- Kochanie? – spytał Feliks.
- Będę czytać – oznajmiła Tracy.
Rozdział dwudziesty
Pocałunek dementora
- Oooooo, będą Ropuchę całować –
powiedział Nick, a Umbridge zrobiła się czerwona.
Harry jeszcze nigdy nie uczestniczył w tak
dziwnym pochodzie. Na przedzie kroczył dumnie Krzywołap, za nim Lupin,
Pettigrew i Ron, wyglądający jak zawodnicy ścigający się po trzech w jednym
worku. Za nimi szybował profesor Snape, trącając czubkami butów stopnie
schodów, utrzymywany w pozycji pionowej za pomocą własnej różdżki, którą niósł
Syriusz. Harry i Hermiona zamykali ten dziwaczny pochód.
- To jest jakieś szaleństwo – powiedziała
Lisa.
Wejście do tunelu nie było łatwe, zwłaszcza
dla Lupina, Pettigrew i Rona, którzy musieli wcisnąć się razem; Lupin przez
cały czas celował różdżką w Petera. Harry widział, jak posuwają się niezdarnie
mrocznym tunelem, skuci ze sobą kajdankami. Krzywołap nadal prowadził. Harry
szedł tuż za Syriuszem, który sterował Snape'em. Bezwładna głowa Snape'a raz po
raz obijała się o niskie sklepienie. Harry miał wrażenie, że Syriusz specjalnie
nic nie robi, by temu zapobiec.
Dwie wersje Łapy uśmiechnęli się szeroko,
a Snape'owie warknęli.
- Wiesz, co to oznacza? – zapytał nagle Black
Harry'ego, kiedy wlekli się ciasnym tunelem – Zdemaskowanie Petera Pettigrew?
- Jesteś wolny – odrzekł Harry.
- Tak... Ale jestem też... nie wiem, czy ktoś
ci powiedział... jestem twoim ojcem chrzestnym.
- Najlepszym ojciec chrzestnym – mruknęła,
poprawiając go młodsza Marlene.
- Tak, wiem o tym.
- No więc... twoi rodzice wyznaczyli mnie
twoim opiekunem – powiedział sucho Black – Na wypadek, gdyby coś im się
stało... – Harry czekał. Czy Syriusz chciał mu powiedzieć właśnie to, o czym
Harry myślał? – Oczywiście zrozumiem cię, jeśli będziesz chciał nadal zostać ze
swoją ciotką i wujem.
- Nie chcę z nimi mieszkać – mruknął
Harry.
Ale... no... zastanów się. Bo kiedy zostanę
oczyszczony z zarzutów... to jeśli chciałbyś mieć... inny dom... – W żołądku
Harry'ego doszło do czegoś w rodzaju eksplozji.
- Co?... Zamieszkać z tobą? – zapytał,
niechcący uderzając głową w wystający kawałek skały – Wyprowadzić się od
Dursley'ów?
Większość ludzi patrzyła na Dropsa
jadowicie.
- Nigdy więcej go nie skrzywdzisz! –
warknęło większość ludzi na sali.
- Nie ma sprawy, przypuszczałem, że nie
będziesz chciał – dodał szybko Syriusz – Rozumiem. Ja tylko sobie pomyślałem...
- Zwariowałeś? – powiedział Harry głosem
prawie tak ochrypłym, jak głos Syriusza – No pewnie, że chcę opuścić dom
Dursley'ów! A masz jakiś dom? Kiedy mogę się przenieść? – Syriusz spojrzał na
niego przez ramię. Głowa Snape'a szorowała po sklepieniu, ale Black zupełnie
się tym nie przejmował.
- Chcesz? – zapytał – Naprawdę?
- No pewnie!
Harry wtulił się w Ginny.
Na wychudłej twarzy Syriusza po raz pierwszy
pojawił się prawdziwy uśmiech. Przemiana była uderzająca: jakby spoza maski
wynędzniałego włóczęgi wyjrzała nagle osoba o dziesięć lat młodsza. Przez
chwilę można w nim było rozpoznać człowieka, który śmiał się na weselu rodziców
Harry'ego. Nie rozmawiali już aż do końca tunelu. Krzywołap wyskoczył pierwszy;
musiał nacisnąć łapą narośl na pniu, bo kiedy Lupin, Pettigrew i Ron
wygramolili się z jamy, nie słychać było trzasku drapieżnych gałęzi. Syriusz
dopilnował, by Snape przedostał się przez dziurę, a potem cofnął się,
przepuszczając Harry'ego i Hermionę.
- Dziękuję, wujku Syriuszu. Z wujka jest
prawdziwy dżentelmen, bo przepuściłeś damę – powiedziała Hermiona i odrzuciła
włosy do tyłu, a później popatrzyła na Knota – Knot ucz się od wujka Syriusza,
jak być prawdziwym dżentelmenem.
- Dobrze, pani Weasley – oznajmił Knot
posłusznie. Hermiona zachichotała i wtuliła się w Rona.
- Nie poznaje cię, Granger – stwierdził
Cormac – Jesteś straszne pyskata.
- Chyba "pani Weasley" McLaggen
– poprawiła go Hermiona, a Molly I uśmiechnęła się do Artura – Jestem panią
Weasley i proszę, żebyś mnie tak tytułował.
- Za dużo sobie pozwalasz! – warknął
Cormac.
- Więc odczep się ode mnie, bo nigdy nie
będziemy razem!
- Jeszcze zobaczymy! – odparował Gryfon.
- Jak powiedziała, że nie będziecie razem,
to nie będziecie razem. Czego nie rozumiesz gówniarzu? – powiedział Artur.
- Ty, rudy... – zaczął.
- Chyba zapomniałeś, do kogo mówisz,
McLaggen! – warknął Artur, kiedy do niego podszedł, a dzieci pana Weasley'a
popatrzyli po sobie – bo jakoś nie przypominam, żebyśmy przechodzili na
"ty". Dla ciebie jestem" Panem Weasley'em" albo Lordem
Weasley'em. Tak samo jak moja żona jest panią Weasley, albo Lady Weasley, a
jeśli chodzi o Hermionę – wskazał na nią – to jest panią Weasley i proszę,
żebyś ją tak tytułował i przestał moją córeczkę podrywać, bo jako jej ojciec
wyciągnę konsekwencje i powiem wszystkim, że ją molestujesz, a wtedy moi
synowie, na czele z Ronem i Harrym cię zniszczą zrozumiałeś McLaggen? – mruknął
mu do ucha.
- Tak, panie Weasley – odparł Cormac blady
– przepraszam panią, pani Weasley – Hermiona przybiegła do Artura, krzycząc:
- Tatuś! – i się mocno wtuliła w Artura.
Molly się wzruszyła, widząc tę scenę – Tatusiu, co mu powiedziałeś? – spytała
Hermiona Artura.
- To jest sprawa między nami, córeczko –
odpowiedział pan Weasley, całując ją w czoło. Ona tylko westchnęła zadowolonym
głosem, wtulając się w ojca jeszcze bardziej – Prawda, panie McLaggen?
- Tak, panie Weasley.
- Kocham cię, tatusiu – wyszeptała
Hermiona do jego piersi.
- Tatuś też bardzo cię kocha, córeczko – oznajmił Artur, a Hermiona wtuliła się w niego, Molly popatrzyła na Artura z pożądaniem, kiedy Artur popatrzył na nią.
W końcu wszyscy znaleźli się na zewnątrz.
Było już ciemno, tylko w oddali jarzyły się oświetlone okna zamku. Ruszyli ku
niemu bez słowa. Pettigrew wciąż dyszał chrapliwie i od czasu do czasu
pojękiwał i stękał. Harry próbował uspokoić burzę myśli. Miał opuścić dom
Dursley'ów... Miał zamieszkać z Syriuszem Blackiem, najlepszym przyjacielem
swoich rodziców... Był zupełnie oszołomiony. Co będzie, jak powie Dursley'om,
że odtąd zamierza mieszkać ze skazańcem, którego widzieli w telewizji?
Harry westchnął.
- Jeden fałszywy krok, Peter – rzekł Lupin
ostrzegawczym tonem, celując z boku różdżką w jego pierś.
Harry, Hermiona, Ron, obie wersje
Lunatyków, Severusów i Łapy wymienili spojrzenia.
Szli w milczeniu przez błonia, światła zamku
rosły im w oczach. Snape szybował dziwacznie przed Syriuszem; podbródek obijał
mu się o pierś. I nagle... Chmura minęła księżyc. Na ziemi pojawiły się długie
cienie. Całą grupę skąpało blade światło. Snape wpadł na Lupina, Petera i Rona,
którzy nagle się zatrzymali. Syriusz zamarł. Wyciągnął rękę, by zatrzymać
Harry'ego i Hermionę. Harry widział sylwetkę Lupina, który na chwilę
zesztywniał, a potem zaczął cały dygotać.
- CO SIĘ DZIEJE! – ryknęła przerażona
żeńska część słuchaczy.
- Pełnia księżyca – mruknął słabo starszy
Remus.
- Remus zdążyłeś zażyć eliksir? – spytała
Euphemia. Remus westchnął.
- Wtedy nie.
- Och... – jęknęła Hermiona – Nie zażył
dzisiaj swojego eliksiru! Może być groźny!
Kobiety i dziewczyny pisnęły przerażone.
Hermiona wtuliła się w Rona, a Ginny w Harry'ego.
- Uciekajcie – szepnął Syriusz – Biegiem!
Szybko! – Ale Harry nie mógł uciec. Ron był skuty z Peterem i Lupinem. Rzucił
się do przodu, ale Syriusz złapał go wpół i odciągnął do tyłu – Zostaw to
mnie... UCIEKAJCIE!
Dziewczyny pisnęły.
Rozległo się ohydne warczenie. Głowa Lupina
zaczęła się wydłużać. Ramiona zwisły. Gęste włosy wyrastały na twarzy i
dłoniach, które zakrzywiły się w zakończone pazurami kły. Kłapnęły długie
szczęki wilkołaka. Krzywołap najeżył się cały i cofał powoli na ugiętych
łapach... Stojący obok Harry'ego Syriusz nagle zniknął. On też się przemienił.
Olbrzymi pies skoczył do przodu. Wilkołak miotał się i skręcał, aż wyszarpnął
łapę z kajdanków.
Kobiety i dziewczyny przyłożyły ręce do
ust.
- TATUŚ! – ryknęły córki Łapy i Lunatyka,
a dwie wersje Marlene wtuliły się w swojego męża.
Pies chwycił go za kark i odciągnął od Rona i
Pettigrew. Zwarli się, pysk przy pysku, drapiąc wściekle pazurami... Harry
stał, osłupiały z przerażenia, zbyt pochłonięty tą walką, by dostrzec cokolwiek
innego. Zaalarmował go dopiero krzyk Hermiony... Pettigrew rzucił się na ziemię
po różdżkę, którą upuścił Lupin. Ron stracił równowagę i upadł. Coś huknęło,
rozbłysło światło – i Ron znieruchomiał na trawie. Jeszcze jeden huk – i
Krzywołap wyleciał w powietrze, a potem spadł bezwładnie na ziemię.
- Expelliarmus! – krzyknął Harry,
celując różdżką w Pettigrew. Różdżka Lupina wystrzeliła w powietrze i zniknęła
z pola widzenia.
- Świetnie Harry! – zawołał Fleomont.
- Nie ruszaj się! – krzyknął Harry, biegnąc
ku niemu. Za późno. Pettigrew zdążył się przemienić. Harry zobaczył łysy ogon
szczura śmigający przez pierścień kajdanków zwisający z wyciągniętej ręki Rona
i usłyszał cichy tupot łapek wśród trawy.
- Nie! Nie! Nie! – krzyczało większość
ludzi na sali.
Wilkołak zawył przeraźliwie i rzucił się do
ucieczki. Pomknął do Zakazanego Lasu...
- Syriuszu, on uciekł, Pettigrew zamienił się
w szczura! – krzyknął Harry.
Ci, którzy mieli zostać animagami, mieli
ogień w oczach.
- Ten szczur będzie w Azkabanie – wycedziła
Daphne – Obiecuje ci to, tatusiu.
Black leżał w trawie, z pyska i karku ciekła
mu krew. Na słowa Harry'ego poderwał się jednak i po chwili stłumiony odgłos
jego łap zaniknął w ciszy, gdy pognał przez błonie. Harry i Hermiona podbiegli
do Rona.
- Co on mu zrobił? – szepnęła Hermiona. Ron
miał przymknięte powieki i otwarte usta. Żył, bo słyszeli jego oddech, ale
chyba ich nie rozpoznawał.
- Wystraszyłeś mnie, kochanie! – zawołała
Hermiona i przytuliła się do Rona.
- Dostałem jakiś zaklęciem – mruknął Ron i
pogłaskał ją po policzku.
- Zejdź z niego! – wycedziła Lavender.
- Hermiona będzie siedzieć mi na kolanach,
czy ci się to podoba, czy też nie.
- Panno Brown, proszę posłuchać mojego
syna – oznajmiły dwie wersje Molly, a ich głosy były oschłe i formalne – A wie
pani, jaką rzecz najlepszą na świecie zrobi? Jeśli da sobie pani z nim spokój,
bo ani ja, ani mój mąż nie pobłogosławimy ten wasz niby związek. Jego żoną jest
Hermiona i musi się pani z tym pogodzić, panno Brown.
- Harry kiedyś będzie mój, Weasley! –
Molly I westchnęły z politowania, że Lavender dalej swoje.
- Nie, panno Brown, bo mój syn naznaczył
Hermionę na swoją partnerkę. Proszę, niech pani spojrzy na szyję pani Weasley i
jak i również na jej biżuterie z rodem Weasley'ów. I jeszcze jedno: Dla pani
jestem "pani" i "Pani Weasley " i proszę tak się do mnie
zwracać albo pani tego pożałuje, panno Brown.
- Panno Chang to się tyczy również panią i
mojego syna. Jego żoną jest Ginny i musi się pani z tym pogodzić, panno Chang –
powiedziały starsza i młodsza Lily, kiedy Cho otwierała usta.
- Harry kiedyś będzie mój, Potter!
- Nie, panno Chang – powiedziały
zirytowane matki Harry'ego – A wie pani, jaką rzecz najlepszą na świecie zrobi?
Jeśli da sobie pani z nim spokój, bo ani ja, ani mój mąż nie pobłogosławimy ten
wasz niby związek. Jego żoną jest Ginny i musi się pani z tym pogodzić,
panno Chang – dodały oschłym i formalnym głosem – A, zapomniałabym, dla
pani jestem "pani" i "Pani Potter" i proszę tak się do mnie
zwracać albo pani tego pożałuje, panno Chang, bo mój syn naznaczył Ginny na
swoją partnerkę. Proszę niech pani spojrzy na szyję pani Potter jak i również
na jej biżuterię z rodem Potterów – Hermiona i Ginny uśmiechnęły się szeroko do
Molly i Lily, a te puściły im oczka.
- Lepiej posłuchaj mojej mamusi,
kochaniutka – oznajmiły słodkim głosem Hermiona i Ginny do Brown i Chang, a te
zrobiły się czerwone, a pani Weasley i pani Potter parsknęły śmiechem i obie przytuliły swoje córki.
