, poza waszym świadectwem... a słowa dwojga trzynastolatków nie przekonają nikogo. Cała ulica widziała, jak Syriusz zamordował Petera Pettigrew. Ja sam potwierdziłem w ministerstwie, że Syriusz był Strażnikiem Tajemnicy Potterów.

- Bo nie wiedziałem, że zamieniliście – mruknął Drops.

- Profesor Lupin może panu powiedzieć... – zaczął Harry, nie mogąc się powstrzymać.

- Profesor Lupin jest teraz w Zakazanym Lesie i nie sądzę, by był w stanie komukolwiek coś powiedzieć. Kiedy odzyska ludzką postać, będzie już za późno, Syriusza spotka coś gorszego od śmierci. Poza tym wilkołaki nie budzą zaufania w naszym społeczeństwie, więc jego świadectwo nie na wiele się zda... a fakt, że on i Syriusz byli kiedyś przyjaciółmi...

- To prawda – mruknęły dwie wersje Lunatyka.

- Ale...

- Wysłuchaj mnie, Harry. Jest za późno, nie rozumiesz? Nie dotarło do ciebie, że wersja profesora Snape'a jest o wiele bardziej przekonująca od twojej?

- On nienawidzi Syriusza – powiedziała z rozpaczą Hermiona – A wszystko przez ten głupi żart...

- Syriusz nie zachowywał się jak niewinny człowiek. Napaść na Grubą Danię... wtargnięcie do Gryffindoru z nożem... bez Pettigrew, żywego czy umarłego, nie mamy szans na podważenie wyroku.

- Ja wierzę – powiedziała Amelia I.

- Dziękuję mad...

- Mówiłem ci, że jestem dla ciebie ciocią Amelią, Harry – oznajmiła Amelia I. Kiedy podeszła do Harry'ego z gracją i wdziękiem przytuliła go – i nie ma żadnego "ale". Madame Bones jestem dla kretynów, takich jak Knot czy Umbridge, czy Dumbledore, Snape i Lucek i nie przyjaciół. Dla ciebie i dla twoich przyjaciół z Zakonu Braterstwa i Zakonu Sióstr Wojowniczek jestem ciocią Amelią. Czy wyraziłam się jasno, Harry?

- Tak, ciociu Amelio – odparł Harry.

- Grzeczny chłopczyk – rzekła Amelia I, całując go w policzek.

- Ostatnio wszyscy mnie przytulają i całują w policzek! – Tym razem to Harry pocałował ją w policzek.

- Ale pan nam wierzy.

- Tak, wierzę wam – odpowiedział cicho Dumbledore – Nie potrafię jednak zmusić innych, by zrozumieli, jak było naprawdę, nie mam też władzy nad Ministrem Magii...

- Niech zje swój welonik – mruknął Patrick.

Harry wpatrywał się w tę smutną, zatroskaną twarz i czuł się tak, jakby grunt usuwał mu się spod nóg. Od lat przywykł do myśli, że Dumbledore potrafi wszystko. Był pewny, że znajdzie jakieś zdumiewające, cudowne rozwiązanie. A teraz... ich ostatnia nadzieja zawiodła – Potrzebujemy więcej czasu – powiedział powoli Dumbledore, a jego bladoniebieskie oczy powędrowały od Harry'ego do Hermiony.

- Ale... – zaczęła Hermiona i nagle jej oczy zrobiły się okrągłe – OCH!

- Będzie fajnie – powiedział Harry.

- Posłuchajcie mnie teraz uważnie – rzekł Dumbledore bardzo cicho i bardzo wyraźnie – Syriusz Black jest zamknięty w gabinecie profesora Flitwicka na siódmym piętrze. Trzynaste okno na prawo, licząc od Wieży Zachodniej. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, dziś w nocy będziecie mogli uratować więcej niż jedno niewinne życie. Ale zapamiętajcie: nikt nie może was zobaczyć. Panna Granger dobrze zna prawo... więc wie, o co toczy się gra... NIKT NIE MOŻE WAS ZOBACZYĆ.

- Będzie akcja! – podniecił się Colin I.

Harry nie miał pojęcia, o co chodzi. Dumbledore odwrócił się, a kiedy doszedł do drzwi, spojrzał na nich przez ramię – A teraz zamknę was na klucz. Jest...zerknął na zegarek – za pięć dwunasta. Panno Granger, trzy obroty powinny wystarczyć. Powodzenia.

- Cofnięcie się w czasie! – krzyknęły nagle dwie wersje Molly I.

- Tak, mamusiu – oznajmiła Hermiona.

- To tak mnie uratowaliście – odezwał się starszy Łapa.

- Nie mogłam zostawić mojego ukochanego wujka na pewną śmierć – powiedziała Hermiona.

- Dziękuję! – wyszeptali członkowie z rodu Blacków.

- Powodzenia? – powtórzył Harry, kiedy drzwi zamknęły się za dyrektorem – Trzy obroty? O czym on mówił? Co mamy zrobić? – Hermiona wyciągnęła spod szaty bardzo długi, misterny złoty łańcuszek, oplatający jej szyję.

- Super! – krzyknęli większość ludzi na sali.

- Harry, chodź tutaj – wyszeptała – Szybko! – Harry podszedł do niej, kompletnie ogłupiały. Wyciągnęła ku niemu łańcuszek. Zobaczył, że zwiesza się z niego maleńka, błyszcząca klepsydra – Poczekaj... – Zarzuciła łańcuszek również na jego szyję – Gotów? – zapytała, prawie bez tchu.

- Co my robimy? – zdziwił się Harry, zupełnie nie rozumiejąc, o co chodzi.

- Hermiona jest od myślenia, a ja od czarnej roboty – oznajmił Harry.

Hermiona obróciła klepsydrę trzy razy. Ciemna sala szpitalna rozpłynęła się. Harry doznał uczucia, jakby leciał bardzo szybko do tyłu. Migały mu przed oczami jakieś zamazane kształty i barwy, w uszach mu łomotało. Próbował krzyknąć, ale nie usłyszał własnego głosu...

- Czy chcesz coś powiedzieć, Lucyna? – spytał Harry, który otwierał usta.

- Dla Ciebie jestem "pan Malfoy" albo "Lord Malfoy"!

- Otwierałeś już usta, Malfoy, więc? – powiedział Ron.

A potem poczuł twardy grunt pod stopami i obraz nagle się wyostrzył. Stał obok Hermiony w opustoszałej sali wejściowej Hogwartu. Na kamienną posadzkę padał z otwartych drzwi strumień złotego słonecznego światła. Spojrzał nieprzytomnie na Hermionę, a cienki łańcuszek wpił mu się w szyję.

- Hermiono, co...

- Szybko! – Hermiona złapała go za rękę i pociągnęła do drzwiczek komórki na miotły, otworzyła je, wepchnęła go między kubełki i mopy, potem sama wcisnęła się do środka i szybko zatrzasnęła za sobą drzwi.

- Co... jak... Hermiono, co się dzieje?

- Jesteśmy w przeszłości – rzekła Hermiona.

- Powrót do przeszłości – wyszeptała Hermiona, zdejmując mu z szyi łańcuszek – Jest o trzy godziny wcześniej... – Harry wymacał w ciemności własną nogę i mocno się uszczypnął. Zabolało, więc uznał, że nie może to być dziwaczny sen.

- Ale...

- Ciiicho! Słuchaj! Ktoś idzie! Myślę... myślę, że to MY! – Przycisnęła ucho do drzwi – Kroki... tak, myślę, że to my schodzimy, żeby zobaczyć się z Hagridem!

- Chcesz mi powiedzieć – szepnął Harry – że jesteśmy tutaj, w komórce, i jednocześnie tam?

- Tak – powiedziała Hermiona, wciąż nasłuchując – Jestem pewna, że to my... tak, idzie troje ludzi... powoli, bo przecież chowamy się razem pod peleryną-niewidką... – Urwała, nadal nasłuchując uważnie – Zeszliśmy po zewnętrznych schodach... – Hermiona usiadła na odwróconym do góry dnem kubełku. Harry uznał, że powinien zażądać odpowiedzi na kilka pytań.

- Skąd wytrzasnęłaś tę klepsydrę?

- To jest zmieniacz czasu – szepnęła Hermiona – a dostałam go od profesor McGonagall w pierwszym dniu po powrocie z wakacji. Używałam go przez cały rok, no wiesz, żeby być na tych wszystkich lekcjach.

- To tak zaliczałaś wszystkie przedmioty – szepnęła Angelina.

- Tak – odpowiedziała Hermiona.

Profesor McGonagall kazała mi przysiąc, że nikomu nie powiem. Musiała napisać mnóstwo listów do Ministerstwa Magii, żebym mogła to mieć. Napisała im, że jestem wzorową uczennicą i że będę tego używać wyłącznie w celach naukowych... to znaczy... żeby uczyć się tych wszystkich przedmiotów naraz... No i tak robiłam, cofałam się w czasie, żeby być na kilku lekcjach rozpoczynających się o tej samej godzinie, rozumiesz?

- Nie będę już tego robić – rzekła Hermiona – Wolę robić coś innego – powiedziała, patrząc wymownie na Rona.

Ale... Harry, ja nie wiem, czego od nas oczekuje Dumbledore. Dlaczego powiedział mi, żeby cofnąć się o trzy godziny? W jaki sposób to może pomóc Syriuszowi? – Harry spojrzał w jej twarz, ukrytą w cieniu.

- Musi być coś, co tu się gdzieś wydarzyło, a on chce, żebyśmy to teraz zmienili – powiedział powoli – Ale co się wydarzyło? Trzy godziny temu szliśmy do chatki Hagrida...

- A tam moja seksowna i inteligentna żonka dała z liścia ulizanej fretce! – parsknął śmiechem Ron. Hermiona się zarumieniła, a Draco patrzył mordem w oczach.

- To jest teraz... I my właśnie idziemy do chatki Hagrida. Przecież słyszałeś, jak wychodzimy... – Harry zmarszczył czoło. Poczuł się tak, jakby mózg skręcał mu się w próbie koncentracji.

- Dumbledore powiedział... powiedział, że możemy uratować więcej niż jedno niewinne życie... Hermiono, uratujemy Hardodzioba!

- Ale... jak to może pomóc Syriuszowi?

- Dumbledore powiedział... powiedział nam, gdzie jest to okno... okno gabinetu Flitwicka! Gdzie zamknęli Syriusza! Musimy tam polecieć na Hardodziobie i uwolnić Syriusza! Syriusz ucieknie na hipogryfie... obaj uciekną! – Ledwo widział w mroku twarz Hermiony, ale dostrzegł, że jest przerażona.

- Jeśli uda nam się zrobić to tak, żeby nikt nas nie zobaczył, to będzie prawdziwy cud!

- Cudem to są moje dzieci – powiedziała z miłością w głosie dwie wersje Molly I, patrząc na swoje dzieci i przytuliła swoich synów i zięcia, a późnej córkę i synowe, które szepnęły do niej:

- Mamusia – a Molly miała łzy w oczach ze szczęścia, że córki ją tak nazywają.

- Ale przecież musimy spróbować, prawda? – Harry wyprostował się i przycisnął ucho do drzwi.

- Nic nie słychać, chyba nie ma nikogo... Idziemy... – Pchnął drzwi. Sala wejściowa była pusta. Wymknęli się na palcach z komórki i zbiegli po kamiennych schodach. Cienie już się wydłużały, szczyty drzew w Zakazanym Lesie zabarwiła złota poświata.

- Jak ktoś wyjrzy przez okno... – pisnęła Hermiona, oglądając się na ścianę zamku.

- Pobiegniemy – powiedział stanowczo Harry – Prosto do Zakazanego Lasu, dobrze? Ukryjemy się za jakimś drzewem i będziemy stamtąd wypatrywać...

- Dobra, ale naokoło cieplarni! Musimy trzymać się z dala od frontowych drzwi chatki Hagrida, bo się zobaczymy! Chyba jesteśmy już blisko!

- To bardzo niebezpieczna akcja – powiedziała Jessica.

Zastanawiając się wciąż, co Hermiona miała na myśli, Harry puścił się biegiem, Hermiona za nim. Przebiegli przez ogród warzywny do cieplarni, zatrzymali się na chwilę, a potem popędzili dalej, okrążając Wierzbę Bijącą i kierując się do Zakazanego Lasu... Bezpieczny w cieniu drzew, Harry odwrócił się; Hermiona przybiegła po chwili, dysząc ciężko.

- Dobrze, że namówiliście mnie na siłownię i trening – stwierdziła Hermiona – Czuję się zdrowiej, a moje ciało wygląda dobrze. Podoba mi się teraz moja figura.

- Jestem chętny popatrzyć na twoje ciało bez tych ubrań, moja bogini – mruknął Ron a Hermiona tylko się zarumieniła.

- Dobra... teraz musimy podkraść się do chatki Hagrida. Tylko uważaj, żeby cię nikt nie zobaczył, Harry... – Ruszyli skrajem lasu, aż zobaczyli front chatki Hagrida. Po chwili usłyszeli pukanie do drzwi. Schowali się szybko za pniem dębu i wyjrzeli zza niego, żeby zobaczyć, co się dzieje. W otwartych drzwiach pojawił się Hagrid, blady i drżący, rozglądając się, kto pukał. I nagle Harry usłyszał własny głos.

- To my. Mamy na sobie pelerynę-niewidkę. Wpuść nas, to ją zdejmiemy.

- Nie powinniście tu przychodzić! – wyszeptał Hagrid, ale cofnął się, a oni weszli do środka. Szybko zamknął drzwi.

- To najdziwaczniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiliśmy – powiedział Harry z przejęciem.

- Teraz jest jeszcze dziwniej, bo wiemy, że mamy dzieci, Harry – mruknęła Ginny.

- Podejdźmy trochę bliżej – szepnęła Hermiona – Musimy się znaleźć bliżej Hardodzioba! – Zaczęli się skradać między drzewami, aż zobaczyli Hardodzioba uwiązanego do płotu wokół grządki z dyniami.

- Teraz? – szepnął Harry.

- Nie! Jak wykradniemy go teraz, ci faceci z komisji pomyślą, że to Hagrid go uwolnił! Musimy poczekać, aż go zobaczą uwiązanego do płotu!

- Będziemy na to mieli tylko sześćdziesiąt sekund – powiedział Harry. Coraz mniej wierzył w powodzenie tej akcji.

- Musicie uratować tatusia! – krzyknęła Cassie.

W tym momencie z chatki Hagrida dobiegł ich brzęk tłuczonej porcelany.

- To Hagrid rozbił dzbanek z mlekiem – szepnęła Hermiona – Zaraz znajdę Parszywka...

Większość ludzi zacisnęło ręce.

I rzeczywiście, kilka minut później usłyszeli wrzask Hermiony.

- Hermiono – powiedział nagle Harry – a jakby tak... po prostu wpaść tam, złapać Petera Pettigrew i...

- Nie! Nie rozumiesz? Łamiemy jedno z najważniejszych praw obowiązujących w świecie czarodziejów! Nikomu nie wolno zmieniać czasu! Nikomu! Słyszałeś, co mówił Dumbledore... Jak nas zobaczą...

- Kto nas zobaczy? Tylko my sami i Hagrid!

- Harry, a co byś pomyślał, gdybyś nagle zobaczył samego siebie wpadającego do chatki Hagrida?

- Przecież jesteśmy z przyszłości oni z przeszłości i nikt się nie pozabijał – rzekł Hugo – i teraźniejszości.

- Pomyślałbym, że... że zwariowałem... albo że to jakaś czarna magia...

- No właśnie! W ogóle byś nie rozumiał, co się dzieje, mógłbyś zaatakować samego siebie! Profesor McGonagall opowiadała mi o strasznych rzeczach, jakie się wydarzyły, kiedy czarodzieje eksperymentowali z czasem... Wielu pozabijało swoje przyszłe lub przeszłe ja... właśnie w taki sposób, przez omyłkę!

- Nie dobra, Minne – mruknął Scorpius.

- W porządku! Tak sobie tylko pomyślałem, nie ma sprawy... – Hermiona szturchnęła go i wskazała w kierunku zamku. Harry wysunął głowę o parę cali, żeby lepiej widzieć frontowe drzwi. Po stopniach wiodących do zamku schodzili Dumbledore, Knot, staruszek z komisji i kat Macnair.

- I jest nasz wielki Minister Magii, który sika w pory! – zawołał Fineas.

- Fineas nie wolno obrażać wielkiego pana Ministra Magii Knota! – skarciła jego zachowanie Barbara – To, że sika w portki to wina jego wieku i nie trzymania moczu. Polecam pieluchy, panie Knot – zadrwiła z niego, a Knot zrobił się czerwony.

- Zaraz wyjdziemy z chaty! – szepnęła Hermiona. I rzeczywiście, w chwilę później drzwi chatki się otworzyły i Harry zobaczył samego siebie, Rona i Hermionę wychodzących z Hagridem. Było to niewątpliwie najdziwniejsze uczucie w jego życiu: stał sobie za drzewem na skraju Zakazanego Lasu i patrzył na samego siebie stojącego przy grządce z dyniami w ogródku Hagrida.

- Spokojnie, Dziobku – powiedział Hagrid do hipogryfa – Spokojnie... – Odwrócił się do Harry'ego, Rona i Hermiony – Wiejcie. I to migiem.

- Te bachory powinny być ukarane! – warknęła Dolores. Kobiety były wściekle, że śmiała się tak odezwać. Już miały strzelić w ją zaklęciami, gdy usłyszeli.

- Jadem ulicą, opony asfalt drą, Voldek bez nosa i jego przydupasy jak zobaczą łysego Lucka, to na zawał umrą – śpiewał James II głosem Knota. Sala ryknęła śmiechem, większość z nich leżała na podłodze śmiejąc się wniebogłosy. Dwie wersje Lucka zrobili wściekłą minę – Hej! Kordek, Kordek on twardy jest jak głaz – dalej śpiewał James II, naśladując głos Knota.

- Jedziemy panie ciut za wolno, trzeba wcisnąć gaazz! – krzyknął Louis, głosem Ropuchy. Sala dalej się śmiała.

- O, gonią nas z dużą prędkością! – zakomunikował James II.

- O, poważnie to wcisnę sprzęgło! – palnął Louis. Knot i Ropucha patrzyli na nich wściekle.

- Jesteście świetni! – krzyknął Lee ze śmiechu.

- Hagridzie, nie możemy...

- Powiemy im, co naprawdę się stało...

- Nie mogą go zabić...

- Zjeżdżajcie mi stąd! – prawie krzyknął Hagrid – Jeszcze tylko tego brakuje, żebyście wpakowali się w kłopoty!

- Hagrid, wpakowanie się kłopoty to nasze drugie imię – stwierdził Ron – Łamaliśmy szkolne przepisy, ignorowaliśmy zakazy nauczycieli i w sumie kilka razy zdarzyło nam się złamać prawo...

- Ale to nie była nasza wina! – oburzył się zabawnie Harry, a Ginny wtuliła się w męża – To Hermiona...

- Właśnie to ona! – przytaknął Ron, a Hermiona popatrzyła na niego zdziwiona – Zawsze chciała dobrze postępować, więc... oczywiście za każdym razem musieliśmy jej pomagać!

- Tak! – Harry pokiwał głową – Czy wyobrażacie sobie nas Państwo łamiących własnowolnie jakiś przepis?

- Jesteśmy zawsze uczynni i grzeczni! – zawołał rudzielec, a Hermiona wtuliła się w Rona.

- A ona?! – Harry wskazał na roześmianą Hermionę, która tuliła się do męża.

- Myślisz, że ktoś nam uwierzy, że ta niewinnie wyglądająca kobieta, znaczy się, nasza Hermiona jest zdolna do tego wszystkiego? – spytał szwagra Ron, w tym samym czasie przytulał swoją żonę.

- Oczywiście, bo czy nasze oczy mogą kłamać? – zapytali w tym samym momencie, patrząc na wszystkich maślanymi oczami. Większość ludzi wybuchnęła śmiechem i zaczęli bić brawa, a Hermiona całowała Rona w usta, a Ginny całowała Harry'ego.

- No tak chłopcy zawsze pozostają chłopcami – oznajmiły rozbawione dwie wersje Andromedy.

Harry patrzył, jak Hermiona zarzuca pelerynę-niewidkę na niego i Rona.

- Wiejcie szybko... Nie słuchajcie... – Rozległo się pukanie do drzwi. Hagrid odwrócił się szybko i zniknął w swojej chatce, pozostawiając tylne drzwi otwarte. Harry widział wygniecenia pojawiające się w trawie wokół chatki i słyszał stłumiony tupot nóg. On, Ron i Hermiona uciekli... ale teraz on i Hermiona, ukryci w cieniu drzew, mogli słyszeć przez tylne drzwi, co się dzieje wewnątrz chatki.

- Gdzie jest to zwierzę? – rozległ się twardy głos Macnaira.

Młodszy Lucek uśmiechnął się drwiną.

- Na... na zewnątrz – wychrypiał Hagrid. Harry szybko cofnął głowę za pień, kiedy w oknie pojawiła się twarz Macnaira. Potem usłyszeli Knota.

- Musimy... ee... odczytać ci oficjalne zarządzenie o egzekucji, Hagridzie. Zrobię to szybko. A potem ty i Macnair złożycie na nim podpisy. Macnair, ty też słuchaj, taka jest procedura... – Twarz Macnaira znikła z okna. Teraz albo nigdy.

- Poczekaj tu – szepnął Harry do Hermiony – Ja to zrobię.

- Mój ty bohaterze – stwierdziła z miłością w głosie Ginny, a Harry ją przytulił i pocałował ją w znamię a ta westchnęła zadowolonym głosem.

Kiedy znów rozległ się głos Knota, Harry wyskoczył zza drzewa, przesadził płot otaczający grządkę z dyniami i podbiegł do Hardodzioba.

- Decyzją Komisji Likwidacji Niebezpiecznych Stworzeń hipogryf Hardodziob, zwany dalej skazanym, zostanie uśmiercony szóstego czerwca o zachodzie słońca...

- W twoich snach Knot – powiedział Harry.

Uważając, żeby nie mrugnąć, Harry raz jeszcze spojrzał w pomarańczowe oko hipogryfa i ukłonił się. Hardodziob opadł na zrogowaciałe kolana, ale po chwili znowu się podniósł. Harry zaczął walczyć ze sznurem, którym hipogryf był przywiązany do płotu – ...Wyrok ma być wykonany przez ścięcie, a dokonać tego ma wyznaczony przez komisję kat, Walden Macnair...

- Z poważaniem, imbecyl ministerstwa Kordek sikający w portki – skoczył jego wypowiedź Hugo, a większość ludzi parsknęła śmiechem.

- No chodź, Hardodziobie – mruknął Harry – Chodź, chcemy ci pomóc. Spokojnie... spokojnie...

- ...świadkami są... Hagridzie, podpisz tutaj... – Harry z całej siły pociągnął za sznur, ale Hardodziob zaparł się przednimi nogami.

- No, skończmy już z tym – odezwał się z chatki piskliwy głos członka komisji – Hagridzie, może będzie lepiej, jak zostaniesz tutaj...

- Nie, chcę być z nim... nie zostawię go samego... – Rozległy się kroki.

- Będzie dobrze, Hagridzie – uśmiechnął się Harry.

- Hardodziobie, rusz się! – syknął Harry. Jeszcze raz pociągnął za sznur. Hipogryf ruszył za nim, trzepocząc nerwowo skrzydłami. Byli nadal z dziesięć stóp od krawędzi lasu; gdyby teraz ktoś wyjrzał przez tylne drzwi chatki, z pewnością by ich zobaczył.

- Jedną chwilkę, Macnair, pozwól tu – usłyszał głos Dumbledore'a – Ty również musisz się podpisać.

- Podpisem Idiota ministerstwa Macnair – rzekł Nick.

Kroki umilkły. Harry uwiesił się na sznurze. Hardodziob kłapnął dziobem i zaczął iść nieco szybciej. Zza drzewa wyjrzała pobladła twarz Hermiony.

- Harry, szybciej!

- Bo chce zobaczyć mojego Ronaldzia! – pisnęli Fred i George. Ron patrzył na braci mordem w oczach. Hermiona zarumieniła się, a chłopaki w spokoju parsknęli śmiechem.

Harry wciąż słyszał głos Dumbledore'a dochodzący z chatki. Jeszcze raz szarpnął sznurem. Hardodziob pobiegł lekkim truchtem. Dotarli do drzew... – Szybko! Szybko! – jęknęła Hermiona, wyskakując zza drzewa, chwytając za linę i ciągnąc ją, żeby zmusić hipogryfa do szybszego biegu.

- Spokojnie Miona jeszcze zdążysz zobaczyć Ronaldzia – powiedział rozbawiony Jared, a niektórzy wybuchli śmiechem.

- Jared zamknij się! – warknęła czerwona Hermiona.

Harry spojrzał przez ramię: już nic nie było widać, nawet ogrodu Hagrida.

- Stój! – szepnął do Hermiony – Mogą nas usłyszeć... – Drzwi otworzyły się z hukiem. Harry, Hermiona i Hardodziob stanęli bez ruchu; nawet hipogryf zdawał się nasłuchiwać uważnie. Cisza... a potem...

- Gdzie on jest? – dobiegł ich piskliwy głos członka komisji – Gdzie jest to zwierzę?

- Wy małe wstrętne bachory! – warknęli Knot i Ropucha, nagle zobaczyli pełno różdżek, wycelowane w nich i rzucili zaklęcie w Knota i Ropuchę. Zmienił w żółtego ogra i tak samo wyglądała Umbridge, jako damska wersja ogra. Kiedy to zobaczyli cała sala ryknęła śmiechem i spadli ze śmiechu na podłogę, śmiejąc się wniebogłosy, a oboje patrzyli na siebie wielkimi oczami.

- Drodzy panie i panowie, Lady’s i Lordowie oraz Madame’s przed wami państwo ogrowie. Pan ogr Korneliusz Knot oraz pani ogrzyca Dolores Umbridge! – zawołał Nick.

- Nie mogę! – krzyczała ze śmiechu cała sala.

- Colin zdjęcia! – rzekła Jessica i Colin robił im zdjęcia z wielu stron.

- Jeszcze osła brakuje – odezwał się ze śmiechu Frank II.

- Odczarujcie nas!! – pisnęli.

- A dlaczego miałybyśmy was odczarować? – spytały dziewczyny z przyszłości.

- Nie chce być ogrem! – zawołali przerażonym głosem.

- A wiecie co, nie obchodzi mnie to, czy chcecie, czy nie – stwierdziły dziewczyny.

- Po razy kolejny obraziliście Lorda i Lady i nie byliście grzecznymi dziećmi, a niegrzeczne dzieci się każe, bo powiedzieliście do mojej mamusi/mojego tatusia, że jest małym wstrętnym bachorem, więc jesteście brzydkimi i wstrętnymi ogrami! – warknęły córki z rodziny Potter i Weasley.

- Tak wyglądacie o wiele lepiej niż wcześniej! – parsknęła śmiechem Rolanda.

- Będą małe ogrzątka? – zapytała Poppy rozbawiona.

- Będą, MADAME Pomfrey!! – pisnął szczęśliwy Matt głosem Ropuchy.

- I żyli długo i szczęśliwie! – krzyknął przesadnie szczęśliwy Lee.

- Nasz Kordek jest taki opiekuńczy! – zawołał przesadnie szczęśliwy Fred.

- To takie słodkie! – wykrzyknął przesadnie zachwycony George.

- Proszę o wybaczenie, LADY Weasley oraz LORDZIE Potter! – zawołali przerażeni, że aż klęczeli.

- Wiesz co, siostrzyczko podoba mi się to, jak proszą ładnie o wybaczenie – stwierdził Harry do Hermiony.

- Zgadzam się – oznajmiła Hermiona, a głos ociekał słodyczą, że niektórzy mieli gęsią skórkę i popatrzyli na Hermionę w szoku – klęczą ładnie jak grzecznie pieski. A będziecie grzecznymi chłopczykiem i dziewczynką?

- Tak, PANI Weasley, będziemy grzeczni i nie zawiodę PANI, proszę PANI!

- Drogie panie odczarujcie ich – powiedział Harry.

- Dziękuję PANIE Potter, obiecuje, że będziemy grzeczni i nie zawiodę PANA, proszę PANA! – Dziewczyny westchnęły, bo chciały, żeby Umbridge i Knot byli ogrami, ale odczarowały ich. Knot i Umbridge wrócili do ludzkiej postaci.

- Bardzo PANI Weasley i PANU Potterowi dziękuję, że wstawiliście się za nami. Jeszcze raz bardzo dziękuję, proszę PANI i proszę PANA.

- Było tu przywiązane! – powiedział ze złością kat – Sam widziałem! O, tutaj!

- To bardzo dziwne – rzekł Dumbledore, a w jego głosie pobrzmiewała nuta rozbawienia.

- Dziobku! – zawołał ochryple Hagrid. Rozległ się świst, a potem głuche uderzenie topora. Wyglądało na to, że kat ze złości rąbnął toporem w płot. Najpierw usłyszeli wycie, a potem słowa Hagrida przerywane szlochem:

- Uciekł! Uciekł! A to mi dopiero mały Dziobek, uciekł! Musiał się zerwać! Dziobku, ty mały spryciarzu!

- Dziękuję! – zawołał Hagrid i przytulił Harry'ego i Hermionę.

- Nie ma za co dziękować – odparł Ron.

Hardodziob zaczął szarpać sznur, wyrywając się do Hagrida. Harry i Hermiona zaryli się stopami w ziemi, żeby go utrzymać.

- Ktoś go odwiązał! – warknął kat – Trzeba przeszukać błonia, las...

- Ty tam się zamknij, bo nie wiesz, co mówisz – odparła Ginny.

- Macnair, czy naprawdę sądzisz, że gdyby ktoś rzeczywiście ukradł hipogryfa, to prowadziłby go po ziemi? – zapytał Dumbledore, nadal lekko rozbawionym tonem – Przeszukaj niebo, jeśli potrafisz...

- Ale mu pocisnął! – parsknął śmiechem Patrick.

Hagridzie, napiłbym się herbaty. Albo brandy.

- O... o-oczywiście, panie profesorze – odrzekł Hagrid takim głosem, jakby miał za chwilę zemdleć ze szczęścia. - Proszę do środka... – Harry i Hermiona nasłuchiwali w napięciu. Usłyszeli kroki, ciche przekleństwo kata, trzaśniecie drzwi, a potem zapadła cisza.

- Co teraz? – zapytał szeptem Harry, rozglądając się niespokojnie.

- Będziemy musieli ukryć się tutaj – powiedziała Hermiona, która wyglądała na bardzo wstrząśniętą – Trzeba poczekać, aż wrócą do zamku. Potem znajdziemy moment, aż będzie można bezpiecznie podlecieć na Hardodziobie pod okno Syriusza. Tylko... on tam będzie dopiero za parę godzin... och, to się robi coraz trudniejsze...

- Pomasuje ci kark, od razu zrobi ci się lepiej, pani Weasley – mruknął Ron. Na jego słowa pani Weasley uśmiechnęła się szeroko.

- O tak, Lordzie – westchnęła zadowolonym głosem, kiedy zaczął masować jej kark.

- Jesteś strasznie spięta.

- Masuj mnie nie nadaj, Ron.

Spojrzała nerwowo przez ramię w mroczną puszczę. Słońce już zachodziło.

- Trzeba iść – powiedział Harry, myśląc gorączkowo – Musimy znaleźć takie miejsce, z którego widać Wierzbę Bijącą, bo inaczej nie będziemy wiedzieli, co się dzieje.

- Dobra – zgodziła się Hermiona, wzmacniając uchwyt na sznurze – Ale pamiętaj, Harry, nikt nie może nas zobaczyć.

- Ty tu jesteś szefem, Hermiono – odezwał się Harry.

Ruszyli skrajem lasu. Robiło się coraz ciemniej. W końcu ukryli się w kępie drzew – w oddali majaczyła Wierzba.

- Jest Ron! – szepnął nagle Harry. Ciemna postać biegła przez błonie, a jej krzyk odbijał się echem od ściany lasu.

- Zostaw go... odczep się od niego... Parszywku, chodź tutaaa...! – I wówczas pojawiły się dwie inne postacie, które zmaterializowały się znikąd. Harry zobaczył samego siebie i Hermionę, biegnących za Ronem. Po chwili Ron rzucił się na ziemię – Mam cię! Uciekaj, ty śmierdzący kocurze...

- Nie jesteś śmierdzącym kocurem – powiedział Ron do kota.

- Miau, miau, miau, miau, miau – powiedział Krzywołap. Hugo zmienił się w psa i szczeknął na kota.

- Miau, miau, miau, miau, miau – odparł do Huga, który był psem. Hugo zmienił się w człowieka – Cytuję: "Już dawno Ci wybaczyłem, Rudy, ale tylko spróbuj krzywdzić moją Hermionę, to mnie popamiętasz.

- Kocham ją – powiedział Ron do kocura, a Hermiona przytuliła Krzywołapa do siebie, a ten mruczał zadowolonym głosem.

- Dalej jestem w szoku, że jesteście animagami – mruknęły kobiety.

- I dzięki temu, że są to żyjemy – powiedziały ich żony, cały czas siedząc im na kolanach i wyszeptały im coś do ucha.

- Dziewczyny zejdźcie z nich wreszcie! – warknął Percy.

- Moje miejsce jest przy mężu – odparły dziewczyny – A ty drogi, Weatherby nic z tym nie zrobisz, więc siedź cicho.

- Jest Syriusz! – mruknął Harry. Spod Wierzby wyskoczył wielki czarny pies. Zobaczyli, jak przewraca Harry'ego, chwyta zębami Rona... – Z zewnątrz to wygląda jeszcze gorzej, nie? – szepnął Harry, obserwując, jak pies wciąga Rona między korzenie – Auuu... zobacz, ale mnie rąbnęło to drzewo... i ciebie... nie, to jest niesamowite... – Wierzba Bijąca trzeszczała i chlastała dolnymi gałęziami; widzieli siebie, miotających się to tu, to tam, żeby dostać się do pnia. A potem drzewo zamarło.

- To Krzywołap nacisnął tę narośl – powiedziała Hermiona.

- Krzywołap przyjacielem Syriusza – powiedział młodszy Regulus.

- A my wchodzimy... Już weszliśmy – Gdy tylko znikli, drzewo znowu ożyło. W chwilę później gdzieś blisko usłyszeli kroki. Dumbledore, Macnair, Knot i staruszek z komisji wracali do zamku.

- Ledwo zdążyliśmy wejść do tunelu! – powiedziała Hermiona – Och, gdyby Dumbledore z nami poszedł...

- Tak, ale wtedy poszedłby również Macnair... i Knot. Założę się, że Knot kazałby Macnairowi uśmiercić Syriusza na miejscu.

- Czy ty chciałeś uśmiercić mojego tatusia/męża/dziadziusia, Knot!?

- Nie MADAME'S. Black!! – pisnął przerażony Knot, kiedy dwie wersje Marlene, Daphne, Cassiopeja, Barbara, Iola i Cedrella popatrzyły na niego z mordem w oczach.

- KŁAMIESZ! – ryknęły wściekle.

- Nie chcę być teraz w twojej skórze, Knot – stwierdził starsza Dorcas.

Patrzyli, jak czterej mężczyźni wspinają się po schodach wiodących do zamku i znikają. Na kilka minut scena opustoszała. A potem...

- Idzie Lupin! – powiedział Harry, kiedy zobaczyli jeszcze jedną postać zbiegającą po kamiennych stopniach i pędzącą ku Wierzbie.

- Tatuś – powiedziała uradowana Hope.

- Hope masz znak na szyi? – spytała Nimfadora – bo jeszcze nie pokazałaś.

- Oczywiście, że mam, mamuś – odparła i odrzuciła włosy z jednego skraju szyi i machnięciem różdżki rozproszyła maskowanie. Znak zalśnił. Miała runy i dwa jastrzębie w kształcie yin i yang, a George II oczy zielone i różne w kształcie yin i yang. Nicole pisnęła z radością i przytuliła Hope do swojej piersi, a ta wtuliła się w panią Weasley jeszcze bardziej. Westchnęła zadowolonym głosem, kiedy Nicole pocałowała ją w czoło.

- Zapomnieliśmy, że mamy ukryty – powiedziała Hope, kiedy Nicole przytulała ją do swojej piersi.

- Tak, widać, że to córka Nimfadory, zapominalska i potyka się o wszytko, jak jej mamusia – stwierdził starszy Lunatyk rozbawionym głosem, a pani Lupin prychnęła.

- Tak, tato Hope to cała mamusia! – parsknął śmiechem George II.

- Nie jestem zapominalska i nie potykam się o wszytko! – prychnęły Lady Lupin i Lady Weasley. Większość ludzi parsknęła śmiechem.

Spojrzał na niebo. Chmury całkowicie przysłoniły księżyc. Lupin podniósł jakąś gałąź i szturchnął nią w pień. Drzewo znieruchomiało, a Lupin zniknął w jamie między korzeniami.

- Och, gdyby tylko Lupin znalazł pelerynę! – szepnął Harry – Ona tam przecież leży... – Odwrócił się do Hermiony – Słuchaj, jakbym teraz wyskoczył i porwał ją, Snape by jej nie znalazł i...

- Harry, nikt nie może nas zobaczyć!

- Jak ty to możesz wytrzymać! Siedzieć tutaj i patrzyć, co się stanie! – Zawahał się – Idę po pelerynę.

- Harry, NIE!

- Ja bym tam poszedł – mruknął młodszy Rogacz.

Hermiona złapała go z tyłu za szatę. W ostatniej chwili, bo nagle usłyszeli śpiew. To Hagrid szedł powoli do zamku, podśpiewując i zataczając się lekko. W ręku miał wielką butlę.

McGonagall popatrzyła na niego sucho.

- Widzisz? – szepnęła Hermiona – Widzisz teraz, co by się stało? Musimy się schować! Hardodziobie, nie! – Na widok Hagrida hipogryf zaczął się znowu szarpać. Harry też złapał mocno sznur, żeby go powstrzymać. Patrzyli, jak Hagrid idzie zakosami po zboczu wzgórza, a potem znika. Hardodziob przestał się wyrywać. Zwiesił smętnie głowę.

- Ktoś tu miał niezłą imprezę – oznajmił rozbawiony młodszy Łapa – Hagrid gdzie masz dziewczynę?

- On jej jeszcze nie zna, wujku Syriuszu – powiedziała Gabriela. Zachichotała, kiedy zobaczyła, jak Hagrid się rumieni. Łapa uśmiechnął się do młodej willi, kiedy powiedziała do niego "wujek Syriusz". Rozłożył ręce, a Gabriela przybiegła z gracją i wdziękiem do Łapy, po czym przytuliła się do niego.

- To kiedy ją poznamy? – spytał młodszy Łapa, kiedy przytulał przyszłą pani Creevey i pocałował ją w czoło, wyrażając ojcowskie uczucia, jakie do niej żywił. Pani Creevey westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Łapę jeszcze bardziej.

- W następnym tomie, wujku Syriuszu – powiedziała Fleur z uśmiechem na twarzy i podeszła do niego z gracją i wdziękiem, po czym przytuliła się do niego również i też ją pocałował. Ona też westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w niego jeszcze bardziej.

- Wiecie, co dziewczynki uwielbiam być waszym wujkiem! – wyszczerzył się młodszy Łapa.

- Bo jesteś naszym wujkiem i koniec dyskusji na ten temat, że jest inaczej – i dwie wille pocałowały go jednocześnie w policzki i następnie usiadły na kolanach swojego mężczyzny.

Ze dwie minuty później brama zamku znowu się otworzyła i wyszedł Snape, który również pobiegł do Wierzby. Harry zacisnął pięści, kiedy Snape zatrzymał się przy drzewie, rozglądając się dookoła. Podniósł z ziemi pelerynę.

- Nie dotykaj jej swoimi brudnymi łapami – warknął cicho Harry.

- Właśnie! – zawołali Huncwoci w dwóch wersjach.

- Ciii... – Snape chwycił gałąź, której użył Lupin, szturchnął nią w narośl i nagle zniknął – A więc to by było na tyle – powiedziała Hermiona – Wszyscy jesteśmy tam w środku... a teraz musimy czekać, aż znowu wyjdziemy... – Przywiązała koniec sznura do najbliższego drzewa i usiadła na suchej ziemi, oplatając ramionami kolana – Harry, czegoś nie rozumiem... Dlaczego dementorzy nie porwali Syriusza? Pamiętam, jak nadchodzili, a potem chyba zemdlałam... Tylu ich było...

Hermiona wtuliła się w Rona. W męskich ramionach czuła się bezpiecznie, jej drobna postać schowała się w objęciach wysokiego mężczyzny.

- Przytulaj się do mnie, kiedy tylko chcesz, kochanie – mruknął jej do ucha.

- Wejdziesz we mnie? – spytała cichutko.

- Oczywiście, pani Weasley.

Harry też usiadł. Opowiedział jej, co zobaczył, kiedy najbliższy dementor pochylił się nad nim, sięgając ustami do jego ust: jakieś wielkie srebrzyste zwierzę galopujące przez jezioro. To ono zmusiło dementorów do ucieczki. Kiedy skończył, Hermiona gapiła się w niego z buzią otwartą ze zdumienia – Ale co to było?

- Patronus, skarbie – powiedziała starsza Lily I.

- Tylko jedno mogło powstrzymać dementorów i zmusić ich do ucieczki. Prawdziwy patronus. Potężny.

- Ale kto go wyczarował?

- Taki jeden bardzo potężny czarodziej – rzekła Hermiona.

- Czyli kto? – spytała Nicole.

- Zobaczysz – odpowiedziała Hermiona.

Harry milczał. Myślał o osobie, którą zobaczył na drugim brzegu jeziora. Pamiętał, co wtedy pomyślał... kim mogła być... ale jak... w jaki sposób... – I nie widziałeś, kto to mógł być? Do kogo był podobny? – zapytała Hermiona – Może to był jeden z nauczycieli?

- Nie. To nie był nauczyciel.

- To kto? – zastawiała się młodsza Narcyza.

- Ale to musiał być naprawdę potężny czarodziej, jeśli przepędził tych wszystkich dementorów... Mówiłeś, że ten patronus świecił tak mocno... i co, nie oświetlił go? Nic nie widziałeś?

- Taak, widziałem go – odpowiedział powoli Harry – Ale... może ja to sobie wyobraziłem... no wiesz, umysł miałem zaćmiony... zaraz potem straciłem przytomność...

- Harry, myślisz, że kto to mógł być?

- Myślę... – Harry przełknął ślinę, wiedząc, jak dziwnie zabrzmi to, co zamierzał powiedzieć – Myślę, że to był mój tata.

Wszyscy nagle popatrzyli ma dwie wersje Rogacza.

- To się da jakoś wytłumaczyć – rzekli Rogacze.

Spojrzał na Hermionę i zobaczył, że teraz jej usta są szeroko otwarte. Wpatrywała się w niego z mieszaniną strachu i współczucia.

- Harry, twój tata... no wiesz... przecież on nie żyje...

Większość miało łzy w oczach.

- Wiem – odpowiedział szybko Harry.

- Myślisz, że zobaczyłeś ducha?

- Zobaczyłem siebie – mruknął cicho Harry.

- Nie wiem... nie... nie wyglądał jak duch...

- Ale przecież...

- Może miałem majaki. Ale... to, co widziałem... wyglądało jak on... mam jego zdjęcia... – Hermiona wciąż patrzyła na niego tak, jakby bała się, że zwariował.

- Potter ty naprawdę zwariowałeś! – zadrwiła Mariette.

- Potter jest idiotą – dodali dwie wersje Lucka.

- Lucek jesteś niegrzecznym chłopcem! – skarciły jego zachowanie dwie wersje Narcyzy.

- Ja wiem, że to czysty obłęd – powiedział chłodno Harry. Odwrócił się i spojrzał na hipogryfa, który grzebał dziobem w ziemi, najwyraźniej szukając robaków. Ale tak naprawdę nie patrzył na niego. Myślał o swoim ojcu i o jego trzech przyjaciołach... Myślał o Lunatyku, Glizdogonie, Łapie i Rogaczu... Czy to możliwe, że wszyscy byli tej nocy na błoniach?

- Tam, w czasie pełni dowiedziałam się, że jesteś animagiem – powiedziały, mając iskierki w oczach – Jesteś taki pięknym jeleniem.

- Tak, mój mąż też jest pięknym jeleniem – zgodziły się z Lily I, Olivia i Amelia II, patrząc na Jamesa II i Albusa II z iskierkami miłości i wtuliły się w nich.

Glizdogon pojawił się tego wieczoru, choć wszyscy myśleli, że dawno umarł... Czy to możliwe, by jego ojciec zrobił to samo? A może mu się wydawało? Ta postać była za daleko, żeby ją widzieć wyraźnie... ale jednak wtedy, przez tę jedną chwilę, zanim stracił świadomość, był pewny, że to on...

- Harry, jaki to był potężny czarodziej? – spytała Astoria – który uratował ciebie, Hermionę i tatusia?

- Zobaczysz – odezwał się Harry.

Liście drzew szumiały cicho. Księżyc to pojawiał się, to znikał za chmurami. Hermiona siedziała z twarzą zwróconą w stronę Wierzby, czekając. I w końcu, po godzinie...

- Zobacz, wychodzimy! – szepnęła Hermiona. Zerwali się na nogi. Hardodziob podniósł głowę. Zobaczyli Lupina, Rona i Pettigrew wyłażących niezgrabnie z dziury między korzeniami. Potem wyszła Hermiona... następnie wysunął się pogrążony w letargu Snape, unoszący się dziwacznie w powietrzu. Potem Harry i Black. Wszyscy zaczęli iść w stronę zamku.

- Zabije tego Pettigrew własnymi rękami! – warknęła Daphne.

- Najpierw musisz go znaleźć Gree...

- Nazywam się Black! – krzyknęła pani Black.

- Może po prostu go zabiję – spytał Jared.

- Pocałuj mnie tylko – szepnęła Lady Black, więc Lord Black ją pocałował, a ta westchnęła zadowolonym głosem.

Harry'emu zabiło mocno serce. Spojrzał na niebo. Za chwilę ta chmura przepłynie i ukaże się księżyc...

- Harry – szepnęła Hermiona, jakby dokładnie wiedziała, o czym on teraz myśli – musimy siedzieć w ukryciu. Nikt nie może nas zobaczyć. Nic nie możemy zrobić...

- Więc mamy pozwolić, żeby Pettigrew znowu uciekł...

- A co, myślisz, że złapiesz szczura w ciemności? – prychnęła Hermiona – Nic nie możemy zrobić! Wróciliśmy, żeby pomóc Syriuszowi! Tylko po to!

Harry, Ron, Huncwoci, Jared i chłopaki z przyszłości zawarli pakt, że znajdą Pettigrew i wsadzą go do Azkabanu i załatwią mu izolatkę. Był jeden problem: Nie są jeszcze. Harry, Ron i Jared nie są jeszcze animagami.

- Dobra. W porządku – Księżyc wyjrzał zza chmury. Zobaczyli, jak maleńkie postacie, idące przez błonie, zatrzymały się. A potem jakieś zamieszanie...

- Lupin się przemienia – szepnęła Hermiona.

- Dla mnie jesteś wujkiem Remim – powiedziała, a głos miała nieznoszący sprzeciwu, a Remus uśmiechnęli się lekko.

- Tak, pani Weasley – odparli Remusowie z niewinną miną.

- Bardzo śmieszne! – burknęła pani Weasley, a następnie się do niego przytuliła – Kocham cię, wujku Remusie.

- Ja ciebie też kocham, skarbie – odparli.

- Ja też chcę się przytulić, wujku Remusie!

- No to chodźcie do wujka Remusa! – a te przybiegły i przytuliły się do niego mocno.

- Spokojnie dziewczyny, bo mnie udusicie! – zaśmiał się głośno Remus, kiedy się do niego tuliły. Następne go wycałowały w policzki, że aż się przewrócił, a niektóre osoby parsknęły śmiechem, za to Nimfadora patrzyła na tę scenę ze wzruszeniem.

- Dziewczyny, uspokójcie się – powiedziała Minerwa.

- Ja tylko kocham mojego wujka Lunatyka! – broniły się dziewczyny.

- Właśnie, one mnie tylko kochają, bo jestem fajny wujkiem – odparł Lunatyk, a Minerwa przewróciła oczami.

- Hermiono! – powiedział nagle Harry – Musimy stąd iść!

- Nie możemy, ile razy mam ci powtarzać...

- Nie po to, żeby się wtrącić! Lupin ucieknie do lasu... wpadnie prosto na nas! – Hermiona jęknęła cicho.

- Szybko! – Rzuciła się, żeby odwiązać Hardodzioba – Szybko! Ale dokąd? Gdzie się schowamy? W każdej chwili mogą się pojawić dementorzy...

- Uspokój swoich kochanków, Ropucho! – warknęła Ginny.

- Do chatki Hagrida! Teraz nie ma tam nikogo! Szybko... – Pobiegli ile sił w nogach. Hardodziob galopował za nimi. Za plecami słyszeli wycie wilkołaka...

Dwie wersje Lunatyka westchnęli.

Harry pierwszy dobiegł do drzwi chatki, otworzył je, a Hermiona i Hardodziob wpadli za nim do środka. Pospiesznie zamknął i zaryglował drzwi. Kieł zaczął ujadać.

- Ciicho, Kieł, to my! – zawołała Hermiona, podbiegając do psa i drapiąc go za uszami – Mało brakowało! – powiedziała do Harry'ego.

- Taak... – Harry patrzył przez okno. Teraz było o wiele trudniej zobaczyć, co się dzieje. Hardodziob sprawiał wrażenie, jakby bardzo się ucieszył z powrotu do chatki Hagrida. Położył się przed kominkiem, zwinął schludnie skrzydła i wyglądał, jakby się szykował do błogiej drzemki.

- Ten to ma życie – rzekł Fred II.

- Chyba lepiej będzie, jak wyjdę – powiedział powoli Harry – Stąd zupełnie nie widać, co się dzieje... nie będziemy wiedzieć, kiedy nadejdzie czas... – Hermiona spojrzała na niego podejrzliwie – Nie zamierzam się w nic wtrącać – uspokoił ją szybko Harry – Ale jeśli nie będziemy wiedzieć, co się dzieje, to jak poznamy, że już czas, by uwolnić Syriusza?

- Kto wyczarował patronusa? – spytała Augusta.

- Zobaczysz – odpowiedzieli jednocześnie starszy Lunatyk, Harry, Ron, Hermiona i Dumbledore.

- No... dobrze... poczekam tutaj z Hardodziobem... ale Harry, bądź ostrożny... tam jest wilkołak... no i dementorzy... – Harry wyszedł i ostrożnie okrążył chatkę. Z oddali dobiegł skowyt. A więc dementorzy byli już blisko Syriusza... on i Hermiona zaraz ku niemu pobiegną... Spojrzał w stronę jeziora, czując, jak serce łomocze mu w piersi. Kimkolwiek był ten, kto wyczarował patronusa, za chwilę się pojawi.

- Kto wyczarował patronusa? – ponowiła pytanie Euphemia. Ci, którzy wiedzieli, odpowiedzieli ponownie: "Zobaczysz".

Przez moment zawahał się. Nikt nie może was zobaczyć. Ale on przecież nie chce, żeby ktoś go zobaczył. On chce sam zobaczyć... musi wiedzieć... Pojawili się dementorzy. Wyłaniali się z ciemności ze wszystkich stron, sunąc skrajem jeziora... oddalając się od miejsca, w którym Harry stał, ku przeciwległemu brzegowi... Nie będzie musiał zbliżać się do nich...

Dziewczyny pisnęły, Hermiona wtuliła się w Rona jeszcze bardziej.

Harry zaczął biec. W głowie kołatała mu tylko jedna myśl: ojciec... A jeśli to jest on... jeśli to naprawdę jest on... Musi wiedzieć, musi to sprawdzić... Jezioro było coraz bliżej, ale nikogo nie dostrzegał. Na drugim brzegu zamajaczyła jakaś srebrna mgiełka... to on sam próbuje wyczarować patronusa... Na samym skraju jeziora rósł rozłożysty krzak. Harry schował się za nim, wypatrując przez liście. Na drugim brzegu srebrne migotanie nagle zgasło. Ogarnęła go fala straszliwego podniecenia... teraz... w każdej chwili...

- Jakie to jest ekscytujące! – podniecił się Colin II.

- No dalej! – szepnął do siebie, rozglądając się rozpaczliwie – Gdzie jesteś? Tato, proszę cię...

Dziewczynki i kobiety miały łzy w oczach.

Ale nikt się nie pojawiał. Harry wystawił głowę, żeby poprzez jezioro spojrzeć na pierścień dementorów. Jeden zrzucił kaptur. Już czas, by pojawił się wybawca... Ale tym razem nie było nikogo...

Dziewczyny pisnęły.

I nagle zrozumiał. To nie ojca wówczas zobaczył... Zobaczył siebie...

- CO! – krzyknęło większość ludzi na sali.

Wyskoczył zza krzaka i wyciągnął różdżkę – EXPECTO PATRONUM! – ryknął. Tym razem z końca różdżki nie wystrzelił bezkształtny obłok srebrzystej mgiełki. Tym razem wystrzeliło z niej oślepiająco srebrzyste zwierzę.

Wszystkim opadły szczęki. Większość ludzi patrzyła na Harry'ego wielkimi oczami i otwartą szczęką.

- To mój tatuś! – krzyknęła Olivia dumna – Tatusiu jesteś potężnym czarodziejem!

- Harry wyczarował cielesnego patronusa! – zawołały Nicole i Jessica na siebie nawzajem.

Zmrużył oczy, by je zobaczyć. Przypominało konia. Pogalopowało cicho po czarnej powierzchni jeziora. Zniżyło łeb i natarło na dementorów... teraz krążyło wokół ciemnych kształtów na ziemi, a dementorzy pierzchali w popłochu, ginąc w ciemnościach...

- James nasz synek pierwszy raz wyczarował patronusa na trzecim roku! – powiedziały dwie wersje Lily, patrząc na męża wielkimi zielonymi oczami.

- Niesamowite – wykukali dwie wersje Rogacza pod wrażeniem umiejętności Harry'ego – Mi się udało na piątym roku, a naszemu synowi udało się na trzecim.

- Tato zostałeś animagiem na 5 roku, a ja nie – stwierdził Harry.

- Rogaś, jestem z ciebie taki dumny, uratowałeś mi życie – powiedział starszy Łapa.

- Wasz syn to potężny czarodziej – oznajmił starszy Remus do małżeństwa Potterów – i nie dziwię się, że został najpierw Szefem Aurorów, a później Szefem Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.

Patronus zawrócił. Teraz mknął chyżo przez jezioro z powrotem ku Harry'emu. To nie był koń. Nie był to też jednorożec. To był jeleń. Lśnił tak jasno jak księżyc... wracał do niego...

Harry uśmiechnął się szeroko.

Zatrzymał się na brzegu. Jego kopyta nie pozostawiały żadnego śladu na miękkiej ziemi. Wpatrywał się w Harry'ego wielkimi srebrnymi oczami. Powoli zniżył rogaty łeb. A Harry zrozumiał...

- Rogacz... – szepnął.

- Dlatego jesteś Rogasiem, Harry – powiedział dwie wersje Łapy.

Lecz kiedy wyciągnął drżące ręce do jelenia, ten zniknął.

- Mój ty potężny czarodzieju! – krzyknęła Ginny, pocałowała go namiętnie i wtuliła się w Harry'ego jeszcze bardziej.

- Jesteś miłością mojego życia, Gin – mruknął Harry i pocałował ją w znak, a na westchnęła zadowolonym głosem.

Harry stał przez chwilę z wyciągniętymi rękami. A potem serce mu podskoczyło, bo usłyszał za sobą tętent kopyt... obrócił się szybko i zobaczył biegnącą ku niemu Hermionę ciągnącą za sobą Hardodzioba.

- Coś ty zrobił? – zapytała wzburzona – Powiedziałeś, że wychodzisz tylko po to, żeby popatrzeć!

- Ciotka, tata właśnie ocalił im życie – stwierdził Frank II.

- Wiem, kochanie – oznajmiła Hermiona.

- Właśnie ocaliłem nam życie... – powiedział Harry – Schowaj się tu... za ten krzak... wszystko ci wyjaśnię – Hermiona wysłuchała jego opowieści z otwartymi ustami.

- Nikt cię nie widział?

- Ja sam siebie widziałem – powiedział Harry.

- Widział, widział, nie słuchasz tego, co mówię! JA SAM siebie widziałem, ale myślałem, że to mój tata! Wszystko jest w porządku!

- Harry, jestem z ciebie taki dumny – rzekli Rogacze i przytulili go, a Lily przytuliły go, jak Molly.

- Mamo nie mogę oddychać – wychrypiał jej syn.

- Mój mały synek – mruknęły z miłością głosie.

- Mamo nie przy ludziach! – jęknął Harry, kiedy usłyszeli chichoty i parsknięcia śmiechem.

- Harry, nie mogę w to uwierzyć... to ty wyczarowałeś patronusa, który przepędził tych wszystkich dementorów? Naprawdę... to jest bardzo, bardzo zaawansowana magia...

- Dziękuję, siostrzyczko – i przytulił siostrę do siebie, a ta uśmiechnęła się szeroko do niego.

- Wiedziałem, że tym razem mi się uda – powiedział Harry – ponieważ już to zrobiłem... Potrafisz to zrozumieć?

- No... nie wiem...

- Bo Granger nie zawsze rozumie! – zadrwiła Lavender.

- Znowu zaczynasz? – spytała Fleur.

- Ron jest mój! – krzyknęła Lavender.

- Jesteś strasznie niegrzeczną dziewczynką, Brown – mruknęła Fleur – Hermiona jest z Ronem.

- Cicho siedź, Delacour! – wycedziła Brown.

- Dziewczynko, Fleur jest panią Weasley – rzekł Bill – i tak masz do niej mówić – Lavender prychnęła.

- Harry, spójrz na Snape'a! – Razem spojrzeli na drugi brzeg. Snape odzyskał przytomność. Wyczarował nosze i złożył na nich nieruchome ciała Harry'ego, Hermiony i Blacka. Czwarte nosze, na których musiał spoczywać Ron, unosiły się już w powietrzu u jego boku.

- To ty nas zabrałeś – odezwał się młodszy Łapa.

- Powinieneś mi dziękować na kolanach, Black! – wycedził młodszy Severus.

Potem wyciągnął przed siebie różdżkę i ruszył w kierunku zamku, sterując szybującymi w powietrzu noszami – Dobra, zbliża się pora – powiedziała Hermiona, patrząc na zegarek – Mamy około czterdziestu pięciu minut, zanim Dumbledore zamknie drzwi skrzydła szpitalnego. Musimy uwolnić Syriusza i wrócić do łóżek na sali szpitalnej, zanim ktokolwiek zorientuje się, że zniknęliśmy –  Czekali, patrząc na odbicia chmur sunące po jeziorze. Liście krzaka szeptały coś w lekkim wietrze. Hardodziob, znudzony, zabrał się do wyszukiwania robaków.

- Biedak musiał coś robić – powiedział Hagrid.

- Myślisz, że on już tam jest? – szepnął Harry, patrząc na zegarek – Spojrzał na zamek i zaczął liczyć okna na prawo od Wieży Zachodniej.

- Zobacz! – szepnęła Hermiona – Kto to? Ktoś wychodzi z zamku! – Harry wbił wzrok w ciemność. Przez błonia szedł spiesznie jakiś mężczyzna. Za pasem coś mu połyskiwało.

- To Macnair! – powiedział Harry – Kat! Idzie po dementorów! Już czas, Hermiono...

- Będziemy cię ratować, wujku Syriuszu – oznajmiła Hermiona i uśmiechnęła się szyderczo do Knota.

- Widzisz, Knot, ta piękna Lady i ten przystojny Lord będą mnie ratować – odezwał się starszy Łapa – A ty nic z tym nie zrobisz.

- Naprawdę tak myślisz, że jestem piękną Lady, wujku Syriuszu? – spytała Hermiona, patrząc na niego z nadzieją w oczach.

- Jesteś nie tylko piękna, jesteś też bardzo mądra i potężna, Hermiono – odpowiedział Łapa.

- Kocham cię, wujku – mruknęła do niego, kiedy się do niego przytuliła, a ten objął ją mocno, jakby miał ją chronić przed złem.

- Wiem o tym, bo mnie każdy kocha! – zażartowali dwie wersje Łapy. Hermiona zachichotała i pocałowała go w policzek.

- Kocham cię, Hermiono – oznajmił Łapa i pocałował ją w czoło, wyrażając ojcowskie uczucia, jakie do niej żywił. Pani Weasley westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Łapę jeszcze bardziej – i nic tego nie zmieni. Zawsze będziesz moją bratanicą, kochanie.

- A ty zawsze będziesz moim ukochanym wujkiem, wujku Syriuszu – mruknęła pani Weasley i westchnęła zadowolonym głosem, nie chcąc go puścić.

Hermiona położyła ręce na grzbiecie Hardodzioba, a Harry ją podsadził. Potem oparł jedną nogę na dolnych gałęziach krzewu i sam wspiął się na grzbiet hipogryfa, siadając przed nią. Przeciągnął sznur pod szyją Hardodzioba i przywiązał go do obroży z drugiej strony, tworząc coś w rodzaju wodzy – Gotowa? – szepnął do Hermiony – Lepiej złap się mnie... – I uderzył piętami w boki hipogryfa. Hardodziob poszybował w ciemną noc. Harry ściskał kolana, czując pod nimi podnoszenie się i opadanie potężnych skrzydeł. Hermiona obejmowała go mocno w pasie. Słyszał, jak pomrukuje:

- Och, nie... to mi się wcale nie podoba... och, nie... naprawdę... nie...

- Moje dzieci – wyszeptały dwie wersje Molly I.

Harry przynaglił hipogryfa. Szybowali spokojnie ku górnym piętrom zamku. Pociągnął mocno za sznur z lewej strony i Hardodziob skręcił w lewo. Harry liczył okna, które migały obok nich... – Prrr! – zawołał, z całej siły pociągając za sznur. Hardodziob zatrzymał się, jeśli tak można powiedzieć, bo co chwila wznosił się i opadał o kilka stóp, bijąc skrzydłami powietrze – Jest! – krzyknął Harry zduszonym głosem, patrząc w oświetlone okno.

Harry i Hermiona uśmiechnęli się szyderczo do Knota.

Przechylił się, wyciągnął rękę i kiedy skrzydła Hardodzioba opadły, zastukał mocno w szybę. Black spojrzał w okno. Był kompletnie zaskoczony. Zerwał się z krzesła, podbiegł do okna i chciał je otworzyć, ale nie zdołał.

- Odsuń się! – zawołała Hermiona i wyciągnęła różdżkę, lewą ręką wciąż trzymając się szaty Harry'ego – Alohomora!

- Nie mogliśmy zostawić naszego wujka – stwierdziła Hermiona – Knot powiedz nam proszę, czy zgadzasz się ze mną, że dobrze zrobiliśmy ratując mojego ukochanego wujka Syriusza, a dla Daphne, Astorii i Cassiopeji tatusia?

- Oczywiście, PANI Weasley, PANI i PAN Potter dobrze zrobiliście, ratując PANA Blacka z rąk Ministerstwa Magii, proszę PANI! – wystękał Knot. Hermiona poczuła, że ktoś ją przytula. To była Daphne.

- A to za co, Daphne?

- Za to, że jesteś moją przyjaciółką, Hermiono – wtulając się w dziewczynę.

- Oo, skarbie! – wzruszyła się przyszła pani minister. Przyciągnęła ją do siebie, całując ją w czoło. Daphne zamknęła oczy i westchnęła zadowolonym głosem – Jesteś kimś więcej, niż tylko przyjaciółką, jesteś moją siostrą i kuzynką, a dlaczego?

- Ponieważ mój tatuś i wujek James są braćmi pod każdym względem, poza krwią, Hermiono – odpowiedziała Daphne – I należę do Zakonu Sióstr Wojowniczek.

- Dokładnie, skarbie – zgodziła się Hermiona, a po chwili przytuliły się również pozostałe siostry wojowniczki, które podeszły do nich z gracją i wdziękiem.

- Jesteś naszą siostrą, Daphne na wieczność – powiedziała Ginny, całując ją w czoło, wyrażając siostrzane uczucie, jakie do niej żywiła. Daphne westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Ginny jeszcze bardziej.

- Na wieczność? – mruknęła Daphne do piersi Ginny.

- Na wieczność! – zawołały siostry wojowniczki. Wszystkie miały na sobie ubrania, które podkreślają ich wysportowaną sylwetkę i wysokie szpilki, które miały na stopach, patrząc na pierścień Zakonu. Matki patrzyły na nie z uśmiechem.

Okno otworzyło się z trzaskiem.

- Jak... jak... – wybełkotał Syriusz, gapiąc się na hipogryfa.

- Wyłaź... nie mamy wiele czasu... – powiedział Harry, trzymając mocno Hardodzioba za wysmukłą szyję, aby go uspokoić – Musisz wyjść przez okno... dementorzy już idą. Macnair po nich poszedł – Black złapał się ramy okna i wychylił przez nie głowę i barki. Mieli szczęście, że był tak chudy. Kiedy już udało mu się przerzucić jedną nogę przez grzbiet hipogryfa, wciągnął się na niego tuż za Hermioną.

- Bo damy mają zawsze pierwszeństwo – powiedzieli dwie wersje Łapy – a Hermiona ma tytuł Lady.

- Ucz się od Syriusza, jak być dżentelmenem, a nie Roszpunką, jak Lucek – oznajmiła Narcyza, a Lucek zrobił się czerwony.

- Dobra, Hardodziobie, teraz w górę! – zawołał Harry, potrząsając sznurem – W górę, na wieżę! Wioo! – Hipogryf machnął potężnymi skrzydłami i poszybowali w górę, ku szczytowi Wieży Zachodniej, gdzie wylądował na blankach. Harry i Hermiona natychmiast ześliznęli się z jego grzbietu – Syriuszu, musisz uciekać, i to szybko – wydyszał Harry – W każdej chwili mogą wpaść do gabinetu Flitwicka.

Hermiona miała łzy w oczach.

- Jesteś Hermiono prawdziwą damą i Lady – rzekł Łapa – Jesteś bardzo mądra i piękną kobietą. Stałaś się prawdziwą Lady.

- Kocham ten mój nowy image – wskazała na swoje ubranie – Kocham wysokie obcasy, kocham moje wysportowane ciało i nie jestem molem książkowym, już nie. Dziękuję, dziewczyny, że się pojawiłyście i zmieniłyście moje życie na lepsze.

- Hermiona chodzi teraz w takim wdziękiem i gracją, a jej figura jest tak idealna, że nie mogę w to dalej uwierzyć – oznajmiła Padma, patrząc na Hermionę.

- Nie ma za co mamusiu/ciociu – powiedziały dziewczyny z przyszłości, a Hermiona przytuliła wszystkie dziewczyny z przyszłości. Pocałowała je w czoło, a te westchnęły zadowolonym głosem, wtulając się w Lady Weasley jeszcze bardziej, a późnej odwróciła się z gracją i wdziękiem. Single tylko westchnęli, jak chodzi teraz Hermiona, która podeszła do Rona z taką samą gracją i wdziękiem i usiadła mu na kolanach. Przejechała mu po policzku palcem i następnie ten policzek pocałowała, doprowadzając Lavender i Cormaca do szału.

- Będziesz świetnym Ministrem Magii, a ty Harry będzie świetnym Szefem Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów – odezwał się Łapa.

- Dziękuję, wujku Łapo! – uśmiechnęli się Harry i Hermiona.

- Zobaczą, że uciekłeś – Hardodziob skrobał kopytem po kamiennym licu obmurowania, potrząsając łbem.

- Co się stało z tym drugim chłopcem, Ronem? – zapytał Syriusz z niepokojem.

- Nic mi nie będzie, Łapo – powiedział wzruszony Ron, że się Syriusz o niego martwił.

- Sorki za nogę – powiedział Łapa.

- Nie ma o czym mówić – stwierdził Ron.

- Wyjdzie z tego... wciąż jest nieprzytomny, ale pani Pomfrey mówi, że go wyleczy. Szybko... leć! – Ale Black wciąż wpatrywał się w Harry'ego.

- Jak mam ci dziękować...

- Ja, tata, Fred, George oraz Ron zrobiliśmy mały kawał Dursley'om, Łapo, prawda chłopaki? – spytał Harry i uśmiechnął - odpowiedział się do Artura, Freda, George i Rona.

- TAK! – ryknęli śmiechem, przypominając sobie, jak rozwalili salon u Dursley'ów. Molly mordowała ich wzrokiem, a ci uśmiechnęli się szeroko do matki i żony.

- Co zrobicie? – spytali podnieceni Huncwoci w dwóch wersjach.

- Dowiecie się w następnej książce – odpowiedział Harry.

- Aż się boję! – jęknęły starsza i młodsza Lily.

- UCIEKAJ! – krzyknęli jednocześnie Harry i Hermiona. Black zawrócił hipogryfa, patrząc w ciemne niebo.

- Jeszcze się zobaczymy – powiedział – Jesteś... jesteś prawdziwym synem swojego ojca, Harry...

- A oczy mam po mamie – oznajmił Harry.

Ścisnął obcasami boki Hardodzioba. Harry i Hermiona odskoczyli do tyłu, gdy potężne skrzydła wzniosły się ponownie... Hipogryf poderwał się w powietrze... On i jego jeździec robili się coraz mniejsi i mniejsi... a potem chmura zasłoniła księżyc... i zniknęli.

- Koniec rozdziału – oznajmiła starsza Dorcas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...