poniedziałek, 12 lutego 2024

Rozdział 1 Czara

- Następna książka jest to "Harry Potter i czara ognia" – oznajmiła Minerwa.

- Jaka czara ognia? Mam złe przeczucia! – jęknęły dwie wersje pani Potter. Harry, Gabriele i Fleur uśmiechnęli się do siebie, bo doskonale wiedzieli, że wtedy się poznali. To samo zrobili dziewczyny i chłopaki do Fleur i Gabriele. Hermiona i Ginny podeszły do pół will i je mocno przytuliły.

- No już dobrze, kochanie – mruknęły i wtuliła Fleur Ginny do swojej piersi.

- Przepraszam, że zachowywałam się jak smarkula w stosunku do ciebie Fleur – mruknęła Ginny do Fleur – Nie powinnam się tak zachowywać.

- A ja przepraszam, że traktowałam cię jak małą dziewczynkę, Ginny – odpowiedziała Fleur – To nie było miłe.

- Fleur, ale chcesz być dalej moją siostrą? – spytała z nadzieją Ginny, patrząc na nią również z nadzieją.

- Skarbie oczywiście, że chcę być twoją siostrą – mruknęła Fleur – i jestem twoją starszą siostrą, Ginny.

- Tak – powiedziała z radością pani Potter i wtuliła się w blondynkę, ta pocałowała ją w czoło, wyrażając siostrzane uczucie, jakie to niej żywiła. Ginny westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Fleur jeszcze bardziej – kocham cię, siostrzyczko. Mój brat wybrał mądrze wybierając ciebie na swoją żonę.

- Ja Ciebie też kocham, skarbie – oznajmiła pani Weasley – Jesteśmy siostrami. Rozumiemy się? – jej głos był teraz nieznoszący sprzeciwu.

- Tak – mruknęła Ginny posłuszne.

- Grzeczna dziewczynka – powiedziała Fleur z miłością w głosie i dalej tuliła swoją młodszą siostrę do swojej piersi.

- Hermiono? – odezwała się Gabriele.

- Tak, skarbie?... oczywiście, że jestem twoją siostrą – odpowiedziała, widząc jej spojrzenie.

- Naprawdę jesteś?

- Naprawdę, kochanie – i pocałowała ją w czoło, a ta westchnęła zadowolonym głosem –  to była moja odpowiedź, skarbie – a ta jeszcze bardziej się przytuliła w nią – Jesteśmy siostrami, rozumiesz? – jej głos był teraz nieznoszący sprzeciwu.

- Tak – mruknęła Gabriele posłuszne.

- Grzeczna dziewczynka – powiedziała Hermiona z miłością w głosie i dalej tuliła swoja młodszą siostrę do swojej piersi  kiedy dziewczynka puściła Hermionę, popatrzyła na Ginny i odetchnęła głęboko.

- Ginny, ja byłam zakochana w Harrym – mruknęła Gabriele, patrząc jej w oczy – Wiesz, musiałam ci to powiedzieć i mi ulżyło na sercu, że Ci powiedziałam, ale teraz moje serce wybrało Denisa i teraz Harry jest moim przyjacielem i starszym bratem. Nie jesteś na mnie zła, prawda? – Ginny nic nie odpowiedziała, tylko ją przytuliła.

- Cieszę, że mi to powiedziałaś, Gabriele i nie jestem na ciebie zła, i wiesz co?

- Co?

- Zawsze chciałam mieć młodszą siostrzyczkę, kochanie. Więc my, jako siostry musimy trzymać się razem – mruknęła z uśmiechem na twarzy – bo przecież to oczywiste, że jesteś moją młodszą siostrzyczką, Gabriele – oświadczyła, całując ją w czoło, wyrażając siostrzane uczucie, jakie to niej żywiła. Gabriele westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w siostrę jeszcze bardziej – Jesteśmy siostrami i nie ma żadnego "ale".

- Kocham cię, siostrzyczko – mruknęła Gabriele do piersi Ginny zadowolonym głosem, gdy Ginny dalej ją tuliła do swojej piersi.

- Więc ja dalej jestem twoją siostrą, Fleur? – spytała z nadzieją Hermiona.

- Tak, Hermiono – i przytuliła Hermionę mocno go siebie – Jestem twoją starszą siostrą.

- Zawsze chciałam mieć starszą siostrę – mruknęła Hermiona do jej piersi, a Fleur uśmiechnęła się delikatnie i pocałowała ją w czoło, a ta westchnęła zadowolonym głosem, jeszcze bardziej się przytulając.

- Jesteś moją młodsza siostra kochanie i nie ma żadnego "ale" – rzekła Fleur.

- Tak, Fleur, jestem twoją siostrą – oznajmiła posłusznie Hermiona z uśmiechem na twarzy.

- Grzeczna dziewczynka – mruknęła z miłością w głosie i dalej tuliła swoją młodszą siostrę do swojej piersi.

- Kochaniutkie jesteście paniami Weasley – oznajmiła Lady Weasley.

- To oczywiste, że jestem panią Weasley, mamuś – stwierdziły synowe monarchini rodu z Weasley – poza tym to oczywiste jest, że jesteś moją mamusią, a tatuś Arturze jest moim tatusiem na wieki – Molly i Artur uśmiech mieli szeroko.

- Moje kochane dziewczynki – powiedziały dwie wersje Molly I i przytuliła swoje synowe, które teraz uważała za swoje córki, a te odwzajemniły uściski i uśmiechy. Milicenta zaczęła czytać

Rozdział pierwszy

Dom Riddle'ów

- Rodzinny dom wężogębego – powiedział James II.  Ci, którzy nie znali tego przezwiska spojrzeli na niego z zaciekawionymi minami, a reszta parsknęła śmiechem.

Mieszkańcy wioski Little Hangleton nadal nazywali go "Domem Riddle'ów", choć upłynęło już wiele lat, odkąd mieszkała w nim rodzina o tym nazwisku. Stał na wzgórzu ponad wioską. Część okien zabito deskami, w dachu ziały dziury, a na fasadzie rozplenił się bluszcz.

- Kompletna ruina – mruknął George II.

Kiedyś piękny dwór, największy i najbardziej okazały budynek w całej okolicy – teraz był ponurą, opuszczoną ruiną. Mieszkańcy Little Hangleton byli przekonani, że w tym starym domu straszy.

- Tam są duchy, które straszą. To te osoby, które są niegrzeczne – oznajmił Frank II, patrząc na niektóre osoby.

Pół wieku temu wydarzyło się w nim coś strasznego, coś, o czym starsi lubili rozpowiadać, kiedy już nie było o kim plotkować. Opowieść tę powtarzano tyle razy i w tak wielu domach, że nikt już nie był pewny, co naprawdę tam się wydarzyło. Każda wersja zaczynała się jednak w tym samym czasie i miejscu:

- Dawno, dawno temu, żył sobie Tom Riddle z nosem i włosami... – zaczął bajkę Hugo.

- Cicho bądź! – warknęła Rose.

Tego ranka służąca weszła do salonu i zastała wszystkich troje Riddle'ów martwych.

Większość ludzi zbladła.

- Służąca krzyczała i wszystkich obudziła – rzekł Teddy.

Dziewczyna pobiegła z krzykiem do wioski i pobudziła tylu ludzi, ilu zdołała:

- Leżą tam z otwartymi szeroko oczami! Zimni jak lód! Nadal w strojach do kolacji!

- Ciekawe co było na kolację? – spytał Hugo, a Emilly wywróciła oczami.

Wezwano policję, a w całym Little Hangleton zawrzało. Wszyscy wychodzili ze skóry, żeby się czegoś dowiedzieć. Nikt nawet nie próbował udawać, że żałuje Riddle'ów, bo w wiosce nie darzono ich sympatią. Państwo Riddle'owie  byli bogatymi, zarozumiałymi snobami, a ich syn, Tom, był jeszcze gorszy.

- Też nie lubię niektórych ludzi – stwierdził Fleomont.

 – było bowiem oczywiste, że troje zdrowych ludzi nie mogło umrzeć śmiercią naturalną w ciągu jednej nocy.

- Wystarczy, żeby dostali Avadą – mruknął Harry.

Tego wieczoru w miejscowej gospodzie Pod Wisielcem utarg był wyjątkowo wysoki: Zeszła tu cała wioska, by podyskutować o potrójnym morderstwie. Porzucenie wygodnych foteli przed kominkiem zostało wynagrodzone, kiedy w gospodzie pojawiła się kucharka Riddle'ów, i w ciszy, która zapadła na jej widok, oznajmiła, że właśnie aresztowano Franka Bryce'a.

- Co to jest za koleś? – spytała Ginny.

- Mugolski ogrodnik – rzekł dyrektor.

- Zapomniał pan dyrektor Dumbledore dodać "pani Potter" albo "Lady Potter". Jak się pan zwraca do kobiet z rodu Potterów? – powiedziały dwie wersje Lily oraz Ginny i popatrzyli na siebie i rzuciły się na szyję, po czym przytuliły, a później patrzyły z mordem w oczach na starego dyrektora.

- Czekam, panie dyrektorze Dumbledore – oznajmiła Euphemia. Dumbledore westchnął.

- Mugolski ogrodnik, PANI Potter – rzekł Dumbledore z naciskiem na słowo "Pani" – czy LADYS Potter są teraz zadowolone? – a jego głos był niezadowolony.

- Grzeczny jest z Pana chłopiec, panie dyrektorze Dumbledore i tylko niech lepiej pan o tym na przyszłość pamięta – odezwały się ze słodyczą kobiety z rodu Potterów.

- Frank! – zawołało kilka osób – To niemożliwe! – Frank Bryce był ogrodnikiem Riddle'ów. Mieszkał samotnie w zrujnowanym domku na terenie ich posiadłości. Wrócił z wojny ze sztywną i ogromną niechęcią do tłumu i hałasu, i od tego czasu pracował u Riddle'ów. W gospodzie zrobił się ruch, bo wszyscy zaczęli stawiać kucharce drinki, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.

- Ploteczki są najfajniejsze. Ciekawe co tym razem ludzie wymyślili? – zaintrygował się Fred II.

- Ja tam zawsze uważałam, że on jest jakiś dziwnyoświadczyła po czwartym kieliszku sherry – Taki odludek.

 - Filch idziesz do paki, bo jesteś nietowarzyski – rzekł Fineas rozbawiony, a Angus zrobił się czerwony.

  - Jestem pewna, że jeżeli kiedykolwiek zaproponowałam mu kawę, musiałam powtórzyć to ze sto razy.

  - Ach, teraz – powiedziała kobieta przy barze – przeżył ciężką wojnę, ten Frank, lubi spokojne ciche życie. To nie jest powód do...

  - A niby kto prócz niego miał klucz od tylnych drzwi? – warknęła kucharka – Od kiedy pamiętam, zapasowy klucz zawsze wisiał w domku ogrodnika! Drzwi nie były wyważone! Wszystkie szyby całe! Wystarczyło, że wślizgnął się do środka, kiedy wszyscy spali...

 - Wampir Frank wyssał im krew – powiedział zimnym głosem Nick, że Domique mu przywaliła, bo niektóre dziewczyny pisnęły przerażone.

 - On był wampirem!? – pisnęła Lisa przerażona.

 - Nie był żadnym wampirem. Mój mąż lubi straszyć ludzi – odezwała się pani Jordan, a Nick uśmiechnął się niewinne.

  Zebrani w gospodzie mieszkańcy wioski wymienili ponure spojrzenia.

 - Zawsze uważałem, że jemu źle z oczu patrzy, no i proszę  – mruknął mężczyzna przy barze.

 - Ta wojna pomieszała mu w głowie, jakby mnie kto pytał – stwierdził właściciel gospody.

 - Pamiętasz, Dot, jak ci mówiłam, że co jak co, ale Frankowi to bym nie chciała podpaść? – odezwała się podekscytowana kobieta w kącie.

 - Umbridge powiedz nam, skarbie ładnie, czy chciałabyś znaleźć się po przeciwnej stronie, niż my? – zapytała ociekające słodyczą dwie wersje Andromedy.

 - Nie, PANI Tonks!! – pisnęła Umbridge.

 - Grzeczna dziewczynka – oznajmiły Andromedy ze słodyczą w głosie.

 - Dziękuję, PANI Tonks, jestem grzeczną dziewczynką, proszę PANI!

 - Charakterek to on ma – przyznał Dot, potakując skwapliwie – Pamiętam, kiedy był chłopcem...

 Następnego ranka prawie wszyscy mieszkańcy Little Hangleton byli już przekonani, że to Frank Bryce zamordował Riddle’ów.

Tymczasem w pobliskim miasteczku Great Hangleton, na ponurym i obskurnym posterunku policji, Frank uparcie powtarzał, że jest niewinny i że jedyną osobą, którą widział tamtego dnia w pobliżu domu, był jakiś nieznany mu wyrostek, czarnowłosy i blady.

  - Tom – mruknął Drops.

 Nikt poza nim jednak nie widział chłopaka odpowiadającego rysopisowi, więc policjanci byli przekonani, że Frank po prostu go wymyślił. I kiedy sytuacja Franka wyglądała już bardzo poważnie, nadszedł protokół oględzin zwłok Riddle’ów, protokół, który zmienił wszystko. Policjanci jeszcze nigdy nie czytali tak dziwnego orzeczenia. Po zbadaniu ciał zespół lekarzy orzekł, że żadna z ofiar nie została otruta, pchnięta nożem, zastrzelona, zadławiona, uduszona, nie stwierdzono też (przynajmniej w świetle dokonanych przez nich oględzin) żadnych innych uszkodzeń ciał.

 - Dostali Avadą – powiedział Harry, a Ginny wtuliła się w męża jeszcze bardziej.

 Wręcz przeciwnie, lekarze z ogromnym zdumieniem stwierdzili, że wszyscy Riddle’owie sprawiali wrażenie całkowicie zdrowych — oczywiście pomijając fakt, że byli martwi.

 - To tylko szczegół – rzekł Ron. Hermiona przytuliła się do Rona.

 Odnotowali tylko (jakby chcąc za wszelką cenę znaleźć jakąś anomalię), że twarze ofiar zastygły w wyrazie przerażenia. Oczywiście takie stwierdzenie niewiele dało policji, bo czy kto kiedykolwiek słyszał, żeby trzy osoby umarły ze strachu?

 Ponieważ nie stwierdzono niczego, co by wskazywało na to, że Riddle’owie zostali zamordowani, policja była zmuszona Franka wypuścić. Riddle’ów pochowano na cmentarzu w Little Hangleton, a ich groby przez jakiś czas były obiektem powszechnego zainteresowania.

 'Ja też tam byłem, kiedy zamordowano Cedrika'. Pomyślał Harry, a Ginny przytuliła go.

  Ku ogólnemu zdziwieniu, Frank Bryce wrócił do swojej komórki na terenach Riddle'ów. Ku zaskoczeniu wszystkich i w atmosferze podejrzeń Frank Bryce wrócił do domku ogrodnika na terenie posiadłości Riddle’ów.

 - Jeśli o mnie chodzi, to mogę się założyć, że to Frank ich zamordował i guzik mnie obchodzi, co na ten temat mówi policja - oświadczył Dot w gospodzie Pod Wisielcem – I gdyby miał choć odrobinę przyzwoitości, to wyniósłby się stąd, wiedząc, że my o tym wiemy.

 Ale Frank nie opuścił wioski. Został, by nadal zajmować się ogrodem, najpierw dla nowej rodziny, która zamieszkała w Domu Riddle’ów, potem dla następnych — bo nikt nie wytrzymywał tam długo. Być może częściowo z powodu obecności Franka,

 - Tragicznie się to dla niego skoczyło – mruknął Harry.

 - O czym ty mówisz, Harry? – spytała przerażona Nicole. Zielonooki nie odpowiedział, tylko wtulił się w żonę ze smutnym wzrokiem.

 każdy nowy właściciel stwierdzał, że w tym domu wyczuwa się coś paskudnego. Opustoszała posiadłość wkrótce zaczęła popadać w ruinę.

 

 

* * *

 

Ostatni właściciel Domu Riddle’ów ani w nim nie mieszkał, ani go nie wynajmował, a był na tyle bogaty, że mógł sobie na to pozwolić. W wiosce mówiono, że trzyma dom „ze względu na podatki”, choć nikt nie wiedział, na czym to właściwie polega. Płacił jednak Frankowi za doglądanie ogrodu. Frank zbliżał się do swoich siedemdziesiątych siódmych urodzin, przygłuchł,

- Tak samo głuchy jest również nasz pan dyrektor Dumbledore – oznajmiła sucho Minerwa  formalnym głosem.

 - Brrrr... Powiało chłodem – stwierdził Filius.

  noga mu jeszcze bardziej zesztywniała,

 - A Panu dyrektorowi Dumbledore'owi to doskwiera złamany nosek? – rzekła słodkim głosem profesor McGonagall.

 - Pani Profesor McGonagall proszę się uspokoić! – skarcił ją Drops.

 - I bardzo dobrze zrobił, że panu dyrektorowi Dumbledore przywalił, ale widocznie nie wystarczająco mocno, żeby wbić trochę rozumu do głowy – odezwała się Rolanda, patrząc na niego chłodno.

 - A kto Panu dyrektorowi przywalił? – spytała Susan.

  - Jego braciszek, Aberforth – powiedziała Rolanda – widoczne niewystarczająco mocno.

 ale nadal, przynajmniej w ładną pogodę, widywano go przy rabatach kwiatów, które zaczęły już zarastać chwastami.

 Walczył nie tylko z chwastami. Jego prawdziwym utrapieniem byli chłopcy z wioski. Wybijali szyby w oknach Domu Riddle'ów, jeździli rowerami po trawnikach, których utrzymanie kosztowało Franka tyle trudu. Raz czy dwa włamali się do starego domu, żeby zrobić mu na złość. Wiedzieli, ˙ze jest bardzo przywiązany do posiadłości, i sprawiało im uciechę, kiedy kuśtykał przez ogród, wymachując laską i pomstując na nich ochrypłym głosem.

 - Nie jest to przypadkiem twój krewny Angus? – spytał Matt.

 Jeśli chodzi o samego Franka, to był przekonany, że chłopcy dręczą go złośliwie, bo podobnie jak ich rodzice i dziadkowie uważają go za mordercę. Tak więc, kiedy pewnej sierpniowej nocy obudził się i zobaczył, że w starym domu dzieje się coś dziwnego, uznał to za jakiś nowy wybryk łobuziaków, pragnących go ukarać za domniemaną zbrodnię.

 Obudził go rwący ból w nodze, tak silny, że podobnego jeszcze nie doznał w swym podeszłym wieku. Wstał i zszedł na dół do kuchni, zamierzając zmienić wodę w butelce, którą ogrzewał kolano, by złagodzić bolesną sztywność. Stojąc przy zlewie i napełniając czajnik, spojrzał na Dom Riddle’ów i zobaczył migające na piętrze światło.

 - Pewnie jakieś dzieciaki – oznajmiła młodsza Narcyza.

 Od razu pomyślał, że to ci nieznośni chłopcy włamali się znowu do domu, a sądząc po migotaniu światła, na pewno go podpalili. Frank nie miał telefonu, a zresztą i tak nie ufał policji od czasu, gdy go aresztowano i przesłuchiwano w sprawie śmierci Riddle’ów. Natychmiast odstawił czajnik, wdrapał się po schodach na górę tak szybko, jak mu na to pozwalała sztywna noga, ubrał się i wrócił na dół. Zdjął z haka przy drzwiach zardzewiały klucz, chwycił opartą o ścianę laskę i wyszedł w ciemną noc.

 - Robi się coraz ciekawiej – stwierdził Bill.

 Na frontowych drzwiach Domu Riddle’ów nie odkrył śladów włamania, podobnie jak na żadnym z okien. Pokuśtykał na tył domu i dotarł do drugich drzwi, prawie całkowicie ukrytych pod bluszczem, wyjął stary klucz, wsunął go w dziurkę i cicho je otworzył. Wszedł do dużej, mrocznej kuchni. Było bardzo ciemno, ale choć nie zaglądał tu od lat, pamiętał, gdzie są drzwi do przedpokoju, więc ruszył ku nim, czując wstrętną woń rozkładu, i wytężając słuch, by wyłowić jakikolwiek dźwięk dochodzący z góry. W przedpokoju było nieco jaśniej, ponieważ po obu stronach drzwi frontowych były duże okna przedzielone w środku kamiennymi słupkami. Zaczął się wspinać po schodach, błogosławiąc grubą warstwę kurzu pokrywającego kamienne stopnie, bo tłumiła jego kroki i postukiwanie laski.

 - Jak ninja – rzekł Hugo.

- A co to jest? – spytała Tracy.

- Ninja to tajni agenci kochana – odpowiedziała Hermiona – najemnicy w feudalnej Japonii, którzy specjalizowali się w działaniach specjalnych, wywiadzie, rozpoznaniu, przenikaniu i skrytobójstwach, ale także w walce wręcz i bronią białą. Ich skryte, podstępne metody były sprzeczne z zasadami samurajów, którzy przestrzegali surowych zasad dotyczących honoru i walki.

- A to drugie to słowo samuraj? – spytały Flora i Hestia.

- Samuraj to japoński wojownik, ciociu Hestia i ciociu Floro – mówiła Emilly – pierwotnie świta służąca najwyższym dostojnikom japońskim, także gwardia cesarska; dziedziczna szlachta wojskowa. Samuraje byli wojownikami w okresie od XII wieku aż do początków współczesnej Japonii, tzn. połowy wieku XIX. Podobnie jak średniowieczni rycerze europejscy, honor cenili sobie ponad wszystko. Swój kodeks honorowy nazywali bushido, co oznacza "droga wojownika".

- Kochanie jak ty mnie zaimponowałaś w tej chwili – powiedział Hugo do Franka II, naśladując głos matki.

- Dziękuję, mamusiu – odpowiedział Frank II głosem Emilly. Hermiona przytuliła Emilly do siebie.

- Mój synek wybrał sobie damę, która jest bardzo mądra i piękna, i która stała się panią Weasley, a ja jestem z jego wyboru bardzo szczęśliwa – powiedziała pani Weasley, a Emilly westchnęła zadowolonym głosem, kiedy Hermiona ją przytulała – Bardzo cię kocham, skarbie, bo jesteś damą i lady mojego rodu oraz naszą córeczką i nic tego nie zmieni.

- Ja ciebie też kocham, mamusiu – szepnęła do piersi Hermiony, a pani Weasley uśmiechnęła się do siebie delikatnie – Kocham być Lady Weasley albo Panią Weasley i być waszą córką, mamusiu. Mamusia też jest Lady i zawsze będzie Lady, a tatuś jest Lordem i zawsze będzie Lordem.

- Tak, skarbie, ja jako twoja mamusia jestem Lady Weasley twój tatuś, Ron jest Lordem Weasley’em, a ty jesteś Lady Weasley i naszą córeczką na wieki, skarbie – mruknęła Lady Weasley, całując ją w czoło, a Emilly westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w matkę jeszcze bardziej – A dlaczego?

- Bo mam znamię na szyi i biżuterię rodu Weasley, na której jest napisane "Lady szlachetnego i królewskiego rodu Weasley". Połączyła się ona z moim ciałem i nie mogę tego zdjąć – odparła z uśmiechem na twarzy .

- I, jako że jesteś i należysz do rodu Weasley życzę sobie, żeby niektórzy mówili do Ciebie per "pani Weasley" albo "Lady Weasley" – powiedziała, patrząc nie na przyjaciół, lecz dyrektora, Ropuchę, Knota i Snape'a – Panie Knot czy wyraziłam się jasno?

- Tak, PANI Weasley. PANI córka, PANI Emilia Weasley jest PANIĄ Weasley, proszę PANI – wystękał Knot. Hermiona uśmiechnęła się szeroko.

- Widzisz, kochanie? Twoja mamusia już działa – powiedziała Hermiona rozbawiona do córki, a ta uśmiechnęła się szeroko do matki.

Na podeście zwrócił się w prawo i natychmiast zlokalizował intruzów: drzwi na samym końcu korytarza były uchylone, a przez szparę wylewała się na czarną posadzkę długa smuga złotego, rozmigotanego światła. Frank zaczął się skradać powoli w tym kierunku, zaciskając palce na lasce. Znalazłszy się kilka stóp od drzwi, zobaczył przez szparę kawałek pokoju. Na kominku palił się ogień. To go zaskoczyło. Zamarł w bezruchu i nasłuchiwał uważnie, bo z pokoju dobiegł go męski głos, pokorny i zalękniony.

- Kto to jest? – spytała Jessica.

- Jeśli mój pan i mistrz wciąż jest głodny, to w butelce jeszcze trochę zostało.

Dyrektor zaczął się uważniej przysłuchiwać tej rozmowie. Zaczynał się domyślać, kim są ci ludzie.

- Później – odpowiedział drugi głos. Też należał do mężczyzny, ale był dziwnie wysoki i zimny, jak nagły powiew lodowatego wiatru. Było w nim coś, co sprawiło, że rzadkie włosy na karku Franka stanęły dęba – Przysuń mnie bliżej kominka, Glizdogonie.

- GLIZDOGON!!! – ryknęło większość ludzi na sali, a najbardziej to osoby z rodów Potterów, Blacków i Longbottomów w szoku i byli wściekli. Dumbledore tylko zmarszczył brwi. Teraz się dowie, jak Tom Riddle Junior przywrócił sobie ciało i moc.

- Mieliśmy go za przyjaciela! – krzyknęli Huncwoci w dwóch wersjach.

- A ta druga osoba to...??? – spytała Fleur z przerażeniem.

- Voldemort! – nie wytrzymał Harry, a większość ludzi zbladła.

- Jak to Sami-Wiecie-Kto? – zapytała Lavender.

Frank zwrócił ku drzwiom prawe ucho, żeby lepiej słyszeć. Rozległ się stuk butelki stawianej na jakiejś twardej powierzchni, a później szuranie, jakby po podłodze przesuwano ciężkie krzesło. Frank uchwycił spojrzeniem drobnego mężczyznę, odwróconego plecami do drzwi i popychającego fotel. Miał na sobie długi czarny płaszcz, a na czubku jego głowy bielała łysina. Po chwili zniknął z pola widzenia.

- Gdzie jest Nagini? – zapytał zimny głos.

- A cóż to znowu!! – jęknęła Carolina.

- Wielki czarny wąż – odparł starszy Artur, a jego żona wtuliła się w niego.

- Skąd to wiesz? – spytał Fleomont.

- Będzie opisane później, Fleomont – mruknął starszy Artur. 'Kiedyś była kobietą'. Pomyślał Dumbledore. Frank II popatrzył się na ojca.

- Ja... ja nie wiem, panie – odpowiedział lękliwie pierwszy głos – Chyba wybrała się na zwiedzanie domu...

- Musisz ją wydoić, zanim udamy się na spoczynek, Glizdogonie – rzekł drugi głos.

- To samica? – spytał w szoku Neville.

- Doić to można krowę – oznajmiła z ironią Rose.

- Tu chodziło o jad, Rose – powiedział Scorpius.

- Niech Nagini ugryzie Pettigrew, a później siebie – prosił młodszy Łapa.

- Voldek, jest źle! – syknął Fred – Jestem jadowita, oczywiście ugryzłam tego śmierdziela, Glizdogona, ale przez przypadek ugryzłam się w język!

- Żegnaj moja jedyna przyjaciółko! – zawołał James II dmuchając w chusteczkę.

- Nie możesz mnie zostawić! – jęknął Fred II.

- Mam nadzieję, że w wężowym niebie będziesz szczęśliwa – powiedział James II.

- Mamusiu czy ja naprawdę należę do tych rodzin? – spytała Sofia Nicole.

- Tak, kuzyneczko – oznajmił beztrosko Louis.

- Niestety, słońce, ale tak, jesteś Weasley'em tak samo jak ja. Kiedy wyszłam za mąż za twojego ojca, który uwielbia robić żarty – stwierdziła Nicole – ale też Potterem, bo ja się urodziłam w tej rodzinie. Twój dziadek, James też robi sobie żarty, więc my to mamy charakter raczej po babci Lily, kochanie.

- I macie wybuchowy charakterek – mruknął mąż Sofii.

- W nocy będziesz musiał mnie nakarmić. Ta podróż bardzo mnie zmęczyła – Zmarszczywszy brwi, Frank przybliżył swoje dobre ucho jeszcze bardziej do drzwi, wytężając słuch. Po chwili ciszy znowu zabrzmiał głos Glizdogona.

- Panie mój, czy mogę zapytać, jak długo tu zostaniemy?

- Tydzień – odrzekł zimny głos – Może dłużej. To dość wygodne miejsce, a na razie musimy powstrzymać się od działania.

- Oho!! Szykuje się orgia! – wypalił Lee. Córki i narzeczona popatrzyli na niego z niedowierzaniem, tak samo, jak większość ludzi na sali.

Byłoby głupio zabrać się do urzeczywistnienia naszego planu przed zakończeniem mistrzostw świata w Quidditchu – Frank wsadził do ucha sękaty palec i mocno nim pokręcił. 'Pewno nagromadziło się sporo woskowiny'. Pomyślał. 'Bo usłyszałem "Quidditch", a przecież nie ma takiego słowa...'

- Mistrzostw świata w Quidditchu? – powtórzył Glizdogon. (Frank jeszcze gorliwiej pogrzebał w uchu) – Wybacz mi, panie, ale... nie rozumiem... dlaczego mielibyśmy czekać na zakończenie mistrzostw świata?

- Ponieważ idioto maryśka strasznie długo trzyma, ale o tym jest taki odlot – powiedział George II – Tak słyszałem mamusie, kochane – dodał szybko, widząc wściekłe miny Nicole i Nimfadory.

- Dlatego, głupcze, że właśnie w tej chwili zjeżdżają się do kraju czarodzieje z całego świata i każdy tajniak z Ministerstwa Magii jest na służbie, wypatrując jakichkolwiek oznak niezwykłości i sprawdzając tożsamość każdego, kto mu się nawinie. Będą wariować na punkcie bezpieczeństwa, żeby mugole czegoś nie zauważyli.

- Barty Crouch Junior – mruknął cicho Harry.

Dlatego musimy czekać – Frank przestał sobie czyścić ucho. Wyraźnie usłyszał słowa: "Ministerstwo Magii", "czarodzieje" i "mugole". Nie ulegało wątpliwości, że te wyrażenia mają jakieś tajne znaczenie, a Frankowi przychodziły do głowy tylko dwa rodzaje ludzi, którzy mogliby mówić szyfrem: szpiedzy i przestępcy.

- Terroryści – dodał Albus II – zapomniałeś dodać.

Zacisnął dłoń na lasce i wytężył słuch.

- A więc wasza lordowska mość jest zdecydowany? – zapytał cicho Glizdogon.

- Tak, Glizdogonie, jestem zdecydowany – W zimnym głosie zabrzmiała nuta groźby. Nastąpiła chwila milczenia, a później przemówił Glizdogon, wyrzucając z siebie szybko słowa, jakby się bał, że straci odwagę, zanim je wypowie.

- Panie mój, to można zrobić bez Harry'ego Pottera.

- O nie! – pisnęły kobiety i dziewczyny z rodziny i przyjaciółki Harry'ego

- Zajebie go! – krzyknęli Łapa i Rogacz.

Znowu pauza, tym razem dłuższa, a potem...

- Bez Harry'ego Pottera, powiadasz? – powtórzył drugi głos z jadowitą łagodnością – Ach tak, rozumiem...

- Panie, nie mówię tego ze względu na chłopaka! – zawołał piskliwym głosem Glizdogon.

Ginny wtuliła się w męża jeszcze bardziej.

- Wszystko przez tę cholerną przepowiednię! – warknęła Nicole i popatrzyła przerażona na brata.

- Nic dla mnie nie znaczy, nic a nic! Uważam tylko, że gdybyśmy wykorzystali innego czarodzieja albo czarownicę... kogokolwiek... to moglibyśmy dokonać tego o wiele szybciej! Gdybyś mi pozwolił, panie, oddalić się na jakiś czas... a wiesz, że potrafię zmienić się tak, że nikt mnie nie rozpozna... wróciłbym tu za dwa dni z jakąś odpowiednią osobą...

- Tak, to prawda... – powiedział cicho pierwszy głos – Mógłbym użyć innego czarodzieja...

- Panie mój, to naprawdę rozsądne wyjście – W głosie Glizdogona dało się wyczuć wyraźną ulgę – Trudno by było porwać Pottera, jest tak dobrze strzeżony...

- Łapy precz od mojego męża, wy skurwysyny! – warknęła Ginny.

— A ty chciałbyś pójść na ochotnika po kogoś innego? Zastanawiam się, Glizdogonie... czy nie zmęczyło cię już pielęgnowanie mojej osoby... czy ta propozycja nie jest czasem próbą porzucenia mnie na zawsze?

- Panie mogę zrobić ci za to loda? – powiedział młodszy Łapa.

- Syriusz tu są dzieci! – krzyknęła młodsza Marlene.

- Śmietankowy, czekoladowy i truskawkowy – wymieniał młodszy Łapa.

- Panie! Mistrzu! Ja... ja wcale nie chcę cię opuścić, ależ skąd...

- Nie kłam! – zasyczał drugi głos – Przede mną nie można kłamać, zawsze to wykryję! Żałujesz, że w ogóle do mnie wróciłeś, Glizdogonie! Czujesz do mnie odrazę! Widzę, jak się wzdrygasz, gdy na mnie spojrzysz, czuję, jak drżysz, kiedy mnie dotykasz...

- Oni się bzykają? – spytał w szoku Lee – O fuj!

- Nie widziałem, że Pettigrew jest gejem – mruknął w szoku starszy Remus.

- Widocznie Peter to lubi, jak Tomuś go bzyka – stwierdził młodszy Łapa.

- Nie! Moje przywiązanie do waszej lordowskiej mości...

- Twoje przywiązanie to zwykłe tchórzostwo. Nie byłoby cię tu, gdybyś miał dokąd pójść. Jak mam tu przetrwać bez ciebie, skoro muszę być karmiony co kilka godzin? Kto wydoi Nagini?

- Panie, Bella lubi bawić się w dojenie – oznajmiła ze słodyczą starsza Narcyza – Z tego co słyszałem od Narcyzy i Andromedy to Bella była zawsze najbardziej narwana i chora na umyśle, że kocha się w tobie wężogęby.

- To jest twoja siostra – rzekł w szoku starszy Lucek.

- Może z krwi tak, ale to one są moimi siostrami, lecz to one są moimi przyjaciółkami – powiedziała, pokazując na Lily I, Marlene, Dorcas, Alice I, Molly I, Andromedę, Amelie I, Alison, Apolonię, Euphemia i Caroline. Wskazane kobiety uśmiechnęły się szeroko – Jesteście moimi przyjaciółkami, prawda? – spytała cicho.

- Oo, skarbie! – wzruszyła się pani Potter. Podeszła do niej z gracją i wdziękiem. Przyciągnęła ją do siebie, całując ją w czoło. Cyzia zamknęła oczy i westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Lily jeszcze bardziej – Jesteś kimś więcej, niż tylko przyjaciółką. Jesteś moją siostrą, a dlaczego?

- Ponieważ należę do Zakonu Sióstr Wojowniczek.

- Dokładnie, skarbie – zgodziła się Lily I, a po chwili przytuliły się również pozostałe siostry wojowniczki, które podeszły do nich z gracją i wdziękiem.

- Jesteś naszą siostrą, Narcyza na wieczność – powiedziała Molly I całując ją w czoło, wyrażając siostrzane uczucie, jakie do niej żywiła. Cyzia westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Molly jeszcze bardziej.

- Na wieczność? – mruknęła z nadzieją Narcyza do piersi Molly II.

- Na wieczność! – zawołały siostry wojowniczki. Wszystkie miały na sobie ubrania, które podkreślają ich wysportowaną sylwetkę. Miały na stopach wysokie szpilki, biżuterię swojego rodu i pierścień Zakonu. Zachwyciła ich największa metamorfoza. Była to Molly Weasley i była z siebie dumna, a Artur patrzył i się skulił na widok swojej żony, a ta na niego mrugnęła. Córki i wnuczki patrzyły na nie z uśmiechem.

- Molly kochana muszę to powiedzieć na głos, ale ty świetnie wyglądasz – powiedziała starsza Narcyza, patrząc na panią Weasley z zachwytem – ale masz figurę, kochana, twoja metamorfoza jest spektakularna!

- Mam zamiar jeszcze pracować nad moją figurą, ale muszę przyznać, że lepiej się czuję. Jestem pewniejsza siebie i nie wiedziałam, że będę umiała chodzić na wysokich szpilkach – mruknęła zawstydzona.

- Skarbie, byłaś, jesteś i będziesz lady, a lady mają to we krwi chodząc z gracją i wdziękiem i do tego jesteś moją siostrą, kochanie i nic, ani nikt tego nie zmieni, kochana – powiedziała starsza Narcyza, przytulając ją i całując w czoło, wyrażając siostrzane uczucie, jakie do niej żywiła. Molly I westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Cyzię jeszcze bardziej, a później usłyszeli ryk wściekłości.

- Spróbuj tylko dotknąć moją siostrę, a nie będę taka miłosierna! – krzyknęła starsza Narcyza wściekła.

- Atakując jedną z nas, atakujesz wszystkie! – warknęła starsza Andromeda.

- Bądź grzecznym chłopcem i się uspokój – dodała starsza Molly I.

- Merlinie, ale mam seksy żonę! – westchnął starszy Artur, patrząc na Molly z uwielbieniem. Synowie popatrzyli na siebie, a później na ojca z niedowierzaniem, a ta podeszła do męża jak modelka na wybiegu, kręcąc biodrami i usiadła mu na kolanach i wyszeptała mu coś do ucha.

- Jako że jestem najstarszym waszym synem – stwierdził Bill – Muszę powiedzieć, że jesteście nienormalni – a reszta synów pokiwała twierdząco głową.

 - Bill, mamusia świetnie wygląda i zdrowiej. Powinieneś się cieszyć, że promieniuje szczęściem, a nie mówić, że są nienormalni! – skarciła Fleur męża – Ma biżuterię rodu Weasley.

- Właśnie, Bill, słuchaj się żony – odpowiedziała Molly – a ty młoda panno, dziękuję – uśmiechnęła się do blondynki. Fleur popatrzyła na Molly, a ta rozłożyła ręce i w jednym momencie była przy niej i przytuliła się do rudowłosej kobiety. Obie kobiety miały na sobie wysokie szpilki i ubrania z kolekcji Victoire i Domique oraz biżuterię rodu Weasley, na których było napisane "Lady szlachetnego i królewskiego rodu Weasley".

- Mój syn wybrał mądrze, teraz to wiem. Przepraszam, że w to wątpiłam. Teraz jesteś Fleur Weasley naszą córeczką, kochanieńka.

- Mamusia – Fleur wtuliła się w Molly I jeszcze bardziej.

- Oczywiście, że tak kochanie. Jestem twoją mamusią, a ty nazywasz się Fleur Weasley – mruknęła i tuliła swoją najstarszą córkę i pocałowała ją w czoło – Przytulaj się do mnie, kiedy tylko chcesz, Fleur – puściła jej oczko – Fleur jest dla ciebie Panią Weasley, zrozumiałaś Umbridge?

- Tak PANI Weasley – mruknęła posłusznie – LADY Fleur Weasley jest PANIĄ Weasley i jest PANI córką, proszę PANI.

- Grzeczna dziewczynka – mruknęła zadowolonym głosem Molly I, tym samym przytuliła do swojej piersi Fleur.

- Dobrze to mamusia ujęła. Jestem panią Weasley na wieki – westchnęła zadowolonym głosem Fleur i puściła jej oczko, a po chwili obie parsknęły śmiechem. Bill i Artur popatrzyli na siebie zdziwieni, a kobiety z rodu Weasley, czyli Angelina, Nicole, Hermiona i Ginny chichotały.

- Nigdy nie zrozumiem kobiet – stwierdzili mężczyźni.

- Mamusia naprawdę świetnie wygląda – powiedziała Angelina, patrząc na Molly I z zachwytem.

- Dziękuję kochanieńka, to dzięki odpowiednim ćwiczeniom – tu popatrzyła się wymownie na Artura – i diecie schudłam 10 kg – dodała dumnym głosem.

- Dlatego mamusia promieniuje szczęściem! – stwierdziła Nicole zachwycona.

- Kochanie, mam teraz więcej czasu dla siebie – oznajmiła starsza Molly I radośnie – a poza tym, moje kochane córeczki ja na początku miałam jedną córkę teraz moja rodzina się powiększyła o kolejne córki – dodała zachwycona i przytuliła resztę córek mocno do siebie – Kocham was bardzo mocno, kochane i nie przestanę – reszta córek się przytulały z uśmiechem na twarzy.

- Mamuś, tatuś daje radę? – spytała Hermiona psotnie, a Molly I zarumieniła się mocno – po mamusi minie mam rozumieć, że tatuś daje radę?

- Hermiono, z tego co wiem twoja mamusia nie protestowała, kiedy ja, czyli twój tatuś wyznawał jej najlepiej jak mógł miłość. Powiem więcej: Twoja mamusia była mega zadowolona – stwierdził starszy Artur.

- Cicho bądź! – jęknęła czerwona, jak jej włosy, a Hermiona i inne jego córki i wnuczki tylko zachichotały. Synowie i wnuki mieli takie miny, że większość ludzi parsknęła śmiechem widząc ich miny, a Artur pocałował Molly I w znak, a ta westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w męża jeszcze bardziej.

- Był pan nieziemski, panie Weasley i nie mogę się doczekać powtórki – westchnęła zadowolonym głosem Molly I.

- Ja też się nie mogę tego doczekać, pani Weasley – mruknął Artur.

- Jesteś już o wiele silniejszy, mój panie...

- Kłamiesz – wycedził zimny głos – Wcale nie jestem silniejszy, a jak ciebie nie będzie przez parę dni, to utracę i tę odrobinę zdrowia, którą odzyskałem pod twoją niezdarną opieką. Zamilcz!

- Nie ładnie, Peter, nie zostaniesz pielęgniarka miesiąca – powiedział ze śmiechu Fineas.

Glizdogon, który bełkotał coś niewyraźnie, natychmiast umilkł. Przez kilka sekund Frank słyszał tylko trzaskanie ognia w kominku.

- Myślę, w domu było za zimno. Powinienem zrobić cieplej, ale jak ja mam to zrobić? To zawsze robił Lestrange – mówił ze łzami w oczach Teddy.

- To zawsze robił to on? – wtrącił przejęciem Nick.

- To zawsze robił to Lestrange. Wie pan, mój panie ja dzisiaj jak do niego poszedłem to się zapytałem, jak mam zwiększyć temperaturę różdżką, żeby zrobiło się odrobinę cieplej i wytłumaczył mi – relacjonował z przejęciem Teddy. Większość ludzi parsknęła śmiechem – a teraz mamy, jak u mamusi.

- Moja krew! – krzyknęli dwie wersje Lunatyka i oraz Lee ze śmiechu. Victoire i Domique pocałowały swojego męża w policzek.

- Ale i tak najgorszy jest wiatr – stwierdził Frank II – bo jak jest zimno, a nie ma wiatru, to jest ciepło – Większość ludzi parsknęła śmiechem.

- A jak jest ciepło, a jest wiatr, to jest zimno.

 - To nie na moją głowę, panie! – jęknął Hugo. Sala wybuchła śmiechem.

 - Ja wole jak jest minus 10 bez wiatru niż 10 z wiatrem. A dlaczego?

- Bo jest cieplej! – wtrącił się Hugo podnieconym głosem.

- Bo jest cieplej – zgodził się Frank II.

- Mądrego to aż miło posłuchać – stwierdził Hugo, a Wielka Sala ryknęła śmiechem.

- Wy myślicie, że Voldemort i Pettigrew gadają sobie o pogodzie? – spytały Alicia II i Rose z niedowierzaniem.

Potem drugi mężczyzna znowu przemówił, tym razem szeptem przywodzącym na myśl syk węża.

- Jak już ci wyjaśniałem, mam swoje powody, dla których chcę użyć właśnie tego chłopca. Chcę jego i tylko jego. Czekałem na to trzynaście lat. Parę miesięcy więcej nie stanowi różnicy. Wiem, że chłopiec będzie wyjątkowo dobrze chroniony, ale wszystko dokładnie zaplanowałem. Potrzebna mi jest tylko twoja odwaga, Glizdogonie, i tę odwagę musisz w sobie znaleźć, jeśli nie chcesz odczuć pełni gniewu Lorda Voldemorta...

- Jak Voldek się odrodził? – spytała Mary przerażonym głosem.

- Będzie wszystko opisane, ciociu Mary – mruknęła Ginny i wtuliła się w męża, a Harry zbladł, bo na jego oczach stanął teraz obraz śmierci Cedrika i zmartwychwstanie Voldemorta.

- Panie, pozwól coś powiedzieć swemu wiernemu słudze! – przerwał mu Glizdogon, a w jego głosie zabrzmiało prawdziwe przerażenie – Przez całą naszą podróż rozmyślałem nad tym planem... Panie mój, przecież wkrótce zauważą, że Berta Jorkins zniknęła, a jeśli posuniemy się dalej, jeśli rzucę zaklęcie...

- Berta zniknęła? – spytały przerażone dwie wersje Lily I.

- Tak, mamuś – mruknęła Ginny i miała łzy w oczach – i niestety nie żyje.

- NIE ŻYJE?! – ryknęła ta część sali, którzy nie widzieli.

- Nie żyje – powiedziała płaczliwie Hermiona.

- Berta była straszną niezdarą i plotkarą, nie miała za grosz rozumu i zupełnie nie potrafiła trzymać języka za zębami – powiedział młodszy Łapa.

- Tak – zgodził się młodszy Rogacz – Gdyby ona się dowiedziała, że no wiecie jesteśmy animagami, to cały kraj by wiedział.

- Ale nikomu nie życzyłbym śmierci – oznajmił młodszy Remus.

- Nawet Voldemortowi, tato? – spytał Harry.

- No cóż... No, to jest problem, ale myślę, że także jemu nie życzyłbym śmierci – odpowiedział starszy James I.

- Jeśli? – zasyczał pierwszy głos – Jeśli? Jeśli będziesz postępował zgodnie z planem, Glizdogonie, ministerstwo nigdy się nie dowie, że ktoś jeszcze zniknął. Zrobisz to po cichu, bez zamieszania... Bardzo bym chciał zrobić to sam, ale w moim obecnym stanie... Pomyśl, Glizdogonie, trzeba tylko pokonać jeszcze jedną przeszkodę i droga do Harry'go Pottera stanie przed nami otworem.

- Jeśli tylko go dotkniesz, to nogi ci z dupy powyrywam! – warknęła starsza Lily, a Rogacz ją przytulił.

- Nie żądam od ciebie, żebyś zrobił to sam. Wkrótce pojawi się mój wierny sługa...

- Ja jestem twoim wiernym sługą – rzekł Glizdogon, a w jego głosie zabrzmiała nuta ponurego rozżalenia.

- Byłeś naszym przyjacielem, Glizdogonie – jęknął starszy Łapa.

- Glizdogonie, potrzebny mi jest ktoś z tęgą głową, godny zaufania i do końca mi oddany, a ty nie spełniasz żadnego z tych warunków.

- Zadaje sobie pytanie: Dlaczego my się z nim przyjaźniliśmy? – spytał starszy Rogacz.

- Ponieważ był naszym sługą? – stwierdził starszy Łapa.

- Czyli coś w stylu goryli, którzy są sługami Draco – rzekła Astoria – Prawda, tatusiu?

- Dokładnie tak, słoneczko – odparł starszy Łapa uśmiechem na twarzy.

 - A skoro jestem z Dracusiem i mamusia powiedziała, że jestem panią Malfoy – rzekła młoda pani Malfoy podnieconym głosem – to by oznaczało...

- Tak, skarbie, jesteś ich panią – skoczył jego wypowiedź starszy Łapa – Mają cię słuchać, mówiąc do ciebie "pani Malfoy".

 - Dobrze, tatusiu – uśmiechnęła się Astoria i podeszła do niego z gracją i wdziękiem i przytuliła się do niego mocno – Jestem grzeczną dziewczynką i słucham się mojego tatusia i lubię być panią Malfoy.

 - Tatuś bardzo cię kocha, skarbie – mruknął Łapa, całując ją w czoło.

 - Dobrze powiedziane, Syriuszu – powiedziała starsza Narcyza.

 - Ależ dziękuję, Cyziu – odpowiedział starszy Łapa, przytulając do siebie Astorię. Ci patrzyli na Łapę, Narcyzę i Astorię wściekli.

- Słyszałyście, co mój tatuś powiedział? – odezwała się pani Malfoy do Goryli Dracona i założyła ręce, po czym zaczęła stukać wysokim obcasem, zirytowana.

- Malfoy! – warknęli na Draco.

- Jak już to Lordzie Malfoy! – poprawiła go starsza pani Malfoy – a ta kobieta, co siedziała na kolanach mojemu synowi, a teraz przytula się do Lorda Blacka, to jest Lady Malfoy.

- Tak, mamusiu – zgodziła się Astoria i podeszła z gracja i wdziękiem do Draco, wtulając się w niego jeszcze bardziej, a Draco gdy poczuł perfumy damskie Astorii westchnął.

- Kocham być panią Malfoy. Draco myślę, że musimy coś z tym zrobić, nie uważasz, panie Malfoy? – spytała zmysłowo Astoria.

- Myślę, że to doskonały pomysł, pani Malfoy – mruknął Draco, a Astorii zrobiło się gorąco.

- Na to liczę, Dracuś – powiedziała i zaczęła trzepać rzęsami.

- A wy i tak jesteście gorylami i mówię otwarcie, że uważam was za głupich i traktuje was bardziej jako lokajów – oznajmił Draco, całując ją w czoło. Pani Malfoy westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w Malfoy'a jeszcze bardziej. Później zachichotała słodkich głosem i pocałowała go w policzek, a ci patrzyli na nich morderczym wzrokiem.

- Tak się śmieją damy, ciociu Astorio – stwierdził Patrick – Jak się śmiejemy grzecznie i wytwórnie – powiedział Patrick, przykładając ręce do ust – Ho! Ho! Ho! – Mężczyźni i chłopaki parsknęli śmiechem, a dziewczyny i kobiety popatrzyli na niego z niedowierzaniem.

- A tak się śmieją chłopy! – odezwał się Hugo – Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! – zaczął się śmiać.

- Odnalazłem cię, panie – powiedział Glizdogon, teraz już wyraźnie nadąsany – To ja ciebie odnalazłem. To ja ci sprowadziłem Bertę Jorkins.

- To prawda – rzekł drugi mężczyzna z lekkim rozbawieniem – To wy-czyn, którego się po tobie nie spodziewałem, Glizdogonie...

- Nawet Voldemort z niego kpi – powiedział z odrazą Ron.

- Chociaż, prawdę mówiąc, kiedy ją złapałeś, na pewno nie wiedziałeś, jak bardzo okaże się pożyteczna, co?

- Ja... ja myślałem, że ona może się przydać, panie...

- Kłamiesz – powtórzył pierwszy głos jeszcze wyraźniej szyderczym tonem – Nie przeczę jednak, że jej informacje okazały się bardzo cenne. Bez niej nie obmyśliłbym naszego planu. Otrzymasz za to nagrodę, Glizdogonie. Pozwolę ci wykonać dla mnie bardzo ważne zadanie, tak ważne, że każdy z moich zwolenników dałby sobie odrąbać prawą rękę, byle je otrzymać...

- Żeby mieć odszkodowanie? – spytał Fineas.

- Taaaa... Pettigrew przydałaby się grupa na głowę – mruknął Albus II.

 - N-naprawdę, mój panie? Co... – Teraz w głosie Glizdogona ponownie zabrzmiało przerażenie.

- Ach, Glizdogonie, chyba nie chcesz, żebym ci zepsuł niespodziankę?

- Będzie orgia? – spytali podnieceni Fred i George – Aua! – zawołali jednocześnie, masując obolałe miejsce – Mniej kawy Angus!/Nickuś! – warknęli na swojej żony.

- Jak będziesz grzecznym chłopcem to... – a Ci pocałowali je namiętnie w usta.

Swoją rolę odegrasz na samym końcu... ale przyrzekam ci, będziesz miał zaszczyt okazania się równie użytecznym, jak Berta Jorkins.

- A więc... a więc... – wyjąkał Glizdogon ochrypłym głosem, jakby nagle zaschło mu w ustach – zamierzasz... mnie również... zabić?

- Och, Glizdogonie, Glizdogonie – rzekł łagodnie zimny głos – czemu miałbym cię zabijać? Zabiłem Bertę, bo musiałem to zrobić. Po przesłuchaniu nie nadawała się już do niczego.

Kobiety i dziewczyny zbladły i przyłożyły dłonie do ust.

- A zresztą mogłyby paść niewygodne pytania, gdyby wróciła do Ministerstwa Magii i oznajmiła, że podczas urlopu spotkała właśnie ciebie. Czarodzieje uważani za zmarłych chyba nie powinni spotykać w przydrożnej gospodzie czarownic z Ministerstwa Magii, prawda? – Glizdogon mruknął coś tak cicho, że Frank nie dosłyszał słów, ale drugi mężczyzna roześmiał się – a był to śmiech zimny jak jego mowa, całkowicie pozbawiony wesołości – Powiadasz, że mogliśmy zmodyfikować jej pamięć? Potężny czarodziej potrafi przełamać każde zaklęcie zapomnienia, co udowodniłem, kiedy ją przesłuchiwałem. Byłoby ujmą dla jej pamięci, gdybyśmy nie wykorzystali informacji, które z niej wydarłem, Glizdogonie.

- Powinieneś o tym wiedzieć, idioto! – zadrwił starszy Kingsley.

Frank, przyczajony za drzwiami, poczuł nagle, że jego ręka ściskająca laskę zrobiła się śliska od potu. Ten człowiek o lodowatym głosie zabił jakąś kobietę. Mówi o tym bez żadnych skrupułów – z rozbawieniem. To groźny szaleniec! Szaleniec, który planuje nowy mord... Ten chłopiec, Harry Potter, kimkolwiek jest... znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie...

- Bo Sybilla wygłosiła przepowiednię – mruknął Harry.

Wiedział, co powinien zrobić. Nadszedł czas, aby iść na policję. Wykradnie się z domu i pospieszy ile sił w nogach do budki telefonicznej w wiosce... Ale zimny głos ponownie przemówił i Frank zamarł, zamieniając się w słuch.

- Jeszcze jedno zaklęcie... wierny sługa w Hogwarcie... i Harry Potter jest mój, Glizdogonie.

- Nie wężogęby! – warknęła Ginny – Harry jest mój i tylko mój!

- To już postanowione. Nie życzę sobie żadnych sprzeciwów. Ale cicho... chyba słyszę Nagini... – I nagle jego głos się zmienił. Zaczął wydawać z siebie takie dźwięki, jakich Frank jeszcze nigdy nie słyszał: syczał i prychał bez zaczerpnięcia oddechu. Frank pomyślał, że to jakiś atak apopleksji.

- Gościu uciekaj z tamtego miejsca szybko, jeśli ci życie miłe! – krzyknął młodszy Łapa.

A później usłyszał coś za sobą w ciemnym korytarzu. Odwrócił się i sparaliżowało go ze strachu. Coś pełzło ku niemu po podłodze mrocznego korytarza, a kiedy zbliżyło się do pasma światła padającego przez szparę, przeszył go dreszcz przerażenia. Miał przed sobą olbrzymiego węża, mierzącego co najmniej dwanaście stóp.

- Nagini!!!!! – pisnęła Daphne, że mocno wtuliła się w Jareda.

Frank, skamieniały z przerażenia, wpatrywał się w wijące się cielsko, które zbliżało się coraz bardziej i bardziej, pozostawiając szeroki, kręty ślad na zakurzonej posadzce... Co robić? Dokąd uciec? Jedyne miejsce ucieczki to pokój, w którym dwaj mężczyźni planują morderstwo... ale jeśli nie ruszy się z miejsca, wąż z pewnością go uśmierci...

- Już po nim – mruknął Ron.

Zanim jednak zdążył podjąć decyzję, wąż już się z nim zrównał, a potem – nie do wiary! – minął go, wabiony sykiem wydobywającym się z ust tamtego mężczyzny, i po chwili w szparze drzwi zniknął koniec jego ogona, nakrapiany lśniącymi jak diamenty plamkami.

- Nie lubię węży! – krzyknęli niektóre osoby.

- Dobrze, że to nie pająki, bo to by było już przegięcie – powiedział Scorpius słabym głosem, a Ron mu wtórował.

 Po czole Franka spływały stróżki potu, a ręka dzierżąca laskę dygotała. W pokoju wciąż rozlegało się syczenie i prychanie, a Franka nawiedziła dziwna, zupełnie niewiarygodna myśl... 'Ten człowiek potrafi rozmawiać z wężami'.

Wszyscy nagle popatrzyli się na Harry'ego.

- Dlaczego wszyscy się na mnie tak patrzą? – spytał Harry.

- No nie wiem stary, ale tylko ty potrafisz gadać z wężami – powiedział Ron.

- Chętnie bym odwiedził Komnatę Tajemnic – stwierdzili podnieceni Fred i George – Weatherby to będzie idealna pierwsza randka z panem Crouchem. Wypijecie sobie angielską herbatkę z martwym bazyliszkiem, a później weźmiecie ślub.

- A my zagramy dla was kawałek! – dodali Fred II i George II.

Frank nic z tego nie rozumiał. W tej chwili pragnął tylko jednego: znaleźć się z powrotem w łóżku z butelką gorącej wody pod kołdrą. Kłopot w tym, że nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Za nic nie chciały si poruszyć. I kiedy tak stał, próbując opanować dygotanie, zimny głos przemówił, znowu po angielsku:

- Nagini przyniosła interesującą wiadomość, Glizdogonie.

- Nagini wygadała się – mruknął Harry.

- Czy on... – zaczęła młodsza Lily.

- On za chwilę będzie martwy, mamo – powiedział Harry. Kobiety i dziewczyny przyłożyły dłonie do ust.

- N-naprawdę, mój panie?

- Naprawdę – rzekł zimny głos – Nagini twierdzi, że za drzwiami stoi jakiś stary mugol i podsłuchuje, co tu mówimy – Frank nie miał żadnych szans na ucieczkę. Usłyszał zbliżające się kroki i drzwi otworzyły się gwałtownie na całą szerokość. Stał przed nim niski, łysiejący mężczyzna z resztką siwych włosów, długim, spiczastym nosem i wodnistymi oczkami; na jego twarzy malowała się mieszanina czujności i strachu.

- Zabiję tego szczura! – warknęła Daphne.

— Zaproś go do środka, Glizdogonie. Gdzie się podziały twoje dobre maniery? – Zimny głos dobiegał ze starego fotela stojącego przed kominkiem, ale Frank nie widział tego, kto w nim siedzi. Wąż zwinął się na przegniłym dywaniku przed kominkiem, jak jakaś straszna parodia domowego psa.

- Przyszedł mi do głowy Puszek – stwierdził Ron.

Glizdogon gestem zaprosił Franka do pokoju. Choć Frank wciąż był okropnie wstrząśnięty, ścisnął mocniej laskę i przykuśtykał przez próg. Jedynym  źródłem światła był ogień z kominka, który rzucał na ściany długie, pająkowate cienie. Frank wlepił oczy w oparcie fotela. Siedzący w nim mężczyzna musiał być jeszcze niższy od swojego sługi, bo Frank nie widział czubka jego głowy.

- Słyszałeś wszystko, mugolu? – odezwał się zimny głos.

- Nie, głuchy byłem – powiedział Fineas.

- Jak mnie nazwałeś? – zapytał Frank wyzywającym tonem, bo teraz, kiedy już znalazł się w środku i nadszedł czas, by działać, poczuł przypływ odwagi. Na wojnie było tak samo.

- Nazwałem ciebie mugolem – odrzekł chłodno głos – To oznacza, że nie jesteś czarodziejem.

- Nie wiem, co przez to rozumiesz – powiedział Frank nieco pewniejszym tonem – Wiem tylko, że usłyszałem dość, aby zainteresować tym policję. Tak, mój panie. Popełniłeś jakieś morderstwo i planujesz następne! I powiem ci coś jeszcze – dodał, bo nagle przyszło mu to do głowy – Moja żona wie, że tu jestem, i jeśli nie wrócę...

- Nie masz żony – przerwał mu spokojnie zimny głos – Nikt nie wie, że tu jesteś. Nie powiedziałeś nikomu, dokąd idziesz. Nie kłam przed Lordem Voldemortem, mugolu, bo on to pozna... zawsze poznaje...

- Jego ego to top – powiedział James II.

- Wy sami nie jesteście lepsi! – warknęła Mariette.

- Czyżby? – zapytał szorstko Frank – A więc mamy do czynienia z lordem? Jakoś nie widzę, żebyś miał lordowskie maniery. Bo niby dlaczego nie odwrócisz się i nie spojrzysz mi w oczy jak człowiek?

- Bo ja nie jestem człowiekiem, mugolu – zasyczał zimny głos, a Frank ledwo go dosłyszał wśród trzasku szczap płonących w kominku – Jestem kimś o wiele, wiele większym.

- Jestem trans, byłem człowiekiem, a teraz jestem wężem – mruknął Hugo.

- Ale... dlaczego nie? Pokażę ci swoją twarz... Glizdogonie, odwróć mój fotel – Sługa jęknął cicho – Słyszałeś, co powiedziałem? – Powoli, z takim grymasem na twarzy, jakby wolał zrobić wszystko, tylko nie zbliżać się do swojego pana i do dywanika, na którym spoczywał wąż, drobny człowieczek podszedł do fotela i zaczął go odwracać.

 Większość ludzi zbladła.

Wąż uniósł swój ohydny, trójkątny łeb i zasyczał cicho, kiedy nogi fotela zawadziły o dywanik. Sługa odwrócił fotel i Frank wtedy zobaczył, kto, albo raczej co w nim siedzi. Laska wypadła mu z ręki i z łoskotem wylądowała na podłodze. Otworzył usta i krzyknął. Krzyczał tak głośno, że nie słyszał słów, które wypowiedziało to coś w fotelu, kiedy podniosło różdżkę.

 - Wiadomo jakie – rzekł Seamus, a Susan wtuliła się w jego pierś.

Błysnęło zielone światło, huknęło i Frank Bryce zgiął się wpół. Kiedy upadł na podłogę, był już martwy.

- O Merlinie! – zawołały dziewczyny i kobiety, przykładając dłoń to ust.

 Dwieście mil od tego miejsca pewien chłopiec, który nazywał się Harry Potter, przebudził się nagle, dygocąc ze strachu.

- O Merlinie! – zawołały przerażone kobiety o dziewczyny.

- Koniec! – warknęła Milicenta.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...