- Nie wiem... – Harry rozejrzał się wokoło z
rozpaczą. Black i Lupin zniknęli... pozostał tylko Snape, który wciąż unosił
się w powietrzu, nieświadomy niczego... – Musimy iść do zamku po pomoc –
powiedział Harry, odgarniając sobie włosy z oczu i próbując zebrać myśli –
Chodź... – Lecz w tej samej chwili z ciemności dobiegł ich żałosny skowyt.
Skowyt zranionego psa... – Syriusz – mruknął Harry, wlepiając oczy w ciemność.
- Tatuś/Tato/Syriusz/Wujek Syriusz! –
krzyknęły w rozpaczy córki Łapy, rodzina przyjaciele i dzieci jego przyjaciół.
Przeżył chwilę rozpaczliwej rozterki, ale w
końcu uznał, że i tak nie może pomóc Ronowi, a sądząc po tym skowycie, Black
był w opałach. Puścił się biegiem, a Hermiona popędziła za nim. Skomlenie
dochodziło gdzieś od strony jeziora. Harry, gnając ile sił w nogach, poczuł
chłód, nie zdając sobie sprawy z tego, co to oznacza...
- Czy to dementorzy? – pisnęło większość
ludzi na sali.
Skowyt ucichł nagle. Dobiegli nad brzeg
jeziora i zobaczyli dlaczego – Syriusz przemienił się z powrotem w człowieka.
Czołgał się na kolanach, trzymając się za głowę.
Łapy zbledli i przełknęli ślinę.
- Nieee – jęczał – Nieeee... błagam...
- CO SIĘ Z NIM DZIEJE! – ryknęli większość
ludzi na sali przerażonym głosem.
- Atakują was dementorzy – mruknął Harry.
- NIE TATUŚ! – ryknęła nagle Daphne – NIE CHCĘ
GO STRACIĆ!!!
- Nie pozwolimy na to, kochanie –
powiedziała Hermiona i przytuliła Daphne mocno i pocałowała ją w czoło,
wyrażając siostrzane uczucie, jakie do niej żywiła. Daphne westchnęła i wtuliła
się w siostrę jeszcze bardziej.
- Naprawdę nie pozwolicie? – spytała
Cassie z nadzieją w głosie.
- Cassie jesteśmy stworzeni do zadań
specjalnych – oznajmił Ron i pocałował ją czoło wyrażając braterskie uczucie,
jakie do niej żywił. Cassie westchnęła i wtuliła się w brata jeszcze bardziej.
- Ron ma rację – powiedział Harry – No
już, będzie wszystko dobrze, As – kiedy Astoria przytuliła się do Harry'ego
mocno nie chcąc go puścić.
- Uratujecie mojego tatusia? – zapytała
Astoria, a oczy miała wilgotne.
- Uratujemy, siostrzyczko, masz moje słowo
– oznajmił Harry i pocałował ją w czoło, wyrażając braterskie uczucie, jakie do
niej żywił. Astoria westchnęła i wtuliła się w brata jeszcze bardziej, a Harry
popatrzył na Ginny. Ta wycierała łzy z oczu i następnie się do niego wtuliła.
I wtedy Harry ich zobaczył. Co najmniej stu
dementorów sunęło ku nim brzegiem jeziora. Znajome lodowate zimno przeniknęło
go aż do szpiku kości, mgła zaczęła przesłaniać oczy. Coraz więcej
zakapturzonych postaci wyłaniało się z ciemności ze wszystkich stron. Okrążali
ich.
- Hermiono, myśl o czymś szczęśliwym! –
krzyknął Harry, podnosząc różdżkę i mrugając rozpaczliwie, żeby coś zobaczyć.
Potrząsał przy tym głową, by pozbyć się żałosnego jęku, który już w niej
narastał... 'Zamieszkam ze swoim ojcem chrzestnym. Opuszczę dom Dursley’ów'.
- Merlinie, pomóż mu, proszę! – krzyknęły
kobiety i dziewczyny.
Zmuszał się do myślenia o Syriuszu i tylko o
Syriuszu. Zaczął śpiewać:
- Expecto Patronum! Expecto
Patronum! – Black wzdrygnął się gwałtownie, przetoczył na bok i
znieruchomiał, blady jak śmierć. 'Nic mu nie będzie. Zamieszkam z nim' –
Expecto Patronum! Hermiono, pomóż mi! Expecto Patronum!
- Expecto... – szepnęła Hermiona. - Expecto...
Expecto... – Ale nie była już w stanie nic zrobić. Dementorzy zbliżali
się ze wszystkich stron, byli już dziesięć stóp od nich. Utworzyli zwarty mur
wokół Harry'ego i Hermiony i wciąż się zbliżali...
Dziewczyny i kobiety zbladły, Hermiona
jeszcze bardziej wtuliła się w męża.
- Nie mogę oddychać – wychrypiał Ron.
- Hmm... Jest mi tak dobrze, kiedy mogę do
ciebie się przytulić, kochanie – szepnęła Hermiona, a później popatrzyła na
niego z pożądaniem.
- EXPECTO PATRONUM! – ryknął Harry, starając
się przekrzyczeć wycie w swoich uszach – EXPECTO PATRONUM! – Wątły strzęp
srebrnej mgły wystrzelił z jego różdżki i zawisł przed nim jak opar. W tej
samej chwili poczuł, jak Hermiona pada na ziemię. Był teraz sam... zupełnie
sam...
- Hermiona/Mamusia/Mama/Ciocia Hermiona! –
zawołali przerażeni rodzina i przyjaciele, a Hermiona wtuliła się w Rona mocno.
- Nie opuścisz mnie? – spytała cicho.
- Kochanie, jesteśmy związani na
wieczność, ten symbol to potwierdza – i przejechał palcami po znaku, który
miała na szyi, a Hermiona westchnęła zadowolonym głosem.
- Tak, Ron, jesteśmy razem na wieczność –
mruknęła, a mając iskierki w oczach, a Ron pocałował ją w znak, a ta westchnęła
zadowolonym głosem – Jestem panią Weasley i twoją żoną, panie Weasley –
Lavender patrzyła na zwłaszcza na Hermionę mordem oczach, że zabrała jej mon
Rona.
- Expecto... Expecto Patronum...
– Harry osunął się na kolana w zimną trawę. Oczy zaszły mu mgłą. Z rozpaczliwym
wysiłkiem wygrzebał z pamięci myśl: 'Syriusz jest niewinny... niewinny...
nic nam się nie stanie... będę z nim mieszkał...'
Większość uczniów patrzyła przerażeni na
Harry'ego i Ginny przytuliła go do swojej piersi.
- Jestem przy tobie, skarbie i zawsze będę
przy tobie.
- Nie zostawisz mnie, prawda? – zapytał
cicho do jej piersi.
- Zostawić cię? NIGDY! Wybrałam cię na
mojego męża i partnera w tym życiu i w następnym, więc proponuję, żebyś oswajał
się z tą myślą, mój okularniku – zażartowała Ginny i usłyszała lekki śmiech w
odpowiedzi – Jesteś wciąż moim bohaterem, mężem i partnerem. Ja jestem panią
Potter i nigdy cię nie opuszczę, panie Potter. Teraz chronimy się nawzajem. Czy
nie to symbolizuje ten znak? – spytała pani Potter, przesuwając palcem po
miejscu, w którym naznaczyła Harry'ego na swojego partnera.
- Tak, bardzo cię kocham, Lady Potter –
wymruczał Harry.
- Kochaj się ze mną – mruknęła erotyczne
pani Potter mu do ucha – Proszę, Lordzie Potter, kochaj się ze mną.
- Oczywiście, pani Potter – powiedział
Harry – i pocałował ją w znak, a ta westchnęła zadowolonym głosem, a Cho patrzyła na Ginny mordem oczach.
- Expecto Patronum! – wydyszał. W
nikłym świetle swojego bezkształtnego patronusa zobaczył, że jakiś dementor
zatrzymał się tuż przed nim. Nie mógł się przedrzeć przez obłok srebrnej mgły,
którą Harry wyczarował. Trupia, oślizgła ręka wysunęła się spod płaszcza, jakby
chciał nią odgarnąć patronusa na bok – Nie... nie... – szepnął Harry – On jest
niewinny... Expecto... Expecto Patronum...
Harry się skrzywił. Przytulił się do
swojej żony i poczuł jej erotyczne perfumy.
- Moje miejsce jest przy tobie, kochanie i
moim obowiązkiem jako Lady Potter jest siedzieć Lordowi na kolanach – i
pogłaskała go po policzku, że Harry nie wiele myśląc, pocałował ją namiętnie w
usta, a ona oddała pocałunek z taką samą mocą i przez chwilę się całowali. Nie
odchodziło ich, że są w Wielkiej Sali pełnych ludzi i wszyscy na nich patrzą,
bo widzieli tylko siebie.
- Halo, my tu jesteśmy! – krzyknął James
II po chwili, kiedy z wielkim trudem oderwali się od siebie.
Czuł, że go obserwują, słyszał ich chrapliwe
oddechy, świszczące wokół jak upiorny wiatr. Najbliżej stojący dementor chyba
obrał go za cel: uniósł gnijące ręce i odrzucił kaptur. Tam, gdzie powinny być
oczy, była tylko cienka, szara, sparszywiała błona, zarastająca puste oczodoły.
Były jednak usta... bezkształtna dziura wciągająca powietrze z chrapliwym
świstem.
Kobiety i dziewczyny zbladły.
Strach sparaliżował Harry'ego tak, że nie
mógł się poruszyć ani przemówić. Jego patronus zamigotał i znikł. Oślepiła go
biała mgła. Nie może się poddać... Expecto Patronum... nic nie widać... a tam,
w oddali, słychać znajomy krzyk... Expecto Patronum... Pomacał na oślep i
wyczuł rękę Syriusza... Nie zabiorą go, nie pozwoli na to...
- TO PETTIGREW BYŁ ZDRAJCĄ, NIE MÓJ TATUŚ!
– ryknęła niespodziewanie Daphne i popatrzyła na Knota, jakby miała furię – TY
– i strzeliła go zaklęciem, że jęknął z bólu, a później szpilkę w jaja, że
znowu jęknął z bólu, trzymając się za jaja. Jared ją przetrzymał, bo chciała go
połamać – Puść mnie! – warknęła Daphne – On i jego banda frajerów skrzywdzili
mojego tatusia! Muszę... – ale Jared przytulił ją do swojej piersi. Wtuliła się
w niego i rozryczała się – Pierwszy raz jestem kochana przez rodziców i nie
chce tego stracić – Łapa i Marlene przytulili swoją córkę, a ta wtuliła się w
nich.
- Jesteś panią Black – powiedział Łapa – I
naszą córeczką.
- Tak bardzo was kocham, mamusiu i
tatusiu.
Lecz nagle wokół szyi Harry'ego zacisnęła się
para silnych, wilgotnych i zimnych rąk. Ciągnęły jego głowę do góry... czuł
lodowaty oddech... A więc najpierw chcą pozbyć się jego... Cuchnący oddech...
jęk matki w uszach... Umrze, słysząc ten krzyk...
Dwie wersje Lily zalały się łzami, tak
samo jak inne kobiety z rodu Potter.
I wtedy wydało mu się, że poprzez mgłę, w
której pogrążał się jak w lodowatych odmętach śmierci, ujrzał srebrzyste
światło, rozjarzające się coraz mocniej i mocniej... i poczuł, że pada na twarz
w trawę... Zbyt słaby, by się poruszyć, śmiertelnie zmęczony i rozdygotany,
otworzył oczy. Trawa wokół niego tonęła w oślepiającym blasku. Jęk w uszach
urwał się nagle, lodowate zimno przemijało... Coś odciągało dementorów...
- Patronus – mruknął Harry.
Coś krążyło wokół niego, Syriusza i
Hermiony... świszczące oddechy cichły. Oddalały się... Napłynęła fala ciepła...
Harry zebrał się w sobie i w rozpaczliwym wysiłku podniósł głowę o parę cali. W
srebrzystym blasku jakieś zwierzę galopowało poprzez jezioro. Mrugając, by
pozbyć się potu zalewającego mu oczy, Harry wytężył wzrok, chcąc zobaczyć, co
to za zwierzę... Było świetliste jak jednorożec.
- Jednorożec? – zapytała Nicole siedzącą
na kolanach Freda II.
- Coś fajniejszego niż jednorożec, pani
Weasley – mruknął jej do ucha.
- Uwielbiam, gdy zwracasz się do mnie per
pani Weasley – stwierdziła pani Weasley i puściła mu oczko, po czym pocałowała
go w usta – Widzisz Knot? Mój mąż jest prawdziwym dżentelmenem i wie jak się
zwraca do damy. Ucz się od niego.
- Oczywiście, PANI Weasley – oznajmił Knot
– Staram się byc dżentelmenem, jak PANI mąż PAN Weasley, proszę PANI.
- Grzeczny z ciebie jest chłopczyk, wie,
jak się zwracać do szlachetnego rodu Weasley'ów, prawda, że jest grzeczny
chłopczyk? – spytała kobiet z rodu Weasley.
- Tak – oznajmiły kobiety z rodu Weasley –
Nasz mały Kordek stał się małym dżentelmenem – i wycierały łzy wzruszenia, a
ich mężowie parsknęli śmiechem.
- Dziękuję bardzo PANIOM Weasley.
- Ależ bardzo proszę – odezwały się Lady’s
Weasley.
Z najwyższym wysiłkiem skupiając swą gasnącą
świadomość, patrzył, jak zwierzę zatrzymuje się na przeciwległym brzegu. Przez
chwilę wydawało mu się, że widzi, jak ktoś je wita... podnosi rękę, by je
pogłaskać... ktoś, kto wygląda dziwnie znajomo... ale przecież to nie może...
to nie może być...
- Ale co wygląda dziwnie znajomo? –
spytała Jessica, która popatrzyła na Colina, bo siedziała mu na kolanach.
- Nie będzie spoilerów, pani Creevey –
oznajmił beztrosko Colin I.
- Uwielbiam, gdy zwracasz się do mnie per
pani Creevey – stwierdził pan Creevey, puścił jej oczko, a ona pocałowała go w
usta – Słyszałeś to Knot?
- Tak, PANI Creevey, oczywiście, że
słyszałem, co powiedział PANI mąż. PAN Creevey jest prawdziwym dżentelmenem,
proszę PANI.
- Grzeczny chłopczyk, wie jak się zwracać
do damy i lady rodu Creevey – oznajmiła Jessica, a jej głos ociekał słodyczą, a
Colin I parsknął śmiechem – Prawda Gabrielo, że z Korneliusza wyrósł mały
dżentelmenem.
- Oczywiście, że wyrósł mały dżentelmenem
– zgodziła się Gabriela i odrzuciła włosy do tyłu. Colin i Denis popatrzyli na
siebie.
- Dziękuję, PANIOM Creevey.
- Proszę bardzo, skarbeńku – powiedziały
panie Creevey.
Harry przestał cokolwiek rozumieć. Przestał
myśleć. Poczuł, że opuszczają go resztki sił i uderzył głową w ziemię. Stracił
świadomość.
- Koniec rozdziału – powiedziała Tracy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz