środa, 1 maja 2024

Rozdział 7 Czara

 

- Mamuś, teraz ja – stwierdziła Rose.

- Proszę, kochanie – odezwała się Astoria.

Rozdział siódmy

Bagman i Crouch

- Weatherby twój kochanek ma swój własny rozdział! – jęknęli bracia Percy'ego. Crouch i Percy zrobili się czerwoni.

Harry wyplątał się z kończyn Rona i wstał. Wylądowali na jakimś zamglonym wrzosowisku. Przed nimi stało dwóch wyraźnie zmęczonych i naburmuszonych czarodziejów; jeden trzymał wielki złoty zegarek, drugi gruby zwój pergaminu i pióro. Obaj mieli na sobie stroje mugoli, choć niezbyt szczęśliwie dobrane: ten z zegarkiem ubrany był w tweedowy garnitur i sięgające ud śniegowce, a jego towarzysz w szkocki kilt i poncho.

- Tajniacy – mruknął James II.

- Hugo pamiętasz jedną akcję? – spytał ze śmiechu Teddy.

- Zajebiście wtedy wyglądałem! – parsknął śmiechem Hugo.

- Jaką akcję? – spytał Seamus.

- Mieliśmy akcje, że ktoś rozprowadza narkotyki po dzieciarni. Policjanci nie wiedzieli, co zrobić – mówił Frank II.

- A, że Hugo wygląda młodo, to udawał ucznia – oznajmił George II – i udawał, że jest uzależniony od dragów, że chce od niego kupić działkę i złapaliśmy kilera na gorącym uczynku.

- Super! – zawołał Harry.

- Dzień dobry, Bazylu – rzekł pan Weasley, podnosząc gumiak i wręczając go czarodziejowi w szkockiej spódniczce. Ten wrzucił but do wielkiej skrzyni pełnej zużytych świstoklików, wśród których Harry dostrzegł starą gazetę, pustą puszę po jakimś napoju i podziurawioną piłkę futbolową.

- Witaj, Arturze – odpowiedział Bazyl zmęczonym głosem – Co, nie w pracy?

- Nie, bo idziemy na mecz – powiedział uradowany Ron.

- Niektórzy to mają dobrze... my tu siedzimy od wieczora... Lepiej się odsuńcie, bo piąta piętnaście ląduje spora grupa z Black Forest. Chwileczkę, zaraz znajdę wasz kemping... Weasley... Weasley... – Przebiegł wzrokiem po pergaminowym zwoju – Jakieś ćwierć mili stąd, pierwsze pole namiotowe, jakie napotkacie. Właściciel kempingu nazywa się Roberts. Diggory... drugie pole... pytaj o Payne'a.

Cedrik i jego ojciec uśmiechnęli się szeroko.

- Dzięki, Bazylu – rzekł pan Weasley i machnął ręką na resztę, by poszli za nim. Ruszyli opustoszałym wrzosowiskiem, niewiele wokół siebie widząc z powodu mgły.Po jakichś dwudziestu minutach z mgły wyłonił się kamienny domek, a obok niego brama. Poza nimi Harry dostrzegł widmowe zarysy setek namiotów pokrywających łagodne zbocze sięgające ciemnego lasu na horyzoncie. Pożegnali się z Diggorymi i podeszli do kamiennego domku.

Cho popatrzyła na Cedrika z iskierkami miłości.

W drzwiach stał jakiś mężczyzna, obserwujący kemping. Harry natychmiast rozpoznał w nim prawdziwego mugola. Kiedy mężczyzna usłyszał ich kroki, odwrócił się, by zobaczyć, kto nadchodzi.

- Dzień dobry! – zagadnął go dziarsko pan Weasley.

- Dzień dobry – odpowiedział mugol.

- Czy pan Roberts?

- Zgadza się – odrzekł pan Roberts – A pan?

- Weasley... dwa namioty, rezerwacja sprzed paru dni.

- Tatusiu, a skąd wiedziałeś, że będę Weasley'em? – spytała Hermiona Artura.

- Bo widziałem, jak na siebie z Ronem patrzycie, księżniczko – stwierdziła starsza wersja pana Weasley 'a. Hermiona wtuliła się w Rona, a ten pocałował ją w czoło. Pani Weasley westchnęła zadowolonym głosem. Lavender prychnęła.

- Żadna inna kobieta nie jest tak piękna ani mądra, ani seksowna, jak ty, moja Lady – oznajmił Ron.

- Jesteś taki gorący, Lordzie! – westchnęła pani Weasley i nie mogąc się powstrzymać, pocałowała go w namiętnie w usta – Zwłaszcza, kiedy widzą twoją umięśnioną gołą klatę.

- Jeszcze zaczniecie się pieprzyć na widoku, a niektórzy dołączą i zrobi się orgia, jak słowo daję... – powiedział z typowym sarkazmem Marcus. Na to Alina przewróciła oczami i rzuciła w tym samym czasie zaklęcie Mufiato na najmłodszych uczniów klas 1-4, a gdy Marcus skończył, cofnęła zaklęcie.

- Taak – powiedział pan Roberts, zerkając na listę przybitą do drzwi – Macie miejsce tuż pod lasem. Na jedną dobę?

- Tak jest – odrzekł pan Weasley.

- Więc płaci pan od razu?

- Ee... tak jest... oczywiście... – wyjąkał pan Weasley. Odszedł nieco na bok i gestem przywołał do siebie Harry'ego – Pomóż mi, Harry – mruknął, wyciągając z kieszeni zwitek mugolskich banknotów i rozwijając je po kolei.

- Jasne tato! – zaśmiał się Harry.

- Ten to... dziesięć? Aha, teraz widzę te maleńkie cyferki... więc to piątka?

- Dwudziestka – poprawił go cicho Harry, świadom, że pan Roberts chciwie łowi każde ich słowo.

- Weasley nawet mugol stwierdził, że jesteś idiotą! – zadrwił starszy Lucek.

- Tatuś nie jest żadnym idiotą w przeciwieństwie do ciebie, Malfoy! – warknęła Hermiona.

- Dziękuję, księżniczko – odparli uśmiechem na twarzy Lord Weasley.

- Zawsze do usług, tatusiu – odparła Hermiona mając banana na twarzy.

- Dwudziestka – poprawił go cicho Harry, świadom, że pan Roberts chciwie łowi każde ich słowo.

- No tak, więc to będzie... no, nie wiem... te papierowe świstki...

- Z zagranicy? – zapytał pan Roberts, kiedy pan Weasley wrócił do niego z odliczonymi poprawnie banknotami.

- Dziadku byłbyś kiepski jako szpieg - rzekł Hugo

Pan Roberts zaczął grzebać w puszce, żeby znaleźć drobne i wydać resztę.

- Jeszcze nigdy nie było tu takich tłumów – powiedział nagle, spoglądając znowu na zamglone pole biwakowe – Setki rezerwacji. Zwykle ludzie pojawiają się bez zapowiedzi...

- Czy to w porządku? – zapytał pan Weasley, wyciągając rękę po drobne, ale pan Roberts nie kwapił się, by mu je wręczyć.

- No chyba – odrzekł z zadumą – Walą tu ze wszystkich stron. Mnóstwo cudzoziemców. I nie tylko zwykłych cudzoziemców. No, wie pan, jest tu kupa bardzo dziwnych typów. Krąży tu, na przykład, facet w kilcie i poncho.

- Po prostu impreza! – krzyknęli goście z przyszłości.

- A nie powinien? – zapytał z niepokojem pan Weasley.

- To chyba coś w rodzaju... bo ja wiem... jakiegoś zjazdu, czy co... Wszyscy jakby się znali. Jakieś wielkie przyjęcie, czy co? – W tym momencie tuż obok drzwi domku pojawił się znikąd czarodziej w pumpach.

- Obliviate! – powiedział ostrym tonem, wskazując różdżką na pana Robertsa. Pan Roberts potoczył wokoło błędnym wzrokiem, czoło mu się wygładziło, a na twarzy pojawił wyraz błogiej nieświadomości. Harry rozpoznał objawy nagłego zmodyfikowania pamięci.

- Oto plan kempingu – powiedział łagodnie do pana Weasley'a – I pańska reszta.

- Bardzo dziękuję – odpowiedział pan Weasley. Czarodziej w pumpach odprowadził ich do bramy kempingu. Wyglądał na zmęczonego, podbródek miał siny od zarostu, a oczy podkrążone. Kiedy już odeszli kawałek, mruknął do pana Weasley'a: – Mamy z nim sporo kłopotów. Żeby się dobrze czuł, trzeba na niego rzucać zaklęcie zapomnienia z dziesięć razy w ciągu jednego dnia. A Ludo Bagman w ogóle się niczym nie przejmuje.

- Ciekawe co z jego mózgiem po tym wydarzeniu? – zastanawiała się młodsza Narcyza.

- Powinien, ale mu się nie chce, bo woli być idiotą – rzekł Hugo.

- Dobrze by się dogadał z pewnym ministrem i ropuchą – wtrąciła Alina, zerkając na Knota i Umbridge. Parę osób parsknęło śmiechem, a wyżej wymienieni spiorunowali ją wzrokiem.

- Ano chyba nie – zgodził się pan Weasley, uśmiechając się i prowadząc ich przez bramę Ale Ludo zawsze jest trochę... no... lekkomyślny, jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić wspanialszego szefa Departamentu Sportów. Sam grał w Quidditcha, i to w reprezentacji Anglii. Był najlepszym pałkarzem, jakiego kiedykolwiek miały Osy z Wimbourne.

- Tatusiu zawsze fajnie tatuś opowiada można wiele rzeczy się od tatusia dowiedzieć - rzekła Hermiona do Artura 

- Zawsze do usług córeczko - odparł pan Weasley i ja przytulił i pocałował ją w czoło a ta mocno się wtuliła i wesnela zadowolonym głosem - tatuś jest Ciebie taki dumny i tatuś Cie bardzo kocha Hermiono i dla mnie to największy zaszczyt ze mogą być twoim tatusiem 

Wlekli się wśród ciasnych rzędów namiotów. Większość wyglądała całkiem zwyczajnie; ich właściciele najwyraźniej próbowali upodobnić się do typowych Mugoli, ale zdradzały ich dodane do namiotów kolumny, dzwonki lub barometry. Poza tym, co jakiś czas natrafiali na namiot tak wyraźnie magiczny, że Harry nie dziwił się, że pan Roberts stał się podejrzliwy. 

- Zwłaszcza wygląd Weasley'a daje mu do myślenia! – zadrwił starszy Lucek, a Narcyza strzeliła do w tył głowy.

W połowie zbocza stał prawdziwy pałac z pasiastego jedwabiu; u wejścia było uwiązanych kilka żywych pawi. Nieco dalej minęli namiot o trzech piętrach i kilku wieżyczkach, a tuż za nim ktoś wyczarował sobie przed namiotem wystawny ogródek, z sadzawką dla ptaków, zegarem słonecznym i fontanną – Zawsze to samo – mruknął pan Weasley, uśmiechając się – Tak nam trudno oprzeć się pokusie zrobienia wrażenia na innych, kiedy jesteśmy razem. Ach, ale spójrzcie, oto nasze miejsce!

- Będzie mecz! – zawołali dwie wersje Huncwotów podnieceni.

Doszli do skraju lasu na szczycie wzgórza. Było tam puste miejsce oznaczone tabliczką z napisem: "Weezly".

- Weezy! – powiedziała z drwiną Pansy – i co, cieszysz się, że nazywasz się Weezy, Granger? I nigdy nie będziesz ich córką, Granger. Pogódź się z tym.

- Mamusiu, ta mopsica powiedziała, że nigdy nie będę waszą córeczką – Hermiona mając łzy w oczach.

- Kochanie, zawsze będziesz Weasley'em, panią Weasley i naszą córeczką i nic tego nie zmieni, a tą idiotką się nie przejmuj – oznajmiła pani Weasley i przytuliła ją do swojej piersi i pocałowała w czoło – Mamusia bardzo cię kocha, kochaneczko – Hermiona mocno się wtuliła do jej piersi i westchnęła zadowolonym głosem, a pani Weasley popatrzyła na Pansy morderczym wzrokiem.

- Jesteś najlepszą – oznajmiła Lady Weasley – mamusią na świecie – oświadczyła całując ją w policzek.

- Wiem, że jestem – powiedziała Molly I radośnie.

- Trudno o lepsze miejsce! – zachwycił się pan Weasley – Stadion jest tuż za lasem, bliżej już być nie mogło – Zrzucił plecak z ramion – No i niespodzianka! – dodał, wyraźnie podniecony – Nie wolno używać czarów, bo znajdujemy się na terenie mugoli. Rozbijemy namioty własnoręcznie! Nie powinno być z tym trudności... mugole zawsze tak robią... Hej, Harry, jak myślisz, od czego powinniśmy zacząć? – Harry jeszcze nigdy nie był na kempingu. Dursley'owie nigdzie go nie zabierali; kiedy sami wyjeżdżali z miasta, woleli zostawiać go u sąsiadki, starej pani Figg.

Dziewczyny i kobiety mordowały wzrokiem Dumbledore'a, który przełknął ślinę.

- Mam ochotę go kopnąć w jego dyrektorską dupę! – warknęła Ginny – Tatusiu, kiedy będę konikiem? – spytała Ginny Rogacza i przytuliła się do niego mocno.

- Cierpliwości, księżniczko będziesz konikiem, bo jesteś potężną czarownicą i Potterem – odparł Rogacz.

Z pomocą Hermiony udało mu się jednak rozwikłać zagadkę przeznaczenia poszczególnych tyczek, linek i kołków, i w końcu – choć pan Weasley bardziej przeszkadzał, niż pomagał, bo ogarnęło go prawdziwe podniecenie, gdy doszło do użycia drewnianego młotka – udało im się wznieść dwa podniszczone dwuosobowe namioty. Wszyscy cofnęli się, by podziwiać swe dzieło. Harry był pewien, iż nikt się nie domyśli, że namioty należą do czarodziejów. Był jednak pewien kłopot: kiedy pojawią się Bill,

- Wiecie to ten przystojniak – oznajmił Bill i odrzucił teatralnie włosy.

- Oczywiście kochanie – rzekła Fleur i pocałowała go w policzek a ten pocałował ją w namiętnie usta Fleur tylko westchnęła zadowolonym głosem – Merlinie taki ty jesteś gorący! – Fleur była już podniecona bo machała rękami sobie robiąc wiatr.

- A ty jesteś niezwykle niebywale seksowna pani Weasley.

- I nie zapominaj o tym i uwielbiam dotykać i patrzyć na twój sześciopak – Bill próbował ściągnąć górna część ubrania.

- Panie Weasley co Pan robi! – zawołała profesor McGonagall.

- Fleur chciała po dotykać i popatrzyć na mój sześciopak - odparł głupkowatym uśmiechem a jego żona miała czerwone policzki 

- Pokażesz mi jak będziemy się kochać – powiedziała erotyczne – bo mam nadzieję, że Pan mnie przeleci prawda panie Weasley?

- Oczywiście, pani Weasley – mruknął i pocałował ją w czoło. Pani Weasley westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w męża jeszcze bardziej. Rodzice państwa Weasley uśmiechnęli się do siebie.

- Jak rodzina Addamsów, też Gomez Addams praktycznie wielbił do upadłego swoją żonę – powiedział Marcus. Na to Fred i George Weasley'owie spytali się go:

- Kto to jest Gomez Addams? 

- To postać filmowa z roku 1991 byłem w kinie na tym filmie polecam.

Charlie

- To ten, co lubi smoki – mruknął Charlie – i ma taką jedną dziewczynę.

- Jaką dziewczynę? – spytała Charlotte.

- Tą, co zaraz pocałuje – oznajmił Charlie i pocałował Charlotte w usta, a westchnęła zadowolonym głosem i oddała pocałunek, a kiedy się oderwała miała rozmarzoną minę i oczy.

i Percy

- To ten sztywniak, który przy Crouchu zmienia się w jego kochanka kochającego robić mu dobrze – powiedzieli jednocześnie Fred I, George I i Ron.

- "Weatherby, tak dobrze. O taak... Weź go Weatherby! Och Weatherby cieszysz się, że robisz mi pysznego lodzika?..." Ja zaraz....!! – jęczał Jared, że Daphne przywaliła mu, żeby się uspokoił Tymczasem Percy i Crouch wyciągnęli różdżki czerwoni. Niektórzy parsknęli śmiechem.

- Expelliarmus! – warknęły Iola i Cedrella, że różdżki wyleciały im z rąk – Ręce precz od mojego tatusia!

będzie ich razem dziesięcioro. Hermiona też chyba o tym pomyślała, bo spojrzała na niego wymownie, kiedy pan Weasley wczołgał się na czworakach do pierwszego namiotu.

- Będzie nam trochę ciasno – zawołał – ale chyba jakoś się pomieścimy. Właźcie tu i sami zobaczcie.

- Jest jedno wyjście: Ja śpię w łóżku w Hermioną – oznajmił Ron i głupkowato się uśmiechnął, a Hermiona się zarumieniła, bo była już podniecona – a wy tam możecie spać na podłodze.

- Obowiązkiem pani Weasley jest spanie ze swoim małżonkiem w jednym łóżku – powiedziała przemądrzałym głosem Hermiona, wtulając się w męża – a ja jestem panią Weasley, więc moim obowiązkiem jest spanie z mężem.

- Najmądrzejsza kobieta tak mówi, to tak jest – rzekł Ron głupkowatym uśmiechem i pocałował ją w czoło. Hermiona westchnęła zadowolonym głosem.

- Więc ja śpię z Ginny – powiedział Harry.

- Tak, bo Obowiązkiem pani Potter jest spanie ze swoim małżonkiem w jednym łóżku – powiedziała szybko Ginny – a ja jestem panią Potter, więc moim obowiązkiem jest spanie z mężem – i przytuliła się do niego mocno.

- Dokładnie tak, pani Potter – stwierdził wyszczerzem, a ta miała iskierki w oczach, więc pocałował ją w czoło, a ona westchnęła zadowolonym głosem.

Harry zgiął się w pół, zajrzał do środka i szczęka mu opadła ze zdumienia. Wnętrze przypominało staromodne trzypokojowe mieszkanie, z łazienką i kuchnią.

- Tatusiu magia – odezwała się Amelia II.

I, co jeszcze dziwniejsze, umeblowanie było w zupełnie tym samym stylu, co w mieszkaniu pani Figg: źle dobrane fotele przykryte były szydełkowanymi
pokrowcami, a w powietrzu unosił się ostry zapach kotów.

- Ale nie zabawimy tu długo – powiedział pan Weasley, ocierając sobie łysinę chustką i spoglądając na cztery piętrowe łóżka stojące w sypialni – Sprzęt turystyczny pożyczyłem od Perkinsa, kolegi z biura. Biedaczysko, już go nie używa, złapał lumbago – Podniósł zakurzony czajnik i zajrzał do środka.

- Będzie nam potrzebna woda...

- Na planie, który dostaliśmy od tego mugola, jest zaznaczony kran – powiedział Ron, który wczołgał się do namiotu za Harrym. Wyglądało na to, że niezwykłe proporcje wnętrza nie zrobiły na nim żadnego wrażenia.

- Bo byłeś do przyzwyczajony, Ron – rzekł Harry do brata. Dwie wersje Molly i Lily mordowały wzrokiem Dumbledore'a.

- Po drugiej stronie kempingu.

- To może byście przynieśli trochę wody... – pan Weasley zwrócił się do Rona, Harry'ego i Hermiony, wręczając im czajnik i parę rondli – a my tymczasem znajdziemy trochę drewna na ognisko.

- Przecież mamy tu piec – powiedział Ron – Możemy po prostu...

- Ron, antymugolskie środki bezpieczeństwa! – przypomniał mu pan Weasley, wciąż bardzo podekscytowany – Prawdziwi mugole na kempingu zawsze rozpalają ognisko, żeby sobie coś ugotować. Sam widziałem!

- Weasley ależ złość piękności szkodzi – rzekła Milicenta z kpiąco.

- U ciebie to nie grozi! – odparowała Fleur – Od mojego tatusia się odwal albo nie ręczę za siebie!

- Dziękuję, księżniczko – oznajmił Lord Weasley i przytulił Fleur do siebie, po czym pocałował ją w czoło.

- Proszę, tatusiu! – westchnęła zadowolonym głosem Fleur i wtuliła się w ojca jeszcze bardziej – kocham cię tatusiu – i pocałowała go w policzek.

Po krótkim zwiedzeniu namiotu dziewczynek, nieco mniejszego od namiotu chłopców, ale pozbawionego kociego zapachu, Harry, Ron i Hermiona wyprawili się na drugi koniec kempingu z czajnikiem i rondlami. Teraz, gdy wzeszło słońce i mgła opadła, ujrzeli całe miasto namiotów, rozciągające się we wszystkie strony. Szli powoli, rozglądając się z ciekawością dookoła. Dopiero teraz Harry zaczął sobie zdawać sprawę z tego, ilu czarodziejów musi być na świecie; do tej pory jakoś nie myślał o tych, którzy mieszkają w innych krajach. Obozowicze zaczynali się budzić.

- Kamping budzi się Z naszymi marzeniami
Szumem las woła mnie
Kamping budzi się
Nie jesteśmy sami
Daj nam dzisiaj dobry dzień, dobry dzień
– mruczał sobie Hugo.

- Ale masz seksy głos – powiedziała Emilly i już go całowała w usta

- Pani Weasley – mruknął Hugo zachwytem

- Pani Weasley – mruknął Hugo zachwytem.

Pierwsze wychynęły z namiotów rodziny z małymi dziećmi; Harry jeszcze nigdy nie widział tak małych czarownic i czarodziejów. Jakiś mały, najwyżej dwuletni chłopczyk przycupnął przy wielkim namiocie w kształcie piramidy, trzymając w ręku różdżkę i z uciechą dźgając nią nagiego ślimaka w trawie, który powoli powiększał się do rozmiarów salami. Właśnie przechodzili obok niego, gdy z namiotu wypadła matka.

- Ile razy mam ci powtarzać, Kevin? NIE WOLNO – DOTYKAĆ – RÓŻDŻKI – TATUSIA... ojej!!! – Niechcący nastąpiła na wielkiego ślimaka, który rozpękł się z trzaskiem. Jej krzyki niosły się za nimi długo, pomieszane z wrzaskami chłopczyka: "Popękałaś ślimaka! Popękałaś ślimaka!".

- A my słyszeliśmy również wrzaski Croucha do Weatherby'ego: "Weatherby nie zrobiłeś mi loda tak, jak należy! Popraw się, bo cię zwolnię!!!" – powiedział Harry. Niektórzy wybuchnęli śmiechem.

- POTTER! – ryknęli Percy i Barty wściekli i chcieli go zabić.

- Niech tylko jeden włos spadnie mu z głowy, a sprawię tak, że oboje nie będziecie mogli się bzykać! – wycedziła Ginny – ani nawzajem robić sobie loda.

Nieco dalej zobaczyli dwie małe czarodziejki, niewiele starsze od Kevina, które latały na dziecinnych miotełkach tuż nad trawą. Dostrzegł je już przedstawiciel Ministerstwa Magii i kiedy przebiegał obok Harry'ego, Rona i Hermiony, usłyszeli, jak mruczy pod nosem:

- W biały dzień! A rodzicom pewno nie chce się wstać, żeby przypilnować swoje dzieci... Tu i tam dorośli czarodzieje wyłaniali się z namiotów i zabierali do przygotowywania śniadania. Niektórzy rozglądali się ukradkiem i wyczarowywali ogień różdżkami, inni wyjmowali mugolskie zapałki i pocierali je o pudełka z takimi minami, jakby byli pewni, że nic z tego nie wyjdzie.

Hermiona popatrzyła na Artura.

Trzech czarodziejów z Afryki rozprawiało o czymś z przejęciem; wszyscy mieli na sobie długie białe szaty i piekli na rożnie coś, co przypominało królika. Grupa amerykańskich czarownic w średnim wieku plotkowała wesoło pod rozpiętym między linkami dwóch namiotów transparentem, na którym było wypisane: INSTYTUT CZAROWNIC Z SALEM.

- Vernon padłby na serce gdyby to zobaczył! – parsknął śmiechem starszy Łapa.

- Ten tłuścioch powinien ograniczyć jedzenie – powiedziała Carolina – może wtedy jego mózg by nie zarósł od tłuszczu.

- Mamusia nie za bardzo kocha Vernona – powiedzieli dwie wersje Rogacza.

- Ja kocham ciebie, synku, a nie tego tłuściocha – oznajmiła Caroline.

- Kocham cię, mamo – powiedział Rogacz i pocałował ją w czoło.

- Ja ciebie też kocham bardzo mocno, synku! – westchnęła Carolina zadowolony głosem i przytuliła się do niego mocno.

Z namiotów, które mijali, Harry wychwytywał strzępy rozmów w nie znanych mu językach, a choć nie rozumiał ani słowa, wyczuwał w tych głosach wielkie podniecenie.

- Czy coś jest nie tak z moimi oczami, czy naprawdę wszystko zrobiło się zielone? – zapytał nagle Ron. Z jego oczami było wszystko w porządku. Weszli między grupę namiotów porośniętych gęstą koniczyną, tak że wyglądały jak małe, dziwaczne pagórki. Z namiotów wyglądały roześmiane twarze.

Harry, Ron, Hermiona, Seamus i Dean uśmiechnęli się szeroko do siebie.

 A potem usłyszeli, że za ich plecami ktoś wykrzykuje ich imiona.

- Harry! Ron! Hermiona! – Był to Seamus Finnigan, ich kolega z czwartej klasy.

- Tatuś! – zawołały Lucy i Amelia II.

- Wujek Seamus – oznajmiły dziewczyny z uśmiechem na twarzy.

Siedział przed porośniętym koniczyną namiotem, z jasnowłosą kobietą, która musiała być jego matką i swoim najlepszym przyjacielem, Deanem Thomasem. Obaj byli z Gryffindoru.

- I mój Tatuś też jest! – krzyknęły Rani i Salomi.

- I wujek Dean też jest – dodały dziewczyny z przyszłości.

- Jak wam się podobają nasze dekoracje? – zapytał Seamus, uśmiechając się szeroko, kiedy Harry, Ron i Hermiona podeszli, by się z nim przywitać – Ministerstwo nie jest nimi zachwycone.

- A niby dlaczego mielibyśmy się wstydzić naszych barw narodowych? – obruszyła się pani Finnigan.

- Babcia! – krzyknęły te same dziewczyny.

- Powinniście zobaczyć, jak wyglądają namioty Bułgarów. Mam nadzieję, że kibicujecie Irlandii? – dodała, świdrując spojrzeniem Harry'ego, Rona i Hermionę.

- Tak, ciociu Alison! – zawołali Złota Trójka, a pani Finnigan uśmiechnęła się szeroko i nagle poczuła, że ktoś się do niej przytula. To była Susan. Przyciągnęła ją do siebie i tuliła ją do swojej piersi i oznajmiła miłością w głosie:

- Przytulaj się do mnie do woli, kochanie. Mamusia bardzo cię kocha – a Susan wtuliła się w nią jeszcze mocniej.

- Czasem mam wrażenie, że moja matka kocha Susan bardziej niż mnie – prychnął cicho Seamus.

Zapewnili ją, że oczywiście kibicują Irlandii, a gdy odeszli, Ron zauważył:

- Spróbowalibyśmy odpowiedzieć co innego...

- Ciekawa jestem, czym poobwieszali swoje namioty Bułgarzy – powiedziała Hermiona.

- Spróbowaliście tylko kibicować Bułgarii – rzekła pani Finnigan i pogroziła im palcem i dalej tuliła swoją córkę.

- Ja kibicowałam Irlandii, mamusiu – oznajmiła pani Finnigan, tuląc się do ciała swojej mamy, a ta pocałowała ją w czoło i westchnęła zadowolonym głosem.

- Mamusia jest z ciebie taka dumna, kochanie – rzekła Alison, patrząc na nią z miłością.

- Chodźmy zobaczyć – zaproponował Harry, wskazując na dużą grupę namiotów w oddali, nad którą powiewała biało-zielono-czerwona bułgarska flaga. Namioty Bułgarów nie były pokryte żywymi roślinami, za to do każdego był przymocowany plakat z twarzą jakiegoś gbura z gęstymi czarnymi brwiami. Twarz na fotografii była, oczywiście, ruchoma, ale tylko mrugała i łypała groźnie spod nastroszonych brwi.

- Mało inteligentne – mruknęła Emilly.

- Krum – powiedział cicho Ron.

- Co? – zapytała Hermiona.

- Krum! – powtórzył Ron – Wiktor Krum, Szukający Bułgarów!

- Wygląda dość ponuro – powiedziała Hermiona, spoglądając na dziesiątki Krumów mrugających i łypiących na nich groźnie.

Niektórzy zaczęli kaszleć, a Hermiona zarumieniła się i pocałowała Rona w usta.

- A to za co? – spytał z iskierkami miłości Hermionę.

- Bo będę chciała się z tobą kochać, Ronaldzie.

- Dość ponuro? – Ron wzniósł oczy ku niebu – A co to ma za znaczenie, jak on wygląda? Jest naprawdę niewiarygodny. I wcale nie jest taki stary. Ma najwyżej osiemnaście lat albo coś koło tego. To prawdziwy geniusz, poczekaj do wieczora, to sama zobaczysz.

- Ty za to jesteś geniuszem w innej kategorii – oznajmiła mu do ucha podnieconym i erotycznym głosem.

- No pewnie, że jestem – stwierdził głupkowatym uśmiechem Ron.

W rogu pola namiotowego utworzyła się już mała kolejka do kranu z wodą. Harry, Ron i Hermiona stanęli na końcu, tuż za dwoma czarodziejami kłócącymi się o coś zażarcie. Jednym był staruszek w długiej nocnej koszuli w kwiatki. Drugi był najwyraźniej pracownikiem Ministerstwa Magii; w ręku trzymał parę spodni w prążki i wyglądał, jakby miał się rozpłakać ze złości.

- Załóż je, Archie, nie bądź głupi, przecież nie możesz paradować w czymś takim, mugole przy bramie już zaczynają coś podejrzewać...

- Kupiłem to w sklepie mugoli – upierał się staruszek – Mugole to noszą.

- Mugolskie kobiety, Archie, nie mężczyźni! Mężczyźni noszą to! – odpowiedział czarodziej z ministerstwa, wymachując spodniami w prążki.

- Ani myślę chodzić w czymś takim – odrzekł oburzony staruszek – Lubię, jak mi przewiewa intymne zakątki, to bardzo zdrowe... – Hermiona dostała takiego ataku śmiechu, że musiała chyłkiem wycofać się z kolejki i wróciła dopiero wtedy, gdy Archie nabrał wody i odszedł.

- Ani myślę chodzić w czymś takim – odrzekł oburzony staruszek – Lubię, jak mi przewiewa intymne zakątki, to bardzo zdrowe... – Hermiona dostała takiego ataku śmiechu, że musiała chyłkiem wycofać się z kolejki i wróciła dopiero wtedy, gdy Archie nabrał wody i odszedł.

- Myślę, że w nocy i dzisiaj rano ogarniał mnie silny i cudowny org... – zaczęła beztrosko Hermiona, mając rozmarzoną minę i głos na samo wspomnienie. Nim jednak skończyła, Ron szybko zatkał jej usta, a jego uszy płonęły, jak jego włosy. Większościom ludzi opadły szczęki, że to  właśnie Hermiona to powiedziała.

- Hermiona – zaczął powoli Harry, który jako pierwszy otrząsnął się z szoku – dobrze się czujesz?

- Tak, cudownie się czuję, Harry. To zasługa Ronaldzia, jest taki cudowny – odparła z rozmarzoną miną i wtuliła się w swojego męża mocno.

- Mamo! – jęknął Hugo.

- Twój tatuś był cudny w łóżku, Hugo – powiedziała, wzdychając ze szczęścia.

- Mamo, przestań! – krzyknął Hugo z obrzydzeniem.

- Okej, to było dziwne – stwierdził Jared, patrząc na Rona, który mocno się rumienił.

- Ktoś podmienił Hermionę, jestem tego pewny – powiedział Neville, który nie mógł uwierzyć w to, co słyszał z ust Hermiony.

- Może ktoś jej dolał do jej herbaty amortencji.

Wracali dużo wolniej, objuczeni pełnymi wody rondlami i czajnikiem. Tu i tam dostrzegali znajome twarze innych uczniów Hogwartu z rodzinami. Oliver Wood,

- Tatuś! – zawołała jego córka Samanta.

- Wujek Oliver! – krzyknęło kilka dziewcząt z przyszłości.

- Skarbie – dodała Katie, a Oliver pocałował ją w usta. Ta zamknęła oczy i westchnęła zadowolonym głosem. Kiedy się od Olivera oderwała, miała rozmarzona minę i oczy. Dziewczyny i kobiety miały silny chichot z miny swojej przyjaciółki.

- Pani Wood – mruknął zachwytem Oliver.

- Panie Wood, ale pan jest gorący! – palnęła pani Wood.

- Gorący? – spytali ze śmiechu Fred I i George I, po czym popatrzyli na siebie.

były kapitan drużyny Gryfonów, który dopiero co skończył Hogwart, zaciągnął Harry'ego do namiotu swoich rodziców, by go im przedstawić, po czym, cały podniecony, oświadczył, że właśnie go zwerbowali do rezerwowej drużyny Zjednoczonych z Puddlemore. Potem powitał ich z daleka Ernie Macmillan, Puchon z czwartej klasy, a nieco dalej zobaczyli Cho Chang, bardzo ładną dziewczynę, która grała na pozycji Szukającego w drużynie Krukonów. Pomachała do nich ręką i uśmiechnęła się do Harry'ego, który machając do niej, chlusnął na siebie wodą.

Harry zarumienił się, a Ginny prychnęła głośno.

- Zadurzyłeś się, tato – rzekł James II – Moim zdaniem mama jest ładniejsza i fajniejsza niż Cho.

- Właśnie, Harry. James ma rację, jestem od niej ładniejsza i fajniejsza – powiedziała Ginny do męża.

- Tak poza tym tatusiu – stwierdziła Olivia – Mamusia pasuje do ciebie lepiej niż Cho, która w ogóle do ciebie nie pasuje, tatusiu.

Głównie po to, by przerwać głupie chichoty Rona, wskazał szybko na dużą grupę nastolatków, których nigdy przedtem nie widział.

- Jak myślisz, kim oni są? – zapytał – Jakoś nie pamiętam, żebym ich spotkał w Hogwarcie, a ty?

- Oni chyba są z zagranicy – odpowiedział Ron – Wiem, że jest kilka zagranicznych szkół, ale jeszcze nigdy nie spotkałem ucznia którejś z nich. Bill korespondował z kimś z Brazylii... dawno, dawno temu... i chciał pojechać tam na wymianę, ale rodzice nie mogli sobie na to pozwolić.

Molly i Artur westchnęli. Lucek drwił z nich.

- LUCEK, ZAMKNIJ SIĘ! – warknęły dwie wersje pani Malfoy – Jak śmiesz z nich drwić – a później zwróciła się do nich: – Nie przejmujcie się nim, to tylko imbecyl zakochany w samym sobie, jak Lockhart.

- Dziękuję, pani Malfoy – oznajmił Artur i pocałował ją w rękę.

- Nie ma za co dziękować, panie Weasley – odparła zarumieniona Narcyza i zachichotała, jak nastolatka. Molly II przytuliła się mocno do niej, a ona szepnęła – Moje kochanie, jesteś teraz moją siostrą, pani Weasley.

- Tak! Jestem twoją siostrą, pani Malfoy – odparła pani Weasley i przytuliły się mocno.

- Od kiedy się przyjaźnicie? – spytał Barty w szoku – i od kiedy jesteście siostrami?

- Od pewnego czasu, Crouch – oznajmiła słodkim głosem starsza Narcyza. A co, masz z tym jakimś problem, Crouch – patrzyła na niego i położyła ręce na biodrach.

- Nie, pani Malfoy – mruknął Crouch, a Molly zachichotała z głupiej miny Barty'ego.

- Weatherby, twój kochanek ma teraz nieinteligentną minę! – parsknęli śmiechem bliźniacy Weasley.

- On cały jest nieinteligentny! – warknęła żartobliwie starsza Molly I – i jest kretynem! – Barty wycedził:

- Wiesz, do kogo mówisz, Weasley!

- Do człowieka, który zmusił mojego syna jeśli wiesz, o czym mówię, prawda Crouch? – powiedziała starsza Molly jadowicie – A ty mówisz do matki Harry'ego i Hermiony, Crouch. Wszystkie żony moich synów są moimi córkami! – odparowała pani Weasley – I w przeciwieństwie do ciebie Crouch kocham wszystkie swoje dzieci nad życie! – Wszystkie córki popatrzyły na rudowłosą kobietę, która drze się bez skrupułów na szefa Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów z miłością, a synowie z wyszczerzem.

- Nie kłóć się z moją mamusią, Crouch, bo i tak z nią nie wygrasz. Poza tym dla ciebie jest PANIĄ Weasley, więc wyrażaj się do niej z należytym szacunkiem, Crouch! – stwierdziły córki pani Weasley. Molly uśmiechnęła się delikatnie, a później córki powiedziały z miłością w głosie do Molly: – Mamuś, kocham Cię!

- Ja też was kocham, moje córeczki kochane – odparła pani Weasley.

- Jego korespondencyjny kumpel obraził się i przysłał mu zaczarowany kapelusz, jak Bill go włożył, uschły mu uszy – Harry roześmiał się, ale nie wyraził na głos zdziwienia, które go ogarnęło, gdy usłyszał o innych szkołach dla czarodziejów. Teraz, widząc przedstawicieli tylu różnych narodowości, poczuł się głupio, bo do tej pory jakoś nie pomyślał, że istnieją inne szkoły magii poza Hogwartem. Zerknął na Hermionę, ale ta nie zdawała się ani trochę zaskoczona. No tak, na pewno przeczytała o nich w książkach, które tak namiętnie pochłaniała.

- Ale was długo nie było – powiedział George, kiedy w końcu dotarli do namiotów Weasley'ów.

- Spotkaliśmy masę znajomych – odrzekł Ron, stawiając czajnik na ziemię – Co, jeszcze nie rozpaliliście ogniska?

- Tata ma ekstra ubaw z tymi zapałkami – powiedział Fred.

- Dziadku nie wolno bawić się ogniem! – skarciła jego zachowanie Molly II.

Panu Weasley'owi jeszcze się nie udało rozpalić ogniska, ale bynajmniej nie dlatego, że nie próbował. Wokół niego leżało na ziemi mnóstwo zapałek, a on sam był wniebowzięty.

- Uuuups! – zawołał, kiedy mu się udało zapalić kolejną zapałkę, którą natychmiast z wrażenia upuścił.

- Proszę mi to dać, panie Weasley – powiedziała uprzejmie Hermiona,

- Kochanie, może jestem panem Weasley'em dla większości tutaj na sali, ale dla Ciebie jestem tatusiem. A dlaczego...?

- Bo sama jestem teraz panią Weasley, tatusiu, kiedy wyszłam za mąż za Rona, który dał mi też ten znak na szyi, którego cały czas czuję jego moc w sobie, a tym samym stając się panią Weasley i twoją drugą córeczką, tatusiu – oznajmiła Hermiona z uśmiechem na twarzy.

- Dokładnie tak, księżniczko – zgodził się z nią pan Weasley, a Pani Weasley siedzącą na kolanach męża uśmiechnęła się szeroko do Hermiony i wtuliła się w męża. Lavender prychnęła głośno. Ron pocałował swoją żonę w znak, a Hermiona wydała z siebie głośne westchnienie zadowolenia.

wyjmując mu pudełko z ręki i zabierając się do pokazania, jak to należy zrobić. W końcu rozpalili ognisko, ale minęła kolejna godzina, zanim udało im się coś nad nim ugotować. Ale nie nudzili się, czekając. Okazało się, że ich namioty położone są przy głównej arterii obozowiska, po której wciąż kręcili się tam i z powrotem przedstawiciele Ministerstwa Magii, pozdrawiając serdecznie pana Weasley'a. Pan Weasley komentował głośno te spotkania, głównie z myślą o Harrym i Hermionie, bo jego własne dzieci zbyt wiele wiedziały o ministerstwie, by mogło je to interesować.

- To ministerstwo musi być nudne – stwierdzili Fred I i George I.

- To był Cuthbert Mockridge, kierownik Urzędu Łączności z Goblinami... a tu idzie Gilbert Wimple, pracuje w Komisji Eksperymentalnych Zaklęć, od jakiegoś czasu ma te różki... Cześć, Arnie... To Arnold Peasegood, jest amnezjatorem... no, wiesz, członkiem specjalnej brygady, która interweniuje, kiedy ktoś przypadkowo użyje zaklęcia... a to Bodę i Croaker... są niewymownymi...

- Kim?

- Pracują w Departamencie Tajemnic, ściśle tajne, nikt nie wie, czym się zajmują...

- Łasica nie wie! – zadrwił Blaise – Jaka szkoda! – śmiał się z drwiną.

- Ja tam też nie wiem, ale wiem, że ja, Blaise Zabini jestem idiotą ze Slytherinu. Jestem głupi i nikt już tego nie zmieni, żaden lekarz. Wpadłem do kotła z eliksirami Snape'a dzieckiem będąc i... i teraz raczej jestem bardziej głupi niż mądry... Może pokażę – rzekła Daphne cukierkowym głosem, patrząc na Blaise'a drwiącym głosem i miną. Większość ludzi, gdy to usłyszała, ryknęła śmiechem i spadli na podłogę, śmiejąc się wniebogłosy. Blaise zrobił wściekłą minę.

- Córeczko kochana to było iście huncwockie! – śmiał się głośno dwie wersje Łapy.

- Dziękuję, tatusiu – powiedziała Daphne i przytulia się do niego – i kocham cię, tatusiu.

- Ja Ciebie też kocham bardzo mocno, moja księżniczko – mruknęli obie wersje Łapy, a ta wtuliła się w mocno w ojca.

- Kocham cię, pani Black! – zawołał Jared z iskierkami w oczach.

- I nie zapominaj o tym, panie Black – powiedziała Daphne i pocałowała go namiętnie w usta.

- Ach, te hormony! – westchnął Fineas.

- Mamusiu, tatusiu pięknie razem wyglądacie – oznajmiła Barbara, patrząc na to z uśmiechem – Mamuś, a za ten komentarz powinna mamusia dostać jakąś nagrodę.

- Skarbie twoja mamusia już dostała nagrodę, bo twój tatuś dał mi to – powiedziała i przejechała po znaku na szyi, po czym westchnęła zadowolonym głosem. Jared wyszczerzył się – i twoja mamusia jest taka szczęśliwa, bo twój tatuś mnie naznaczył i teraz jestem panią Black na wieki.

W końcu, kiedy w ognisku zrobiło się tyle żaru, że zaczęli gotować jajka i parówki, spomiędzy drzew wyszli ku nim Bill, Charlie i Percy.

- Właśnie się zaportowaliśmy, tato! – zawołał Percy.

- No co ty nie powiesz? Naprawdę, Percy? Nie widzieliśmy – stwierdzili z ironią jego bracia – Chodźcie.

- Gdzie? – spytała Fleur zdziwiona.

- Trzeba mu pomnik wystawić, żeby Percy się aportował – oznajmił Marcus. Percy spalił buraka.

- Ach, wspaniale, jest drugie śniadanie! – Spałaszowali już połowę jajek i parówek, kiedy pan Weasley zerwał się na nogi i zaczął wymachiwać ręką do mężczyzny, który szedł ku nim wielkimi krokami.

- A oto i najważniejsza osoba! Ludo! – Ludo Bagman okazał się najosobliwszą postacią, jaką Harry do tej pory zobaczył, włączając starego pana Archie w nocnej koszuli w kwiatki.

Fred i George warknęli.

- Co się dzieje skarbie? – spytała Nicole.

- Oszukał nas – odparł Fred I. Nicole wtuliła się w rudego.

Miał na sobie długą szatę do Quidditcha w szerokie, poziome, żółto-czarne pasy, z ogromną osą na piersiach. Sprawiał wrażenie potężnie zbudowanego mężczyzny, który nieco przytył; szata opinała się ciasno na wielkim brzuchu, którego na pewno nie miał, gdy grywał w Quidditcha w reprezentacji Anglii.

- Fuj! – skrzywiły się kobiety – On udaj, że jest jakimś machem?

Nos miał złamany. 'Pewnie dostał tłuczkiem. Pomyślał Harry'.

- Albo ktoś mu przywalił, że podrywał jakąś kobietę, która była w związku i jakiś dżentelmen mu przypierdolił – stwierdził Marcus.

ale okrągłe niebieskie oczy, krótkie jasne włosy i różowa cera nadawały mu wygląd wyjątkowo wyrośniętego ucznia.

- Czarodziejski Johnny Bravo! – parsknęła śmiechem Olivia – To taka mugolska kreskówka.

- Ahoj! – zawołał uradowany. Szedł tak, jakby miał do stóp przymocowane sprężyny i najwyraźniej był w stanie euforii.

- On bardziej mi wygląda na geja – rzekła Iola.

- Ahoj! – zawołał uradowany. Szedł tak, jakby miał do stóp przymocowane sprężyny i najwyraźniej był w stanie euforii.

- Arturze, mój stary – wysapał, kiedy dotarł do ogniska – ale dzień, co? Co za dzień! Trudno sobie wymarzyć lepszą pogodę! Będziemy mieli wieczór bez
jednej chmurki... i wszystko idzie jak w zegarku... mówię ci, nie mam nic do
roboty! – W tym momencie za jego plecami przebiegła grupka skrajnie wyczerpanych czarodziejów z ministerstwa, pokazujących sobie buchający w niebo snop fioletowych iskier, najwyraźniej z czarodziejskiego ogniska. Percy podskoczył do niego z wyciągniętą ręką.

- Piesek ministerstwa – rzekła Penelopa – a ja naprawdę cię kochałam, ale już się odkochałam.

 Nie najlepsza opinia, jaką Ludo Bagman miał w swoim departamencie, najwidoczniej nie przeszkadzała Percy'emu w chęci zrobienia najlepszego wrażenia.

- To pan sztywniak – oznajmili Fred i George.

- Jakim cudem twoje córki są takie wyluzowane Percy, a ty jesteś takim sztywniakiem? – zdziwił się Bill.

- Ach... tak... – powiedział z uśmiechem pan Weasley – to mój syn, Percy, właśnie podjął pracę w ministerstwie... a to Fred... nie, przepraszam, to George... to jest Fred... Bill, Charlie, Ron... moja córka Ginny... i przyjaciele Rona, Hermiona Granger i Harry Potter.

Molly założyła ręce, patrząc na Artura ostro.

- To znaczy... Hermiona jest moją... – zaczął, widząc ostry wzrok swojej żony – kolejną córeczką, a Harry kolejnym moim synkiem – powiedział starszy Artur. Molly od razu miała uśmiech na twarzy. Następnie poczuła obce ciało przy sobie. Była to Hermiona, którą się mocno przytula.

- Mamusiu, kocham cię! – westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w matkę bardzo mocno, a ta tuliła ją w do swojej piersi.

- Ja też Ciebie kocham skarbie, najmocniej na świecie i zawsze będę cię kochać – mruknęła z miłością w głosie.

- Ale ja chce mojego Mon Rona! – warknęła Lavender.

- A ja mam ochotę ci przywalić! – odparowała Hermiona.

- Hermiona! – skarcił ją Ron. Młoda pani Weasley obróciła się do niego z miną nieświadczącym sprzeciwu.

- Jesteś mój i tylko mój! Nie będę z nikim się z tobą dzieliła i zapamiętaj to sobie, Ronaldzie! – powiedziała władczym tonem. Położyła ręce na biodrach i stukała wysokim obcasem o podłogę.

- Zapamiętam to sobie, pani Weasley - mruknął Ron, a ta kiedy Ron powiedział do niej per "pani Weasley" usiadła na jego kolanach z uśmiechem na twarzy i pocałowała go w namiętnie w usta – Hmm twoje usta smakuje tak piękne jak pyszne truskawki! – westchnął pan Weasley. Kiedy Hermiona oderwała się od jego ust, powiedziała:

- Hmm cudownie pachniesz, panie Weasley! – rozmarzyła się Hermiona, wtulając się w męża jeszcze bardziej.

Bagman lekko drgnął, gdy usłyszał nazwisko Harry'ego, a jego wzrok powędrował szybko do blizny na jego czole.

- Słuchajcie – ciągnął pan Weasley – to jest Ludo Bagman, dobrze wiecie, kim jest, to dzięki niemu mamy takie świetne miejsca...

Fred i George prychnęli.

- Każdy zna trollański – przerwał mu lekceważąco Fred – Wystarczy tylko wskazywać palcem i chrząkać – Percy rzucił Fredowi wyjątkowo mordercze spojrzenie i zaczął energicznie grzebać w ognisku, żeby wodę w czajniku ponownie doprowadzić do wrzenia.

- Ludo, wiecie już coś o Bercie Jorkins? – zapytał pan Weasley, kiedy Bagman usiadł między nimi na trawie.

- Nic – odpowiedział spokojnie Bagman – Ale na pewno się znajdzie. Biedna stara Berta... pamięć jak dziurawy kociołek i za knut zmysłu orientacji.

- Ona nie wróci – mruknął Harry.

Założę się, że po prostu gdzieś zabłądziła. Zobaczysz, że któregoś dnia w październiku wkroczy do biura, z przekonaniem, że wciąż jest lipiec.

- Nie uważasz, że warto by już kogoś po nią wysłać? – zapytał pan Weasley

niepewnie, gdy Percy podał Bagmanowi kubek z herbatą.

- Oj nie radzę – wymamrotali jednocześnie Harry, Dumbledore, Crouch i Alina. Spojrzeli na siebie wymownie.

- Barty Crouch wciąż to powtarza – odrzekł Bagman, a jego okrągłe oczy rozszerzyły się niewinnie – ale teraz wszyscy są bardzo potrzebni. Och... o wilku mowa... Barty! – Przy ognisku zaaportował się czarodziej, będący dokładnym przeciwieństwem Ludona Bagmana, rozwalonego na trawie w swoim starym kostiumie drużyny Os. Bart Crouch był sztywnym, wyprostowanym starszym jegomościem, ubranym w nieskazitelny garnitur bez jednej zmarszczki, i pod krawatem. Przedziałek dzielący jego szare włosy był aż nienaturalnie prosty, a jego krótkie wąsiki wyglądały, jakby je przystrzyżono, używając suwaka logarytmicznego. Buty miał wyczyszczone na wysoki połysk. Harry od razu zrozumiał, dlaczego Percy tak go uwielbiał.

- Percy piesku twój PAN się znalazł – powiedziała Penelopa cukierkowym głosem do Percy'ego – Biegnij do PANA Croucha Percy.

- Weatherby mam twoją ulubioną odznakę perfekta naczelnego! – zadrwili z niego Fred i George – Aport, Percy, przynieś PANU odznakę.

- Percy pobiegł po oznakę – powiedział Bill.

- Dobry Weatherby przyniósł PANU Crouchowi odznakę – powiedzieli radośnie. Percy wychodził z siebie, tak samo zresztą, jak Crouch, a sala spadła ze swoich krzeseł, parskając ze śmiechu, leżąc na podłodze, śmiejąc się wniebogłosy.

Percy zawsze był zwolennikiem ścisłego przestrzegania zasad i regulaminów, a pan Crouch tak doskonale dostosował się do polecenia przebrania się za mugola, że mógłby uchodzić za wysokiego urzędnika jakiegoś mugolskiego banku. Nawet wuj Vernon nie rozpoznałby w nim czarodzieja.

- Usiądź sobie z nami na trawce – powiedział swobodnie Bagman, poklepując ziemię obok siebie.

- Nie, dziękuję, Ludo – odrzekł Crouch, a w jego głosie zabrzmiała nuta zniecierpliwienia – Wszędzie cię szukam. Bułgarzy nalegają, żebyśmy dostawili tuzin foteli w loży honorowej.

- Ach, więc o to im chodzi? A ja myślałem, że ten facet prosi mnie o miejsce w jakimś dużym hotelu. Mówi z silnym akcentem.

- Panie Crouch! – wydyszał Percy, zginając się w półukłonie, co sprawiło, że wyglądał, jakby nagle wyrósł mu garb – Może zechciałby pan wypić kubek gorącej herbaty?

- PANIE Crouch! – zawołał Jared głosem Percy'ego z przejęciem – Czy chciałby PAN może, żebym zrobił PANU loda? – Większość ludzi parsknęła śmiechem, za to Percy i Barty chcieli zamordować Jareda 

- Ani mi się ważcie! – warknęła Daphne w stronę tych dwóch.

- Och – powiedział pan Crouch, patrząc na Percy'ego z łagodnym zdziwieniem – Tak... dziękuję ci, Weatherby.

- Och – powiedział Ron głosem pana Croucha, spoglądając na Jareda, jakby dopiero teraz go zauważył – Tak, bardzo chcę, żebyś mi zrobił loda i żebyś zaspokoił moje potrzeby oraz nerwy. Dziękuję ci, Weatherby – Sala ryknęła śmiechem. Większość z nich leżała ze śmiechu śmiejąc się wniebogłosy. Hermiona pocałowała Rona w policzek.

- Panie Crouch, to pana pracownik, to jest nieetyczne – powiedziała Hermiona, a jej mina wyrażała odrazę.

- Ty mała dziewucho!

- Nigdy cię nie lubiłam, Crouch – stwierdziła pani Weasley.

- Chyba się zapominasz do kogo się odzywasz! – udał oburzenie Ron, głosem Barty'ego.

- Do największego sztywniaka, który jest debilem? – spytała pani cukierkowym głosem. 

Fred i George parsknęli w swoje kubki. Percy, zaczerwieniony po uszy, rzucił się do czajnika.

- Och... Arturze, z tobą też chciałem zamienić słówko – rzekł pan Crouch, spoglądając bystro na pana Weasley'a – Ali Bashir wstąpił na wojenną ścieżkę. Chce z tobą rozmawiać na temat twojego embarga na latające dywany.

- Jak w bajce o Aladynie – powiedziała Emilly – Tak był śmieszny dżin i latający dywan, który latał.

- Fascynujące – oznajmili Artur.

Pan Weasley westchnął ciężko.

- Posłałem mu w związku z tym sowę w zeszłym tygodniu. I żebym mówił mu to raz czy dwa... Powtarzałem mu setki razy: w Rejestrze Zakazanych Obiektów Magicznych dywany figurują jako produkty mugolskie. Ale czy do niego w ogóle coś dociera?

- Wątpię – powiedział pan Crouch, biorąc kubek od Percy'ego.

- Miotła lepsza – rzekł Harry.

- Wolę latające samochody, przynajmniej nie zamarzną jaja podczas lotu – stwierdził Marcus zupełnie nie przejmując się spojrzeniami Blacków, Potterów i Weasley'ów.

- Ta, jasne, a twój samochód Weasley rozbił się na Wierzbie Bijącej – zakpił Lucjusz. Marcus znowu subtelnie wyczarował tym razem widoczną chmurę burzową, z której znowu poleciały pioruny, przez co pan Malfoy na chwilę zmienił się w szkielet z blond włosami, które pod ich wpływem były proste jak drut oraz nieco zsiwiały. Po kilku sekundach znowu wrócił do swojej dawnej postaci.

- I gdzie tu bezpieczeństwo? – zapytała Alina subtelnym tonem wyginając nadgarstki w lewo i w prawo oraz lekko unosząc je do góry, patrząc w zaczarowane niebo, gdy tylko magiczne chmury Marcusa zniknęły.

 - Zanotować: NIGDY, ALE TO NIGDY NIE WKURWIAĆ CZŁONKA RODZINY LESTRANGE'ÓW, BO STRZELI CIĘ PIORUNEM – powiedzieli jednocześnie bliźniacy Weasley, po czym spojrzeli na siebie i dodali: 

- I to dosłownie – dodała Alina w totalnej ciszy. Na ich reakcję na chwilę zapadła cisza, a potem większość ludzi na Wielkiej Sali zaczęła wyć ze śmiechu, a niektórzy spadli ze swoich krzeseł w tym Umbridge. 'Tym razem to nie ja oberwałam' pomyślała śpiewnie. Razem z nią śmiała się  też Amelia Bones oraz Dumbledore. Reszta nauczycieli i urzędników Ministerstwa Magii spojrzeli na nich z niechęcią.

Jest zdesperowany, chce importować je tutaj.

- Cóż, dywany nigdy nie wyprą mioteł w Brytanii - wtrącił Bagman.

- Ali myśli, że na rynku jest nisza dla rodzinnego pojazdu, - powiedział pan Crouch. - Pamiętam, że mój dziadek miał Axminstera, na którym mogło usiąść dwanaście osób. Oczywiście to było zanim dywany zostały zabronione.

- W Indiach są fajne dywany – mruknęła Emilly.

- Ali uważa, że jest duże zapotrzebowanie rynkowe na pojazd rodzinny – powiedział pan Crouch – Pamiętam, że mój dziadek miał strzyżonego Axminstera na dwanaście osób... ale, rzecz jasna, to było w czasach, kiedy dywany nie były jeszcze zakazane – Powiedział to w sposób niepozostawiający cienia wątpliwości, że jego przodkowie ściśle przestrzegali prawa.

- Mamy trochę roboty, co, Barty? – zagadnął Bagman dziarskim tonem.

- Weatherby ma mi jeszcze zrobić loda, Ludo – powiedział Seamus głosem Croucha – Prawda, Weatherby?

- Tak, PANIE Crouch – odpowiedział Dean, udając podniecony głos Percy'ego.

- Seamus! – warknęła Alison – Dean! – a ci uśmiechnęli się niewinnie. Niektórzy parsknęli śmiechem. Pan Crouch podniósł wymownie brwi.

- Sporo – odpowiedział sucho pan Crouch – Zorganizowanie świstoklików na pięciu kontynentach to nie zabawa, Ludo.

- Na pewno będziecie zadowoleni, jak to się skończy? – zapytał pan Weasley. Ludo Bagman zrobił taką minę, jakby to niewinne pytanie wstrząsnęło nim do głębi.

- Zadowoleni? Jeszcze nigdy nie miałem takiej zabawy... chociaż, oczywiście, roboty jest jeszcze od groma, no nie, Barty? Sam powiedz! Sporo już zrobiliśmy, ale jeszcze wiele zostało do zrobienia, prawda? – Pan Crouch uniósł lekko brwi.

- Uzgodniliśmy, że nie będziemy wydawać żadnych oświadczeń, dopóki wszystkie szczegóły...

- Och, Dziękuję ci za cudownego loda, Weatherby – stwierdziła Ginny. Marcus wyczarował zwykły kubeł zimnej wody i ostrzegawczo spadło parę kropel na twarz Ginny.  

- A tam, szczegóły! – Bagman machnął ręką, jakby się oganiał od chmary muszek – Podpisali, prawda? Zgodzili się, prawda? Założę się, że te dzieciaki i tak wkrótce wszystkiego się dowiedzą. Przecież to się dzieje w Hogwarcie...

- Ludo, musimy się spotkać z Bułgarami, zapomniałeś? – przerwał mu ostro pan Crouch – Dziękuję za herbatę, Weatherby – Oddał Percy'emu swój pełny kubek i czekał, aż Ludo wstanie. Bagman dźwignął się na nogi, dopijając resztkę herbaty; złoto w jego kieszeniach zadzwoniło wesoło.

- No, to do zobaczenia! Spotkamy się w loży honorowej... jestem komentatorem! – Pomachał im ręką, Barty Crouch skłonił się uprzejmie i obaj zdeportowali się jednocześnie.

- Tato, co się dzieje w Hogwarcie? – zapytał natychmiast Fred – O czym oni mówili?

- Wkrótce się dowiesz – odpowiedział z uśmiechem pan Weasley.

- To wiemy, że Percy jest idiotą – oznajmił Charlie.

- Percy-idiota Ministerstwa Magii, czyli facet od... Yhy, idiotyzmu! – zawołała Ginny.

- Chwała Ministerstwu! –  krzyknęli Fred i George, bijąc się piersią w klatkę piersiową.

- Jak to jest być idiotą, dobrze? – spytał ciekawy Ron.

- Wie pan, moim zdaniem to nie ma tak, że dobrze albo, że niedobrze – stwierdził Fred.

- Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej, powiedziałbym, że ministerstwo – dodał George.

- Eeem... Ministerstwo Magii, które podało mi pomocną dłoń, kiedy sobie nie radziłem z idiotyzmem i kiedy sam byłem mniejszym idiotą , i, co ciekawe, to właśnie przypadkowe spotkania wpływają na nasze życie. 

- Chodzi o to, że kiedy wyznaje się pewne wartości, nawet pozornie uniwersalne. Bywa, że nie znajduje się zrozumienia, które by tak rzec, które pomaga... się nam rozwijać. Ja miałem szczęście, by tak rzec, ponieważ je znalazłem.

- I dziękuję Ministerstwu. Dziękuję ropusze, Barty'emu i Kordowi. Ministerstwo to śpiew, Ministerstwo to taniec, Ministerstwo to miłość. Wielu idiotów z Ministerstwa Magii pyta mnie o to samo.

- "Ale jak ty to robisz?", "Skąd czerpiesz tę radość bycia idiotą?". A ja odpowiadam, że to proste, to umiłowanie do Ministerstwa, to właśnie ono sprawia, że dzisiaj na przykład jestem kochankiem Barty'ego.

- A jutro... kto wie? Dlaczego by nie? Oddam się pracy w Ministerstwie Magii i będę ot choćby... będę ... większym ... idiotą – skoczyli razem i uśmiechnęli się niewinnie. Percy zrobił się czerwony jak wujek Vernon. Sala patrzyła na bliźniaków z niedowierzaniem, a później ryknęła śmiechem, leżąc ze śmiechu na podłodze.

- To było genialnie! – krzyknęli dwie wersje Rogacza.

- Dzięki, tato/wujku – wyszczerzyli się Fred i George.

- To poufna informacja, aż do czasu, kiedy Ministerstwo uzna za stosowne oficjalnie ją ogłosić – oświadczył Percy ważnym tonem – Pan Crouch ma całkowitą rację, nie chcąc jej ujawnić przed czasem.

- Och, zamknij się, Weatherby – mruknął Fred.

W miarę jak mijało popołudnie, atmosfera podniecenia na polu namiotowym

zagęszczała się jak wieczorna mgła. O zmierzchu spokojne letnie powietrze zdawało się już drżeć nastrojem wyczekiwania, a kiedy zapadła ciemność, puściły ostatnie hamulce i prawie wszyscy przestali udawać. Nawet funkcjonariusze Ministerstwa pogodzili się z nieuniknionym i przestali walczyć z rażącymi oznakami uprawiania czystej magii. Co krok aportowali się znikąd sprzedawcy, roznosząc tace lub pchając przed sobą wózki pełne niezwykłych gadżetów. Pojawiły się świecące rozetki – zielone dla kibiców Irlandii, czerwone dla fanów Bułgarii – które wywrzaskiwały nazwiska graczy, spiczaste zielone kapelusze ozdobione roztańczonymi koniczynkami, bułgarskie szarfy z lwami, które naprawdę ryczały, flagi obu państw odgrywające narodowe hymny, gdy się nimi powiewało. Były też maleńkie modele Błyskawic, które naprawdę latały, a także figurki słynnych graczy, które spacerowały po dłoni, pusząc się dumnie.

- Oszczędzałem na to przez całe lato – powiedział Ron Harry'emu, kiedy razem z Hermioną krążyli po kempingu, kupując pamiątki. Choć Ron kupił już sobie kapelusz z roztańczonymi koniczynkami i wielką zieloną rozetkę, nabył też figurkę Wiktora Kruma, Szukającego z drużyny bułgarskiej.

- Wdzięk to ma tylko moja żona – oznajmili mężczyźni.

- Dziękuję, kochanie! 

- Oszczędzałem na to przez całe lato – powiedział Ron Harry'emu, kiedy razem z Hermioną krążyli po kempingu, kupując pamiątki. Choć Ron kupił już sobie kapelusz z z roztańczonymi koniczynkami i wielką zieloną rozetkę, nabył też figurkę Wiktora Kruma, Szukającego z drużyny bułgarskiej.

- Który później podrywał moja piękność! – warknął Ron.

 Miniaturowy Krum spacerował tam i z powrotem po dłoni Rona, łypiąc groźnie na zieloną rozetkę na jego piersi.

- Ojej, spójrzcie na to! – zawołał Harry, biegnąc ku wózkowi wyładowanemu czymś, co wyglądało jak lornetki, ale miało mnóstwo dziwnych guzików i gałek.

- Omnikulary – zachwalał swój towar sprzedawca – Można każdą akcję powtórzyć... spowolnić... obejrzeć każdą zagrywkę z komentarzem. Kupujcie... tylko dziesięć galeonów sztuka.

- Kurczę, po co ja to kupiłem — mruknął Ron, wskazując na swój zielony

kapelusz i patrząc tęsknie na omnikulary.

- Trzy pary – powiedział stanowczo Harry do sprzedawcy.

- Nie... naprawdę... nie musisz... – wyjąkał Ron, czerwony jak burak. Ron zawsze był trochę wyczulony na to, że Harry, który odziedziczył małą fortunę po rodzicach, miał więcej pieniędzy od niego.

- Ron, pieniądze to nie wszystko – powiedział Harry.

- Masz rodzinę i przyjaciół, Harry. Jestem dumny, że mogę być twoim bratem – oznajmił Ron – Bracia na zawsze.

- Bracia na zawsze – zgodził się Harry. Pani Weasley uśmiechnęła się szeroko do Harry'ego i Rona.

- Nie dostaniesz nic na Boże Narodzenie – odpowiedział Harry, wtykając jemu i Hermionie omnikulary do rąk – Przez najbliższe dziesięć lat.

- A, to co innego – ucieszył się Ron.

- Ooch, dzięki, Harry – powiedziała Hermiona – A ja kupiłam kilka programów, zobaczcie...

Wrócili do swoich namiotów z o wiele lżejszymi sakiewkami. Bill, Charlie i Ginny też już mieli zielone rozetki, a pan Weasley trzymał irlandzką flagę. Fred i George nie kupili żadnych pamiątek, bo oddali Bagmanowi całe oszczędności. A potem gdzieś za lasem zabrzmiał głęboki, dudniący dźwięk gongu i nagle pośród drzew zapłonęły zielone i czerwone latarnie, oświetlając drogę do stadionu.

- Już czas! – zawołał pan Weasley, równie podniecony, jak jego dzieci – No, to idziemy!

- Koniec rozdziału – oznajmiła Rose.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Voldemort atakuje z smierciorzelcami

Pov Narcyza Popatrzyłam na kobiety i dziewczyny w wielkiej sali i na swoje ubranie  wszystkie byliśmy ubrane obcisłe ubrania podkreslaly na...