- Teraz ja chcę czytać – powiedział Aidren
Wilson.
- Proszę kochanie – oznajmiła Amelie.
Alina i Marcus popatrzyli na dziewczynę wściekli.
Rozdział 12
Turniej Trójmagiczny
- Jaki znowu turniej! – krzyknęły dwie
wersje Lily.
- Turniej Trójmagiczny, mamuś – mruknęła
Ginny, a Molly popatrzyła morderczym wzrokiem na Dumbledore'a, Knota, Croucha
seniora i Rita, po czym wycedziła.
- Zabiję was! Ale wcześniej strzelę
was w jaja wysokim obcasem!
- Jeśli Molly tak reaguje, to aż się boję
– mruknęła Euphemia.
- Mamo nie możesz... – zaczął Percy.
- Nie będziesz mi mówił, co mogę, a czego
nie mogę! – warknęła starsza Molly na syna i stanęła, patrząc na syna z tą
swoją miną.
- Chciałbym, żeby moja mama tak się
ubierała, jak pani, pani Weasley – oznajmił Antony – i chodziła w takim
szpilkach.
- No ja też – dodali inni, patrząc na
Lady Weasley. Zachwytem Molly zarumieniła się i zachichotała odwracając się
wokół własnej osi.
- Dziękuję, drogie dzieci! – powiedziała z
zachwytem pani Weasley – ale to wszystko zasługa moich ukochanych wnuczek, to
one mnie tak ubrały.
- Nie ma za co, babciu! Najważniejsze
ze babci się podoba.
- Podoba? Nie, ja uwielbiam chodzić w tym
ciuszkach i szpilach na wysokim obcasie, które podkreślają moje wdzięki jako
damy i Lady Weasley – oznajmiła – a was – mówiła do dyrektora, Croucha i Knota
– i tak walnę w cztery litery. Pójdziecie za swoje wyczyny do Azkabanu. Będę
miała Azkaban i będziecie prosić mnie o szybką śmierć, a ty Crouch lubisz być
martwy, prawda?
- Tak, proszę PANI, lubię być martwy,
proszę PANI! – zawołał Patrick głosem Croucha.
- Nie powiedziałeś "PANI Weasley albo
LADY Weasley" Crouch! – wycedziła starszy Molly.
- Och, proszę PANI o wybaczenie, PANI
Weasley! – zawołał, udając przerażony głos Croucha – Tak, PANI Weasley. Lubię
być martwy, proszę PANI, bardzo, LADY Weasley. Proszę o wybaczenie, LADY
Weasley! – trajkotał Patrick głosem Croucha. Prawdziwy Barty robił się czerwony
i wściekły.
Powozy przejechały przez bramę, pomiędzy
dwoma posągami uskrzydlonych dzików, a potem szerokim podjazdem potoczyły się
ku zamkowi, chybocąc się niebezpiecznie w podmuchach wściekłej nawałnicy.
Przycisnąwszy nos do okna, Harry ujrzał zbliżający się coraz bardziej Hogwart,
z wieloma oświetlonymi oknami migocącymi niewyraźnie za kurtyną gęstego
deszczu.
- Nie lubię deszczu – mruknęła Fleur.
Błyskawica rozdarła niebo, gdy ich powóz
zatrzymał się przed wielkimi dębowymi drzwiami frontowymi na szczycie
kamiennych schodków, po których już wspinali się pospiesznie pasażerowie
pierwszych powozów. Harry, Ron, Hermiona i Neville wyskoczyli z powozu i
pobiegli ile sił w nogach po stopniach, podnosząc głowy dopiero wówczas, gdy
znaleźli się w przepastnej i mrocznej, oświetlonej pochodniami sali wejściowej,
z której na górne piętro wiodły wspaniałe marmurowe schody.
- A niech to dunder świśnie! – zawołał Ron,
potrząsając głową i rozpryskując wokół siebie wodę – Jak będzie tak lało, to
jezioro wystąpi z brzegów. Przemokłem... AAAU!
- Irytek! – zawołali Huncwoci.
Wielki, czerwony, napełniony wodą balon spadł
spod sufitu prosto na jego głowę i pękł, oblewając go od stóp do głów.
Prychając i plując, Ron zatoczył się na Harry'ego, gdy druga bomba wodna,
ominąwszy Hermionę, eksplodowała u stóp Harry'ego, wlewając mu do adidasów
strugi zimnej wody. Inni uczniowie wrzeszczeli i rozpychali się, usiłując
wydostać się z pola rażenia. Harry spojrzał w górę i zobaczył unoszącego się
jakieś dwadzieścia stóp nad posadzką poltergeista Irytka, małego ludzika w
przystrojonej dzwoneczkami czapce i pomarańczowej krawatce; jego szeroka,
złośliwa twarz stężała w skupieniu, gdy wycelował kolejny balon.
- IRYCIE! – zagrzmiał rozeźlony głos – Na
dół, ALE JUŻ! – Profesor McGonagall, zastępca dyrektora i opiekunka
Gryffindoru, wypadła z Wielkiej Sali.
- Dobrze, profesor McSztywna! – zawołał
Irytek, który się pojawił w Wielkiej Sali.
Pośliznęła się na mokrej posadzce i złapała
Hermionę za szyję, żeby nie upaść – Oj... przepraszam, panno Granger...
- Nic nie szkodzi, pani profesor! – wysapała
Hermiona, rozcierając sobie gardło.
Hermiona wtuliła się w męża, a ten
pocałował ją w policzek, patrząc na nią jak na ósmy cud świata.
- Irytku, NATYCHMIAST do mnie! – warknęła
profesor McGonagall, prostując sobie spiczasty kapelusz i łypiąc groźnie sponad
prostokątnych okularów.
- Ja nic nie robię! – zarechotał Irytek,
ciskając wodną bombę w grupkę dziewcząt z piątej klasy, które z wrzaskiem dały
nurka do Wielkiej Sali.
- Ja nic nie robię! – zarechotał Irytek,
ciskając wodną bombę w grupkę dziewcząt z piątej klasy, które z wrzaskiem dały
nurka do pod stół. Dziewczyny pisnęły.
- Irytku mam dla Ciebie propozycje –
krzyknęli dwie wersje Łapy.
- Tak? – zainteresował się.
- Dam się nie ciska wodą, bo tak nie
wypada, ale masz tu frajerów to oblania – wskazał na Ropuchę, Dumbledore'a,
Knota, Lucka, Diggory'ego i Filcha i Skeeter.
- A co ja będę z tego miał?
- Będziesz prawdziwym przyjacielem
Huncwotów – oznajmili dwie wersje Rogacza – a bycie przyjacielem Huncwotów, to
tak jak wygranie losu na loterii – Nim się zorientowali, jak to nazwał Łapa
frajerzy byli cali mokrzy od bomb rzucanych przez Irytka.
- IRYTEK PRZESTAŃ!! – ryczeli banda
frajerów wściekła, a Huncwoci parskali śmiechem, jak i większość ludzi na sali.
- Ojejku, ktoś tu jest mokry – odezwała
się młodsza Lily słodkim głosem.
- A co tu się stało i dlaczego jesteście
cały mokrzy? – spytała zdziwiona Poppy, patrząc na mokrych ludzi – Ach, ta
dzisiejsza młodzież!
- Panie dyrektorze pan chyba jest za
stary, żeby bawić się w takie rzeczy – oznajmiła Minerwa cukierkowym głosem.
Dumbledore popatrzył na nią wściekły.
- A panowie Diggory i Knot oraz Crouch i
pani Skeeter jesteście pracownikami Ministerstwa Magii – dodała Pomona – Barty,
kochanie moje czy wolałeś mieć kąpiel w jeziorku, czy teraz? – Barty zrobił się
czerwony.
- Lucek wyglądasz jak przemoczona
Roszpunka! – zadrwiły dwie wersje Narcyzy. Lucek kipiał ze złości.
- Dolores, kochanie miałaś fajną kąpiel? –
spytały dwie wersje Amelii – Czy wolałaś mieć kąpiel w jeziorku, czy teraz?
Powiedz skarbie, Madame Bones.
- Amelia ona jest Ropuchą, więc to dla
niej chyba na jedno wychodzi – stwierdzili dwie wersje Kingsley'a.
- Święty Mikołaju dlatego jesteś mokry? –
spytała Dora Dumbledore'a.
- Bo święty Mikołaj był bardzo
niegrzeczny, kochanie – odparła Victoire.
- Jest mokry, bo miał karę, córeczko –
powiedział Teddy.
- Czyli jego elfy i ta brzydka blondyna
oraz Ropucha też byli niegrzeczni tak? – spytał ciekawski Remi.
- Tak, synu, bo czasem Mikołaj, blondyna,
Ropucha i elfy są brzydcy jak noc. Mają złe dni i wtedy są bardzo niegrzeczni –
stwierdził Teddy.
- A niegrzecznych ludzi się karze,
kochanie – dodała Victoire cukierkowym głosem.
- Wy mali smar... – zaczęła Umbridge i
nagle Nimfadora strzeliła ją zaklęciem ta pisnęła z bólu leżąc na plecach.
- LADY LUPIN! – ryknął Dumbledore.
- Tak, PANIE dyrektorze? – spytała słodkim
głosem pani Lupin i zeszła z kolan Remusa, po czym podeszła do niej z niezwykłą
gracją i wdziękiem miała szpilki na wysokim obcasie. Złapała ją za kołnierz,
single po raz kolejny westchnęli.
- Bogini! – westchnęli single, patrząc na
Nimfadorę z otwartą szczęką i wielkimi oczami.
- Od moich dzieci i wnuków wara albo
poznasz, co potrafię! – warknęła lady Lupin – a teraz ładnie przeproś lordów i
lady's Lupinów.
- Przepraszam LORDZIE Lupin i LADY Lupin
oraz PAŃSTWA dzieci! – wystękała Dolores, bo nie chciała dostać od auror Lupin
zaklęcia. Nimfadora ją puściła, po czym podeszła do swojego syna i jego żony i
przytuliła się do swojej piersi mocno Victoire. Pani Lupin tylko poczuła ciało
starszej kobiety wtuliła się.
- Mamusia – mruknęła do jej piersi
Victoire zadowolonym głosem.
- Tak, kochanie, jestem twoją mamusią i
nie zdajesz sobie sprawy, że twoja mamusia bardzo mocno cię kocha – oznajmiła
Nimfadora z wielką miłością w głosie – i zawsze będę cię kochać, córeczko – i
pocałowała ją w czoło, wyrażając matczyne uczucia, jakie do niej żywiła.
Victoire westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w mamę jeszcze bardziej.
- Kocham cię, mamusiu – oznajmiła do jej
piersi zadowolonym głosem.
-Ja też cię kocham, moja córeczko.
Dziękuję za te ubrania i szpilki oraz biżuterie. Twój tatuś uwielbia mnie
widzieć tak ubraną – mruknęła pani Lupin, tuląc ją do swojej piersi – a w nocy widzieć mnie nagą tylko z biżuterią i
szpilkach na wysokim obcasie.
- Jesteśmy kobietami rodu Lupin i obie
jesteśmy damami i lady's Lupin, mamuś, więc musimy mieć ta biżuterie i szpilki
na wysokim obcasie cały czas – odparła beztrosko Victoire, a później ponownie
się wtuliła w ciało Nimfadory. Ta ponownie tuliła swoją córkę do swojej piersi
z uśmiechem na twarzy, a później popatrzyła się na Remusa wzruszona.
- Mamo, ja Victoire wpoiłem – przypomniał
jej Teddy – Ta więź jest na zawsze, więc Victoire zawsze będzie twoją
córką i mówiła do Ciebie per mamusia – a Victoire pokiwała głową z
uśmiechem na twarzy.
- Bardzo mnie cieszy, że będzie moją córką
na zawsze, a ty Teddy wybrałeś sobie naprawdę wspaniałą kobietę – oznajmiła
pani Lupin, tuląc blondynkę.
- Jesteście takie słodkie, że aż mnie mdli
– rzekł Irytek i uderzył Filcha z nogą.
- IRYTEK! – ryknął wściekły Angus.
- Przecież i tak już są przemoczeni! Mały
wodotrysk! Łiiiii! – I rzucił kolejną bombę w grupkę drugoklasistów, którzy
właśnie weszli do środka.
- Zawołam dyrektora! – krzyknęła profesor
McGonagall – Ostrzegam cię, Irytku...
- Dyrektorek jest mokry! – rechotał
Irytek.
Irytek wywalił język, cisnął ostatnią wodną
bombę i poszybował w górę ponad marmurowymi schodami, rechocząc jak wariat.
- Ruszać się! – powiedziała ostro profesor
McGonagall do przemoczonego tłumu – Do Wielkiej Sali, szybko! – Harry, Ron i
Hermiona ruszyli niepewnie po mokrej posadzce, ślizgając się co chwila, ku
podwójnym drzwiom po prawej stronie.
- Ej, zróbmy lodowisko! Pojeździmy sobie
na łyżwach! – krzyknął James II.
Ron mruczał coś ze złością pod nosem,
odgarniając sobie mokre włosy z twarzy.
Wielka Sala jak zawsze wyglądała wspaniale,
udekorowana odświętnie do uczty na rozpoczęcie roku szkolnego. W blasku setek
świec, unoszących się w powietrzu nad stołami, lśniły złote talerze i puchary.
Przy czterech długich stołach poszczególnych domów siedziało już mnóstwo
rozgadanych uczniów; u szczytu, po drugiej stronie piątego stołu, twarzami do
sali, siedziało gremium profesorskie.
Starsza Molly popatrzyła na dyrektora, a
późnej na Croucha i na Skeeter, jakby miała ich rozszarpać.
Było tu o wiele cieplej. Harry, Ron i
Hermiona przeszli obok stołów Ślizgonów, Krukonów i Puchonów i usiedli razem z
resztą Gryfonów w dalekim końcu sali, tuż obok Prawie Bezgłowego Nicka, ducha
Gryffindoru.
Duch Gryffindoru przyleciał się przywitać.
Perłowobiały i na półprzezroczysty, Nick miał
na sobie swój zwykły kubrak, ozdobiony jednak wyjątkowo wielką kryzą, która
zapewne miała podkreślić uroczysty charakter tego spotkania, ale i zapewnić
większą stabilność częściowo odciętej głowie.
- Dobry wieczór – powiedział, spoglądając na
nich z radością.
- Zależy dla kogo – odrzekł Harry, zdejmując
adidasy, by wyląc z nich wodę – Mam nadzieję, że pospieszą się z Ceremonią
Przydziału, umieram z głodu.
- Jedzenie – rozmarzyli się Ron i Hugo.
Ceremonia Przydziału nowych uczniów do
poszczególnych domów miała miejsce na początku każdego nowego roku szkolnego,
ale na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności Harry nie był obecny na żadnej
z nich poza tą jedną, kiedy sam po raz pierwszy znalazł się w Hogwarcie. Bardzo
chciał zobaczyć tegoroczną.
- Latający Ford i dementorzy w pociągu –
mówił Harry.
Nagle z końca stołu dobiegł go
podekscytowany, zdyszany głos:
- Hej, Harry! – Był to Colin Creevey,
chłopiec z trzeciej klasy, dla którego Harry był idolem.
Colin jęknął i zrobił się czerwony, kiedy
sobie przypomniał, co gadał.
- Cześć, Colin – odpowiedział bez zapału
Harry.
- Harry, zgadnij, co będzie! Zgadnij! Mój
brat zaczyna naukę! Mój brat Dennis!
Jessica parsknęła śmiechem, tak samo, jak
większość ludzi na sali.
- Ee... to wspaniale – Mówię ci, ale jest
przejęty! – zawołał Colin, podskakując na krześle – Mam nadzieję, że trafi do
Gryffindoru!
Colin złapał się za twarz czerwieniąc się
obficie.
Harry, trzymaj za niego kciuki, dobra?
- Ee... dobra.
Większość ludzi parsknęła śmiechem.
- Harry odwrócił się do Hermiony, Rona i
Prawie Bezgłowego Nicka.
- Bracia i siostry zwykle trafiają do tego
samego domu, prawda? – Miał na myśli Weasley'ów, których cała siódemka była w
Gryffindorze.
- Och, niekoniecznie – powiedziała Hermiona –
Bliźniaczka Parvati Patii jest w Ravenclawie, a przecież one są identyczne,
więc niby powinny być razem, no nie?
- Ja nie mam bzika na punkcję wróżbiarstwa
– stwierdziła Patil.
Harry spojrzał na stół nauczycielski i
pomyślał, że więcej przy nim pustych miejsc niż zwykle. Hagrid pewnie wciąż
przeprawia się przez jezioro z pierwszoroczniakami, profesor McGonagall
nadzoruje osuszanie posadzki w sali wejściowej, ale jest jeszcze jedno puste
krzesło... Kogo brakuje?
- A gdzie jest nowy nauczyciel Obrony Przed
Czarną Magią? – zapytała Hermiona, która też spoglądała na stół profesorów.
- Kto będzie nowym nauczycielem Obrony
Przed Czarną Magią w tym razem – spytała Euphemia.
Jeszcze nigdy nie mieli nauczyciela Obrony
Przed Czarną Magią, który by wytrzymał dłużej niż trzy semestry. Jak dotąd
Harry najbardziej polubił profesora Lupina, który zrezygnował w ubiegłym roku.
- Najwięcej się nauczyłem – stwierdził
Harry.
Przyjrzał się stołowi nauczycielskiemu. Nie,
na pewno nie było żadnej nowej twarzy.
- Może nie mogą znaleźć chętnego! –
powiedziała z niepokojem Hermiona.
- Ten, co mieliśmy, to bardzo straszny był
– powiedziała Hanna, mając na myśli fałszywego Moody'ego.
Harry ponownie spojrzał na stół
nauczycielski, tym razem przyglądając się wszystkim uważniej. Maleńki profesor
Flitwick, nauczyciel Zaklęć, siedział na stosie poduszek obok profesor Sprout,
nauczycielki Zielarstwa, która w kapeluszu na bakier na rozwianych szarych
włosach rozmawiała z profesor Sinistra, nauczającą Astronomii. Po drugiej
stronie profesor Sinistry siedział Snape, nauczyciel Eliksirów, z ziemistą
twarzą, tłustymi włosami i haczykowatym nosem – najmniej przez Harry'ego
lubiana osoba w całym Hogwarcie.
- Też cię nie lubię, Potter! – warknął
starszy Severus.
"Najmniej lubiana" to bardzo
łagodne określenie, bo tak naprawdę Harry nienawidził go z całego serca.
- Mówi to ten, co nazwał swojego syna
Severus! – parsknął śmiechem James II.
- Bo na koniec ostatniego roku zmieniłem o
nim zdanie, ale dowiecie się tego w ostatniej części – dodał, gdy już chcieli
zapytać, jaki to był powód.
Nienawiść Harry'ego do Snape'a można było
porównać tylko z nienawiścią, jaką Snape żywił do Harry'ego, która pogłębiła
się jeszcze bardziej w ubiegłym roku, kiedy Harry pomógł Syriuszowi uciec z
zamku tuż przed długim nosem Snape'a. Snape i Syriusz byli wrogami jeszcze z
lat szkolnych.
- Prawda – zgodził się młodszy Rogacz.
Krzesło po drugiej stronie Snape'a było
puste; Harry przypuszczał, że to miejsce profesor McGonagall. Dalej, przy
środku stołu, siedział profesor Dumbledore, dyrektor szkoły, we wspaniałej,
ciemnozielonej szacie ozdobionej wyszywanymi gwiazdami i księżycami;
- Dyrektorek, jak zwykle chcę się wyróżnić
– mruknęła Ginny, wywracając oczami.
jego siwa czupryna i broda lśniły w blasku
świec. Zetknął końce swoich długich, cienkich palców i wsparł na nich podbródek,
patrząc w sufit przez okulary-połówki, jakby się głęboko nad czymś zamyślił.
- Muszę skontaktować się dilerem dropsów –
powiedział głośno Albus II. Dumbledore zrobił się czerwony.
Harry też zerknął na sufit. Był zaczarowany i
zawsze wyglądał tak samo jak niebo nad zamkiem. Tym razem przemykały po nim
czarne i purpurowe chmury, a gdy z zewnątrz dobiegł grzmot, sklepienie przeciął
zygzak błyskawicy.
- Ojej, pospieszcie się – jęknął Ron,
siedzący obok Harry'ego – Mógłbym zjeść hipogryfa.
- Jakim cudem jesteś ciągle głodny, a
jesteś taki chudy! – jęknęła Fay.
Ledwo to powiedział, drzwi Wielkiej Sali
rozwarły się z hukiem i zapadła cisza. Profesor McGonagall wprowadziła długi
rząd pierwszoroczniaków. Harry'emu, Ronowi i Hermionie mokre szaty kleiły się
do ciała, ale to było nic w porównaniu z nowymi uczniami. Sprawiali wrażenie,
jakby przepłynęli jezioro wpław.
- Było super! – zawołał Denis podniecony.
Wszyscy dygotali z zimna i strachu,
podchodząc do stołu nauczycielskiego i zatrzymując się przed nim w szeregu,
twarzami do sali – wszyscy prócz najmniejszego z nich, chłopca o mysich
włosach, otulonego w coś, w czym Harry rozpoznał płaszcz z krecich futerek,
należący do Hagrida.
- Wpadłeś do jeziora, synku? – spytała
Apolonia i podeszła do Denisa z niezwykłą gracją i wdziękiem. Przytuliła go i
pocałowała go w czoło.
- Tak, mamusiu – westchnął zadowolonym
głosem, wtulając się w matkę jeszcze bardziej. Kiedy Madame Delacour usłyszała
"mamusiu" wzruszyła się i przytuliła go jeszcze bardziej.
- Dobrze, że się nie utopiłeś, kochanie –
mówiła do niego przerażonym głosem i była wyższa od Denisa – Jesteś moim synem
w takim samym stopniu, jak Bill – odparła pani Delacour – i skoro jesteście
moimi synami to mówicie mi per "mamo". Czy wyraziłam się jasno? –
spytała obu.
- Tak, mamo, to jest mój obowiązek jako
twojego syna, mamo – oznajmili obaj, a ta uśmiechnęła się szeroko. Przytuliła
Billa, całując go w czoło. Bill westchnął cicho, przytulając się do Apolonii.
Mimo że miała na sobie szpilki na wysokim obcasie była niższa od rudego
mężczyzny, bo Bill był bardzo wysokim mężczyzną, a pani Delacour była wysoka,
ale niższa i drobniejsza od Billa. Córki madame Delacour uśmiechały się do
siebie, a blondynka później przytuliła Denisa, nie mogąc się powstrzymać.
- Moi chłopcy – oznajmiła z miłością w
głosie.
- Kocham cię, mamo – mruknęli Bill i
Denis do blondynki.
- Ja też was kocham – odezwała się
Apolonia wyraźne wzruszona. Puściła ich i usiadła na kolanach swojego męża.
Płaszcz był tak wielki, że chłopiec wyglądał,
jakby miał na sobie futrzany namiot. Znad kołnierza wyglądała mała, wykrzywiona
z przejęcia buzia. Kiedy w końcu stanął w szeregu, dostrzegł Colina Creevey'a,
uniósł oba kciuki i oznajmił "Wpadłem do jeziora!"
Gabriele patrzyła na Denisa z iskierkami
miłości.
Najwyraźniej był tym zachwycony.
- Myślę, że teraz jestem bardziej
zachwycony sytuacją – powiedział Denis.
- A z czego pan tak się cieszy, panie
Creevey? – spytała Gabriele.
- A z tego, że taka piękna kobieta siedzi
mi na kolanach, pani Creevey – mruknął zachwycony Colin II i jęknął.
- Możecie przestać! – zawołał ich syn – W
przyszłości zachowujecie się jeszcze gorzej. Ciągle tylko szepczecie, patrzycie
na siebie z taką miłością i taką słodyczą, że aż mnie mdli. Zamykacie się w
swoim pokoju i domyślam się, co tam robicie!
- Faceci – mruknęła Adrenne
– Chciałabym, żebyś tak patrzył na mnie, jak tatuś patrzy na mamusię.
- Przypominam ci, że cię wpoiłem, Adrenne
– Adrenne założyła ręce na szyję Colina II i powiedziała:
- Bardzo mnie to cieszy, Lordzie Creevey,
że mnie wpoiłeś – i pocałowała go namiętnie w usta. Kiedy się oderwał,
powiedział:
- Lady Creevey jak zwykłe doskonale
całujesz – rzekł Colin II do żony. Antoine i Patrycja skrzywili się na maksa.
- Colin musisz się przyzwyczaić, że twoi
rodzice nie mogą bez siebie żyć – oznajmiła Alicja II – i się kochają, więc nie
jest w tym nic dziwnego z psychologicznego punktu widzenia, to jest bardzo
dobre.
Profesor McGonagall ustawiła przed
pierwszoroczniakami stołek o czterech nogach, a na nim złożyła bardzo starą,
wyświechtaną i połataną tiarę czarodzieja.
Pierwszoroczniacy utkwili w niej oczy i to
samo zrobiła reszta uczniów. Przez chwilę panowała cisza. Potem rozdarcie tuż
przy rondzie rozwarło się jak usta, a kapelusz zaśpiewał:
- Kolejna nudna piosenka – mruknął Hugo.
Tysiąc lub więcej lat temu,
Tuż po tym, jak uszył mnie krawiec,
Żyło raz czworo czarodziejów,
Niezrównanych w magii i sławie.
Śmiały Gryffindor z wrzosowisk,
Piękna Ravenclaw z górskich hal,
Przebiegły Slytherin z trzęsawisk,
Słodka Hufflepuff z dolin dna.
Jedno wielkie dzielili marzenie,
Jedną nadzieję, śmiały plan:
Wychować nowe pokolenie,
- Bla! Bla! Bla! – wtrącił się Hugo.
Czarodziejów potężnych klan.
Takie są początki Hogwartu,
Tak powstał każdy dom,
Bo każdy z magów upartych
Zapragnął mieć własny tron. Każdy inną
wartość ceni,
Każdy inną z cnót obrał za swą,
Każdy inną zdolność chętnie krzewi,
I chce jej zbudować trwały dom.
Gryffindor prawość wystawia,
Odwagę ceni i uczciwość,
Ravenclaw do sprytu namawia,
Za pierwszą z cnót uznaje bystrość.
Hufflepuff ma w pogardzie leni
I nagradza tylko pracowitych.
A przebiegły jak wąż Slytherin
- Ponieważ Ropuchy mamusia zginęła w
Komnacie, bo Wybraniec miał miecz jednego z nich – wtrącili się Fred i George –
i go zabił – Ropucha zrobiła się czerwona.
Wspiera żądnych władzy i ambitnych.
Póki żyją, mogą łatwo wybierać
Faworytów, nadzieje, talenty,
Lecz co poczną, gdy przyjdzie umierać,
Jak przełamać śmierci krąg zaklęty?
Jak każdą z cnót nadal krzewić?
Jak dla każdej zachować tron?
Jak nowych uczniów podzielić,
By każdy odnalazł własny dom?
To Gryffindor wpada na sposób:
Zdejmuje swą tiarę – czyli mnie,
A każda z tych czterech osób
Cząstkę marzeń swych we mnie tchnie.
Więc teraz ja was wybieram,
Ja serca i mózgi przesiewam,
Każdemu dom przydzielam
I talentów rozwój zapewniam.
Więc śmiało, młodzieży, bez trwogi,
Na uszy mnie wciągaj i czekaj,
Ja domu wyznaczę wam progi,
A nigdy z wyborem nie zwlekam.
Nie mylę się też i nie waham,
Bo nikt nigdy mnie nie oszukał,
Gdzie kto ma przydział, powiem,
Niech każde z was mnie wysłucha.
Kiedy Tiara Przydziału skończyła śpiewać,
Wielka Sala rozbrzmiała wiwatami i oklaskami.
- To nie jest ta piosenka, którą śpiewała,
kiedy nam dawała przydział – zauważył Harry, klaszcząc razem z innymi.
- Co rok jest nowa – rzekł Ron – Taki
kapelusz musi mieć chyba strasznie nudne życie, no nie? Pewnie przez cały rok
wymyśla następną.
- Prawda – zgodził się Dumbledore. Wyjątkowo
wszyscy się z nim zgodzili. Wyjątkowo.
Profesor McGonagall rozwijała już wielki zwój
pergaminu.
- Uczeń albo uczennica, której nazwisko
wyczytam, wkłada tiarę i siada na stołku - oznajmiła pierwszoroczniakom – Po
usłyszeniu swojego przydziału wstaje i siada przy odpowiednim stole – Ackerley,
Stewart!
Chłopiec uśmiechnął się.
Wystąpił jakiś chłopiec, dygocąc na całym
ciele, włożył Tiarę Przydziału na głowę aż po uszy i usiadł na stołku.
- Ravenclaw! – wrzasnęła tiara.
Krukoni uśmiechnęli się.
Stewart Ackerley zdjął kapelusz i pospiesznie
zajął miejsce przy stole Krukonów, którzy powitali go oklaskami. Harry
dostrzegł Cho, Szukającą Krukonów, zawzięcie oklaskując Ackerley'a. Przez
chwilę poczuł dziwną ochotę, by samemu usiąść przy stole Ravenclawu.
- Zaraz puszcze pawia! – jęknął James II.
- Baddock, Malcolm!
Baddock wypiął dumnie pierś.
- Slytherin! – Przy stole w drugim końcu sali
wybuchły wiwaty. Kiedy Baddock usiadł przy tym stole, Harry zobaczył
klaszczącego Malfoy'a. Zastanowił się przez chwilę, czy Baddock wie, że ze
Slytherinu wyszło więcej wiedźm i czarnoksiężników niż z innych domów. Fred i
George zasyczeli pogardliwie, kiedy Baddock usiadł.
- Branstone, Eleanor!
- Hufflepuff!
- Cauldwell, Owen!
- Hufflepuff!
Te osoby uśmiechnęli się, a Hufflepuff
wiwatował.
- Creevey, Dennis!
- Tatuś! – krzyknęły Adrenne i Patricia.
Pan Creevey uśmiechnął się szeroko do córek a one się do niego mocno
wtuliły.
- Synuś! – krzyknęła Apolonia i rzuciła mu
się na szyję i tuliła swojego syna. Denis zarumienił się.
- Mamo, nie przy ludziach! – jęknął Denis,
kiedy niektórzy parsknęli śmiechem.
Mały Dennis wyszedł z szeregu, potykając się
o zbyt długi płaszcz Hagrida, i w tym samym momencie sam Hagrid wszedł przez
drzwi za stołem nauczycielskim. Prawie dwukrotnie wyższy od przeciętnego
mężczyzny i przynajmniej trzy razy szerszy, z długimi, rozczochranymi czarnymi
włosami i zmierzwioną brodą, Hagrid wyglądał trochę przerażająco, ale było to
fałszywe wrażenie, bo Harry, Ron i Hermiona dobrze wiedzieli, że olbrzym ma
bardzo życzliwe usposobienie.
- Kochający mieć przerażające zwierzątka –
dodał Ron.
Mrugnął do nich, kiedy usiadł przy końcu
stołu nauczycielskiego i zaczął się przyglądać, jak Dennis Creevey wkłada Tiarę
Przydziału. Szpara przy rondzie rozszerzyła się i...
- Gryffindor! – ryknęła tiara.
- Tak – oznajmił Colin dumny z brata.
- Mój synuś – powiedziała pani Delacour z
miłością w głosie i go mocno przytuliła. Denis ponownie się zarumienił, bo
niektórzy parsknęli śmiechem.
- Gryffindor! Slytherin! – krzyczał George
II głosem Tiary Przydziału.
- Dolores Umbridge! – zawołał Fred II
głosem Minerwy.
- I wchodzi Umbridge, kobieta z twarzą
ropuchy. Siada i Minerwa włożyła tiarę na jej głowę i tiara mówi do Ropuchy –
mówił James II, jakby był lektorem.
- Blee do Azkabanu mi z nią! – skrzywił
się George II, naśladując głos Tiary. Sala ryknęła głośnym śmiechem. Umbridge
zrobiła wściekłą minę.
- Azkaban to nie dom, kochanieńki, chyba
coś ci się... – rzekł Fineas głosem landrynki. Ropucha zrobiła się jeszcze
bardziej czerwona. Większość ludzi parsknęła śmiechem.
- Nie marudź. Słyszałem, że dementorzy
dobrze całują! – przerwał mu George II. Sala parsknęła głośnym śmiechem.
- Wolałabym Korneliusza, ale niech będzie!
– Knot patrzył na Fineasa morderczym wzrokiem.
- Doooobra, niech ktoś zdejmę mnie z tej
Barbie. Chcę znowu usiądź na Kenia! – odezwał się rudy chłopak.
- Minerwo, ja nie chce znowu! – zawołał
Louis. George II cmoknął w stronę Louisa i do niego mrugnął.
- Tiara, uspokój się, dzieci patrzą! –
warknął Fred II głosem profesorki. Niektórzy parsknęli śmiechem.
- Profesorek Lockhart i tak straci pamięć
pod koniec drugiego tomu, Minne, więc daj się Gilderoy'owi wyszaleć, Minerwo –
rzekł George głosem tiary.
- CO?! – krzyknął przerażony Louis. Sala
ryknęła głośnym śmiechem. Minerwa zarumieniła się mocno. Chłopaki zaczęli
głośno się śmiać zwłaszcza Łapa, Rogacz, Lunatyk, Seamus, Ron, Harry, Jared,
Dean, Neville, Fred, George, Hagrid, Bill, Charlie, Frank I i Regulus. Leżeli
ze śmiechu na podłodze śmiejąc się wniebogłosy.
- Zajebiste! – śmiało się głośno większość
ludzi na sali.
Hagrid klaskał razem z Gryfonami, kiedy
Dennis, promieniejąc radością, zdjął tiarę, położył ją z powrotem na stołku i
pospieszył do swojego brata.
- Colin, wpadłem
- To było dwuznaczne Denis – stwierdził
Jared.
- Jared, Denis mówił o wpadnięciu do wody!
– warknęła na niego Daphne.
do wody! – powiedział piskliwym głosem,
rzucając się na puste krzesło – Mówię ci, ale było super! A w wodzie coś mnie
złapało i wepchnęło z powrotem do łódki!
- Ekstra! – ucieszył się Colin, równie jak on
podekscytowany – Dennis, to pewnie była wielka kałamarnica!
- Uauuu! – zawołał uradowany Dennis, jakby
nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach, nie był w stanie sobie wyobrazić, że
wpadnie do wstrząsanego burzą, straszliwie głębokiego jeziora i zostanie
uratowany przez olbrzymiego morskiego potwora.
- Jesteście tacy słodcy – oznajmiła dwie
wersje pani Potter.
- Dennis! Dennis! Widzisz tego chłopaka, o,
tam? Tego z czarnymi włosami, w okularach? Widzisz go? Wiesz, kto to jest?
- To Harry Potter bliznowaty! – pisnął
Draco podniecony, a Astoria przywaliła mu tył głowy.
Harry szybko odwrócił wzrok, wpatrując się w
Tiarę Przydziału, która teraz spoczywała na głowie Emmy Dobbs.
Ceremonia Przydziału trwała; chłopcy i
dziewczęta – z różnym stopniem przerażenia na twarzach – po kolei podchodzili
do stołka. Kolejka powoli się zmniejszała. Profesor McGonagall dotarła do
litery L.
- Szybciej – jęknął Ron, masując sobie
żołądek.
- Głodny byłem – powiedział Ron.
- Ty to zawsze jesteś głodny, Ron –
odparła Hermiona.
- Teraz to tracę dużo energii i muszę mieć
siłę, żeby cię cały czas zadowalać, pani Weasley, abyś jęczała z zadowolenia i
prosić o więcej, kiedy cię bzykam. To jest cudowna muzyka i słowa dla moich
uszów – wyszeptał Ron do jej ucha i pocałował ją w znak, a Hermiona wydała z
siebie głośne westchnienie zadowolenia – Jesteś taka piękna, moja bogini z
ubraniami czy też bez – wyszeptał jej do ucha. Hermiona oddychała ciężko.
- Ron, czego mi do robisz? – mruknęła
podniecona Hermiona – Przez ciebie jestem podniecona i myślę, tylko żeby rzucić
te szmatki i się z tobą kochać na ostro, tu i teraz! – i robiła wiatr. 'Hermiono,
uspokój się, wszyscy się na ciebie patrzą'. Mówiła w myślach.
- Możecie przestań się miziać! –
niewytrzymali Marcus, Amelie, Alina i Alan.
- Znajdzie sobie lepiej dziewczynę albo
chłopaka! – odparowali państwo Weasley. Cała trójka zarumienili się.
- No wiesz, Ron, Ceremonia Przydziału jest
chyba ważniejsza od pełnego brzucha – zauważył Prawie Bezgłowy Nick, kiedy
"Madley, Laura!" została Puchonką.
- No jasne, zwłaszcza jak się jest martwym –
warknął Ron.
Nicolas prychnął.
- Mam nadzieję, że tegoroczny zaciąg do
Gryffindoru stanie na wysokości zadania – rzekł Nick, oklaskując Natalię
McDonald, która usiadła przy ich stole – Nie chcemy przerwać zwycięskiej passy,
prawda? – W ciągu ostatnich trzech lat Gryffindor za każdym razem zdobywał
Puchar Domów.
- Pritchard, Graham!
- Slytherin!
- Quirke, Orla!
- Ravenclaw! - I wreszcie, po "Whitby,
Kevin!" ("Hufflepuff!"), Ceremonia Przydziału dobiegła końca.
Osoby uśmiechnęli się szeroko.
Profesor McGonagall wyniosła z sali tiarę i
stołek.
- Najwyższy czas – powiedział Ron, łapiąc za
widelec i nóż i spoglądając wyczekująco na swój talerz.
- Najwyższy czas – powiedział Hugo,
łapiąc za widelec i nóż i spoglądając wyczekująco na swój talerz. Rose,
Hermiona i Emilly popatrzyły na niego z niedowierzaniem – No co? Głodny jestem.
- Jaki ojciec taki syn! – jęknęła
Hermiona.
Teraz powstał profesor Dumbledore. Z
uśmiechem rozejrzał się po sali i rozwarł ramiona w geście powitania.
- Mam wam do powiedzenia tylko jedno – rzekł,
a jego głęboki głos zadudnił echem po Wielkiej Sali – Wsuwajcie.
- Wreszcie coś mądrze powiedziałeś,
dyrektorku! – zawołał Hugo i zaczął jeść.
- Brawo! – powiedzieli głośno Harry i Ron,
kiedy puste półmiski zapełniły się nagle potrawami. Prawie Bezgłowy Nick
patrzył tęsknie, jak Harry, Ron i Hermiona zgarniaj ˛a jadło na talerze.
- Aaaach, pychota... – mruknął Ron z ustami
pełnymi tłuczonych ziemniaków.
- Masz rację, tato – oznajmił Hugo.
- Macie szczęście, że w ogóle coś podano –
powiedział Prawie Bezgłowy Nick – Były pewne kłopoty w kuchni.
- Dlaczego? Co się stało? – zapytał Harry,
zmagając się z wielkim kęsem pieczeni.
- Irytek, rzecz jasna – odrzekł Prawie
Bezgłowy Nick, kręcąc głową, która zachybotała niebezpiecznie.
Irytek rechotał i zaczął śpiewać:
- Irma miała stówkę Angus miał
stówkę, kupili sobie miotle wyścigówkę. Angus sobie pierdnął, więc miotła
wyścigówka się mocno zdenerwowała ich mocno bzykała.
- IRYTEK! – ryknęli wściekli Irma i Angus,
kiedy sala, a zwłaszcza męska część głośno ryknęła śmiechem, leżąc na podłodze
śmiejąc się wniebogłosy.
Podciągnął nieco wyżej kryzę.
- To, co zawsze. Chciał wziąć udział w
uczcie... no, a to jest absolutnie nie do przyjęcia, sami wiecie, co to za typ,
za knut ogłady, jak zobaczy talerz, to nie może się powstrzymać, żeby nim w
kogoś nie cisnąć. Odbyliśmy naradę duchów... Gruby Mnich był za tym, żeby dać
mu szansę... ale Krwawy Baron bardzo rozsądnie, przynajmniej w mojej opinii,
przesądził sprawę.
Krwawy Baron się pojawił, więc Irytek się
uspokoił.
Krwawy Baron był duchem Slytherinu, posępnym,
milczącym widmem pochlapanym srebrnymi plamami krwi. On jeden w całym Hogwarcie
był w stanie zapanować nad Irytkiem.
- No tak, teraz rozumiem, dlaczego Irytek był
taki wkurzony – rzekł Ron – A co on zmalował w tej kuchni?
- Och, to, co zwykle – odpowiedział Prawie
Bezgłowy Nick, wzruszając ramionami – Spustoszenie. Porozrzucane garnki i
dzbanki. Cała kuchnia w zupie. Domowe skrzaty odchodzące od zmysłów ze
strachu... – Brzdęk.
- Byłeś bardzo niegrzeczny Irytku! – warknął
Krwawy Baron.
To Hermiona przewróciła złoty puchar. Po
stole popłynął dyniowy sok, plamiąc na pomarańczowo biały obrus, ale nie
zwracała na to uwagi.
- To tutaj też są domowe skrzaty? – zapytała,
wytrzeszczając oczy na Prawie Bezgłowego Nicka.
- Zaczyna się! – jęknął Ron.
- Ron! – warknęła Hermiona.
- Mam powiedzieć mamusi, co robiłaś? –
spytał Ron – Co robiłaś na uczcie?
- Oh! – zawołała przerażona pani Weasley,
kiedy usłyszała, że się głodziła. Na pewno będzie miała wykład od Molly Weasley
i Lily Potter.
- Ron, co zrobiła? – spytała Lady Weasley,
mrużąc oczy.
- Nic takiego, mamusiu – oznajmiła
Hermiona, ale głos miała niepewny.
- Hermiono Weasley, gadaj mi tu
natychmiast! – zawołały dwie wersje Molly. Wstała z kolan Artura i położyła
ręce na biodrach, robiąc tą swoją słyną pozę, a jej córka przełknęła ślinę.
Mino że miała szpilki na wysokim obcasie była niższa nawet, gdyby Hermiona nie
nosiła w ogóle szpilek, lecz je miała, więc była dużo wyższa od matki, a teraz
Molly patrzyła na nią z góry.
- Molly usiądź – powiedzieli dwie wersje
Artura. Kiedy pani Weasley usiadła na kolanach, wciąż patrzyła na córkę mrużąc
oczy.
- Tutaj, w Hogwarcie?
- Oczywiście – odrzekł Nick, patrząc na nią
ze zdumieniem – Chyba najwięcej w całej Wielkiej Brytanii, biorąc pod uwagę
jedno zabudowanie. Ponad setka.
- Nigdy żadnego nie widziałam!
- Bo prawie nigdy nie opuszczają kuchni w
ciągu dnia – powiedział Prawie Bezgłowy Nick – Wychodzą w nocy, żeby trochę
posprzątać, dopilnować kominków... Zresztą... nie powinniście ich widzieć,
prawda? Dobry domowy skrzat to taki, o którego istnieniu w ogóle się nie wie.
Ron i Harry wymienili spojrzenia.
Hermiona wpatrywała się w niego, nadal
wyraźnie wstrząśnięta.
- Ale przecież chyba dostają jakąś zapłatę?
Mają wakacje, prawda? I... i zwolnienia chorobowe, emerytury... wszystko?
Hermiona czuła na sobie wzrok Lady
Weasley.
Prawie Bezgłowy Nick zarechotał tak, że kryza
mu się zsunęła, a głowa odpadła, wisząc na skrawku widmowej skóry i mięśnia.
- Zwolnienia chorobowe i emerytury! –
zawołał, wpychając sobie z powrotem głowę na ramiona i zabezpieczając ją
ponownie kryzą – Domowe skrzaty nie chcą żadnych zwolnień chorobowych ani
emerytur! – Hermiona spojrzała na swoją prawie nietkniętą porcję, odłożyła
widelec i nóź i odsunęła talerz.
- Czy moja córka... – zaczęły Lady
Weasley przerażonym głosem.
- Jeśli chcesz, żebym potwierdził czy
przestała jeść, kiedy się dowiedziała, że skrzaty nie mają zapłaty wakacji,
zwolnień chorobowych, emerytury, to tak, przestała jeść i nic nie jadła przez
cały dzień – odpowiedział Harry. Hermiona popatrzyła na niego morderczym
wzrokiem.
- HERMIONO JEAN WEASLEY!!!!– ryknęły matki
Hermiony wściekłe, ale bardziej miały przerażony głos. Ta popatrzyła na nie i
przełknęła ślinę.
- Tak, mamusie? – spytała Pani Weasley, a
głos miała niepewny.
- Głodziłaś się, Hermiono! – warknęła na
nią Molly, ale głos miała przerażony.
- Nie możesz się głodzić, córeczko!–
krzyknęła jej drugą matka. Jej głos również brzmiał, jakby była przerażona.
- Ale...
- NIE MA ŻADNEGO "ALE"!!! –
ryknęły matki Hermiony. Hermiona miała łzy w oczach. Obie jej matki westchnęły
i przytuliły ją mocno do swojej piersi.
- Jestem twoją matką Hermiono – mówiła
lady Weasley, kiedy tuliła ją do swojej piersi – i po prostu się martwię, jak
każda matka martwi się o swoje dziecko, bo kocham cię nad żyje, córeczko!
- Mama ma rację, kochanie – powiedział Ron
– Nie patrz tak na mnie – kiedy Lady Weasley popatrzyła na syna, gdy tuliła
Hermionę – robiłem wszytko, żeby coś zjadła, ale jest uparta jak osioł.
- Tak, mamo, Hermiona jest uparta –
zgodził się Harry. Hermiona mocno się wtuliła w Molly.
- Chcesz się wykończyć? – spytała
najstarsza Lady w rodzinie Weasley do córki.
- Nie mamusiu!!! Przepraszam mamusiu!!! –
mówiła płaczliwie pani Weasley do jej piersi – Wiem, że to była głupota!!
Przepraszam mamusiu! To się więcej nie powtórzy, mamusiu!
- Już dobrze, kochanie!! – przerwała
Molly, próbując ją uspokoić, bo dostała atak paniki i histerii – Mamusia cię
bardzo mocno kocha i zawsze będzie przy tobie! Cii, uspokój się, mamusia nie
jest na ciebie zła! – i głaskała jej długie pięknie włosy. Hermiona westchnęła
zadowolonym głosem, wtulając się w panią Weasley. Kobieta powoli się uspokajała
– Zawsze będziesz LADY Weasley i PANIĄ Weasley i zawsze będziesz moją córeczką
i nieważne, ile będziesz miała lat, kochanie. Cii, mamusia jest przy tobie i nie
pozwoli, żeby stała się ci się krzywda – i pocałowała ją w czoło wyrażając
matczyne uczucia i emocje. Hermiona westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się
w panią Weasley, a ona jeszcze bardziej uspokoiła się – Moja córeczka.
- Kocham cię, mamusiu – mruknęła do jej
piersi. Hermiona i westchnęła zadowolonym głosem. Kiedy się uspokoiła późnej,
przytuliła się do Lily Potter. Ta poparzyła na nią z miłością.
- Kocham cię, córeczko – powiedziała Lady
Potter i pocałowała ją w czoło, wyrażając matczyne uczucia i emocje.
Hermiona westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w panią Potter jeszcze
bardziej.
- Ja Ciebie też kocham, mamusiu –
odpowiedziała zadowolonym głosem, wtulając się matkę.
- Och, 'haj spo'ój 'Emiono – powiedział Ron,
opryskując Harry'ego puddingiem – Uuups... ple'paham, 'Arry... –
Przełknął wreszcie.
Większość się skrzywiła, a Ron spalił
buraka.
- Nie załatwisz im zwolnień chorobowych,
głodząc się na śmierć.
- Praca niewolnicza – powiedziała Hermiona,
oddychając ciężko przez nos – Dzięki temu mamy tę ucztę. Dzięki pracy
niewolniczej – I nie zjadła już ani kęsa.
- Mamusiu – powiedziały córki, przytulając
się do matki – nie może mamusia...
- Wiem, córeczki. Ja to zrozumiałam i
dostałam wykład od waszych babć, ale wiem jedno: Ja kocham was nad życie – i
przytuliła swoje córki do swojej piersi.
Deszcz wciąż bębnił w wysokie, ciemne okna.
Kolejny grzmot wstrząsnął szybami, a burzliwe niebo rozbłysło, oświetlając
złote talerze, gdy znikły resztki pierwszego dania, a na stołach pojawiły się
desery.
- Hermiono, placek owocowy z syropem! –
zawołał Ron, machając ku niej ręką, by poczuła zapach – Ja cię kręcę, zobacz
Czekoladowy przekładaniec! – Ale Hermiona spojrzała na niego zupełnie tak, jak
profesor McGonagall, więc dał jej spokój.
- Widzicie? Robiłem wszystko! – zawołał
Ron.
Kiedy uporano się z deserami, i talerze, z
których znikły ostatnie okruszki, zabłysły czystym złotem, ponownie powstał
Albus Dumbledore. Wesoły gwar ucichł prawie natychmiast, słychać było tylko
wycie wiatru i bębnienie deszczu.
- Moi mili! – rzekł, uśmiechając się
promiennie – Skoro już wszyscy najedli się i napili – ("Yhm",
mruknęła Hermiona)
Dwie wersje Rogacza i Artura popatrzyli na
Hermionę z miłością, bo się o nią martwili.
- Przepraszam, tatusiowie – mruknęła pani
Weasley. Artur mocno ją przytulił. Hermiona poczuła się bezpieczniej, kiedy
pocałował ją w czoło – Kocham Cię tatusiu! – westchnęła zadowolonym głosem,
wtulając się w ojca jeszcze bardziej.
- Ja też Cię kocham, księżniczko.
- Nigdy więcej tego nie rób, kochanie – powiedział
pan Potter i też ją przytulił i pocałował w czoło.
- Przepraszam, tatusiu – westchnęła
zadowolonym głosem, wtulając się w Lorda Pottera – i kocham Cię tatusiu.
- Tatuś też Cię kocha, córeczko.
- Ona tylko nie jadła! – zawołała Pansy –
Żyje i róbcie z tego aferę!
- I tak tego nie zrozumiesz, Pansy –
odezwała się Euphemia.
- Najczęstszą przyczyną niedożywienia to
przede wszystkim utrata masy ciała, utrata tkanki tłuszczowej i masy
mięśniowej, a także ciągłe uczucie zmęczenia, senność, zatrzymanie miesiączki,
zaburzenia koncentracji, cienka i chłodna skóra, rozdrażnienie, apatia, zmiany
osobowości – wymieniała Alicja II – Miałam przypadki anoreksji albo bumini,
zwłaszcza dziewczyn w okresie dojrzewania, bo ciągle myślały, że są grube.
- A co to jest? – spytały dziewczyny
czystej krwi.
- Anoreksja to unikanie jedzenia i niemal
nieustanne zmniejszanie ilości spożywanych kalorii. Chory stosuje głodówkę i je
zdecydowanie mniej, niż wymaga tego organizm. Postrzega swoje ciało jako grube
i otyłe, dlatego rezygnuje z jedzenia. Jest też anoreksja bulimiczna, przejawia
się impulsywnym objadaniem się, następnie wymiotowaniem i stosowaniem środków
przeczyszczających. Chorzy wykonują restrykcyjne ćwiczenia, dążąc do obniżenia
masy swojego ciała oraz bulimia polega na występowaniu okresowego przejadania
się, a następnie prób oczyszczenia organizmu. Waga osoby chorej utrzymuje się
na stosunkowo stałym poziomie, a chory nie panuje nad epizodami żarłoczności.
Wydalanie jedzenia z organizmu prowokuje środkami na przeczyszczenie i
wymiotami – wytłumaczyła Alicja II – i to są poważne sprawy, Pansy.
- Moja żonka jest taka piękna, mądra i do
tego prześliczna! – zawołał Fred II, całując ją w usta. Alicja westchnęła
zadowolonym głosem, oddając pocałunek z taką samą mocą.
- Mam ochotę się z tobą pobzykać, Freddie
– mruknęła mu do ucha pani Weasley.
- Ja i mój sprzęt zawsze jest gotowy, Ali
– odparł pan Weasley.
- To moja córeczka jest taka mądra –
oznajmiły Angelina i Hanna dumne z córki.
- Ja i Alicja tworzymy mądrą parę –
stwierdził Fred II i pocałował ją namiętnie usta.
- muszę jeszcze raz prosić was o uwagę.
Pragnę wam przekazać parę informacji. Pan Filch, nasz woźny, prosił mnie, abym
wam powiedział, że lista przedmiotów zakazanych w obrębie szkoły została w tym
roku poszerzona o wrzeszczące jo-jo, zębate frysbi i niechybiające bumerangi.
Pełna lista zawiera chyba czterysta trzydzieści siedem przedmiotów i jest do
wglądu w biurze pana Filcha, jeśli któreś z was zechciałoby do niej zajrzeć.
- Szalejesz, ziom – powiedział James II do
Filcha.
Kąciki ust zadrgały mu lekko.
- Jak zawsze – ciągnął dalej – pragnąłbym wam
przypomnieć, że żaden uczeń nie ma prawa wstępu do Zakazanego Lasu, a uczniowie
pierwszej i drugiej klasy nie mogą odwiedzać Hogsmeade. Z najwyższą przykrością
muszę was też poinformować, że w tym roku nie będzie międzydomowych rozgrywek o
Puchar Quidditcha.
- CO!? – ryknęli młodsza wersja Huncwotów
oraz Regulus.
- Nie będzie meczów, bo kochanek
Weatherby'ego oraz Kordek sikający w portki i dyrektorek uzależnionego od
dropsów wymyślili sobie Turniej Trójmagiczny – odpowiedział Harry.
- Nie jestem uzależniony od dropsów,
Potter!! – wycedził Dyrektorek – I nie przypominam sobie, żebyśmy przeszli na
ty, Potter! Nie jesteś moim kolegą!
- I tu się z tobą wyjątkowo zgodzę,
Dumbledore – oznajmił Harry, a w jego oczach zabłysły grzmoty – Dla pana jestem
panem Potterem, bo mam tego dość i zrobię, co w mojej mocy, żeby tolerować pana
ekscentryczne metody. I ma pan rację nie jesteśmy kolegami, bo od pierwszego
dnia w Hogwarcie musieliśmy ratować sytuację z Ronem i Hermioną, kiedy pan
sobie siedział na dupie w swoim biurze i wyżerał dropsy.
- I do tego nie powiedziałeś, że Harry
jest moim bratem! – warknęła Hermiona.
- I do tego Nicole i Jessica są siostrami
Hermiony i Harry'ego – dodał Ron. Amélie zrobiła wielkie oczy.
- Co? – wydyszał Harry. Spojrzał na Freda i
George'a, którzy grali z nim w reprezentacji Gryffindoru. Poruszali ustami
bezdźwięcznie, najwyraźniej pozbawieni mowy – A nie będzie ich – ciągnął
Dumbledore – z powodu pewnego ważnego wydarzenia, które będzie trwało od
października przez cały rok szkolny, pochłaniając większość czasu i energii
nauczycieli. Jestem jednak pewny, że nie będziecie żałować.
- Na pewno nie będziemy żałować! – zawołał
Harry.
- Mam wielką przyjemność oznajmić wam, że w
tym roku w Hogwarcie... – Ale w tym momencie gruchnął grzmot, a drzwi Wielkiej
Sali rozwarły się z hukiem. W drzwiach stał jakiś mężczyzna spowity w czarny
płaszcz podróżny, wspierając się na długiej lasce. Wszystkie głowy zwróciły się
w stronę przybysza, nagle oświetlonego zygzakiem błyskawicy, która rozdarła
mroczne sklepienie. Odrzucił kaptur, strząsnął z oczu grzywę ciemnoszarych
włosów, po czym ruszył ku stołowi nauczycielskiemu, a głuchy stukot,
towarzyszący jego krokom, rozchodził się echem po całej sali. Doszedł do końca
stołu, skręcił w prawo i pokuśtykał ciężko w kierunku Dumbledore'a. Jeszcze
jedna błyskawica zajaśniała na sklepieniu.
- Kto to? – spytała Nicole wystraszona
jego wyglądem.
- "Szalonooki" – odpowiedział
Ron.
- Alastor Moody – powiedział Fred I.
Hermiona wciągnęła głośno powietrze. Blask
błyskawicy oświetlił twarz przybysza, uwydatniając każdy jej rys, a była to
twarz niepodobna do niczego. Wyglądała, jakby została wyrzeźbiona ze zbielałego
od wiatru i deszczu drewna, i to przez kogoś, kto nie bardzo wiedział, jak
powinna wyglądać twarz ludzka, a w dodatku niezbyt sprawnie posługiwał się
dłutem. Posiekana była licznymi bliznami. Usta wyglądały jak poprzeczne
rozcięcie, a sporej części nosa po prostu brakowało.
Dziewczyny pisnęły.
- Przynajmniej ma nos może nie cały, ale
zawsze to coś – stwierdził Hugo.
Ale tym, co budziło prawdziwe przerażenie,
były oczy przybysza. Jedno z nich było małe, czarne, paciorkowate. Drugie –
wielkie, okrągłe jak moneta i jaskrawoniebieskie. To niebieskie oko poruszało
się nieustannie bez jednego mrugnięcia, w górę, na dół, na boki, całkiem
niezależnie od
drugiego oka.
- To od tego oka dostał tę ksywkę –
oznajmił George I.
- Ten gość mnie przerażał – mruknęła
Angelina, wtulając się w męża, jeszcze bardziej. Jak na zawołanie drzwi
Wielkiej Sali rozwarły się z hukiem. W drzwiach stał jakiś mężczyzna. Twarz
przybysza, uwydatniając każdy jej rys, a była to twarz niepodobna do niczego.
Wyglądała, jakby została wyrzeźbiona ze zbielałego od wiatru i deszczu drewna,
i to przez kogoś, kto nie bardzo wiedział, jak powinna wyglądać twarz ludzka, a
w dodatku niezbyt sprawnie posługiwał się dłutem. Posiekana była licznymi
bliznami. Usta wyglądały jak poprzeczne rozcięcie, a sporej części nosa po
prostu brakowało. Oczy przybysza – jedno z nich było małe, czarne, paciorkowate
– drugie, wielkie, okrągłe jak moneta i jaskrawoniebieskie. To niebieskie oko
poruszało się nieustannie bez jednego mrugnięcia, w górę, na dół, na boki,
całkiem niezależnie od drugiego oka. Dziewczyny pisnęły przerażone
- Szalonooki! – zawołała Nimfadora.
- Kim jesteście! – zawołał wyciągając
różdżkę kiedy popatrzył na gości przyszłości z i przeszłości. 'No i się
zaczyna'. Pomyślała Alina.
- Stóp! – krzyknął Hugo.
- Jakaś czarna magia! – warknął Alastor.
- Byliśmy grzeczni – powiedział James II.
- Nie bawimy się w czarną magię – oznajmił
Fred II – Jak to mówi Louis "czarna magia jest a fe".
- Co? – spytał zdziwiony.
- Alastor chce krzesło – powiedział Frank
II.
- Krzesło dla Alastora! – krzyknął Teddy.
I nim przybysz się zorientował już siedział na krześle, zdziwiony. Trochę mu
się kręciło w głowie, bo krzesło się kręciło – Możemy Ci mówić Alasti?
- Więc Alasti odpocznij sobie trochę, bo
jesteś trochę zmęczony – oznajmił Nick.
- CO TU SIĘ DZIEJE! – ryknął Moody.
- Mamaste – odpowiedział Louis. Miał na
sobie buddyjskie ubranie – Jesteś strasznie nerwowy Alastorze, więc potrzeba
będzie ci medytacja, żeby oczyścić organizm z nerwowości – I nim się zorientował siedział na podłodze i
miał pozę jak do medytacji. Sala patrzyła na to z niedowierzaniem.
- Emmmmmmm! – zawołał Moody nie mogąc się
powstrzymać.
- Bardzo dobrze, Alastorze – odpowiedział
Louis.
- Emmmmmmm!! – sala ryknęła śmiechem.
- Medytuj codziennie Alastorze, a będziesz
szczęśliwy.
- Mamaste – odpowiedział Alastor do
Louisa.
- Jesteśmy z przyszłości, a ci są z
przeszłości – oznajmił Sebastian do Alastora.
- I czytamy sobie książki – dodali Lorcas
i Lysander.
- Jesteście nienormalni – oznajmiła
Minerwa po całej sytuacji.
- Jesteśmy aurorami i fajnymi zajebistymi
chłopakami – stwierdził Hugo.
- I dzięki temu, że jesteśmy tacy to
jeszcze żyjemy – mruknął Frankie.
W pewnej chwili rozjarzona niebieska tęczówka
powędrowała gdzieś w górę, aż w ogóle zniknęła, pozostawiając samo białko,
jakby jej właściciel przyglądał się tyłowi swej głowy. Przybysz doszedł do
Dumbledore'a. Wyciągnął rękę, również pokrytą bliznami, a Dumbledore ją
uścisnął, mrucząc coś, czego Harry nie dosłyszał.
- Załatwiłeś mi dilera dropsów Alasti? –
spytał Fred II.
- Tak, Mikołaju – odpowiedział George II.
Chyba zadał przybyszowi jakieś pytanie, a ten
potrząsnął głową bez uśmiechu i odpowiedział półgłosem. Dumbledore kiwnął głową
i wskazał przybyszowi wolne krzesło po swojej prawej ręce. Przybysz usiadł,
strząsnął szarą grzywę z twarzy, przyciągnął do siebie talerz z kiełbaskami,
podniósł go do resztek nosa i powąchał. Potem wyjął z kieszeni mały nóż,
nadział kiełbaskę na jego koniec i zaczął jeść.
- Grzeczny chłopczyk – oznajmił Hugo – Nie
marnuje jedzenia.
- Wiesz co Hugo, lecz się – odparła Rose –
na głowę.
Jego normalne oko utkwione było w kiełbasce,
ale niebieskie nieustannie miotało się we wszystkie strony, rozglądając się po
sali.
- Pragnę wam przedstawić naszego nowego
nauczyciela Obrony Przed Czarną magią – Dumbledore przemówił pogodnym tonem w
głuchej ciszy – profesora Moody'ego – Nowych profesorów zazwyczaj witano
gromkimi oklaskami, ale tym razem zaklaskali tylko Hagrid i sam Dumbledore.
- Może trzeba będzie iść do salonu mody? –
spytał Matt.
Po kilku klaśnięciach, które potoczyły się
echem w głuchej ciszy, i oni przestali. Wszyscy inni zdawali się tak
wstrząśnięci dziwacznym wyglądem Moody'ego, że tylko wytrzeszczali na niego
oczy.
- Moody? – mruknął Harry do Rona – Szalonooki
Moody? Ten, do którego wybrał się dzisiaj twój tata,
- Poprawka Harry, nasz tata – poprawił go
dwie wersje Artura.
żeby mu pomóc?
- Chyba on – odpowiedział cicho Ron.
- Co mu się stało? – szepnęła Hermiona – Co
się stało z jego twarzą?
- Pewnie lubi straszyć niegrzeczne dzieci,
mamo – powiedział Hugo – prawda?
- Yyyyy tak – rzekł Alastor.
- I takie dzieci sikają w portki! – zadrwił
Fineas.
- Nie wiem – odszepnął jej Ron, wpatrując się
w Moody'ego zafascynowany. Moody zdawał się nie zwracać najmniejszej uwagi na
to raczej chłodne powianie. Ignorując stojący przed nim dzban z sokiem
dyniowym, sięgnął do kieszeni płaszcza, wyciągnął piersiówkę i pociągnął z niej
tęgi łyk.
Moody warknął. Większość ludzi popatrzyła
na niego zdziwiona.
Kiedy podnosił rękę, aby się napić, skraj
płaszcza uniósł się o kilka cali i Harry zobaczył pod stołem kawałek drewnianej
nogi, zakończonej stopą z pazurami.
- Fajna noga, Alasti – powiedział
Scorpius.
Dumbledore ponownie odchrząknął.
- Jak właśnie mówiłem – rzekł, uśmiechając
się do setek uczniów przed sobą, z których każdy wpatrywał się wciąż w
Szalonookiego Moody'ego – w ciągu nadchodzących miesięcy będziemy mieli
zaszczyt być uczestnikami bardzo podniecającego wydarzenia, wydarzenia, które
nie miało miejsca już od ponad wieku.
- Dla mnie podniecające jest widzieć cię
nagą, Ginny – powiedział Harry do jej ucha, a Ginny westchnęła zadowolonym
głosem, wtulając się w męża jeszcze bardziej.
- Mam wielką przyjemność oznajmić wam, że w
tym roku odbędzie się w Hogwarcie Turniej Trójmagiczny!
- Pan chyba ŻARTUJE! – krzyknął Fred Weasley.
Napięcie wywołane pojawieniem się Moody'ego nagle prysło. Prawie wszyscy się
roześmiali, a Dumbledore zacmokał.
- Ja wcale nie żartuję, panie Weasley –
powiedział.
- Fred PAN dyrektor nie żartuję przecież –
oznajmiła Hermiona z sarkazmem.
- Choć teraz, jak już pan o tym wspomniał,
przypomniał mi się znakomity dowcip, który usłyszałem tego lata, o trollu,
wiedźmie i krasnoludku, którzy wchodzą do baru i...
- Fajnie – skoczyły dwie wersje Lily.
Profesor McGonagall odchrząknęła głośno.
- Ee... ale może nie czas, żeby... – zmieszał
się Dumbledore – Na czym to ja skończyłem? Aha, na Turnieju Trójmagicznym... no
więc tak... niektórzy z was nie wiedzą, na czym taki turniej polega, więc mam
nadzieję, że ci, którzy wiedzą, wybaczą mi to krótkie wyjaśnienie, pozwalając
swoim myślom błąkać się swobodnie. Otóż pierwszy turniej odbył się jakieś
siedemset lat temu, jako przyjacielskie współzawodnictwo trzech największych w
Europie szkół magii i czarodziejstwa: Hogwartu, Beauxbatons i Durmstrangu.
Fleur pocałowała w policzek Billa.
- Każda szkoła wybierała swojego
reprezentanta, a owych trzech reprezentantów rywalizowało między sobą w trzech
magicznych zadaniach. Turniej odbywał się co pięć lat, po kolei w każdej
szkole, i w powszechnej opinii był znakomitą okazją do zadzierzgnięcia trwałych
więzi między młodymi czarownicami i czarodziejami różnych narodowości.
- Na tym turnieju się poznaliśmy, Fleur! –
rozmarzył się Bill, a Fleur pocałowała go w namiętnie w usta.
- Przynajmniej z tego turnieju był
jeden pożytek – oznajmiła Lady Weasley – A pożytek jest taki, że poznałam wtedy
moje córeczki, które teraz je kocham nad życie – I nim się zorientowała była
przytulała przez dwie ćwierć wille.
- Moje słoneczka – powiedziała pani
Weasley z miłością.
- Mamusia – mruknęły i zamknęły oczy, po
czym westchnęły zadowolonym głosem, wtulając się w panią Weasley jeszcze
bardziej, a ta miała łzy wzruszenia. Kiedy jej córki mówią do niej mamusia
przytuliła je do swojej piersi.
- Fleur ja...
- Jestem mamusiu twoją córeczką, bo po
pierwsze: Nazywam się Weasley. Po drugie: Mam znak na szyi. Po trzecie: Mam
biżuterię rodu Weasley, którego nie dam rady zdjąć. Po czwarte: Mamusia dała
małą wskazówkę na zegarze rodzinnym i nie ma mamusia innego wyjścia, musi się
mamusia z tym pogodzić, że jestem twoją córeczką, mamusiu – przerwała jej
Fleur, a Molly uśmiechnęła się do niej i przytuliła ją do swojej piersi i
pocałowała ja w czoło a Molly westchnęła zadowolonym głosem wtulając
się w córkę jeszcze bardziej.
- Pani Weasley, pani Creevey – powiedziała
Lady Weasley z uśmiechem na twarzy.
- Nie mamusiu dla ciebie jesteśmy
córeczkami, a ty jesteś naszą mamusią dla tych debili jesteśmy PANIAMI Weasley
i PANIĄ Creevey – oznajmiły z uśmiechem na twarzy Fleur i Gabriele – Prawda,
mamusiu?
- Oczywiście, moje skarby – odparła Lady
Weasley.
- Niestety, ofiar śmiertelnych było tyle, że
w końcu zaprzestano organizować turnieje.
- Ofiar śmiertelnych? – szepnęła Hermiona z
lekko przerażoną miną. Większość uczniów nie podzielała jednak jej niepokoju.
Wielu szeptało między sobą w podnieceniu, a samego Harry'ego bardziej
interesowało dowiedzenie się czegoś więcej o turnieju niż zajmowanie się
ofiarami śmiertelnymi sprzed kilkuset lat.
Pani Diggory miała łzy w oczach.
- W ciągu wieków podejmowano próby powrotu do
tradycji turnieju – ciągnął Dumbledore – ale żadna się nie powiodła. Nasz
Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów i Departament Czarodziejskich
Gier i Sportów uznały jednak, że nadszedł czas na jeszcze jedną próbę.
Pracowaliśmy ciężko przez całe lato, by mieć pewność, że tym razem żaden mistrz
nie znajdzie się w śmiertelnym zagrożeniu.
- Jasne! – krzyknął Harry sarkastycznie.
- Dyrektorzy Beauxbatons i Durmstrangu
przybłędą do nas w październiku z listami kandydatów, a wybór trzech
reprezentantów odbędzie się w Noc Duchów.
Większość uczniów patrzyła na Harry'ego.
- Dlaczego patrzycie się na mojego syna! –
krzyknęły dwie wersje Lily orez młodsza wersja Molly przerażonym głosem.
- Bo Harry będzie w nim uczestniczył –
odezwała się Alina nie swoim głosem. Wszyscy na nią spojrzeli.
- Co masz na myśli? – zapytał Adrian,
zaniepokojony. Alina nie mogąc się powstrzymać, powiedziała:
- W tej książce Czarny Pan powróci – Dalej
nic nie powiedziała, jakby się powstrzymywała od wypowiedzenia przepowiedni.
- Niezależny sędzia osądzi, którzy uczniowie
najbardziej zasługują na to, by współzawodniczyć o Puchar Turnieju
Trójmagicznego, chwałę swojej szkoły i tysiąc galeonów.
- Wchodzę w to! – syknął Fred Weasley, a
twarz mu się rozjaśniła na myśl o takiej chwale i bogactwie.
- Ani mi się waż! – warknęła Nicole.
- Nickuś, to już się wydarzyło.
- Nie mów... do mnie... Nickuś!!! –
Zaczynając zdanie była wciekła, ale gdy Fred pocałował ją w znak miała rozmarzona
minę i głos.
A nie był wcale jedyną osobą, która już
wyobrażała sobie siebie jako reprezentanta Hogwartu. Harry widział przy każdym
stole uczniów wpatrzonych z najwyższym przejęciem w Dumbledore'a lub
szepczących gorączkowo do swoich sąsiadów. Ale Dumbledore znowu przemówił i w
sali natychmiast zaległa cisza.
- Wiem, że każde z was pragnęłoby zdobyć
Puchar Turnieju Trójmagicznego dla Hogwartu. Dyrektorzy poszczególnych szkół i przedstawiciele
Ministerstwa Magii uzgodnili jednak, że w tym roku zastosujemy ograniczenie
wieku kandydatów.
- Zgadzam się – powiedziały kobiety z
przeszłości.
- Alison, dlaczego masz taką minę? –
spytała młodsza Molly pania Finnigan.
- Normalną mam minę – mruknęła Alison.
- Mogą się zgłaszać tylko ci, którzy
ukończyli siedemnaście lat. Uważamy to – tu podniósł nieco głos, bo w sali
rozbrzmiało kilka okrzyków oburzenia i zawodu, a Fred i George Weasley'owie
wyglądali, jakby dostali nagłego napadu szału.
Harry prychnął.
- za niezbędne, jako że zadania turniejowe
będą wyjątkowo trudne i niebezpieczne, i choć zostaną przedsięwzięte wszelkie
środki ostrożności, nie sądzimy, by uczniowie poniżej szóstej i siódmej klasy
mogli sobie z nimi poradzić. Osobiście dopilnuję, by żaden uczeń, który nie ma
jeszcze siedemnastu lat, nie próbował oszukać niezależnego sędziego co do swego
wieku, by dostać się na listę kandydatów.
- Jasne, to się zawsze udaje, kiedy
dyrektorek Dumbledore jest na straży! – wycedziła Ginny wtulając się w męża.
Harry pocałował ją w czoło pani Potter westchnęła zadowolonym głosem.
- O czym ty mówisz?! – krzyknęła młodsza
Molly. Dwie wersje Lily, Marlene i Dorcas były przerażone.
- Dowiecie się – mruknął Albus II.
Jego jasnoniebieskie oczy drgnęły, kiedy
przez chwilę zatrzymał wzrok na buntowniczych twarzach Freda i George'a.
- Dlatego proszę was, byście nie marnowali
czasu na zgłaszanie się, jeśli nie macie siedemnastu lat. Delegacje Beauxbatons
i Durmstrangu przybędą w październiku i pozostaną w Hogwarcie prawie do końca
tego roku.
Fleur przejechała po policzkach Billa,
mając iskierki miłości. Następnie go mocno pocałowała.
- Awwwwww! – zawołały dziewczyny i kobiety
wzruszone.
- Potrzebuje cię, Bill – wyszeptała Fleur
– Potrzebuję cię tam na dole, proszę. Musisz we mnie wejść. Potrzebuję cię tam.
Kiedy tam jesteś jestem wtedy bezpieczna i szczęśliwa.
- Cii... Lady Weasley, Lord Weasley zrobi
dla swojej pani wszystko.
- Czyli mnie przelecisz, tak? – zapytała
się go w jego ucho erotyczne i podniecona i z nadzieją w głosie.
- Oczywiście, słoneczko. Pan Weasley
przeleci panią Weasley, bo to jest Lorda obowiązek, żeby jego Lady była
szczęśliwa i bezpieczna – odparł Bill takim głosem, że Fleur zrobiło się mega
gorąco.
- Mamo, dobrze się czujesz? – spytał
Louis, widząc minę blondynki.
- Cudowne, syneczku, bo twoja mamusia
będzie miała z twoim tatusiem cudowną noc! – rozmarzyła się pani Weasley – bo
twój tatuś przeleci twoją mamusię. I kiedy twój tatuś będzie ze swoją męskością
i będzie poruszał w środku twojej mamusi to twoja mamusia będzie wtedy
bezpieczna i szczęśliwa – wzdychała zadowolonym głosem, wtulając się w męża
jeszcze bardziej – bo twój tatuś to prawdziwy mężczyzna i wie jak zaopiekować
się twoją mamusią.
- Mamo/Ciotka/Fleur/Weasley! Przestań! Nie
chciałem znać aż takich szczegółów! – jęknęli synowie Fleur i synowie jego
rodzeństwa oraz jej bracia i cała reszta. Bill zarumienił się, jak jego włosy,
a sala patrzyła na nią wielkimi oczami z otwartą szczęką. Pani Weasley nic z tego sobie nie robiła, tylko uśmiechała
się dumnie, a pan Weasley wygiął dumnie pierś.
Jestem pewny, że okażecie naszym zagranicznym
gościom prawdziwą, godną naszej szkoły gościnność,
- Dzięki temu Fleur poznała Billa i teraz
jest w związku małżeńskim Billem, stała się też moją siostrą! – zawołały
Angelina, Nicole, Hermiona, Ginny i Charlotta szczęśliwym głosem, przytulając
Fleur.
- Nie zapominajcie, że Fleur i Gabriele są
teraz Siostrami Wojowniczkami, bo mają pierścień na palcu i dzięki temu są też
moimi siostrami we wszystkim, oprócz węzłów krwi – dodały Siostry Wojowniczki i
przytuliły je wszystkie.
- Siostrzyczki, kocham was – oznajmiły
pani Weasley i pani Creevey. Miały rozmarzone głosy i miny, kiedy je
puściły.
- A ja was drogie siostrzyczki – odparły
zadowolonym głosem.
- Z tego co wiem, tego nie można złamać,
bo nie możecie zdjąć pierścienia – oznajmiła Victoire. Single się ślinili,
kiedy tak stały.
a naszemu reprezentantowi szczere i
bezwarunkowe poparcie. No, ale już jest późno, a wiem, jak bardzo zależy
każdemu z was, by jutro rano wstać wypoczętym i gotowym do rozpoczęcia nauki.
Pora spać Zmykajcie! – Dumbledore usiadł i zaczął rozmawiać z Szalonookim
Moodym. Wybuchł gwar, rozległo się szuranie krzeseł i stóp, gdy wszyscy
uczniowie powstali i ruszyli tłumnie ku podwójnym drzwiom wiodącym do sali
wejściowej.
- Nie mogą nam tego zrobić! – powiedział
George Weasley, który nie przyłączył się do tłumu szturmującego drzwi, tylko
stał nadal przy stole, łypiąc wściekle na Dumbledore'a.
- Skrzywdziłeś mojego brata Harry'ego! –
warknęli Fred i George do Dumbledore – a Dursley'ów mam zamiar wysłać w kosmos,
a później ciebie Dropsie i kochanka Weatherby'ego.
- Wysłałeś moją żonę do Ameryki – dodał
Fred.
- Cii jestem tutaj. Nigdzie się nie
wybieram, kochanie – odparła Nicole – Jestem twoja na zawsze. Wieczorem zrobię
ci dobrze – powiedziała, całując go w policzek.
- Muszę widzieć cię nagą. Zrobisz to dla
mnie? Potrzebuje cię – wystękał Fred I podniecony.
- Oczywiście kochanie. Musimy spać nago,
bo spaliłam wszystkie nasze piżamy – mruknęła mu do ucha podniecona Nicole.
- Fred popraw spodnie! – zadrwił George I.
- Kończymy siedemnaście lat w kwietniu, i co,
nie dadzą nam szansy?
- Ja tam mam ich w nosie i się zgłaszam –
oświadczył Fred, który również patrzył spode łba na stół nauczycielski –
Reprezentanci będą mogli robić mnóstwo rzeczy, na które normalnie nikomu by nie
pozwolono.
- I piękne łaski będą cię wielbić – dodali
Fred i George. Angelina i Nicole popatrzyły wzrokiem na swoich mężów, że ci
uśmiechnęli się nerwowo – To znaczy, po co komu jakieś tam laski skoro ja mam
najpiękniejszą, najseksowniejszą, najcudowniejszą i najbardziej inteligentna
kobietę na całym świecie.
- Zapamiętaj sobie Weasley, że jesteś mój
– powiedziały.
- No i tysiąc galeonów nagrody!
- Taak – mruknął Ron z niezbyt przytomną miną
– Tak, tysiąc galeonów...
- Może wtedy kupicie sobie dom! – zadrwił
Draco.
- Fretko możesz się zamknąć! – warknął
Harry.
- Słuchajcie – powiedziała Hermiona – jak się
stąd nie ruszycie, to tylko my pozostaniemy w sali. Ruszyli więc w kierunku
sali wejściowej. Bliźniacy dyskutowali o tym, w jaki sposób Dumbledore może
powstrzymać od zgłoszenia się do turnieju tych, którzy nie mają jeszcze
siedemnastu lat – Kim jest ten niezależny sędzia, który ma zadecydować o tym,
kto będzie reprezentował szkoły?
- Co to będzie? – spytał Fleomont.
Większość ludzi popatrzyła po sobie.
- A jaki jest tytuł tej książki? – spytali
jednocześnie Adrian, Alina, Marcus i Amélie – Wszyscy, którzy nie uczestniczyli
w owym wydarzeniu powiedzieli zgodnie:
- Czara Ognia.
- Nie mam pojęcia – odrzekł Fred – ale to
jego trzeba będzie wykołować. George, myślę, że parę kropel eliksiru
postarzającego może wystarczyć...
- Ani mi się ważcie! – zawołały dwie
wersje Lily i Molly przerażone.
- Mamusie, to się już wydarzyło – odparli
Fred i George beztrosko. Lily nie mogła się powstrzymać i przytuliła ich do
siebie i pocałowała ich obu w czoła. Ci westchnęli zadowolonym głosem wtulając
się w panią Potter.
- Kocham was obu bardzo mocno i dziękuję,
że traktujecie Harry'ego jak brata.
- Bo jest naszym bratem, tak samo, jak ty
jesteś naszą mamą – odpowiedzieli Fred i George. Lily zalała się łzami i
wtuliła się w nich.
- Proszę, mówcie mi obaj per
"mamo" błagam! – wyszeptała, patrząc na George'a z nadzieją.
- Oczywiście, mamo – odpowiedział George
do Lily, a ta wtuliła bliźniaków jeszcze bardziej, a ci pocałowali ją w czoło.
Lily westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w synów jeszcze bardziej.
Rogacz pokazał im po kciuku, kiedy tulili jego żonę. Większość ludzi patrzyła
ze wzruszona na tę scenę.
- Obrzydlistwo. Oni... – zaczęła Mariette.
- Cicho siedź! – warknęła Nicole i
przykleiła jej usta taśmą.
- Przecież Dumbledore wie, ile macie lat –
powiedział Ron.
- No tak, ale to nie on wybierze zawodników,
prawda? Mnie tam się wydaje, że jak już ten sędzia pozna tych, którzy się
zgłoszą, wybierze po prostu najlepszego z każdej szkoły, nie zastanawiając się
nad jego wiekiem. Dumbledore stara się tylko powstrzymać nas od zgłoszenia.
- Zgadza się – powiedział Harry.
- Mam cholerne złe przeczucia! – zawołały
dwie wersje pani Potter.
- Pamiętajcie, że w tym turnieju ludzie
tracili życie! – odezwała się Hermiona zaniepokojonym tonem, kiedy przeszli
przez drzwi ukryte pod gobelinem i zaczęli się wspinać po kolejnych, węższych
już schodach.
- Tak, ale to było parę wieków temu –
stwierdził lekceważąco Fred – A zresztą, bez odrobiny ryzyka nie ma prawdziwej
zabawy.
- Prawdziwa zabawa to na przykład walka ze
smokiem albo pływanie w jeziorze, albo labirynt, a na deser wypad na cmentarz –
odezwał się Harry.
- CO!!? – ryknęli goście z przeszłości
albo, ci którzy nie wiedzieli, patrząc na bliznowatego przerażonym wzrokiem.
- Tak mi się tylko powiedziało – mruknął i
uśmiechnął się nerwowo Harry.
- Hej, Ron, jak wymyślimy jakiś sposób, żeby
wykołować Dumbledore'a, to się zgłosisz?
- A co ty o tym myślisz? – zapytał Ron
Harry'ego – Fajnie by było znaleźć się na liście, co? Ale pewnie wybiorą kogoś
starszego... pewnie uznają, że my chyba jeszcze za mało umiemy...
Harry uśmiechnął się nerwowo do Rona.
- Ja tam dobrze wiem, że za mało umiem –
rozległ się za plecami Freda i George'a ponury głos Neville'a – Chociaż babcia
na pewno by chciała, żebym spróbował, zawsze powtarza, że powinienem dbać o
honor rodziny.
- Neville – mruknęła Augusta – Jestem z
Ciebie taka dumna – i przytuliła go do siebie, po czym pocałowała go w czoło.
- Naprawdę tak myślisz babciu?
- Tak, Neville – powiedziała Lady
Longbottom – i dbasz o honor rodziny, jak twój ojciec i zakochałeś się w
piękniej i zdolnej dziewczynie. Tak samo zrobił twój ojciec, zakochując się w
twojej mamie, która jest zdolną i piękną czarownicą i jesteś w przyszłości
profesorem Zielarstwa. Jako babcia nie mogłam być bardziej dumna.
- I do tego jesteś bardzo odważny, tatusiu
dlatego tiara wybrała cię do Gryffindoru – oznajmiła Alicja II – Twój czas
przyjdzie i pokażesz na co cię stać.
- I do tego kochasz swoje dzieci. Wiele
razy mi mówiłeś, że mnie bardzo mocno kochasz, tatusiu – dodała Lily II.
- Bo jesteś moją córeczką, Lily w takim
samym co Alicja – rzekł Neville. Obie córki przytuliły się do Neville'a mocno.
- Jestem pewna, gdyby stała mi, mamusi i
Alicji krzywda pierwszy byś chciał nas ratował. A dlaczego tatusiu? –
spytała Lily II.
- Bo jestem waszym tatusiem i Hanny
mężem – mruknął pan Longbottom. Hanna, siedząc mu na kolanach przejechała
palcami po policzkach i namiętnie go pocałowała w usta.
- Kocham cię, mój Lordzie – oznajmiła mu z
rozmarzoną miną, a Neville przytulił się do piersi Hanny – Musisz jeszcze
wytrzymać skarbie, ulżysz sobie w nocy – wyszeptała Hanna podniecona i
przytuliła go. Poczuła, że jest podniecony.
- Chciałbym widzieć cię nagą – mruknął.
- Kochanie oczywiście, że będziesz mnie
widział nagą, bo nie mamy już piżam, bo je spaliłam – Hanna miała rozmarzona
minę na samo wspomnienie spalonych piżam.
- Będę musiał... auuu! – Noga zapadła mu się
w stopień w połowie schodów. W Hogwarcie było wiele takich fałszywych stopni, a
akurat ten większość uczniów znała tak dobrze, że przeskakiwała go bez
zastanowienia, ale Neville miał nieustannie kłopoty z pamięcią.
- Longbottom, jak ty zostałeś profesorem?
– spytał Zachariasz z niedowierzaniem
- A ja powiem ci twoją przyszłość, bo mam
dar przewidywania przyszłości, Zachariaszu – oznajmił Fred II mistycznym głosem
– Sybilla pożyczę sobie twoją kulę, żebym mógł otworzyć moje wewnętrzne oko – i
bez jej odpowiedzi zabrał jej kule i mówił mistycznym głosem – Tak, widzę...
Mam wizję, Zachariaszu... Zachariaszu mam dla Ciebie bardzo złą wiadomość. W
przyszłości zostałeś osłem i nic nie dało się z tym zrobić. Przykro mi,
Zachariaszu. Kula mi pokazała, żebym dał ci marchewkę, bo osły lubią marchewkę.
Masz marchewkę i się zamknij – i rzucił mu marchewkę. Smith patrzył jadowicie i
czerwony na Weasley'a. Większość ludzi parsknęła śmiechem.
- Dzięki, Fred! – uśmiechnął się przyszły
profesor.
- Zawsze do usług, tato – rzekł Fred II –
Lubię być komikiem – Hanna przytuliła Freda mocno do siebie i popatrzyła na
niego z miłością – Mamo, a to za co? – spytał.
- A musi być jakiś powód, żeby przytulić
swojego syna? – odpowiedziała pytanie na pytanie Lady Longbottom.
- A wiesz, co mamo, przytulaj mnie dowoli
– stwierdził lord Weasley.
- Dobrze, synku – powiedziała pani
Longbottom i ponownie go przytuliła i pocałowała go w czoło.
- Kocham cię, mamo – oznajmił Fred II i wtulił się Hannę.
- Ja Ciebie też kocham bardzo mocno,
skarbie – mruknęła Hanna i wtuliła do swojej piersi syna.
Harry i Ron chwycili go pod pachy i
wyciągnęli z pułapki, podczas gdy zbroja stojąca na podeście u szczytu schodów
podzwaniała i zgrzytała, zanosząc się śmiechem.
- Przymknij się – warknął Ron, zatrzaskując
jej przyłbicę, kiedy przechodzili obok. Doszli korytarzem do tajemnego wejścia
do Gryffindoru, ukrytego za wielkim portretem otyłej damy w jedwabnej różowej
sukni
- Hasło? – zapytała, kiedy podeszli.
- Banialuki – odrzekł George – Tak mi
powiedział na dole prefekt.
- Wujek Percy byłby w żywiole – stwierdził
Hugo – Przepraszam, odsunąć się jestem perfekcyjnym prefektem naczelnym! –
Większość ludzi parsknęła śmiechem. Percy zrobił się czerwony.
Portret odchylił się, ukazując dziurę w
ścianie, przez którą przeleźli do pokoju wspólnego. Trzaskający ogień na
kominku ogrzewał dużą, okrągłą komnatę, pełną wysłużonych foteli i stolików.
Hermiona rzuciła posępne spojrzenie na roztańczone wesoło płomienie, a Harry
usłyszał, jak mruknęła: "Praca niewolnicza", zanim powiedziała im
dobranoc i zniknęła na schodach wiodących do sypialni dziewcząt.
Harry z Ronem wymienili spojrzenia.
Harry, Ron i Neville wspięli się po
ostatnich, spiralnych schodach do swojego dormitorium na samym szczycie wieży
Gryffindoru. Przy ścianach stało tam pięć łózek, każde z czterema kolumienkami
w rogach, między którymi wisiały ciemnoczerwone zasłony. Przy każdym stał w
nogach kufer właściciela. Dean i Seamus szykowali się już do snu.
- Teraz ze mną się szykujesz do snu, ale
najpierw spełniamy swój małżeński obowiązek – wyszeptała lady Finnigan mu do
ucha.
- Pamiętaj, wysadziłem w powietrze
wszystkie nasze piżamy i nie mamy niestety żadnej piżamy, bo nie potrzebujemy –
wyszeptał jej do ucha Seamus.
- Oczywiście, że nie potrzebujemy. Wolę
spać nago i żebyś podziwiał moje gołe ciało, panie Finnigan, a ja twoją męskość
– wystękała Susan podnieconym głosem.
- Ale jesteś seksowna, pani Finnigan –
mruknął Seamus. Susan wtuliła się w męża jeszcze bardziej i westchnęła
zadowolonym głosem.
Seamus przypiął sobie nad łóżkiem irlandzką
rozetkę, a Dean plakat Wiktora Kruma nad nocnym stolikiem. Obok wisiał jego
stary plakat z piłkarską drużyną West Ham.
- Kretyństwo – mruknął Ron, kręcąc głową na
widok całkowicie nieruchomych zawodników. Harry, Ron i Neville przebrali się w
piżamy i powskakiwali do łózek.
Ginny i Hermiona popatrzyły na nich.
- Spaliłam twoje piżamy – wyszeptały.
- A ja twoje. Było z tego
nieźle ognisko – odparli Ron i Harry.
Ktoś – bez wątpienia jakiś domowy skrzat –
powsadzał im między prześcieradła ogrzewacze. Cudownie było leżeć sobie w
ciepłym łóżku i słuchać szalejącej na zewnątrz burzy.
- Wiesz, ja bym mógł się zgłosić – napłynął
do Harry'ego z ciemności senny głos Rona – gdyby Fred i George wymyślili jak...
a ty... nigdy nie wiadomo, co?
- Ani mi się waż! – warknęła młodsza
wersja jego matki.
- Chyba nie... – Harry przewrócił się na bok.
Oczami wyobraźni zobaczył całą serię scen... Wyprowadza w pole niezależnego
sędziego... zostaje reprezentantem Hogwartu... stoi na szkolnych błoniach,
unosi ręce w geście triumfu, a cała szkoła wrzeszczy i klaszcze z zachwytu...
Tak, zdobył Puchar Turnieju Trójmagicznego...
Większość uczniów patrzyła na niego.
wśród tłumu uczniów dostrzega wyraźnie Cho, z
podziwem na twarzy...
Ginny prychnęła.
- Jestem pewna, że Cho nigdy by się
mną tak nie opiekowała, nie broniła i kochała. Tuliła mnie do swojej piersi i
całowała mnie w czoło, jak to robi moja mamusia, bo moja mamusia robi to
najlepiej na świecie – powiedziała Olivia. Ginny patrzyła wzruszona, co
powiedziała jej córka. Podeszła do niej z niezwykłą gracją i wdziękiem i
przytuliła ją do swojej piersi.
- Moje słoneczko. Mamusia bardzo mocno cię
kocha i mamusia zabije każdego, kto spróbuje cię skrzywdzić, a tamtych
zabije powoli i boleśnie – i pocałowała ją w czoło. Olivia
westchnęła zadowolonym głosem, wtulając się w panią Potter. Jeszcze
bardziej miała uśmiech na twarzy, kiedy tuliła się do jej piersi.
- Mamusiu, kocham cię! –
westchnęła zadowolonym głosem.
Harry zaśmiał się w poduszkę, wyjątkowo rad,
że Ron nie może zobaczyć tego, co on.
- Koniec rozdziału - oznajmił Aidren.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz